5
Jacka spotkałam dopiero podczas kolejnego zjazdu na uczelni. (Nie zadzwonił wcześniej, więc pojechałam na studia pociągiem). W przerwie obiadowej przysiadł się do mojego stolika.
- Mogę? - zapytał, stawiając talerz z drugim daniem naprzeciw mnie.
- Tak, proszę - przytaknęłam nieśmiało, choć w tej chwili o niczym innym nie marzyłam.
- Jak się miewasz? - zapytał z troską.
- Dziękuję, dobrze - wydukałam.
- Od naszego ostatniego spotkania wiele o tobie myślałem - powiedział powoli, nie spuszczając ze mnie wzroku.
- Ja też wiele myślałam...
- O mnie...?
- O tobie, o życiu, o tym, co się zdarzyło.
- A jak się miewa twój chłopak? Wrócił szczęśliwie z dalekiej wyprawy? - zapytał nieco uszczypliwie.
- Nie mam już chłopaka - odpowiedziałam cicho.
- Nie? Już nic cię nie łączy z Piotrem? - Jacek wyraźnie się ożywił.
Milczałam.
- To przeszłość - wykrztusiłam w końcu.
- Naprawdę?
Skinęłam głową bez słowa.
- W takim razie, gdy wrócimy do domu, chcę cię gdzieś zabrać, dobrze? - Jacek nie krył satysfakcji, a jego twarz rozjaśnił szeroki uśmiech.
- Dobrze - przytaknęłam, choć z lekkim wahaniem. Nadal ciążyła mi świadomość, jak bardzo skrzywdziłam Piotra.
***
Cztery dni później Jacek czekał na mnie przed budynkiem stowarzyszenia. Tym razem pojechaliśmy kilkadziesiąt kilometrów dalej, do "Starej chaty" - klimatycznej knajpki w górach. Usiedliśmy w przytulnej izbie i zamówiliśmy ziołową herbatę z sokiem malinowym oraz - znów zgodnie - placki ziemniaczane z blachy. Choć na dworze, mimo późnej wiosny, panował nieprzyjemny chłód, w pomieszczeniu - za sprawą ognia trzaskającego w kominku - było przyjemne ciepło.
- Mam ci tak wiele do powiedzenia...
- Zamieniam się w słuch - odparłam, upijając łyk aromatycznej herbaty.
- Wiesz, kiedy zwróciłem na ciebie uwagę? - zaczął tajemniczo. - Podczas naszego pierwszego spotkania, kiedy zapytałem o rozkład zajęć, a ty od razu wyszłaś na korytarz, by go sprawdzić. Pamiętasz to?
- Tak, pamiętam.
Wiedziałam też, dlaczego tam poszłam - bo zrobił na mnie piorunujące wrażenie (ale tego nie chciałam mu wyznać). A teraz się dowiaduję, że czuliśmy się wtedy podobnie.
- Potem, gdy grałaś na tym białym pianinie, wręcz mnie oczarowałaś - mówił z rozmarzeniem w oczach.
- To były wyjątkowe urodziny - wyszeptałam, czując, jak moje tętno przyspiesza.
- Ale... mam ci do oznajmienia coś ważnego.
- Coś ważnego? - "Co on mi chce powiedzieć? Zerwałam dla niego z Piotrem, a teraz dowiem się, że......?"
- Jako jeden z dwóch Polaków dostałem zaproszenie na konferencję liderów młodzieżowych w Teksasie. To ogromna nobilitacja!
Jacek był podekscytowany, jakby co najmniej dostał nominację do Oscarów, jednak rozumiałam tę radość. Takie zaproszenie było zaszczytem i świadczyło o tym, że kogoś szczególnie ceniono w Kościele. Zaimponował mi po raz kolejny. Odczuwałam coraz większą radość z tego, że Piotr dał mi wolny wybór. Teraz już byłam pewna, że to, co czuję do Jacka, wynika nie tylko z zauroczenia, ale że jest on odpowiedzią na moją szczególną modlitwę. Wielu osobom mogła się ona wydać dziwna, lecz ja od dawna prosiłam o to, by zostać... żoną lidera chrześcijańskiego.
Znałam kilka wspaniałych małżeństw przywódców religijnych, ewangelizatorów i pastorów z różnych denominacji. Przyglądałam się, jak mężowie wraz z żonami służą w Kościele i jakim wsparciem są dla siebie nawzajem. Jak trafnie ujęła to jedna osoba: "Łatwiej rozgrywać duchowe walki w duecie". Zgodnie z tym, co powiedział Bóg: Niedobrze jest człowiekowi, gdy jest sam. Uczynię mu pomoc odpowiednią dla niego3. Modliłam się zatem o człowieka, którego serce jest gorące z miłości do Boga i kto całym sobą angażuje się w służbę. Obiecywałam sobie, że będę go wspierać ze wszystkich sił i aż po grób stać po jego stronie. A teraz coraz wyraźniej przekonywałam się, że Jacek jest uosobieniem atrybutów osoby, o którą prosiłam. Sama zaś chciałam być dla niego "odpowiednią pomocą".
- Na razie staram się o wizę do USA. Przypuszczam, że ją dostanę, bo otrzymałem oficjalne zaproszenie z tamtejszego Kościoła - chociaż nigdy nie można być tego pewnym. Jedno z kluczowych pytań, na które muszę odpowiedzieć, wypełniając wniosek, brzmi: "Czy mam w Polsce kogoś bliskiego, do kogo będę chciał wrócić?". Co prawda mogę podać imiona rodziców - lecz to niezbyt przekonujący argument dla ambasady USA, jeśli jestem dwudziestosiedmioletnim mężczyzną - więc pomyślałem o... - zwiesił na moment głos.
- O kim?
- Soniu, czy mógłbym podać we wniosku twoje imię i nazwisko?
Zupełnie zaskoczył mnie tym pytaniem (i że w ogóle o mnie pomyślał). Dopiero po chwili dotarło do mnie, co właśnie mi zakomunikował - to ja jestem osobą, do której będzie chciał wrócić.
- Zgadzasz się? - ponowił pytanie, gdy przez pewien czas milczałam.
- Tak - potwierdziłam, nadal nie dowierzając.
W tym momencie chwycił mnie za ręce, przyciągnął do siebie i posadził na kolanach. Pogładził mnie kciukiem po policzku i delikatnie pocałował w usta.
- Kocham cię - powiedział.
Choć byłam półprzytomna z emocji, zachowałam resztki rozsądku:
- Bardzo cię lubię, ale... jeszcze nie mogę wyznać ci tego samego - odparłam zgodnie z prawdą.
- Zrobię, co w mojej mocy, żeby to się jak najszybciej zmieniło - zapowiedział i pocałował mnie jeszcze raz. Tym razem tak, że brakło mi tchu.
Zdawałam sobie sprawę, że nie będzie musiał długo czekać na moje wyznanie miłości.
***
Odtąd spędzaliśmy wspólnie wiele czasu. Popołudniami Jacek często zabierał mnie na spacery malowniczymi trasami wzdłuż rzeki płynącej przez miasto, w którym pracowaliśmy. Na zajęcia do Warszawy też za każdym razem jeździliśmy razem. Oficjalnie nadal jeszcze nie byliśmy parą, lecz ja już byłam pewna, że to miłość - i to taka, która zdarza się raz na milion.
Nadszedł dzień dwudziestych ósmych urodzin Jacka. Byliśmy umówieni, że z tej okazji pojedziemy do jego ulubionej pizzerii. Gdy zbliżaliśmy się do celu, Jacek nie skręcił jednak z głównej drogi w uliczkę, przy której mieściła się "Siciliana".
- Jedziemy gdzieś indziej? - zdziwiłam się.
- Owszem.
- Mówiłeś, że to twój ulubiony lokal. Mają dziś zamknięte?
Pokręcił głową.
- Jedziemy w pewne szczególne miejsce. To niespodzianka. - Uśmiechnął się zagadkowo.
"Szczególne miejsce? Niespodzianka?"
- Rozumiem, że nic od ciebie nie wyciągnę...?
- Nie, inaczej to nie byłaby niespodzianka.
Rozglądałam się po okolicy. Wprawdzie miejscowość, w której mieszkał Jacek, była oddalona od mojego miasta zaledwie o trzydzieści kilometrów, jednak niezbyt dobrze znałam te tereny. Po kwadransie Jacek zaparkował przed piętrowym, szarym domem, otoczonym ogrodem.
