Ponadczasowe historie miłosne Barbary Cartland. Policz gwiazdy - Ponadczasowe historie miłosne Barbary Cartland (#30) - Barbara Cartland

Kup ebooka

9.99 zł
7.99 zł (2,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Major Stanley, wasza wysokość - zaanonsował lokaj.

Książę Brockenhurst odłożył gazetę i spojrzał wyczekująco. Do biblioteki wkroczyło niezwykłe zjawisko.

Freddie Stanley miał na sobie tradycyjny lśniący napierśnik i wysokie wypolerowane buty do konnej jazdy oraz białe bryczesy z koźlej skóry, charakterystyczne dla Gwardii Królewskiej. Spiczasty srebrzysty hełm, wprowadzony do obowiązkowego stroju przez króla, kiedy był jeszcze księciem regentem, i białe rękawice z szerokimi mankietami zostawił w holu.

- Freddie, wyglądasz olśniewająco - zakpił książę.

- Do diabła z tym wszystkim - sarknął mężczyzna. - Otrzymałem twoją wiadomość w trakcie parady i wydała mi się ona tak pilna, że przybyłem, kiedy tylko udało mi się wyrwać. - Przeszedł przez pokój pobrzękując ostrogami i ostrożnie usiadł w fotelu naprzeciwko księcia. - O co to całe zamieszanie? Myślałem, że zastanę dom w płomieniach albo że straciłeś cały majątek na giełdzie, chociaż to wydaje mi się mało prawdopodobne.

- Nic z tych rzeczy - zaprzeczył z powagą książę. - Problem w tym, Freddie, że jestem znudzony.

- Znudzony! - wykrzyknął przyjaciel. - Chyba nie chcesz mi powiedzieć, że ściągnąłeś mnie tu w takim pośpiechu, żeby oznajmić mi coś, co wiem od dwóch lat.

- Doprawdy?

- Oczywiście. Wcale mnie to nie dziwi.

- Jak to nie dziwi cię to?

- Odpowiem ci, jeśli ty mi powiesz, dlaczego tak nagle to sobie uświadomiłeś.

Książę poprawił się niespokojnie na krześle.

- Zdałem sobie z tego sprawę ostatniej nocy - odrzekł - kiedy zrozumiałem, że nie mogę oświadczyć się Imogen.

Freddie Stanley wyglądał na zaskoczonego.

- Czy chcesz przez to powiedzieć - tu przerwał na chwilę - że masz zamiar się wycofać?

Książę przytaknął.

- Ależ drogi Brocku - rzekł Freddie z wyrzutem. - Wszyscy od miesięcy oczekują ogłoszenia waszych zaręczyn. Wentover zapewnił swoich wierzycieli, że spłaci długi, gdy tylko Imogen zostanie twoją żoną.

- Podejrzewałem to-odparł książę. -Ale nie pojmuję, dlaczego, u diabła, miałbym płacić za wybryki Wentovera, a zwłaszcza za brylanty, które podarował tej pięknej kurtyzanie, swojej utrzymance.

- Nawet byś tego nie odczuł - powiedział Freddie. - Trudno mi jednak zrozumieć, jak możesz ją tak porzucić w ostatniej chwili.

- Tak naprawdę, to jeszcze się jej nie oświadczyłem.

- Jednak zwodziłeś ją w taki sposób, że wydawało się to oczywiste.

- Jeśli chcesz wiedzieć, to właśnie mnie zwodzono - stwierdził książę cynicznie.

- Ale się nie wycofałeś. Wydawałeś przyjęcia na jej cześć w Londynie i na prowincji, zatańczyłeś z nią co najmniej cztery czy pięć razy na balu w Windsorze, widziałem na własne oczy.

- Nie przeczę - przyznał książę. - Jednak nagle uzmysłowiłem sobie, że pomimo swej urody Imogen ma umysł trzyletniego dziecka.

- Mogłem ci to powiedzieć wcześniej - skwitował Freddie.

- Dlaczego tego nie zrobiłeś?

- Po co? I tak byś nie słuchał. Gdy chodziło o nią, potrafiłeś tylko patrzeć, nie słuchać.

- Właśnie to zrozumiałem ostatniego wieczora.

- Opowiedz mi wszystko.

Książę odetchnął głęboko.

- Zatańczyłem z Imogen po raz trzeci na balu u Richmondów i wyszliśmy do ogrodu. Księżyc świecił, a na drzewach porozwieszano chińskie lampiony. Było tak romantycznie, że chciałem ją pocałować. Nagle ona odezwała się.

- I co powiedziała? - zapytał zaciekawiony Freddie.

- Nawet nie pamiętam dokładnie - odparł książę - ale coś tak trywialnego, tak oczywistego, że nagle mnie olśniło: właśnie takich wypowiedzi musiałbym słuchać przez następne pięćdziesiąt lat i uświadomiłem sobie, że tego bym nie zniósł.

- Naprawdę mogłeś wcześniej dojść do takiego wniosku.

- Wiem, wiem. Ale lepiej późno niż wcale. Stchórzyłem, Freddie, nie poprosiłem jej o rękę.

- Co masz zamiar zrobić?

- Właśnie liczę na twoją radę - wyznał książę.

Freddie usiadł głębiej w fotelu.

- Świetnie, Brock - rzekł - ale jakie masz inne wyjście? Człowiek z twoją pozycją musi się ożenić i spłodzić potomka.

- Mam jeszcze mnóstwo czasu - odparł książę.

- Owszem, lecz jeśli nie ożenisz się z Imogen, to na pewno z inną podobną do niej.

- Chcesz powiedzieć, że wszystkie kobiety na tym świecie są tak głupie jak ona?

- Jak sam się przekonasz, dziewczęta w jej wieku opuszczają pensję z jedną myślą w głowie.

- Wyjść za mąż - dokończył książę.

- Oczywiście. I to tak dobrze, jak to możliwe. A któż może być lepszą partią niż książę?

- No to niech na mnie nie liczy! - rzekł książę ze złością.

- W takim przypadku - odpowiedział Freddie po chwili - przygotuj się na niezłą awanturę. Chyba że zdecydujesz się zniknąć na jakiś czas.

- Całą noc zastanawiałem się, co zrobić.

- Myślałeś już, dokąd mógłbyś pojechać?

Książę wzruszył ramionami.

- A cóż to ma za znaczenie? Jak wiesz, mam domy w różnych zakątkach kraju, a mój jacht stoi zacumowany w porcie Folkstone.

- I pewnie masz nadzieję, że pojadę z tobą.

- Owszem, przeszło mi to przez myśl - odpowiedział książę uśmiechając się nieznacznie.

- Myślę, że popełniasz błąd. - Freddie zastanowił się przez chwilę.

- Nie żeniąc się z Imogen?

- Nie, uciekając w tak pospolity sposób.

- Do diabła! Wcale nie uciekam. Wycofuję się tylko.

- Bardzo ładne określenie na unikanie wroga - roześmiał się Freddie.

- Przestań się ze mną spierać i pomóż mi! - poprosił książę. - Po to cię wezwałem. - Zamilkł na chwilę. - Mam wyrzuty sumienia. Jednak jeśli Imogen nie byłaby dobrą żoną, ja z pewnością nie byłbym dla niej dobrym mężem.

- To prawda - przyznał Freddie. -Ale ożenek zawsze niesie ze sobą kłopoty.

Książę jęknął.

- A cóż innego mogę zrobić, jeśli moi krewni dzień i noc mówią o mnie, jakbym był już w wieku matuzalemowym. Insynuują, że jeszcze rok, dwa i nie będę w stanie spłodzić syna.

Freddie odchylił głowę do tyłu i zaczął się śmiać. W końcu powiedział:

- Zdaję sobie sprawę, że niełatwo być księciem.

- Rzeczywiście niełatwo - westchnął książę. - Czuję się skrępowany tyloma regułami, o których inni ludzie, jak ty chociażby, w ogóle nie mają pojęcia.

Freddie spojrzał uważnie na przyjaciela.

- Brock, chcesz usłyszeć prawdę? A może zbyt trudno będzie ci zejść z obłoków na ziemię?

- Czy uważasz, że nie chodzę po ziemi?

- Ja to po prostu wiem.

- Dobrze więc, powiedz mi prawdę, choćby nawet była nieprzyjemna.

- Martwię się o ciebie już od dłuższego czasu - zaczął Freddie. - Prawda jest taka, że jesteś zbyt ważny, zbyt przystojny, zbyt bogaty i zbyt pewny siebie.

- Dziękuję - odpowiedział z sarkazmem książę.

- Chciałeś usłyszeć prawdę, więc nie przerywaj. Chodzi o to, że nie masz do czynienia z prawdziwym światem: ani z ludźmi, ani z warunkami, w jakich większość z nich żyje.

- Tego już za wiele - książę zaprotestował. - Widzę, że masz zastrzeżenia do mojego trybu życia. Rzeczywiście był nieco inny, kiedy razem służyliśmy w armii Wellingtona.

- To było dziesięć lat temu - odparł Freddie. - Wykupiłeś się z armii zaraz po bitwie pod Waterloo, kiedy umarł twój ojciec. Od tamtej pory byłeś rozpieszczany, oklaskiwany i podziwiany na każdym kroku, jakbyś był jakimś rzadkim zwierzęciem, które trzeba chronić przed brudem tego świata.

- Obawiam się, że masz rację - westchnął książę.

- Spójrz, jak żyjesz. Twoi służący traktują cię, jakbyś był z chińskiej porcelany. Masz zarządców, sekretarzy, agentów i maklerów, którzy pilnują twoich interesów. - Książę chciał zaprotestować, ale nic nie powiedział. - Wszyscy płaszczą się przed tobą, pochlebiają ci, każda piękność z towarzystwa wzdycha, żeby cię poślubić albo przynajmniej spędzić z tobą noc.

- Czyżbym słyszał zazdrość w twoim głosie? - zaśmiał się książę.

- Może by tak było, gdybym nie znał cię wystarczająco dobrze, lecz obserwując cię, widzę, jak stajesz się coraz bardziej cyniczny i znudzony. Stanowczo wolę swoją sytuację.

- Gdyby to była jakaś francuska farsa, zamienilibyśmy się miejscami. Włożyłbyś moje ubranie i stałbyś się księciem, a ja pobrzękując ostrogami powędrowałbym do koszar.

- Tak, ale ponieważ to nie jest możliwe, mam lepszy pomysł.

- Tak? Jaki? - ożywił się książę.

- Po pierwsze, obaj rozumiemy, że musisz zniknąć. Po drugie, pomyśl o swojej duszy, jeśli masz takową, i zastanów się nad sobą i swoją przyszłością.

- Robię to dość często.

- Więc rób to dalej - stwierdził Freddie stanowczo - bo nie możesz ciągle wzbudzać nadziei w sercach dam tylko po to, żeby je potem porzucać przed ołtarzem.

- Do diabła z tobą, przecież nie dzieje się to często - zaprotestował książę.

- A Charlotte?

- Charlotte przypuszczała, że myślałem o małżeństwie - odpowiedział książę - ale jak sam wiesz, miałem wobec niej niecne zamiary.

Freddie roześmiał się.

- Lubię w tobie to, że zawsze jesteś taki bezpośredni, nawet kiedy mówisz coś podłego.

- Z Luizą było podobnie, jeśli chciałeś o niej wspomnieć.

- Nie, nie miałem takiego zamiaru - odparł Freddie. - Luiza zdecydowanie nie przypominała niewinnego dziewczątka. Wiedziała, czego chciała, i w pewnym momencie już myślałem, że cel osiągnęła.

- Zwodziła mnie dość długo - przyznał książę.

Freddie chciał się wygodniej oprzeć, ale skrzywił się, gdy poczuł, że uwiera go napierśnik.

- Właściwie o co ci chodzi, Brock? - spytał poważnie.

- Sam chciałbym wiedzieć - odparł książę. - Wiem tylko, że jestem niezadowolony i śmiertelnie znudzony.

- Czy naprawdę wydaje ci się, że jeśli wyruszymy razem do Kornwalii, Walii lub Szkocji, poczujesz się lepiej? - spytał Freddie. - Nie łudź się, wszędzie byłoby podobnie, a po powrocie do Londynu byłbyś równie znudzony jak teraz.

- Na Boga, cóż mi więc pozostaje? - zapytał rozdrażniony książę.

- Nie wiem, czy mój pomysł ci się spodoba.

- Rozważę wszystko, co mi zaproponujesz.

- Dobrze więc. Myślę, że powinieneś wyruszyć sam i w dodatku incognito.

- Często podróżuję pod jednym z moich nazwisk - odparł książę.

- Nie chodzi o to, żebyś wyruszył na przykład jako lord Hurst, ze swoimi końmi, służbą, woźnicami, lokajem i forysiami - powiedział Freddie pogardliwie. - Kiedy mówię sam, mam na myśli SAM.

Książę wyglądał na zaskoczonego.

- Zaraz ci to wytłumaczę. - Książę słuchał uważnie, a Freddie kontynuował. -Postawię mojego Canaletta, jedną z najcenniejszych rzeczy, jakie posiadam, przeciwko twoim kasztankom, że nie uda ci się dojechać do Yorku samotnie jak zwykły podróżny. Nie wytrzymasz i poślesz po służbę i powóz.

Freddie mówił powoli, starannie dobierając słowa. Przyjaciel wpatrywał się w niego, jakby nie rozumiał.

- Naprawdę postawiłbyś Canaletta w takim bezsensownym zakładzie? - zapytał.

- Zawsze podobały mi się twoje konie.

- W życiu nie słyszałem większej bzdury! - krzyknął w końcu książę. - Ale jeśli naprawdę chcesz, możemy się założyć.

- To pozwoli ci spojrzeć na życie z innej perspektywy, pozwoli ci docenić je w pełni - tłumaczył Freddie.

- Wątpię - odpowiedział książę. - Już widzę te zakurzone drogi, brudne zajazdy, a oprócz włóczęgów nikogo na poziomie do rozmowy.

- Wszystko zależy od ciebie. To mogłaby być prawdziwa przygoda.

- Czyżby?

Książę wstał i podszedł do stolika w rogu biblioteki, gdzie stał alkohol: butelka szampana w srebrnym wiaderku, madera w karafce ze rżniętego szkła, sherry, brandy i bordeaux.

- Czego sobie życzysz, Freddie? - zapytał nie patrząc na przyjaciela.

- Ponieważ mamy wznieść toast za twoją przyszłość, chyba powinniśmy wypić szampana.

- Jeszcze nie powiedziałem, że przystanę na tę dziwaczną propozycję.

- W takim razie z niecierpliwością oczekuję twojego ślubu i mam nadzieję, że uczynisz mnie swoim drużbą.

Książę śmiejąc się przeszedł przez pokój z kieliszkiem szampana.

- Chcesz mnie sprowokować. Znam twoje metody.

Podał mu szampana, podszedł do okna i popatrzył na drzewa rosnące na Berkeley Square. Dzień był słoneczny. Książę zrozumiał, że marnuje swoje życie siedząc w Londynie, zamiast wyjechać na wieś. Ogrody zamku Hurst w Hamoshire na pewno wyglądały pięknie. Pomyślał też, że już od dawna nie kąpał się w morzu u wybrzeży Kornwalii.

- Jedź ze mną, Freddie - poprosił. - We dwóch świetnie spędzimy czas. Nie będziemy się na pewno nudzić, pamiętasz, jak to było w czasie wojny.

Freddie zastanowił się przez chwilę. Kiedy wstąpili razem do armii Wellingtona, mieli po osiemnaście lat. Niewygody, głód i niebezpieczeństwo, a nawet śmierć nie były straszne, gdy wspólnie stawiali im czoło.

Książę odwrócił się i czekał na odpowiedź.

- Nie - odparł Freddie stanowczo.

- Nie?

- Nie - powtórzył przyjaciel. - Brock, wiesz równie dobrze jak ja, że służyłbym ci pomocą, słuchał twoich poleceń i wszystko byłoby jak zawsze. Teraz musisz jechać sam. - Uśmiechał się, kiedy mówił dalej: - Jeszcze nie zapomniałem, jak pod Waterloo zabrałeś moją manierkę, bo zapomniałeś własnej. A ja ci ją oddałem, zupełnie jakbyś miał do niej prawo.

- Na Boga, Freddie! - wykrzyknął książę. - Co to ma do rzeczy?

- Bardzo dużo. Zawsze tak było. "Freddie, zrób to", "Freddie, zrób tamto". A ja się zawsze chętnie zgadzałem, bo cię lubiłem. Raz w życiu będziesz mógł rozkazywać tylko swojemu koniowi.

- Dziwne, że nie chcesz, żebym się udał do Yorku pieszo.

- To jest myśl! Ale zajęłoby ci to za dużo czasu. Będzie mi ciebie brakowało, jeśli chcesz znać prawdę.

- Ty naprawdę myślisz, że zgodzę się na twój bezsensowny pomysł!

- Kiedy przemyślisz go dokładnie, przyznasz, że to świetny plan. Powiesz służbie, że wyjeżdżasz za granicę, i Imogen nie będzie mogła nic zrobić, a twój sztab niewolników odwoła wszelkie zobowiązania i odpowie na listy miłosne.

Książę wybuchnął śmiechem.

- Freddie, ależ ty jesteś niemądry! Ale ponieważ zawsze cię lubiłem, nalegam, żebyś ze mną jechał.

- Albo jesteś podszyty tchórzem, albo myślisz, że się zgubisz, jak tamtej mglistej nocy, kiedy twój oddział prawie wszedł na francuskie okopy.

- Do diabła, ta mgła była tak gęsta, że nie widziałem własnego nosa - odrzekł książę. - Zresztą znam drogę do Yorku. Byłem dwa razy na wyścigach w Doncaster.

- Zapomniałem jeszcze o czymś wspomnieć - przyznał Freddie.

- O czym?

- Musisz dojechać do Yorku nie rozpoznany. Jeśli wyjawisz, kim jesteś, albo ktoś sam to odkryje, kasztanki będą moje.

- Zapewniam cię, że nie mam zamiaru ich stracić - odrzekł książę. - I mam w zamku doskonałe miejsce na twojego Canaletta.

- Pozostanie ono puste - odrzekł Freddie pewien siebie. - Ale powiem mojemu stajennemu, żeby przygotował boksy na wspaniałe konie.

- Idź do diabła. Udowodnię, że się mylisz. Wygram ten zakład, choćbym w życiu niczego więcej nie miał dokonać. -Mówiąc to przeszedł przez pokój do barku, wziął butelkę z szampanem i napełnił swój kieliszek. Na twarzy przyjaciela widać było troskę. Nikt nie wiedział lepiej niż Freddie, że książę zmarnował kilka ostatnich lat oddając się tak zwanym "przyjemnościom życia": grał na wyścigach, oglądał zawody bokserskie i walki kogutów, uprawiał hazard, a ponadto bywał na niezliczonych balach i przyjęciach. Znano go wszędzie, gdzie można było beztrosko się bawić. W ten sposób szlachetni tego świata spędzali większość swego czasu.

Freddie był świadkiem, jak ten młody człowiek, niezwykle odważny i pełen entuzjazmu idealista, stopniowo przemienia się w rozleniwionego i znudzonego cynika.

Kiedy wojna skończyła się, obaj mieli po trzydzieści lat. Freddie pozostał w regimencie, książę po śmierci ojca zajął się odziedziczonym majątkiem. Uporządkował swoje sprawy i spoczął na laurach. Miał zbyt wielu pracowników, którzy sumiennie wypełniali jego polecenia, aż z czasem nawet jego dziedziczna funkcja w sądzie stała się rutyną.

Freddie myślał od jakiegoś czasu, że powinien zrobić coś dla najlepszego przyjaciela, ale dopiero teraz miał szansę powiedzieć to, co myśli.

- Więc kiedy mam wyruszyć na tę wyprawę? - spytał książę.

To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.