ROZDZIAŁ 1
CAMDEN
Płuca paliły, gdy nabierałem powietrza, łaknąc tlenu, którego jednak nie było. Palce świerzbiły, by trzymać w nich papierosa, choć nałóg ten rzuciłem już sześć lat temu. Za każdym razem na wysokości czułem się w ten sam sposób - przynajmniej jeśli chodziło o oddychanie.
Pragnienie, by zapalić? Tkwiło we mnie dzięki uprzejmości miasteczka Alba w stanie Kolorado, liczącego sześciuset czterdziestu dziewięciu mieszkańców. Tak właśnie głosiła tablica, którą minąłem jakieś dwa kilometry wcześniej. Nie zamierzałem ufać znakowi, bo nie zaktualizowano go, odkąd się urodziłem, co akurat w mojej rodzinnej mieścinie stanowiło normę.
Nic tu nie zmieniło się od mojego wyjazdu. Wraz z brukowanymi ulicami, Alba stanowiła najlepiej zachowane miasto-widmo w Kolorado. Zimą żyło z turystów, którzy latem zostawiali w nim pieniądze.
Licznik na dystrybutorze paliwa obracał się leniwie, gdy uniosłem ręce ku popołudniowemu słońcu i ośnieżonym szczytom przede mną, aby rozciągnąć mięśnie, które zbyt długo pozostawały w jednej pozycji podczas mojej podróży z Karoliny Północnej. Owiał mnie ostry marcowy wiatr, przeganiając zmęczenie. Z radością powitałem jego chłodny dotyk na odsłoniętej skórze. Tu, na wysokości trzech tysięcy metrów nad poziomem morza, pogoda zdecydowanie nie pozwalała na noszenie samego T-shirtu.
Usłyszałem westchnienie, więc obróciłem się w stronę minivana, który stanął za moim jeepem. Blondynka w zbyt dużych okularach przeciwsłonecznych i puchowej zimowej kurtce gapiła się na mnie, trzymając jedną nogę na betonie, a drugą w aucie, jakby ktoś zrobił stop-klatkę, gdy wysiadała.
Opuściłem ręce, a moja koszulka osunęła się na miejsce, zasłaniając pokryty tatuażami brzuch, na widok którego bez wątpienia się śliniła.
Pospiesznie pokręciła głową i zaczęła tankować.
Przynajmniej się nie przeżegnała i nie uciekła.
Albo przeprowadziła się do Alby w ostatniej dekadzie, albo moja reputacja nieco przygasła, odkąd wstąpiłem do wojska. Do diabła, może mieszkańcy całkowicie już o mnie zapomnieli.
Zakończyłem tankowanie i poszedłem do budynku stacji, aby kupić coś do picia. Bóg jeden wiedział, co znajdę w lodówce taty.
Zamknąłem za sobą drzwi, przez co rozbrzmiał zawieszony nad nimi dzwoneczek. Skinąłem głową starszemu mężczyźnie za ladą. Wyglądało na to, że pan Williamson nadal by właścicielem tej stacji. Uniósł krzaczaste, siwe brwi i się uśmiechnął. Jednak kiedy mi się przyjrzał, zmarszczył brwi i spoważniał. Zamrugał zdezorientowany. Zaraz potem zmrużył oczy, gdy mnie rozpoznał.
Najwidoczniej moja reputacja jest cała i zdrowa.
Pospiesznie wybrałem kilka butelek wody mineralnej z niewielkiego asortymentu i przyniosłem je do lady.
Starszy sprzedawca spoglądał na trzymany przeze mnie towar, jakbym miał go ukraść.
Można było powiedzieć o mnie wiele rzeczy, ale na pewno nie to, że jestem złodziejem.
Ponownie odezwał się dzwonek nad drzwiami, a pan Williamson wyraźnie się odprężył.
- Dzień dobry, poruczniku Hall - przywitał nowego klienta.
Zajebiście.
Nawet nie spojrzałem. Ten stary, wredny, uparty osioł nie znosił mnie...
- Cholera jasna, Cam?
Ale to nie był Tim Hall, a jego syn Gideon.
Gid lekko rozdziawił usta i wytrzeszczył jasnobrązowe oczy.
Podobną minę miał wtedy, gdy w pierwszej klasie liceum Xander wepchnął nas do damskiej szatni. Nigdy porządnie nie podziękowałem bratu za to kocenie, chociaż i tak nikt by nie uwierzył, że Xander zrobiłby coś tak podłego. Przecież był tym dobrym synem.
- Nie wiedziałem, że policjantowi w mundurze wolno przeklinać. - Omiotłem go wzrokiem. Gid nie miał okrągłego brzucha jak jego ojciec.
- W przeciwieństwie do żołnierzy? - odparł.
- Dostajemy dzięki temu dodatkowe punkty, a poza tym nie noszę już munduru. - Nie włożyłem go już od siedemnastu dni. - Tata wie, że gwizdnąłeś mu odznakę?
- Już? Czy two... - Westchnął. - Kurde, nic nie wymyślę!
Zaśmiał się, więc również parsknąłem śmiechem.
- Dobrze cię widzieć! - Porwał mnie w mocny, męski uścisk i poklepał po plecach, a jego odznaka wbiła mi się w pierś.
- Ciebie też. - Wyszczerzyłem zęby w uśmiechu, gdy się od siebie odsunęliśmy. - Właściwie chyba jesteś jedynym, na którego widok się cieszę.
- Daj spokój. Przecież jest tu pan Williamson. - Gid zerknął ponad moim ramieniem i skrzywił się na widok grymasu na twarzy starszego sprzedawcy. - Dobra, rozumiem.
- Nigdy mnie nie lubił. - Wzruszyłem ramionami, całkowicie świadomy, że mnie słyszał.
- Gdy po raz ostatni odwiedziłeś tę stację, wyrzuciłeś kogoś przez tę szybę. - Gid wskazał na okno, które już bardzo dawno temu zostało naprawione. - Rety, kiedy to było? Cztery lata temu?
- Sześć - odparłem mechanicznie. Niewiele rzeczy pamiętałem z tamtego wieczoru, ale data pozostawała krystalicznie jasna.
- Sześć. No tak. - Gideon posmutniał, bez wątpienia wspominając, dlaczego wróciłem ostatnim razem do Alby.
A zjawiłem się na pogrzeb Sullivana.
Wrócił smutek, grożący wyciśnięciem resztek tlenu z moich płuc, ale zapanowałem nad sobą, chyba po raz milionowy odkąd pochowaliśmy Sully'ego.
Boże, wciąż słyszałem jego śmiech...
- Zapłacisz, Camden? - zapytał pan Williamson.
- Tak, proszę pana - odpowiedziałem, wdzięczny za zmianę tematu. Obróciłem się do kontuaru, aby dokończyć transakcję. Nie umknęło mi zaskoczenie na twarzy sprzedawcy moim grzecznym tonem ani tym, że mu podziękowałem i odszedłem. - To cię kiedyś wykończy - powiedziałem do Gideona, który kupił sześciopak słodzonego napoju gazowanego.
- Jesteś taki sam jak Julie - mruknął pod nosem, podając panu Williamsonowi kartę. - Już nie można napić się w spokoju oranżady?
Zabawne. Uśmiechałem się dzisiaj więcej niż przez cały ostatni miesiąc.
- Jak Julie i dzieciaki?
- Doprowadzają mnie do tego, że piję. - Uniósł puszkę. - Tak poważnie, to super. Julie jest pielęgniarką, ale wiedziałbyś o tym, gdybyś założył konto w mediach społecznościowych.
- Nie, dziękuję. Po co miałbym to robić?
Gideon podziękował panu Williamsonowi i wyszliśmy przed sklep.
- Po co? No nie wiem. Aby pozostać w kontakcie ze swoim najlepszym kumplem?
- Nie, po to jest e-mail. Media społecznościowe są dla ludzi, którzy chcą porównać swoje życie z innymi. Domy, wakacje, osiągnięcia. Nie widzę powodu, żeby stać na ganku z megafonem i ogłaszać światu, co zjadłem na obiad.
- A propos obiadu, na jak długo przyjechałeś? - zapytał, gdy stanęliśmy pomiędzy moim jeepem a jego zakurzonym radiowozem. - Julie z pewnością by się ucieszyła, gdybyś do nas wpadł.
- Na dobre - odparłem, nim zdołałem to przemyśleć.
Zamrugał.
- Tak, ja też potrzebowałem chwili, żeby to zrozumieć. - Spojrzałem na góry, pomiędzy którymi znajdowała się Alba. Góry, których nie chciałem już nigdy oglądać.
- Odszedłeś z wojska? Wydawało mi się, że robiłeś karierę.
Tak, prawda. To kolejna godna opłakania rzecz.
- Posterunkowy Malone? - zaskrzeczał kobiecy głos w jego krótkofalówce.
- Marilyn Lakewood nadal pracuje jako dyspozytorka? Ile ona ma już lat? Siedemdziesiąt?
- Siedemdziesiąt siedem - poprawił Gideon. - I zanim zapytasz, Scott Malone to dwudziestopięcioletni wrzód na dupie.
- A czego się spodziewałeś po synalku burmistrza?
- Burmistrza? Kiedy ostatnio rozmawiałeś z...
- Posterunkowy Malone? - powtórzyła Marilyn, z irytacji podnosząc głos.
- Musisz się zgłosić? - Wskazałem na radio, które miał na ramieniu.
- Malone musi się zgłosić - mruknął, kręcąc głową. - Pewnie Genevieve Dawson znów skarży się, że kot Livingstonów wszedł do jej ogródka. Gdyby chodziło o coś poważnego, Marilyn wzywałaby mnie. A teraz mów. Dlaczego tu jesteś? Wracasz na dobre? Przeprowadzasz się tutaj? Do miejsca, które nazywałeś dupą szatana...
- Xander zadzwonił - przerwałem mu, zanim przypomniałby mi o kolejnym powodzie, dla którego zarzekałem się, że nigdy tu nie wrócę. - Odebrałem, w końcu minęło już sześć lat.
- Tata - powiedział cicho Gideon.
- Tak, tata.
Zapadła między nami wymowna cisza.
- Gideon Hall! - warknęła Marilyn przez radio.
- Poruczniku Hall - szepnął, nim odpiął gruszkę. - Tak, Marilyn?
- Skoro cudowny chłopiec się nie zgłasza, to tobie powiem, że Dorothy Powers znowu zgubiła Arthura Danielsa. Zdrzemnęła się na chwilę, a gdy się obudziła, już go nie było.
Poczułem ukłucie w żołądku, kierując wzrok na górski szczyt.
Xander opowiadał, że tata już kilkakrotnie uciekł opiekunce, ale nigdy nie odszedł daleko od domu. Sytuacji nie poprawiało to, że Dorothy Powers była starsza od taty i zapewne sama już potrzebowała opiekunki.
- Jadę. Zadzwoń do grupy poszukiwawczej. - Gideon spojrzał na mnie, po czym puścił gruszkę.
- Tata. - Jak daleko mógł zajść?
- Drugi raz w tym miesiącu. - Zacisnął na chwilę usta. - Jadę na posterunek po samochód z napędem na cztery koła. Nie dotrę do was radiowozem.
- Wsiadaj ze mną. Pojedziemy razem. - Bardziej rozkazałem, niż zaproponowałem, nie chcąc zwlekać. Jeździłem podniesionym jeepem z wielkimi oponami, silnikiem V-8 i napędem na cztery koła, który był w stanie przetrwać apokalipsę. Droga do domu taty o tej porze roku nie była taka zła.
Zgodził się, więc chwilę później zatrzymaliśmy się przed skrętem w ulicę Gold Creek Drive, która stanowiła główny wjazd do miasta - nie zamontowano tu sygnalizacji świetlnej, ale czasem przejeżdżały tędy skutery śnieżne.
- Jak długo cię nie było?
- Sześć lat. - Spojrzałem na niego wymownie. Czy przed momentem mu o tym nie mówiłem?
- Nie, chodzi mi o dzisiaj. Kiedy wyszedłeś z domu? Czy Dorothy nie spała? A tata? - Szukał czegoś w telefonie.
- Chciałbym pomóc, ale jeszcze nie dotarłem do domu. - Wskazałem na tylne siedzenie mojego czteroosobowego jeepa rubicona.
- Dosłownie teraz pojawiłeś się w mieście? - zapytał, obrzucając wzrokiem torby i pudła, które towarzyszyły mi od ponad trzech tysięcy kilometrów.
- Tak - odparłem, gdy mijaliśmy ostatni budynek z lat pięćdziesiątych w centrum miasta. Przejechaliśmy przez most nad Rowan Creek, który w tej chwili miał jakieś dziesięć metrów szerokości, i zaczęła się zaśnieżona droga, która prowadziła do urokliwej Alby. - Pomyślałem, że dobrze by było zatankować samochód. Ktoś mi kiedyś powiedział, że z pełnym zbiornikiem łatwiej spieprzać przed glinami.
Po mojej lewej znajdowała się główna ulica w centrum, przy której stały drewniane budynki z metalowymi dachami. Za kilka miesięcy zapełni się ona turystami, pragnącymi zwiedzić prawdziwe górnicze miasteczko, wzniesione w latach dziewięćdziesiątych dziewiętnastego wieku.
- Ten ktoś dorósł. Poza tym, proszę, nie każ mi cię ścigać. Jeździsz bestią. Chyba powiem Julie, że już wiem, co chcę na urodziny.
- Świetny pomysł, ale poproś też o drabinę do niego. - Skręciłem w Hamilton, gdzie skończyła się kasa na renowację. Śnieg leżał w cieniu budynków, które dawno już straciły dachy, okna, a nawet ściany.
- Zamknij się. Nie wszyscy mają ponad metr dziewięćdziesiąt wzrostu.
- Genetyka. Przynajmniej ojca będzie można wypatrzyć.
- Łatwo go znaleźć, ale Cam... On jest w kiepskim stanie - powiedział, gdy skręciliśmy w Rose Rowan i zaczęliśmy jechać pod górę. - Kiedy się z nim ostatnio spotykałem, nie poznawał mnie lub brał za mojego ojca.
Zacisnąłem palce na kierownicy.
- Xander ma dosyć. Powiedział, żebym wracał, inaczej pośle ojca do ośrodka w Buena Vista. To wbrew pragnieniu taty, który upiera się, że jeśli nasza matka zmarła w tym domu, to on również to zrobi.
- Zaczekaj. - Uniósł telefon. - Dzień dobry, pani Powers. Tak, tu Gideon - urwał i podrapał się między oczami. - Wiem... Wiem, że tak. Znajdziemy go i grupa poszuki... Och, ona też? Dobrze. Pomoże. Będziemy za cztery minuty.
Skręciłem na drogę dojazdową do posesji taty i zakląłem, widząc, w jakim jest stanie. Zawsze trudno jeździło się tędy na wiosnę, gdy spływała woda z roztopów, ale wyglądało na to, że kanał nie był czyszczony od lat. Deski, które bez wątpienia znajdowały się pod ubitym śniegiem, dość łatwo dało się naprawić, ale umocnienie rowu wymytego z prawej strony podjazdu przez tę minirzekę, pochłonie sporo wysiłku.
Widywałem już gorsze drogi w Afganistanie czy innych miejscach, w których w ogóle nie powinno mnie być, ale to mój cholerny podjazd.
Gideon się rozłączył. Zatrzymałem jeepa, aby włączyć napęd na cztery koła.
- Jak Dorothy codziennie tu przyjeżdża? - zapytałem, ruszając pod górę. Samochód kołysał się na tyle, że przesuwały się umieszczone z tyłu pudła, a Gideon musiał złapać się uchwytu, gdy pokonywałem oblodzony, zacieniony zakręt. Śnieg z tego miejsca zawsze topniał na samym końcu.
- Przez posiadłość państwa Bradley. Sędzia dba o podjazd, utwardza go i odśnieża.
Ich działka graniczyła z naszą, ale jadąc tamtędy, musiałbym nadrobić dziesięć minut. Nie miałem ochoty na zwiedzanie... ani oglądanie państwa Bradley.
Boże, jeśli na świecie istniała osoba, która miała prawo nienawidzić mnie bardziej, niż ja sam to robiłem...
Moją uwagę zwrócił niebieski błysk w lusterku wstecznym.
Gideon się obejrzał.
- Xander - stwierdził, odpowiadając na moje niezadane pytanie. - To jego pick-up.
- Będzie zabawnie.
- Witaj w domu - rzucił.
Olałem go, pokonując ostatni zakręt, i wjechałem na polanę. Przez ostatnią dekadę byłem tu tylko raz, ale w snach widywałem ten widok niemal co noc.
Zachodzące słońce odbijało się od okien dwukondygnacyjnego budynku, w którym dorastałem, malując go ciepłym światłem, które pasowało do spoglądającego zza domu szczytu.
Tata zawsze żartował, że bezpieczniej wychowywać dzieci za lasem, gdzie pożary nie stanowiły aż takiego zagrożenia.
Osobiście jednak uważam, że czerpał perwersyjną przyjemność z życia na krawędzi, gdzie tlenu było tak mało, że niemal nic tu nie rosło.
Zaparkowałem samochód, wyłączyłem silnik i zgarnąłem kurtkę z podłogi za siedzeniem.
Kiedy Xander parkował obok, ja zdążyłem już wysiąść i zapiąć czarną kurtkę North Face, żałując, że to nie kamizelka z kevlaru. Wolałbym być na polu bitwy niż mierzyć się z bratem... lub z tatą.
- Ja... eee... pójdę sobie - oznajmił niezręcznie Gideon, zostawiając mnie na podwórzu. Usłyszałem, że drzwi domu otworzyły się i zamknęły, nim to samo stało się z drzwiami auta brata.
Obszedł maskę nowiutkiego, wypolerowanego pick-upa i zatrzymał się gwałtownie, zapinając kurtkę tylko do połowy.
Napłynęły wspomnienia - dobre, złe i najgorsze. Mniej więcej w takiej właśnie kolejności.
Przeczesał palcami idealne blond włosy, przypominające fryzurę Kena, i gwałtownie odetchnął.
- Camdenie.
- Alexandrze - odpowiedziałem, poprawiając czapkę.
Chyba obaj byliśmy zdenerwowani.
Brat nie zmienił się za wiele. Miał te same niebieskie oczy, tę samą szczupłą sylwetkę. Wygląd odziedziczył po tacie, a mimo to wydawał się być moim przeciwieństwem pod każdym względem.
Pokręcił głową, jakby brakowało mu słów i zamiast wyrecytować wszystkie sposoby, na jakie zawiodłem rodzinę, podszedł przez żwirowy podjazd i objął mnie.
- Cieszę się, że jesteś.
Jedno zdanie zraniło mnie bardziej niż jakakolwiek obelga, bo z nią bym sobie poradził. Przygotowałem się na wyzwiska.
Chwycił mnie za ramiona i uśmiechnął się do mnie - zaciskając usta i marszcząc brwi, najwyraźniej walcząc z emocjami, do których ja już nie czułem się zdolny - nie wiedziałem, jak się przed nim bronić.
Zaśmiał się, a w dźwięku tym pobrzmiewały uczucia wiążące się z sześcioma latami rozłąki.
- Ale urosłeś. Czym oni was karmią w tej Delcie? I co to jest? - Cofnął się o krok i wskazał na moją jasną brodę.
- W Zielonych Beretach, nie w Delcie - poprawiłem zgodnie z naszym starym żartem. Posłałem mu wymuszony uśmiech, czując, jak kurczy mi się żołądek.
- Tak, tak. Ale taki jak ja, który nigdy nie był w boju, nawet nie wie, na czym polega różnica. - Omiótł wzrokiem moją twarz, jakby starał się ją zapamiętać, nim... znowu zniknę. - Boże, Cam. Ja tylko...
Od żalu i wyrzutów sumienia dostałem mdłości.
Uśmiechnął się, pokazując białe zęby i szczęście, którego sam nigdy nie doświadczyłem.
- Naprawdę się cieszę, że wróciłeś do domu.
- Już mówiłeś. - Chciało mi się rzygać. Jakim cudem był dla mnie aż tak miły?
- Ale to prawda. - Poklepał mnie po ramieniu. - Może znajdziemy tatę?
- Nie wydajesz się zmartwiony.
- Martwię się, ale chociaż wielokrotnie zapominał, jak mam na imię, nigdy nie zgubił się na tej ziemi. Musimy go tylko wyśledzić, nim spadnie temperatura.
Przytaknąłem, a brat obrócił się w kierunku domu. Było coś około zera, jednak kiedy zajdzie słońce, na pewno będzie na minusie.
- A tak w ogóle to niezły jeep. Pasuje ci - zawołał przez ramię.
Zamknąłem oczy i oddychałem przez nos, tłumiąc podchodzącą do gardła żółć. Wydawało się, że moje ciało nie było w stanie fizycznie poradzić sobie z moimi emocjami.
Jasne, że mi wybaczył. Oczywiście, że powitał mnie z otwartymi ramionami. Pewnie, że w jego oczach nie czaiła się żadna wrogość, a jedynie czysta, surowa miłość. Nie musiał mi wytykać wszystkich moich wad. Zawsze dawał mi przykład. Był kimś, komu nigdy nie zdołałbym dorównać.
Wziąłem się w garść, a on się odwrócił.
- Dobrze się czujesz? - zapytał z troską.
- Tak. - Skłamałem, bo w tym akurat byłem dobry.
- To przez wysokość?
- Coś w tym stylu.
- Pij dużo wody - przypomniał, unosząc brwi, aż pokiwałem głową, a następnie wszedł na ganek.
W tej brwi dostrzegłem pierwszą skazę u brata - bliznę, której nie było, gdy widziałem go po raz ostatni. Cienka, krótka blizna, przez którą mało nie zwymiotowałem na podjazd.
Powstała przeze mnie, gdy rzuciłem go na okno pana Williamsona.
Xander znajdował się na schodkach, gdy otworzyły się drzwi i wybiegł Gideon.
- Ma broń! - krzyknął.
Xander zamarł, obserwując, jak policjant zbiega ze schodów i zmierza ku mnie.
- Słucham? - Spojrzałem Gidowi w twarz, mając nadzieję, że to wyjaśni.
- Zabrał dubeltówkę! Dorothy mi powiedziała. Od strony działki państwa Bradley nadchodzą grupy poszukiwawcze. - Przebiegł obok mnie, trzymając za gruszkę na ramieniu.
- Jakim cudem tata miał dostęp do strzelby? - warknąłem do Xandera.
- Nie... - Pokręcił głową. - Wydawało mi się, że zamknąłem je wszystkie w sejfie. Schowałem nawet klucz.
- W pralni? - zapytała Dorothy, gdy zeszła z ganku, trzymając w ręku znajomą, wyblakłą butelkę płynu zmiękczającego tkaniny. Czas najwyraźniej zdecydował, że skończy z panią Powers, bo odkąd dekadę temu zaciągnąłem się do wojska, kobieta nic a nic się nie zmieniła. Na głowie nosiła tego samego siwego boba, na sobie miała nawet ten sam zielony płaszcz.
- Tak, na... - Xander westchnął i zamknął oczy. - na płynie do płukania, którego nie chciał używać.
- Płynie, który znalazłam w przedpokoju? - zapytała, posyłając mu bardzo "matczyne" spojrzenie.
- Tak, tym - odparł i mięsień na jego policzku drgnął.
- Powiedz chociaż, że amunicję schowałeś gdzie indziej.
Powiedz, że przynajmniej tyle zapamiętałeś z trzyletniej służby w wojsku.
Pobladł. Zajebiście.
- Znajdźmy go, zanim kogoś zabije. - Obróciłem się na pięcie i poszedłem do jeepa. Co dziwne, lepiej czułem się przy sprawach związanych z bronią niż podczas niezręcznych rodzinnych spotkań.
Zdjąłem kurtkę, wspiąłem się na stopień auta i otworzyłem bagażnik dachowy, z którym postanowiłem wybrać się w podróż przez pół kraju. Wcześniej sprzedanie większości rzeczy wydawało się logicznym posunięciem, ale zatrzymałem kilka z nich z powodów, których nie miałem czasu analizować.
- Co robimy? - zapytał Xander, patrząc na mnie.
- To znaczy? - Znalazłem to, czego szukałem i zamknąłem pokrywę. Zeskoczyłem na ziemię tuż przed bratem, który patrzył na mnie oczami wielkimi jak reflektory w moim samochodzie.
Na naszym podjeździe zatrzymały się kolejne dwa pick-upy i terenowy radiowóz.
- To znaczy... - Xander patrzył na nowo przybyłych, którzy rozmawiali z Gideonem, następnie wrócił do mnie i ściszył głos. - Co zamierzasz? Ma przy sobie dubeltówkę i przez większość czasu mnie nie poznaje.
Poczułem na piersi pocieszający ciężar, gdy ubrałem się stosownie do okazji. Zapiąłem kurtkę i mocniej zasznurowałem buty.
- Myślałem, że poszukamy ojca.
Ze schowka w samochodzie wyjąłem czołówkę i latarkę, które wsadziłem do kieszeni. Obok kierownicy odłożyłem małego, białego, onyksowego gońca, abym nigdzie nie zgubił tej figury szachowej. Zapewne mieliśmy tylko z godzinę światła słonecznego, ale jeśli się myliłem w kwestii miejsca jego pobytu, przeszukanie czterdziestu hektarów terenu ojca zajmie znacznie więcej czasu i to pod warunkiem, że nie zajdzie gdzieś dalej.
- Nie sądzisz, że powinniśmy pozostawić poszukiwania Gideonowi i policji? - zapytał cicho Xander.
Spojrzałem na Halla, który rozmawiał z czterema innymi funkcjonariuszami z Alby. Wszyscy mieli przy paskach pistolety. Posłali mi kilka gniewnych spojrzeń. Nie mogłem ich za to winić. Przynajmniej trzech z nich musiało mnie aresztować przy tej czy innej okazji.
- Pytasz, czy pozwolę ludziom z bronią szukać ojca, który ma przy sobie strzelbę? - Nie czekając na odpowiedź brata, obróciłem się w stronę północnej części posiadłości.
- Zaczekaj! - Xander złapał mnie za łokieć, a ja po raz setny spiąłem się, aby nie pobić go za to, że dotknął mnie bez ostrzeżenia.
- Puszczaj.
Zabrał rękę, gdy tylko usłyszał gniew w moim głosie.
- Istnieją zasady, Cam. Przepisy. Oni wiedzą, jak radzić sobie w takich sytuacjach. Nie musisz się wtrącać.
Ach, no i proszę, pojawił się nóż do masła - miękki, protekcjonalny ton, którego używał Xander, gdy wydawało mu się, że przez to, że był ode mnie starszy o dwadzieścia pięć miesięcy, mógł mi rozkazywać. Nigdy jednak nie ciął szybko i gładko. Raczej piłował swoją tępą krawędzią, dopóki otarcia nie stały się zbyt duże, by się mu sprzeciwić.
Wolałem bardziej bezpośrednie podejście noża rzeźnickiego.
- Ty i te twoje zasady. Chcesz mi powiedzieć, że jeśli tata wyceluje w nich z dubeltówki, nie pociągną za spust?
Xander się skrzywił.
- Przestań, przecież to nasze chłopaki.
- Chcesz pozostawić życie taty w rękach dwudziestopięcioletniego dręczyciela, który nie wysilił się na tyle, aby zgłosić się przez radio, a odkąd zaczęli rozmawiać na naszym podjeździe, przynajmniej czterokrotnie otworzył kaburę, w której ma pistolet? Bo ja nie. Wiem, gdzie on jest i dotrę tam przed nimi.
Xander spojrzał na grupę Gideona, a ja ruszyłem po słabych śladach, które znikną, gdy tylko dotrzemy do porostów na skałach. Jednak tyle mi wystarczyło, żebym wiedział, dokąd szedł ojciec. Zakląłem pod nosem z powodu wysokości, na której się znajdowałem. Za kilka dni przywyknę, ale nie miałem aż tyle czasu.
- Dokąd idziecie? - zawołał Gideon.
- Odszukać tatę! - odpowiedział z pewnością siebie Xander.
Słysząc to, przewróciłem oczami i odszedłem.
Szybko mnie dogonił i szedł ze mną krok w krok, gdy trzymaliśmy się miejsc, w których śnieg już stopniał. Maszerowaliśmy w równym tempie. Jak zawsze. Byliśmy tego samego wzrostu, ale miałem jakieś dwadzieścia kilo mięśni więcej niż brat.
- Mam nadzieję, że wiesz, co robisz - rzucił, gdy ślady zniknęły.
- Tak. - Rozejrzałem się po terenie, szukając jakiegokolwiek znaku, że tata tędy szedł.
- Poważnie myślisz, że wiesz, gdzie on jest?
- Jak długo ma ten płyn do płukania? - zapytałem, gdy żwir chrzęścił mi pod stopami. Przynajmniej nie padał śnieg.
- Od lat. - Brat wzruszył ramionami.
- Prawda. Przynajmniej od dekady. Hope Bradley kupiła go, gdy był chory, pamiętasz? Chciała mu pomóc z praniem.
- Jakim cudem to pamiętasz?
- Przeklęto mnie pamięcią fotograficzną. - Skręciłem w stronę tej części naszej ziemi, gdzie pochowano Sullivana. - Wierz mi, o tym akurat chciałbym zapomnieć. Pamiętasz, dlaczego nie chciał go używać? - Wspięliśmy się na wzniesienie, trzymając się szczytu po prawej stronie i spojrzeliśmy na linię lasu, następnie weszliśmy na łachę śniegu.
- Ledwie pamiętam, że pani Bradley go przyniosła.
- Nie pozwolił jej go używać, ale nie chciał go wyrzucić - próbowałem mu przypomnieć.
Xander rzucił mi zaciekawione spojrzenie.
- Pachnie lawendą - wyznałem, odpowiadając na własne pytanie.
Brat gwałtownie wciągnął powietrze.
- Mama.
- Mama - potwierdziłem, gdy dotarliśmy do lasu i zaczęliśmy się wspinać pomiędzy sosnami. W cieniu było nieprzyjemnie chłodno.
- Ale jest pochowana na drugim końcu posiadłości z...
- Nie tam idzie, gdy za nią tęskni, chociaż nigdy się do tego nie przyzna. - Mówienie o tęsknocie oznaczałoby słabość, a Arthur Daniels był silny.
- Wąwóz.
- Tak.
Przeszliśmy przez zagajnik i wyszliśmy na dobrze mi znaną polanę.
Zakląłem pod nosem, gdy ją zobaczyłem.
- O nie - szepnął Xander.
To westchnienie nawet nie zaczynało opisywać tej sytuacji. Moje serce zgubiło rytm, po czym ruszyło z kopyta, pchając adrenalinę w moje żyły.
Tata stał trzydzieści metrów na lewo od nas, pośrodku polany, celując z dubeltówki w osobę, której już nigdy w życiu nie chciałem oglądać.
Znałem tę sylwetkę. Gęsty, kasztanowy warkocz, profil z lekkim guzkiem na nosie. Do diabła, byłem przy niej, gdy w dzieciństwie go złamała. To ja wyniosłem ją z kopalni.
Znajdowała się z piętnaście metrów przed nami, unosząc ręce, ale nie cofała się przed dwururką wycelowaną prosto w jej pierś. Wycofywanie się nie leżało w jej naturze i chociaż zawsze poruszała mnie jej hardość, to teraz przeklinałem jej głupi upór.
Willow Bradley zaraz miała zginąć.
Willow Sullivana.
Musisz mi pomóc, Sully, pomyślałem, zamiast powiedzieć, bo wiedziałem, że Xander by tego nie zrozumiał.
- Przejdź pomiędzy drzewami, aż znajdziesz się za nim. Kiedy dam ci znak, odbierz mu broń - szepnąłem do Xandera, nie zostawiając miejsca na spory.
- Jaki znak?
- Wierz mi, będziesz wiedział.
- Nie pozna cię. Strzeli do ciebie - syknął.
- Lepiej do mnie niż do niej. - Śmierć nigdy mnie nie przerażała. Odkąd pamiętam, bawiłem się z nią w kotka i myszkę, a pewnego dnia musiałem przegrać. To było takie proste.
Jeśli dziś zginę, to niech tak będzie.
Ruszyłem.