- Jesteśmy na miejscu - oznajmił, wyłączając silnik samochodu.
- Tu jest jakaś restauracja?
- Nie, to jest mój dom.
- Twój... dom?! - Ledwie mogłam wydobyć z siebie głos. - Przywiozłeś mnie do siebie? - Nie mogłam wyjść ze zdumienia. - I pewnie zaraz mi powiesz, że twoi rodzice są w środku?
- Są. I bardzo chcą cię poznać - odrzekł ze stoickim spokojem, po czym wysiadł, obszedł samochód dookoła i otworzył mi drzwi.
Zupełnie nie byłam gotowa na to spotkanie i z każdą minutą wpadałam w coraz większą panikę. Wahałam się przez chwilę, czy w ogóle wychodzić - ale było za późno.
Serce biło mi jak oszalałe. Bałam się, że usłyszą je rodzice, którzy przywitali nas w przedpokoju. W dodatku nie byli sami, lecz w towarzystwie Sebastiana i Ali, przyjaciół solenizanta. Jacek przedstawił mnie i wprowadził do pokoju, w którym czekało wystawne przyjęcie. Potrawy na stole zmieniały się jak w kalejdoskopie, ja jednak byłam tak zestresowana, że ledwie potrafiłam cokolwiek spróbować. Było to trudne, bo mama Jacka - która wydała mi się niezwykle miłą kobietą - raz po raz podsuwała nam pełne półmiski i pytała:
- Jacusiu, jeszcze sałatki? Alusiu, może szyneczki? Soniu, może galaretki z kurczaka?
- Nie, dziękuję - wymawiałam się kolejny raz. - Nie dam rady zjeść niczego więcej.
- Dziecko, przecież ty nic nie zjadłaś! - Mama Jacka załamywała ręce.
- Wszystko jest pyszne, ale naprawdę już nie mogę... - tłumaczyłam się najuprzejmiej, jak umiałam. Ciągle nie rozumiałam tej dziwnej sytuacji, w jakiej się znalazłam. Goście zajęci byli rozmową, za to ja i ojciec Jacka mówiliśmy niewiele. On sprawiał wrażenie mało towarzyskiego, wręcz surowego i nieprzystępnego. Wydawało mi się, że cały czas mnie bacznie obserwuje i ocenia. Marzyłam, by ta impreza wreszcie się skończyła, za to solenizantowi nigdzie się nie spieszyło.
- Jacku, muszę już wracać, możemy się zbierać? - prosiłam kilka razy, jednak Ala i Sebastian przekonywali mnie, bym posiedziała jeszcze chwilę.
Dochodziła dziesiąta, gdy Jacek wreszcie zdecydował się mnie odwieźć.
Gdy wsiedliśmy do samochodu, zapytałam z wyrzutem:
- Dlaczego to zrobiłeś?
- Co zrobiłem? - Jacek jakby nic nie rozumiał.
- Wziąłeś mnie z zaskoczenia, o niczym nie informując.
- Chciałem ci zrobić niespodziankę.
- I zrobiłeś! - Głośno wypuściłam powietrze. - Postawiłeś mnie w tak niezręcznym położeniu... Wszyscy oprócz mnie wiedzieli, co się wydarzy. Gdybym wcześniej wiedziała o przyjęciu, mogłabym się odpowiednio przygotować, a w tej sytuacji...
- Naprawdę nie wiem, o co ci chodzi - przerwał mi lekko urażonym tonem. - Poza tym to były moje urodziny i jako moja dziewczyna powinnaś się cieszyć, kiedy coś sprawia mi przyjemność.
Wiedziałam, że kompletnie nie pojmuje, o co mi chodzi, ale nazwał mnie "swoją dziewczyną", więc - pierwszy raz tego dnia pozytywnie zaskoczona - nie drążyłam dalej.
(Niestety, prawdopodobnie z powodu stresu, z jakim wiązało się to urodzinowe spotkanie z rodzicami Jacka, nigdy nie jeździłam do jego domu z radością. Miałam nadzieję, że moje nastawienie się zmieni, gdy lepiej poznam tych ludzi, ale to nigdy nie nastąpiło).
