2.
Pęknięcie podstawy czaszki" i "grzmocić się".
Te dwa pojęcia poznałam, usłyszałam, zrozumiałam dzięki niej, Jaśminie czy Celinie czy Justynie, która była, jest i będzie po wszystkie czasy ich posiadaczką.
Szczególnie godne uwagi: obie kombinacje liter mówią o dużych przebiciach, o wyciekaniu płynów krwawych, mózgowych, nawilżających czy nasiennych, o ziejących i śliskich szparach, o wchodzeniu i przyjmowaniu, uginaniu i łamaniu, o życiu i śmierci, frontalnym uderzeniu i horyzontalnym pchnięciu, o grzmocie, trzasku i pisku, o ryzyku, upadku i przypadku, o dorośleniu, o twardym na miękkim i twardym na twardym oraz o wszechmocy fizycznych i chemicznych praw, którym od początku podlegało, podlega i będzie podlegać nasze ludzkie istnienie.
"Grzmocić się"...
Słowo mające wielu krewnych, spośród których "akt prokreacji" zalicza się chyba raczej do dalekich kuzynów...
W mojej osobistej rodzinie wyrazów określających stosunek płciowy trzymają się one mimo to za ręce, tak że przeskok od "grzmocić się" do "prokreacji" nie wymaga od moich myśli zbyt wielkiej sprawności fizycznej. Oczywiście nie jest to bynajmniej koniec ciągu skojarzeń myślowych wywołanych słowem "grzmocić się". Zwykle nasuwa się w tym miejscu wyraz "poczęcie", który niezawodnie prowadzi mnie do "maminego brzucha", a ponieważ mój pobyt tam wymyka się mi z pamięci, to zastępczo - do twarzy mojej mamy.
Twarze i brzuchy naszych mam bardziej nie mogłyby się różnić.
Po jednej stronie ulicy, która może miała nazwę Jelenia, może Sarnia, a może Żabia czy Sowia, twarz i brzuch mamy z wykształceniem uniwersyteckim, po drugiej natomiast grube rysy i pępek mamy robotnicy. Po tej stronie plan nauczania, po tamtej plan pracy na zmiany; tu dom na własność, tam mieszkanie czynszowe; po prawej opieprz, po lewej wpieprz. Na wschodzie - świeże owoce, świeże powietrze i kompost, a na zachodzie puszki, pety i popielniczki.
Niemniej jednak nasze tak różne matki łączyło kilka wcale istotnych cech wspólnych: na nich obu spoczywał ciężar pracy herkulesowej, by utrzymać dom, dorobek i mir w rodzinie, przy czym ich chronicznie przemęczone twarze przyozdabiały ciągle uśmiechy dodające odwagi...
Ale tym, co nas, Jaśminę czy Celinę czy Justynę oraz mnie, dziewczynkę o imieniu może Lotta, może Luiza, a może Łucja, fascynowało najbardziej, a co nas w naszym dziecięcym mniemaniu i przekonaniu zobowiązywało do przyjaźni, jeśli wręcz nie do siostrzeństwa, były otrzymane na chrzcie imiona naszych mam, których korzenie sięgają świata roślinnego. Zarówno po wschodniej, jak i po zachodniej stronie ulicy Jeleniej czy Sarniej, Żabiej czy Sowiej listy, okładki książek i dokumenty rozkwitały w najlepsze, a kiedy nasi ojcowie mieli jakieś życzenia, to przywoływali mamy imionami kwiatów, może Iris, może Margareta, a może Róża czy Liliana.
Logika twoich loków
Oczywiście musiały jej urosnąć loki.
Już kilka tygodni po tym, jak ogolono i pozszywano jej pękniętą czaszkę, oczyszczoną najpierw z masy plączących się, zlepionych krwią włosów, które zastąpiono potem zygzakami drobnych, guzkowatych linii specjalnej nici chirurgicznej, uwidoczniła się kędzierzawa nierówność - zapewne rezultat potężnego wstrząsu, potwornego uderzenia.
Często wyobrażam sobie jeszcze po upływie wielu miesięcy od wypadku cebulki włosów, lekko drżące, każda z osobna rozedrgana słabymi wstrząsami wtórnymi, przypominającymi o wielkim, druzgocącym nieszczęściu. Tysiące włosowych podpórek pamięci, które chcą zapobiec nierozważnej brawurze i beztrosce. Aby w porę zwrócić uwagę na blaszkę czaszki nieustannie zagrożoną nagłymi, gwałtownymi wstrząsami, wysyłają poskręcane w korkociągi sygnały ostrzegawcze, które opadają na uszy, skronie, czoło i oczy.
Ostrzegające fale.
Morze w tonacji od jasnobrązowej do odcienia średni blond, morze zarejestrowanych drgań, które niesfornym nimbem otoczyły jej twarz. Aureola z loków, grzejących latem niemiłosiernie, których krnąbrność przy czesaniu doprowadzała matkę robotnicę do pasji, a dziewczynkę, skuloną ze strachu pod ciosami szczotki, do płaczu.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki