Pompon na wakacjach - Joanna Olech

Kup ebooka

29.90 zł
23.92 zł (23,02 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Sława

- Ta twoja SŁAWA wychodzi mi bokiem, panie celebryto! - narzekała Mama Fiś. - Na wycieraczce śpi dziennikarz "Pinczerka", koło śmietnika czają się paparazzi. I nawet gdy idę ze śmieciami, muszę poprawiać makijaż...

- Moja rada: nie poprawiać - mruknął Pompon znad miesięcznika "Twój Kot". - Niech prawda objawi się w całej swojej brutalnej nagości.

- Czy ty mnie przypadkiem nie obrażasz, smoku? - Mama Fiś zastygła w pół gestu.

- Ja? W żyyyciu!

- Widziałeś? Po wiadomościach leci reklama "beretów z pomponem". Opatrzona twoim zdjęciem!

- O, przepraszam... - zaprotestował smok. - Z beretami nie mam nic wspólnego. Mój prawnik już ich pozwał za kradzież wizerunku.

- Twój prawnik...?! Do czego to doszło?! Człowiek wpuści do domu smocze niemowlę, a chwilę później zostaje lokajem Jego Celebryckiej Wysokości Pompona, ulubieńca telewidzów i pieszczocha tłumów. - Mama Fiś bezceremonialnie odkurzyła smoka miotełką z piór.

- Aaa psiiik!!! - kichnął Pompon.

Podmuch zniósł Mamę Fiś wraz z miotełką do narożnika pokoju, w sąsiedztwo telewizora, w którym rozpoczynał się właśnie serial dokumentalny: Pompon - ostatni smok.

- Basta! - krzyknęła Mama histerycznie. - Mam dosyć tego cyrku! Jak tak dalej pójdzie, nie zaznamy prywatności do końca życia!

- Ale ja bimbam na sławę! - Smok obłudnie wzruszył zielonymi ramionami i dźwignął Mamę z podłogi. - "Pinczerek" mi wisi.

- Kłamca! Jesteś próżny jak Barbie. A odkąd zacząłeś nosić spodnie, masz więcej ciuchów od niej.

Tata Fiś, zaniepokojony krzykami, wetknął głowę do pokoju.

- Znowu kłótnie? - westchnął.

- Zazdrościcie mi popularności, ot co! - Pompon pokiwał głową pobłażliwie, co tylko rozwścieczyło Mamę.

- Jesteś niegłupim smokiem, a zachowujesz się jak jakiś cholerny celebrycki pustak. Nie pozwolę, żeby ci woda sodowa poszła uszami. - Mama Fiś prokuratorskim palcem wycelowała w telewizor i zwróciła się do męża: - Kochanie, postanowione! - oznajmiła stanowczo. - Ani chwili dłużej z tymi medialnymi sępami. Jedziecie na wakacje. Posiedzicie miesiąc u dziadków, świat zapomni o Pomponie.

- Okej, pryskamy z miasta - zgodził się smok nadspodziewanie łatwo. A szeptem wymamrotał do siebie: - Spokojna głowa, na prowincji też mam swoją publiczność.

Ucieczka z miasta

- Spakowany? - upewnił się Tata Fiś.

- Gdzie twoja torba, łosiu? - zapytała Malwina.

- Bagaż gotów? Zostało niewiele miejsca w bagażniku - przypomniała Mama Fiś.

- Dawaj walizę, za kwadrans odjeżdżamy! - zawołał Gniewek, jedną nogą już za progiem.

Tymczasem Pompon, z głową ukrytą w podróżnej torbie, upychał do niej same NAJPOTRZEBNIEJSZE rzeczy.

Co to za rzeczy?

Hmmm... Zobaczmy:

plastikowa figurka smoka (z czteropaku pepsi-coli) papierowy świński ryjek, w którym Pompon wystąpił (z sukcesem) podczas szkolnego przedstawienia Trzy świnki słowniczek polsko-chiński (nigdy nie wiadomo, kogo się spotka podczas spaceru po lesie) kąpielówki z wyszytą na pupie kaczuszką proca paczka gumowych misiów, które - poślinione i wystrzelone z procy - świetnie przyklejają się do ściany dwa pudełka żywej (!) karmy dla rybek stara wełniana skarpeta w paski - przytulanka Pompona (nie zaśnie bez niej, nie ma mowy) małe lusterko (do puszczania zajączków) pistolecik na kapiszony płyta z bajką O królewiczu Świrze i pryszczatej Królewnie, którą Pompon sam nagrał (z niewielką pomocą kolegów z podwórka).

Czy to wszystko?

Po chwili namysłu Pompon dorzucił do bagażu:

wuwuzelę plakat z Harrym Potterem szalik kibica Wisły Kraków lep na muchy.

Gotowe!

Teraz można było zatargać torbę do samochodu i umościć się na tylnym siedzeniu, między wędkami Gniewosza a futbolówką Malwiny.

- Spakowałeś szczoteczkę do zębów i tabletki przeciwko chorobie lokomocyjnej? - zapytała Mama Fiś.

- Tak - gładko skłamał Pompon, krzyżując zielone palce.

Zapomniał, rzecz jasna. Ale nie chciało mu się gramolić z auta i wdrapywać na drugie piętro. Miesiąc bez mycia zębów jeszcze nikogo nie zabił. A tabletki - błeee - mają ohydny smak.

Rodzina Fisiów zapakowała się do samochodu i zapięła pasy.

- Weeeź ten ogon... - upomniał smoka Gniewek.

Malwina pociągnęła nosem.

- Co tu tak śmierdzi? - zapytała. A potem zwróciła się do Pompona: - No nieeee! Znowu jadłeś kulki na mole?

- Nie kulki, tylko KULKĘ. Jedną - sprostował smok. - Po naftalinie lepiej sypiam. - Pompon beknął donośnie: hellou!

- Tatoooo! Powiedz mu... - zaprotestowała Malwina.

Ale ojciec właśnie odpalił silnik i ruszył sprzed domu. Przez uchylone okno pomachał na pożegnanie żonie. Gniewek i Malwina przyłączyli się do machania, a Pompon przylepił pyszczek do szyby i posłał Mamie Fiś smoczego całusa.

Nie minęło nawet pół godziny, kiedy Pompon zbladł i zawołał słabym głosem:

- Oj... Mdli mnie! Mdliii!

Tata Fiś zatrzymał samochód z piskiem opon, a smok, przewieszony przez okno, gwałtownie opróżnił żołądek z jajecznicy, szarego mydła i kulki na mole, którą zjadł na śniadanie.

- Pierwszy dzień wymarzonych wakacji - westchnął Tata.

Dom dziadków

Na autostradzie panował tłok - zaczęły się wakacyjne korki. Pompon zasnął tuż za Częstochową. Obudził się dopiero, kiedy samochód Fisiów minął bramę i wjechał na żwirowany podjazd przed domem dziadków.

Babcia Helena i Dziadek Roman wybiegli na ganek. Oboje mieli smugi mąki na nosach, bo wygłupiali się podczas lepienia pierogów.

- Pacnęłam go, bo mnie szczypał - wytłumaczyła się Malwinie Babcia, chichocząc.

- Szczypnąłem Helenkę, bo tak śmiesznie piszczy.

Dziadek uścisnął wnuki i podrzucił do góry Pompona.

- Uwaga! Rzygał całą drogę - ostrzegł Gniewek, a smok posłał mu pełne wyrzutu spojrzenie.

- Burek. Arogant! - prychnął obrażony.

A potem cichcem zawiązał troczki Gniewkowego plecaka na cztery potężne supły. Nieprędko zdoła je rozwiązać.

Goście rozbiegli się po domu.

Malwina pogłaskała wyślizgane poręcze schodów. Czekała na tę chwilę od miesięcy. Uwielbiała dom dziadków Fisiów - różowe pelargonie na ganku, szmaciane dywaniki, długi stół z sosnowych desek polerowany pszczelim woskiem.

Gniewek wodził palcem po grzbietach książek w bibliotece, potem zaś zapadł się w zielony fotel pokryty wyliniałym sztruksem, noszącym ślady smoczych pazurków.

A Pompon pobiegł wprost do zamkniętej na klucz spiżarni. Stojąc pod drzwiami, łowił zapachy kiełbaski i suszonych jabłek, przenikające przez dziurkę od klucza.

- Obiad! - zawołała Babcia i wszys­cy siedli do stołu.

Dziadek, przewiązany kraciastym fartuchem, wniósł michę parujących pierogów ze złocistą cebulką.

- Uwaga! Jedzcie powoli. W jednym pierogu ukryliśmy złoty grosz. Kto na niego natrafi - zajmie pokój na poddaszu.

Malutki pokój na strychu zawsze był przedmiotem kłótni między Malwiną a Gniewkiem. Teraz dodatkowo do walki stanął Pompon.

Każdy chciał mieszkać w tym urządzonym jakby dla krasnoludków pomieszczeniu. Przez okrągłe okienko poddasza widać było zdziczały ogród, warzywniak, piaszczystą plażę i rzekę Brudawkę. Pokój mieścił raptem komodę, mały stolik i krzesło, ale łóżko podwieszone było pod stromym dachem niczym koja na jachcie. Można było stąd, nie wstając z łóżka, oglądać nocą gwiazdy albo celować spod sufitu orzechami laskowymi do rozłożonej na podłodze tarczy. Wnuki toczyły wojny o pokój na mansardzie... dopóki dziadkowie nie wpadli na sprytny pomysł z pierogami.

W jadalni panowało skupione milczenie, przerywane tylko - mlask! mlask! - ciamkaniem Pompona. Nigdy jeszcze nie przeżuwano posiłku tak starannie. Rodzeństwo grzecznie poprosiło o dokładkę, ale smok bezceremonialnie przysunął sobie półmisek i zgarnął połowę zawartości na swój talerz.

I nagle... Jeeeest! Ząb smoka trafił na coś twardego.

Tfuuu! - Pompon energicznie wypluł złoty grosz wprost na talerz Taty.

- Wygrałem! Wygrałem! - Smok poderwał się od stołu, pobiegł po swoją torbę i już wlókł ją w pośpie­chu na strych. Po drodze wypadły mu z bagażu papierowy ryjek i pudełko karmy dla rybek. Żywe rosówki wysypały się z pojemnika i wiły żwawo na deskach podłogi.

- Pompon! Wracaj i zabierz DESER na górę! - Babcia wskazała palcem różowe dżdżownice.

- Spoko! Robal nie zając, poczeka! - zawołał Pompon i zadudnił piętami na drewnianych schodach.

Gniewosz i Malwina nie potrafili ukryć rozczarowania. Wyglądało na to, że będą dzielić pokój na piętrze, tuż obok sypialni dziadków. To oznaczało zakaz hałasowania po nocy i ciągłe kłótnie o łazienkę.

Babcia i Dziadek zerknęli na skwaszone miny wnuków i wymienili porozumiewawcze spojrzenia.

A po obiedzie wysłali Malwinę i Gniewka z bagażami na piętro.

- Jejciuuuu! - dał się słyszeć z góry okrzyk Gniewka.

- Juuuupiiiii! - wiwatowała Malwina.

Tata Fiś uniósł brwi:

- Co tam się dzieje?

Kiedy starsi weszli po schodach, zobaczyli otwarte na oścież drzwi pokoju gościnnego. Malwina i Gniewek skakali po swoich łóżkach, aż jęczały sprężyny.

- Hurraaa!

Pokój podzielony został gipsową ścianą na dwie połowy, a każda pomalowana na inny kolor. Część Malwiny była jasnozielona w białe grochy. Część Gniewka - w kolorze zupy pomidorowej. Na łóżkach leżały pstrokate narzuty - uszyła je Babcia.

W każdym pokoju zainstalowano drążek do podciągania i drewnianą drabinkę do ćwiczeń. Spod pułapu opadała gruba konopna lina z zawiązanym na niej węzłem. Stojąc na węźle i obejmując kolanami linę, można było huśtać się jak Tarzan - ziuuuu!

Zupełnie zwyczajny pokój zamienił się w dwie osobne sypialnie.

- Dzięki! Dzięki! Dzięki! - Malwina zawisła Babci na szyi.

- Niech mnie zaraz METEORYT trafi, jeśli to nie jest najfajniejszy pokój na świecie! - wrzasnął Gniewek.

I nagle...

Łuuuup! Dudummmm! - rozległ się straszny huk.

Wszyscy zamarli. Tata Fiś chwycił się za serce.

Tym razem to nie był meteoryt.

To tylko Pompon piętro wyżej zeskoczył z łóżka pod sufitem. Tak mu było pilno sprawdzić, co to za hałasy na dole.