Od tamtego dnia Jacek przedstawiał mnie innym jako swoją dziewczynę, choć tak naprawdę - co uświadomiłam sobie po czasie - nigdy nie zapytał mnie, czy zgadzam się nią zostać. Nie chciałam jednak, by sądził, że jestem małostkowa i czepiam się szczegółów. Czyż nie dał mi jasno do zrozumienia podczas naszej randki w "Starej chacie", iż zrobi wszystko, byśmy byli razem?
Zostałam więc jego dziewczyną niejako z automatu. I to po uszy zakochaną, bo też każdego dnia dawał mi dowody swojego uczucia: dzwonił, czekał po pracy, przynosił kwiaty. Zadurzałam się coraz bardziej i bardziej...
Jedno tylko mąciło nieco moją radość - ponieważ Jacek twierdził, że "byłam jego", wkrótce przyznał sobie prawo do oceniania i zmieniania mnie niemalże w każdej dziedzinie.
- Co ty ze sobą zrobiłaś?! - zapytał z niesmakiem, gdy wróciłam od fryzjerki z grzywką, i skrzywił się w grymasie. - Fatalnie wyglądasz.
Nie lubił także, gdy rozpuszczałam włosy, a kiedy zrobiłam sobie pasemka - ostatni krzyk mody - nawet nie starał się ukryć zdegustowania. Choć nie było to przyjemne, ignorowałam to, bo byłam przyzwyczajona do takich reakcji - wszak mój tata bezustannie komentował fryzury mojej siostry. Przyjęłam, że "mężczyźni już tak mają". Z trudem natomiast znosiłam przytyki Jacka odnoszące się do mojej figury. Zapewne żadna kobieta nie potrafi zignorować słów: "Chyba trochę przytyłaś" - przynajmniej ja nie umiałam. Dlatego gdy po raz pierwszy usłyszałam taką opinię, postanowiłam wziąć się za siebie. I mimo że nigdy nie miałam nadwagi, zaczęłam uważnie kontrolować, co i ile jem, bo w oczach mojego chłopaka chciałam być idealna.
On co prawda prawił mi komplementy, jednak równie często - jeśli coś mu się we mnie nie spodobało - wygłaszał kąśliwe opinie. Swoje zdanie wyrażał bez ogródek: "Ten kolor w ogóle ci nie pasuje", "Taki fason przy twojej sylwetce?", "Nie wyglądasz w tym korzystnie". Mówiąc to, robił minę, która była wymowniejsza niż słowa. Nieraz w takich momentach ze łzami w oczach miałam ochotę odwrócić się na pięcie i odejść. Kilka razy powiedziałam wprost, że sprawia mi przykrość.
- Jacek, czy ja rzeczywiście mam taki zły gust i tak źle wyglądam? - zapytałam upokorzona.
- Nie, całkiem dobrze, ale...
- Ale co? Kiedy mówisz mi takie rzeczy, czuję, że mnie nie akceptujesz. - Zacisnęłam wargi, żeby się nie rozpłakać.
- Kochanie, ja to robię wyłącznie dla twojego dobra. - Przytulił mnie i delikatnie odgarnął mi z czoła tę nieszczęsną grzywkę. - Jesteś dziewczyną z małego miasta, a wiesz, jakie mamy plany - wybieramy się do wielkiego świata, w związku z tym muszę się tobą zaopiekować, żebyś wyglądała, jak należy. To wyłącznie z troski o ciebie, kotku.
- Czyli nie uważasz, że wyglądam jak wieśniaczka?
- Naturalnie, że nie, skarbie! - zapewnił żarliwie. Położył palec pod moją brodą i podniósł moją głowę.
- Po prostu pragnę, żeby moja dziewczyna prezentowała się jak księżniczka, a nie sierotka Marysia. Chcę się tobą chwalić przed rodziną i przyjaciółmi! - Pogładził mnie po policzku i mocno pocałował.
Moja rodzina rzadko wyjeżdżała dalej niż kilkadziesiąt kilometrów od naszego miasta, zupełnie inaczej niż krewni Jacka - siostra z mężem i dziećmi mieszkali w Anglii, a przedtem studiowali w Niemczech, o czym Jacek z dumą opowiadał. Wiązał też wielkie nadzieje ze swoim wyjazdem do Teksasu.
- Kto wie, może pozostanę tam dłużej... może na stałe? - nadmienił kilka razy.
- A co ze mną...? - pytałam zdezorientowana.
- Oczywiście ściągnę cię do siebie - deklarował.
Nie był już młokosem, który nie wie, co robić w życiu, miał jasno sprecyzowane plany i cele: chciał służyć Bogu tam, gdzie zostanie przez Niego posłany. Zaś jego marzeniem był wyjazd za ocean, i działanie na rzecz tamtejszej Polonii. Mówił o tym tak sugestywnie, że jawił mi się niemalże jako heroiczny bohater - pionierski misjonarz, który chce zdobywać terytoria pogan dla Chrystusa. Założenie nowej wspólnoty wydawało się niełatwym, prekursorskim zadaniem (tym bardziej w obcym kraju), ale Jacek zaznaczał, że ma znajomości na całym świecie - i jego przyjaciele "bez wątpienia mu pomogą". Jednocześnie jego największą pomocą, podporą, biblijną ezer kenegdo mam być ja.
- W języku polskim to określenie można rozumieć jako: pomoc, towarzyszka, partnerka. Sęk w tym, że to tłumaczenie nie oddaje w pełni jego sensu i umniejsza, a wręcz degraduje rolę kobiety - powiedział z namaszczeniem godnym osoby duchownej. - Jeśli analizujemy różne fragmenty Pisma Świętego, to odkrywamy, że dwadzieścia razy słowo ezer użyte zostało w kontekście Boga oferującego pomoc człowiekowi, który rozpaczliwie jej potrzebuje. Ezer opisuje kogoś, kto wybawia, pomaga, daje ukojenie, a kenegdo oznacza "obok niego" lub "naprzeciwko". W ten sposób Bóg nazwał Ewę, gdy przyprowadził ją do Adama. A ja pragnę, żebyś to ty została moją ezer kenegdo. - Zamilkł i chwycił mnie za rękę. - Moim wsparciem i moją podporą w służbie, do której Bóg mnie posyła.
Czy jakakolwiek dziewczyna, która od lat modliła się, by zostać żoną człowieka służącego Bogu, potrafiłaby oprzeć się takiemu wyznaniu? Byłam coraz bardziej oczarowana Jackiem. Dlatego, nawet jeśli czasem jego wypowiedzi mnie raniły, to zapewnienia o miłości rekompensowały te przykrości. Zasypiałam z obrazem mojego ukochanego pod powieką i budziłam się, myśląc, co zrobić, by był za mnie dumny i zadowolony. Bo nie zawsze był...
Czasem Jacek denerwował się, kiedy robiłam coś, czego nie chciał, na co nie miał ochoty, czy kiedy go zaskakiwałam. Bywało, że z ważnych powodów odwoływałam naszą randkę (na przykład nieoczekiwanie musiałam porozmawiać z przeżywającą kryzys dziewczyną z naszej grupy młodzieżowej). Wtedy Jacek się irytował - według mnie niewspółmiernie do sytuacji.
- Zawiodłaś mnie wczoraj - zarzucił mi.
- Mówiłam ci, dlaczego nie jestem w stanie przyjechać. Marcelinie zmarł ojciec, była zrozpaczona i musiałam z nią porozmawiać.
- Byłaś umówiona ze mną. - Jacek był nieustępliwy.
- Przepraszam cię jeszcze raz, ale...
- Mam nadzieję, że taka sytuacja więcej się nie powtórzy - napominał mnie jak niegrzeczną uczennicę, a ja poczułam się winna.
Innym razem chciałam pomóc Monice, która rozstała się z chłopakiem, a kilka tygodni później Justynie, która przeżywała w domu piekło zgotowane przez rodziców-alkoholików. To były ważkie problemy, z którymi ci młodzi ludzie sobie nie radzili, a ja pracowałam w stowarzyszeniu zajmującym się głównie nastolatkami, nie mogłam przejść obok nich obojętnie. Jacek był liderem młodzieżowym, ale nie rozumiał mojego zaangażowania.
