Ponad wszystko - Tanis Rideout

-
Proszę czekać

 

 

 

 

1920

Opowiedz mi o Evereście - poprosiła. Na jej twarz wlał się płomienny uśmiech, marszcząc kąciki oczu. - Opowiedz o tej górze, która mi ciebie zabiera.

George i Ruth śmiali się podchmieleni na podłodze salonu, podczas gdy na stole w jadalni stygła kolacja. Ruth siedziała po turecku naprzeciwko męża. Szary materiał spódnicy ciasno opinał jej kolana. Podniosła leżącą na nich kartkę grubego, bladożółtego papieru i ponownie przeczytała zaproszenie od nowo utworzonego Komitetu Everestowskiego.

- Mój mąż słynnym na cały świat zdobywcą. - Uniosła kieliszek wina, a George dotknął go swoim. Po oświetlanym przez lampę pokoju rozszedł się brzęk kryształu. Ruth rozpierała radość.

- Nieźle to brzmi - powiedział George i wyobraził sobie, jak by to było, gdyby ludzie o nim myśleli i rozmawiali. Zastanowił się nad perspektywami, jakie otworzyłby ten sukces z Everestem. - Może udałoby mi się rzucić pracę w szkole, może zostałbym pisarzem. Moglibyśmy podróżować - rozmarzył się. - Wspólnie przeżywać przygody.

Ruth podała mu zaproszenie, niepewnie stanęła na nogach i pociągnęła łyk wina. On znów przebiegł wzrokiem po tekście: Mamy nadzieję, że ku chwale Króla i Ojczyzny dołączy Pan do wyprawy badawczej na Mount Everest, ostatni niezdobyty biegun, podczas gdy ona podeszła do regału. Stając na palcach bosych stóp, sięgnęła po atlas na górnej półce i wróciła z nim do George'a.

- Pokaż - zażądała, znów siadając obok niego. Włosy wysunęły jej się z koka i otoczyły głowę lśniącą w przyćmionym świetle aureolą. Wierzchem dłoni odgarnęła te, które spadły jej na czoło.

George rozłożył Times Atlas of the World na podłodze, na niebieskim tureckim dywanie utkanym z nici koloru wody i nieba, śniegu i lodu. Gdy znalazł właściwą mapę, ujął dłoń Ruth i powiódł jej palcem wokół Europy, wytyczając szlak statku mijającego Francję, a następnie opływającego przylądki oraz wąskie wyspy i ruiny Grecji. Poprowadził go przez kanał rozdzielający pustynię i obok ziemi Arabów Lawrence'a. Ich dłonie opisywały zuchwałe przygody, żeglowały po szerokich wodach, zbliżyły się do miejsca, gdzie żyją smoki, opływały wygięte grzbiety węży morskich namalowanych na błękicie Oceanu Indyjskiego, a potem wylądowały w Bombaju. George kreślił linie na równinach Indii, omijał bazary i wsie, przecinał krajobrazy pełne herbacianych krzewów i świętych krów, aż dotarł do wyrastającego spośród przedgórzy i wyżyn zakrzywionego łańcucha Himalajów.

- Tu jest pusto! - wykrzyknęła Ruth, gdy ich ręce dosięgły miejsca, w którym powinien znajdować się Mount Everest. Była tam tylko seria nazw - bez rzeźby terenu, linii grzbietów ani poziomic. Jedynie słowa unoszące się w pustej przestrzeni, czekającej, aż on ją zdobędzie.

- Nikt jeszcze nie naniósł jej na mapę. Właśnie my to zrobimy, Ruth, zbadamy ją, poznamy jej kształt. - Pogłaskał mapę palcami, jakby mógł dotknąć tych gór przez kartkę, wyczuć wypukłości szczytów. - To najwyższe góry na Ziemi. - W jego głosie był zachwyt, którym chciał się z nią podzielić. Wymieniał nazwy i gładził stronicę, po czym przeszedł od mapy do skóry Ruth ukrytej pod fałdami spódnicy. - Od zachodu na wschód, wyobraź je sobie: Cho Oyu, Gyachung Kang, Everest, Makalu, Kanczendzonga. - Słowa te brzmiały jak nazwy ostrych przypraw, mrowił od nich język.

Ruth - otoczona zapachem lawendowego mydła i goździków na ból zęba, który dokuczał jej wcześniej - przylgnęła do męża, sprawiając, że pomyślał o curry na kolację.

- Masz o wszystkim do mnie pisać. O każdym szczególe, żebym czuła się tak, jakbym z tobą była. - Na jej bladej szyi rysowała się nitka odpruwająca się od kołnierzyka.

- Będziesz ze mną - zapewnił ją. - Na każdym kroku podróży.

- Everest. - Zamyśliła się. - To brzmi jak imię cudzoziemki.

Znów chwycił ją za ręce i powiódł po bruzdach jej dłoni jak po liniach horyzontu.

- Górę nazwano tak na cześć George'a Everesta. Był głównym geodetą Indii, ale nie zdążył jej zobaczyć. Zmarł na malarię. Przedtem oślepł, został sparaliżowany i miewał napady szału. Uchodził za tyrana, doprowadzał swoich ludzi do ostateczności. Chciał narzucić światu jakiś porządek za pomocą swoich map. Zaczął od samego dołu i objął pomiarami cały łuk Indii.

Niemal wsłuchując się w tętno bijące pod uchem Ruth, George wyszeptał takie słowa jak "trygonometryczny" i "triangulacja". Wierzchem palców przemknął po długich pochyłościach jej szyi, przebiegł po zarysie obojczyka do miejsca, gdzie chował się on pod bluzkę.

- Pomiaru Everestu dokonano z linii horyzontu. - Wiódł palcami po nierównościach jej brzucha, jakby śledził krzywiznę ziemi. Popchnął Ruth na niebieski dywan. - Gramolili się z jednej góry na drugą, budowali wieże i dokonywali pomiarów kątów. Pomyłka o ułamek stopnia mogła oznaczać ogromną różnicę. - Wsunął się na nią, rozchylił jej biodra i przyciągnął ją do siebie.

Atlas rozdarł się pod nią, papier przylgnął do mokrej skóry.

Po kilku minutach położyła się bokiem, przywierając do jego ciała i wciskając mu głowę pod brodę. Czuła na nim swój zapach.

- Z pomiarami były trzy problemy. Należało dokonać poprawek, matematycznych, uwzględniając zakrzywienie ziemi, załamanie światła w rzadszym i zimniejszym powietrzu - oraz wagę góry.

Powietrze chłodniało teraz na jej nagiej skórze. Po chwili Ruth zaczęła drżeć, choć wciąż jeszcze była śliska od potu. Podniosła się i usiadła przodem do męża, przyciągając kolana do piersi. Wybór George'a na członka wyprawy napawał ją dumą i szczęściem. Jego zapach unosił się ponad jej skórą.

- Waga góry? - spytała.

Słabnące światło wycinało ich sylwetki w szarości zmierzchu. George wstał, podszedł do okna i wyjrzał na wieże Charterhouse, podczas gdy Ruth owinęła sobie ramiona rzuconą przez niego marynarką. Dokładnie zamknął okno, po czym wrócił do żony i ukląkł, by ją lepiej opatulić.

- Jest tak ogromna, że wpływa na grawitację w tamtej okolicy. W pomiarach stosowano teodolity, ale przyciąganie góry zakłóciło wyniki. Potrafisz sobie wyobrazić coś tak potężnego? Ta góra ma osobowość. Wiedziała, że on chce ją zmierzyć - choć nawet się do niej nie zbliżył, w ogóle jej nie widział. - Ruth zamknęła oczy, oparła się o ramię George'a i zobaczyła w myślach postrzępioną sylwetę góry.

- Dwadzieścia dziewięć tysięcy stóp. - Zabrzmiało to jak wypowiedziana szeptem inwokacja, początek modlitwy.

Wyobraziła sobie listy przychodzące od niego z Himalajów, siebie samą, gdy czyta je zwinięta w kłębek przy kominku. Pomyślała o tym, jak do niej wraca - zwycięski. Jej twarz znów przeciął uśmiech; piekły ją od niego policzki. Nie mogła nad nim zapanować. Rozpierała ją radość na wspomnienie jego szczęścia. Próbowała nie myśleć, że rozłąka wydaje się romantyczna tylko tym, którzy wciąż są razem.

- Skąd wiedzą? - spytała. - Skąd wiedzą, jaka jest jej wysokość, skoro nikt tam nie był?

Znów wyciągnął w jej stronę ramię, a Ruth odwzajemniła ten gest. Chciała chwycić jego dłoń, postawić go na nogi i zaprowadzić na górę do sypialni. Ale ręka George'a przemknęła obok, by dotknąć wyczekującej pustki na mapie.

"A więc za chwilę" - pomyślała. Zaczeka, podczas gdy on będzie snuł plany i marzył o górze, o przyszłości.

- Skąd wiedzą? - spytała znowu. - Może ona nawet nie jest tą najwyższą.

- Musi nią być - odrzekł, wciąż dotykając mapy. - Musi.

 

Wyjazd

POZIOM MORZA

 

1924

Wciąż pamiętał moment, gdy zobaczył ją po raz pierwszy. Już wtedy czuł jej przyciąganie.

Planując w 1921 roku dokonanie oględzin, członkowie wyprawy wiedzieli, skąd mniej więcej ją dostrzegą. Ale gdy dotarli na wyznaczoną wcześniej himalajską przełęcz, ich oczom ukazały się tylko zwały chmur, poprzebijane przez najbliżej położone grzbiety. Jednak rozbili obóz, a w ciągu popołudnia i wieczora góra, której nadano imię Everest, z wolna się przed nimi odsłoniła. Patrzyli, jak zrzuca z siebie chmury i refleksy światła.

- Tam! - krzyknął ktoś, gdy wreszcie wyłonił się szczyt - wielki kieł wbity w przestworza. Góra przerastająca o głowę wszystkie swe towarzyszki.

Obozowali w najwyższym punkcie przełęczy i rankiem patrzyli, jak znów się pojawia. Obserwowali grę światła i pary, zaczątek chmur mających ją ponownie zasłonić po południu. Już wtedy podeszli bliżej niż ktokolwiek przedtem.

Za pierwszym razem George uważał, że odniósł tryumf, jeszcze zanim w ogóle wyruszył.

Gdy rok później wrócił do Anglii z drugiej wyprawy na Everest, nie można było mówić o sukcesie. Times zdążył go obwinić o tragedię, która brutalnie zakończyła próbę podjętą w 1922 roku. Postawione mu zarzuty były niesprawiedliwe, ale - na dobre czy na złe - właśnie jego nazwisko stało się synonimem słowa Everest.

Gdy spotkał się w Paryżu z Ruth, był pewien, że już skończył z tą górą. W pokoju hotelowym przysiągł żonie, że nie wróci na Everest.

- Daję słowo: to koniec. Nie potrzebuję tego. Potrzebuję ciebie. - Wtedy przez cały czas w to wierzył. Wierzył też rok później, nawet gdy Arthur Hinks, przewodniczący Komitetu Everestowskiego, poprosił go o rozważenie powrotu w to miejsce w roku 1924, a nawet po tym, jak zaproponowano inne nazwiska i zaczęto formować zespół bez niego.

Próbował o niej zapomnieć, ale ona nie chciała odejść - była pierwszą myślą, z jaką się budził, i ostatnią, z jaką zasypiał. Tkwiła w jego głowie, gdy czytał artykuły prasowe o tym, kto z uczestników poprzedniej wyprawy wraca, by wziąć udział w kolejnej: pułkownik Edward (Teddy) Norton, dr Howard Somervell, i gdy wyobrażał sobie, że to oni wspinają się na jego górę.

A później któregoś dnia Ruth powiedziała:

- Myślisz o tym, żeby tam wrócić. - Nie brzmiało to jak pytanie. Kierowała wzrok ponad jego ramię, na podziobaną przez deszcz szybę. Słyszał bębnienie kropli o szkło i plusk wody w rynnach. Powinien był zaprzeczyć; powinien był nie odpowiadać, ale nie dało się już niczego cofnąć.

- Może należałoby o tym chociaż pomyśleć. Będą potrzebować mojego doświadczenia. Gdyby tym razem im się udało, a mnie by z nimi nie było... Pamiętasz, o czym marzyliśmy, kiedy zaprosili mnie pierwszy raz?

- Teddy już tam był - odparła Ruth. - I doktor Somervell. Masz za sobą tylko o jeden sezon więcej niż oni, George. Nie jesteś za nich odpowiedzialny. Jesteś odpowiedzialny za to, co robisz tutaj. Zaczynasz uczyć w Cambridge. I nie sądzę, żeby dzieci zniosły twoją ponowną nieobecność.

Próbował nie przypominać sobie tego, jak po powrocie z wyprawy w dwudziestym drugim John go nie poznał. Ale wtedy chłopiec był jeszcze mały. Od tamtej chwili spędził z ojcem sporo czasu. Tym razem będzie inaczej.

- Powiedziałeś, że z tym skończyłeś. Obiecałeś. - Jej głos był napięty. Westchnęła głęboko. - Znam cię, George. Chcesz, żebym pozwoliła ci wyjechać.

- Nie. - Zaczął oponować, ale ona miała rację. Oboje o tym wiedzieli.

W końcu Ruth zgodziła się, że powinni o tym pomyśleć, a on obiecał, że decyzję podejmą wspólnie. Jednak gdy przyszło oficjalne zaproszenie od Hinksa, przyjął je, nie dyskutując z nią. Nie potrafił się powstrzymać. Potem całymi dniami czekał na właściwy moment, by poinformować ją o tym, co zrobił.

Powrócił ze spotkania na uczelni z mocnym postanowieniem, by porozmawiać z Ruth. Siedziała w jadalni - idealny kontur postaci w wieczornym mroku, rysy wyostrzone przez poświatę w oknie. Wchodząc do pokoju, chciał ją pocałować, wziąć w ramiona, ale coś w jej bezruchu, w smutnym przebiegu linii ust powstrzymało go.

- Wiedziałam, że nigdy nie pozwolisz, by ktoś wszedł tam przed tobą - oznajmiła, nawet na niego nie patrząc. Chciałby móc zabrać ze sobą kameę, którą był w tamtej chwili jej profil. - Kiedy tylko komitet postanowił tam wrócić, byłam pewna, że pojedziesz pomimo wszystkich zapewnień, wszystkich obietnic. Trzeba było mi po prostu powiedzieć.

Miała rację. Nie chciał, żeby dowiedziała się o jego decyzji w ten sposób. Leżący przed nią telegram bielał na tle ciemnego stołu. Jego treść była oczywista: Świetnie, że znów jesteś z nami. Przeklęty Hinks.

- Przykro mi, Ruth - wyznał. - Ale muszę to zrobić. Muszę. To moja góra. Zrozum. - Pokręciła głową, jakby chciała powiedzieć, że nie zrozumie. - To będzie ostatni raz. Musi być ostatni.

- Już to mówiłeś, George. A ja ci uwierzyłam. Tym razem nie jestem pewna.

- Ruth...

- Przestań. - Wstała, a jej ruch zdmuchnął telegram na ziemię. Gdy George podniósł wzrok znad depeszy, Ruth wpatrywała się w niego spojrzeniem skrywanych przez mrok oczu. Jej dłonie zatrzepotały przy ustach, przy szyi. - Będziesz jakoś musiał powiedzieć to dzieciom. Clare będzie strasznie rozczarowana - rzuciła na koniec, obchodząc go i idąc ku drzwiom.

Rozczarowana. Zapiekło go to. Doskonale wiedział, jak się czuła. Rozczarowana, zdradzona. Skrzywił się, próbując wygnać to słowo z umysłu.

- Kiedy jedziesz? - Stała w drzwiach, odwrócona do niego plecami.

- Ruth, zobaczysz, że wszystko będzie dobrze. Tym razem tego dokonam i nigdy już nie będę musiał wyjeżdżać.

- Kiedy jedziesz? - powtórzyła.

Nastały trudne miesiące. Ruth była cicha i zamknięta w sobie; wypowiadała tylko uprzejme, mające wyrażać poparcie słowa. Poczuł, że tęskni za nią, jeszcze zanim zdążył wyjechać.

W nocy przed rozstaniem kochali się w obcym pokoju hotelowym. Uczepiła się go rozpaczliwie, jak wiejący na tamtej górze wiatr, i walczyła z nim, pozbawiając go tchu, wyczerpując. Oboje byli inni, gdy wyjeżdżał; nadciągająca rozłąka zmieniła ich, dodała im zuchwałości.

Nazajutrz rano na pokładzie RMS "California" pocałowała go na pożegnanie, zdecydowanie skinęła głową, a potem odwróciła się i kołysząc biodrami pod swą długą spódnicą, zeszła po trapie. Boże. Jak ona mogła mu nie wierzyć, kiedy mówił, że jest piękna? Kręciła głową i zakrywała usta rękami - zaprzeczając, stawała się jeszcze piękniejsza. Poczuł gorące szczypanie łez napływających do oczu oraz tępy ból gardła. Przełknął ślinę i patrzył, jak Ruth odchodzi. W myślach pododawał dni. Zanim znów ją zobaczy, upłynie sześć miesięcy, może więcej.

Od tamtej chwili minęły całe tygodnie. Teraz, stojąc na pokładzie "Californii", wpatrywał się w miejsce na Oceanie Indyjskim, które powinno stanowić horyzont, gdyż godzinę temu - o zachodzie słońca - morze stykało się tam z niebem. Związku z Ruth nie można było naprawić inaczej niż przez dokonanie tego, co od lat jej obiecywał: odniesienie sukcesu i pozostawienie Everestu za sobą. W liście, który zaczął pisać wcześniej, próbował znów wyjaśnić, dlaczego musiał wyjechać, ukazać, że nie miało to nic wspólnego z jego miłością do niej, ale właściwe słowa nie chciały pojawić się na kartce. Najdroższa moja Ruth, wiem, że jest to dla Ciebie trudne, ale musisz zrozumieć, jak bardzo wiele dla mnie znaczysz, jak bardzo świadomość tego, że czekasz na mój sukces i powrót, pobudza mnie do działania, dzięki czemu każdy dzień, z którym bardziej się od Ciebie oddalam, jest równocześnie dniem, który przybliża mój powrót do Ciebie.

Statek kołysał się nieznacznie, wzbudzając metaliczny szczęk pobliskich szalup i łańcuchów. Nie zwracając uwagi na ten łoskot, George wyjął z kieszeni smokingu swój dziennik. Daty, wpisywane zamaszyście na górze stron, były ledwie widoczne w gęstniejących ciemnościach. Wychylił się bardziej za reling, żeby złapać nieco światła odbijanego przez wodę. Odliczył dni. Jeszcze dwie noce. Potem czekał ich indyjski subkontynent, jego upalne gorąco, płomień egzotycznego chaosu, przez który przemkną, zanim opuszczą świat odwzorowany na mapach. Pragnął, żeby ten ogień wypalił tkwiącą w jego nozdrzach sól, zapach ryb i wodorostów. Oceaniczne powietrze było zbyt gęste i ciężkie. Lepiło się do niego, zatykało mu płuca.

- Nie przeszkadzam?

George podniósł wzrok.

- Skądże znowu - odrzekł, gdy Sandy Irvine stanął obok niego przy relingu. George zamknął dziennik, próbując przypomnieć sobie, co napisał o Sandym w liście do Ruth. Przypuszczalnie jakąś uwagę o jego masywnej postaci, o samych jej rozmiarach. Nasza próba posiadania supermana - przypomniał sobie. Wsunął pamiętnik z powrotem do kieszeni, wyciągnął papierosy i poczęstował Sandy'ego, który jednak pokręcił głową i wychylił się przez reling. Za nimi jadalnia płonęła jasnym światłem, a kelnerzy sprzątali ze stołów i żartowali między sobą - głośniej niż wtedy, gdy siedzieli tam goście.

- Po południu nie przyszedłeś grać w shuffleboard - powiedział Sandy.

- Nie jestem w tym najlepszy.

- Ja wygrałem.

"Oczywiście, że tak" - pomyślał George, gdy Sandy tłumaczył, jak zacięty był mecz. Chłopak sprawiał wrażenie, że podejmowanie wyzwań fizycznych przychodzi mu łatwo. Był największym członkiem całego zespołu - nie najwyższym, ale przypuszczalnie silniejszym niż którykolwiek z pozostałych wspinaczy.

- Przy pomocy Sandy'ego komitet próbuje wstrzyknąć do wyprawy nieco świeżej krwi - wyjaśnił wiele miesięcy temu Teddy Norton, kierownik ekspedycji, gdy George kwestionował sens włączania do niej tego chłopaka. - Aby zrównoważyć nasze, nazwijmy to, doświadczenie. - Teddy uniósł brew, gdy wypowiadał to słowo.

- Uważają więc, że należy postawić na brutalną siłę? - odparł George. - Obaj wiemy, że do wejścia na szczyt trzeba czegoś więcej niż mocnych mięśni. A on nieszczególnie wygląda na wspinacza. Jest za duży. Ma zbyt dużo wagi do wniesienia na zbocze.

- Wyobrażałeś sobie kogoś bardziej podobnego do ciebie? - droczył się z nim Teddy.

"Ale najlepsi wspinacze są zbudowani tak jak ja. I jak Teddy" - pomyślał George. Wysocy i chudzi, z dobrym zasięgiem ramion.

Teraz, stojąc obok Sandy'ego na pokładzie, George rozprostował się i przebiegł palcami po włosach, rozciągając mięśnie grzbietu. Jeśli jednak chłopak będzie doskonalił swoje umiejętności, to w górach może się przydać.

- Ćwiczyłeś węzły, które ci pokazałem? - spytał go.

- Już je znam.

- Potrzebujesz praktyki, wierz mi. Kiedy zgrabieją ci palce, a twój mózg zacznie musować z braku tlenu, będziesz się modlił, żeby twoje ciało samo pamiętało, czego potrzebuje. Ćwicz.

- Już się wspinałem. Na Spitsbergenie, z Odellem. Nieźle mi szło. Nawet całkiem dobrze.

Oczywiście, że tak.

- Sandy, to nie będzie podobne do niczego, co robiłeś kiedykolwiek przedtem. Boże, możemy zginąć dziesięć razy, zanim w ogóle dotrzemy do tej góry - malaria, dzikie zwierzęta, przepaście. A potem jest sama góra. - Mówił, jakby stał przy tablicy w Charterhouse, przed gapiącymi się na niego znudzonymi twarzami studentów.

Wciągnął powietrze i spróbował ponownie.

- Po prostu nie można przewidzieć, jak zareagujesz. Nie na takiej wysokości. Dwadzieścia dziewięć tysięcy stóp. Nawet samoloty nie latają tak wysoko. A ci wszyscy piloci traciliby przytomność, gdyby nie maski tlenowe. Mój brat, Trafford, był pilotem. Uwielbiał latać. Ale powiedział mi, że gdy wystartował po raz pierwszy, myślał, że umrze. Takie miał zawroty głowy i mdłości. Na Evereście jest tak przez cały czas. Jakbyś miał najgorszą grypę w życiu. Jakby coś okropnego siedziało ci na piersi i rozrywało ją. Po prostu wszystko boli. Stawy, kości, nawet skóra. A jedynym sposobem, żeby się tego pozbyć, jest wejście na tę cholerną górę.

- A więc... - Sandy odwrócił się, żeby spojrzeć mu prosto w twarz. Jego oczy były niezwykłe, o wyblakłym odcieniu niebieskiego. Wydawały się niemal zbyt jasne, jak światło odbijające się od stojącej wody. - Przypomnij mi: po co tam idziemy? - Wyciągnął rękę i lekko szturchnął George'a pięścią w ramię, raczej go pchnął, niż uderzył. Potem uśmiechnął się, jego twarz nabrała szczerego wyrazu, a oczy nie były już takie puste; nabrały koloru, ich spojrzenie pogłębiło się. - Żartowałem - powiedział. - Nie chciałbym być nigdzie indziej. - Znów odwrócił się ku bezmiarowi wody.

Z tyłu, przez otwarte okno kapitańskiego salonu, dobiegł George'a brzęk szkła, śmiech i gwar rozmów pozostałych uczestników ekspedycji - kierownika wyprawy Ewarda "Teddy'ego" Nortona, jej lekarza Howarda Somervella oraz przyrodnika Noela Odella. Ta trójka, wraz z George'em i Sandym, miała stanowić zespół wspinaczkowy. W Bombaju czekali na nich dwaj inni - Shebbeare i Hazard - przydzieleni do pułków Gurkhów żołnierze, którzy mieli pełnić rolę tłumaczy i przewodników, bo (jeszcze lepiej niż Teddy) znali tybetańskie języki i zwyczaje.

Co jakiś czas po pokładzie przebiegał trzask i błysk aparatu Johna Noela, przerywając odległy szmer rozmowy. George nie był w stanie odróżnić żadnych słów, ale łatwo potrafił sobie wyobrazić, czego ona dotyczy. Był już zmęczony wałkowaniem tych samych tematów - zaopatrzenie, tlen, strategia. I ględzeniem Teddy'ego. Protekcjonalnością Somervella. Uporczywym twierdzeniem Odella, że to on wie, co jest najlepsze.

- Spójrz na to - powiedział Sandy, wskazując czarną wodę kotłującą się w kilwaterze. Tuż pod powierzchnią, na drodze właśnie pokonanej przez "Californię", wykwitała zielona fluorescencja.

- To algi - powiedział George, patrząc na świecący ślad ciągnący się za statkiem.

- Niewiarygodne. - Słowa Sandy'ego były teraz wyciszone i zlewały się z pomrukiem silników wewnątrz statku. - Odell opowiedział mi kiedyś o tym zielonym blasku, w drodze na Spitsbergen. Co noc wychodziliśmy na pokład, ale ani razu niczego nie zobaczyłem. Jakie to dziwne. Przypomina mi się zorza polarna, którą widzieliśmy po dotarciu na Grenlandię.

- Mmmm. - George wychylił się przez reling, żeby lepiej widzieć. Znad powierzchni oceanu osiemdziesiąt stóp pod nimi unosiło się chłodne powietrze. Nigdy nie widział zorzy polarnej, ale zjawisko, które obserwował, było zbyt ciężkie, zbyt kleiste, by uznać je za światło. Przypominało mu gaz rozchodzący się w okopach, w lejach po pociskach na ziemi niczyjej. Poruszało się nawet w ten sam sposób, było mokre i zastygało, kołysząc się i zbijając w kłęby, gęstsze i cięższe niż ośrodek, przez który płynęło. Gaz sunął tak, jakby wiedział, gdzie człowiek się schował. Tropił go. George poczuł ściskanie w gardle, woń gumy maski przeciwgazowej. Wyprostował się i głęboko wciągnął powietrze w płuca: sól, dym tytoniu płonącego w jego ręce.

Pokręcił głową, by pozbyć się tych wspomnień, i ponownie zaciągnął się papierosem. Sandy był zbyt młody, żeby wiele pamiętać z wojny.

- Przypomnij mi, ile masz lat.

Stojący przy nim chłopak zjeżył się.

- Dwadzieścia jeden. Wiem, co myślisz, ale jestem na to gotów. Może, jak powiedziałeś, Everest jest inny, ale Spitsbergen nie był łatwy. Boże, jak tam było zimno. Śnieg topił się w butach, za kołnierzem, więc cały czas byłeś mokry. Najtrudniejsza rzecz, jaką kiedykolwiek robiłem. Ale to było niesamowite - poczucie, że to, czym się zajmuję, jest ważne, że ludziom na tym zależy. Tak jak teraz. Nie czujesz tego samego? Musi nam się udać. Musi. Wszyscy na nas liczą.

Pod pokładem rozległ się przenikliwy śmiech. Kobiecy, zbyt wymuszony. Widocznie towarzysz tej osoby wcale nie był zabawny, ale ona nie chciała zdradzić mu prawdy. George pstryknięciem posłał papierosa do morza.

- Moja mama też tak uważa - ciągnął Sandy. - Że jestem za młody. Boi się, że mogę zginąć. "Czy za mało chłopców już zginęło?" - spytała. Powiedziałem jej, że nic mi nie będzie. Przed moim wyjazdem przestała jednak ze mną rozmawiać. Przytuliła mnie na pożegnanie, ale nic nie powiedziała. - Sandy mocno chwycił reling, a potem odepchnął się, jakby chciał przyspieszyć ruch statku. Jakby siłą woli mógł teraz wpłynąć na wynik wyprawy. - Ale kiedy odniesiemy sukces - mówił dalej - kiedy wejdziemy na Everest, ona zrozumie, dlaczego trzeba było to zrobić.

George zerknął na Sandy'ego. Chłopak naprawdę wierzył, że nie zawiodą.

- Wyrastają z tego - odrzekł George. - Matki. - Wetknął dłonie do kieszeni. - Moja już się nie martwi. Mówi, że za to zastanawia się nade mną. A mnie to właściwie się podoba. - Co innego z ojcem. George wolałby milczenie matki Sandy'ego niż zbyt głośno wyrażane opinie własnego ojca.

Zamilkli obaj, gdy minęło ich dwoje przytulonych ludzi, mówiących do siebie cicho i czule. Sandy patrzył za nimi i nie odzywał się do chwili, gdy znikł dźwięk ich kroków.

- Człowiek pewnie się w końcu do tego przyzwyczaja. Do tego, że jest tak daleko?

Jak na to odpowiedzieć? Sandy wyraźnie szukał jakiejś pociechy, ale George nie był pewien, czy potrafi ją dać.

- Nie, nie przyzwyczaja się - powiedział w końcu. - W każdym razie nie ja. - Jeszcze teraz czuł się rozdarty. Część jego osoby nienawidziła tej rozłąki z Ruth i z dziećmi. A inna część nienawidziła jego samego za to, że jest tak cholernie sentymentalny. Osłabiało go to. Jednak wielka odległość od domu dawała też luksus wolności. Z dala od Ruth, od codziennego życia George czuł się kimś innym, i nigdy nie był zupełnie pewien, którą osobą jest naprawdę, którą z nich chce być.

Gdzieś na pokładzie otworzyły się i zamknęły drzwi, wypuszczając na chwilę kilka taktów muzyki. Sandy podchwycił melodię, nucił ją przez chwilę, a potem nagle zamilkł, jakby nawet nie zauważył, że to robi.

Ruth też się to zdarzało: nuciła fragmenty piosenek albo melodii, które wymyślała, nie zdając sobie z tego sprawy. "Wcale nie nuciłam - drażniła się z nim. - Masz halucynacje". Dobry Boże, ależ mu jej brakowało.

- Mimo to cieszę się, że tu jestem. - Słowa Sandy'ego brzmiały pośpiesznie, jakby zachodziła obawa, że jego troska o rodzinę może zostać źle zrozumiana. - To znaczy, cieszę się, że wybrałeś mnie na wyprawę.

- Szczerze mówiąc, to nie była moja decyzja - odrzekł George i poczuł, że Sandy nieco się wycofuje. Nie zamierzał wywołać takiego efektu. - Odell jest dobry. Sprawdził się już w wysokich górach i jest też pierwszorzędnym przyrodnikiem. Przywiózł do kraju co najmniej dwanaście nowych gatunków roślin. Zdaje się, że tym razem liczy na skamieliny. Jego rekomendacja musiała mieć wielką wagę. Na pewno miała - ciągnął. - Odell chce udowodnić, że Everest był kiedyś na dnie morza. Pomyśl tylko. - George spojrzał na uciekającą od nich, falującą wodę. Spróbował wyobrazić sobie jej głębokość. Tak wielką, jak wysokość Everestu. - Właściwie to absurd.

- Jakie to ma znaczenie?

- No właśnie.

- Liczy się jedynie to, że ona istnieje. - Sandy zażartował z niego, z uśmiechem parafrazując jego własną nonszalancką wypowiedź.

- Tego jeszcze nie słyszałem - powiedział George.

- Nie mogłem się powstrzymać. - Sandy uniósł wzrok ku nocnemu niebu pełnemu obcych konstelacji. Przylgnęła do niego zawarta w powietrzu wilgoć, a na klapach marynarki osiadła cieniutka warstewka słonej wody. Jego przystojna sylwetka rysowała się wyraźnie na tle nocnego nieba. Z tyłu znów rozbrzmiały głosy rozmowy, a potem wybuchła salwa śmiechu. Sądząc po głosie, był to Somervell. Sandy zwrócił się teraz w stronę, z której dobiegały dźwięki.

- Wrócimy do nich?

- Idź. Ja mam kilka listów do napisania. Poza tym, już to wszystko słyszałem dziesiątki razy.

- Skoro tak... - Przed odejściem Sandy znów wyjrzał poza reling. - Znikło. - W jego głosie słychać było rozczarowanie.

George nie był pewien, o co mu chodzi, do chwili, gdy zauważył, że ciemność wody stała się wyraźnie głębsza. Algi przepadły, nie było już ciągnącej się za statkiem zieleni; zastąpiła ją czarna kipiel oceanu.

- Powiem ci, co cię ominęło. - Sandy stał przez chwilę, jakby czegoś się spodziewał, po czym ruszył w stronę salonu.

George wiedział, że Sandy go obserwował, oceniał. Co zobaczył? Starego człowieka? Trzydzieści siedem lat to jeszcze nie starość. Był silny, miał dobrą kondycję. Doskonale nadaje się na wyprawę - mówił opis jego stanu zdrowia. Oczywiście pozostali też byli sprawni. Musieli. Żadna łajza by się nie załapała. Chociaż Odell był stanowczo zbyt żylasty. Góra nie bardzo miała z niego co zdzierać. Ale Sandy? Sandy wyglądał na silniejszego niż którykolwiek z nich.

George znów skierował spojrzenie na ocean i patrzył na fale, na kolejne ich szczyty ciągnące się tak daleko, jak sięgał wzrok.

Port w Bombaju był niemożliwy do ogarnięcia. Jeszcze przed przybyciem Sandy usłyszał od George'a opis panującego tu chaosu, lecz to, co zobaczył, przerosło jego oczekiwania.

Sytuacji nie poprawiał fakt, że oczekując na zejście na ląd, spał niespokojnie. Zdenerwowanie i napływająca od miasta fala dźwięków raz po raz go budziły. To prawie jak bożonarodzeniowy poranek - pisał do Marjory w środku nocy, świecąc sobie latarką do chwili, gdy leżący poniżej Odell stuknął w spód jego koi, mamrocząc, by wreszcie, do cholery, położył się spać.

Świt, który w końcu nadszedł, przyniósł ze sobą uczucie ulgi. Sandy stał teraz na pokładzie zupełnie oniemiały na widok portu. Po długich dniach spędzonych na oceanie nawet powietrze było inne - nie oczyszczały go już morskie wiatry. Tutaj zalegało ono w nozdrzach i w płucach jak gęsta zawiesina. Czuł zapach oleju napędowego i czegoś smażącego się, zgniłych ryb i śmierdzących osadów basenu portowego. Z góry obserwował kłębiących się ludzi w białych garniturach i w kurtach, z turbanami i jasnobrązowymi kaskami korkowymi na głowach. Pomiędzy mężczyznami widać było kobiety w sari mieniących się kolorami klejnotów - zieleniami i różami, których nie założyłaby na siebie żadna Angielka. Rozmazane przez gorąco ludzkie morze.

Walnięcie w plecy wyrwało go z zamyślenia.

- Pewnie masz coś do zrobienia - powiedział George, schodząc zamaszystym krokiem po trapie między panujący poniżej tumult.

Faktycznie tak było, ale Sandy nie potrafił wyrwać się z zauroczenia. Wiedział, że nawet gdyby miał wracać do Bombaju raz po raz, tak jak George, to nigdy nie ujrzy już tego miasta takim, jakim widzi je teraz. Przed nim wznosiła się wielka Brama Indii, a za nią hotel Taj Mahal ze swymi minaretami i wieżyczkami. To tam mieli się zatrzymać. Tylko na jedną noc. Po raz ostatni nacieszą się luksusem - jak powiedział Odell - przed wyruszeniem w teren i wiodącą przez kolejne prowincje podróż, podczas której spać będą w wagonach kolejowych i namiotach.

Gdy Sandy schodził między tłum, zauważył Odella, który schylał się nad wielką skrzynią, ocierał pot z czoła i odpędzał wyciągające ku niemu ręce wychudzone dziecko. Nie mógł zmusić się do tego, by poprosić go o przydzielenie zadania. Wiedział, że nie byłoby go tu, gdyby nie rekomendacja przyrodnika, ale nie chciał być przez cały czas z nim kojarzony. I nie potrzebował opieki. Jeśli miał jakąś szansę wejścia na szczyt, to na pewno nie mogła się ona ziścić w towarzystwie Odella. George nigdy nie zestawiłby ich w jedną parę - stanowiliby nieodpowiednie połączenie siły i doświadczenia. Albo raczej jego braku.

Po trapie schodził pułkownik Norton z głównym stewardem. Lubię Nortona - Sandy napisał do Marjory poprzedniej nocy. - Teddy'ego, jak nazywają go inni. To kierownik wyprawy. Przez całe życie jest w wojsku - za granicą spędził więcej czasu niż w Anglii. Podobno organizuje tu, w koloniach, polowania na dzikie świnie. Chociaż wygląda na zbyt kulturalnego - zbyt schludnego - żeby angażować się w coś tak barbarzyńskiego. Norton epatuje spokojem, w przeciwieństwie do George'a (który jest kierownikiem wspinaczki). George wiecznie się rusza, wierci, nawet gdy siedzi za biurkiem. Ciągle coś podnosi i odkłada. Za to Norton rusza się wolniej, wolniej też mówi. Odzywa się raz i mówi, co potrzeba.

Sandy chciał wyjść Nortonowi na spotkanie, obchodząc grupkę niskich Hindusów, ale został zatrzymany przez drobną postać, która przed nim stanęła. "Lepiej uważaj na każdego, kto podejdzie zbyt blisko" - ostrzegł go Norton przed zejściem na ląd. "Zwłaszcza na dzieci. Jedną rękę wyciągną, żeby żebrać, a drugą wsuną ci do kieszeni". Sandy włożył własne ręce do kieszeni i odsunął się na bok, kręcąc głową i próbując sobie przypomnieć, jak mówi się "nie" w języku hindi. Jednak ta postać nadal zagradzała mu drogę, a gdy opuścił wzrok, zorientował się ze zdziwieniem, że ma przed sobą nie dziecko, a młodą kobietę. Była dziwnie drobna, jak miniaturowa figurka, miała na sobie białe ubranie z chustą zakrywającą głowę. Zastanawiał się, czy nie ma ona po prostu odwrócić jego uwagi, gdy ktoś inny będzie próbował obrobić jego kieszenie, ale wyglądało na to, że jest sama. Słodko pachniała - nie perfumami, ale jakąś wonią, której nie rozpoznał. Przywołała go gestem, a on pochylił się ku niej, głęboko wdychając jej zapach. Wyciągnęła rękę i dotknęła miejsca pomiędzy jego brwiami, ale nie spojrzała mu w oczy. Popatrzyła natomiast na jego usta, na załamanie kości pod uchem. Złożyła zabarwione na żółto dłonie i ukłoniła się przed nim.

Odwzajemnił ukłon, lecz wciąż wyraźnie nad nią górował. Wyciągnęła ręce. On pogrzebał w kieszeniach, ale miał tylko angielskie pieniądze. Wcisnął jej szylinga w dłoń, a żółty kolor oblepił jego palce niczym pyłek kwiatów. Ponownie ukłoniła mu się z uśmiechem, a potem odeszła, by zatrzymać następnego wysiadającego pasażera, lecz ten odesłał ją gestem.

Palce Sandy'ego znalazły miejsce, w którym go dotknęła. Zdumiewające. To wszystko było zdumiewające.

- Sandy? - Odell machał do niego zza kilku większych skrzyń, z którymi się zmagał. Obok niego stali Shebbeare i Hazard w nieskazitelnych ubraniach khaki. Ci dwaj ostatni członkowie wyprawy weszli na pokład "Californii" już po jej przybiciu. Byli wyposażeni w dokumenty celne, umowy oraz szczegóły rozkładu jazdy pociągów, którymi mieli podróżować uczestnicy ekspedycji.

- Pomożesz nam?

Sandy wraz z Hazardem pochylili się nad skrzynią, po czym dźwignęli ją z jękiem i zapakowali na ciężarówkę.

- Zajmiemy się tym - powiedział Sandy Odellowi, zginając grzbiet, by podnieść następną z Shebbeare'em.

- Pomyśl tylko - zauważył Shebbeare z uśmiechem. - Już niedługo będziemy to wszystko taszczyć na górę.

Sandy dyszał ciężko i pocił się, gdy skręcał w przecznicę, by sprintem pokonać ostatnie ćwierć mili dzielące go od hotelu. Każdy krok powodował rwanie kolan i goleni. Bieg nie był długi, ale Sandy próbował iść na całość, choć dawały o sobie znać szwy z boku ciała i brak oddechu. "Ciągnij, jakbyś wiosłował w biegu finałowym - powiedział mu Somervell. - Żebyś na koniec był całkiem wypompowany".

Jego nogi zesztywniały, wciąż jednak pałał energią, przebiegając przez lobby na pełen bujnej zieleni dziedziniec, gdzie czekał na niego Somervell. Dobrze było zmusić ciało do wysiłku, poczuć jego reakcję. Cztery tygodnie spędzone na statku, pomimo korzystania z sali gimnastycznej i biegania po pokładach, pozbawiły go kondycji. Teraz jednak ta niemrawość odpłynęła, a muskuły z piekącym bólem ponownie budziły się do życia.

Zatrzymał się przy Somervellu, który odłożył fajkę i gazetę, żeby unieść stetoskop. Sandy zgiął się w pasie - ciężko dyszał, a na marmurową podłogę kapały krople jego potu. Powietrze wypełniał zapach kobiety, która udzieliła mu błogosławieństwa przy statku, ale tym razem to on sam nim emanował. Zlizał sól ze swych ust.

- Naprawdę nie musiałeś przesadzać. - Patrząc na zegarek, Somervell przytknął stetoskop do piersi Sandy'ego.

- Powiedziałeś. Gnaj. Jakby to był. Bieg. Finałowy.

- No tak, dobrze, wyprostuj się. Oddychaj normalnie. Chcę mieć stan wyjściowy. Poziom morza. Brak stresu.

Przyciskając szwy pod żebrem, Sandy stanął prosto i próbował uspokoić oddech. Somervell słuchał i mierzył. Większość stołów na dziedzińcu była pusta, jeśli nie liczyć kilku mężczyzn, którzy siedzieli, pijąc whisky z wodą sodową i lodem pobrzękującym w szklankach. Jaskrawe kwiaty spływały z doniczek na ścianach, wypełniając powietrze swym wieczornym zapachem. Nigdy nie był w tak luksusowym miejscu, nawet z Marjory, która lubiła zaszaleć i nieraz spotykała się z nim w ekskluzywnych londyńskich hotelach.

- Naciesz się tym - powiedział mu George zaraz po zameldowaniu. - Od tej pory zaczyna się jazda w dół.

- A nie pod górę? - odparł z uśmiechem. George tylko skinął głową.

Tętno szybko mu spadało. To dobrze. Wiedział, że ma przed sobą inne badania.

- Chcemy sprawdzić, co dzieje się z ciałem na dużych wysokościach - wyjaśnił Somervell któregoś popołudnia na pokładzie "Californii". - Będziemy prowadzić badania podczas całej trasy pod górę i z powrotem, śledzić zmiany. Fizyczne, umysłowe, emocjonalne. U nas wszystkich.

- Wygląda dobrze - powiedział teraz Somervell, zdejmując stetoskop z uszu i notując coś w zeszycie. - Dobre tętno, dobre po wymuszonym wysiłku. Zresztą byłbym zaskoczony, gdyby okazało się, że jest inaczej. Tak trzymać. Ale teraz przejdźmy do tego, co naprawdę istotne - do sprawności umysłowej. - Somervell wyjął arkusz papieru z leżącej przed nim skórzanej teczki i podał go Sandy'emu. - Masz trzy minuty. - Włączył stoper i usiadł, by ponownie wziąć w ręce gazetę i napój.

Zadania nie były trudne. Sandy zakończył je z łatwością, pomimo że rozpraszało go pobrzękiwanie kostek lodu w szklance Somervella i trzepot skrzydeł jakiegoś niewidocznego ptaka fruwającego po dziedzińcu.

- Będziesz musiał wymyślić nieco trudniejsze, Somes - zażartował, oddając kartkę doktorowi.

- Teraz tak mówisz. - Somervell nie spojrzał na odpowiedzi i odłożył kartkę. - Co jeszcze? Ustęp z Biblii, którego miałeś się nauczyć?

Sandy wyrecytował fragment bez zająknienia.

- W porządku. Dziękuję, panie Irvine. - Somes skłonił głowę w oficjalnym geście. - Na tym kończymy pierwszą serię testów. Gratuluję.

- No i? Jak wypadłem?

- Wygląda na to, że świetnie. Oczywiście będę miał pełniejszy obraz po zestawieniu wszystkich danych, ale nie masz się czego obawiać. Jako lekarz powiedziałbym, że nadajesz się do służby.

- No tak. Nie, żebym chciał się chwalić, ale właśnie zakończyłem udany sezon wioślarski. A Spitsbergen stanowił niezłą próbę.

- Nie wątpię. Jesteś okazem zdrowia.

- A jak wypadłem na tle, powiedzmy, George'a?

- Przykro mi, Sandy. Tajemnica lekarska. Poza tym, nawet my, starzy, jesteśmy tu w niezłej formie. Ale...

- Ale?

- Masz najniższe tętno podczas próby wysiłkowej. Myślę, że to dobry znak. Jednak praktycznie nie można powiedzieć, jak dana osoba będzie reagować na zmiany wysokości. Wydaje się, że sprawność fizyczna nieszczególnie wpływa na zdolność do odniesienia sukcesu na górze. - Somervell wręczył mu kolejną kartkę, kolejny fragment Biblii. - Naucz się tego. Znów cię zbadam, kiedy dotrzemy do Dardżyling.

W wilgotnym od chłodnej kąpieli i parnego powietrza pokoju Sandy usiadł za biurkiem, by napisać list do Marjory. W pewnej chwili przerwał i wyjrzał przez okno. Ciężki zapach wielkiego miasta, zaprawiony woniami nieznanych potraw i rozkwitających nocą kwiatów, uderzał mu do głowy. Gdzieś z portu dobiegała muzyka, hałaśliwa feeria dźwięków, w której Sandy nie potrafił odnaleźć rytmu. Przez chwilę wyobrażał sobie, że Marjory jest tu z nim, leży naga na lnianej narzucie z oczami zamkniętymi, by dać pierwszeństwo innym zmysłom. Niemal żałował, że tu nie przyjechała - tylko po to, by on mógł teraz patrzeć, jak leży, ze skórą piegowatą od słońca, na wilgotnej, zroszonej jej potem narzucie.

Dołączyła do niego na statku płynącym na Spitsbergen, zapłaciła za bilet i miała własną kabinę, do której on zakradał się nocą. "Chcę się z tobą pożegnać - powiedziała, gdy pakował się na wyprawę. - Jak należy". Była taka szczęśliwa i dumna z niego. "Jesteś zupełnie inny od mojego męża - powiedziała, kładąc się na nim i przyciskając do jego ciała swe małe jędrne piersi. - On nigdy niczego nie próbuje. A ty - ty spróbowałbyś wszystkiego". I posłała mu to swoje spojrzenie: niewyraźne skrzywienie ust połączone z nieznacznym uniesieniem lewej brwi. U każdej innej osoby wyglądałoby ono ordynarnie, albo wręcz żałośnie, ale jej pasowało. To ona była gotowa spróbować wszystkiego.

To miłe, że jest tu Odell, jedyna znajoma twarz. Tutaj pełni on inną rolę niż podczas naszej wyprawy na Spitsbergen. Tam wnosił chyba większy wkład w kierownictwo. Tu George i Norton są tymi, na których muszę zrobić dobre wrażenie. Jeden jest kierownikiem wspinaczki, a drugi wyprawy, więc to oni zdecydują, kto podejmie próbę zdobycia głównej nagrody, a kto zostanie z tyłu. Ja nie jestem ich faworytem, tyle wiem na pewno, ale chcę dostać szansę. Wiem, że dałbym radę. Potrzebuję tylko okazji, żeby ich o tym przekonać.

Ogólnie rzecz biorąc, wydaje się, że całe to zamierzenie jest ambitniejsze. Na Spitsbergenie chodziło o dokonanie pomiarów - teraz cel jest zupełnie inny. Podbój. Norton wciąż mówi o planach i terminach. George pisze. Jestem ciekaw, czy pisze o mnie. Ale Somervell mówi, że mam dobre wyniki badań. I jestem gotów. To miasto jest nie do wiary. Kiedyś tu przyjedziemy. Ty i ja. Pokażę Ci to miejsce.

Czy naprawdę tak myślał? Nie był pewien. Ale słowa zostały zapisane i nie było sposobu na ich wymazanie. Mógłby wprawdzie zacząć od nowa, lecz on chciał już mieć ten list z głowy, żeby móc się położyć w ciemnościach i słuchać odgłosów miasta. Dźwięki uległy zmianie - zawodzenie aut nieco ucichło, za to doszła muzyka owadów i nocnych ptaków. Ponownie spojrzał na słowa, które zawarł w liście, i wyjrzał przez otwarte okno. Ale w czym problem? Dzięki temu ona poczuje, że jest kochana, a tylko o to chodziło.

Cała ta sprawa z Marjory miała być dla hecy, jednak ostatnio ona zaczęła mówić o przyszłości - natomiast on nie wybiegał myślami daleko poza jej łóżko. Na razie je opuścił, a rozważania postanowił zostawić na czas po powrocie do domu. Gdy wróci do domu, wszystko się zmieni.

Jutro ruszamy do Dardżyling, po drugiej stronie tego kraju, prawie tydzień jazdy pociągiem stąd. Mam wrażenie, że od tego wszystko się rozpoczyna. Pływałem już statkami. Ale teraz czeka nas droga przez pół Indii. Mam nadzieję, że będziesz mogła być ze mnie dumna.

Przed podpisem nie dodał "kochający", na końcu listu umieścił tylko swoje imię. Zgasił lampkę i pokój stał się ciemniejszy niż świat na zewnątrz. Patrzył na lekkie łodzie migoczące w porcie, a potem położył się na łóżku, zapadając się w odległej muzyce napływającej znad wody.

Minęło dziesięć dni od lądowania w Bombaju. Właśnie teraz, w dniu wyjazdu z Dardżyling na północ, przez pasmo Mahabharat w kierunku Tybetu, George obudził się z kacenjamerem. Chcąc wypalić ból głowy, zmusił się do wyjścia na mglisty poranek i biegu brzegiem Teesty - powolnej szerokiej rzeki obramowującej osadę i tarasowe plantacje herbaty.

Zaciskał zęby, by pokonać towarzyszące każdemu krokowi łupanie w czaszce. Tak będzie wyglądała praca na dużej wysokości - wszystko stanie się równie bolesne i mgliste. Nogi grzęzły mu w nadbrzeżnym błocie, a ich wyciąganie wywoływało piekący ból mięśni. Ciało George'a było rozlazłe i leniwe, ale w końcu złapał rytm, łykając czyste, wilgotne powietrze.

Podróż w to miejsce była wędrówką przez pory roku - ledwie pamiętał ciężką lutową wilgoć Cambridge czy Londynu. Potem minęli wybrzeże Francji, gdzie trafili na mokrą śródziemnomorską wiosnę. Teraz pozostawiali za sobą suchy żar indyjskiego lata, by wkrótce znaleźć się pośród wiecznej zimy Himalajów. Tam wszystko będzie biało-szare, kolory znikną z krajobrazu barwionego jedynie przez wschody i zachody słońca. Na razie mógł jeszcze rozkoszować się bujną zielenią plantacji herbaty. Wiosenny rozkwit zieleni w Anglii miał go w tym roku ominąć. Powrót został zaplanowany na koniec lata.

Czując znajome kłucie w kostce, wydłużył krok. Zaschło mu w ustach, które wypełnił gliniasty język. Gdyby był teraz w Cambridge, w domu czekałaby na niego szklanka zimnej wody zostawiona na werandzie przez Ruth. Zawsze wyglądała ona na świeżo nalaną - kropelki wciąż przylegały do wewnętrznych ścianek naczynia. Co Ruth teraz robi? Próbował obliczyć różnicę czasu. Prawdopodobnie szła spać, samotnie kładąc się w ich łóżku.

Nie miej mi tego za złe, kochanie - pisał do niej poprzedniej nocy - ale najwięcej myślę o Tobie, kładąc się do łóżka. Jestem tak przyzwyczajony do Twej obecności w tym miejscu, że jej brak jest ogromną niedogodnością, która sprawia, że sen jest równie daleki ode mnie jak Ty.

Musiał dokończyć list, żeby móc go wysłać przed wyjazdem z Dardżyling. Korespondencja, którą będzie wysyłał z dalszych miejsc - z samotnych osad takich jak Kyishong czy Khamba Dzong, albo z samego Everestu - trafi do domu z o wiele większym opóźnieniem. Od teraz listy będą szły znacznie wolniej. Ale przyjdą. Obiecuję. Czekaj na nie. Chciał jeszcze opisać Ruth maleńką kolejkę, którą jechali od Rangtongu - jak to, cośmy widzieli na molo w Brighton - i ciągłe sprzeczki o plany i tlen z Teddym. Prawie nie można było zapamiętać każdej myśli i widoku, którymi chciał się z nią podzielić. Pisał przez całą drogę do podgórza Himalajów - na oceanie i na subkontynencie indyjskim, z miastami okalanymi przez żółte równiny przechodzące najpierw w lasy, potem w bujną dżunglę, a w końcu w tutejszą ciężką ciemną zieleń pogórza.

Po przyjeździe do Dardżyling powitał ich Richards, miejscowy konsul, który uważając się za ostatni bastion Imperium przed wielkim odludziem, przyjął za swój punkt honoru odprawienie ich w dalszą podróż z klasą.

- Nie mam wielu powodów, by gościć sławy Imperium - powiedział Richards. - Nie w tym miejscu. Muszę więc zaszaleć, kiedy mam okazję. Tubylcy tego oczekują. Chcą czuć podziw na widok brytyjskiego przepychu.

A zatem ilekroć przejeżdżali przez Dardżyling - czy to w drodze na Everest, czy z powrotem - Richards urządzał dla nich uroczystą kolację w swym doskonale wypielęgnowanym angielskim ogrodzie. Zawsze jedli i pili, ile się dało. Poprzednia noc nie była wyjątkiem.

Jego nogi już się rozgrzewały, a wzdłuż linii włosów i na kręgosłupie zaczął mu się zbierać pot. Czuł odór parującego z jego ciała alkoholu. Nie powinien był aż tyle pić zeszłej nocy. No ale nie był osamotniony. Wszyscy nieco przesadzili.

Po rozpoczęciu posiłku Richards zwrócił się do Teddy'ego, wyciągając swe długie ciało w krześle i wskazując w stronę George'a.

- George Mallory! Nie mogę uwierzyć, że przekonałeś go, by wrócił, Teddy. Myślałem, że już go nie zobaczę.

Teddy się roześmiał.

- Naprawdę pan tak sądził? Wiedziałem, że George nie pozwoli nikomu innemu na nią się wspiąć. On myśli, że to jego góra. Cały czas miałem pewność, że nas nie opuści.

Dysząc, George rozpoczął drugą milę porannego biegu. Pozostała część wieczoru nie odbywała się już w tak przyjaznej atmosferze. Z upływem czasu i ze wzrostem zawartości alkoholu w wypijanych drinkach członkowie wyprawy stawali się coraz głośniejsi, bardziej agresywni - tygodnie przebywania razem na statku i w pociągu sprawiły, że ich rozmowa przybrała ostrzejszy ton.

- Sandy - powiedział w pewnym momencie Somervell, uśmiechając się z wyższością. - Nie uwierzysz, ale ostatnim razem, pamiętasz, Teddy? Ostatnim razem George źle założył film w aparacie. Ile to straciliśmy? Z tydzień fotografowania? Biedny Noel. Myślałem, że cię zamorduje.

- Nie tydzień. To była jedna rolka filmu. - Wszyscy oprócz George'a się roześmiali. Gin wślizgnął mu się do mózgu i zaczął musować. Mężczyzna próbował śmiać się z nimi, ale nie mógł. - Poza tym Noel zrobił dla nas dostatecznie dużo zdjęć - powiedział, zerkając w stronę siedzącego za stołem fotografa, przed którym leżał jego aparat.

Somervell go zignorował i zwrócił się do Sandy'ego, Hazarda oraz Shebbeare'a - trzech nowicjuszy:

- Więc zawsze trzeba go pilnować. Wiecznie coś gubi, zapomina o jakichś rzeczach. Jego umysł go wyprzedza. George jest zawsze trochę bliżej szczytu góry niż pozostali.

Teddy, spokojny niczym świeży śnieg, jak zwykle wtrącił się, jeszcze zanim George zdążył odpowiedzieć.

- Ale facet umie się wspinać.

Dzisiaj zostawiali swoje smokingi, wraz z innymi atrybutami życia w cywilizowanym świecie, i wyruszali na trzytygodniową wędrówkę do bazy pod Everestem. W czasie ich nieobecności smokingi zostaną wyczyszczone i wyprasowane, a potem będą czekać na ich powrót. Jeśli wyprawa osiągnie swój cel, eleganckie ubrania przydadzą się podróżnikom podczas uroczystych kolacji organizowanych w drodze powrotnej. Będą one wtedy zwisać z ich wychudłych postaci, jednak na razie wszyscy wyglądali na zdrowych, ambitnych i silnych.

Gdy George zwolnił, mijając szeroki zakręt rzeki, rozlała się przed nim spieniona kipiel, a w słabym, migoczącym świetle wyrósł nagle zjawiskowy krajobraz. Unoszące się ponad powierzchnią wody mgła i dym trzymały się nurtu, wlokąc za płynącą na południe rzeką. George czuł walące w skroniach tętno i ciepło bijące z twarzy, ale przynajmniej kac wreszcie ustępował. "Do diabła z Somervellem" - pomyślał, kierując wzrok w stronę rzeki i wypuszczając powietrze z płuc.

Przez opary mgieł przedzierał się blask płomieni tańczących na wysokich platformach rozstawionych na drugim brzegu. Języki ognia wyciągały się w stronę skręcającej wśród mgły rzeki. Niektóre platformy płonęły jasno, inne były tylko tlącymi się popiołami rozsypanymi na wietrze. Nad kilkoma płomieniami unosiły się białe kształty. Najwyraźniej duchy. Nie. Ludzie. Pobrudzili biel popiołem. Rozniecali płonące wciąż ogniska albo zmiatali gasnące węgle do rzeki. Powietrze wypełnił żałobny, uroczysty śpiew.

Palili zwłoki.

Do gardła napłynęła mu żółć. Schylił się i zwymiotował niewielką zawartość swego żołądka, a potem splunął, patrząc, jak dym unosi się ponad trzaskającym ogniem. Gryząca woń palących się ciał i kadzidła wypełniła mu nozdrza. Było to odpychające, niemal dzikie. Ale w jakiś sposób rytuał ten także niósł pociechę. Uwolnienie - ciała, ducha - poprzez wypuszczenie do rzeki, w powietrze.

Gdy jego brat Trafford został zestrzelony w czasie wojny, ojciec odprawił nabożeństwo pogrzebowe w ich kościele w Mobberley. Jego ojciec - pastor stał przy ołtarzu w otoczeniu trumien trzech poległych żołnierzy i lotników. Wszystkie były puste. George wiedział, jak wyglądają ciała ofiar wojny, widział pozostałą po nich krwawą miazgę na przedpolach okopów, biały poblask, jaki rzucały w świetle księżyca czaszki i kości wykopywane na powierzchnię przez ostrzał artyleryjski i wypłukiwane przez deszcz. Rzadko wysyłano zwłoki do domu. Ale rodziny chciały - musiały - mieć coś, nad czym mogły płakać. Trumien nie zakopywano. Wykorzystywano je wielokrotnie, zastępując nimi ciała zabitych.

Jego ojciec nalegał na to, by wygłosić jedną mowę pochwalną na cześć wszystkich poległych.

Poległych. Już samo słowo tuszowało okrucieństwo i niesprawiedliwość tego, co rzekomo miało określać.

- Trafford zasłużył na oddzielne nabożeństwo - oponował George. - To niesprawiedliwe wobec niego i wobec mamy. Powinna móc opłakiwać syna jak należy.

- A te inne nie? - odparł ojciec.

- Nie to miałem na myśli. Oczywiście, że nie to miałem na myśli. Ale Trafford...

- Zginął w ten sam sposób, co tamci chłopcy. Za swój kraj. Czy myślisz, że my ponieśliśmy cięższą stratę niż ktokolwiek inny?

- Nie. Tylko...

Ojciec przerwał mu.

- Nie rozumiesz, co to oznacza dla Barkerów? Dla Clarke'ów? Widzieć, że łączymy się z nimi w żalu? Wszyscy tkwimy w tej sprawie i taką musimy ponieść ofiarę. Ja, twoja matka, siostra i ty. - Ojciec usiadł, otworzył Biblię. - Twój brat zrozumiałby to.

- Mój brat? Nawet nie wymówisz jego imienia. Nie potrafisz. Dopóki nie chodzi o Trafforda, dopóki on pozostanie bezimienny, możesz pochować go jak każdego innego. Wypowiedz je. - Ojciec nie podniósł na George'a wzroku. - Proszę, wypowiedz jego imię.

- Oni wszyscy zginęli mężnie.

- Tego nie wiesz. Nie masz pojęcia, jak tam jest. W tych okopach, na tamtym niebie. Twojego Boga tam nie ma.

- Przestań - odrzekł ojciec. - Marudzisz jak dziecko.

- Żaden z nich nie zginął mężnie. Chyba że męstwo oznacza, że się krzyczy albo płacze, albo sika pod siebie. - Nawet gdy to mówił, starał się nie myśleć o tym, jak bolesna musiała być śmierć Trafforda. Próbował nie wyobrażać sobie, jak jego brat krzyczy albo płacze. Próbował nie myśleć o pozostałych swoich przyjaciołach czy studentach wciąż tkwiących we Francji. Wciąż marznących, przemoczonych i przerażonych, czekających na atak gazowy, na wycie pocisków artyleryjskich, na świst kul. Nie mógł o nich myśleć, gdy sam był w domu, w ciepłym łóżku z Ruth, gdy budził się do swej córeczki. Bezpieczny. Zwolniony ze służby z powodu dawnej kontuzji odniesionej podczas wspinaczki.

Chciał wrócić. Musiał. Wyruszyłby chociaż do Hawru, gdyby nie mógł dotrzeć aż do Armenti?res. Ale lekarze stwierdzili, że przez tę cholerną kostkę stanowiłby zbyt duży kłopot. Poradzili mu, żeby walczył za sprawę w inny sposób. Pisał więc ulotki wyjaśniające, jak oszczędzać żywność, opał i prąd, a także podręcznik dla dzieci na temat tego, jak one mogą się przyczynić do pokonania Hunów. W tym samym czasie, gdy Jack Sanders, Gilbert Bell i Rupert Brooke zostali zabici.

Imię brata było na jego ustach. Powtórzył je w rytm żałobnego zawodzenia.

Jego ojciec nigdy nie płakał po Traffordzie. Nigdy nie płakał po żadnym z ludzi, których pochował - siedział tylko na plebanii, chwalił Boga i w milczeniu kontynuował wykonywanie Jego woli. George go za to nienawidził - za tę cichą wiarę, że wojna jest sprawiedliwa i słuszna.

Czy ojciec uważał, że za Everest warto umierać? A on? Już dotąd ta góra kosztowała ich tak wiele. Jak na razie jedenastu zabitych. Siedmiu w lawinie. Inni zmarli od odmrożeń, malarii i choroby wysokościowej. Może nie istnieje żaden sposób, żeby zmierzyć wartość czyjegoś życia. Ale czyż nie jest ważne, by podejmować ryzyko, jeśli wierzy się w słuszność obranego celu?

Ognie paliły się teraz niższym, bardziej niebieskim płomieniem, pochłaniając trzewia i kości.

To wszystko, co jest. Może nic nie jest warte tego, by za to umierać. To jakieś wariactwo, bezcelowe dążenie i żądza chwały - dla siebie samych, dla króla i ojczyzny. Ale jeśli nie ma niczego, za co warto umierać, nie może też istnieć nic, dla czego warto żyć.

Wyrecytował ich imiona. Wszystkich, których kochał. Wciąż miał kogo tracić.

Prócz tego jego umysł był pusty. Nagle nie było żadnej myśli o sukcesie ani porażce. Ani o zakończeniu.

Obserwował ognie do chwili, gdy ostatni z nich dogasł.

Wyrecytował imię Everest.

Z jego kuca był istny łotr, zdolny do nagłego ruszania i równie nieoczekiwanego zatrzymywania się. Sandy mocno trzymał wodze na prowadzącej ku kolejnej przełęczy wąskiej serpentynie, którą teraz jechali. Gdy zwierzę skręciło w stronę krawędzi, zacisnął nogi na jego okrągłym brzuchu. Wierzchowiec smyrgnął o kilka kroków do przodu, chwiejąc jeźdźcem, więc ten znów mocno pociągnął za wodze, by go zatrzymać. Miał już za sobą prawie trzy tygodnie jazdy na tym zwierzęciu, lecz z każdym jego potknięciem czuł, jak po kościach przebiega mu dreszcz.

Daleko już zaszli. Przebyli rzeki - to w bród, to znów po wąskich sznurowych mostach ze splecionych lian i gałęzi. Szli coraz wyżej, na omiatany przez wiatr tybetański płaskowyż, mijając osady położone na wykutych w skalnych ścianach półkach i piętrzące się tarasowe balkony niezdobytych fortec o murach osadzonych głęboko w granicie gór. Nazajutrz mieli przebyć ostatni etap, pojechać niżej doliną, mijając klasztor Rongbuk - ostatnie miejsce zasiedlone przez ludzi - a potem wejść na zbocza samej góry Everest.

Zaledwie tydzień temu widział ją po raz pierwszy. Wiedział, że ma to nastąpić; rozmawiali o tym poprzedniego wieczora w Shekar Dzong, gdzie zatrudnili zespół tragarzy wysokogórskich. Ale niczego się nie spodziewał, gdy George wyzwał go do wyścigu na jedną z przełęczy.

- Nawet dam ci fory - powiedział George, gdy zeszli z wierzchowców. - Odprowadzę kuce do Virgila, a potem cię dogonię.

Sandy musiał użyć niemal wszystkich sił, żeby pokonać George'a, ale udało mu się - czując ból w płucach, dotarł na przełęcz jako pierwszy. Zastanawiał się nad tym, jak będzie się czuł po dotarciu na górę, skoro już teraz brakowało mu tchu. Somes miał rację, wysokość dawała wycisk. Ale czuł, że nogi ma silne, świeże. Przynajmniej tyle było dobrego.

Jednak nie pozwolił sobie na odpoczynek. Wyżej wspinaczka miała stać się jeszcze trudniejsza. Sandy podjął próbę, jaką mógłby zaproponować im Somervell: jeśli weźmie największy kamień, który zdoła udźwignąć, i doniesie go do kopca w najwyższym punkcie przełęczy, nie robiąc sobie żadnej przerwy, to na górze na pewno dobrze mu pójdzie. Kopiec był tylko dwadzieścia stóp od nich. Niedaleko. Jednak w wyścigu wioślarskim dwadzieścia stóp dawało ogromną przewagę - tutaj oznaczało różnicę pomiędzy wejściem na szczyt a niezdobyciem go.

Schylił się i dźwignął głaz, przyciskając go do piersi. Nie spodziewał się, że będzie aż tak ciężki. Ruszył w stronę kopca. George dałby sobie z tym radę. Norton też. A przecież oni byli praktycznie starszymi panami. Ile mógł ważyć ten kawałek skały? Jakieś dwa kamienie? Nagle ta brytyjska jednostka miary wydała mu się najsensowniejsza. Cały świat należałoby mierzyć w kamieniach. Na poziomie morza mógłby wykonać to zadanie bez wysiłku, tutaj jednak przeniesienie tego cholerstwa zajęło mu prawie pięć minut. Ale się udało. Sapiąc, opadł na podstawę kopca i zaczął wyrównywać oddech.

- Dobrze się czujesz? - Na przełęcz wchodził George, oddychając lekko. "George dobrze sobie radzi na dużych wysokościach - powiedział mu Somes podczas ostatniej serii badań. - Ma w sobie coś z kozicy górskiej. Będziesz musiał bardzo się starać, żeby przebić jego wyniki".

- Tak. W porządku. - Sandy miał mniej równy głos, niżby sobie tego życzył. Odchrząknął, splunął. - W porządku - powtórzył głośniej.

- Widziałeś ją?

- Co?

- Chodź tu. - George poprowadził go na przeciwległy skraj przełęczy, gdzie ścieżka znów zaczynała opadać na drugą stronę. - Tam - powiedział głosem, w którym pobrzmiewała nuta poczucia własności. - Nieco na lewo. Najwyższa. O właśnie. Tam idziemy.

Szczyt dominował nad swymi sąsiadami. Gdy Sandy się uśmiechnął, poczuł, że usta ma spękane od wiatru i słońca. Nie przeszkadzało mu to. I trudno się dziwić. Szedł na najwyższe miejsce na Ziemi.

- Wygląda na bestię, nawet stąd - powiedział.

- Tak.

- Wejdziemy tam. Tym razem. Zgadza się?

Spodziewał się, że George przyzna mu rację, ale on po długiej przerwie odrzekł:

- Wspinaczki nauczył mnie dawno temu mój przyjaciel Geoffrey. - George zaśmiał się lekko, niedowierzająco, jakby liczył lata. - Zazwyczaj na dzień przed wejściem zabierał mnie na oglądanie trasy. Mówił, że dobrze jest zobaczyć górę z oddali; dzięki temu człowiek wie, gdzie jest, kiedy coś pójdzie nie tak, kiedy utknie.

- To chyba dobry pomysł.

- Geoffrey to inteligentny człowiek. Jest dla mnie prawie jak ojciec. - Nastała chwila przerwy. - Chociaż nie spodobałoby mu się, gdybym przy nim to powiedział. Poczułby się od tego stary.

- Więc jest dobrym wspinaczem?

- Był. Pewnie najlepszym w swoim pokoleniu. Gdyby Geoffrey mógł być tutaj w dwudziestym drugim, to Everest byłby już zdobyty. A my byśmy tu nie stali.

- Dlaczego nie mógł?

- W ogóle już nie może. Stracił nogę na wojnie, ma teraz drewnianą. Chodzi o lasce.

- Przykro mi.

George milczał przez chwilę, wpatrując się w Everest.

- Wciąż jeździmy razem do Walii, wychodzimy przed wspinaczką i wspólnie obserwujemy trasę. To dobre ćwiczenie.

- Więc którą drogą idziemy? - spytał Sandy, poszukując wzrokiem zboczy góry i próbując wybrać trasę.

George wyciągnął rękę, by narysować ją w powietrzu.

- Pójdziemy doliną do bazy - w tym płytkim zagłębieniu otoczonym przez góry. Stamtąd wyruszymy na najdłuższy pojedynczy odcinek. Czternaście mil strzaskanych łupków i kamieni; łatwo zwichnąć kostkę albo złamać nogę. A potem na lodowiec i lodospad. Gdzieś tam zostawimy depozyt - taki magazyn, kryjówka na trudne sytuacje z łóżkiem, piecykiem, z najniezbędniejszymi rzeczami. Będziemy się starali tam nie zatrzymywać. Potem baza wysunięta. Zadomowimy się w niej bardziej niż w pierwszej bazie. To tam będziemy mieszkać. A potem w górę i w dół, w górę i w dół, żeby założyć kolejne obozy, łącznie sześć.

George stanął za Sandym i wycelował palec ponad jego barkiem, tak żeby młodzieniec mógł za nim nadążyć.

- Obóz szósty, gdybyśmy go stąd widzieli, byłby zaraz za tamtym szczytem. Tuż za granią. Stamtąd jest prawie cały dzień na szczyt i z powrotem. Pozostali będą porozrzucani poniżej. Nie zobaczymy ich do chwili, aż będziemy na miejscu. Bez nich nie mamy szans. Droga po grani wygląda na prostą - ciągnął George. - Przypuszczalnie tamtędy pójdziemy.

Sandy miał nadzieję, że my w wypowiedzi George'a obejmuje też jego.

- Sześć obozów. Trzy nad Przełęczą Północną i trzy poniżej?

- Zgadza się. Przełęcz. Ona jest kluczem. - George milczał przez chwilę. - Sześć obozów. Założenie ich wszystkich, zaniesienie wszystkiego na miejsce zajmie nam prawie miesiąc. Pozostali będą wówczas o dzień drogi od nas. A potem szczyt.

Byli już niemal w bazie. Jutro, po ponad dwóch miesiącach podróży, wreszcie dotrą pod Everest.

Na skraju ścieżki Sandy wyjął wysokościomierz z kieszeni, po czym wygiął się w siodle, by spojrzeć przez ramię. Stamtąd widział w dole całą kolumnę wyprawy. Widok był oszałamiający.

Strumień Szerpów, jaków i kuców ciągnął się na niemal pięć mil. Ośmiu Anglików i prawie dwa tysiące skrzyń z zaopatrzeniem. Lista zabranych przez podróżników rzeczy brzmiała niczym absurdalny testament: 44 puszki mięsa przepiórczego w pasztecie z gęsich wątróbek; 120 konserw wołowych; dziesiątki kostek czekolady w płatkach; 9 puszek tytoniu; 7 tubek wazeliny do wcierania w spierzchnięte twarze, by chronić je przed słońcem; 63 butle z tlenem; 26 namiotów różnych rozmiarów; paka sztućców i blaszanych talerzy; jedna skrzynka szampana Montebello, 17 butelek whisky Macallan, co najmniej piętnastoletniej. Całe mile lin, łóżka polowe, narzędzia i naczynia do gotowania.

Anglicy: Teddy Norton na czele. Somervell, który co dzień badał uczestników, uznając ich za zdatnych do dalszego uczestnictwa w wyprawie. Odell, mający bzika na punkcie kamieni, zawsze patrzący pod nogi, by szukać skamielin, albo wsłuchujący się w cykanie ukrytych owadów. Noel i jego arsenał aparatów fotograficznych. Hazard ze swymi listami i tabelami. Shebbeare potrafiący wszystko przetłumaczyć na hindi i tybetański, Anglik, który nigdy nie był w Anglii i śmiał się ze wszystkiego, co powiedziano. George, który bez przerwy spoglądał na południe i zachód, by odnajdywać górę. Samemu.

Towarzyszyła im setka tragarzy, w tym osobisty Szerpa George'a, Virgil, oraz inni, którzy mieli wspiąć się wysoko na tę górę - mężczyźni i kobiety z dziećmi przywiązanymi do piersi i ładunkami przytroczonymi do pleców, przekonani, że Anglicy są głupcami.

Zupełne wariactwo.

George minął zakręt i zatrzymał swego kuca obok Sandy'ego.

- Szesnaście tysięcy stóp - powiedział Sandy, wręczając George'owi swój wysokościomierz.

- To wyżej niż Mont Blanc. Wyżej niż najwyższy szczyt w całej cholernej Europie. Większość wspinaczy nigdy nie wchodzi na tę wysokość. Zostało nam już tylko trzynaście tysięcy stóp.

- Pestka.

- Ścigamy się - krzyknął George, gnając swego konia do szalonego galopu w dół zbocza. Sandy patrzył na niego, na chmurę kurzu, która wzbiła się do góry, a potem rozeszła z wiatrem ponad ogromnym płaskowyżem. Wbił pięty w boki wierzchowca, wydał okrzyk i ruszył w pogoń.