STYCZEŃ
1 stycznia
Jutro zacznę pisać dziennik.
3 stycznia
Przedwczoraj napisałem: jutro zacznę pisać dziennik. Przedwczoraj
napisałem, że wczoraj zacznę pisać dziennik. Nie zacząłem, nie
dotrzymałem. Czy można dotrzymać słowa, którego się jeszcze nie
trzymało? Trzymał i nie dotrzymał. A jeśli nie trzymał? Zdanie z przedwczoraj nie należy do dziennika, dziennik miał się zacząć wczoraj,
zatem jego zapowiedź jeszcze dziennikiem nie jest. Zatem wykreślić.
Można zacząć dzisiaj, na nowo, nie wspominając, że się zaczęło
przedwczoraj. Ukręcić łeb nieudanej próbie, wymazać. Ale wtedy również
to, co dzisiaj pisane, traci sens. Może więc też wymazać? I zacząć na
nowo, jeszcze raz. I tak zaczynać każdego dnia, aż się wreszcie uda
zacząć dobrze.
A może dziennika się nie zaczyna, może nie da się zacząć? Ciągle
odwlekany, zawsze jest tylko szkicem siebie? Może dziennik zawsze zasysa
to, co jest jeszcze niedziennikiem, już niedziennikiem, zawsze
niedziennikiem? Czy ten pisany dzisiaj to już dziennik? Dlaczego, bo
zapowiedziany? Ale zapowiedziany przez niedziennik, więcej: niedziennik
analizujący. Może więc nadal niedziennik?
Zaczynać dziennik. Co jest jego zaczynem? Co sprawia, że nagle
niepiszący dziennik staje się diarystą? Wczoraj jeszcze nie był, dziś
już jest. Frapuje mnie to pomiędzy jeszcze nie a już. Pomiędzy
ciche, bezgłośne, jak pomiędzy wdechem a wydechem. Jeszcze nie był i już
jest. A może diarystą zostaje się po miesiącu, po roku regularnych
wpisów? Przecież w pierwszych dniach można się zniechęcić, przerwać
pisanie. Ale jeśli diarystą staje się, powiedzmy, po roku, to kto pisze
dziennik, który ma na tytuł diarysty zapracować? I czy jest to dziennik,
jeśli pisany przez niediarystę? Musi być dziennikiem, by za rok
zaświadczać za diarystą. Niedziennik by nie zaświadczył. Niediarysta
pisze niedziennik, który za rok jako dziennik zaświadczy, że spisywał go
diarysta. To się wydarzy po drodze, cicho i złodziejsko.
Pisać na pograniczu tej aporii, błądzić wokół tego nierozsupłania. Tylko
po co?
4 stycznia
Wczoraj zacząłem pisać dziennik. Coś, co jest zaczynem dziennika, co
dziennikiem się stanie i w pewnym momencie nie będzie już żadnych
wątpliwości. Ale skąd się wziął zaczyn? Zawsze dziwiło mnie, jak
człowiek w pewnym momencie podejmuje decyzję: zaczynam pisać dziennik.
Po co? Jest coś nieznośnie dwuznacznego w tej czynności, w tej gotowości
do zapisywania błahych zdarzeń, myśli, obserwacji, w nadziei, że
prezentują jakąkolwiek wartość. Widać w tym cień hybris autora,
przekonanego, że jego życie i jego spojrzenie na życie warte są
spisania.
Każdy ma codzienność, lecz większość pozwala jej przemijać, uchodzić.
Smętna zgoda na to uchodzenie oddaje chyba całą złożoność tego procesu.
Dziennik to niezgoda, to powstrzymanie uchodzenia, wydzieranie cennych
kropel przeciekaniu chwil. Może cennych jedynie dlatego, że wydartych
przeciekaniu? Może sam gest niezgody na przeciekanie zmienia szare,
brudne krople w wino?
Z początku od dziennika nie oczekuje się wiele. Dziennik to zobowiązanie
do samego pisania, nic więcej. Będę pisał dziennik to tyle, co: będę
pisał. Nieważne co, nieważne jak, ale będę i wytrwam. Akt desperacji:
uczynię swoje życie ważnym tylko dlatego, że przylgnę do niego
dziennikiem. Dziennik jak wieczorny oddech, rytm i szyfr życia,
nieistotnego, lecz mimo to pochwyconego w słowa.
* * *
Tkaczyszyn-Dycki:
istotą poezji jest nie tyle zasadność
co bezzasadność napomknień i powtórzeń
* * *
Żyję z tą frazą wiele lat, powtarzam ją każdemu, jakby była moja. Jest
moja, często ją przekręcam. Raz zapisałem z błędem, istotą powieści...,
błąd spostrzegłem rok później. Wcześniej nie raził, nie był błędem,
wydawał się na miejscu. Ukradłem tę frazę i czasem nią oddycham.
Dlaczego teraz wraca? Bezzasadne pisanie dziennika, nieznośna relacja z nieistotnego życia. Napomykanie, przebąkiwanie. Białe obszary milczenia,
szczelnie zapisane literami, by nikt w nich milczenia nie dostrzegł.
Przemilczenia, przekłamania, przeciekania. Dać ujście czy powstrzymać
uchodzenie?
Muszę mieć bohatera.
Bohater musi być uchodźcą.
Dlaczego?
Nie wiem, ale musi.
5 stycznia
Poprawiłem poprzednie wpisy. Cyzelowanie, szukanie szyku, płynność,
podfałszowywanie tonu; wsłuchiwanie się w melodię. Po co? Bez poprawek
było prawdziwiej. Było, jak było, zatrzaśnięte świadectwo minionego
dnia. Wieczorny zapis w pliku, potem sen, nie można nic zmieniać. Ale
zmieniam, ulepszam, szlifuję. Dla kogo? Sam tego potrzebuję? A może
wstyd przed innymi, niecyzelowane zawstydza?
Pojawiają się inni, zawsze są jacyś inni. Inny nie wie jeszcze, że jest
inny. Nie wie, że piszę coś, co poprawiam, by nie czuć przed nim wstydu.
Inny nie wie, że jestem. Kim jest inny? Dlaczego mu ulegam?
Każde zdanie, szeptane sekretnie samemu sobie, zostaje podsłuchane,
czuję podsłuchującego za plecami, ktoś zagląda przez ramię. To przed nim
poprawiam się, wygładzam fałdy. Liczyłem, że dziennik będzie ucieczką.
Pisany dla siebie, prywatnie. Od pierwszego zdania jest publiczny. Każde
słowo jest publiczne, każdy dom otwarty na oścież. A może tym innym będę
ja za kilka lat?
Zajrzę z nostalgią do zapomnianego pliku lub przejrzę porzucony wydruk.
Będę inny, niż jestem. Starszy, głupszy, mądrzejszy, bardziej łysy. Może
chory. Może biedny. Może rozwiedziony, bezdomny, nieszczęśliwy. Może
spełniony. A może zwyczajnie nieistotny, ustawicznie nieuzasadniony.
Zapomnę siebie z teraz, poczytam o innym sprzed lat. Inny ja o innym
sobie. Może właśnie taka własna inność wystarczy? Może każe mi poprawiać
to przeczucie swego własnego, przyszłego spojrzenia, które nieuważnie
omiecie te słowa? Czy będę pamiętał o tym przeczuciu jako inny?
Nie będę, ale przeczytam.
Bohater ma biurko ustawione tyłem do drzwi. Każde wejście innego, nawet
ciche i bose, odrywa go od pisania. Unosi ręce nad klawiaturą, gubi
słowa, nie ma siły na napomknienia. Wie, że za plecami stoi inny, choć
inny zapewne nie podczytuje. Czuć spojrzenie, którego się nie widzi,
spojrzenie, które dopiero będzie. Nawet jeśli nie ma tego spojrzenia,
jeśli nie istnieje jeszcze ten, który będzie spoglądał, to spojrzenie
kwestionuje. Pisanie jako wieczne usprawiedliwianie się, przebąkiwanie o własnej zasadności.