Czemu fakt, że sporadycznie odwoływałam spotkanie, aż tak go drażnił? Natomiast kiedy on czasem zmieniał nasze wspólne plany z byle powodu lub nie chciał powiedzieć, gdzie się wybiera (bo i tak się zdarzało), a ja ośmielałam się cokolwiek powiedzieć, słyszałam, iż jestem mało wyluzowana, bez dystansu do życia albo zwyczajnie mu nie ufam. Gdy wyrażałam swoje zdanie, które nie pokrywało się z jego opinią - gdy na przykład podobał mi się jakiś film bądź spektakl, który jemu nie przypadł do gustu, lub wspominałam o obejrzeniu jakiejś opery mydlanej czy programu rozrywkowego - spoglądał na mnie z politowaniem i mówił, że jest mną rozczarowany. Najbardziej jednak denerwowało go, kiedy odważyłam się zrobić coś bez wcześniejszej konsultacji z nim. Gdy na przykład Jacek spontanicznie postanowił się ze mną spotkać, a ja tego dnia musiałam siedzieć do wieczora - stwierdzał, że go nie szanuję i ignoruję. Kiedy wolałam iść do kina czy na spacer niż odwiedzić jego rodzinę - uznawał, że go lekceważę. W każdym przypadku wina leżała po mojej stronie. Ale za każdym razem jakoś usprawiedliwiałam jego reakcje - tłumaczyłam je przemęczeniem, stresującym tygodniem czy faktem, że mu na mnie zależy. Stale jednak zapewniał mnie o swoim uczuciu, więc wierzyłam, że - nawet jeśli robi mi jakieś wymówki - chodzi mu wyłącznie o moje dobro - wszak był starszy ode mnie o siedem lat, przez co wydawał mi się dojrzalszy i mądrzejszy.
- Podoba ci się ta sukienka? Dobrze wyglądam? - upewniałam się, gdy szliśmy do jego przyjaciół czy rodziców. - Nie będziesz się mnie wstydził?
- Jasne, że nie! Kochanie, gdybym się ciebie wstydził, nie byłbym z tobą - zapewniał mnie.
Czasem nadmieniał też, niby mimowolnie, a jednak znacząco się uśmiechając:
- Nie masz pojęcia, ile kobiet chętnie znalazłoby się na twoim miejscu.
Gdy powiedział to po raz pierwszy, uznałam to za droczenie się, którym próbuje wzbudzić moją zazdrość. Lecz gdy - śmiertelnie poważny - powtórzył to po raz trzeci czy czwarty, a potem zaczął mi opowiadać o różnych dziewczynach, które za nim szalały, wiedziałam, że nie żartuje. Było to nieco zabawne, a zarazem sprawiało, że czułam dumę z bycia "tą jedyną". Bez wątpienia przy takiej urodzie, aparycji i dojrzałym nastawieniu do życia (którego brakowało wielu chłopakom z mojego otoczenia) Jacek mógł zdobyć każdą kobietę, a wybrał właśnie mnie - i to mną chciał się opiekować przez całe życie. Któraż dziewczyna nie czułaby się wyróżniona, słysząc takie słowa?!
Z czasem Jacek zaczął mi towarzyszyć także podczas zakupów. Ledwie napomknęłam, że nie mam co na siebie włożyć, miał czas i ochotę, żeby zawieźć mnie do sklepu i znaleźć "odpowiednie dla mnie ubrania".
- Ty to masz szczęście. Taki facet to skarb! - powtarzała Kasia. - Mój Błażej nienawidzi zakupów...
Faktycznie Jacek był ewenementem. Większość znanych mi mężczyzn nie cierpiała kupowania ubrań. Mój tata nigdy niczego sobie sam nie wybrał - robiła to za niego mama. Moja bratowa musiała siłą zaciągać Stefana do sklepu. Jedynie Marek z chęcią jeździł z Magdą na zakupy, doradzał jej, wyrażał swoje zdanie - ale nigdy jej w tej materii nie krytykował i nie kontrolował.
W naszym przypadku było inaczej. Choć nie byliśmy nawet narzeczeństwem, nie było mowy, żebym kupiła sobie coś lub pokazała się w czymś, co nie zyskało aprobaty Jacka.
- W tym chcesz iść? Serio chcesz się w tym pokazać? - pytał zniesmaczony, gdy po mnie przyjeżdżał.
Wiedziałam wtedy, że muszę wrócić do domu i zmienić strój. Gdy nie byłam w stanie tego zrobić (bo na przykład gdzieś się śpieszyliśmy), przez całe popołudnie czy wieczór Jacek był dla mnie złośliwy, i w towarzystwie wypowiadał na głos ironiczne uwagi na mój temat, czym sprawiał mi ogromną przykrość. Ale nawet wtedy to racjonalizowałam, wspominając, jak mój tato czepiał się sposobu ubierania mamy lub ostentacyjnie się na nią obrażał. Skoro takie sytuacje zdarzały się w dobrych małżeństwach, to nic dziwnego, że i w naszej relacji, gdy - jak podkreślał Jacek - "musiałam się jeszcze wiele nauczyć". Ostatecznie, co najważniejsze, każdorazowo potrafiliśmy się pogodzić (choć długo nie dostrzegałam, że za każdym razem to ja kajałam się przed Jackiem).
- Ja tak się dla ciebie poświęcam, a ty tego nie doceniasz i jeszcze potrafisz powiedzieć, że mnie kochasz?! - wyrzucał mi Jacek.
- Ale ja naprawdę cię kocham! - zapewniałam go żarliwie.
- Ciekawe, bo twoje zachowanie całkiem temu zaprzecza!
- Przepraszam - powtarzałam skruszona.
- No dobrze, już się nie gniewam. - Jacek po chwili przyciągał mnie do siebie i czule całował na zgodę.
Z jednej strony czułam, że darzy mnie miłością i - jak powtarzał - stawałam się powoli częścią jego życia, a z drugiej - co rusz mnie upokarzał. Niemniej jednak nie widziałam poza nim świata i kiedy wszystko między nami układało się dobrze, fruwałam ze szczęścia. Robiłam zatem, co mogłam, by było dobrze.
Zresztą, jakie znaczenie miały takie incydenty wobec faktu, że Jacek jest człowiekiem wierzącym, codziennie studiuje Pismo Święte, służy Bogu i ludziom? Chciałam, żeby wiedział, że doceniam jego zaangażowanie w Kościele, dlatego pomagałam mu, jak mogłam. Jako stowarzyszenie dysponowaliśmy sprzętem powszechnie jeszcze niedostępnym (komputerami, faksem czy kserokopiarką) i dzięki mojemu wstawiennictwu Jacek niejednokrotnie mógł z niego korzystać. A ponieważ utrzymywaliśmy stały kontakt z liderami z USA, którzy regularnie nas szkolili (Polacy nadal raczkowali w tej dziedzinie) - zapoznawał się również z nowoczesnymi, aktywizującymi i pomysłowymi metodami i formami pracy z młodzieżą, o których w Polsce mało kto wtedy słyszał. Jacek miał zatem pole do popisu w coraz szerszych kręgach. Jego przełożeni byli nim coraz bardziej zachwyceni i powoli wyrastał na kościelną gwiazdę.
Żeby wypadł jak najlepiej, wspierałam go kosztem własnego czasu. Dla niego zostawałam w biurze po godzinach i - za zgodą przełożonych - projektowałam w programach graficznych ulotki, zaproszenia, plakaty i wiele innych materiałów. Ponadto pomagałam mu w pisaniu prac zaliczeniowych na studia - a ponieważ żadne z nas nie miało komputera w domu, korzystałam ze służbowego sprzętu. Koniec końców wiele rzeczy robiłam za niego, nie mogąc mu się oprzeć, gdy robił słodkie oczy, i stwierdzał:
- Zrobię zarys w punktach, a ty to rozwiniesz. Jesteś w tym świetna - przymilał się wtedy, wsuwając dłonie pod moje włosy i pieszcząc mnie delikatnie. - Sama wiesz, jak dużo mam zajęć...
Tak mnie "kupował". Nie miałam też wystarczająco odwagi, by mu odmówić, mimo że sama byłam zasypana obowiązkami: stowarzyszenie, studia, spotkania dla młodzieży, częste opiekowanie się bratankami i prace domowe, które notorycznie zaniedbywałam. Nie raz słyszałam od taty:
- Stale nie ma cię w domu! To nie hotel, pomóż mamie!
Jednak nawet sroga mina ojca, choć wywołująca we mnie poczucie winy, nie była w stanie sprawić, żebym powiedziała Jackowi "nie". Zresztą nigdy nie potrafiłam być asertywna i starałam się zadowolić wszystkich. A akceptacja i słowa uznania Jacka były dla mnie tak niezwykle ważne, że pracę magisterską, którą miałam mu zaledwie przepisać, de facto... napisałam za niego. Obronił się na piątkę i cały splendor spłynął naturalnie na widniejącego na okładce autora (czyli na niego). Nikt, prócz nas i Marka, nie wiedział, kto był nim naprawdę. I jak wiele godzin spędziłam na jej pisaniu.
Byłam ustawicznie zajęta i nie zauważyłam, kiedy moje przyjaźnie, marzenia czy plany zostały odstawione na boczny tor. Ważne stało się to, czego chce i potrzebuje mój partner. Ale czy nie taki model mi wpojono? Wprawdzie małżeństwo mojej siostry wyglądało zupełnie inaczej - wraz z Markiem tworzyli partnerski związek, a Magda miała mocny charakter i nie biegła na każde zawołanie męża. Ja byłam zupełnie inna - wolałam ustąpić, usłużyć, za każdą cenę stworzyć dobrą atmosferę i zrobić, co tylko możliwe, byleby Jacek był szczęśliwy. Nawet jeśli musiałam pójść na kompromis - a tak było zwłaszcza w sferze seksualnej.
Od dzieciństwa uczono mnie, że "ten pierwszy raz" powinien mieć miejsce dopiero po ślubie. Zgadzałam się z tym i chciałam, żeby nasz kontakt fizyczny z Jackiem ograniczał się jedynie do pocałunków i przytulania (tym bardziej, iż oboje byliśmy liderami młodzieżowymi w Kościele - i o seksie przedmałżeńskim nie było mowy). Mimo to mój chłopak stale usiłował przesunąć granice.
- Kochanie, chyba za daleko się posuwamy - próbowałam powstrzymać go, kiedy rozpinał mi guziki w bluzce.
- Dziewczyno, ja mam trzydziestkę na karku i swoje potrzeby - argumentował, nie zważając na mój opór.
- Przecież mieliśmy poczekać... - usiłowałam oponować.
- Niedługo weźmiemy ślub, więc co stoi na przeszkodzie, żebyś pomogła mi w rozładowaniu stresu? - przekonywał mnie, zamykając usta pocałunkami.
- Jacek, ale dla mnie to....
- Nawet nie wiesz, jaki miałem dzisiaj trudny dzień... Zresztą to w głównej mierze twoja wina. - Muskał mnie namiętnie ustami po szyi.
- Moja "wina"? - Odsunęłam się zdziwiona.
- Gdybyś nie była taka ładna i tak mi się nie podobała, nie byłoby problemu. - Uśmiechał się, zakładając mi włosy za ucho.
- Przecież założyliśmy sobie, że seks będziemy uprawiać dopiero wtedy, gdy będę twoją żoną.
- Ja już cię uważam za swoją żonę! - stwierdził stanowczo, po chwili zmieniając front: - Ale może ty wcale mnie nie kochasz? - Popatrzył na mnie z wyrzutem.
- Kocham cię - zapewniałam.
Wiedział, że ma mnie w garści, a ja, pomimo wewnętrznych oporów, pozwalałam mu na coraz więcej i więcej... Ustawicznie przesuwałam granice - tym bardziej, że kiedy odmawiałam, robił się nieprzyjemny.
Z każdym miesiącem stawałam się więc coraz bardziej "jego". Jego pomocą, podporą, oparciem. I mimo pewnych nieporozumień i zgrzytów - szczególnie dotyczących tego "jak daleko możemy się posunąć" (co uważałam jednak za normalne w każdym związku) - nasza relacja się rozwijała. Przewidywałam, że Jacek wkrótce mi się oświadczy, i nie miałam wątpliwości, co mu wtedy odpowiem. Chciałam wręcz wykrzyczeć: "Tak!".