(Scena przedstawia duży pokój
w starym dworze na kresach wschodnich. Dostatnie meble, portyery,
na ścianach obrazy. Z lewej strony wielka i szeroka szafa
biblioteczna, pełna książek i manuskryptów. W głębi sceny duży,
staroświecki komin z kamiennem obramowaniem. Z prawej strony komina
drzwi, z lewej okno, zastawiane kwiatami. Przy drzwiach stoi
młynarz Joachim, człowiek starszy, chudy, dziobaty, mówiący
krzykliwie. Ubrany jest w długie buty i szary drelich. W rękach
obraca kaszkiet z daszkiem. Wincenty Rudomski, młodzieniec lat
dwudziestu, jedyny syn dziedziczki dóbr Łuża, wysmukły, piękny,
przechadza się niespokojnie, potrącając krzesła, raz wraz rozgarnia
kwiaty i wygląda przez okno.)
WINCENTY
A przez Ciekłe?
JOACHIM
Ani mowy! Wylało na wiorstę! Pszenicę zmuliło na tym
wzgóreczku, co za brzeziną, a przecie gdzie zboże, gdzie woda!
WINCENTY
A od Psarskiego?
JOACHIM
Toć jaśnie paniczowi gadam: jedna woda rwie nad całemi łąkami
od pagóra do pagóra.
WINCENTY
I mostu na rzece, mówisz, nie widać?
JOACHIM
Jakże ma być widać most, jaśnie paniczu, kiedy tam z mostu ani
dyla! Stympale same wyrwało i poniosło, nie dopiero most, dyle.
Belki przecie niesie na sobie, płoty, częstokoły, pleciaki,
strzechy, stogi siana, kopy, pokosy...
WINCENTY
No, więc jednem słowem żadnego do nas niema dostępu. Jesteśmy z
trzech stron zalani.
JOACHIM
A no! Kaczka tamtędy chyba przeleci, albo ten jastrząb. Tylko
nasza grobla trzyma cały wart wody, żeby pięciu wsi nie zatopiło.
Ja ten rów na końcu grobli, co go jaśnie panicz widział, cięgiem
rozszerzam i puszczam przybór na lewą rzekę. Zbieram obrus powodzi
w tamtą stronę. Można przecie sobakę zmanić na lewo. W upuście
jednego stawidła nie podnoszę i, uchowaj Boże, na upust wody nie
popuszczam, boby porwało. Tak, jak teraz, to wierzchem sobie,
wolniusieńko powódź idzie, na pół wiorsty szeroko. To samo jaśnie
pani dziedziczka chwali. Pod najsroższą karą nakazywała, żeby wodę
naszą groblą trzymać, choćby się miała wylać na nasze pola w górze
stawu, a ludzi zaś dólskich chronić. Własne jaśnie pani dziedziczki
są słowa: choćby miało zalać samą pszenicę za krzyżem, ty, Joachim,
trzymaj!
WINCENTY
Ale czy nasza grobla sama wytrzyma?
JOACHIM
Skoroby jeszcze deszcze szły, jako teraz?
WINCENTY
A właśnie!
JOACHIM
Moc Boska! Jedno wiem: upustu nie można tknąć. Jakby napór
powodzi na upust poszedł, nie wytrzyma żaden słup, ani stawidło.
Sam upust ze wsiem wyrwie i poniesie, uchowaj Boże miłosierny! Taka
to woda! Trza bez zmrużenia oka głęboką moc wody kierować na ten
przekop, co w końcu grobli. Zmiłowanie boskie nad nami!
WINCENTY
Jakże ty myślisz, Joachim? Znasz przecie swoje wody i wszystkie
drogi. Pan Olelkowicz przejedzie bezpiecznie od strony Mochnów? Ta
jedna jedyna drożyna mu została. Prawda? Przecie to jutro rano ślub
panny Ireny. On tu dziś nad wieczorem musi być! I będzie, żeby kije
z nieba leciały. Ja go znam!
JOACHIM
Od Mochnów przejechać może tą drożyną, co nad rzeką. Ale ta
drożyna wodą zalana. Po zady konie będą we wodzie brodziły, powóz
się wody opije, ale przejechać mogą, bo przecie tę drogę znają. Sam
jaśnie panicz, Olelkowicz, ją zna, no i na koźle nie będzie miał
byle kogo, tylko samego Kukwę, a ten tę drogę zna, jak swoje pięć
palców.
WINCENTY
Znać drogę, znają, ale pomyśl, że ze trzy wiorsty będą musieli
na oślep noga za nogą jechać w głębokiej wodzie. Nad tem
pomyśl!
JOACHIM
Jeżeli woda nie przybierze, jeżeli, naprzykład, powódź będzie
taka sama... A jeśli, czego Boże broń, głębsza pójdzie... Jakaż tu
na to rada!
WINCENTY
Jeżeli już są w drodze?
JOACHIM
Czy ja wiem? Może na taki czas jaśnie panicz się zastanowił i
nie wyjechał.
WINCENTY
Pleciesz! Są w drodze, bo wysłał telegram z miasta dziś rano,
że wyjeżdża.
JOACHIM
Kiedyż ten posłaniec z telegrafem tu przyszedł? Ja go nie
widział.
WINCENTY
Wyżynami przeszedł.
JOACHIM
To to jego Michał łodzią dostawiał?
WINCENTY
No właśnie.
JOACHIM
Ha! Wola Boska! To już jaśnie panicz Olelkowicz jedzie. Teraz
będzie może w Leszczycy, może gdzie dalej, może bliżej. We wodę się
pewnie puszcza. Mogą przejechać, bo Kukwa będzie pozór dawał. Jeśli
gdzie powódź wyrwę wyjęła, no, to się wywalą we wodę, ale i wylezą.
Na ślub przecie jadą.
WINCENTY
Tak, prawdę mówisz: "na ślub przecie jadą..."
JOACHIM
Chybaby jaśnie pani sama ślub odłożyła, ale widzi mi się, że
chyba nie.
WINCENTY
Nie, nie odłoży, żadną miarą nie odłoży. Bądź zdrów, Jochym.
JOACHIM
Upadam do nóg, jaśnie paniczu. (Wychodzi)
WINCENTY
Na ślub przecie jadą...
(Patrzy długo we drzwi, za któremi zniknął Joachim. Słychać
daleki, monotonny szum powodzi, kiedyniekiedy krzyk z
odległości.)
WINCENTY (zbliża się do okna, wygląda)
Pada... Znowu ulewa! (z radością) Rostąp się niebo! Spadaj,
potopie niebieski! (Po chwili) Jutro o tej porze już będzie po
wszystkiem. Wrócimy z kaplicy w Klonach, gdzie się odbędzie ślub
Ireny z Olelkowiczem. Cóż ja pocznę, gdy będę patrzał na ten ślub,
gdy potem będę jechał konno za ich powozem? Jak ja sobie dam radę!
Jak ja ten jutrzejszy dzień... (Głucho szlocha, wałęsając się po
pokoju.) Jutro... o tej porze...
(Ociężale zmierza do sofy, stojącej z lewej strony, siada
bezwładnie w rogu i ujmuje swą głowę w obiedwie ręce. Tak pozostaje
długo w nieruchomej postawie.)
IRENA
(uchyla drzwi, wchodzi na palcach, rozgląda się po pokoju, mówi
szeptem.)
Wiko!
WINCENTY (z radością, z rozkoszą)
A!
IRENA (szeptem, tajemniczo)
Niema tu nikogo?
WINCENTY
Niema nikogo.
IRENA (wskazując drzwi na lewo).
A tam?
WINCENTY
Zdaje mi się, że i tam niema nikogo.
IRENA
Zobacz.
WINCENTY
(pospiesza do drzwi bocznych, uchyla je i zagląda przez
szczelinę. Po chwili)
Niema tam żywej duszy.
IRENA (gwałtownie)
Wiko! Wicuniu!
WINCENTY
I cóż?
IRENA
Płaczesz...
WINCENTY
Nie, Iruś...
IRENA
Płakałeś, ty, taki duży mężczyzna! Student uniwersytetu,
dziedzic Łuży...
WINCENTY
Śmiej się, Irenko, śmiej się do rozpuku! Jutro...
IRENA (w uniesieniu)
Ach, jutro!
WINCENTY
Czemuż wyśmiewałaś się ze mnie?
IRENA
Wyśmiewałam się z nas obojga! Z ciebie i ze siebie! Sama nie
wiem...
WINCENTY
Czegóż chcesz odemnie?
IRENA
Nie wiem... Chciałam... Musiałam... pożegnać się...