Podglądam takiego bohatera, widzę jego skulone plecy, które naciąga na
monitor, chcąc zakryć sobą słowa. Zaczynam go czuć, słyszeć cichy syk
uchodzenia.
Word zastąpił syk szykiem. Słowo za słowo. Cichy szyk uchodzenia.
Cichy szyk uchodzenia. Dobry tytuł. Do przemyślenia.
6 stycznia
Czy można wiedzieć, o czym będzie pisana powieść? Czy taka uprzednia
wiedza nie kwestionuje samej powieści? Wiedzieć, co się chce powiedzieć
- to czyni powieść zbędną, redukuje ją do roli narzędzia do opowiedzenia
tego, co już wcześniej znane i przemyślane. Dowiadywać się za pomocą
pisania powieści, co chce się powiedzieć, wędrować powieścią jak po
drodze, to dopiero wyzwanie. Inaczej tajemnice zmieniają się w zagadki,
które mają rozwiązanie na ostatniej stronie czasopisma, znane z góry,
zakryte przed zgadującym jedynie tymczasowo. Czcza gra w nabijanie
strzelb. Bawić się w zagadki to nie doceniać powieści, marnować ją na
sprawy błahe. Myśleć powieścią, drążyć opowieść, wywlekać na jaw.
Bohater jest uchodźcą. Ma dom, rodzinę, nie ma wojny. Uświadamia sobie
uchodzenie jako własną kondycję, dochodzi do tego. Rozpoznaje, że nie ma
swego miejsca, wszędzie jest bezdomny. Ma wojnę ze wszystkimi, nie ma
rodziny, domu.
Nie wiem jeszcze, co to wszystko znaczy.
Dowiem się? Od tego mam powieść, by błądzić, snuć się wokół sensu
uchodzenia. Powieść wiedzie, wodzi, uwodzi.
Snuć opowieść czy snuć się po opowieści? Snucie nie zobowiązuje, kołysze
się.
Kołysanie.
Dlaczego wszystko to musi się wiązać z Prokocimiem Nowym?
7 stycznia
Nie zabiorę dzieci do Prokocimia. Nie pokażę im okien mieszkania, bloku,
ulicy, na której grałem w kolarzy. Nie będę szukał ścieżek i zatartych
tropów. Prowadzić dzieci po własnych śladach, pokazywać wyblakłe widoki
- można. Ale nie.
Miałem dzieciństwo, każdy miał. Moje było dobre. Ale ilekroć myślę o Prokocimiu, nie czuję nic. Nie drżą struny nostalgii, nic nie drży. To
było brzydkie miejsce i takie pozostało. Mnie tam nie ma. Wspomnienia
oderwały się od miejsca. Jestem gdzie indziej.
Ale przecież tam rodziła się moja mowa, tam mieszały języki. Tam
wypowiadałem pierwsze słowa. Osiedle z wielkiej płyty, zbieranina klas i grup, wieża Babel.
Mowa domu, mowa podwórka, różne mowy podwórka. Podkrakowskie gwary,
cygańskie słowa, nieobecne w domu przekleństwa. To wszystko się
zderzało, tworząc mowę śmieciową, którą rozstrzygaliśmy spory, graliśmy
w kolarzy, wołaliśmy się na boisku.
Nie zabiorę dzieci do Prokocimia, choć tam gaworzyłem, majaczyłem i słyszałem pierwsze obce słowa. Obce słowa padały na próg mojego domu,
obcość była tuż za progiem. Nie zabiorę.
* * *
Schulz:
Pierwotne słowo było majaczeniem, krążącym dookoła sensu.
* * *
Sensu światła? Sensu świata? Znawcy mają wątpliwości. Nawet to się
zatarło. Może miało ujść? Świat i światło, sens gdzieś pomiędzy. Pomyłka
jak nie pomyłka. Jak pułapka, wnyki na tropicieli słów.
8 stycznia
Siedzę i czytam Sebalda.
Ale przecież nie siedzę i nie czytam, bo piszę, że czytam. Może zatem i siedzę, ale przeczytałem, będę czytał lub zmyślam. Ale teraźniejszość
uwodzi, czytamy, że piszący właśnie czyta, i wierzymy mu, choć to
kłamstwo łatwo przejrzeć. Dlaczego się nabieramy i na co się nabieramy?
Może siedzący i piszący, że czyta, chce wierzyć, że czyta, wyobraża
sobie swoje czytanie tak mocno, że zapomina, iż nie czyta, bo pisze.
Jego wiara we własną opowieść jest tak szczera, że czytelnik widzi
narratora czytającego, a nie piszącego o czytaniu. Teraźniejszość,
której nie ma, w powieściach ciągnie się czasem przez setki stron;
wszystko jest w wydarzaniu się, właśnie dokonuje się, ciągle
niedokonane. Napisałem? Przeczytałem? Rozkosze gramatyki.
Dlaczego napisałem: Sebald? Nie czytałem go dzisiaj, tylko Czarny
potok Buczkowskiego. Czy to ma znaczenie? Może jestem zbyt odurzony, by
pisać o Buczkowskim?
Siedzę i czytam Buczkowskiego.
9 stycznia
Wszystkie powieści pisane w pierwszej osobie są do siebie niepokojąco
podobne.
Podglądanie czyjegoś ja jest zajęciem dwuznacznym. Ja narratora jest
obce, nie znamy go z początku i nie wiemy, dokąd nas zaprowadzi. Ale
potajemnie gramatyka każe nam zawrzeć z tym ja pakt, gdyż każde ja jest
zawsze moje. Podsłuchane, staje się moim szeptem, a nieznana opowieść
staje się moją opowieścią, której końca nie znam. Coś wypluwa ze mnie
tajemniczą historię, kiedy czytam: poszedłem, zrobiłem, zawróciłem,
zdradziłem, zabiłem. Jakbym odkrywał swe wyparte losy, zmuszał się, by
je zwymiotować.
Narracje w pierwszej osobie są jak anamneza, dochodzenie do naszego
najsekretniejszego wyznania. Jakie bowiem jest inne usprawiedliwienie
ciągłego szeptania: ja, ja, ja? Czytam o sobie jak o kimś obcym. To kara
i nagroda za podsłuchiwanie.
10 stycznia
Smak powieści nienapisanej. Dziwne przeczucie całości, której jeszcze
nie ma. Dziwne, bo bardzo mocne, jakby powieść była na wyciągnięcie
ręki, przed oczami. A nie jest, powieść nigdy nie jest na wyciągnięcie
ręki. Czym zatem jest to coś na wyciągnięcie ręki?
Nie jest słowem, jest przedsłowiem. Więc nie jest powieścią. Jak zatem
może być na wyciągnięcie ręki? Jak może jawić się jako powieść, skoro
nie ma jeszcze żadnego słowa? Co niesłownego podaje się za powieść?
Jakaś rzecz, rzeczy, świat? Przedsłowne kosmosy, majaki. A jednocześnie
powieść nigdy nie jest tak pełna, tak cała i dobra, jak w tym
przeczuciu. Umieć za nim podążyć, wysłowić niesłowne zjawy.
Dlaczego uchodźca i uchodzenie? Skąd ten zaczyn, który zaczyna rosnąć?
Uchodzić, uciekać, umykać, ubiegać. Pokrążyć wokół słów, posłuchać, co
chcą powiedzieć.
Uchodzi z Prokocimia czy do Prokocimia? I czy to ma znaczenie?
Szare imię, które nic nie znaczy. Wytarte od nadużyć, imię puszczane
mimo.
Józef. Imię cichego świadka w samym centrum. Imię milczącego,
pominiętego, niezapytanego. Niezagajony, niezagadnięty. Józef.
11 stycznia
Józef, niezapisana karta.
Wszystko jest możliwe. Czy na pewno? Czy nie będzie kolejnym moim
Józefem, Bartłomiejem, Błażejem? Czy naprawdę może się wyrwać, wybić na
niepodległość? Nie podlegać nikomu, nawet autorowi? Być sobie Józefem na
własny rachunek? To wszystko jest w zasięgu ręki. Ale nie dla Józefa.
Józef, syn Jakuba, to oczywiste. W Biblii, u Schulza, w Oberkach. Tu
też. Ale nie będzie ani chwili Jakuba, nie będzie o Jakubie i jego
mocowaniu się z aniołem. To Józef będzie uchodził, ojciec tym razem w rozmazanym tle.
Józef, sprzedany przez braci, powraca w chwale. Jaka chwała? Może
wystarczy samo sprzedanie?
Nie widzę Józefa dobrze i nie zobaczę. Jest niski, wysoki, łysieje,
tyje? Nie chcę go widzieć na oczy.
Chcę Józefa usłyszeć. Chcę wsłuchać się w intonację i rytm zdań, jego
mocowanie się z językiem, ślizganie po obrazach i słowach.
Niech pisze dziennik.
Niech uczy się mówić: to będzie jego pierwszy dziennik, strojenie głosu,
szukanie rejestrów. Niech się zmaga, zaciska zęby i brnie, dzień w dzień, w wyznania, kłamstwa, zmyślenia, niech lepi siebie. Niech kradnie
i podsłuchuje, niech porzuca swe łupy.
Uchodźca jest na granicy języków. Swój musi porzucić, nowego nie ma.
Uchodzić z języka. Co to znaczy?
Nie mieć mowy, nic nie mieć.
Kupię mu tylko marynarkę. Szytą na miarę, niech ma. Na miarę, ale nie na
niego. Kupił ją na allegro i polubił. Dobra wełna, ciepła wełna, tweed.
Marynarkę uszyto na garbatego. I Józef się w niej garbi, dostosowuje do
kroju, wtedy lepiej leży. Kiedy stoi prosto, materiał marszczy się.
Zmarszczony lub zgarbiony, Józef nie może się zdecydować.
Dlaczego ją lubi? Może nie będzie lubił? Ukryje w szafie? Wyrzuci?
12 stycznia
Józef lubi swoją marynarkę. Ma jedną i jest z niej dumny. Bywają
tygodnie, że o niej zapomina, ale jak zacznie nosić, to nie może
przestać. Traktuje ją jak kurtkę, w chłodne dni stawia kołnierz i owija
się szalikiem. Lubi dotyk materiału, wzór jodełki, beże i zielenie
grające w słońcu. Czuje się bardziej literacko, kiedy odkrywa, że
marynarka ma kolor smarkozielony. Tak go nazywa i liczy, że każdy
rozszyfruje aluzję. Znajomi uśmiechają się, zakłopotani. A Józefowi
przestaje przeszkadzać, że jest stateczny i pulchny. Zaczyna się golić
regularnie.
Marynarka to jednak za mało. Może się przyda, ale nic się z niej nie
urodzi. Szorstka wełna, ukryty garb, za mało. Muszę dać Józefowi coś
więcej, muszę mu dać słowo. Niech się nim bawi, obraca, mamle, ślini. Ze
słowa coś się może urodzić. Bez słów, wokół których można krążyć,
dziennik Józefa niewiele zdziała.
* * *
Józef:
Płakałem cały wieczór.
Redaguję cudze słowa. Grzebię w cudzym słowie. W cudzysłowie jak w rowie. Pogrzebany.
Pisać, kiedy oczy się zamykają, i pisać, kiedy nic ważnego się nie
wydarzyło. Pisać dziennik, kiedy nie ma nic do napisania, i pisać, gdy
wszystko się wali. Zawsze się wali i zawsze pisać. Płacić haracz
codzienności, ujawniać jej codzienne piekło. Mozolnie i pod górę.
Dotrwać do końca grudnia i spalić dziennik. Patrzeć, jak płonie i nie
żałować. Dożyć do końca roku.
* * *
I przestaje pisać na tydzień. Potrzebne mu jest słowo. Małe, nośne,
tajemnicze słowo do niebezpiecznych zabaw. Józef jeszcze nie wie, że
jest uchodźcą, na to słowo jest za wcześnie. Dam mu wywlekanie, niech
sobie Józef powywleka.
13 stycznia
Słowo pomogło. Józef bawi się, cieszy, wywleka. Zaczyna pisać. Najpierw
myśli nad tytułem. Liczne propozycje:
Dziennik lustrzany
Dziennik powrotu
Dziennik próby
Dziennik. Próby
Rok powrotu. Dziennik
Rocznik próby
Dziennik niepokoju
Dziennik wywlekania
Wywlekanie. Dziennik
Józef chce, by dziennik obejmował rok życia i był podporządkowany
mglistemu jeszcze zamysłowi wywlekania. Wyraźnie podoba mu się to słowo,
które z każdym dniem pęcznieje od znaczeń. Wywlekanie pozostaje jednak
na razie koncepcją niejasną. Ma być ujawnianiem tego, co ukryte i bolące, nazywaniem spraw nienazywanych wcześniej przez samego Józefa.
Jednocześnie nie chodzi o sekrety psychologiczne i życiowe tajemnice.
Jak wyznaje, wzmianka o dwudniowej niewierności sprzed dziesięciu lat
nie jest jeszcze wywlekaniem, podobnie jak nie byłaby nim dokładna
relacja z wiarołomnego weekendu. Józef widzi siebie raczej jako
wróżbitę, który odczytuje sekretne sensy pozornie błahych zdarzeń i niepokojów. Wywlekanie sięga trzewi.
* * *
Józef:
Wywlekanie nie jest ujawnianiem znanego. Sięganie po omacku, nazywanie
nieznanego, kiedy wywleczone na światło. Nie mam szkatuły z sekretami,
jedynie wędrowne niepokoje, przeczucia, ślady wspomnień. Wywlekanie to
też prześwietlanie zmyśleń, szukanie ich źródeł podziemnych, zgrozy,
która je wydała na pastwę.
Wywlekanie, wywłóczenie, włóczenie.
Oswajam się z tytułem, musi mnie ogarnąć.
Słowa na wy-, dobre słowa.
Wywlekanie na nice, nicowanie.
To robić, włóczyć się.
Wywlekanie, odwlekanie. Zwłoka. Tak czy owak, włóczenie. Odwlekanie jest
przynajmniej jakimś krążeniem wokół. Omijaniem tego, o czym nie można,
choć być może właśnie dlatego się powinno.
14 stycznia
Biurko Józefa jest tak ustawione, aby każdy wchodzący do pokoju od razu
widział jego pochylone nad klawiaturą plecy. Każdy, jeśli wejść cicho,
drzwi nie skrzypią i cały mechanizm klamki działa bezgłośnie, może
zajrzeć przez ramię i odczytać rodzące się słowa.
Być może ta sytuacja nie do końca podoba się Józefowi, ale nie ma
wyjścia. Mieszkanie jest tak małe, że inne ustawienie stołu do pisania
jest niemożliwe. Zresztą, idea wywlekania musi się niechętnie oswoić z tym, że wydobywa się na jaw to, co ukryte. Spisane słowa stają się
jawne, jawna jest ich nieporadność, nieplanowana szczerość, niegotowy
charakter.
Cały Józef jest niegotowy, niegotowy na życie, na wolność i na pisanie.
Być może dlatego zwlekał z postawieniem pierwszego słowa tyle lat.
Zwlekał, teraz wywleka; włóczył, zwłóczył, aż wywłóczył; włóczęga. Do
tych przeobrażeń Józef dotrze dopiero za jakiś czas, zrozumie swój los.
