Pomyłki - Stefan Żeromski
3.49 zł
2.86 zł
(1,90 zł najniższa cena z 30 dni)

Reflow text when sidebars are open.
Samotrzeć wyprawiamy się w kraje nieznane. Skręciliśmy z gościńca na ścieżkę, biegnącą poprzez ugór, naprzełaj zagonami, i ginącą w łanie koniczyny. Dróżka nasza twarda jest, jak chodnik wielkomiejski, lecz różni się od niego białością, - przesadnie mówiąc, - białością atłasu. Doprawdy, jak wstążka, zanurza się w brózdy i łagodnie przewija poprzez krzyże zagonów. Gdy wpełzła w koniczynę, ledwie ją widać w wysokim poroście. Ciemne listki koniczyny, wysokiej pod kolano człowiecze, pisane są białem klinowem pismem i hieroglifami, nieczytelnemi dla oczu niewtajemniczonych. Całe pole, jak okiem sięgnąć, pokrywają kule kwiecia koloru dojrzałej poziomki. Osy, pszczoły, bąki, oraz inne brzęczące istoty, poczytują ten łan dworski za teren swojej ekspansyi i mają na nim swe niepisane serwituty.
Puk z zapałem i tupetem rycerza z Manszy rzuca się w koniczynę, nurza w niej z podpalaną swą głową i przystrzyżonym ogonem, coś tam zwalcza, sapiąc i kichając, na coś zawzięcie poluje, wśród skoków i prysiudów. Czasami na sprężystych swych nogach daje takie szczupaki w górę, albo mknie na oślep z tak zawrotną szybkością, iż czyni poprostu wrażenie osoby, podającej sromotnie tył przed osami. Dobiegłszy do krańców pola, z zapałem, godnym zaprawdę wyszydzenia, pędzi, żeby atakować przewidujące wrony, które zażywają na miedzach i przykopach gnuśnego spoczynku, - ściga na drogach polotne pliszki - i, - o, - głupoto! - goni lekkoskrzydłe jaskółki. Zda się, iż to zapach koniczyny podnieca go i nosi po szerokiej niwie, iż zewnętrzne kolorowe kule popędzają do ruchu i wiru wewnętrzne kolorowe kule krwi w jego żyłach. Podobnie nas twardośćkamienna ścieżki pociąga i porywa ku dalekiemu krańcowi. Dosięgamy wreszcie brzegu płaskowzgórza i urwistych jego odkosów, porośniętych gęstwiną zarośli, dżunglą nadwiślańską, pełną dębiny, głogów, tarek, jeżyny, leszczyn i rokicin, oplątanych lianami dzikiego chmielu. Wabi nas w głąb tych pachnących gajów melodyjny przyśpiew trznadla, który słowika od biedy udaje. W półdrogi zastanawia tutaj głos srokosza, wykuwający prostacką śpiewankę, tajnie pamiętną sekretów młodych lat człowieczych. Oto jest brzmienie, zaopatrzone w magiczną moc przypominania najdawniejszych chwil dzieciństwa i uczuć tam zawartych, wzruszeń już nie naszych, już cudzych, już zeszłych, już zmarłych, już pogrzebionych na wieki i spoczywających kędyś w przeszłości zatartej, zadeptanej świętej pamięci dzieciństwa. Ów głos małego ptaszka odchyla zasłonę ciemną, błonę, narosłą na źrenicach. Przez chwilę widać znów rodzinny dom, staw w zielonych szuwarach. Pachną nieistniejące już olszyny, szeleszczą liście drzew, których już niema... Śpiewaj jeszcze przez jednę maleńką chwilę, ptaszeczku leśny, o domu, rzece i zaroślach dzieciństwa... Lecz swojski wieszczek bugajów, strwożony pewnie naszem przyjściem i widokiem, przerywa jasnowidzącą piosenkę. Daremnie na nią wyczekiwać. Idziemy dalej. Oto z zarośli, okrywających spadzistość, wywija się droga, zniżająca się w zakosy. Zawierzywszy jej, zstępujemy niżej i trafiamy na olbrzymią aleję, co zmierza na kraj świata, kędyś ku Wiśle w wierzbach nadwodnych, kędyś ku łęgom zawiśla, ku sinym lasom, polom, wsiom, białym miasteczkom i wysmukłym kościołom, które w dali zamglonej uśmiechają się swemi kolory pod chmurnem niebem. Obejmujemy je oczyma, pamięcią, marzeniem. Nazwy senne, tylekroć pamiętne - Wawer, Ostrówek, Kępa Gliniecka, Dębe Wielkie... Jakieści dawne wyrazy, w których zawarta jest nieprzebrana radość, krzyk, ponad tysiącem lat bytu plemiennego najbardziej uniesiony, - polatują w falach ciepłego wietrzyka z tamtej, zawiślanej strony, lecą od tamtych kościelnych wież:
"Z wiosennych kwiatów niech koronki wiją Na laur żołnierzom dziewic naszych ręce. Niechaj łzy starca i krzyki dziecięce Błogosławieństwem w szczyty niebios biją, Niech zagrzmią dzwony i organy szyją Nadętą w hymny uderzą, Sztandar nad każdą niech zabłyśnie wieżą - Moskal pod Wawrem pobity"!
Niezmierne nadwiślańskie topole o pniach rytych i rzniętych szczelinami i szwami w zestarzałej korze, pisanych szczerozłotem, bronzem i miedzią, stoją po obudwu stronach drożyny, a zeszły się tak i tak zbliżyły siostra do siostry, iż można od jednej do drugiej dostać rozłożonemi rękoma. Opancerzone grubością niezmierną jakoby karacenowych zbroic, nabite chropawemi guzami, które tam i sam rozrastają się w bulwy, narośle, jakieś bolaki, garby i sęki, - pełne czarnych dziupli, z których głębi białe drzewo zeschnięte, jak śnieg się łyska, te pnie, nieogarnione dla rozwartych barów piąci chłopa, rozwalają się wyżej w odnogi, siodła, widły, mnożą się w konary, w gałęzie, wici i pędy. W niektórych z tych śniatów sedno rozdarło się i miazga wnętrza próchnem się w trawy wysypała, a pusta czeluść otworem stoi, w której człowiek snadnie może się ukryć. Tymczasem od samej trawy biegną po tych starych pniach, czepiając się ich starej skóry i obrastając je wokół, rościochy, młode, tłustoliste, wieśniane witki, nowotne gałązki. Jakoby na roli starej a żyznej czerpią swe soki i wylewają naokoło zapach topolowy. Wiwilga, dobrze kędyś schowana w tej prastarej a zarazem wieczyście młodej topolowej puszczy, dopytuje się swem melodyjnem gędzioleniem, śpiewnem natręctwem, - skądeśmy przyszli, pocośmy przyszli, czego tu chcemy? Pyta się po dziesięćkroć i postokroć, natrząsa się z nas i wyśmiewa. Wypomina nam tamtą swą siostrę, zabitą, o której śmierci spisane zostało podanie w "Popiołach". Pusto w tej alei. Nikogo! Nikt tu, zda się, nigdy nie był. Dwukołowa, zaniechana droga różowieje daleko w zielonej murawie i urywa się za ostatniem z drzew, jakby dosięgła końca świata. Murawa usiłuje zniweczyć ten wytwór ludzki, zatatrać jego ślad, zarównać, zagrzebać w sobie i w czasie. Gaje rozległe rozpościerają się na pochyłości płaskowzgórza, jak ramiona szerokie na krzyż przytwierdzone do topolowej alei. Puk nie wie kogo tu teraz ścigać, na kogo wywrzeć myśliwską pasyę. Nieposkromionem naszczekiwaniem znieważa trznadle, siedzące wysoko, - ciska się, jak lew, na wróble, skoro, na obraz ciężkich pacyn, zapadają w wysoką trawę, - mężnie wskakuje w zarośla tarniny, nabijając się na kolce zdradzieckie, w pościgu za płoworudym, podśpiewującym drozdem. Ale lekkomyślny drozd dawno, może, nienagabywany w tem pustkowiu przez żarłocznych nieprzyjaciół, lekceważy napaść. Usadowiwszy się dosyć wysoko, podrwiwa sobie z zapałów Puka, z jego drapania ziemi pazurami i skoków w niebo, - pogardliwie kiwa ogonkiem na rozwartą czeluść jego paszczy, a nawet - wstyd wyznać! - upuszcza na tak srodze uzębioną paszczękę materyalny dowód swej ptasiej wyniosłości. Skompromitowany wojownik odchodzi z tego miejsca swej hańby, wydając jeszcze jedno szczeknięcie, w którem najwyraźniej słychać dźwięk - psiakrew! - zarazem groźny i bezradny dowód niezadowolenia z porażki, - zapewno od Sarmatów zasłyszany i przyswojony psiej mowie. Układa się na chwilę przy nogach swych "panów" i zniechęconą źrenicą mierzy wysokość i faunę wielkich topoli. Jakże niezakłócona cisza panuje w tem odludziu! Człowiek sadził niegdyś te drzewa, lecz ich poniechał. Zapomniał o nich, zapomniał o prawie ostrza swej siekiery, żądnej drzazg i pniaka. To też wielkie topole stały się obrazem i wyrazem życia, rozrostu, swobody, spokoju, spoczynku, dobra. Nie przynosi tu człowiek swojego swaru, swych przekleństw, krzyków, jęków, śmiechów i śpiewek. Milczenie, - zwierciadło Boga, - panuje wszechwładnie w tej świątyni, bardziej strzelistej i wzniosłej, niż wszystkie gotyckie tumy. Otóż nie! I tu przywlókł się człowiek. Szary, wyprany z kolorów przez słoty, trud i biedę. Rude portki, wpuszczone w wyświechtane cholewy butów, rdzawy kubrak na grzbiecie, wytarty kaszkiet na płowych włosach. Wąsięta, oblepiające usta, jak kłak pakuł zwisłe nad brodą, Bóg wie kiedy goloną, wykopcone dymem tytoniu, mają kolor polny, rolny, pylny, jak zeschnięta, bita droga. Pozdrowienie - odpowiedź. Powitanie wiejskie i bezużyteczne gadu-gadu o tem, co oczy widzą, a uszy słyszą, - no - i o jedynym temacie wiejskim, o jedle i napitku, o chlebie i słoninie, o nafcie i gorzałce, o cenach i kosztach. Kto w jesieni ziemię szturcha i kopie, gdy ona chce gnić i kisnąć, - kto rusza jej niezłomną spoistość, gdy się zrasta w ugór, - kto spycha wiecznie z miejsca jej ciężar straszliwy, - wywraca przemocą na nice jej potworną chęć spoczynku na zawsze, - nie ma czasu na postrzeganie piękności, jak my zza "zielonego stolika" przychodnie, którym dopiero wiosna oblicze ziemi odsłania. Ale - i cóż z tego? Nas piękność ponad wszystko uderza i zachwyca, więc o niej najchętniej mówimy. Mówimy, że przecudowna jest tutaj właśnie cisza, że to miejsce - to prawdziwy kościół boży dla milczenia, dla odosobnienia, dla pustki i odludzia.
RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.