Rozdział drugi
Jak ukraść siedem milionów złotych?
Było to w samo południe w dniu szóstego września. Słońce świeciło od rana i temperatura podniosła się do dwudziestu stopni. Wrzesień wynagradzał złą pogodę lipca, sierpniowe deszcze i powodzie.
Na autostradzie, czy raczej na "drodze szybkiego ruchu", jak zwykle w obie strony sunęły całe tabuny samochodów. Osobowe, ciężarówki i wielkie TIRY. Zbliżając się do Nadarzyna i wyjeżdżając z niezbyt wysokiego pagórka każdy kierowca spoglądał na licznik. Wozy jadące od strony Katowic raz po raz błyskały światłami. Tradycyjne ostrzeżenie: "Uwaga, milicja na drodze". Rzeczywiście w niewielkiej kotlince pomiędzy dwoma wzgórzami stał na poboczu motocykl, a obok niego dwóch ludzi. Jeden w jasnym cywilnym ubraniu, drugi w mundurze milicyjnym z odznakami kaprala, w białej czapce i z lizakiem w ręku.
Młody kapral uważnie obserwował ruch na autostradzie, ale widocznie uważał, że wszystko jest w porządku, bo nikogo nie zatrzymywał. Przeciwnie, na widok zbyt wolno jadącego kierowcy, a najczęściej był to właściciel jakiejś syreny, energicznym ruchem lizaka zmuszał go do naciśnięcia na pedał gazu. Nic dziwnego, na autostradzie groźniejsi nawet od "demonów szybkości" są ci wlokący się krok za krokiem, nagle hamujący bez żadnej przyczyny, "niedzielni kierowcy".
Na horyzoncie właśnie ukazał się ciemnowiśniowy fiat. Milicjant przyjrzał mu się uważnie i już z daleka zasygnalizował lizakiem, aby wóz skręcił na pobocze i zatrzymał się. W samochodzie znajdowało się troje ludzi. Dwóch mężczyzn i kobieta. Jeden z mężczyzn nosił granatowy mundur strażnika fabrycznego. Samochód miał na tabliczce rejestracyjnej numer "WW 28-47".
Na znak "władzy" kierowca zjechał na pobocze, zatrzymał się kilka metrów za milicjantem i zgasił silnik. Zarówno mundurowy, jak i cywil podeszli do wozu.
- Dzień dobry - milicjant grzecznie zasalutował - kontrola drogowa. Poproszę o dokumenty.
Kierowca podał żądane papiery.
- Poproszę także o dowód osobisty.
Milicjant długo oglądał prawo jazdy, dowód rejestracyjny wozu i dowód osobisty Jana Kowalskiego. Wreszcie zwrócił wszystko kierowcy.
- Wóz w porządku?
- Naturalnie - odparł pracownik Zakładów Aparatury Precyzyjnej w Nadarzynie.
- Sprawdzimy.
- Proszę, niech pan kapral sprawdza.
Milicjant stanął przed maską samochodu.
- Światła postojowe - zakomenderował.
Kowalski odpowiednio ustawił dźwignię.
- Światła mijania. Światła długie. Kierunkowskazy.
Wszystko grało. Kierowca z satysfakcją stwierdzał, że "glina" nie może się do niczego przyczepić. Przecież nie dalej jak przed tygodniem był w warsztacie fabrycznym i ustawiał światła.
- Hamulce w porządku?
- Jak najbardziej.
- Zobaczymy. Proszę wysiąść.
A to piła - pomyślał Kowalski wychodząc z wozu.
Milicjant zajął jego miejsce i sprawdzał, czy hamulec działa sprawnie. Następnie przekręcił w prawo kluczyk stacyjki wyłącznika.
Głucha cisza. Rozrusznik nie zaskoczył.
- Ooo! - zauważył milicjant - akumulator wyładowany.
- Niemożliwe - zdziwił się Kowalski - działa doskonale.
- Proszę - milicjant znowu przekręcił kluczyk.
Rozrusznik nie działał.
- Co się stało? - zaniepokoił się Kowalski. - Otworzę maskę i sprawdzę.
- Nie będziemy tutaj hamowali ruchu - zadecydował milicjant - po prostu trzeba popchnąć wóz, to silnik zaskoczy. A po powrocie do bazy sprawdzicie akumulator. We trzech dacie radę pchnąć. Pan też pomoże - zwrócił się do siedzącego z tyłu strażnika Andrzeja Balickiego.
Strażnik bez sprzeciwu opuścił wóz.
- Niech pani także wysiądzie - milicjant poprosił kasjerkę, panią Krystynę Paluch - będzie lżej.
I kasjerka bez sprzeciwu wysiadła z samochodu. Pozostał w nim tylko przedstawiciel Służby Ruchu i leżąca na tylnym siedzeniu brązowa skórzana torba.
- Popchnijcie! Ale mocno, żebym ruszył pod górkę.
Trzech mężczyzn: kierowca, strażnik i ten cywil, który towarzyszył mundurowemu, dobrze się przyłożyło i samochód nabrał rozpędu. W pewnym momencie milicjant siedzący za kierownicą zwolnił sprzęgło. Wóz na chwilę stracił szybkość, ale zaraz silnik zaskoczył.
Samochód odjechał jakieś siedemdziesiąt metrów i zatrzymał się. Silnik pracował równomiernie. Kasjerka, strażnik i kierowca podążyli do wozu. Natomiast cywil zawrócił, podszedł do stojącego na poboczu motocykla, uruchomił go i przejeżdżając w poprzek jezdni i przez trawnik znalazł się na przeciwnym pasmie ruchu. Tym prowadzącym w stronę Warszawy. Od razu zmusił maszynę do maksymalnej szybkości. Ale na to trójka spiesząca do swojego samochodu nie zwróciła najmniejszej uwagi.
Kiedy już byli o jakieś piętnaście metrów od wozu, siedzący za kierownicą milicjant ostro ruszył naprzód. Wjechał na szczyt pagórka i za chwilę znikł z oczu maszerującym. Na próżno przyśpieszyli kroku. Człowiek nie prześcignie maszyny.
- A niech go cholera! - zaklął Kowalski. - Zachciało mu się urządzać nam spacery.
Jeszcze nikt nie podejrzewał niczego złego. Ale kiedy znaleźli się na szczycie pagórka, wiśniowy fiat zniknął na horyzoncie.
- Co on robi? - zdziwił się Andrzej Balicki. - Dlaczego się nie zatrzymał?
- Tam została torba z pieniędzmi! - po raz pierwszy niepokój wtargnął do serca kasjerki. - Przeszło siedem milionów złotych.
- To pewnie jeden z tych nadgorliwców - uspokajał kierowca - przyjedzie do fabryki i będzie się chwalił, że sam przywiózł pieniądze, i jeszcze sporządzi protokół, że zachowaliśmy się wbrew przepisom.
- A gdzie ten drugi? - strażnik dopiero teraz przypomniał sobie o cywilu.
Obejrzeli się. Ale nie zobaczyli ani człowieka w jasnym ubraniu, ani motocykla, który niedawno stał na poboczu.
- Obawiam się... - zaczęła pani Paluchowa.
- Trzeba jak najszybciej dostać się do fabryki - przerwał kobiecie Jan Kowalski. Stanął na poboczu i bezskutecznie usiłował zatrzymać któryś z pędzących samochodów.
Wreszcie jakaś ciężarówka zlitowała się nad nimi.
- Do Nadarzyna? - nieprzyjemnie zdziwił się kierowca ciężarówki - przecież to tylko dwa kilometry.
- Kolego, macie stówę i dowieźcie nas do Zakładów Aparatury Precyzyjnej w Nadarzynie. To od autostrady jeszcze dwa kilometry w prawo. Ukradziono nam wóz.
- Jak to możliwe? - kierowca ciężarówki nie mógł tego zrozumieć. - Całej trójce? Nabieracie mnie na fundusz! Przecież macie strażnika.
- Kazali nam wysiąść. Ja prowadziłem fiata. Zaskoczyli nas. Podwieźcie nas te cztery kilometry. Nie ma chwili do stracenia!
- Przecież mieliście broń - kierowca ciężarówki wskazał na kaburę pistoletu strażnika. Nie mogło mu się w głowie pomieścić, że na tak uczęszczanej drodze dokonano napadu i zabrano samochód trójce ludzi, z których jeden był uzbrojony.
- Niech pan nas podwiezie - do próśb Kowalskiego dołączyła się pani Paluchowa.
- No dobrze - zdecydował się kierowca. - Siadajcie. A ty schowaj swoją stówkę. Siadaj obok mnie i mów, którędy mam jechać. Pani także jakoś tu się zmieści w szoferce. A ty, kolego z pistoletem, ładuj się z tyłu.
Ledwie dojechali do bramy Zakładu, Kowalski wyskoczył jeszcze w biegu i wszedł do portierni.
- Czy przyjechał tu mój wóz z milicjantem za kierownicą? - zapytał portiera.
Ten spojrzał na kierowcę jak na wariata.
- Czy wrócił mój wóz? - powtórzył pytanie Kowalski.
- Jak mógł wrócić bez was? - portier nadal myślał, że dobrze mu znany "wesoły Janek", jak tutaj wszyscy nazywali kierowcę, znowu stroi jakieś figle.
- O rany boskie! - jęknął Kowalski. Daleko mu było od robienia jakichś kawałów.
Pani Krystyna Paluchowa, która właśnie wysiadła z szoferki, nie musiała się o nic pytać. Wyraz twarzy Kowalskiego powiedział jej wszystko. Obawy zamieniły się w gorzką prawdę. Milicjant ukradł wóz i znajdujące się w nim pieniądze.
- Co teraz zrobimy? - nareszcie strażnik Andrzej Balicki zrozumiał grozę sytuacji. - Wyleją nas z pracy, jak amen w pacierzu! Albo jeszcze i przymkną.
- Trzeba natychmiast zawiadomić Nadolnego - powiedziała Paluchowa - chodźmy do naczelnego dyrektora.
- A to ci heca - dziwił się kierowca ciężarówki. - No to ja jadę w dalszą drogę. Trzymajcie się-pożegnał przygodnych pasażerów i wykręcił ciężkim wozem.
Zatroskana i przerażona trójka nawet mu nie odpowiedziała i nie podziękowała za podwiezienie.
Naczelny dyrektor Zakładów Aparatury Precyzyjnej, inżynier magister Mieczysław Nadolny, spokojnie wysłuchał opowieści. Na razie nie komentował zachowania się swoich podwładnych. Może w duchu przyznawał, że będąc na ich miejscu, sam by tak postąpił? Sięgnął po słuchawkę telefoniczną.
- Proszę mnie połączyć - polecił sekretarce - z miejscowym posterunkiem milicji. Tylko szybko! Najlepiej z komendantem posterunku.
Kiedy w telefonie odezwał się głos starszego sierżanta, Zygmunta Domanieckiego, naczelny krótko streścił przebieg zuchwałej kradzieży. Komendant posterunku oświadczył, że natychmiast zarządzi alarm na drogach, naturalnie za pośrednictwem swoich wyższych władz, ale prosi, aby poszkodowani razem z dyrektorem zaraz przybyli na posterunek MO.
Wtedy to właśnie powstał dokument "Doniesienie o przestępstwie" oraz protokoły przesłuchania. Gdy bezpośredni pościg za sprawcami kradzieży - bo nie ulegało wątpliwości, że było ich co najmniej dwóch - nie dał rezultatów, szara teczka z kilkoma zapisanymi kartkami papieru, wędrując drogą służbową, znalazła się w końcu na biurku majora Janusza Kaczanowskiego.
Ponownie czytając te dokumenty, major znowu musiał się roześmiać. Pomysłowość przestępców nie zna granic. Zawsze potrafią wymyślić coś innego.
A swoją drogą, to już nie do śmiechu, jest jeszcze pozostały, równie nieprzyjemny aspekt tej afery. Brał w niej udział umundurowany milicjant. Czy naprawdę funkcjonariusz milicji, czy jakiś osobnik przebrany za niego?
Janusz Kaczanowski chciałby wierzyć w tę drugą ewentualność. Ale nie można wykluczyć i pierwszego wariantu. Ludzie są tylko ludźmi. A ogromna kwota siedmiu milionów trzystu osiemdziesięciu sześciu tysięcy mogła skusić i jakiegoś milicjanta.
Jeszcze jedno uderzyło majora podczas studiowania tych kilku kartek leżących w szarej teczce. Oto przesłuchiwany od razu, już na posterunku w Nadarzynie, kierowca skradzionego samochodu wyraźnie stwierdzał, że wóz był w przeglądzie zaledwie przed tygodniem. Sprawdzano również ustawienie świateł. Czyżby zapomniano w ogóle o akumulatorze? Kowalski upierał się, że rzekomy czy też prawdziwy milicjant rzeczywiście przekręcał kluczyk w stacyjce, ale rozrusznik nie działał. Wskazywałoby to na wyładowany akumulator. Samochód jednak przebył trasę Nadarzyn-Warszawa do gmachu Narodowego Banku Polskiego i z powrotem prawie do samego Nadarzyna. A więc przeszło pięćdziesiąt kilometrów. Gdyby przed wyjazdem akumulator był wyładowany, to w czasie tej drogi powinien się naładować.
Gdyby alternator nie działał i nie dostarczał prądu, to przecież na tablicy rozdzielczej powinno się zapalić czerwone światełko. Niemożliwe, aby Kowalski tego nie spostrzegł i spokojnie kontynuował jazdę. A może po prostu liczył, że zdoła dotrzeć do fabryki, zanim się akumulator kompletnie rozładuje?
Albo - tu kolejna hipoteza przyszła do głowy oficerowi milicji - kierowca był w zmowie z tymi dwoma czekającymi na szosie. Wtedy siedzący za kierownicą zakładowego fiata milicjant udawałby, że przekręca kluczyk w stacyjce.
A pozostali pasażerowie?
Ten strażnik tak posłusznie wysiadający z samochodu i później, kiedy samochód zaczął uciekać, nawet nie próbujący zrobić użytku z pistoletu tkwiącego w kaburze u pasa. Dlaczego strażnik opuszczając samochód nie wziął ze sobą skórzanej torby leżącej obok niego? Albo nie podał jej kasjerce, Krystynie Paluchowej?
Tych i tym podobnych pytań major miał bardzo wiele. Namyślał się, czy nie sprowadzić tej trójki do Pałacu Mostowskich i tutaj ich szczegółowo przesłuchać. Jednak doszedł do wniosku, że ci ludzie są i tak już dostatecznie przerażeni sytuacją, w jakiej się znaleźli. Naturalnie ci niewinni. Kaczanowski nie przypuszczał, aby aż troje było wspólnikami napastników. Najwyżej jedno z nich.
Lepiej zatem porozmawiać z nimi najpierw w Nadarzynie. W Komendzie będą mniej rozmowni. Przy okazji dobrze będzie przyjrzeć się tym zakładom przemysłowym. Na pewno komendant miejscowego posterunku milicji, starszy sierżant Zygmunt Domaniecki, udzieli cennych informacji.
Major uważał, że dopiero suma wszystkich spostrzeżeń pozwoli mu się dokładniej zorientować w tej niezwykłej aferze i wybrać kierunek, w jakim powinno się toczyć dochodzenie. Z pewnością prokurator, zgodnie z przepisami kodeksu postępowania karnego, wyda postanowienie o wszczęciu śledztwa w tej sprawie i będzie jak najściślej współpracował z organami milicji. Dochodzenie rozpoczęte przez posterunek milicji w Nadarzynie zamieni się w śledztwo. W tej chwili, major przyznawał to w duchu, niewiele mógłby powiedzieć prokuratorowi. A przecież Kaczanowski lada moment mógł się spodziewać polecenia prokuratury przedstawienia im zebranych dotychczas materiałów.
Trzeba zatem jak najszybciej wybrać się do Zakładów Aparatury Precyzyjnej w Nadarzynie. A także porozmawiać na miejscu z tamtejszymi milicjantami. Major podniósł słuchawkę i nakręcił numer naczelnika Niemirocha.
- Chciałbym zaraz pojechać do Nadarzyna - powiedział, skoro usłyszał w aparacie głos pułkownika.
- Już wydałem polecenie - odpowiedział Niemiroch - samochód czeka. A jak wrócisz, proszę, wstąp do mnie. Naradzimy się, co z tym fantem robić dalej.
- No, to wyjeżdżam - major chciał odłożyć słuchawkę.
- Chwileczkę - powstrzymał go pułkownik. - Dzwoniłem na posterunek w Nadarzynie i uprzedziłem starszego sierżanta Domanieckiego, że gdzieś za godzinkę będziesz u niego.
Szatan nie człowiek - pomyślał Kaczanowski zbierając się do drogi.