WINCENTY
To już na wieki, Iruś!
IRENA
Na wieki.
WINCENTY
Idź sobie! Bo mógłbym cię za to słowo!...
IRENA
Mnie? Alboż to moja wina? W inną stronę zwróć twe pogróżki!
WINCENTY
Ty, nie kto inny, odchodzisz na wieki odemnie!
IRENA
To prawda, że konie i juczne woły więcej mają woli, niż my!
WINCENTY
Zapóźno już dziś na wyrzekanie. Już się stało.
IRENA
Czemuż nie okazałeś swej woli, żelaznej woli?
WINCENTY
Jedno ci mówię: nie zdołam przeżyć jutrzejszego dnia! Wiedz o
tem!
IRENA
A ja?
WINCENTY
Ty? Będziesz miała młodego męża...
IRENA
A ty masz młodą narzeczoną.
WINCENTY
Czy po to przyszłaś tutaj, żeby mię razić po raz ostatni, żeby
wytykać mi moją nędzę?
IRENA
Ty, młody i silny mężczyzna, chciałbyś, żebym ja wzięła była na
się wszystko, żebym stanęła oko w oko do walki z twoją matką. Sam
dobrze wiesz, że nie byłabym wygrała. Nigdy! Zwyciężała mię ona
przez całe moje życie, od najdawniejszego dzieciństwa, od
pierwszych dni, które pamiętam. Znała mię i wiedziała, jak i czem
mię pokonać. Pokonała mię. Cóż miałam począć?
WINCENTY
Wiesz więc dobrze, z kim mnie walczyć wypadło, a chcesz, żebym
ja, syn, podjął tą walkę. Przeciwstawić się jej, bój z nią
rozpocząć? Gdybyż to zresztą można z nią było mocować się, jak z
każdym na świecie człowiekiem...
IRENA (z ironią)
Czemuż to znowu nie można, jak z każdym świecie człowiekiem?
Tego nie rozumiem. Nie jest przecie bogiem, aniołem, ani demonem.
Takisam to człowiek, jak tysiące innych na świecie. Takuteńki.
Majątek mój, którym tak przecie znakomicie miała administrować, o
czem słyszałam przez całe swoje życie, - gdy przyszło co do czego,
gdy dorosłam i stałam się człowiekiem, gdy mogłam go zażądać, -
gdzieś się zawieruszył. Jest, oczywiście, umieszczony w ziemi i
budynkach, pozapisywany u rejentów, ale posagu otrzymać nie mogę,
gdyż są trudności. Pan Olelkowicz nie żąda majątku. Nie majątku
mego pożąda, tylko mnie samej. Kocha mię. Na wszystko gotów jest
zamknąć oczy... Jakże wobec tego miałabym wytoczyć ordynarny spór o
me pieniądze, komu, mej dobrodziejce, wychowawczyni, ciotecznej
siostrze mej matki!? Powiedz... I tak oto... jutro... nadchodzi...
WINCENTY
Ach, gdybyż choć o jeden krótki dzień, o jednę dobę to jutro
odwlec!
IRENA
Wiko! Cały jesteś w tym okrzyku!
WINCENTY
Ja już nic nie rozumiem, nic nie wiem!
IRENA
Tak, ty nic nie rozumiesz. Ty tylko czujesz nieprawdaż?
WINCENTY
Gdybyś mogła przez jednę sekundę czuć to, co ja czuję! Gdybyś
mogła...
IRENA
Powiem ci w oczy: czuję z pewnością tosamo, co ty, lecz nadto
dławi mię to wszystko, co wiem. Nie cierpią, nie znoszą tego
Olelkowicza. Zgodziłam się na wszystko, co twoja matka uknuła, gdyż
pragnęłam poznać całą tę gmatwaninę intryg. I jeszcze jedno:
chciałam ją jaknajdalej, jaknajskryciej wywieść w pole.
WINCENTY
Gdybym mógł dzisiaj umrzeć!
IRENA
To jedno byłbyś w stanie wykonać, posłuszny synu.
WINCENTY (cichaczem)
Umrzyjmy razem, Irenko!
IRENA
A nie zląkłbyś się gniewu mamy? Wszystko, nawet umrzeć, byleby
gniewu mamy na siebie nie ściągnąć. Istny - mamieńkin
synoczek...
WINCENTY
Tak. Masz słuszność. Nie ja sam drżę przed nią, lecz wszystko
we mnie drży z trwogi przed każdą jej boleścią. Nie mam siły, żeby
ją zasmucić, nie mam odwagi bólu jej zadać...
IRENA (szyderczo)
A więc - cóż mamy począć? Wszystko się jako tako układa. Nie
rozgniewasz mamy, ani dziś, ani jutro. Będziecie w zgodzie, gdy
ostatni termin będzie mijał. Ja sama nie dałabym jej rady. Znam swą
siłę i jej potęgę. Zostać tu po zerwaniu z Olelkowiczem, mieć ją
przeciwko sobie dzień i noc, żyć tu, - o, nie! To nad me siły! Zbyt
tu długo cierpiałam. A uciec w świat sama jedna - nie potrafię...
(z rozpaczą). Słodka noc zapanuje pod tym dachem. Stęsknione usta
Helenki czekają na twoje usta. Na moje usta także czyjeś
czekają...
WINCENTY
Idź, już idź!
IRENA (z żałością)
Wiko! To nasz ostatni dzień...
WINCENTY
Już niedaleko jest twój mąż. Jedzie teraz noga za nogą. Konie
jego brną w wodzie. Niema złej drogi do swojej niebogi. Za godzinę,
czy za dwie godziny tu będzie. Chodź! Wyjdziemy przez ogrodowe
drzwi, przez ogród, wsiędziemy w łódź... Powódź ją wywróci...
Poniesie nas spieniona wiosenna woda. Daleko, daleko... Wyrzuci nas
na jakiś łaskawy brzeg i złoży na kwiatach wiosennych...
IRENA
A wszakże to zadałoby boleść twej mamie.
WINCENTY
Nie będę tego już ani widział, ani czuł. W wiecznem szczęściu
będę spał na twojem sercu, przy twoim boku. Czytałem w jednej
pięknej opowieści Lamartina, że związali się tak oto sznurem, ażeby
ich wody nie rozdzieliły, a ludzie nie ważyli się rozwiązywać.
IRENA
Ach, ty, chłopczyku... (z głęboką ironią) Lamartina!..
WINCENTY
Mam taką linę, z którą w Tatry chodziłem...
IRENA
Za godzinę przyjedzie Olelkowicz! Kto go powstrzyma! Co go
powstrzyma? Szaleństwo mię ogarnia. Pocóżem na to przystała,
nieszczęśliwa! Kopyta koni brodzą w głębokiej wodzie... nie! Po
mojem żywem ciele idą ostremi podkowami... (z szaleństwem) Za
godzinę! Kto mnie, nieszczęsną, poratuje, kto mię obroni, kto mię
przed tym człowiekiem zasłoni? Co mnie obroni? O Boże mój!
(wychodzi.)
WINCENTY
(rzuca się za nią, lecz staje, jak wryty, przed zatrzaśniętemi
drzwiami. Pozostaje tak długo w zamyśleniu. Nagle podnosi głowę,
śmieje się radośnie raz, drugi i trzeci. Pędem wybiega.)
RUDOMSKA
(wchodzi, za nią Helena.)
Nie znasz jej, Helenko, tak dobrze, jak ja, i dlatego tak
sądzisz. Z pozoru rzeczywiście wygląda to tak, jak mówiłaś przed
chwilą, ale kto zna Irenę od dzieciństwa, kto ją prowadził za rękę
przez tyle lat, jak ja, ten wie napewno, że wszystko się na dobre
obróci i pójdzie doskonale. To są tylko pozory zewnętrzne.
HELENA
Gdy słyszę te zapewnienia, znowu szczęście wstępuje do mego
serca.
RUDOMSKA
Miałam ja z nią zgryzot niemało i niejedno musiałam przełamać.
Upór w niej rzeczywiście szalony, samowola, a raczej swawola,
monstrualna. To też, gdy dziś mam ją oddać w ręce tak silne i
prawe, jak Olelkowicza, czuję ulgę niewymowną. Wiem, że spełniłam i
spełniam swój obowiązek do ostatka.
HELENA
Czy Irena go kocha?
RUDOMSKA
Ależ kocha go. Oczywiście. Gdyby kochała do szału, nie pokaże
tego po sobie. Przeciwnie, będzie stroiła fochy i robiła miny
najrozmaitsze. Ręczę, że, gdyby ją porzucił, rozpaczałaby znowu bez
końca. W niej wszystko musi być na wspak, to darmo.
HELENA
Bo mnie się zdawało...
RUDOMSKA
Ach, moje dziecko! Być może, iż Irena nie kocha swego
narzeczonego tak bałwochwalczo, tak romantycznie, jak ty Wika, lecz
kocha go napewno. Zobaczysz za miesiąc, za dwa, po ślubie. To
dziewczyna silna, z temperamentem, a on jakby dla niej stworzony. W
korcu maku się wyszukali.
HELENA
Raczej w korcu maku ich wyszukano i znaleziono.
RUDOMSKA (z rozdrażnieniem)
Moja droga! Zanadto wy, młodzi, dzisiaj sobie pozwalacie.
Krytykujecie, wtrącacie się w nieswoje rzeczy, sądzicie. Za moich
czasów rodzice decydowali o takich sprawach bezwzględnie i
nieodwołalnie, opiekunowie łączyli stadła z rozmysłem i na wiele
lat z góry. I było dobrze. Ja sama...
HELENA
Nie zmieniły się więc zbytnio czasy, bo dziś przecie dzieje się
tosamo, co niegdyś.
RUDOMSKA
Inaczej się dzieje, bo my przyjmowaliśmy z pokorą decyzye
naszych drogich rodziców. Wy dziś gotowibyście, jak prawnicy,
lustrować wszystko, aż do najskrytszych rejestrów mądrości
rodzicielskiej.
HELENA
Droga mamo, - a tak słodko jest nazywać drogą panię tem
imieniem, - boję się, żeby nie postawić nogi na czyjejś krzywdzie,
- nie! obok czyjejś krzywdy. Nie chciałabym mieć niczyich
łez...
RUDOMSKA (gwałtownie)
Czy masz choć cień przyczyny do takiej trwogi?
HELENA
Irena nie kocha Olelkowicza!
RUDOMSKA
Wydaje ci się! Każda kobieta kocha inaczej.
HELENA
Gdym się obudziła dziś w nocy, słyszałam jej spazmatyczny
płacz...
RUDOMSKA
To jest zwykłe...
HELENA
To jest niezwykłe cierpienie.
RUDOMSKA
Olelkowicz jest pięknym, zdrowym, zacnym i silnym
człowiekiem.
HELENA
Mamo! Mamo! I bogatym...
RUDOMSKA
I bogatym. Niewątpliwie. Bardzo bogatym. Majątek Ireny, którym
administrowałam przez lat tyle uczciwie i przezornie, wskutek
rozmaitych okoliczności, których tutaj nie mam powodu i obowiązku
przedstawiać, nie jest w takim stanie, w jakimby być powinien. To
jest prawda. Wszystkie okoliczności, cały splot przyczyn tego stanu
rzeczy przedstawiłam szczegółowo Olelkowiczowi z dokumentami w ręku
i uzyskałam z jego strony zupełną absolucyę. Jestem w porządku, mój
kochany sędzio.
HELENA (cicho)
Należałoby i odemnie uzyskać taką samą absolucyę.
RUDOMSKA (ze zdumieniem)
Od ciebie?
HELENA (cicho i spokojnie)
Przecie już powiedziałam. Nie chcę mieć poza sobą niczyich łez.
Dziś słyszałam płacz Ireny i łzy jej padały na moją duszę.
Chciałabym być szczęśliwą, lecz szczęściem pełnem ludzi czystych i
niewinnych.
RUDOMSKA
A cóż to może znaczyć?
HELENA
Irena idzie za mąż według reguły dawnych czasów... (po chwili,
z
wahaniem się) ... idzie za mąż bez miłości, pod
przymusem...
RUDOMSKA
Moja droga! Nikt jej tego człowieka nie narzucał. Nikt jej nie
przymuszał. Najmniej ja. Sama zgodziła się, dobrowolnie przystała,
gdy była zapytana...
HELENA
Przystała?
RUDOMSKA
Ach, dość już tych dzieciństw! Olelkowicz dziś tu będzie. Mamy
tyle spraw na głowie, taki ogrom przygotowań, a tracimy drogi czas
na sentymentalnych gawędach. Na dobitkę - ta powódź. Szczęście, że
nie jesteśmy odcięci od kościoła i że nie trzeba będzie łodzią się
wyprawiać do tego ślubu. (Z czułością) Jesteś w tym domu po raz
pierwszy, gdzie masz na zawsze gospodarzyć, gdy nas już nie będzie.
Trzeba, żeby każdy krok twój w dniu dzisiejszym był krokiem wesela.
(Całuje ją)
HELENA (z wdzięcznością)
Takbym tego pragnęła!
RUDOMSKA
Dobrze się stało, że wesele sprowadziło cię w progi domu twego
przyszłego męża. A choć nieprędko mężem nazwiesz tego
dzieciaka...
HELENA (z uniesieniem)
Pragnęłabym, żeby to było wieczne wesele mojej i jego
duszy!
RUDOMSKA
To już od was młodych zależy, od was jedynie. Weselcie się w
duchu. Moja dusza będzie z wami... (Helena całuje ręce Rudomskiej.
Po chwili błagalnie) Gdyby jednak...
RUDOMSKA
Co?
HELENA
Gdyby Irenka wyznała jawnie i otwarcie, śmiało i niewzruszenie,
że nie kocha Olelkowicza, kiedy on tu przyjedzie...
RUDOMSKA (zimno i twardo)
Olelkowicz będzie tutaj za godzinę. Trzeba było dawniej
załatwić owe romanse. Ślub jutro. Dość już gadaniny o
dzieciństwach! (Po chwili, łagodniej) Chodźno lepiej, dziewuszko
moja, pójdziemy do gospodarstwa. Pokażę ci niejedno jeszcze z twego
przyszłego dziedzictwa. Niechno się twoje wielkopaństwo z wysokich
parnasów raczy zniżyć do naszego poziomu. (Wchodzi Wincenty) A,
jesteś... Cóż powódź?
WINCENTY (w podnieceniu i rozterce)
Wzbiera.
RUDOMSKA
Czy ten przekop Joachima pomaga?
WINCENTY
Niewątpliwie. Odprowadza nadmiar wody. Byłem tam właśnie. Nasza
grobla trzyma nawał powodzi znakomicie.
RUDOMSKA
Trzebaby ów otwór jeszcze bardziej rozszerzyć.
WINCENTY
Kazałem to zrobić. Grunt tam jest już stały, zbocze pagórka,
więc niema obawy o wyrwanie jamy zbyt wielkiej.
HELENA
Czy mogłabym to zobaczyć?
WINCENTY
Najchętniej cię poprowadzę, ale za chwilę, bo teraz deszcz
znowu się puścił, jak z cebra.
RUDOMSKA
Ale - ale! Trzeba na gwałt posłać kogoś z osękami, linami i
parą koni, oklep po Olelkowicza. Kto wie, co im się może
przydarzyć.
WINCENTY
Właśnie o tem myślałem i dlatego tu przyszedłem z projektem,
nie wiedząc, czy się mama zgodzi. Myślę, że to właśnie Joachim z
młynarczykiem powinien oklep pojechać. Oni obadwaj najlepiej znają
wody, drogi, łożyska obudwu rzek i miejscowość.
RUDOMSKA
A nie obawiasz się o groblę bez dozoru Joachima?
WINCENTY
Teraz nic się już stać nie może, gdyż wszystko przewidział i
wykonał znakomicie. Gdyby zaś upust wyrwać miało, to przecież on na
to nie poradzi.
RUDOMSKA
Ach, dajże pokój! Boże zachowaj od nieszczęścia!
WINCENTY
Zresztą on przecie powróci wkrótce, najdalej za godzinę.
RUDOMSKA
Więc wydaj mu polecenie. Powiedz, że pani dziedziczka kazała,
bo to on lubi, żeby było po formie. Ma wziąć gniadą fornalską parę,
młynarczyka, liny, osęki i natychmiast niech rusza. Może sobie
jeszcze dobrać kogoś ze służby.
WINCENTY
Najlepiej niech weźmie parobka ze młyna.
RUDOMSKA
Dobrze, byleby jechali jaknajprędzej! (Wincenty idzie w
kierunku drzwi.)Słuchajno, ale sam musisz być w okolicach grobli i
młyna, mieć pilne oko na groblę i powódź. Gdyby coś...
WINCENTY
(zamyka szybko drzwi za sobą)
Rozumie się, rozumie się...
HELENA (za nim)
Taki deszcz!
WINCENTY (za drzwiami)
Biorę płaszcz gumowy...
RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.