Poniewczasie - Lisa Kränzler

Kup ebooka

21.60 zł
17.93 zł (18,36 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

NOWY EU­RO­PEJ­SKI KA­NON LI­TE­RACKI

HAŁYNA KRUK Kto­kol­wiek, tylko nie ja(prze­kład Boh­dan Za­dura)

MAREK VADAS Ucieczka(prze­kład We­ro­nika Go­gola)

NAJAT EL HACHMI Ostatni pa­triar­cha(prze­kład Anna Sa­wicka)

ALEŠ ŠTE­GER Księga rze­czy(prze­kład Mi­łosz Bie­drzycki)

CLAU­DIU KOMAR­TIN ko­balt(prze­kład Ja­kub Korn­hau­ser)

MAJA URBAN Sta­tua wol­no­ści(Mi­łosz Wa­li­gór­ski)

BÉREN­G?RE COUR­NUT Z ka­mie­nia i ko­ści(Hanna Igal­son-Ty­giel­ska)

FRÍ?A ÍSBERG Świerzb(Ja­cek Go­dek)

MARIA NAVARRO SKA­RAN­GER Emily fo­re­ver(Ka­ro­lina Droz­dow­ska)

BENE­DEK TOTTH SKA­RAN­GER Trupi bieg(Elż­bieta So­bo­lew­ska)

JAN ŠKROB Real(Zo­fia Bał­dyga)

RAD­MILA PETRO­VIĆ Moja mama wie, co się wy­pra­wia w mia­stach(Alek­san­dra Woj­ta­szek)

MAT­TEO BUSSOLA Viola i Nie­bie­ski(Ka­ta­rzyna Skór­ska)

CHAR­LOTTE VAN DEN BRO­ECK Roz­cierki z ziemi(Olga Ni­zio­łek)

RUMENA BUŽA­RO­VSKA Mój pan mąż(Do­rota Jo­vanka Ćir­lić)

IEVA TOLE­IKYT? Czer­wony śli­ski pa­łac(Do­mi­nika Ja­giełka)

LISA KRÄN­ZLER Po­nie­wcza­sie(Do­rota Stro­iń­ska)

NOWY EU­RO­PEJ­SKI KA­NON LI­TE­RACKI 17
LISA KRÄN­ZLER: Po­nie­wcza­sie
PPRZE­KŁAD Z JĘ­ZYKA NIE­MIEC­KIEGO - Do­rota Stro­iń­ska
REDAK­CJA - Mag­da­lena Kur­kow­ska
REDAK­CJA I KO­REKTA - Jo­anna Mu­el­ler
ILU­STRA­CJA NA OKŁADCE - Go­sia Herba
PRO­JEKT LAY­OUTU OKŁADKI - Mi­ko­łaj Pa­siń­ski
PRO­JEKT TY­PO­GRA­FICZNY ŚRODKA KSIĄŻKI - Ar­tur Burszta
Co­py­ri­ght ? by Lisa Krän­zler 2013 Co­py­ri­ght ? by Ver­bre­cher Ver­lag, Ber­lin, 2013 Co­py­ri­ght ? by Do­rota Stro­iń­ska, 2024 Co­py­ri­ght ? by Go­sia Herba, 2024 Co­py­ri­ght ? by Biuro Li­te­rac­kie, 2024
BIURO LITE­RAC­KIE
poczta@biu­ro­li­te­rac­kie.pl
www.biu­ro­li­te­rac­kie.pl
ISBN 978-83-67706-73-5
Zre­ali­zo­wano dzięki wspar­ciu fi­nan­so­wemu Go­ethe-In­sti­tut
Ten pro­jekt zo­stał zre­ali­zo­wany przy wspar­ciu fi­nan­so­wym Ko­mi­sji Eu­ro­pej­skiej. Pro­jekt lub pu­bli­ka­cja od­zwier­cie­dlają je­dy­nie sta­no­wi­sko ich au­torki i Ko­mi­sja Eu­ro­pej­ska nie po­nosi od­po­wie­dzial­no­ści za umiesz­czoną w nich za­war­tość me­ry­to­ryczną.
KON­WER­SJA: eLi­tera s.c.

1.

Nie­praw­do­po­dobne, że­bym po prze­szło dwu­dzie­stu czte­rech la­tach mo­gła jesz­cze wskrze­sić od­czu­cie, jak do­ty­kam koń­có­wek jej świeżo wy­kieł­ko­wa­nych wło­sków, krót­kich jak główki za­pa­łek...

Na szczę­ście moją pa­mięć gu­zik ob­cho­dzą praw­do­po­do­bień­stwa, po­zwala mi więc moją małą, pulchną rączką raz po raz gła­skać jej dużą, ostrzy­żoną na je­żyka dzie­cięcą główkę.

Z głębi bez­li­to­sne głosy ma­lu­chów wy­krzy­kują prze­zwi­sko, które dziś brzmi ra­czej nie­win­nie: "jeż".

- Je­eeeż! - drą się małe gar­dła, prze­cią­ga­jąc sy­laby tak długo, że "jeż" prze­kształca się w "je­eeeszszszsz" i za­czyna bu­dzić wstręt.

Póź­niej twier­dziła, że ja jedna wo­ła­łam ją po imie­niu, po jej praw­dzi­wym imie­niu, które brzmiało może Ja­śmina, może Ce­lina, a może Ju­styna, i że ta od­mowa na­śla­do­wa­nia in­nych i uży­wa­nia jej zwie­rzę­cego prze­zwi­ska dała po­czą­tek na­szej przy­jaźni.

Ja na­to­miast uwa­żam za da­lece bar­dziej praw­do­po­dobne, że to do­zna­nie ak­sa­mitu, pu­szy­sto­ści per­skiego dy­wanu i za­ra­zem tak prze­dziw­nie nie­sforne od­czu­cie ła­sko­ta­nia, ja­kimi ob­da­rzały moją dłoń jej włosy, przy­cią­gało mnie do niej ni­czym ma­gnes, bu­dziło we mnie nie­od­parte pra­gnie­nie, by jesz­cze wię­cej do­zna­wać wie­lo­krot­nego gła­ska­nia, wie­lo­krot­nego od­czu­wa­nia, wie­lo­krot­nego roz­ko­szo­wa­nia się tą nie­znaną mi do tej pory fak­turą po­wierzchni głowy i wło­sów.

A więc JA bym po­wie­działa, że ka­mie­niem wę­giel­nym na­szej przy­jaźni była nie tyle moja wstrze­mięź­li­wość w do­ku­cza­niu, ile tam­ten ka­mień kra­węż­nika, który roz­łu­pał jej czaszkę na krótko przed­tem, za­nim po­szły­śmy do przed­szkola.

Do­brze znam pa­gó­rek i miej­sce, gdzie się to wy­da­rzyło. W na­stęp­nych la­tach czę­sto je za­zna­cza­ły­śmy czer­wo­nymi ik­sami, pi­sząc kredą po ulicy. Prze­bieg wy­padku, o któ­rym wiem tylko z opo­wia­dań, a także po­stać nie­ustra­szo­nej ka­mi­ka­dze Ja­śminy czy Ce­liny czy Ju­styny na roz­kle­ko­ta­nym ro­werku, mało bez­piecz­nym mimo bocz­nych kó­łek, w każ­dej chwili mogę przy­wo­łać w pa­mięci bez naj­mniej­szych trud­no­ści i to z nie­za­wodną ostro­ścią, ni­czym ob­raz z ka­mery fil­mo­wej. Wy­obra­że­nie wy­padku, któ­rego ist­nie­nie za­wdzię­czam wspo­mnia­nej już wła­ści­wo­ści mo­jej pa­mięci, nie­dba­ją­cej o ja­kie­kol­wiek praw­do­po­do­bień­stwo, od - w co trudno uwie­rzyć - dwu­dzie­stu czte­rech lat broni swo­jego miej­sca w moim zbio­rze ob­ra­zów, gdy tym­cza­sem wspo­mnie­nia in­nych do­świad­czeń współ­prze­ży­wa­nych live dawno już za­tarły się w zgiełku in­ten­syw­nych wra­żeń. Przy­czyna tej utraty ob­ra­zów po­zo­stała do­tych­czas nie­wy­ja­śniona ani też nie udało mi się na ra­zie udo­wod­nić tezy, że wy­two­rzone w trak­cie pro­ce­sów prze­miany ma­te­rii cie­pło po­woli roz­kłada wszystko, co prze­cho­wuje pa­mięć, a mój go­rący umysł sta­pia na­wet naj­trwal­sze no­śniki ob­ra­zów, roz­go­to­wuje je, za­mie­nia w parę i upłyn­nia.

Gdy jak te­raz do­znaję na­głego ob­ja­wie­nia, uświa­do­miw­szy so­bie, że liczby wra­żeń, które stają się ofiarą co­dzien­nych wy­ma­zy­wań, nie można przed­sta­wić w żad­nej po­staci, to czuję za­wroty głowy, a krót­kie, gwał­towne wstrząsy we­wnętrz­nej rów­no­wagi utrud­niają mi dal­sze ży­cie. Chwieję się, za­ta­czam, w końcu wcze­piam, jak za­wsze, w je­den z nie­wielu nie­znisz­czal­nych fi­la­rów mo­jej pa­mięci, rzad­kich dla mnie, nie­wzru­szo­nych pew­ni­ków w kra­jo­bra­zie mo­jego mó­zgu, które zżarte mogą być je­dy­nie przez de­men­cję i al­zhe­imera, a do któ­rych na­leży rów­nież ob­raz two­jego upadku o nie­mal zgub­nych skut­kach.

Po­szu­ki­wa­nia in­nych pod­pór, pro­tez czy po­rę­czy jak na ra­zie nie przy­nio­sły re­zul­tatu.

2.

Pęk­nię­cie pod­stawy czaszki" i "grzmo­cić się".

Te dwa po­ję­cia po­zna­łam, usły­sza­łam, zro­zu­mia­łam dzięki niej, Ja­śmi­nie czy Ce­li­nie czy Ju­sty­nie, która była, jest i bę­dzie po wszyst­kie czasy ich po­sia­daczką.

Szcze­gól­nie godne uwagi: obie kom­bi­na­cje li­ter mó­wią o du­żych prze­bi­ciach, o wy­cie­ka­niu pły­nów krwa­wych, mó­zgo­wych, na­wil­ża­ją­cych czy na­sien­nych, o zie­ją­cych i śli­skich szpa­rach, o wcho­dze­niu i przyj­mo­wa­niu, ugi­na­niu i ła­ma­niu, o ży­ciu i śmierci, fron­tal­nym ude­rze­niu i ho­ry­zon­tal­nym pchnię­ciu, o grzmo­cie, trza­sku i pi­sku, o ry­zyku, upadku i przy­padku, o do­ro­śle­niu, o twar­dym na mięk­kim i twar­dym na twar­dym oraz o wszech­mocy fi­zycz­nych i che­micz­nych praw, któ­rym od po­czątku pod­le­gało, pod­lega i bę­dzie pod­le­gać na­sze ludz­kie ist­nie­nie.

"Grzmo­cić się"...

Słowo ma­jące wielu krew­nych, spo­śród któ­rych "akt pro­kre­acji" za­li­cza się chyba ra­czej do da­le­kich ku­zy­nów...

W mo­jej oso­bi­stej ro­dzi­nie wy­ra­zów okre­śla­ją­cych sto­su­nek płciowy trzy­mają się one mimo to za ręce, tak że prze­skok od "grzmo­cić się" do "pro­kre­acji" nie wy­maga od mo­ich my­śli zbyt wiel­kiej spraw­no­ści fi­zycz­nej. Oczy­wi­ście nie jest to by­naj­mniej ko­niec ciągu sko­ja­rzeń my­ślo­wych wy­wo­ła­nych sło­wem "grzmo­cić się". Zwy­kle na­suwa się w tym miej­scu wy­raz "po­czę­cie", który nie­za­wod­nie pro­wa­dzi mnie do "ma­mi­nego brzu­cha", a po­nie­waż mój po­byt tam wy­myka się mi z pa­mięci, to za­stęp­czo - do twa­rzy mo­jej mamy.

Twa­rze i brzu­chy na­szych mam bar­dziej nie mo­głyby się róż­nić.

Po jed­nej stro­nie ulicy, która może miała na­zwę Je­le­nia, może Sar­nia, a może Ża­bia czy So­wia, twarz i brzuch mamy z wy­kształ­ce­niem uni­wer­sy­tec­kim, po dru­giej na­to­miast grube rysy i pę­pek mamy ro­bot­nicy. Po tej stro­nie plan na­ucza­nia, po tam­tej plan pracy na zmiany; tu dom na wła­sność, tam miesz­ka­nie czyn­szowe; po pra­wej opieprz, po le­wej wpieprz. Na wscho­dzie - świeże owoce, świeże po­wie­trze i kom­post, a na za­cho­dzie puszki, pety i po­piel­niczki.

Nie­mniej jed­nak na­sze tak różne matki łą­czyło kilka wcale istot­nych cech wspól­nych: na nich obu spo­czy­wał cię­żar pracy her­ku­le­so­wej, by utrzy­mać dom, do­ro­bek i mir w ro­dzi­nie, przy czym ich chro­nicz­nie prze­mę­czone twa­rze przy­ozda­biały cią­gle uśmie­chy do­da­jące od­wagi...

Ale tym, co nas, Ja­śminę czy Ce­linę czy Ju­stynę oraz mnie, dziew­czynkę o imie­niu może Lotta, może Lu­iza, a może Łu­cja, fa­scy­no­wało naj­bar­dziej, a co nas w na­szym dzie­cię­cym mnie­ma­niu i prze­ko­na­niu zo­bo­wią­zy­wało do przy­jaźni, je­śli wręcz nie do sio­strzeń­stwa, były otrzy­mane na chrzcie imiona na­szych mam, któ­rych ko­rze­nie się­gają świata ro­ślin­nego. Za­równo po wschod­niej, jak i po za­chod­niej stro­nie ulicy Je­le­niej czy Sar­niej, Ża­biej czy So­wiej li­sty, okładki ksią­żek i do­ku­menty roz­kwi­tały w naj­lep­sze, a kiedy nasi oj­co­wie mieli ja­kieś ży­cze­nia, to przy­wo­ły­wali mamy imio­nami kwia­tów, może Iris, może Mar­ga­reta, a może Róża czy Li­liana.

Lo­gika two­ich lo­ków

Oczy­wi­ście mu­siały jej uro­snąć loki.

Już kilka ty­go­dni po tym, jak ogo­lono i po­zszy­wano jej pęk­niętą czaszkę, oczysz­czoną naj­pierw z masy plą­czą­cych się, zle­pio­nych krwią wło­sów, które za­stą­piono po­tem zyg­za­kami drob­nych, guz­ko­wa­tych li­nii spe­cjal­nej nici chi­rur­gicz­nej, uwi­docz­niła się kę­dzie­rzawa nie­rów­ność - za­pewne re­zul­tat po­tęż­nego wstrząsu, po­twor­nego ude­rze­nia.

Czę­sto wy­obra­żam so­bie jesz­cze po upły­wie wielu mie­sięcy od wy­padku ce­bulki wło­sów, lekko drżące, każda z osobna ro­ze­dr­gana sła­bymi wstrzą­sami wtór­nymi, przy­po­mi­na­ją­cymi o wiel­kim, dru­zgo­cą­cym nie­szczę­ściu. Ty­siące wło­so­wych pod­pó­rek pa­mięci, które chcą za­po­biec nie­roz­waż­nej bra­wu­rze i bez­tro­sce. Aby w porę zwró­cić uwagę na blaszkę czaszki nie­ustan­nie za­gro­żoną na­głymi, gwał­tow­nymi wstrzą­sami, wy­sy­łają po­skrę­cane w kor­ko­ciągi sy­gnały ostrze­gaw­cze, które opa­dają na uszy, skro­nie, czoło i oczy.

Ostrze­ga­jące fale.

Mo­rze w to­na­cji od ja­sno­brą­zo­wej do od­cie­nia średni blond, mo­rze za­re­je­stro­wa­nych drgań, które nie­sfor­nym nim­bem oto­czyły jej twarz. Au­re­ola z lo­ków, grze­ją­cych la­tem nie­mi­ło­sier­nie, któ­rych krnąbr­ność przy cze­sa­niu do­pro­wa­dzała matkę ro­bot­nicę do pa­sji, a dziew­czynkę, sku­loną ze stra­chu pod cio­sami szczotki, do pła­czu.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki