Ponad światem. Wspinaczka, obłęd i zabójczy wyścig o himalajskie szczyty - Scott Ellsworth

-
Proszę czekać

Nota do czytelnika

Nota do czytelnika

Niniejsza książka opowiada o wcale nie tak dawnej przeszłości, kiedy znaczne obszary ziemi nadal osnuwała tajemnica. Były to czasy na długo przed wynalezieniem Internetu i telefonii komórkowej, gdy prawdziwi bohaterowie działali z dala od świateł jupiterów całodobowych serwisów informacyjnych i często pozostawali odcięci od świata przez długie tygodnie, a nawet miesiące.

Postacie wypełniające karty tej historii to niejednorodny zbiór. Jedni byli nieugięci, wytrwali i wierni zasadom. Drudzy - chytrzy i tchórzliwi. Część z nich olśniewała talentem, inni nadrabiali brawurą. Większość z nich jednak - tak jak ci, którzy sięgnęli po tę książkę - gorliwie czytała. Na najwyższe szczyty ziemi wnosili wysłużone egzemplarze Wichrowych wzgórz, Dumy i uprzedzenia czy tomiki poezji greckiej, mimo że każdy dodatkowy gram w ich plecaku mógł zdecydować o zwycięstwie lub porażce. Sześćset metrów poniżej szczytu Mount Everestu, w namiociku rozbitym na morderczej grani brytyjski himalaista Eric Shipton próbował przy migocącej świecy czytać Most San Luis Rey Thorntona Wildera, powieść, która rozważała sens ludzkiego życia w obliczu nagłego i tragicznego w skutkach zerwania inkaskiego mostu linowego w osiemnastowiecznym Peru.

Wiele osób uważało, że wspinacze są niespełna rozumu.

I niektórzy niewątpliwie są.

Pewnego mrocznego dżdżystego wieczoru, kiedy zbierałem materiały do książki, zapuściłem się w labirynt biedniejszych uliczek Dardżylingu, mistycznego miasteczka przycupniętego na wschodniej krawędzi Himalajów. Z pomocą lokalnego przewodnika próbowałem odszukać dawny dom legendarnego Szerpy o imieniu Ang Tsering, który brał udział w wyprawach górskich jeszcze w latach 30. ubiegłego wieku. Starzec już wtedy nie żył, ale doszły mnie słuchy, że jego córki ciągle mają pudło pamiątek związanych z jego wspinaniem. Sądziłem, że takie skarby mogłyby mi pomóc odtworzyć historię zapomnianych już mężczyzn i kobiet, którzy dziesiątki lat wcześniej wyruszali, by zdobywać najwyższe i najgroźniejsze góry świata.

W końcu znaleźliśmy dom, niski budyneczek w kolorze akwamarynu, z czerwonymi rynnami i biało obramowanymi oknami. Córki Szerpy powitały nas w progu. Starsze już panie, ubrane w barwne spódnice do ziemi i długie swetry przypominające płaszcze, były wyraźnie zaniepokojone naszą wizytą i niepewne, czego w zasadzie chcemy, niemniej jednak zaprosiły nas, mokrych od deszczu, do środka. Gdy tylko wspomnieliśmy o ich ojcu, oczy im rozbłysły, na stole natychmiast pojawiły się kubki gorącej herbaty, a z podniszczonej, drewnianej skrzynki wyłoniły się stare fotografie, miedziane medale i pożółkłe wycinki z gazet. Siedząc w przytulnej izbie sióstr, na kilka krótkich magicznych godzin przenieśliśmy się do innej epoki, gdy na górskich szczytach mieszkały zachwyt i podziw, a świat był jeszcze nowy i pełen niespodzianek. Mam nadzieję, że karty tej książki zabiorą każdego, kto ją będzie czytał, w taką właśnie podróż w czasie.

Prolog. Ostatnie miejsce na ziemi

Prolog

Ostatnie miejsce na ziemi

W gęstniejącym mroku lat 30., kiedy wichry wojny zaczynały huczeć w kanclerstwach i ministerstwach obrony Europy Środkowej i Dalekiego Wschodu, a dyktatorzy wodzili palcami po mapach, trwał jedyny w swoim rodzaju wyścig. Nie określono konkretnego miejsca startu, nie wyznaczono jednoznacznej mety, nie było sędziów ani ustalonych na piśmie zasad. Kobiety i mężczyźni reprezentujący dziesięć różnych nacji przystąpili do rywalizacji, o której rozpisywano się na pierwszych stronach gazet z całego świata i która pochłonęła życie dziesiątek istot ludzkich. Najbardziej niezwykłą cechą owych zmagań było jednak to, że zawodnicy zmierzali do celu, którego nigdy wcześniej nie osiągnął żaden człowiek.

W rzeczy samej, niewiele już wówczas pozostało na ziemi takich miejsc.

Już w tamtych czasach świat zrobił się niebezpiecznie mały. Bieguny północny i południowy zostały zdobyte. Badacze i naukowcy, uzbrojeni w chininę, pistolety Colt kalibru 32 i kurtki gabardynowe marki Abercrombie & Fitch, wdarli się w obszar górski Nowej Gwinei, odkryli zaginione miasta w Peru i z zachwytem chłonęli widok Valley of Ten Thousand Smokes na Alasce. Pewien Francuz pokonał przerobionym citroenem ponad trzy tysiące kilometrów Sahary, a szesnastoletni pomocnik z rancza w Nowym Meksyku, wziąwszy stado nietoperzy za smugę dymu, znalazł najwspanialszy system jaskiń na ziemi.

Nawet były amerykański prezydent Theodore Roosevelt, mimo nadwagi i chorej nogi, odbył w latach 1913-1914 kilkusetmilową podróż czółnem w dół rojącej się od piranii Rio da Dúvida - Rzeki Zwątpienia - daleko w głąb dorzecza Amazonki. A pewnego długiego czerwcowego dnia 1928 roku była chłopczyca, przeobrażona w redaktorkę "Cosmopolitan", poleciała trzysilnikowym fokkerem z Nowej Fundlandii do Walii, zyskując tytuł pierwszej kobiety, która pokonała Atlantyk na pokładzie samolotu. Kiedy Amelia Earhart wróciła do siebie, do Stanów Zjednoczonych, urządzono jej wielką paradę na Broadwayu i zaproszono na prywatną audiencję u prezydenta Coolidge'a w Białym Domu. Nawet o brzeg najodleglejszej wysepki na bezkresnym Pacyfiku otarł się kiedyś kil jakiegoś statku. Zdawać by się mogło, że na całej ziemi nie zostało ani jedno miejsce, które byłoby poza zasięgiem człowieka.

Z wyjątkiem jednego.

Himalaje, rozciągające się na ponad trzech tysiącach kilometrów od Hindukuszu w Afganistanie po zachodnie Chiny, są najwyższym i najpotężniejszym łańcuchem gór na naszej planecie. Ich korona jednak, w sumie czternaście szczytów wznoszących się na wysokość ponad ośmiu tysięcy metrów każdy, nigdy wcześniej nie doświadczyła ciężaru ludzkiej obecności. Mount Everest był, rzecz jasna, najbardziej znany, ale pozostałe, takie jak K2, leżące w Karakorum, Annapurna czy Kanczendzonga, dorównywały mu majestatem i grozą. Południowa ściana Nanga Parbat, biegnąca wzdłuż granic Kaszmiru, wystrzeliwała pionowo na niemal trzy tysiące metrów w górę - czyli mniej więcej tak wysoko, jak dziesięć nowojorskich wieżowców Empire State Building ustawionych jeden na drugim. Dwukrotnie przewyższając Alpy czy Góry Skaliste, Himalaje stanowiły prawdziwe geograficzne monstra, kolosy ze skały i lodu, tak olbrzymie, że tworzyły własne systemy pogodowe.

Oto piętrzyła się formacja terenu tak wielka i nieprzebyta, że potrafiła wpłynąć na bieg ludzkiej historii, nie pozwalając hinduizmowi przeniknąć do Chin, powstrzymując Czyngis-chana przed wkroczeniem do Indii i kierując słynny Jedwabny Szlak na północ, dzięki czemu do starożytnej Grecji trafiły przyprawy i chińskie jedwabie, a na dwór dynastii Han - rzymskie monety i przysadziste konie fergańskie. Pomimo stuleci nieregularnych wypraw eksploracyjnych, od wędrówek Marca Polo po Wielki Przegląd Trygonometryczny 1, Himalaje niechętnie uchylały rąbka swoich tajemnic. U schyłku XIX wieku większość łańcucha górskiego nie była nawet odpowiednio naniesiona na mapy, a na żadnym z najwyższych szczytów nie stanęła ludzka stopa. W pierwszych dekadach XX wieku pojawili się śmiałkowie chętni zdobyć Everest, Kanczendzongę, K2 i Annapurnę, lecz ich wysiłki zdały się na nic. Dach ziemi pozostawał nietknięty.

Z nadejściem lat 30. dwudziestego stulecia zebrano już tyle danych o zagrożeniach i ekstremalnych warunkach panujących w Himalajach, że nowe pokolenie wspinaczy, uzbrojonych w świeże wizje, nowatorski sprzęt i nieznane wcześniej techniki, doszło do wniosku, iż wierzchołki najwyższych gór świata leżą jednak w ich zasięgu. Postanowili to sprawdzić.

Mężczyźni i kobiety, którzy podjęli się tego zadania, nie są dzisiaj znani. W istocie wiele z tych osób uważano za nieudaczników, odmieńców, dziwaków, którzy nie potrafili ułożyć sobie życia, znaleźć przyzwoitej pracy, wstąpić w szeregi zdrowego społeczeństwa. Niektórzy przebimbali swoje lata dwudzieste, włócząc się po Alpach z bagietką i bedekerem w plecaku, zdobywając granitowe iglice w szortach i trampkach - to oni są duchowymi przodkami dzisiejszych wspinaczy i górskich włóczęgów. Inni byli spełnionymi profesjonalistami, którzy pomimo presji robienia kariery znaleźli sposób, by wspinaczka stanowiła część ich życia. Generalnie byli wśród nich szaleni marzyciele i trzeźwi realiści, absolwenci uczelni i tacy, co ledwo składali litery, pacyfiści i weterani wojenni, pszczelarz, sporo lekarzy, kowboj z Wyoming i nowojorski playboy.

Z dzisiejszej perspektywy sprzęt, jakim dysponowali, był szokująco prymitywny. Ludzie, którzy obecnie ustawiają się w kolejce do wierzchołka Mount Everestu, są uzbrojeni w detektory lawinowe, stale aktualizowane satelitarne prognozy pogody, czekany ze stali węglowej i butle tlenowe najnowszej generacji. Zakładają warte tysiąc dolarów ocieplane buty z absorpcyjną wyściółką i silikonowymi podeszwami i śpią na piankowych matach w przebadanych laboratoryjnie, wypchanych puchem śpiworach. I chociaż duch śmierci nadal nawiedza potężne szczyty Himalajów - tylko patrzeć, kiedy w długiej kolejce śmiałków marzących o zdobyciu Everestu wydarzy się tragedia - ludzie XXI wieku mogą monitorować sobie puls na smartwatchach i zasilać organizmy batonami energetycznymi oraz izotonicznymi żelami. Jeśli wyprawa się powiedzie, wrzucą na YouTube'a filmik ze szczytu nagrany kamerą GoPro, a zdjęcia zamieszczą na Facebooku, Instagramie i Snapchacie.

Himalaiści z epoki wielkiego wyścigu niczym takim nie dysponowali.

Nosili bawełniane parki i gryzące wełniane swetry, a na osiem kilometrów ku niebu wspinali się w nabijanych ćwiekami, skórzanych buciorach, dzierżąc czekany o drewnianych styliskach i zwoje konopnych lin. Sypiali w nieszczelnych płóciennych namiotach i próbowali gotować posiłki na kapryśnych naftowych palnikach. Pili brandy i palili papierosy, na siedmiu tysiącach metrów czytali Dostojewskiego i Dickensa, czuwali przez niespokojne noce, a w bladym świetle brzasku odkrywali, że śnieg i tak przysypał im śpiwór. Mieli praktycznie nieprzydatne mapy, niewiele szczegółowych zdjęć i mgliste pojęcie o tym, co znajduje się powyżej.

Oczywiście poza tym, że mogą tam znaleźć swój własny koniec.

Himalaje były bowiem zabójcze. Lawiny schodziły tu tak potężne, że bloki lodu wielkości dwupiętrowego budynku potrafiły nagle runąć w dół. Obsuwy skalne stanowiły permanentne zagrożenie, podobnie jak osłabione nawisy i nawiewy. Najwyższe szczyty były nawiedzane przez mordercze wiatry i oślepiające zamiecie, podczas których temperatura gwałtownie spadała, w kilka minut osiągając wartości zagrażające ludzkiemu życiu. W latach 30. nie rozumiano jeszcze w pełni tego zjawiska, ale wspinacze zauważyli, że na pewnej wysokości ich ciała odmawiają posłuszeństwa. Na dachu świata śmierć zawsze czaiła się w pobliżu.

Dziś niewiele się zmieniło. Pomimo coraz lepszego sprzętu wyprawowego, którego szybki rozwój nastąpił w ostatnich ośmiu dekadach, najwyższe góry świata wciąż zbierają tragiczne żniwo. Z wyliczeń wynika, że z czterech osób próbujących zdobyć K2 jedna zginęła. Na Annapurnie -jedna z trzech. Na Evereście tak wiele ciał leży w jego wyższych partiach, że stały się punktami charakterystycznymi w drodze na szczyt.

Pojawiają się też nowe zagrożenia, szczególnie w wysuniętym najdalej na zachód łańcuchu Himalajów. Rankiem 22 czerwca 2013 grupa szesnastu uzbrojonych bojowników z okrzykiem "Bóg jest wielki" na ustach zaatakowała wspinaczy z Chin, Stanów Zjednoczonych i Europy2 w ich bazie na Nanga Parbat. Chen Honglu, mężczyzna o podwójnym, amerykańsko-chińskim obywatelstwie, pokonał jednego z wkraczających do obozu napastników. Zginął na miejscu. Pozostałym himalaistom związano ręce i - według relacji Pakistańczyka, który przeżył atak - kazano im odwrócić twarze. Zastrzelono ich.

Następnie oprawcy zasiedli do śniadania.

Patrząc z dzisiejszej perspektywy, himalaiści z lat 30. ubiegłego stulecia jawią się jako walczący z Goliatem Dawidowie - i słusznie. To jednak nie podsumowuje ich historii, ci zapomniani już ludzie gór bowiem nie tylko naginali granice wytrzymałości organizmu, nie tylko przesuwali zasięg ludzkiego poznania aż po krawędź nieba. Poprzez swoje triumfy i porażki pobudzali aspiracje i wyobraźnię milionów przeciętnych obywateli.

Sercem sagi o wielkim wyścigu himalajskim jest opowieść o marzycielach i marzeniach, ciężkiej pracy i determinacji oraz o tym, by nigdy, przenigdy się nie poddawać. Ci niedocenieni bohaterowie sięgający gwiazd przypominają nam, jak wiele w obliczu niewyobrażalnych przeciwności jest w stanie dokonać zwykła istota ludzka uzbrojona w odwagę, niezłomność, odpowiedni trening, doświadczenie i upór. Ich historia w epoce pesymizmu i podziałów stanowi wzór pracy zespołowej i dążenia do wspólnego celu, wzniosłych misji i przyziemnych rozwiązań. Jest to jednocześnie opowieść o dobru i złu, zdradzie i heroizmie, a także o świecie, którego zmiany wspinacze obserwowali z góry, przy akompaniamencie złowrogiego warkotu nadciągającej wojny, najbardziej niszczycielskiej w historii ludzkości.

To jest książka o górach.

Jest to również książka o kobietach i mężczyznach, którzy odważyli się podjąć rzucane przez nie wyzwanie.

Akcja zaczyna się pewnego poranka późną wiosną w Londynie.

Rozdział 1

Czekany i smokingi

Deszcz bębnił o dachy Londynu już od tygodnia, co jakiś czas ustając, by po chwili rozpadać się na nowo.

Zmywał sadzę z okien pałacu westminsterskiego i przesączał się przez skórzane podeszwy butów sklepikarzy i urzędników spieszących do pracy po mokrych chodnikach. Piętrowe autobusy toczyły się tam i z powrotem po Oxford Street, niczym olbrzymie mechaniczne żuki, z wycieraczkami pracującymi sumiennie w takt na trzy drugie, podczas gdy w Regent's Park opiekunowie zoo znów byli zmuszeni zostawić włączone lampy UV w niemal opustoszałych wolierach. Nawet kieszonkowcy na Piccadilly Circus zmyli się, poszukując bardziej obiecujących miejsc gdzieś pod dachem. Wreszcie jednak w poniedziałkowy ranek 25 maja 1931 słońce łaskawie wyjrzało zza chmur, osuszyło chodniki i otworzyło okna, zarówno w obskurnych mieszkankach, jak i eleganckich kamienicach, i wypełniło złotymi promieniami Galerię Szeptów w katedrze św. Pawła. Przez noc, pomimo spalin, smrodu i cuchnących wyziewów drugiej pod względem wielkości metropolii świata, powietrze nagle stało się inne. Wyglądało na to, że tego roku lato jednak zawita do Londynu.

Zecerzy z "The Timesa", pochyleni poprzedniej nocy nad makietami stron w biurach na Queen Victoria Street, miłościwie określiliby jeden z ukazujących się tego ranka artykułów mianem wypełniacza - była to krótka informacja, taka, która trafiała do druku głównie dlatego, że idealnie pasowała do pustej przestrzeni pozostałej po rozmieszczeniu najważniejszych treści. Ten konkretnie tekścik, zagrzebany na stronie dziewiątej, był trzyakapitową relacją pod tytułem Kanczendzonga.

Artykuł donosił, że tego dnia grupa dziewięciu niemieckich i austriackich himalaistów wyrusza z Monachium do Indii, gdzie planują pierwsze w historii wejście na trzeci najwyższy szczyt świata. "Nowatorstwo tego bezprecedensowego przedsięwzięcia - podawał anonimowy tekst - polega na tym, że próba zdobycia Kanczendzongi zostanie podjęta na przełomie sierpnia i września, to jest w porze monsunowej". Krótka wzmianka kończyła się informacją, że ""The Times" będzie zamieszczał komunikaty na temat lokalizacji obozów i jaskiń lodowych w bocznych graniach Kanczendzongi oraz relacjonował atak na szczyt".

Rzecz jasna, niewielu londyńczyków w ogóle zobaczyło ten tekst. Większość pozostałych w mieście gazet, a także prezenterzy BBC całkowicie pominęli tę wiadomość. Nawet ci czytelnicy "The Timesa", którzy znad tostu i filiżanki herbaty w kuchni zawiesili wzrok na artykule, i ci, którzy dostrzegli go stłoczeni ramię w ramię w metrze w drodze do pracy, nie przywiązali zbytniej wagi do komunikatu o nadziejach paru zagranicznych pasjonatów gór. Nawet wśród osób mających jako takie pojęcie o górskich wyprawach niedatowany tekst w "The Timesie" wywołał nie więcej niż kilka odchrząknięć czy stłumionych ziewnięć.

I nie bez powodu.

Anglicy niemal przez wiek plasowali się w światowej czołówce zdobywców gór. Chociaż wywodzili się z narodu wyspiarzy, a na ich najwyższy szczyt - Scafell Pike, niespełna tysięcznik leżący w Lake District - można wejść spacerkiem w październikowe popołudnie, wspinacze ze Zjednoczonego Królestwa byli powszechnie uważani za najznakomitszych na świecie. Rasa zawziętych śmiałków-obieżyświatów, jeśli nie wynalazła wspinania, to przynajmniej wprowadziła go we współczesność. Podczas jednej szalonej dekady w połowie XIX wieku, kiedy to po raz pierwszy w historii zdobyto trzydzieści sześć potężnych szczytów w Alpach, Brytyjczycy byli odpowiedzialni za trzydzieści jeden z tych sukcesów. To Anglik, nie Szwajcar, Niemiec czy Włoch, pierwszy stanął na Matterhornie. Inne narody również mogły się poszczycić wielkimi wyczynami, ale nikt nawet nie zbliżył się do rekordu ustanowionego przez Brytyjczyków.

To jeszcze nie wszystko. Brytyjscy wspinacze jako pierwsi zaczęli regularnie używać czekanów, solidnych narzędzi w kształcie litery T z grotem u spodu oraz dziobem i łopatką u góry, które miały wkrótce stać się symbolem wysokogórskich wypraw. To londyński producent lin był autorem pierwszej na świecie liny wspinaczkowej, a brytyjscy wspinacze pierwsi zaprojektowali namioty wyprawowe. W epoce, gdy większość populacji mieszkała z dala od gór lub w ogóle starannie ich unikała, panowie z Oksfordu i Cambridge, odziani w wełenki z High Street, taszczący w plecakach herbatę w puszkach z luksusowego domu towarowego Fortnum's, byli regularnie widywani, jak ślizgają się po oblodzonych graniach Bóg wie gdzie, wiele mil od najbliższych osad ludzkich. Można debatować, czy ich poczynania były słuszne, pewne jest jednak to, że Anglicy - i Angielki - zwyczajnie nie mogli powstrzymać się od chodzenia w góry.

Duchowe źródło całej tej górskiej aktywności nie biło jednak z Alp, Lake District, szczytów Ben Nevis czy Snowdon. Wytrysło ono pod numerem dwudziestym trzecim przy Savile Row w Londynie, w prostej, acz eleganckiej osiemnastowiecznej kamienicy stojącej na granicy ekskluzywnej dzielnicy Mayfair. Alpine Club (Klub Alpejski), którego siedziba mieściła się na piętrach drugim i trzecim, nie tylko był najstarszym towarzystwem górskim na świecie, ale należał do najbardziej elitarnych organizacji w całej Wielkiej Brytanii. Klub wyróżniało jednak coś więcej niż członkowie, którzy wywodzili się z wyższych sfer, a wielu szczyciło się adresem zamieszkania w wytwornej dzielnicy Belgravia i sznurem tytułów przy nazwisku. Towarzystw mogących się pochwalić podobnymi listami działaczy było w Londynie na pęczki.

Członkowie Alpine Club niespiesznie, lecz skutecznie, wspinali się po przyprawiających o zawrót głowy granitowych ścianach w Chamonix, stawiali czoła bandytom oraz wyjącym wichrom Kaukazu i ostatkiem sił wdrapywali się na skuty lodem, bezimienny szczyt w Andach, nie bacząc na sine palce i puste żołądki. Obecność w tym znamienitym towarzystwie była całkowicie uzależniona od wyroku klubowych działaczy i chociaż kilku zuchwałych outsiderów entuzjastycznie i bez sprzeciwu przyjęto na salony, a nawet powierzono im pewne klubowe funkcje, to jednak pełnego członkostwa nie można było kupić. Można sobie było na nie jedynie zasłużyć i opłacić słonym potem wylanym w najtrudniejszych terenach górskich świata.

Było jednak coś jeszcze, co łączyło kilkuset członków Alpine Club, a mianowicie podejście do życia wykraczające poza bezpieczną sumkę na koncie w banku, szacowną małżonkę i grzeczne dzieci, whisky i cygara w barze pięciogwiazdkowego hotelu Claridge's. Niektórzy korzystali głęboko z mistycznych źródeł romantyzmu, z jego euforią zarówno dla przyrody, jak i człowieka, z jego paradą romantycznych bohaterów, takich jak lord Byron czy Shelley, którzy odnajdywali spełnienie z dala od nieznośnych londyńskich tłumów. Inni czerpali inspirację z bohaterów narodowych, sobie współczesnych i dawnych, z szekspirowskiego Henryka V, wyruszającego "raz jeszcze, druhy, na wyłom, raz jeszcze"4, z lorda Nelsona, który odwrócił bieg bitwy pod Trafalgarem, czy z George'a Gordona, bohatera Chartumu, bez lęku stającego przed ostrymi jak brzytwa bułatami pięćdziesięciotysięcznej armii derwiszów. Wielu członków Alpine Club uważało góry za miejsce odurzające jak żadne inne, gdzie każdy aspekt istnienia - fizyczny, umysłowy, duchowy - potęgował się do granic możliwości.

Każdy z nich w taki lub inny sposób wierzył, że życie należy przeżyć. Dla brytyjskich wspinaczy-obieżyświatów, niezależnie, czy działali ku chwale króla i korony, czy dla własnej satysfakcji, oznaczało to sprawdzanie swoich sił na najbardziej onieśmielających szczytach naszej planety. A kiedy już się sprawdzili - pokonując przerażenie powstrzymujące stopy i dłonie przed przesuwaniem się po oblodzonej grani nad wielesetmetrową przepaścią, która w każdej chwili mogła stać się skalistą mogiłą, albo doświadczając oślepiającej zamieci na wysokości czterech tysięcy metrów - byli trwale odmienieni. Gdy lata ich górskiej świetności mijały, rozniecali na powrót uczucia i wspomnienia w towarzystwie współplemieńców nad truite meuni?re, pommes parisienne i butelkami Pouilly-Fuissé5 na dorocznej uroczystej kolacji Alpine Club.

Tak właśnie było w przypadku tych, którzy wrócili.

Śmiertelne niebezpieczeństwo wynikające z górskich podbojów nie było bynajmniej hipotetyczne. Podczas pierwszego w historii wejścia na Matterhorn trzej brytyjscy alpiniści oraz ich francuski przewodnik spadli w przepaść, ponosząc śmierć, po tym jak najmłodszy w całym zespole pośliznął się i zerwał linę. W kolejnych dekadach wielu innych zginęło z powodu uderzenia kamieniem, utraty równowagi, nagłych upadków i zwykłego pecha. Henry Fox, doświadczony wspinacz i wschodząca gwiazda Alpine Club, zaginął w Kaukazie, natomiast Alfred Mummery, bodaj najznakomitszy brytyjski alpinista swojej epoki, stracił życie w lawinie w 1895 roku. Humphrey Owen Jones i Muriel Gwendolyn Edwards zginęli podczas własnego miesiąca miodowego, kiedy ich przewodnik potknął się, ściągając ich z pomniejszego szczytu w masywie Mont Blanc. Z kolei George Mallory i Sandy Irvine 8 czerwca 1924 podjęli próbę zdobycia Mount Everestu - i nikt więcej nie widział ich żywych.

Ta ostatnia tragedia była szczególnie bolesna.

Mallory był nie tylko ukochanym członkiem Alpine Club, ale też człowiekiem pełnym życia, chodzącą siłą i energią. Czarujący, obdarzony błyskotliwym poczuciem humoru, do tego szalenie przystojny, doprowadzał do omdlenia wiele kobiet i sporo mężczyzn. "Wielkie nieba! - pisał o Mallorym angielski poeta Lytton Strachey. - Ma ponad metr osiemdziesiąt wzrostu, ciało jak spod dłuta Praksytelesa, a twarz, to niewiarygodne, łączy tajemnicę Botticellego z wytwornością i delikatnością chińskiej ryciny". Mallory co jakiś czas zaznaczał swoją obecność w Grupie Bloomsbury, londyńskim towarzystwie pisarzy i artystów, którzy spoglądali na konwencjonalne społeczeństwo spod uniesionych brwi, i pracował dorywczo jako wykładowca w Cambridge. Jego prawdziwym powołaniem było jednak wspinanie. Nie tylko odegrał pierwszoplanową rolę w trzech wyprawach na Mount Everest, ale to właśnie on, zapytany, dlaczego pragnie wejść na najwyższy szczyt świata, zaserwował ripostę cytowaną odtąd przez wszystkich wspinaczy: "Ponieważ istnieje". Nieulękły, skromny, do tego wywodzący się z odpowiednio wysokich sfer, był modelowym przedstawicielem brytyjskich zdobywców gór.

Śmierć Mallory'ego uderzyła w czułą strunę wyspiarskiego narodu. U niektórych obudziła wspomnienie o innym poległym bohaterze, eksploratorze polarnym Robercie Falconie Scotcie, i jego niefortunnej próbie zdobycia bieguna południowego dwanaście lat wcześniej. Innym Mallory i Irvine przypominali o braciach, synach i mężach poległych w czasie pierwszej wojny światowej. Dziennikarze, anglikańscy pastorzy i dyrektorzy szkół wypisywali panegiryki w hołdzie dwóm poległym wspinaczom, ale dopiero specjalna ceremonia pogrzebowa ku ich czci w pełni ukazała, jak wiele znaczyli. Pośród setek żałobników, którzy tego rześkiego październikowego poniedziałku wypełnili sanktuarium św. Pawła w Londynie, zjawił się sam Jego Wysokość Król Jerzy V. Nie zdarzyło się dotąd - nigdy, nigdzie - by jakikolwiek wspinacz został tak wyróżniony.

Tymczasem pod numerem dwudziestym trzecim przy Savile Row nie trzeba było długo czekać, by ruszyły tryby wielkiej machiny. Mallory'ego i Irvine'a opłakiwano serdecznie i szczerze, lecz najpilniejsze pytanie brzmiało: kiedy uda się zorganizować następną ekspedycję na Mount Everest? Raptem kilka dni po pożegnaniu śmiałków w katedrze św. Pawła Alpine Club rozesłał po kraju swoich rzeczników, by zdobyli społeczne poparcie dla takiego przedsięwzięcia. Jeszcze lepsza okazja nadarzyła się tego samego roku, tyle że później - a wraz z nią jeszcze większe kłopoty. By zdobyć fundusze na ostatnią wyprawę Mallory'ego, zawarto porozumienie z byłym żołnierzem i poszukiwaczem przygód o oryginalnym nazwisku John Baptist Lucius Noel, który podjął się nakręcenia filmu dokumentalnego o ekspedycji w 1924 roku. Plan zakładał, rzecz jasna, że obraz ukaże triumf pierwszego zdobycia ośmiotysięcznika. Kiedy jednak wyprawa zakończyła się tragicznie, a po Mallorym i Irvinie ślad zaginął, wszelkie oczekiwania wobec filmu porzucono.

Niczym niezrażony Noel postanowił nie rezygnować z tworzenia wielkiego widowiska. Gdy dwa tygodnie przed Bożym Narodzeniem 1924 roku nadszedł czas premiery The Epic of Everest (Epopeja Everestu), filmowiec i impresario przeobraził teatr Scala w pobliżu Bedford Square w miniaturowy Tybet, z olśniewającymi, ręcznie malowanymi widokami Himalajów. Stały się one tłem dla hipnotyzującego występu siedmiu tybetańskich mnichów, którzy tańczyli i nucili monotonnie przy hałaśliwym akompaniamencie trąbek, mis tybetańskich, dzwonków i bębnów uderzanych pałeczkami wykonanymi z ludzkich kości udowych. Sam film, z niektórymi scenami kręconymi na wysokości nawet siedmiu tysięcy metrów, był fascynujący. Nikt wcześniej nie widział niczego podobnego. Noelowi opłaciło się zaryzykować. The Epic of Everest stał się kasowym hitem, wyświetlanym w pełnych po brzegi salach kinowych w Wielkiej Brytanii, Niemczech, Stanach Zjednoczonych i Kanadzie.

Ale nie w Tybecie.

Konserwatywne władze religijne w Lhasie nie kryły oburzenia, zarówno z powodu tańczących mnichów, jak i filmowych scen portretujących Tybetańczyków jako ludzi dziecinnych, brudnych i zawszonych. W odpowiedzi odcięły dostęp do Everestu. Żaden brytyjski wspinacz nie miał się zbliżyć do góry w 1925 roku. Kiedy w kolejnym roku zredagowano wniosek o zezwolenie na nową ekspedycję na Mount Everest, brytyjski oficer dyplomatyczny w Lhasie nawet nie trudził się, żeby przekazać go tybetańskim władzom. Wspinacze z Alpine Club musieli czekać w napięciu, mając nadzieję, że tybetański rząd ochłonie i na powrót otworzy bramę do Everestu.

Czekali pięć lat.

*

We wrześniu znów zaczął padać deszcz.

Lato roku 1931 było w Londynie ciepłe i wietrzne. Trzęsienie ziemi w Ławicy Dogger na Morzu Północnym zadzwoniło filiżankami daleko na północ, bo aż w Manchesterze, a psy czmychnęły pod łóżka nawet w Birmingham. Gandhi przybył do Londynu 12 września 1931, by wziąć udział w II Konferencji Okrągłego Stołu w sprawie reform Indii, gdzie poinstruowano go dobitnie, by odwołał protesty w postaci obywatelskiego nieposłuszeństwa wobec radży. Nazajutrz brytyjski dwusilnikowy samolot napędzany silnikami Rolls Royce'a zwyciężył drugi raz z rzędu w dorocznym Pucharze Schneidera, odnotowując światowy rekord - niemal pięćset pięćdziesiąt kilometrów na godzinę. Z kolei w Londynie angielski kompozytor Edward Elgar w asyście muzyków londyńskiej filharmonii uświetnił swą obecnością otwarcie nowiutkiego studia nagrań w wiekowej posiadłości pod numerem trzecim przy Abbey Road.

Na Savile Row jesień przyniosła zgoła inne wieści. Członków Alpine Club zmroziła seria sensacyjnych raportów z pierwszej ręki, opublikowanych w "The Timesie", a traktujących o niemieckiej wyprawie na Kanczendzongę. Dwudziestego szóstego września dziennik doniósł, że wspinacze z Monachium dotarli na wysokość siedmiu tysięcy metrów na górze uważanej wówczas za drugi najwyższy szczyt naszej planety. "Największe trudności techniczne i wszelkie inne są już za nami - pisał kierownik wyprawy. - Silna grupa sześciu wspinaczy i czterech tragarzy, zaopatrzona w prowiant na dwa tygodnie, czeka w gotowości w najwyższym obozie, by przypuścić atak na szczyt Kanczendzongi".

Komunikat zrobił na nich piorunujące wrażenie. Podczas gdy londyńskie towarzystwo wspinaczkowe tkwiło w swoistym czyśćcu, pielęgnując nadzieję, że kiedyś w końcu dane im będzie zmierzyć się z Everestem, zespół niemieckich himalaistów zajął pozycję, z której mógł - jako pierwszy w historii - stać się zdobywcą jednego z najpotężniejszych himalajskich gigantów. Do Brytyjczyków dotarło, że w swoich wysokogórskich przedsięwzięciach mają teraz rywala. Nie zdawali sobie tylko sprawy, jak poważna jest to konkurencja.

Rozdział 2

Wiatr ze wschodu

Wracali do domu tysiącami.

Jedni szli pieszo, innym udawało się załapać na transport na pace ciężarówki lub na drewnianym wozie ciągniętym przez konie. Większość podróżowała jednak koleją. Widziano ich stłoczonych w wagonach towarowych i pasażerskich lub stojących ramię w ramię na przyćmionych dworcach wielkich miast i w szeregu na peronach stacyjek w miasteczkach. Ci, którzy stracili stopę lub całą nogę, wspierali się na kulach. Inni, z połową twarzy owiniętą bandażem, oślepli. Większość z bliznami, a niejeden gdzieś w ciele z odłamkiem pocisku; niewielu z ocalałych miało kiedykolwiek spokojnie przespać noc. Całą wiosnę i lato 1919 roku przybijali fala za falą, ze stukotem pokonując wielkie żelazne mosty spinające brzegi Renu lub maszerując drogami gruntowymi w promieniach słońca padających cętkami na ich przetarte szaroniebieskie mundury. Dumna armia Cesarstwa Niemieckiego, która pełna entuzjazmu wyruszyła walczyć za ojczyznę jesienią 1914 roku, powracała do domu - chora, głodna, rozbita.

Wraz z nią, niczym plaga, nadeszły poczerniałe żniwa wyobcowania i rozgoryczenia. Malowały się na udręczonych twarzach mężczyzn, którzy błąkali się po biurach dla bezrobotnych, przesiadywali w mrocznych kątach barów z dziewczętami lub wystawali na rogach ulic w Berlinie i Düsseldorfie, pobrzękując monetami w blaszanym garnuszku. Dały się słyszeć w nabrzmiałym milczeniu, które nawiedzało sypialnię i wisiało nad stołem w jadalni, widać je było w pustej ławie w pobliskim kościele. To byli mężczyźni, którzy nie potrafili się wpasować w swoją przedwojenną skórę, dla których zbyt wiele starych prawd umarło w smrodzie i błocie okopów. Ich dawny świat, z całą swą pompą, ceremoniałem i dumnie powiewającymi na wietrze sztandarami, odszedł - tak jak ich młodość - na zawsze.

Jako ostatni spośród niemieckich żołnierzy wrócili do domu jeńcy wojenni. Załadowano ich do wojskowych pociągów transportowych i na kanałowe barki, po czym wywieziono pod strażą do obozów jenieckich aż do Szkocji i na wyspę Man, gdzie budowali drogi, pracowali przy żniwach, rozbijali skały w kamieniołomach, produkowali cegły i cement. Odkąd ustały walki, czekali ponad rok, zanim zostali wypuszczeni na wolność, a kiedy wreszcie wrócili do Niemiec, nie witały ich parady czy oficjalne delegacje z podziękowaniami. Byli ostatnimi z żywych umarłych, ostatecznym rachunkiem, jaki ludzkość wystawiła za zdruzgotane marzenia 1914 roku.

Pośród tych powracających cieni był Paul Bauer.

W późniejszych latach wygłaszał on przemówienia w zatłoczonych aulach, a po jego odczytach starzy i młodzi wielbiciele, zwracając się do niego pełnym szacunku "Herr Bauer", ustawiali się z egzemplarzami książek jego autorstwa po starannie wykaligrafowany autograf. Jeździły za nim ekipy filmowe, a pewnego razu, w promieniach krwistopomarańczowego słońca Kalifornii, jego imię zalśniło nawet w blasku olimpijskiej chwały. Ale Paul Bauer był też magikiem i iluzjonistą, który strzegł swego życia prywatnego, niewiele zdradzał o swoim pochodzeniu i przeszłości, a porażki zagrzebywał w grobowcu milczenia. Niemniej jednak udało się co nieco wydobyć ze starych akt i głęboko ukrytych dokumentów. Bauer, w którego życiu triumf był przysłonięty cieniem, przedstawił światu swój troskliwie wypielęgnowany, lecz fałszywy obraz.

Bauer pochodził z Kusel, sennego targowego miasteczka leżącego w Palatynacie Reńskim niedaleko granicy z Francją. Nieszczęsnego lata 1914 roku wybrał się na wycieczkę rowerową po północnych Włoszech. Gdy w drodze powrotnej do domu przejeżdżał nad Jeziorem Bodeńskim ciągnącym się wzdłuż szwajcarskiej granicy, zauważył oficjalne afisze pospiesznie ponaklejane na słupy telefoniczne i ściany poczty. Oznajmiały mrożący krew w żyłach scenariusz: zamach na arcyksięcia Ferdynanda, wypowiedzenie Serbii wojny przez Austrię, mobilizację sił rosyjskich i francuskich, ryzyko nadciągających działań wojennych. Kiedy wreszcie wybuchła wojna, Bauer zaciągnął się do 18 Bawarskiej Dywizji Piechoty i od razu został wysłany na front zachodni. Trzy miesiące później nad kanałem Ypres w Belgii ranił go odłamek pocisku. Osiemnaste urodziny świętował w szpitalnym łóżku.

Wiadomo, że jego jednostka, z Bauerem na powrót w szeregach, walczyła później w bitwie nad Sommą w 1916 roku, gdzie niemal pół miliona Brytyjczyków padło niczym jesienne liście, a żar artyleryjskiego ognia zaporowego był tak intensywny, że zwęglał pnie drzew. Dywizja Bauera była "jednym z najznakomitszych niemieckich oddziałów", jak pisał pewien oficer amerykańskiego wywiadu. "Zawsze dobrze walczyła, przejawiając ogromną energię w ofensywie i zachowując godną podziwu nieustępliwość w defensywie". Przez dwa i pół roku była zaangażowana w brutalną i bezlitosną kampanię wahadłową przeciwko Brytyjczykom. Setki żołnierzy z ich szeregów zostało ściętych kulami z broni maszynowej lub zamienionych w pył przez pociski artyleryjskie. Jedni zapadali na nerwicę frontową lub stopę okopową, inni mieli pecha, bo żar ich papierosa przyciągnął wzrok angielskiego snajpera. Potem, pod Messines, gdzie brytyjscy saperzy przebili się przez niemieckie linie serią potężnych wybuchów minowych, Bauera wzięto do niewoli.

W tym miejscu historia Paula Bauera staje się niejasna.

Wiadomo, że został zesłany do obozu jenieckiego w Anglii. Nie wiadomo jednak, w których lokalizacjach go przetrzymywano ani też jak długo trwała jego niewola. Dokumenty zawierające te informacje najwyraźniej zaginęły. Z późniejszej korespondencji, zarówno tej spod pióra Bauera, jak i adresowanej do niego przez znajomych, wynika, że jako jeniec zobaczył całkiem sporą część Anglii. Co więcej, wiemy, że to, co ujrzał, zrobiło na nim wielkie wrażenie, a nawet wzbudziło zazdrość, która nie tylko szybko nie minęła, ale jątrzyła się w nim jeszcze przez długie lata.

Wiemy również, że kiedy Bauer wreszcie wyszedł na wolność i mógł udać się do Niemiec, powrót był dla niego szczególnie bolesny i gorzki. "W listopadzie 1919 w budynku dworca nad Renem, pod strażą złożoną z kolorowych francuskich żołnierzy - pisał później - rozkazano mi pospiesznie zdjąć mundur, z którym nie rozstawałem się przez pięć lat, i w paskudnych, byle jakich "cywilkach" przekazanych przez rząd, w prostej czapce na głowie i z całym dobytkiem w tobołku na plecach ruszyłem do domu".

Niedługo zagrzał tu miejsca. Zastawszy swoje miasto pod okupacją obcych wojsk, Bauer - starzec w wieku dwudziestu trzech lat - przeniósł się do Monachium. "Przelewaliśmy krew za naszych ludzi i wielu z moich przyjaciół powieliło klasyczny wzorzec, oddając życie w ofierze - głosił w późniejszym czasie. - A teraz nagle odkryliśmy, że naszą miłością do ojczyzny, bohaterstwem i poświęceniem gardzi się i że pomniejsza się ich wartość".

"Byliśmy obcy - dodał. - Wygnańcy we własnym kraju".

Wiosną 1921 roku, trochę ponad rok od przeprowadzki Bauera do Monachium, hydrolodzy ze stacji pomiarów w Bogenhausen po wschodniej stronie miasta zauważyli, że poziom wód Izary, której przejrzysty nurt przebiegał przez centrum metropolii, był wyższy niż we wcześniejszych dekadach. Tej zimy ciężkie śniegi otulały Alpy, a wraz z wiosennym ociepleniem nadeszły rekordowe roztopy. Pomijając to, co działo się z Izarą, nie trzeba było daleko szukać, by dostrzec zachodzące w mieście zmiany. Na chodnikach starej bawarskiej stolicy, w kawiarniach i w pijalniach piwa miały miejsce niepokojące zjawiska.

Pierwsi odczuli je Żydzi. Z początkiem 1921 roku nieznani sprawcy zdewastowali ortodoksyjną synagogę przy Herzog-Rudolf-Strasse, wymalowując czarne swastyki na fasadzie budynku, a członkowie lokalnego klubu hebrajskiego wpadli w zasadzkę i zostali pobici przez bandę prawicowych zbirów. Na Uniwersytecie Monachijskim Albert Einstein, naukowiec, którego teoria względności zatrzęsła światem nauki - "fizyk-Żyd", jak przezywali go antysemici - otrzymał zakaz wykładania na kampusie. Nie tylko Żydzi byli prześladowani. Odczyty Maxa Webera, uznanego socjologa, były krzykliwie oprotestowane przez studentów, którzy w pogardzie mieli jego liberalizm polityczny. W całym mieście zaczęły pojawiać się plakaty zapraszające mieszkańców na wystąpienia charyzmatycznego mówcy, który stanął na czele nowiutkiej narodowosocjalistycznej partii - czyli nazistów, jak już wkrótce ich określano. "Członkowie narodu niemieckiego są mile widziani" - głosiły afisze. "Żydom wstęp wzbroniony" - zastrzegały.

Inni byli w jeszcze gorszym położeniu. W październiku 1920 młoda służąca, Marie Sandmeier, zaginęła po tym, jak poinformowała władze o nielegalnym składzie broni w domu jej byłego pracodawcy. Jej zwłoki zwisające z gałęzi drzewa znaleziono później w parku Forstenrieder opatrzone napisem: "Ty brudna szmato. Zdradziłaś ojczyznę". W tym samym czasie pewien kelner również zagroził, że wyda lokalizację innego nielegalnego składowiska broni. "Zamiast tego - czytamy w relacji historyka - zafundowano mu wycieczkę na dno Izary z kamieniami przywiązanymi do nóg i jedenastoma kulami w głowie".

Ulice Monachium już ogarniał mrok.

Tymczasem Paul Bauer parł naprzód. Dołączył do Freikorps, antykomunistycznej grupy paramilitarnej, która prowadziła walki uliczne przeciwko lokalnym komunistom, i podobno osobiście dowodził ostrzałem lewicowego osiedla robotniczego. Mimo że wkrótce jawnie wyrażał podziw dla nazistowskiego wodza, Adolfa Hitlera - "tego, którego słów nie wolno kwestionować" - przynajmniej z początku zdawał się stać z boku, powstrzymując się od zaangażowania w szybko zmieniającą się monachijską scenę polityczną. Przede wszystkim był po prostu zbyt zajęty.

Zdeterminowany, by się rozwijać, Bauer zapisał się na Uniwersytet Monachijski, uczelnię wyższą z 450-letnią tradycją, gdzie podjął studia prawnicze. Pośród zgiełku miasta, pełnego hałaśliwych pijalni piwa i licznych kawiarni, Bauer oddawał się nauce, spędzając noce z nosem w grubych tomach ustaw i prawa precedensowego. Ale wciąż płonął w nim dawny gniew, skierowany zwłaszcza przeciwko "listopadowym zbrodniarzom", czyli berlińskim politykom, którzy - jego zdaniem - sprzedali Niemcy na koniec wojny. Miotający się między studiowaniem a rozgoryczeniem Bauer potrzebował odskoczni. Z czasem udało mu się ją znaleźć.

"Moją ostoją - pisał później - były góry".

Alpy Bawarskie, wznoszące się na południe od Monachium z dramatyzmem godnym wagnerowskiej opery - połyskujące bielą w zimie, chłodne i urocze latem - leżały tylko dwie i pół godziny jazdy pociągiem od centrum miasta. "Zacząłem organizować sobie samodzielne wypady w góry - wspominał Bauer, za górski ekwipunek mając wówczas jedynie nieprzemakalną matę, śpiwór i mapę z wyposażenia bawarskiej armii. - Chodziłem własnymi szlakami, sam". Wędrówki te zmieniły Bauera. Tu, pośród wysokich, smaganych wiatrem grani i poszarpanych szczytów, był świat wolny od kompromisów i matactw. Tu, pośród twardych wapiennych skał istniała kraina lśniących obietnic i jak głaz niewzruszonych prawd, idealne miejsce dla żołnierza, by pokazał, na co go stać.

"Dziękowałem mojej szczęśliwej gwieździe - dodawał. - I upajałem się własnym zdrowiem i siłą".

Z czasem Bauer zaczął wybierać trudniejsze trasy - pokryte piargiem półki skalne, gdzie źle postawiony krok mógł się skończyć złamaniem karku, oblodzone granie strome niczym dach mansardowy, przejścia tak wymagające, że pokonywanie ich solo było niczym próba samobójcza. "Stopniowo - pisał w późniejszych latach - zacząłem znów odczuwać potrzebę ludzkiego towarzystwa".

Tak naprawdę nie miał w tej kwestii większego wyboru. Jak się jednak okazało, miał doskonałe wyczucie czasu.

*

W latach tuż przed pierwszą wojną światową i zaraz po jej zakończeniu nowe pokolenie niemieckich i austriackich wspinaczy nagle odnalazło swoją drogę. Ci niemieckojęzyczni alpiniści bez oporów wypróbowywali nowe pomysły i nowatorskie techniki, i wnieśli taką energię, jakiej nie było w górach przez pół wieku. We wschodnich Alpach w Austrii i Niemczech zaczęła się kształtować nowoczesna wspinaczka. To był początek wspinaczkowej rewolucji, mającej Monachium za swoją duchową stolicę. Dowodów na to było w bród.

Wystarczyło spojrzeć na pozbawione wygód górskie chatki w Tyrolu, gdzie w weekendy i słoneczne dni powszednie tysiące nowicjuszy rozkładało swoje śpiwory. Wystarczyło wsłuchać się w podzwanianie sprzętu na uprzężach i chrzęst utwardzonego słońcem śniegu pod butami. Wystarczyło zajrzeć do kina na rogu w Berlinie czy Frankfurcie, gdzie nowy rodzaj filmu - Bergfilm - zachwycał widownię oszałamiającą górską scenerią i nowymi twarzami aktorów, w tym Leni Riefenstahl - zmysłowej dwudziestoczteroletniej byłej tancerki. Wystarczyło rzucić okiem na wydłużające się listy członków klubów wspinaczkowych i wysokogórskich. W odróżnieniu od Alpine Club w Wielkiej Brytanii, gdzie rzadko przekraczano liczbę paruset działaczy, Deutscher und Österreichischer Alpenverein mógł się pochwalić ponad dwustoma tysiącami członków. "Otwarto sekcję DuÖAV w każdym ważniejszym mieście w Niemczech - odnotował pewien zszokowany angielski podróżnik. - Górskie życie i to, co z sobą niesie, stało się dla nich [Niemców - przyp. tłum.] równie istotnym elementem egzystencji jak zarabianie na chleb".

Godni podziwu byli także sami wspinacze. Wraz z entuzjazmem nowa generacja niemieckojęzycznych alpinistów wniosła nieznaną dotąd otwartość na nowe idee. W 1910 roku austriacki przewodnik górski wraz z kowalem z Münster stworzyli nowy, jednoczęściowy hak, metalowy kołek, który wspinacze mieli wbijać w skałę celem asekuracji. Mniej więcej w tym samym czasie wspinacz z Monachium zaproponował użycie pierwszych prawdziwych karabinków, owalnych ogniw, które wkrótce miały służyć mocowaniu liny do haków. Na dalsze innowacje trzeba było poczekać do zakończenia wojny, gdy pojawiły się czekany ze skróconym styliskiem do pokonywania niemal pionowych zboczy pokrytych lodem i śniegiem.

Zmiany zachodziły w zawrotnym tempie. Nowe pokolenie niemieckojęzycznych wspinaczy, uzbrojone w nowe narzędzia i techniki, a także rosnącą pewność siebie, zaczęło porywać się na drogi uważane dotąd za niemożliwe do przejścia. Kolejno odhaczali najtrudniejsze kiedykolwiek pokonane trasy wspinaczkowe - wschodnią ścianę Campanile Basso, południową ścianę Schüsselkarspitze, zachodnią ścianę Predigtstuhl i północną ścianę Seekarlspitze. I nagle pewnego piątku późnym latem 1925 roku północno-zachodnia ściana Monte Civetty, tysiącmetrowa pionowa ściana w Dolomitach, która przez dziesiątki lat odpierała ataki wspinaczy, poddała się w piętnaście godzin dwuosobowemu zespołowi prowadzonemu przez dwudziestopięcioletniego ślusarza z Monachium. Podobnie jak baletnice wznoszące się na czubki palców Niemcy i ich austriaccy krewniacy wznieśli wspinanie na całkowicie nowy poziom.

Osiągnięcia te miały swoją cenę - połamane żebra, roztrzaskane rzepki kolanowe, pozdzierane paznokcie, zdarte łokcie, plecy zlane zimnym potem i żołądki ściśnięte śmiertelnym strachem. Niemieckojęzyczni alpiniści stali się najlepszymi wspinaczami na świecie. Trzeba przyznać, że na każdy centymetr drogi prowadzącej do tego sukcesu uczciwie i ciężko zapracowali. Pewien zachwycony włoski wspinacz, a zarazem pisarz nadał nowemu stylowi miano alpinismo acrobatico.

Brytyjczycy byli mniej wylewni. W Alpine Club w Londynie, gdzie rządziło tradycyjne myślenie, a na haki i inne formy sztucznych ułatwień prychano z pogardą, szydzono z nowego stylu, oceniając go jako niesportowy. Pewien członek Alpine Club określił go mianem "wspinania a la dyndaj i wal". Inni zwięźle wyrażali dezaprobatę - to po prostu było nie fair.

Paul Bauer widział rzecz inaczej.

Dla niego istota górskiej wspinaczki nie polegała jedynie na dotarciu na szczyt czy znalezieniu sposobu na pokonanie szczególnie trudnej trasy. Była to także sposobność, by Niemcy odzyskały godność i honor, które straciły nie w okopach, lecz przez zdradę dokonaną przy podpisaniu traktatu wersalskiego. "W wyniku wojny i jej gorzkich następstw w Niemczech wyrosło pokolenie zdeterminowane, lecz nie roszczeniowe - pisał Bauer. - Podczas wielu nużących wspinaczek i nocy spędzonych pod płótnem namiotu wyrywaliśmy naturze jej najgłębsze tajemnice i nauczyliśmy się okiełznywać góry w każdych warunkach, w wichrze i burzy, zamieci i mroku". Nadszedł czas, by przenieść te wysiłki poza Alpy. "Czuliśmy się zobowiązani, by penetrować tereny poza ciasnymi granicami naszego kraju - dodawał. - Całe nasze jestestwo kazało nam włączyć się do walki". W 1926 roku Bauer zdecydował, jaki będzie następny cel niemieckich wspinaczy.

Rozciągający się między Morzem Czarnym a Morzem Kaspijskim łańcuch Kaukazu stanowił cud, zarówno geologiczny, jak i geograficzny. Na północy leżał spichlerz Rosji, półtora tysiąca kilometrów kolektywnych gospodarstw uprawiających pszenicę, z bielonymi wioskami ciągnącymi się aż pod Moskwę. Na południu znajdowała się mozaika półautonomicznych republik, jedynie z nazwy komunistycznych, kraina bawełny i moreli, pigw i granatów, starożytnych meczetów i porannych wezwań do modlitwy. Same góry napawały obawą, były wyniosłe, grożące lawinami i oszałamiająco piękne. W niższych partiach, porośniętych sosną i dębem, bukiem i orzechem włoskim, nadal działały bandy uzbrojonych rabusiów. Dla Paula Bauera Kaukaz, najbliższy Alpom poważny łańcuch górski, stanowił pokusę nie do odparcia.

"Dwa lata pisaliśmy podania, wypełnialiśmy formularze i spełnialiśmy inne wymagania, zanim w końcu otrzymaliśmy pozwolenie od Rosjan" - wspominał. Wreszcie 4 lipca 1928 Bauer dowiedział się, że ich wizy są gotowe do odbioru w sowieckiej ambasadzie w Berlinie. Następnie wspinacze spędzili niemal tydzień w Moskwie, skrzętnie zbierając wszystkie konieczne dokumenty, zgody i rządowe zgłoszenia - bumażki, jak zwali je Rosjanie - które musieli przedstawić lokalnym władzom. Później, po trzydniowej podróży pociągiem z Moskwy dotarli do Nalczyku, ospałej stolicy prowincji u stóp Kaukazu. Po kolejnej porcji bumażek zaprawionych kieliszkami wódki wyjechali wreszcie konno ku wylotowi doliny Bezingi, gdzie kończyły się lodowce, a zaczynały góry.

Włożony wysiłek i żmudne przygotowania nie poszły na marne. Mimo że musieli stawiać czoła burzom z piorunami, oblodzeniu, oślepiającej zamieci i grupie tubylczych pasterzy, którzy wykazywali zdecydowanie zbyt wielkie zainteresowanie ich aparatami marki Leica, wyprawę należało uznać za sukces. Opłaciło się spokojne i pewne przywództwo Bauera i przygotowany przez niego precyzyjny plan działania - wspinacze współpracowali ze sobą bez zarzutu. Chociaż Paul Bauer był później dziwnie powściągliwy jeśli chodzi o informacje, które szczyty zdobyli, zarazem on, jak i jego ekipa zyskali cenne doświadczenie górskie na prawdziwie obcym gruncie.

Nie obyło się jednak bez pewnego dysonansu, a mianowicie na którykolwiek kaukaski szczyt wspięli się Niemcy, okazywało się, że Brytyjczycy byli już tam przed nimi. Raz natknęli się nawet na opuszczony brytyjski obóz wspinaczkowy, który rozpoznali po zardzewiałych puszkach po angielskim prowiancie. Wspinając się na Dychtau, drugi najwyższy wierzchołek Kaukazu, Bauer sam korzystał z datowanej na rok 1888 relacji z pierwszego zdobycia góry przez genialnego brytyjskiego wspinacza Alfreda Mummery'ego. Zespół Bauera dokonywał osiągnięć przełomowych dla Niemców, lecz nie mógł się uwolnić od duchów Brytyjczyków.

Podczas długiej powrotnej podróży koleją, gdy ze stukotem mijali niekończące się wioski drzemiące w sierpniowym skwarze, członkowie ekspedycji dyskutowali, jakie wyzwania mogą podjąć w czasie kolejnej wyprawy w Kaukaz. Myśli Bauera krążyły już jednak wokół innych miejsc. "Stało się dla mnie jasne - pisał wkrótce po powrocie do Niemiec - że w 1929 roku musimy wybrać się w Himalaje".

Paul Bauer ostrzył sobie zęby nie tylko na wyższe góry.

"Moje doświadczenie wojenne, a walczyłem przeciwko Anglikom jako żołnierz piechoty od października 1914 do czerwca 1917, a następnie pozostawałem w brytyjskiej niewoli do listopada 1919 - pisał później Bauer - pozwala mi twierdzić, że jest bardzo prawdopodobne, iż Anglicy jak zawsze popełnią jakieś błędy". Celem Bauera nie był jedynie wyjazd w Himalaje. Pragnął pokonać Brytyjczyków w ich własnej grze. Po latach dodał: "Dobrze znałem Anglików". Paul Bauer odłożył karabin i sięgnął po czekan.

Kanczendzonga była uwodzicielką.

Dawniej uważana za najwyższy szczyt świata, przy swoich 8586 metrach była tylko o 262 metry niższa od Mount Everestu. Masywny kompleks pięciu różnych wierzchołków, którego tybetańska nazwa oznacza "Pięć Skarbów Wysokich Śniegów", był otoczony niebosiężnymi grzbietami, kolosalnymi morenami i ponad tuzinem lodowców. Część góry leżała w Nepalu, jej reszta zaś w "książęcym stanie" Sikkim, niewielkim, lecz wrażliwym politycznie skrawku Indii Brytyjskich, oddzielającym Nepal od Bhutanu i Tybet od wschodnich Indii. Kanczendzonga, jedna z najpotężniejszych gór w Himalajach, oferowała sporo potencjalnych dróg wiodących na szczyt. Można było wygodnie usiąść w jesienne popołudnie na werandzie Planters Club w Dardżylingu, gdzie emerytowani oficerowie brytyjskiej armii, urzędnicy cywilni i właściciele plantacji herbaty schodzili się na plotki i napoje orzeźwiające, i wzrokiem wspinać się na Kanczendzongę, z mozołem pokonując taką czy inną grań, zręcznie mijając żleby i grożące lawiną rynny, by wreszcie stanąć na szczycie. Nigdy dotąd ani nigdy później żaden himalajski kolos nie kusił tak nieodpartym syrenim śpiewem.

Wspinacze nie pozostali na niego obojętni. Szczyt próbowali zdobyć Szwajcarzy. Za nimi Francuzi wespół z Włochami i brytyjskimi dżentelmenami. Nawet Aleister Crowley, angielski okultysta, któremu tabloidy nadały przydomek "najpodlejszego człowieka na ziemi", podjął wyzwanie. Kanczendzonga odparła wszystkie ataki. Mieszkający u jej stóp Nepalczycy byli przekonani, że to bóg góry trzyma ludzi z dala od szczytu. Teraz przyszła kolej na Bauera.

*

W tamtych czasach zdobywanie himalajskiego szczytu było serią choreografowanych podejść i odwrotów, swego rodzaju perpetuum mobile, które, jeśli los sprzyjał wspinaczowi, miało go wnieść wyżej, coraz wyżej zboczami góry, aż osiągnął jej wierzchołek. Klucz do sukcesu wyprawy stanowiła seria obozów, poczynając od obozu bazowego, po którym stawiano obóz pierwszy, obóz drugi, obóz trzeci i tak dalej. Często składały się one z zaledwie jednego, dwóch lub trzech namiotów, zwykle zaopatrzonych w śpiwory, kuchenkę, paliwo i jakiś prowiant. Obozy miały nie tylko zapewnić nocleg wspinaczom i Szerpom. Służyły za magazyny zapasów, szpitale polowe, a także schronienia mogące uratować ludzkie życie przed nieprzewidywalną i często niebezpieczną górską pogodą. Były niczym kolejne stopnie, niezbędne, by ekspedycja przemieszczała się coraz wyżej.

W drodze na szczyt prowadzili na ogół najsilniejsi i najbardziej doświadczeni wspinacze. W porozumieniu z kierownictwem wyprawy znajdowali najbezpieczniejszą i najszybszą trasę, wykuwając czekanami stopnie i w miarę możliwości unikając najbardziej oczywistych zagrożeń. Gdy pokonali odległość, jaką obładowany ekwipunkiem wspinacz lub tragarz mógł zdroworozsądkowo przebyć w jeden dzień, zakładali nowy obóz. Postawienie każdego kolejnego obozu skutkowało dalszym płynnym ruchem wzwyż - prowadzący parli w górę, pozostali zaś członkowie zespołu i tragarze wnosili zapasy w coraz wyższe partie, po czym wracali po kolejne ładunki.

Wraz ze zwiększającą się wysokością malała zawartość tlenu w powietrzu, proporcjonalnie utrudniając wszelkie działania i spowalniając postępy wyprawy. Wspinacze nieraz musieli brać trzy, cztery oddechy po każdym kroku i nawet najprostsze czynności, takie jak zdjęcie butów i wczołganie się do śpiwora, stawały się wyczerpujące. Coraz częściej pojawiały się bóle i zawroty głowy, problemy żołądkowe były na porządku dziennym, apetyt malał, oddychanie sprawiało trudność, sen nie przychodził w porze odpoczynku. Im wyżej wchodzili wspinacze, tym krótsze stawały się odległości między obozami, bo na większej wysokości przebycie takiego samego odcinka wymagało o wiele więcej czasu i wysiłku.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej