WPROWADZENIE
PRZERWANE ŻYCIE
Wczesnym rankiem 25 sierpnia 79 roku deszcz pumeksu spadający na Pompeje
zaczął słabnąć. Zdawało się, że to dobry moment, by opuścić miasto,
szukając ocalenia. Luźna gromada przeszło dwudziestu uciekinierów,
którzy przeczekali najgorsze chwile straszliwego gradobicia w kryjówkach
w obrębie murów miejskich, ruszyła ku jednej ze wschodnich bram miasta
(w nadziei, że tędy wydostanie się poza zasięg bombardowania
wulkanicznego).
Parę godzin wcześniej tę samą trasę próbowali pokonać inni. Pewna para
uciekała, zabierając z sobą tylko mały kluczyk (przypuszczalnie liczyli
na to, że pewnego dnia wrócą do tego, co nim zamknęli - domu,
mieszkania, skrzyni albo "sejfu") i jedną lampę z brązu (il. 1). Nie
mogła ona chyba zbyt wiele zdziałać w ciemnościach nocy gęstniejących w chmurze pyłu. Była jednak kosztownym i modnym przedmiotem w kształcie
głowy Murzyna - pierwszy przykład dziwacznych (w naszych oczach)
pomysłów, jakie będziemy często napotykać w Pompejach. Tym dwojgu się
nie powiodło. Zasypani pumeksem zostali znalezieni w roku 1907 tam,
gdzie upadli, tuż przy jednym ze wspaniałych grobowców, które ciągnęły
się rzędem wzdłuż tej drogi, jak i wzdłuż innych wychodzących z miasta
traktów. Spoczęli, ściślej mówiąc, obok okazałego pomnika zmarłej mniej
więcej pięćdziesiąt lat wcześniej kobiety, Eskwilii Polli, żony
Numeriusza Herenniusza Celsusa. Zaledwie dwudziestodwuletnia (jak możemy
jeszcze dziś przeczytać na kamieniu), musiała być przeszło połowę
młodsza od swego bogatego męża, członka jednego z najznaczniejszych
pompejańskich rodów; służył on jako dowódca w rzymskiej armii,
dwukrotnie również wybrano go na najwyższy urząd w lokalnych władzach
miasta.
1. Małe lampki w kształcie
ludzkich głów (lub stóp) były
modne w pierwszym wieku.
W tym modelu oliwę nalewano
przez otwór w czole, płomień
zaś wydobywał się z ust.
Wraz z płatkami, które stanowią
uchwyt, ma zaledwie
12 centymetrów długości.
Warstwa pumeksu była już ponadmetrowej grubości, kiedy druga grupa
postanowiła zaryzykować ucieczkę w tym samym kierunku. Marsz był powolny
i trudny. Większość stanowili młodzi mężczyźni. Wielu uchodziło z pustymi rękami - albo nie mieli czego zabierać, albo nie mogli się już
dostać do swych kosztowności. Jeden z mężczyzn jednak miał przy sobie
sztylet w eleganckiej pochwie (druga pochwa była pusta). Nieliczne
kobiety w grupie miały nieco precjozów. Jedna niosła srebrny posążek
siedzącej na tronie Fortuny, bogini dobrego losu, oraz garść złotych i srebrnych pierścionków - jeden z przyczepionym na łańcuszku maleńkim
srebrnym fallusem, być może amuletem na szczęście (kolejny przedmiot,
który będziemy często spotykać na kartach tej książki). Inne zdołały
zabrać różne cenne drobiazgi: srebrne pudełko na lekarstwa, maleńki
postument (zaginionego) posążka oraz parę kluczy, wszystko to upchnięte
w szmacianej sakiewce; drewnianą kasetkę na biżuterię, zawierającą
naszyjnik, kolczyki, srebrną łyżeczkę - i kolejne klucze. Uciekinierzy
zabrali także wszystkie pieniądze, jakie się dało. U niektórych było to
po prostu trochę drobnych; u innych zgromadzone w domu oszczędności albo
utarg ze sklepu. Ale nie było tego wiele. Ogółem cała grupa miała przy
sobie zaledwie pięćset sestercji - co w pompejańskich warunkach
odpowiadało mniej więcej cenie jednego muła.
2. Gipsowe odlewy zwłok ofiar uświadamiają nam ich człowieczeństwo - byli
tacy sami jak my. Ten zapadający w pamięć odlew umierającego mężczyzny z głową
w dłoniach został umieszczony w miejscowym magazynie. Teraz zdaje się
opłakiwać swoje uwięzienie.
Część tej grupy dotarła nieco dalej niż opisana na początku para. Około
piętnastu osób było już przy następnym okazałym pomniku, stojącym
dwadzieścia metrów dalej grobowcu Marka Obeliusza Firmusa, gdy
uśmierciło ich coś, co dziś określamy jako "chmurę gorejącą" -
mordercza, pędząca z ogromną prędkością rozżarzona mieszanina gazów,
pyłu wulkanicznego i roztopionej skały; nikt nie jest w stanie przeżyć
spotkania z nią. Niektóre ciała znaleziono przemieszane z gałęziami,
niektórzy nawet jakby je ściskali. Być może co zwinniejsi rzucili się
między drzewa otaczające groby w beznadziejnej próbie uratowania się;
bardziej prawdopodobne jest, że podmuch, który zabił uciekinierów,
powalił też drzewa, które runęły na nich.
Sam grobowiec Obeliusza Firmusa zniósł to trochę lepiej. Był to jeszcze
jeden pompejański nobil; zmarł kilkadziesiąt lat wcześniej -
wystarczająco dawno, by ściany jego pomnika posłużyły za miejscową
tablicę ogłoszeń. Możemy nadal przeczytać tam obwieszczenie o walkach
gladiatorów, a także liczne bazgroły kręcących się tu obiboków: "Habitus
pozdrawia Issę", "Scepsynianus pozdrawia Okkazusa" i tak dalej
(przyjaciele Habitusa, jak się zdaje, odpowiedzieli mu rysunkiem
wielkiego fallusa z jądrami oraz wiadomością: "Pozdrowienia dla Habitusa
od wszystkich kumpli"). Powyżej tekst formalnego epitafium Obeliusza
Firmusa głosił, że koszty jego pogrzebu, w wysokości pięciu tysięcy
sestercji, pokryła rada miejska - inni lokalni dygnitarze zaś dołożyli
następny tysiąc sestercji na kadzidło i "tarczę" (przypuszczalnie
portret na tarczy, charakterystyczny rzymski sposób upamiętnienia
zmarłego). Owe wydatki pogrzebowe były, innymi słowy, przeszło
dziesięciokrotnie wyższe niż suma, jaką cała grupa uciekinierów zdołała
zebrać na drogę. Pompeje były miastem biedaków i bogaczy.
Możemy prześledzić wiele innych nieudanych prób ucieczki. W warstwach
pumeksu odkryto niemal czterysta ciał, a blisko siedemset w zestalonych
obecnie pozostałościach opadu piroklastycznego - wiele z nich uchwycono
wiernie w chwili śmierci za pomocą wynalezionej w dziewiętnastym wieku
sprytnej techniki wypełniania gipsem pustych przestrzeni pozostawionych
przez ich ulegające rozkładowi ciała i ubrania, ujawniając podkasane
tuniki, okutane twarze, udręczone miny ofiar (il. 2). Pewna
czteroosobowa grupa, znaleziona na jednej z ulic w pobliżu Forum, była
prawdopodobnie szukającą ratunku rodziną. Na czele szedł ojciec, krzepki
mężczyzna o krzaczastych brwiach (co widać na gipsowym odlewie), z naciągniętym na głowę płaszczem dla ochrony przed spadającym popiołem i kamieniami. Niósł ze sobą nieco złotej biżuterii (prosty pierścionek i kilka kolczyków), dwa klucze i sporą ilość gotówki, niemal czterysta
sestercji. Za nim szły jego dwie małe córeczki, matka zamykała pochód.
Podkasała suknię, by łatwiej było jej iść, i niosła w woreczku resztę
domowych kosztowności: rodzinne srebra (parę łyżek, dwa puchary,
medalion z wyobrażeniem Fortuny, lusterko) oraz małą, przysadzistą
figurkę chłopczyka owiniętego w płaszcz, spod którego wystają mu bose
stopy (il. 3). Jest to prymitywna robota, ale wykonano ją z bursztynu,
który musiał przebyć setki kilometrów znad Bałtyku - najbliższego źródła
tego surowca; stąd jej wielka wartość.
3. Czyjaś drogocenna własność?
Tę przysadzistą figurkę wykonaną
z bursztynu z Bałtyku znaleziono
przy jednej z niefortunnych
uciekinierek. Zaledwie ośmiocentymetrowej
wysokości, miała być
może wyobrażać jedną ze stereotypowych
postaci rzymskiego
mimu, ulubionej rozrywki pompejańczyków.
Inne znaleziska opowiadają inne historie. Jest wśród nich lekarz, który
uciekał, ściskając skrzynkę ze swymi instrumentami, nim śmiercionośna
chmura dosięgła go, gdy przecinał palestrę (wielki plac ćwiczeń) koło
amfiteatru, kierując się ku jednej z południowych bram miasta; jest
niewolnik znaleziony w ogrodzie wielkiego domu w centrum miasta, którego
ruchy z pewnością krępowały żelazne kajdany na kostkach; jest kapłan
bogini Izydy (lub może świątynny sługa), który spakował część
świątynnych kosztowności, by zabrać je ze sobą podczas ucieczki, ale nie
zdołał przebyć więcej niż pięćdziesiąt metrów. I, oczywiście, jest owa
obwieszona klejnotami dama, którą odkryto w jednym z pomieszczeń koszar
gladiatorów. Często opisuje się ją jako znakomity przykład upodobania
rzymskich kobiet z wyższych sfer do muskularnych ciał gladiatorów. Oto,
jak się zdaje, jest jedna z nich, zaskoczona w niewłaściwym miejscu w niewłaściwym czasie, a jej rozwiązłość odsłonięta przed wzrokiem
historii. W rzeczywistości jest to scena znacznie bardziej niewinna.
Niemal na pewno kobieta ta nie przyszła wcale na schadzkę, ale schroniła
się w koszarach, kiedy warunki stały się zbyt ciężkie podczas ucieczki z miasta. W każdym razie, jeśli istotnie była to randka, to odbywała się w asyście siedemnastu innych osób oraz dwóch psów - których szczątki
znaleziono w tym samym małym pomieszczeniu.
Zwłoki pompejańczyków zawsze stanowiły jeden z najsilniej działających
na wyobraźnię obrazów i jedną z największych atrakcji zrujnowanego
miasta. Podczas wczesnych wykopalisk w osiemnastym i dziewiętnastym
wieku szkielety jak na życzenie "odkrywano" w obecności przybyłych z wizytą członków panujących rodów i innych dygnitarzy (il. 4).
Romantyczni podróżnicy rozwodzili się nad straszliwą tragedią
nieszczęśników, których doczesne szczątki oglądali, nie mówiąc już o bardziej ogólnych refleksjach na temat kruchości ludzkiej egzystencji,
do których skłaniało całe to przeżycie. Hester Lynch Piozzi - angielska
pisarka, która nazwisko zawdzięczała małżeństwu z włoskim nauczycielem
muzyki - uchwyciła (i lekko sparodiowała) te reakcje po wizycie w roku
1786: "Jakże straszliwe myśli nasuwa ten widok! Jaką grozę wzbudza
świadomość, że ta scena mogłaby rozegrać się raz jeszcze choćby jutro; i że ci, którzy dziś są widzami, mogą stać się widowiskiem dla podróżnych
z przyszłego stulecia, którzy wziąwszy nasze kości za szczątki
neapolitańczyków, być może wywieźliby je z powrotem do ich ojczyzny".
Jednym z najsłynniejszych obiektów, jakie przyniosły pierwsze lata
wykopalisk, był odcisk kobiecej piersi odkryty w latach
siedemdziesiątych osiemnastego wieku w wielkim domu (tak zwanej Willi
Diomedesa) tuż za murami miasta. Niemal sto lat przed udoskonaleniem
techniki wykonywania pełnych gipsowych odlewów zwłok w tym miejscu
zestalony popiół ukazał archeologom odlane w lawie pełne postacie
zmarłych, wraz z ubraniem, a nawet włosami. Jedyną częścią tego
materiału, którą udało im się wydobyć i zabezpieczyć, była ta jedna
pierś; wystawiono ją w pobliskim muzeum, gdzie szybko stała się atrakcją
turystyczną. Z czasem dostarczyła też inspiracji dla słynnej noweli
Théophile'a Gautiera z roku 1852, Arria Marcella. Jej bohaterem jest
młody Francuz, który zauroczony ujrzaną w muzeum piersią, wraca do
antycznego miasta (w dziwacznej kombinacji podróży w czasie, myślenia
życzeniowego i fantazji), by odnaleźć lub wymyślić swą ukochaną -
kobietę ze snów, jedną z ostatnich rzymskich mieszkanek Willi Diomedesa.
Niestety sama pierś, mimo całej swej sławy, po prostu zniknęła, a wielkie poszukiwania w latach pięćdziesiątych dwudziestego wieku nie
dostarczyły żadnych informacji o jej losie. Jedna z teorii mówi, że
liczne inwazyjne badania przeprowadzane przez ciekawskich
dziewiętnastowiecznych naukowców spowodowały w końcu jej dezintegrację:
z prochu powstałeś, w proch się obrócisz, można powiedzieć.
4. Ważne osobistości odwiedzające Pompeje mogły uczestniczyć w inscenizowanych
specjalnie dla nich odkryciach. Tutaj, w roku 1769, cesarz Austrii przygląda
się szkieletowi znalezionemu w domu dziś zwanym na jego cześć Domem Cesarza
Józefa II. Towarzysząca mu kobieta reaguje z bardziej widocznym zainteresowaniem.
Moc pompejańskich zmarłych nie osłabła do naszych czasów. Wiersz Prima
Leviego La bambina di Pompei ("Dziewczynka z Pompejów") wykorzystuje
gipsowy odlew małej dziewczynki, którą znaleziono przytuloną kurczowo do
matki ("Jak gdybyś, gdy niebo w południe okryło się czernią / Chciała na
powrót schronić się w jej wnętrzu"), jako punkt wyjścia refleksji nad
losem Anny Frank i anonimowej uczennicy z Hiroszimy - ofiar katastrof
niebędących dziełem natury, lecz człowieka ("Dość udręk zsyła nam niebo
/ Zanim wciśniecie guzik, zatrzymajcie się i zastanówcie"). Dwa odlewy
grają nawet epizodyczną rolę w filmie Roberta Rosselliniego z 1953 roku,
Podróż do Włoch - okrzykniętym "pierwszym dziełem współczesnego kina",
mimo że komercyjnie okazał się klęską. Owe ofiary Wezuwiusza, przytuleni
do siebie kochankowie aż po grób, ostro i boleśnie uświadamiają dwojgu
współczesnym turystom (granym przez Ingrid Bergman - która sama trwała
wówczas w rozpadającym się małżeństwie z Rossellinim - i George'a Sandersa), jak zimny i pusty stał się ich własny związek. Jednak nie
tylko ludzkie ofiary zostały utrwalone w ten sposób. Jednym z najsłynniejszych i najsilniej działających na wyobraźnię odlewów jest
stróżujący pies wciąż przywiązany do słupka w domu zamożnego folusznika
(właściciela pralni połączonej z warsztatem sukienniczym). Padł on,
gorączkowo usiłując uwolnić się z łańcucha.
Podglądactwo, groza i niezdrowa ciekawość, wszystko to niewątpliwie
przyczynia się do atrakcyjności tych odlewów. Nawet najbardziej trzeźwym
archeologom zdarza się wystąpić z drastycznymi opisami ich
przedśmiertnych mąk albo spustoszeń, jakie poczyniła na ludzkim ciele
chmura gorejąca ("ich mózgi zagotowały się..."). U turystów
zwiedzających Pompeje, gdzie niektóre z odlewów wciąż można oglądać w pobliżu miejsc, w których je znaleziono, wywołują one coś w rodzaju
"efektu egipskiej mumii": małe dzieci z okrzykami zgrozy przyciskają
nosy do szklanych gablot, podczas gdy dorośli sięgają po aparaty
fotograficzne - bez powodzenia usiłując ukryć swą nie mniej chorobliwą
fascynację tymi ludzkimi szczątkami.
Ale makabryczność to nie jedyne wyjaśnienie. Gdyż siła oddziaływania
ofiar (nie tylko tych w pełni odlanych w gipsie) bierze się również z poczucia bezpośredniego kontaktu z antycznym światem, jaki zapewniają, z człowieczymi losami, jakie pozwalają nam zrekonstruować, a także z wyborami, decyzjami i nadziejami prawdziwych ludzi, z którymi możemy się
identyfikować mimo upływu tysiącleci. Nie musimy być archeologami, by
wyobrazić sobie, jakie to uczucie porzucać swój dom z tym tylko, co jest
się w stanie unieść. Możemy współczuć lekarzowi, który postanowił zabrać
ze sobą swe narzędzia pracy, i podzielać jego żal za tym, co zostawił.
Możemy zrozumieć próżny optymizm tych, którzy ruszając w drogę, wsunęli
do kieszeni klucze do drzwi frontowych. Nawet ta ohydna bursztynowa
figurka nabiera szczególnego znaczenia, gdy wiemy, że był to czyjś
ulubiony przedmiot, pochwycony w biegu przed opuszczeniem domu na
zawsze.
Współczesna nauka jest w stanie wzbogacić te indywidualne historie.
Potrafimy lepiej niż wcześniejsze pokolenia wydobywać wszelkiego rodzaju
informacje z samych zachowanych szkieletów: od tak stosunkowo prostych
pomiarów, jak wzrost i postura populacji (starożytni pompejańczycy byli,
jak się okazuje, nieco wyżsi od współczesnych neapolitańczyków), poprzez
widoczne ślady chorób dziecięcych i złamań kości, po hipotezy na temat
powiązań rodzinnych i pochodzenia etnicznego, jakie zaczyna umożliwiać
badanie DNA i inne analizy biologiczne. Niektórzy archeolodzy wyciągają
zbyt daleko idące wnioski, twierdząc, iż osobliwości budowy szkieletu
pewnego nastoletniego chłopca są wystarczającym dowodem, że spędził on
znaczną część swego krótkiego życia jako rybak i że uszkodzenia zębów po
prawej stronie ust spowodowało przygryzanie linki utrzymującej połów. W innych wypadkach jednak stąpamy po solidniejszym gruncie.
I tak, na przykład, w dwóch pomieszczeniach w głębi pewnego okazałego
domu odkryto szczątki dwunastu osób, przypuszczalnie właściciela z rodziną i niewolnikami. Wśród sześciorga dzieci i sześciorga dorosłych
znajdowała się niespełna dwudziestoletnia dziewczyna w dziewiątym
miesiącu ciąży, z kośćmi płodu wciąż leżącymi w jej brzuchu. Być może to
właśnie jej zaawansowana ciąża skłoniła wszystkich do pozostania w domu,
zamiast ryzykować pospieszną ucieczkę. Ze szkieletami nie obchodzono się
najlepiej od czasu ich odkrycia w roku 1975 (to, że - jak doniósł
niedawno pewien uczony - "dolne przedtrzonowce [jednej z czaszek]
zostały omyłkowo wklejone w zębodoły górnych środkowych siekaczy", nie
świadczy o dyletanctwie antycznej stomatologii, lecz o partactwie
współczesnych zabiegów konserwatorskich). Mimo wszystko, zestawiając
razem rozmaite dające się wciąż odczytać wskazówki - względny wiek
ofiar, kosztowną biżuterię ciężarnej dziewczyny, to, że ona i dziewięcioletni chłopiec wykazują tę samą drobną genetyczną wadę
kręgosłupa - możemy zacząć budować obraz rodziny, która żyła w tym domu.
Starsza para, on po sześćdziesiątce, ona około pięćdziesiątki z wyraźnymi śladami artretyzmu, byli najprawdopodobniej właścicielami
domu, a także rodzicami lub dziadkami ciężarnej dziewczyny. Klejnoty,
jakie miała ona na sobie, świadczą o tym, że nie była niewolnicą,
wspólne schorzenie kręgosłupa zaś pozwala sądzić, że należała do rodziny
raczej przez urodzenie niż przez małżeństwo - dziewięcioletni chłopiec
byłby więc jej młodszym bratem. Jeśli tak, to ona i jej mąż
(prawdopodobnie dwudziestokilkuletni mężczyzna, którego głowa, jak
sugeruje szkielet, była wyraźnie, szpecąco i bez wątpienia boleśnie
przekrzywiona w prawo) albo mieszkali z jej rodziną, albo przenieśli się
do jej domu na czas porodu, albo też, oczywiście, po prostu przyszli
feralnego dnia z wizytą. Pozostali dorośli, mężczyzna po sześćdziesiątce
i trzydziestoparoletnia kobieta, mogli być bądź niewolnikami, bądź
krewnymi.
Bliższe spojrzenie na ich zęby, wklejane czy nie, ujawnia dalsze
szczegóły. Większość z nich ma na szkliwie wiele wymownych pierścieni,
będących skutkiem wielokrotnych ataków chorób zakaźnych w dzieciństwie -
widomy dowód zagrożeń czyhających na dzieci w rzymskim świecie, kiedy to
połowa tych, które przyszły na świat, umierała przed dziesiątym rokiem
życia. (Pocieszające było to, że kto doczekał dziesiątych urodzin, mógł
się spodziewać, że przeżyje co najmniej czterdzieści następnych lat).
Wyraźna obecność próchnicy zębów, choć poniżej współczesnego zachodniego
poziomu, wskazuje na dietę bogatą w cukier i skrobię. Spośród dorosłych
jedynie mąż ciężarnej dziewczyny nie ma żadnych śladów próchnicy. Ale
on, znów sądząc po stanie jego zębów, cierpiał na fluorzycę,
przypuszczalnie dorastając poza Pompejami, w jakimś regionie o niezwykle
wysokim poziomie naturalnych związków fluoru. Co najbardziej uderzające,
wszystkie szkielety, nawet dzieci, mają wielkie - w niektórych
przypadkach paromilimetrowe - nawarstwienia kamienia nazębnego. Powód
jest oczywisty. Znano co prawda wykałaczki, a nawet zmyślne preparaty do
polerowania i wybielania zębów (w książce na temat farmakologii prywatny
lekarz cesarza Klaudiusza podaje przepis na miksturę, której cesarzowa
Messalina zawdzięczała rzekomo swój uroczy uśmiech: spalony róg jelenia
z dodatkiem żywicy i soli kamiennej). Ale był to świat bez szczoteczek
do zębów. Pompeje musiały być miastem o bardzo nieświeżym oddechu.
MIASTO POGRĄŻONE W CHAOSIE
Kobiety tuż przed porodem, przywiązane do słupków psy i cuchnące
oddechy... Są to zapadające w pamięć obrazy normalnego, codziennego
życia w rzymskim mieście, przerwanego raptownie w swym biegu. Jest ich
znacznie więcej: znalezione w piecu bochny chleba, porzucone w trakcie
wypieku; ekipa malarzy, którzy dali drapaka podczas odnawiania pokoju,
zostawiając naczynia z farbami i postawione wysoko na rusztowaniu wiadro
świeżego tynku - gdy rusztowanie zawaliło się podczas erupcji, zawartość
wiadra rozbryzgnęła się na starannie przygotowanej ścianie,
pozostawiając grubą skorupę widoczną do dziś. Ale jeśli poskrobać
głębiej, historia Pompejów okazuje się bardziej skomplikowana i intrygująca. Pod wieloma względami nie są one starożytnym odpowiednikiem
Mary Céleste, dziewiętnastowiecznego statku opuszczonego w niewyjaśnionych okolicznościach przez załogę, z gotowanymi jajkami (jak
mówiono) na zastawionym do śniadania stole. Nie jest to rzymskie miasto
po prostu zastygłe w czasie.
Przede wszystkim mieszkańcy Pompejów widzieli znaki ostrzegawcze na
wiele godzin, a może nawet dni wcześniej. Jedyną relacją naocznego
świadka erupcji, jaką dysponujemy, są dwa listy napisane ćwierć wieku po
fakcie do historyka Tacyta przez jego przyjaciela Pliniusza, który, gdy
nastąpił kataklizm, przebywał właśnie nad Zatoką Neapolitańską. Bez
wątpienia układane z wykorzystaniem późniejszej wiedzy i wyobraźni,
mówią one jasno, że ucieczka była możliwa nawet wtedy, gdy nad kraterem
Wezuwiusza ukazała się chmura "w kształcie pinii". Wuj Pliniusza,
najsłynniejsza ofiara erupcji, zmarł tylko dlatego, że cierpiał na astmę
i ponieważ odważnie - albo nierozważnie - postanowił w interesie nauki
przyglądać się wydarzeniom z bliska. A jeśli, jak uważa dziś wielu
archeologów, w dniach lub miesiącach poprzedzających ostateczną
katastrofę doszło do serii wstrząsów i lekkich trzęsień ziemi, one także
mogły zachęcić ludzi do opuszczenia tych terenów. Zagrożone bowiem i koniec końców zniszczone były nie tylko same Pompeje, ale szeroki pas
ziemi na południe od Wezuwiusza, obejmujący miasta Herkulanum i Stabie.
Wielu faktycznie wyjechało, o czym świadczy liczba znalezionych w mieście ciał. Podczas wykopalisk wydobyto około tysiąca stu. Musimy
wziąć poprawkę na te, które mogą wciąż leżeć w nieodkopanej części
miasta (mniej więcej jedna czwarta starożytnych Pompejów pozostaje wciąż
nieprzebadana), a także na ludzkie szczątki przeoczone podczas
wcześniejszych wykopalisk (kości dzieci mogły łatwo zostać wzięte za
zwierzęce i wyrzucone). Mimo to jednak nie wydaje się prawdopodobne, by
w katastrofie straciło życie więcej niż dwa tysiące mieszkańców. Bez
względu na to, jaka była całkowita liczba ludności - a szacunki wahają
się od około 6400 do 30 000 (zależnie od naszych wyobrażeń o tym, w jakiej ciasnocie żyli ci ludzie, i od tego, jakie współczesne analogie
przyjmiemy) - był to mały albo bardzo mały odsetek.
Ludzie uciekający w deszczu pumeksu być może zabrali ze sobą tylko to,
co udało im się pochwycić w pośpiechu. Ci, którzy mieli więcej czasu, z pewnością ocalili więcej ze swego dobytku. Musimy wyobrazić sobie masowy
exodus z miasta na osłach, wozach i taczkach, gdy większość mieszkańców
wynosiła się, pakując tyle domowych sprzętów, ile tylko się dało.
Niektórzy popełnili błąd i najcenniejsze dobra ukryli w schowkach,
zamierzając wrócić, gdy niebezpieczeństwo minie. To właśnie wyjaśnia
obecność niektórych ze wspaniałych skarbów - na przykład oszałamiające
kolekcje sreber, znajdowane w domach Pompejów i okolic. Ogólnie rzecz
biorąc jednak, to, co odkrywają archeolodzy, po prostu pozostało, kiedy
mieszkańcy w pośpiechu spakowali manatki i opuścili miasto. To może
tłumaczyć, dlaczego pompejańskie domy wydają się tak skąpo umeblowane i niezagracone. Możliwe, że obowiązująca w pierwszym wieku estetyka nie
była starożytną wersją modernistycznego minimalizmu. Domowe bibeloty
najprawdopodobniej były wywożone całymi furami przez troskliwych
właścicieli.
Pospieszną ewakuacją można też wyjaśnić pewne osobliwości, na jakie
natykamy się w domach tego miasta. Jeśli na przykład w pomieszczeniu,
które wygląda na wystawną jadalnię, oczom archeologów ukazuje się sterta
narzędzi ogrodniczych, możliwe jest, że - choć może się nam to wydawać
zaskakujące - tam właśnie były zazwyczaj przechowywane. Możliwe też, że
w zamęcie wyprowadzki, gdy gromadzono cały dobytek i dokonywano
selekcji, co zabrać, a co pozostawić, tam właśnie trafiła koniec końców
łopata, motyka i taczki. Nawet jeśli część mieszkańców prowadziła swe
codzienne sprawy, jakby nic nie mąciło pewności jutra, w tym czasie nie
było to zwyczajne, krzątające się wokół swych zwykłych spraw miasto.
Było to miasto w trakcie ucieczki.
Poza tym w tygodniach i miesiącach po erupcji wielu tych, którzy się
uratowali, wracało po pozostawione rzeczy albo po to, by odzyskać (lub
ukraść) z pogrzebanego miasta nadające się do ponownego wykorzystania
materiały, jak brąz, ołów czy marmur. Być może ukrycie kosztowności w nadziei odzyskania ich w późniejszym czasie nie było tak całkiem
niemądre, jak się dziś wydaje. W wielu częściach Pompejów widać bowiem
wyraźne ślady udanego powrotu przez popiół wulkaniczny. Czy byli to
prawowici właściciele, rabusie czy działający na oślep poszukiwacze
skarbów, przekopywali się oni tunelami do zamożnych domów, niekiedy
zostawiając po sobie ciąg otworów w ścianach, gdy przechodzili z jednego
zablokowanego pomieszczenia do następnego. Widomym śladem ich poczynań
są dwa słowa wydrapane przy głównym wejściu pewnej zbytkownej
rezydencji, która okazała się niemal pusta, gdy odkryli ją
dziewiętnastowieczni archeolodzy. Mówią one: "Dom przekopany". Słów tych
raczej nie napisałby właściciel, przypuszczalnie więc były wiadomością
od jednego z rabusiów dla reszty szajki, że ten jest już "załatwiony".
5. Rycina przedstawiająca jedną z dwóch płaskorzeźbionych płyt, niemal metrowej
długości, ukazujących trzęsienie ziemi z roku 62. Po lewej świątynia Jowisza,
Junony i Minerwy na Forum chwieje się w posadach. Po prawej trwają przygotowania
do ofiary. Byk jest prowadzony do ołtarza, dookoła tej sceny zaś ukazane
są rozmaite rytualne sprzęty - nóż, misy i naczynia ofiarne.
Nie wiemy niemal nic o tym, kim byli ci kopacze (jednak fakt, że
wiadomość, choć napisana po łacinie, zanotowana była greckimi literami,
dość wyraźnie wskazuje, że należeli do grecko-rzymskiej społeczności
południowej Italii, której przyjrzymy się bliżej w rozdziale 1.). Nie
wiemy też, kiedy właściwie wtargnęli do budynku: w ruinach Pompejów
znajdowano rzymskie monety z czasów po erupcji, od końca pierwszego
wieku po początek czwartego. Jednak bez względu na to, kiedy i z jakiego
powodu późniejsi Rzymianie postanawiali dostać się do pogrzebanego
miasta, było to wyjątkowo ryzykowne przedsięwzięcie, dla którego
podnietą była nadzieja odzyskania pokaźnej części rodowych bogactw albo
zdobycia cennych łupów. Tunele musiały być niebezpieczne, ciemne i wąskie, a miejscami - jeśli sądzić po wielkości dziur w niektórych
ścianach - dostępne jedynie dla dzieci. Nawet tam, gdzie można było się
poruszać bardziej swobodnie, w przestrzeniach niewypełnionych popiołem
wulkanicznym, ściany i stropy groziły nagłym zawaleniem.
Jak na ironię, niektóre z odkrytych szkieletów niemal z pewnością nie są
szczątkami ofiar erupcji, ale ludzi, którzy zaryzykowali powrót do
miasta miesiące, lata lub wieki później. I tak na przykład w eleganckiej
sali wychodzącej na perystyl Domu Menandra - jak nazwano go
współcześnie, nawiązując do znalezionego tam malowidła przedstawiającego
greckiego komediopisarza Menandra (il. 44) - odkryto szczątki
trzyosobowej grupy, dwójki dorosłych i dziecka, wyposażonych w kilof i motykę. Czy byli to, jak sądzą niektórzy archeolodzy, mieszkańcy domu,
być może niewolnicy, którzy próbowali utorować sobie drogę wyjścia z zasypanego budynku i zginęli w trakcie tych usiłowań? Czy może, jak
uważają inni, była to szajka rabusiów, którzy torowali sobie drogę do
środka i być może ponieśli śmierć, gdy ich lichy tunel zawalił się na
nich?
Ten obraz zastygłego w czasie miasta jest jeszcze bardziej skomplikowany
za sprawą wcześniejszej katastrofy naturalnej. Siedemnaście lat przed
wybuchem Wezuwiusza, w 62 roku, miasto zostało poważnie uszkodzone
podczas trzęsienia ziemi. Jak pisał historyk Tacyt, "Pompei, ludne
miasto Kampanii, po większej części poszło w gruzy". A wydarzenie to
jest niemal z pewnością uwiecznione na dwóch płaskorzeźbach znalezionych
w domu pompejańskiego bankiera, Lucjusza Cecyliusza Jukundusa.
Przedstawiają one kołysane wstrząsami dwa fragmenty miasta: Forum oraz
okolice północnej bramy miejskiej prowadzącej w stronę Wezuwiusza. Na
jednej z nich świątynia Jowisza, Junony i Minerwy przechyla się
niepokojąco na lewo; konne posągi po jej obu stronach zdają się niemal
ożywać, gdy jeźdźcy unoszą się w siodłach (il. 5). Na drugiej brama
Wezuwiańska złowieszczo odchyla się w prawo, rozdzielając się z potężnym
zbiornikiem wody po lewej stronie. Ta katastrofa nasuwa jedne z najbardziej kłopotliwych pytań w dziejach Pompejów. Jakie były jej
skutki dla życia w mieście? Jak wiele czasu zabrał miastu powrót do
normalnego stanu? I czy kiedykolwiek do niego wróciło? Czy w 79 roku
pompejańczycy wciąż mieszkali na gruzach - a Forum, świątynie i termy,
nie mówiąc już o licznych prywatnych domach, pozostawały nieodbudowane?
Teorii jest mnóstwo. Jedna z nich mówi, że po trzęsieniu ziemi doszło w Pompejach do przewrotu społecznego. Znaczna część starej arystokracji
postanowiła opuścić miasto raz na zawsze, zapewne udając się do innych
rodowych posiadłości. Ich wyjazd nie tylko otworzył drogę do awansu
byłym niewolnikom i innym nowobogackim, ale także zapoczątkował "upadek"
niektórych z elegantszych pompejańskich domów, pospiesznie
przekształcanych w folusze, piekarnie, gospody i inne obiekty handlowe
lub produkcyjne. Owa sterta narzędzi ogrodniczych w jadalni mogła
stanowić ślad takiej właśnie zmiany przeznaczenia: dawnej luksusowej
rezydencji radykalnie zdegradowanej przez nowych właścicieli, którzy
urządzili w niej gospodarstwo warzywne.
Możliwe. I być może mamy tu kolejny powód, by postrzegać stan miasta
jako daleki od "normalności", gdy zostało zasypane w 79 roku. Nie możemy
być jednak pewni, że wszystkie te zmiany były bezpośrednim skutkiem
trzęsienia ziemi. Do niektórych prawdopodobnie i tak doszło jeszcze
przed katastrofą. Niektóre - jeśli nie większość - niemal z pewnością
były przejawem zwykłych fluktuacji zamożności, sposobu użytkowania i prestiżu, jakie dostrzec można w dziejach wszystkich miast, tak
starożytnych, jak i współczesnych. Nie wspominając już o zauważalnych
"inteligenckich" uprzedzeniach wielu współczesnych archeologów, którzy
tak śmiało łączą awanse społeczne i pojawianie się nowych fortun z rewolucją lub upadkiem.
Kolejnym poważnym domysłem jest, że w 79 roku Pompeje nadal były w fazie
odbudowy. Jak dalece możemy stwierdzić na podstawie świadectw
archeologicznych, zapis Tacyta, jakoby miasto "po większej części poszło
w gruzy", jest pewną przesadą. Jednak stan wielu gmachów publicznych (na
przykład tylko jedne termy działały w roku 79 pełną parą) oraz to, że w tak wielu prywatnych domach trwały w chwili erupcji prace remontowe,
wskazują, że zniszczenia były znaczne i że Pompeje się jeszcze
całkowicie z nich nie podźwignęły. Rzymskie miasto, w którym przez
siedemnaście lat większość łaźni publicznych jest nieczynna,
najważniejsze świątynie niezdatne do użytku, a prywatne domy
zdemolowane, posądzać trzeba albo o poważny brak pieniędzy, albo
alarmującą niewydolność instytucjonalną, albo jedno i drugie. Co, u licha, robiła rada miejska niemal przez dwadzieścia lat? Siedziała i patrzyła, jak wszystko popada w ruinę?
Ale i tu nie wszystko wygląda tak, jak mogłoby się wydawać na pierwszy
rzut oka. Czy możemy być pewni, że wszystkie remonty, które były w toku,
gdy nastąpiła erupcja, miały na celu usunięcie skutków trzęsienia ziemi?
Pomijając już oczywisty argument, że w każdym mieście niemal nieustannie
prowadzone są jakieś prace budowlane, kwestia "jedno czy wiele trzęsień
ziemi?" głęboko podzieliła badających Pompeje archeologów. Niektórzy
twardo wyznają pogląd, że było tylko jedno niszczycielskie trzęsienie
ziemi w roku 62 i - sic! - w mieście zapanował taki chaos, że wiele
remontów ciągnęło się przez całe lata. Większość zwraca dziś uwagę, że w dniach, a może i miesiącach poprzedzających erupcję musiało dojść do
serii wstrząsów. Jak zapewniają wulkanolodzy, tego właśnie należy się
spodziewać przed potężnym wybuchem wulkanu, i tak czy owak jest to
zgodne z relacją Pliniusza: "Od wielu dni - pisał on - odczuwalne było
drżenie ziemi". Jeśli więc prace remontowe były nasilone, mówi ten
argument, to znacznie bardziej prawdopodobne, że chodziło o załatanie
świeżych szkód niż o spóźnione i nie w porę podjęte próby uprzątnięcia
bałaganu sprzed siedemnastu lat.
Co do stanu miasta w ogólności, a zwłaszcza gmachów publicznych, sprawę
komplikują późniejsze grabieże. Nie ulega wątpliwości, że w roku 79
niektóre gmachy publiczne były w ruinie. Zwrócona w stronę morza potężna
świątynia przypisywana zwykle bogini Wenus była wciąż placem budowy -
choć wydaje się, że odbudowa była zakrojona na jeszcze większą skalę niż
pierwotna wersja. Inne zostały już w znacznym stopniu doprowadzone do
stanu używalności. Świątynia Izydy, na przykład, funkcjonowała
normalnie, odbudowana i bogato przyozdobiona malowidłami, które dziś
należą do najsłynniejszych w mieście (il. 6).
Stan Forum w chwili erupcji stanowi jednak większą zagadkę. Jedna z opinii mówi, że było to na wpół opuszczone, prawie zupełnie
nieodbudowane rumowisko. Jeśli to prawda, wskazywałoby to co najmniej,
że zainteresowania pompejańczyków, delikatnie mówiąc, oddaliły się od
spraw publicznych. W najgorszym razie byłoby to oznaką kompletnego
załamania się instytucji obywatelskich, co (jak zobaczymy) kłóci się z innymi znaleziskami. W ostatnich czasach oskarżycielski palec kieruje
się na działające po erupcji grupy ratunkowe i rabusiów. Zgodnie z tym
poglądem znaczna część Forum została doprowadzona do porządku, a nawet
upiększona. Jednak pamiętając o położonych dopiero co cennych
marmurowych okładzinach, miejscowi wkrótce po tym, jak miasto zniknęło
pod warstwą popiołów, zaczęli kopać, by je odzyskać, zrywając je ze
ścian - które w efekcie wyglądają, jak gdyby były niewykończone lub po
prostu zniszczone. Interesowały ich też, oczywiście, liczne kosztowne
posągi z brązu, które zdobiły ten plac.
6. Świątynia Izydy była jedną z głównych atrakcji dla pierwszych turystów,
a także stanowiła inspirację dla pisarzy i muzyków, od młodego Mozarta po
Bulwer-Lyttona, autora Ostatnich dni Pompei. Ta rycina ukazuje pośrodku główny
budynek świątyni, po lewej zaś mały, otoczony murem basen z wodą używaną
w świętych obrzędach.
Te dyskusje do dziś podnoszą temperaturę konferencji archeologicznych.
Są przedmiotem naukowych sporów i rozpraw studenckich. Jednak bez
względu na to, jak zostaną ostatecznie rozstrzygnięte (jeśli w ogóle do
tego dojdzie), jedna rzecz nie ulega wątpliwości: "nasze" Pompeje nie są
rzymskim miastem zajmującym się spokojnie swymi codziennymi sprawami, po
czym nagle "zastygłym w czasie", jak twierdzą liczne przewodniki i broszury dla turystów. Pogrążone w chaosie i niespokojne, ewakuowane i splądrowane, nosi ono ślady (i blizny) najrozmaitszych historii, które
stanowią treść tej książki i które kryją się za czymś, co można by
nazwać "pompejańskim paradoksem": wiemy bardzo wiele, a zarazem
niezwykle mało o życiu w tym starożytnym mieście.
Prawdą jest, że Pompeje pozwalają nam wyrobić sobie żywsze pojęcie o prawdziwych ludziach i ich życiu niż niemal jakiekolwiek inne miejsce
rzymskiego świata. Spotykamy tu nieszczęśliwych kochanków ("Tkacz
Sukcessus kocha się w szynkarce Iris, a ona ma to gdzieś", jak głosi
napis nabazgrany na murze) i bezwstydnych enuretyków ("Nasikałem do
łóżka, nabrudziłem, przyznaję / Ale też, gospodarzu, nocnika nie
zastałem", oświadcza bezczelnie wiersz na ścianie sypialni pewnej
gospody). Możemy dostrzec ślady pompejańskich dzieci, od raczkującego
szkraba, który musiał mieć wielką uciechę z wciskania monet w świeży
tynk głównej sali, atrium, pewnego wytwornego domu, pozostawiając
przeszło siedemdziesiąt odcisków tuż nad podłogą (i niechcący
dostarczając w ten sposób znakomitego dowodu pozwalającego datować
wystrój wnętrza), po znudzone brzdące, które wydrapały szereg
schematycznych ludzików na wysokości dziecięcego wzrostu w przedsionku
term, być może czekając, aż ich matki skończą kąpiel. Nie wspominając
już o końskich uprzężach z dzwoneczkami, groźnie wyglądających
instrumentach medycznych (il. 7), osobliwych sprzętach kuchennych, od
dołkownicy do jajek po formy do musu, jeśli właściwie odgadujemy ich
przeznaczenie (il. 78), albo o tych przykrych pasożytach jelitowych,
których ślady sprzed dwóch tysięcy lat można wciąż znaleźć na brzegach
siedzisk w latrynie - oraz innych świadectwach pomagających odtworzyć
widoki, odgłosy i zapachy Pompejów.
7. Istnieje zdumiewające podobieństwo
między współczesnymi wziernikami
ginekologicznymi a tą starożytną
wersją z Pompejów. Choć brakuje
niektórych elementów, nie ulega wątpliwości,
że "ramiona" instrumentu
rozchylały się przez obrót rączki
w kształcie litery T.
8. Murek w pobliżu bramy Morskiej z czymś, co wygląda na pierścienie do cumowania
łodzi. Jest niemal pewne, że linia brzegowa uległa zmianie w ciągu
ostatnich stu lat życia miasta, pozostawiając te pierścienie na suchym lądzie.
Jednak przy całej sugestywności tego rodzaju detali szerszy obraz oraz
wiele najbardziej podstawowych aspektów życia miasta wciąż kryją się w mroku. Ogólna liczba mieszkańców nie jest jedyną zagadką, z jaką mamy do
czynienia. Kolejną jest związek miasta z morzem. Wszyscy są zgodni co do
tego, że linia brzegowa przebiegała w starożytności znacznie bliżej
Pompejów niż obecnie (oddalona jest o dwa kilometry). Jednak mimo
umiejętności współczesnych geologów dotąd nie udało się ustalić
dokładnie, jak blisko. Szczególnie intrygujący jest fakt, że tuż przy
zachodniej bramie miasta, która dziś stanowi główne wejście dla
turystów, znajduje się fragment muru z czymś, co wygląda jak pierścienie
do cumowania łodzi, jak gdyby morze podchodziło w tym miejscu niemal pod
samo miasto (il. 8). Problem w tym, że na zachód od tego miejsca, czyli
w stronę morza, odkryto budowle z czasów rzymskich, których przecież nie
wzniesiono pod wodą. Najbardziej przekonujące wyjaśnienie odwołuje się
raz jeszcze do trwającej aktywności sejsmicznej. Podobnie jak w pobliskim Herkulanum, gdzie ruchy te można udokumentować bardzo
wyraźnie, tak i tu linia brzegowa oraz poziom morza musiały się
dramatycznie zmieniać przez ostatnie kilkaset lat dziejów miasta.
Co jeszcze bardziej zaskakujące, przedmiotem sporów są nawet kluczowe
daty - nie tylko potężnego trzęsienia ziemi (które równie dobrze mogło
mieć miejsce w roku 63), ale także samej erupcji. W całej tej książce
stosować będę tradycyjne datowanie na 24 i 25 sierpnia 79 roku, które
jest zgodne z tym, co czytamy w relacji Pliniusza. Są jednak powody, by
sądzić, że katastrofa wydarzyła się nieco później, jesienią lub zimą
tegoż roku. Przede wszystkim, jeśli zajrzy się do rozmaitych
średniowiecznych manuskryptów Listów Pliniusza, można się przekonać,
że podają one przeróżne daty erupcji (ówcześni skrybowie nagminnie
popełniali błędy przy przepisywaniu rzymskich dat i liczb). Jest też
faktem, że w szczątkach znajduje się podejrzanie dużo jesiennych owoców,
a wiele ofiar najwyraźniej miało na sobie grube wełniane ubrania, strój
niezbyt stosowny na upalne południowe lato - chociaż rzeczy, które
ludzie narzucają, uciekając pod gradem pumeksu i popiołu wulkanicznego,
nie są może najlepszym wskaźnikiem pogody. Bardziej solidnym dowodem
jest natomiast pewna rzymska moneta, znaleziona w Pompejach w kontekście, który wyklucza zgubienie jej przez rabusiów. Specjaliści są
zdania, że nie mogła zostać wybita wcześniej niż we wrześniu 79 roku.
Nie da się ukryć, że wiemy o Pompejach zarazem znacznie więcej, jak i znacznie mniej, niż nam się wydaje.
PODWÓJNE ŻYCIE POMPEJÓW
Wśród archeologów krąży stary dowcip, że Pompeje ginęły dwukrotnie: po
raz pierwszy gwałtowną śmiercią w wyniku erupcji, po raz drugi zaś
powolną śmiercią, która zabija je, odkąd w połowie osiemnastego wieku
zaczęto prowadzić tu prace wykopaliskowe. Każda wizyta w tym miejscu
ukaże dobitnie, co oznacza owa druga śmierć. Mimo heroicznych wysiłków
pompejańskich służb archeologicznych miasto rozpada się w pył, chwasty
porastają wiele obszarów zamkniętych dla turystów, niektóre z pyszniących się niegdyś żywymi barwami malowideł, pozostawionych na
ścianach, wyblakły niemal doszczętnie. Jest to stopniowy proces
niszczenia, przyspieszany przez trzęsienia ziemi i masową turystykę,
któremu dopomogły też prymitywne metody wczesnych archeologów (choć
przyznać trzeba, że wiele pięknych malowideł ściennych, które skuli i umieścili w muzeum, zniosło upływ czasu lepiej niż te pozostawione w pierwotnym kontekście), alianckie bombardowania z roku 1943 (il. 9),
które obróciły w gruzy kilka rejonów miasta (większość zwiedzających nie
ma pojęcia na przykład, że znaczne części Wielkiego Teatru i Forum, a także niektóre z najsłynniejszych domów zostały niemal w całości
odbudowane po wojnie, albo że restaurację dla turystów usytuowano w miejscu szczególnie zdewastowanym przez bomby), oraz złodzieje i wandale, dla których teren wykopalisk, rozległy i trudny do upilnowania,
jest nęcącym celem (w roku 2003 dwa świeżo odkryte freski zostały
odłupane ze ściany; trzy dni później znaleziono je w pobliskim składzie
materiałów budowlanych).
9. Alianckie bombardowania w 1943 roku wyrządziły w Pompejach ogromne
szkody, niszcząc wiele ważnych budowli. To zdjęcie przedstawia stan Domu Trebiusza
Walensa po nalotach. Wiele zbombardowanych budynków zostało po wojnie
odbudowanych tak zręcznie, że nikt nie domyśliłby się dziś, iż na dobrą sprawę
dwukrotnie obracano je w ruinę.
10. Wykopaliska z lat trzydziestych dwudziestego wieku. Pompejańskie domy
nie wyłaniają się spod ziemi w nieskazitelnym stanie. Siła erupcji sprawiła, że
wyglądają jak po bombardowaniu. Tutaj malowany tynk z górnego piętra zasypał
położone niżej pomieszczenia.
Miasto to miało też jednak dwa życia: jedno w starożytności, drugie we
współczesnej rekonstrukcji antycznych Pompejów, którą dziś zwiedzamy.
Ten obiekt turystyczny wciąż usiłuje podtrzymać mit o "zastygłym w czasie" starożytnym mieście, do którego możemy wejść, jak gdyby było to
zaledwie wczoraj. Prawdę mówiąc, uderzające jest, że choć rzymskie
Pompeje leżą wiele metrów poniżej obecnego poziomu gruntu, wejścia na
teren są wytyczone tak, że nie odnosimy wrażenia, iż schodzimy w dół;
świat antyku stapia się niemal niepostrzeżenie z naszym własnym. Gdy
jednak przyjrzymy się uważniej, dostrzeżemy, że miasto tkwi zawieszone w pół drogi między ruiną i rekonstrukcją, między starożytnością i współczesnością. Przede wszystkim spora jego część jest w znacznym
stopniu odbudowana, i to nie tylko po szkodach wyrządzonych przez
bombardowania w czasie wojny. Sporym szokiem jest widok zdjęć budynków
tuż po ich odkopaniu (il. 10), ukazujących, w jak fatalnym stanie
znaleziono większość z nich. Niektóre, co prawda, pozostawiono tak
właśnie. Reszta jednak została naprawiona, ich ściany załatano i uzupełniono, by mogły utrzymać nowe dachy - przede wszystkim dla ochrony
konstrukcji i malowideł, turyści jednak często biorą je za w cudowny
sposób zachowane oryginały z czasów rzymskich.
Co więcej, miasto otrzymało nową geografię. Orientujemy się dziś w Pompejach, posługując się współczesnymi nazwami ulic, takich jak via
dell'Abbondanza (ulica Obfitości, główna arteria przecinająca miasto w kierunku wschód-zachód i prowadząca wprost na Forum, nazwana od
wizerunku bogini Obfitości wyrzeźbionego na jednej z ulicznych fontann),
via Stabiana (ulica Stabiańska, krzyżująca się z via dell'Abbondanza i prowadząca na południe, w stronę Stabiów) oraz vicolo Storto (zaułek
Kręty, nazwany tak z oczywistych względów). Nie mamy niemal zupełnie
pojęcia, jak ulice te nazywały się w czasach rzymskich. Z pewnej
zachowanej inskrypcji wynikałoby, że dzisiejsza via Stabiana nosiła
wówczas nazwę via Pompeiana, wspomina też ona o dwóch innych ulicach
(via Iovia, czyli ulicy Jowisza, i via Dequviaris, której nazwa ma być
może związek z radą miejską, czyli decuriones), których nie udało się
zlokalizować. Możliwe jednak, że wiele z nich nie miało określonych nazw
na dzisiejszą modłę. Z pewnością nie było żadnych tabliczek z nazwami
ulic i żadnego systemu adresowania przez podanie nazwy ulicy i numeru
domu. Zamiast tego ludzie wykorzystywali miejscowe punkty orientacyjne:
pewien gospodarz, na przykład, kazał dostarczać amfory z winem (jak
możemy wciąż przeczytać na jednej z nich): "Do Euksinusa [co da się
przetłumaczyć z grubsza jako "pan Gościnny"], karczmarza, w Pompejach,
koło Amfiteatru".
Podobnie nadaliśmy współczesne nazwy bramom miejskim, nazywając je od
miejsc, ku którym prowadziły: brama Nolańska, brama Herkulańska, brama
Wezuwiańska, brama Morska (w stronę morza) i tak dalej. W tym wypadku
nieco lepiej orientujemy się, jak brzmiały ich starożytne nazwy. Bramę
Herkulańską rzymscy mieszkańcy zwali porta Saliniensis albo porta Salis,
czyli "bramą Solną" (od pobliskich salin). Nasza brama Morska być może
nosiła nazwę bramy Rynkowej - tak przynajmniej wynikałoby z paru
strzępów starożytnych tekstów połączonych z wiarygodnie brzmiącymi
współczesnymi domysłami; koniec końców oprócz tego, że prowadziła do
morza, znajdowała się też najbliżej Forum.
W braku starożytnych adresów współczesne przewodniki po mieście
wykorzystują system identyfikacji poszczególnych budynków opracowany pod
koniec dziewiętnastego wieku. Ten sam archeolog, który udoskonalił
technikę odlewania zwłok, Giuseppe Fiorelli (swego czasu rewolucyjny
polityk oraz najbardziej wpływowy kierownik pompejańskich wykopalisk w dziejach), podzielił Pompeje na dziewięć stref, czyli regiones;
następnie ponumerował każdy wydzielony ulicami kwartał zabudowy w obrębie tych stref, po czym nadał odrębny numer każdym wychodzącym na
ulicę drzwiom. Innymi słowy, według tego standardowego już dziś w archeologii skrótowego zapisu "VI.xv.1" oznaczałoby pierwszą bramę
piętnastego kwartału w regionie szóstym, który znajduje się w północno-zachodniej części miasta.
Większości ludzi jednak VI.xv.1 jest lepiej znany jako Dom Wettiuszów,
gdyż obok tych gołych współczesnych numerów większość okazalszych domów,
a także gospody i bary otrzymały bardziej działające na wyobraźnię
nazwy. Niektóre nawiązują do okoliczności ich odkrycia: Dom Stulecia, na
przykład, został odkopany dokładnie 1800 lat po zniszczeniu miasta, w roku 1879; Dom Srebrnych Godów, odkopany w roku 1893, nazwano na cześć
obchodzonej w tymże roku dwudziestej piątej rocznicy ślubu króla Włoch
Humberta - jak na ironię budynek ten jest dziś lepiej znany niż
królewskie małżeństwo. Inne nazwy wywodzą się od charakterystycznych
znalezisk: przykładem może być Dom Menandra, a także Dom Fauna, nazwany
od odkrytego tam słynnego tańczącego satyra, czyli "fauna" z brązu (il.
12), (jego wcześniejsza nazwa, Dom Goethego, upamiętniała syna słynnego
Johanna Wolfganga von Goethe, który był świadkiem jednego z etapów
odkopywania go w roku 1830, na krótko przed swą śmiercią - jego smutny
los okazał się jednak mniej pamiętny niż chochlikowata rzeźba). Bardzo
dużo budynków, jak Dom Wettiuszów, otrzymało nazwy po swych rzymskich
mieszkańcach w ramach szerzej zakrojonego projektu ponownego zaludnienia
antycznego miasta i powiązania ruin z prawdziwymi ludźmi, którzy niegdyś
byli ich właścicielami, użytkownikami albo mieszkańcami.
Jest to pasjonująca, choć niekiedy ryzykowna procedura. Są przypadki,
kiedy powiązanie budynku z osobą właściciela nie budzi wątpliwości. Dom
bankiera Lucjusza Cecyliusza Jukundusa został z niemal stuprocentową
pewnością zidentyfikowany na podstawie jego archiwów, które były
przechowywane na strychu. Aulus Umbrycjusz Skaurus, najlepiej
prosperujący miejscowy wytwórca garum (charakterystycznej rzymskiej
mikstury z rozkładających się morskich stworzeń, eufemistycznie
określanej dziś jako "sos rybny"), uwiecznił własne nazwisko w swej
eleganckiej posiadłości szeregiem mozaik przedstawiających dzbany tego
produktu opisane sloganami w rodzaju: "Najwyższej jakości sos rybny z wytwórni Skaurusa" (il. 57). Słynący ze wspaniałych fresków Dom
Wettiuszów śmiało przypisano dwóm (prawdopodobnie) wyzwoleńcom, Aulusowi
Wettiuszowi Konwiwie i Aulusowi Wettiuszowi Restitutusowi. Identyfikacji
dokonano na podstawie znalezionych w westybulu dwóch pieczęci i sygnetu
z tymi nazwiskami oraz kilku plakatów wyborczych, czy raczej ich
antycznych odpowiedników, namalowanych na zewnętrznej ścianie
("Restitutus poleca [...] Sabinusa na stanowisko edyla"), przy
założeniu, że kolejna pieczęć, odkryta w innej części domu i nosząca
nazwisko Publiusza Krustiusza Faustusa, należała do jakiegoś lokatora
mieszkającego na piętrze.
W wielu wypadkach dowody są znacznie mizerniejsze, ograniczone nieraz do
pojedynczego sygnetu (który mógł zgubić równie dobrze właściciel, jak i gość), nazwiska wymalowanego na amforze z winem albo paru napisów na
murze podpisanych przez tę samą osobę, jak gdyby ludzie bazgrali tylko
po ścianach własnych domów. Szczególnie desperackie rozumowanie
dotyczyło nazwiska właściciela tutejszego domu publicznego, głównej
atrakcji dla wielu współczesnych, jak i zapewne starożytnych turystów:
miało ono brzmieć Afrikanus. Koronnym argumentem na rzecz tej tezy jest
smutna wiadomość wydrapana, najprawdopodobniej przez klienta, na ścianie
jednej z kabinek dziewcząt: "Afrikanus nie żyje" (albo dosłownie:
"umiera"). "Podpisał młody Rustikus, jego kolega szkolny, opłakujący
Afrikanusa". Afrikanus mógł mieszkać w tej okolicy: tak przynajmniej
możemy się domyślać z faktu, że na pobliskim murze ktoś o tym imieniu
obiecywał poparcie w lokalnych wyborach Sabinusowi (temu samemu
kandydatowi, który zdobył głos Restitutusa). Nie ma jednak najmniejszego
powodu, by sądzić, że sprowokowany przygnębieniem po odbytym stosunku
lament młodego Rustikusa, jeśli z tym właśnie mamy do czynienia, miał
jakikolwiek związek z właścicielem burdelu.
Ostateczny efekt tej i innych równie hurraoptymistycznych prób
zidentyfikowania starożytnych pompejańczyków i umieszczenia ich na
powrót w ich domach, barach i burdelach jest oczywisty: we współczesnej
wyobraźni ogromna liczba pompejańczyków trafiła w niewłaściwe miejsca.
Albo, ujmując rzecz bardziej ogólnie, istnieje wielka przepaść między
"naszym" antycznym miastem a tym, które uległo zniszczeniu w 79 roku. W tej książce będę konsekwentnie używać punktów orientacyjnych, wskazówek
topograficznych i nazewnictwa "naszych" Pompejów. Byłoby mylące i irytujące, gdybym określała bramę Herkulańską jej starożytną nazwą
porta Salis. Numeracja opracowana przez Fiorellego pozwala nam szybko
umiejscowić dany punkt na planie miasta i będę używać jej w odniesieniach. Mimo nieścisłości niektórych z nich zaś słynne nazwy -
Dom Wettiuszów, Dom Fauna i tak dalej - są zdecydowanie najłatwiejszym
sposobem przywołania na myśl konkretnego domu lub miejsca. Zgłębię
jednak też ową przepaść bardziej szczegółowo, zastanawiając się, w jaki
sposób antyczne miasto przeistoczyło się w "nasze" Pompeje, i snując
refleksje o procesach, które pozwalają nam zinterpretować odkrywane
szczątki.
Kładąc nacisk na te procesy, postępuję zarazem w pełni nowocześnie, jak
i, w pewnym sensie, powracam do bardziej dziewiętnastowiecznego
spojrzenia na Pompeje. Oczywiście dziewiętnastowieczni podróżnicy,
podobnie jak turyści w dwudziestym pierwszym wieku, rozkoszowali się
złudzeniem podróży w czasie. Intrygowało ich też jednak, w jaki sposób
przeszłość odsłania się przed nimi: nie tylko "co", ale i "jak"
dowiadujemy się o rzymskich Pompejach. Możemy dostrzec to w sposobie
ujęcia tematu w ich ulubionych przewodnikach po terenie wykopalisk,
przede wszystkim Handbook for Travellers in Southern Italy Johna
Murraya, wydanym po raz pierwszy w roku 1853 z myślą o potrzebach
rodzącej się masowej (a nie zarezerwowanej dla przedstawicieli wyższych
sfer) turystyki. Uruchomiona w roku 1839 linia kolejowa stała się
ulubionym środkiem transportu zwiedzających, a o ich żołądki troszczyła
się gospoda w pobliżu stacji, gdzie mogli zjeść obiad po męczącym
zwiedzaniu ruin. Był to lokal o zmiennych kolejach losu (w roku 1853
właścicielem był najwyraźniej "bardzo uprzejmy i uczynny człowiek", w roku 1865 czytelnikom doradzano, by nie siadali do stołu bez
wcześniejszego "dogadania się z oberżystą co do ceny"). Stanowił jednak
pierwszy z licznych punktów sprzedaży przekąsek, owoców, a zwłaszcza
wody butelkowanej, które otaczają dziś pierścieniem teren wykopalisk.
Handbook Murraya raz po raz wprowadza wiktoriańskich turystów w problemy interpretacji, prezentując rozmaite rywalizujące ze sobą teorie
na temat przeznaczenia odkrywanych właśnie okazałych gmachów
publicznych. Czy budynek, który nazywamy macellum (hala targowa) na
Forum, naprawdę pełnił rolę targowiska? A może była to świątynia? Albo
połączenie sanktuarium i jadłodajni? (Wiele tych wątpliwości nie zostało
do dziś rozstrzygniętych, jednak współczesne przewodniki z reguły
pozostawiają swych czytelników w nieświadomości - ich autorzy
powiedzieliby, że oszczędzają im problemów i kontrowersji). Co więcej,
wraz z opisem każdego starożytnego budynku bedeker Murraya odnotowuje
datę i okoliczności jego odkopania. Można odnieść wrażenie, że od tych
wczesnych turystów oczekiwano, iż będą prowadzić w głowie podwójną
chronologię: z jednej strony samego antycznego miasta i jego rozwoju, z drugiej - historię stopniowego wynurzania się Pompejów we współczesnym
świecie.
Możemy nawet przypuszczać, że słynne akcje, w których ludzkie szczątki
lub inne godne uwagi znaleziska jak na życzenie "odkrywano" na oczach
bawiących tu z wizytą dygnitarzy, były kolejnym aspektem tego samego
podejścia. Dziś skłonni jesteśmy podrwiwać z niewybredności tych komedii
oraz łatwowierności widzów (czy dostojni goście mogli być tak naiwni, by
wyobrażać sobie, że tak wspaniałe odkrycia zostały dokonane zupełnie
przypadkiem akurat w chwili ich przybycia?). Jednak sztuczki stosowane
przez przemysł turystyczny mówią równie wiele o nadziejach i oczekiwaniach zwiedzających, ile o przebiegłości tubylców. Tutaj goście
chcieli oglądać nie tylko same znaleziska, ale i prace wykopaliskowe,
które wydobywały przeszłość na światło dzienne.
Oto wybrane sprawy, którym chciałabym przywrócić miejsce w ogólnym
obrazie.
MIASTO NIESPODZIANEK
Pompeje zaskakują na każdym kroku. Sprawiają, że nawet najbardziej
rzeczowi i dobrze poinformowani specjaliści zmuszeni są zrewidować swe
wyobrażenia o życiu w rzymskiej Italii. Wielki ceramiczny dzban z malowanym napisem reklamującym jego zawartość jako "koszerne garum"
przypomina nam, że ludzie tacy jak Umbrycjusz Skaurus mogli starać się o pozyskanie niszowego rynku lokalnej społeczności żydowskiej (gwarantując
brak skorupiaków wśród nierozpoznawalnych już składników tej przegniłej
mikstury). Wspaniała figurka z kości słoniowej, przedstawiająca hinduską
boginię Lakszmi, którą odkryto w roku 1938 w budynku nazwanym dziś z jej
powodu "Domem Indyjskiej Statuetki", skłania do zastanowienia się raz
jeszcze nad powiązaniami Rzymu z Dalekim Wschodem (il. 11). Czy trafiła
ona do miasta, przywieziona jako pamiątka z podróży przez jakiegoś
pompejańskiego kupca? Czy może za pośrednictwem kupieckiej społeczności
Nabatejczyków (z dzisiejszej Jordanii) zamieszkałej w pobliskim Puteoli?
Niemal równie nieoczekiwane było niedawne odkrycie szkieletu małpy,
rozsianego - nierozpoznanego przez wcześniejszych archeologów - wśród
kości w magazynach na terenie wykopalisk. Mogła to być egzotyczna żywa
maskotka albo, co bardziej prawdopodobne, zwierzęcy aktor ulicznego
teatrzyku lub cyrku, wyuczony zabawnych sztuczek.
11. Ten posążek z kości słoniowej,
przedstawiający indyjską boginię
Lakszmi, pozwala uzmysłowić sobie
rozległość wielokulturowych powiązań
Pompejów. Ta bogini szczęścia,
płodności i piękna została ukazana
niemal naga, jeśli nie liczyć bogatej
biżuterii.
Pompeje są miastem, które potrafi zaskoczyć, bardzo znajomym, a zarazem
przedziwnie obcym. Ta miejscowość na italskiej prowincji, której
horyzont nie sięgał poza Wezuwiusz, stanowiła zarazem część imperium
rozciągającego się od Hiszpanii po Syrię, z całą kulturową i religijną
różnorodnością, jaka często cechuje imperia. Słynne słowa "Sodoma" i "Gomora" napisane wielkimi literami na ścianach jadalni stosunkowo
skromnego domu przy via dell'Abbondanza (zakładając, że nie są one
ponurym komentarzem jakiegoś późniejszego rabusia) są dla nas czymś
więcej niż uwagą - albo żartem - naocznego świadka na temat obyczajności
pompejańskiego życia towarzyskiego. Uświadamiają nam one, że w tym
mieście nie tylko dzieła Wergiliusza, ale i słowa Księgi Rodzaju ("Wtedy
Pan spuścił na Sodomę i Gomorę deszcz siarki i ognia, sam Pan z nieba")
musiały być znane przynajmniej niektórym mieszkańcom.
Ta małomiasteczkowa społeczność licząca - pomijając kobiety, dzieci i niewolników - zaledwie parę tysięcy obywateli, nie większa niż wioska
lub campus uniwersytecki, odcisnęła jednak trwalsze piętno na dziejach
Rzymu, niż skłonni bylibyśmy sądzić. Dowiemy się o tym z rozdziału 1.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki