Portret
Jeśliby należało wymienić tylko jedną cechę, byłaby to jego energia. Jest bardzo żwawy, stale czymś zajęty, nieustannie w ruchu. Był taki od małego. Jego bracia także. Trzech chłopców, niewielka różnica wieku - w małym mieszkanku na przedmieściu Paryża musiał panować harmider. Ojciec usiłował się skupić na malowaniu. Krzyczał, że w tym bardaku nie da się pracować. Matka próbowała uciszać chłopaków, zabierała ich do innego pokoju albo do parku, nie zważając na deszcz czy wichurę, żeby się mogli wybiegać. Ojciec chciałby się poświęcić wyłącznie malarstwu, lecz nie dało się z tego wyżyć - udzielał lekcji rysunku, a poza tym założył niedużą firmę sprzedającą dizajnerskie kominki. Były to lata siedemdziesiąte i osiemdziesiąte, dziś te kominki wydają się nam cudaczne albo zabawne, zależy od punktu widzenia, w każdym razie nikt by już nie zechciał mieć w domu takiej osobliwej kapsuły o psychodelicznym kształcie, z przeszklonym wsadem. W tamtych czasach jednak interes szedł całkiem nieźle. Dziadkowie z obydwu stron byli robotnikami z północy, z okolic Boulogne-sur-Mer, gdzie rodzina miała nadal mieszkanie i spędzała wakacje. Matka, jak mi się zdaje, była sekretarką w firmie kominkowej; po trosze gospodyni domowa, po trosze w cieniu ojca. Niczym się nie wyróżniali, ani biedni, ani bogaci, paryżanie z niższej klasy średniej. Żaden z synów nie studiował, opuścili dom przed maturą. Najstarszy poszedł pracować w handlu, średni w armii, a mój ojczym wyjechał w Alpy i odbył tam służbę wojskową. Do Paryża już nigdy nie wrócił. Rodzice byli dość surowi, wychowywali synów według tradycyjnych wzorców, traktowali ich sprawiedliwie, wymagali bezwzględnego posłuszeństwa. Był dumny z tego zimnego wychowu, a także z przynależności do skautów i ze wszystkiego, co go ukształtowało, co miało wpływ na jego siłę, apetyt na życie, głód poznania i żądzę podbojów.
Trudno mi go sobie wyobrazić na paryskim przedmieściu. Widywałam go zawsze w górach, w ubraniu sportowym lub roboczym. Dawno temu ubierał się jednak jak dziecko z miasta, uczeń szkoły katolickiej. Do osiemnastego roku życia chodził z przylizanymi włosami, w odprasowanych białych koszulach, w butach wypastowanych na glans. Później pojechał do Briançon, gdzie odkrył wspinaczkę, wysokie góry, paralotnię, życie swobodniejsze i mniej uładzone, bez koszul, bez czekania na metro, bez przedziałka z boku, bez chodzenia na niedzielną mszę; życie pełne świeżego powietrza i światła.
W 1983 roku, kiedy poznaje moją matkę, ma dwadzieścia cztery lata. Odbywają razem kurs dla przewodników po niższych partiach gór. Jest sympatyczny, wysoki i wysportowany. W grupie chętnie obejmuje przywództwo; gdy zdarzają się trudne miejsca, niebezpieczne przejścia, gdy dochodzi do wypadku, w razie potrzeby kieruje akcją. Ma charyzmę, dużo przyjaciół i podoba się dziewczętom.
Jej także się podoba. Przypomina ukochanego mężczyznę, którego straciła kilka miesięcy wcześniej. Porwała go lawina. Ta nagła śmierć była dla niej wielkim ciosem. Sądziła, że nigdy nie dozna ukojenia. Ale być może się myliła? W towarzystwie nowego przyjaciela spędza dużo czasu. Ceni jego zdecydowanie, stanowczość, beztroskę. To duża odmiana po Sammym, ojcu jej córek, melancholijnym marzycielu i odludku. Nowy znajomy wkrótce zaczyna robić wszystko, by ją zdobyć. Prowadzi ją po stromych ścieżkach na ośnieżone granie, gdzie piękno przyrody wprawia ich w ekstazę. Chodzą po górach jedno za drugim, w milczeniu, pod zmiennym niebem alpejskiego lata. Nad nimi obłoki suną niczym dekoracje teatralne; jakby odpływały na zachód, by ustąpić miejsca innemu niebu, które się kryje pod spodem. Przy schodzeniu trzymają się za ręce. On jest w związku z inną kobietą, ona, starsza o cztery lata, ma dwie córki, sześcio- i czteroletnią, o imionach rodem z baśni braci Grimm - Neige (Śnieżka) i Rose (Róża). Teraz są u ojca, ale nie chce ich tam zostawiać zbyt długo, bo za nimi tęskni, a one jej potrzebują. Jest zaskoczona, że nie chodzi mu jedynie o to, by ją poderwać, że po pierwszych dniach namiętności chce nadal to ciągnąć, proponuje, by sprowadziła dziewczynki, by spróbowali stworzyć coś razem - jest zaskoczona, lecz uradowana, mówi sobie w duchu, że ma szczęście.
Podoba jej się atletyczne ciało i energia, jaką emanuje. Właśnie tak, energia, siła, już o tym wspominałam. Mężczyzna uprawia narciarstwo, wspinaczkę, lubi ciężką pracę, skrajny wysiłek, przekraczanie własnych ograniczeń. Zanim został przewodnikiem, odbył szkolenie u strzelców alpejskich, w elitarnej jednostce dla miłośników wysokich gór. Kazano im biegać po zmroku zaśnieżoną szosą Traverses, wspinać się do górskich schronisk z ładunkiem osiemdziesięciu kilogramów kamieni w plecaku, na przełęczy Échelle okopywać się aluminiową łopatką, aż na zgrabiałych dłoniach wyskoczą pęcherze, i tym podobne rzeczy. Uwielbiał to. Ona jest pacyfistką, trudno jej zrozumieć, co takiego widział w tym świecie arbitralnych zasad i popisów męskości. Zwłaszcza po Sammym, który symulował chorobę psychiczną, by się wymigać od wojska, i nie znosił mundurów, broni, okrucieństwa. On jednak opowiada o górskich wędrówkach z kolegami, o braterstwie rodzącym się w trudnych chwilach, o lekcjach, jakie płyną z konfrontacji z siłami przyrody. Przedtem czuł się więźniem szarej podmiejskiej dzielnicy, dzięki miłości do sportu odkrył nowe horyzonty. Teraz wie, że stąd nie wyjedzie, znalazł swoją drogę, życie blisko natury, razem z nią.
A więc góry, strzelcy alpejscy, przedmieścia, o tym wszystkim też już wspominałam.
Podoba jej się twarz o wyraźnie zarysowanych kościach policzkowych, czarne oczy wykrojone jak migdały, nasuwające na myśl jakiegoś azjatyckiego przodka, kontrastujące z raczej nordyckimi rysami - twarz Francuza z północnej Francji, skąd pochodzą jego rodzice, z Pas-de-Calais, białoskóra, o orlim nosie.
Mężczyzna marzy o dużej rodzinie. Z moją matką dość szybko dochował się dwojga następnych dzieci, syna, potem córki. Tym, którzy go o to pytają, mówi, że chciałby mieć ósemkę - rozmówcy nie komentują odpowiedzi, usiłują ukryć zażenowanie; ich zdaniem nawet czworo to zbyt wiele.
Z dzieciństwa zachował upodobanie do masła, do nabiału. Jego matka piekła na święta biszkoptową roladę z kremem kawowym ucieranym z masła; co roku na Boże Narodzenie próbowaliśmy upiec takie ciasto. Na próżno - nigdy się nam nie udawało, nigdy nie było tak samo smaczne. Czasem nawet wychodziło zupełnie paskudne, maleńkie kuleczki masła nie dawały się utrzeć, w kremie tkwiły tysiące tłustych, mdłych punkcików, a pod zębami zgrzytały drobinki cukru. Niekiedy smak i tekstura bywały naprawdę bardzo zbliżone do oryginału; w takich razach naszym oczom, wpatrzonym w jego twarz, z której usiłowały odczytać ostateczny werdykt, jawiło się uczucie zaraźliwej błogości; tak mniej więcej wyglądał najwyższy stopień rodzinnego szczęścia, jaki było nam dane osiągnąć.
Jest skłonny do oparzeń słonecznych, a wiosenne pylenie wywołuje u niego gwałtowną alergię. Kicha jak opętany.
Lubi gry planszowe, ale jest nazbyt drażliwy i zawsze źle się to kończy. Podczas partyjek Monopoly z rodziną albo gier strategicznych z przyjaciółmi niekiedy ogarnia go wściekłość - wówczas nagle przerywa zabawę, wali w stół pięścią i od uderzenia kołyszą się wszystkie plastikowe pionki, zielone hoteliki, czerwone domy, trzęsą się stosy fałszywych banknotów, a on odchodzi obrażony, trzaskając drzwiami.
Podobnie z tenisem - wielokrotnie widziałam, jak rzuca rakietą o ziemię. Rakieta dużo kosztuje i doprawdy nie mamy pieniędzy na taki sprzęt. Nie może się jednak powstrzymać. Wykrzykuje wyzwiska pod adresem przeciwnika i własnym, i piłki, która poleciała krzywo. Czerwony, mokry od potu, z oczami pałającymi wściekłością tupie i ciska rakietą w metalowe sztachety.
No dobrze, już dość. Próbowałam. Chciałam nakreślić ten portret z perspektywy osoby, którą jestem dzisiaj, kobiety, która sama została matką. Starałam się zobaczyć to, co widziała wówczas moja matka, co widzieli ludzie z naszego otoczenia, to, w jaki sposób zazwyczaj widzi się czyjeś ciało i twarz, kiedy się patrzy na portret; zobaczyć dorosłymi oczami, przywykłymi do lektury, do opisów postaci w powieściach, w reportażach, do oglądania i interpretowania obrazów. Nie potrafię. A przecież napisałam wiele opowiadań, kilka powieści, powinnam umieć nakreślić portret. Ale w tym wypadku jest inaczej. Po pierwsze próbuję nałożyć wciąż żywe wspomnienia na pewną obiektywną prawdę, która mi umyka pomimo fotografii. Po drugie, rzecz jasna, nie jest to możliwe, bo chodzi o niego.