Na razie siedzi przed monitorem i obmacuje wywlekanie. Czuje, że słowa
ślizgają się obok, że prowadzi ze słowami dziwną grę, której reguły
dopiero się tworzą. Stworzą się? Nie wiadomo.
Dlaczego nie pisał do tej pory?
Potrafi poprawiać lepszych od siebie. To tylko pozorny paradoks.
Poprawianie przychodzi jednak na gotowe. Nawet niegotowy tekst jest
jakoś gotowy, można nad nim dalej pracować. Józef jest dobrym
redaktorem. Jednak nigdy nie był gotowy na własną mowę, która rodziłaby
się od podstaw, od jednego słowa, myśli, obrazu.
Pierwszą powieść chciał napisać w wieku dwudziestu pięciu lat. Skończył
studia, ożenił się, sporo decyzji podjęło się w jego życiu, ale miał
poczucie, że wiele spraw jest jeszcze płynnych. Bycie pisarzem
przelewało się w jego myślach, wyobrażał sobie siebie piszącego,
wygłaszającego mowy, odmawiającego przyjmowania nagród. Łapał się na
tym, że podczas spacerów z psem, spanielką o imieniu Szczerba, układa
sobie mowę noblowską.
Brał smycz z gorącym postanowieniem przemyślenia luźnych pomysłów na
powieść, bawiąc się tą myślą, zbiegał ze schodów na pole, na łąki, które
wtedy jeszcze rozciągały się przed jego blokiem. Szczerba z radością
buszowała w olchowych zagajnikach, a on zamiast pisać, wygłaszał szeptem
głębokie zdania o istocie literatury.
Suka zdechła, porzucone pomysły powiędły, Józef umościł się w roli
redaktora. Zawsze o krok przed pisarzem, wyłapujący idee kryjące się za
słowami, zdolny poprawić wszystko, ceniony, stateczny i pulchny. W okolicach trzydziestych trzecich urodzin demony powieści powróciły. Nie
było suki, łąki zabudowano, Józef zaczął krążyć po Krakowie,
podsłuchując ludzi, obserwując zwykłe życie, łapiąc słowa, melodie,
metra.
Pilnie notował, gromadził galerię postaci, szukał pomysłu, który powiąże
te głosy ze sobą. Bardziej wyczekiwał, niż szukał, wierzył, że
nagromadzone słowa same przemówią, z oddzielonych punktów ułoży się
obraz, a on tylko poprowadzi swe pióro, łącząc wszystko w jasną
konstelację. W wyczekiwaniu przeszkadzała mu praca, codzienność i drobne
problemy finansowe, które rozwiązywał, zarywając noce. Punkty nie
ułożyły się w konstelację, zostało archiwum głosów, wstydliwy dowód
niegotowości.
15 stycznia
Napotkałem Józefa dwa tygodnie temu, w chwili gdy zaczynał pisać
dziennik. W pierwszym zdaniu opłakiwał kolejny projekt, który
ostatecznie rozsypał się w noc sylwestrową.
Przez kilka miesięcy układał klocki, przestawiał, konstruował, lepił
pomysły. Nadszedł sylwester, upojenie, tańce na granicy zdrady, niesmak
i obrzydzenie sobą. Na balkonie, z papierosem, patrząc na wyludnione
ulice i dogasające sztuczne ognie, zrozumiał, że już tego nie poskleja.
Czuł się, jakby opuszczał toksyczny związek, któremu nie pomogły
rozmowy, przeprosiny, terapie, oddalenia i zbliżenia. Odpędził tę myśl,
ale następnego dnia wróciła, na kacu, w niejasnych oparach noworocznych
postanowień. Rozstał się z kolejną nienapisaną powieścią, niegotowy na
trwały związek, na wspólne życie, trud codzienności. Powieść się nie
powiodła, powieść zawiodła, nie będzie już powieści. Sto tysięcy znaków
do kosza; to było postanowienie noworoczne sprzed roku. Powieść na
czterdzieste urodziny. Powieść może się nie powieść. Może wywieść w pole.
Płakał cały wieczór, trzeźwiejąc.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki