Wzywanie pomocy Muz przed
rozpoczęciem pisania, nie jest rzeczą czasów naszych. Było to
kiedyś modą powszechną, ale być przestało, odkąd pod wpływem
szerzącej się w świecie poziomej prozy, słońce zaniechało, w języku
poetów, jeździć po firmamencie ognistym wozem, księżyc utracił
wdzięczne miano Dyanny, jędza nazwana została nie Prozerpiną lecz
jędzą, a Dafnis i Chlorynna ustąpiły miejsca Pawłowi i Marysi. W
owym to właśnie czasie, gdy mowa bogów tak znakomitej ulegała
przemianie, jeden z wielkich wieszczów zachodu zapytany: co
mianowicie w obec nowego porządku wyobrażeń i wyrażeń, powie on o
człowieku powierzającym łódź przeznaczeń swoich głębiom ponurego
Państwa, nad którem panuje straszliwy trójząb Neptuna? odrzekł:
powiem po prostu: wypływa na morze. Co za skażenie smaku! Jaka
gminna prostaczość słowa! Jakże wyraźnie uczuć się już tu daje
powolne znikanie złotych i srebrnych wieków ludzkości, a
nadciąganie żelaznego, owego żelaznego wieku, w którym wodna
puchlina tak serca, jak wyobraźni, jak stylu zaszczytnem
odznaczeniem być przestanie, a ludzkość pracować pocznie na to, aby
módz nazywać prawdę, jakkolwiekby gorzką była - prawdą, a głupstwo,
jakkolwiek różowe - głupstwem!
Tak, a przecież i dla obecnie piszących istnieją momenty,
momenty w których na widok podnoszącego się przed nimi zadania,
czują oni całą słabość, całą nicość swych sił przyrodzonych i
radziby byli przyzwać sobie ku pomocy wszystkich mieszkańców
starożytnego Helikonu, posiąść w pamięci swej wszystkie mitologie
starożytne i inne, napełnić słownik swój wszystkiemi
najwspanialszemi epitetami, metaforami i allegoryami, aby módz
dokładnie określić wielkość opisywanego przedmiotu i w
jaknajdostatniejszy sposób przedstawić go razem i polecić
współczuciu przyszłej rzeszy czytelników.
Taki to właśnie moment przebywam, łaskawy czytelniku,
rozpoczynając powieść tę, rozpoczynając ją z gorzkiem zwątpieniem o
siłach mych, z wewnętrznem westchnieniem do wszystkich bóstw, które
dotąd opiekować się piórem mem i wspierać je raczyły, rozpoczynając
ją z trwogą niepomierną i uroczystym nastrojem ducha, albowiem
opiewać mi w niej przychodzi dostojny i całej parafii mej znany
ród: Hrabiów Czółno Don-Don Pompalińskich.
Jakże opiewać go będę? czy świetne zjawisko to obejmę w
całości, poczynając od pierwszej chwili w której zajaśniało śród
świata, do obecnej, od najdawniejszego protoplasty do drobniuchnych
teraźniejszych odrośli? Nie; zadaniu podobnemu nie podołałabym
nigdy, jakkolwiek bowiem urodzinom rodu tego towarzyszyły wieszczki
róźne: dobre i niedobre, takie które obdarzały go sowicie i takie
które go niczem wcale nie obdarzały, nie potrafiłabym nigdy opisać
wiernie, wyliczyć szczegółowo i w jaki taki artystyczny ład ułożyć
wszystkie splendory i koleje losu, łączące się w pamięci mej z
pojęciem rodu tego.
Wolę więc poprzestać na mniejszem i pobieżnym zaledwie
rzutem oka ogarnąwszy część historyczną przedmiotu, szczegółowo
opracować jeden tylko epizod z teraźniejszego już istnienia rodu
poczerpnięty i z pewną tylko ilością członków jego związek mający,
epizod którego tytuł, gdyby nie wstręt mój do wszelkich w ogólności
długich i szumnych tytułów, brzmieć by powinien:
O troskach i zgryzotach, które dotknęły dostojną rodzinę
Hrabiów Czółno Don-Don, Pompalińskich.
O! były to troski i zgryzoty, o których z pewnością pojęcia
nie masz ty, gminny wyrobniku, pochylający się od świtu do nocy nad
twardą glebą, aby z niej dla spracowanego ciała twego i wybladłych
ust twych dzieci, wydobyć odrobinę czarnego, łzami i potem oblanego
pożywienia; nie macie o nich pojęcia i wy Matki czułe, spędzające
noce bezsenne nad kolebkami dziatek waszych w trwodze o życie ich
lub dolę, ani wy mężowie uczeni z krwawym znojem myśli goniący za
promieniem prawdy, ani wy mężowie idei rzucający się w odmęt walk,
za to coście uwielbili i ukochali sercem... Były to troski i
zgryzoty godne najczulszych trenów, najżałośniejszych,
najmelancholiczniejszych elegij... ja przecież nie posiadając z
natury najlżejszej ku melancholii skłonności, a w dodatku i nie
umiejąc wierszy pisać, przedstawię wam je czytelnicy w formie nie
trenu, nie elegii lecz skromnej powiastki, którą chciałabym nawet
uczynić jak najmniej smutną i którą też w wierszu następującym
rozpoczynam.
Rozpocząć inaczej nie mogę jak wytłómaczeniem,
niezrozumiałego Ci zapewne czytelniku znaczenia dwóch wyrazów
poprzedzających bezpośrednio nazwisko: Pompalińscy i ściśle z
nazwiskiem tem połączonych, mianowicie: Czółno i Don-Don.
Owóż Czółno - to herb, a Don-Don, przydomek. Zkąd się zaś
wzięły i jak powstały i herb i przydomek, co wiem to opowiem.
Ród Pompalińskich najżywszym jaśnieje blaskiem w
miejscowości, w której szumią ostatki puszcz niegdyś wspaniałych i
sławnych, Niemen toczy szerokie, poważne swe fale, najbujniejsza
wzrasta boćwina i najsmaczniejsze w świecie całym wyrabiają się
kiełbasy - słowem, na Litwie. Najlżejszej nie ulega wątpliwości, że
istnienie rodu tego datuje od czasów niesłychanie dawnych. Są tacy
którzy mniemają i dowodzą, że pierwszym protoplastą jego, był jeden
z 12-u Wojewodów, którzy rządzili przed królem Mieczysławem jeszcze
i ojcem jego Piastem. Inni, a między tymi i sam dziś żyjący hrabia
Światosław Pompaliński utrzymuje, iż nie jeden z 12-u Wojewodów
Polskich, ale pewien wielki wódz Rzymski, który odznaczył się tem
mianowicie, iż obalił w gruzy kilka miast kwitnących i położył
koniec życiu niesłychanej ilości ludzi, był pierwszym założycielem
rodu, którego on, Hrabia Światosław, jest obecnie głową i główną
ozdobą; jakimto jednak wywodem nie zadowolniony, brat hr.
Światosława, hr. August, domyśla się i domysł swój niezbitemi
dowodami wkrótce stwierdzić przyrzeka, iż ród Pompalińskich,
wywodzić się właściwie powinien nie od słynnego wodza Rzymskiego,
ani tembardziej od żadnego Wojewody Polskiego, ale od jednego z
owych walecznych i bohaterskich Braci Machabeuszów, o których
przecie świat cały wie jakimi byli gorącymi patryotami i
niezłomnymi rycerzami. Wspomnienie jednak o Machabeuszach
sprowadza, niewiem prawdziwie dla czego, wyraz niesmaku na oblicze
hr. Światosława i wywołuje zwykle spór, delikatny zresztą i
etykietalny, pomiędzy nim, a nieco lekkomyślnym bratem jego, spór
który gdy raz wzniesionym został przy wytwornie zastawionym stole
hr. Światosława, jeden z biesiadników przeżuwający właśnie ostatni
kęsek pasztetu z jarząbków i niosący do ust kielich wybornego
węgrzyna, uczynił wniosek, że obaj dostojni bracia, jakkolwiek
dostojni i wysoce uczeni, tym razem tylko i całkiem wyjątkowo
znajdują się w błędzie; początku bowiem rodu Pompalińskich szukać
nie należy ani w kronikach Rzymskich, ani w dziejach Izraelskich,
ale w owej całkiem przedhistorycznej epoce, której ślady odkrywają
się dziś oczom geologów i antropologów, w postaci jaskiń
napełnionych zmięszanemi ze sobą kośćmi ludzkiemi, lwiemi i
niedźwiedziemi, czyli, że pierwszego w świecie Pompalińskiego,
szukać należy nie gdzieindziej tylko pomiędzy ludźmi kopalnymi.
Podobne jednak twierdzenie, jako opierające się na geologii i
antropologii, zakrawało mocno na herezyę i przypaść nie mogło do
smaku ścisłej i gorącej ortodoksyi hrabiny Wiktoryi Pompalińskiej,
z domu księżniczki X., wdowy po zgasłym oddawna hr. Jarosławie,
trzecim i najmłodszym, z pomiędzy trzech dostojnych hrabiów - braci
i matki dwu w kwiecie wieku obecnie zostających, a stanowiących
świetną nadzieję rodu hrabiów braci: Mścisława i Cezarego. Hrabina
Wiktorya po długiem rozmyślaniu nad wnioskiem biesiadnika, który
wydawał się jej więcej grzesznym niż prawowiernym, udała się do
spowiednika swego
allias dyrektora swego sumienia z zapytaniem: czy prawidła
prawomyślności pozwalają wierzyć w epoki przedhistoryczne, w
geologią, antropologią, jaskinie i ludzi kopalnych. Na co gdy
dyrektor sumienia odpowiedział, że: epoki przedhistorycznej nie
było wcale żadnej i być nie mogło, albowiem dzieje świata od jego
stworzenia, stoją najwyraźniej i jak na dłoni opisane w księgach
Genezy, Królów, Sędziów, Estery, Paralipomenon i t. d. że następnie
geologia i antropologia, a zatem jaskinie i ludzie kopalni są
niczem innem jak wymysłami półmędrków i wybrykami demokratycznemi,
mogącemi tylko splamić czystość wyobraźni i zmącić spokój myśli tak
nieskazitelnej niewiasty i arystokratycznej damy jak hr. Wiktorya;
Hr. Wiktorya przestała już całkiem wierzyć w legendę o Pompalińskim
kopalnym, a marzyła natomiast o tem, że jako ludzie pochodzą nie z
jaskiń lecz z raju, pierwszym Pompalińskim musiał być tedy
ktokolwiek z mieszkańców tego miejsca rozkoszy, kto wie? Czy nie
sam nawet Adam mąż Ewy, a ojciec ludzkości.
Wszystkie te jednak spory, dochodzenia, domysły, należą już
dziś do minionej przeszłości; brzmiały one dość długo, ale już
przebrzmiały, pozostawiając po sobie w umysłach tak interesowanych
osób jak tych, którzy je najbliżej otaczają, tę pewność niezbitą,
że ród Pompalińskich jest nadzwyczaj starożytnym rodem i na mocy
tak starożytności swej jak posiadanych przez się bogactw, posiada
prawo stania na jednej linii z najstarożytniejszemi i najbardziej
szanownymi rodami kraju naszego, ba, całej nawet Europy.
Nieszczęściem, wiek nasz jest jak wiadomo wiekiem
skeptycyzmu i nieustających nigdy kontrawersyi. Jakkolwiek więc
spory i niepewności wszelkie, pod powyższym względem zachodzące,
oddawna już umilkły w łonie samej rodziny i w łonach licznych
zresztą, które mają zaszczyt jeść, pić i oddychać w bezpośredniej
jej blizkości, w oddali przecież, wśród nikczemnego, po nizkich
poziomach czołgającego się, plebsu krążą o przedmiocie tym różne
szczególne przypuszczenia, wspomnienia i wcale dziwne opowiadają
się powieści.
I tak: utrzymują niektórzy, że najwyraźniejszym dowodem
głębokiej starożytności świetnego dziś rodu, zdaje się być to
właśnie, iż początki jego giną w mrokach przeszłości tak dalece, iż
wspomnienia o nich darmoby szukać w jakimkolwiek kronikarzu,
historyku lub heraldyku nie już izraelskim lub rzymskim, ale
poprostu polskim. Milczy o rodzie tym Gall i milczy Kadłubek,
milczą Długosz i Bielski i Stryjkowski, milczą Paprocki i
Niesiecki, milczą Naruszewicz, Lelewel, Szujski i Szajnocha.
Daremnie wertujesz dzieła wszystkich wyż wspomnianych szperaczy i
mędrców, daremnie na karcie każdej, każdą wielką literę
zapowiadającą imię własne chciwem chwytasz okiem, - Potoccy, to
Zamojscy, Tarnowscy, Sapiehowie, Sanguszkowie, Lubomirscy, ale -
nie Pompalińscy. O Pompalińskich w księgach rodzaju
arystokratycznego - ani słuchu! Szczególne wydarzenie! Ja przecież
nie posiadając w sercu mem ani źdźbła złośliwości, pełna zresztą
czci i uroczystego poważania dla wszystkiego co wielkie i potężne,
wydarzenie to na dobre wytómaczyć pragnę. Być może, iż wszyscy, wyż
wspomnieni kronikarze, historycy i heraldycy, na pozór tylko byli
takimi skrzętnymi zbieraczami i sumiennymi pracownikami za jakich
świat zwykł ich uważać, w gruncie zaś dopuszczali się grzesznego
niedbalstwa i kary godnych doprawdy opuszczeń. Wszak bywają na
ziemi sławy niezasłużone! Być może jeszcze, iż zachodziły tu
intrygi jakieś, przyczyny osobiste całkiem, wzajemne niechęci,
urazy, że którykolwiek z rodu Pompalińskich pokłócił się o
starostwo naprzykład lub kasztelańskie krzesło z Marcinem Gallem,
inny z Długoszem, inny jeszcze z Paprockim, inny jeszcze w
turniejach patryotycznych prześcignął Lelewela, inny potrącił
niechcąc ślepego Szajnochę lub z niedostatecznem uszanowaniem
słuchał uniwersyteckiego wykładu profesora Szujskiego, za co
wszystko mszcząc się mężowie ci, zaniedbali znienawidzone przez się
imię polecić czci i pamięci potomnych i zagrzebali je grubą warstwą
niezłomnego milczenia. O! tak! Bywają wszak na świecie stronności i
niesłuszności takie!
Wszystko powyższe jednak stanowi dla zajmującego nas rodu
nieprzyjemność, że tak powiem, negatywną tylko. W innych wersyach
przytrafiają się nieprzyjemności afirmatywnej już natury. Tak np.
niedawno jeszcze poumierali ludzie pamiętający czas, w którym przed
stu około laty, wielkie jezioro nasze napełniło się wodą strasznie
mętną. Byli podówczas tacy, którzy z całej mocy głów swych i rąk
usiłowali wodę tę oczyszczać i do stanu spokojnej, kryształowej
toni doprowadzać. Nie udało się biedakom. Ale też i na odwrót -
istnieli i tacy, którzy "nad rzekami Babilonu usiadłszy" zatopili w
toni zmącone długie, kręto wijące się wędki. Byłże to był połów
obfity! Owóż, ci co niedawno poumierali, a przed śmiercią o starych
dziejach dzieciom i wnukom swym opowiadać lubili, gwarzyli jakoś...
nawpół nieprzytomnie zapewne, że niby... wpośród rybaków owych
widziano... ach! okropna to potwarz, której usta moje wypowiedzieć
od razu nie mogą! że tedy pośród rybaków owych... znajdował się
i... (odwagi pióro moje! odwagi!) i ojciec hrabiów Światosława,
Augusta i Jarosława; że... był on jakoby rybakiem bardzo zręcznym
bo same złote rybki czepiały się jego wędki, że jednak, podówczas
jeszcze ani hrabią, ani żadnym wcale wielkim panem nie był i wtedy
dopiero gdy już onych ryb złotych wiele, wiele nałowił, stał się
wielkim panem (choć zawsze jeszcze nie hrabią) nabył ogromne dobra
i zaczął w nich stawiać pałac tak wielki, tak wielki, że dotąd
jeszcze budować się on nie przestaje, a nawet według przepowiedni
znawców, budować się będzie, jak katedra kolońska, przez wieków
siedem.
Nie na tem jednak koniec kalumnii. Zkąd bowiem wziął się ów
dzielny rybak? Był synem flisaka, odpowiadają kalumniatorzy. Czem
są flisacy, wiedzą dobrze wszyscy nad brzegami rzek spławnych
mieszkający. Owóż rodzic rybaka, wedle powyżej wymienionych
kalumniatorów, był jakoby flisakiem - na jednej z
Wicin zbożem naładowanej, a rok rocznie po spławnych
falach Niemna żeglującej ku Gdańskowi, czy innym tam miejscom
wielkich targowisk nadmorskich. Ztąd tedy, czyli od tej niby wiciny
- powstało Czółno, dotąd na herbie Pompalińskich, śród
blado-błękitnego tła, niby śród fal rzecznych figurujące, a Czółno
nie zaś Wicina, jakby z pozoru być powinno, dla tego mianowicie, że
Wicina jako nazwa czysto miejscowa, litewska, posiadałaby brzmienie
i kształt na tarczy nie dla wszystkich plemion ucywilizowanego
świata zrozumiałe, gdy tymczasem czółnem jak wiadomo, posługują się
plemiona wszelkie. Oto więc wedle mniemania plebsu, rodowód herbu.
Z przydomkiem inna zupełnie historya. Zjawił się on obok
nazwiska wcale niedawno, wtedy mianowicie, gdy w prowincyi, w
której położone są dobra Pompalińskich, zjawiła się pewna choroba
umysłowa, dotąd przez psychiatryą nieznana i niebadana, a nosząca
specyalną nazwę: przydomkomanii. Nagle jednocześnie znakomita
liczba głów chorobie tej podległa. Wszyscy cokolwiek choćby
dostojniejsi obywatele powiatu N. zapragnęli na gwałt mieć
przydomki. Rozpoczęło się ogólne grzebanie w familijnych archiwach,
nastąpiły formalne oblężenia tak zwanych deputacyi szlacheckich,
czyli biur mających w swem posiadaniu heraldyczne wywody miejscowej
szlachty i trudniącej się ich legalizowaniem. Pracowano w pocie
czoła nad rozkopywaniem próchien dawno zgasłych i zapomnianych
przeszłości, nad wznawianiem, a jeśli trzeba i kleceniem na nowo
jakich takich, byle odrobinę prawdopodobnych przyrostków i dodatków
do głównego imienia. Przyznać też trzeba; że mozoły podjęte nie
poszły na marne i że mnóstwo imion wyłoniło się z pyłu
wstrząśniętych aż do posad archiwów, z odnowionym lub nowym, a
zawsze szumnie brzmiącym splendorem. Tak np. znani w parafii całej
z wielu plemiennych cnót naszych i przymiotów, jako to: z
rozrzutności, próżniactwa i wszelkie granice hygieną i moralnością
przepisane, przechodzącego, ducha erotyczności, bracia
Tutunfowiczowie nazywać się poczęli: Tynf Tutunfowiczami (z powodu
czego złośliwi mawiali, że przydomek większą ma wartość od
właścicieli, bo jest w nim tynf wtedy gdy właściciele jego tynfa
nie są warci). Imci Pan Kobyłkowski wydrukował na wizytowym bilecie
swym Koryto-Kobyłkowski, Trzewikowski anonsował się w
arystokratycznych salonach jako Perła-Trzewikowski, Worydło, został
Jastrząb-Worydłem, Kniks, Trzaska-Kniksem i t. d. Przydomki słowem,
stały się w one czasy modą powszechną, pożądaniem najwyższym,
zaszczytem koniecznym, bez którego niepodobna było porządnemu
człowiekowi przyzwoicie zaprezentować się w świecie, ani też
osobistej i szlacheckiej swej godności, dostatecznie ochronić przed
napływającą coraz gwałtowniej falą gminnych, demokratycznych
roszczeń i wyobrażeń. Nicby zresztą w staraniach tych i
upiększeniach się pracowitych osobliwego nie było, gdyby nie ta
szczególna okoliczność, iż zaszły one w tym właśnie czasie, który
bezpośrednio nastąpił po wielkiej, wstrząsającej reformie
społecznych stosunków. Należyż proszę państwa opuszczać bezczynnie
ręce i poddawać się zniechęceniu dla tego, że szczęście i bogactwa
zniknęły? Przeciwnie, tem gorliwiej, tem usilniej pracować należy,
aby straty poniesione powetować i nowym zajaśnieć blaskiem. Kto
płacze, ten płacze, kto głodny, ten głodny, a kto może do
uratowanego domu swego dodać jeszcze przydomek, dla czegóżby
uczynić tego nie miał, ku większej chwale swojej i narodu swego, ku
pokazaniu światu całemu, że nietylko istniejemy jeszcze ale ba! o
świetność istnień naszych skutecznie starać się potrafimy! Ztąd
wniosek, że istnieje na ziemi pewien gatunek ludzi, do którego w
żaden sposób zastosować się nie da Darwinowskie prawo wykształcania
się organizmów wedle potrzeb i warunków otaczających, który
jednakim jest wszędzie i zawsze w szczęściu i niedoli - przed burzą
i po burzy. Z tem wszystkiem, mogliż Pompalińscy pozostać w tyle
tam, gdzie dokonywały się tak szlachetne i pełne chwały zachody?
Hrabiowie zresztą Światosław i August, jako ludzie wiekowi i
czujący się najzupełniej już wyższymi nad wszelkie wyższości przez
innych zdobyte, lub zdobytemi być mogące, nie myśleliby może tak
dalece o owej w rodzinnym powiecie ich grasującej chorobie
przydomkowej i nie raczyliby trudzić się dla tego aby nie dać się
ubiedz w dostojeństwach jakimś tam Tutunfowiczom lub Kniksom. Ale
pomyślał o tem wszystkiem bardzo gorliwie młody hr. Mścisław, syn
hrabiny Wiktoryi, z domu księżniczki X. i zgasłego oddawna
najmłodszego z trzech hrabiów braci hrabiego Jarosława. Hr.
Mścisław osobiście nawet w interesie przydomku owego zjechał na
Litwę i nie ustawał w staraniach a zachodach póty, aż w papierach
familijnych znalazł najwyraźniej wypisane, (co zresztą znanem mu
już było z podań rodzinnych i portretów okrywających ściany sali
jadalnej hr. stryja jego); że w dość odległym już wieku, dwaj
Pompalińscy ożenieni byli z kolei z dwoma hiszpankami wielkich
rodów, córkami grandów i udzielnych panów, imiona których
nieodmiennie poprzedzanemi bywały zgłoską Don. Dwie hiszpanki,
córki grandów, w rodzie, - dwa tedy Don, co złożone razem układało
się we wcale dźwięczny przydomek, mający w dodatku nad Tynfem,
Korytem, Perłą i t. d. tę niezaprzeczoną wyższość, że gdy te
brzmiały gminnie, po polsku, Don Don wydawał dźwięk jakoby
poruszanej strony gitary hiszpańskiej i nasuwał wyobraźni cały
szereg poetycznych, cudzoziemskich obrazów, jako to: płaszczów
aksamitnych po almawiwsku na ramiona zarzucanych, tog najeżonych
strusiemi piórami i t. d. i t. d. Powiadają że czyn ów hr.
Mścisława w postaci przydomka pojawiwszy się śród świata, obudził w
powiecie nie mało szlachetnych współzawodnictw i wysileń, że
mianowicie dwaj obywatele miejscowi, odznaczyli się w tym względzie
nadzwyczaj bujną pomysłowością wypisując przed nazwiskami swemi,
jeden, francuzkie: De-De, drugi niemieckie Von-Von... Pomysły te
przecież jakkolwiek świetne, nie zdołały zakorzenić się w rodzinnym
gruncie i gdy hiszpańskie Don-Don zostało przyjęte powszechnym
oklaskiem i uwielbieniem, francuzkie De-De i niemieckie Von-Von
wyśmiane i odtrącone, zniknęły wkrótce z podpisów na listach i kart
wizytowych tak zupełnie jakby nigdy nie istniały. W czem nowy dowód
prawdziwości przysłowia, że co wolno Jowiszowi nie wolno wołowi,
czyli, że co świat uznaje chlubą i zasługą u milionowych panów, to
wzgardą i szyderstwem okrywa u jakichś tam odłużonych, lub ledwie
dostatnich szlachetek.
Tak więc wylegitymowawszy przed czytelnikiem pochodzenie i
znaczenie herbu i przydomka, powinnabym jeszcze powiedzieć coś i o
tytule hrabiowskim, który posiada także swą traicznych przejść nie
pozbawioną historyą. Że jednak główne i najtraiczniejsze zajście
używaniem tytułu tego spowodowane, stanowi już integralną część
epizodu, mającego składać treść niniejszej opowieści, że co więcej
rozpoczęło ono właśnie cały szereg trosk tych i zgryzot, które
dostojną rodzinę nawiedziwszy, mnie pióro do ręki włożyły, wolę
więc, przez obawę powtarzania się pozostawić rzecz o tytule dalszym
czasom, a kończąc już pobieżny mój zarys historyczny, zaprosić
czytelnika do następnego rozdziału, w którym będzie on miał
zaszczyt wstąpić wraz ze mną w wysokie progi pałacu hr. Światosława
i osobiście już zapoznać się z kilku głównymi członkami, opiewanego
przezemnie rodu.