Rozdział I. Lata 1168-1170: Dania wobec odwetowych najazdów Słowian
ROZDZIAŁ I
LATA 1168-1170: DANIA WOBEC
ODWETOWYCH NAJAZDÓW SŁOWIAN
Nawiązując bezpośrednio do zakończenia mojego poprzedniego tomu HB
Rugia 1168: wyprawa pod wodzą króla Waldemara I i biskupa Absalona
zakończyła się dla Duńczyków spektakularnym sukcesem - zdobyciem Rugii.
Wyspa została włączona do Królestwa Danii, zdobyto niebotyczne skarby,
zniszczono drewniane bałwany pogańskich bożków, przystąpiono do
sukcesywnej i intensywnej chrystianizacji ludności, nałożono coroczny
trybut i obowiązek dostarczania wsparcia militarnego. Rugia dostała się
pod duńskie panowanie zarówno pod względem świeckim (książę Jaromir stał
się lennikiem duńskiego władcy), jak i kościelnym (podległość wyspy
biskupstwu w Roskilde). Ponieważ korzyści ze zwycięstwa w aspekcie
politycznym i kościelnym przypadły wyłącznie Danii, jej sukces dokonał
się kosztem dotychczasowych sojuszników - Henryka Lwa, Przybysława
obodryckiego oraz książąt pomorskich Bogusława I i Kazimierza I.
Na podstawie układu2 zawartego w 1166 roku nad graniczną rzeką
Eider Henryk Lew i Waldemar Wielki zobowiązali się dzielić po równi
zyski z wypraw wojennych przeciwko terenom słowiańskim: trybuty,
zakładników, zdobycze materialne, terytoria, wpływy polityczne i kościelne. Należy tu sprecyzować pojęcie "tereny słowiańskie". Na pewno
nie były to obszary, które już znajdowały się pod zwierzchnictwem
Henryka Lwa, czy to bezpośrednio włączone do Niemiec (Wagria oraz ziemie
byłego księstwa Obodrytów, czyli aktualnie księstwo meklemburskie
rządzone przez Przybysława), czy podlegające silnej saskiej
zwierzchności lennej (część Pomorza ze stolicą w Dyminie pod rządami
Kazimierza I). Chodzić mogło jedynie o ziemie słowiańskie niezależne
politycznie od Danii i Niemiec, czyli Rugię, wieleckie pasmo
przybałtyckie Czrezpienian i Chyżan (dochodzące do ziemi trzebuskiej),
część Pomorza rządzoną przez Bogusława I (Wołogoszcz, Uznam, Wolin,
Kamień, Szczecin, uogólniając - tereny nad trzema ujściami Odry). Nas
najbardziej interesuje sytuacja na tym ostatnim wymienionym obszarze.
Przypuszczać można, że już wtedy, w 1166 roku nad Eider, Henryk Lew i Waldemar z grubsza ustalili podział stref interesów na Pomorzu: saska
miała obejmować dzielnicę Kazimierza, a duńska posiadłości Bogusława.
Obaj władcy podobnie zamierzali podzielić między siebie Rugię, ale stało
się inaczej. Książę saski nie mógł osobiście na czele sił zbrojnych
uczestniczyć w wyprawie przeciwko niej w 1168 roku, ponieważ nadal był
mocno zaangażowany w brutalne walki na terenie Saksonii przeciwko
zbuntowanemu możnowładztwu. Pamiętając o treści układu z 1166 roku,
liczył na to, że król duński podzieli się z nim ewentualnymi zdobyczami.
Aby być pewnym, że postanowienia zostaną dochowane, a jednocześnie dla
dodania duńskiemu sojusznikowi pomocy w podbiciu Rugii, Henryk Lew
udzielił Waldemarowi militarnego wsparcia w postaci kontyngentów
zbrojnych podległych mu wasali - książąt słowiańskich, obodryckiego
Przybysława i pomorskiego Kazimierza I. Dodatkowo do wyprawy dołączył
Bogusław I, co prawda niezależny od księcia Saksonii (był lennikiem
Polski), ale mający własne powody, by wziąć udział w wyprawie, zresztą
nieróżniące się od oczekiwań Przybysława i własnego brata Kazimierza.
Słowiańscy książęta mieli bowiem nadzieje na osiągnięcie korzyści
zarówno materialnych w postaci bogatych łupów, jak i politycznych.
Władcy pomorscy liczyli na to, że po zrzuceniu panującej dotąd na wyspie
rańskiej dynastii książęcej sami obejmą tam władzę (pamiętajmy o wielokrotnie wspominanym antagonizmie rańsko-pomorskim mającym starsze i głębsze powody, być może były nimi niewyjaśnione powiązania dynastyczne
i związane z tym pretensje polityczne). Krótko mówiąc: książęta pomorscy
liczyli na otrzymanie rańskiego tronu książęcego pod zwierzchnictwem
duńskim. Gdy się zna dotychczasowe polityczne gierki Waldemara i Absalona, łatwo się domyślić, że ułudnie utrzymywali książąt pomorskich
w takim przekonaniu.
Po zdobyciu Rugii Duńczycy jednak oszukali swych sojuszników, zrzucając
zasłonę matactwa. Henryk Lew i książęta słowiańscy nie otrzymali
niczego. Po kapitulacji Arkony i Charenzy na zwołanej przez Waldemara
naradzie wojennej dowiedzieli się, że zostali wystrychnięci na dudków.
Mimo nadziei, obietnic, układów i przykładów osobistego męstwa podczas
szturmów na zewnętrzny wał Arkony nie osiągnęli żadnych korzyści.
Wszystko przypadło wyłącznie Danii, na dokładkę rańska dynastia w osobie
księcia Jaromira I zachowała panowanie nad wyspą, będącą duńskim lennem.
W tej sytuacji Bogusław i Kazimierz wpadli w nieopisany gniew, zwinęli
własne wojska, opuścili duński obóz i wyspę, pałając nieopisaną żądzą
zemsty na Duńczykach: "[...] stało się to zarzewiem długotrwałej wojny
pomiędzy nimi i Duńczykami"3.
Jak już wspomniano, wieści o oszustwie Duńczyków zaskoczyły Henryka Lwa
w środku wojny domowej w Saksonii. Dopiero nieco ponad miesiąc po upadku
Rugii mógł przedsięwziąć pierwsze kroki zaradcze. Na zjeździe Rzeszy w Würzburgu odbywającym się od 29 czerwca do połowy lipca 1168 roku za
osobistym wstawiennictwem protegującego go cesarza Fryderyka Barbarossy
zawarł pokój ze zbuntowanym saksońskim możnowładztwem. Powiedzmy od
razu, pokój czasowy, ale dający Henrykowi chwilowo wolną rękę i pozwalający na zajęcie się innymi sprawami. Niebawem też, między końcem
lipca a początkiem sierpnia 1168 roku, książę wysłał do Waldemara
delegację z żądaniem4 przekazania mu rańskich zakładników,
wypłacenia połowy trybutu narzuconego przez Danię Rugii i wydania połowy
skarbów zagrabionych w Arkonie (siedem skrzyń wypełnionych złotem,
srebrem i kosztownościami). Henryk Lew próbował jeszcze drogą pokojową
wymusić na Waldemarze dotrzymania warunków układu z 1166 roku, lecz
bezskutecznie. Duński władca, ufny w swe siły, świadom kłopotów Henryka
Lwa w Saksonii i podbudowany wzmocnieniem własnego potencjału
militarnego siłami Rugii, stanowczo odmówił. A może uznał za niebyły
układ zawarty w 1166 roku? Posłowie sascy, przyjęci w Danii
nieprzyjaźnie i obcesowo, powrócili z niczym. Urażony Henryk uznał
postępowanie Waldemara za zerwanie dotychczasowego sojuszu.
A zatem wojna. Henryk Lew nie mógł jednak osobiście przystąpić do
działań wojennych. Zawarty na krótko pokój w Würzburgu nie miał szans na
dłuższe przetrwanie, na nowo poczęły wybuchać walki w różnych punktach
Saksonii, "[...] ponieważ wszyscy wodzowie możnowładztwa wystąpili
zbrojnie przeciwko księciu [Henrykowi Lwu]. Rycerzy i wojowników
pojmowano w niewolę i okrutnie okaleczano, niszczono zamki i domostwa,
spopielano miasta"5.
W tej sytuacji książę, który nie mógł opuścić saskiego teatru wojennego,
zdecydował się rzucić na Danię siły zbrojne podległych mu bezpośrednio
Słowian nadbałtyckich - Wagrów i Obodrytów. Henryk Lew wezwał
Przybysława obodryckiego oraz pozostałych wodzów słowiańskich
(principes Slavorum) do dokonania zemsty na Duńczykach6.
Nie musiał ich zbytnio namawiać. Jednocześnie zwrócił się o pomoc do
książąt pomorskich7. Tych także nie trzeba było długo
przekonywać i natychmiast przystąpili do działań wojennych. Kazimierz i Bogusław mieli własne (wymienione już) powody, by zaatakować Danię.
Oprócz Wagrów, Obodrytów i Pomorzan do boju ruszyły również plemiona
Chyżan i Czrezpienian oraz przycichli ostatnimi laty piraci słowiańscy.
To jedna wersja - wynika z niej, jakoby oburzony Henryk Lew najpierw
wezwał swych słowiańskich poddanych w Wagrii i Meklemburgii (Obodryci
Przybysława) do wojny przeciwko Danii, a dopiero potem za jego
inspiracją do najazdów przyłączyli się Pomorzanie. Z kolei inne przekazy
mówią, że to najpierw Pomorzanie wystąpili zbrojnie przeciwko Danii, a dopiero wtedy Henryk Lew nakazał Wagrom i Obodrytom przystąpienie do
wspólnego działania razem z nimi.
Dania cierpiała straszliwie pod słowiańskimi najazdami, ale króla
Waldemara zaprzątnęły inne sprawy, z których wskażmy trzy najważniejsze:
napięta sytuacja na froncie wojny z Norwegią, starania o uznanie ojca
Waldemara Kanuta Lavarda męczennikiem za wiarę i świętym oraz
doprowadzenie do oficjalnej koronacji (z kościelnym namaszczeniem) syna
i następcy duńskiego tronu Kanuta VI. Były to ogromne wyzwania i w pełni
zajmowały Waldemara. Dlatego dopóty nie rozwiązał wymienionych
problemów, zlecił obronę duńskiego terytorium przed najazdami Słowian
pierworodnemu synowi Krzysztofowi i biskupowi Absalonowi. Do dyspozycji
przyznano im jedną czwartą duńskiej floty lendingowej8.
Ponieważ jej liczebność ocenia się w tym czasie na 8609 okrętów,
przyjąć należy, że Krzysztof i Absalon otrzymali dowództwo nad 215
okrętami. Do służby na nich postanowiono powołać mężczyzn młodych i nieżonatych (nietęskniących za domem i nieobarczonych obowiązkami
małżeńskimi, by uniknąć ujemnego wpływu na poświęcenie wojennemu
zapałowi). Tę część floty przeznaczono co prawda do obrony wybrzeży i wód terytorialnych, ale obaj dowódcy nie stronili od wypadów zaczepnych
na wybrzeże słowiańskie (skrytki pirackie na wybrzeżu Rugii i ziem
wieleckich lądu stałego, porty na Wagrii i u Obodrytów). Źródłowo
potwierdzone są co najmniej dwie takie wyprawy, o czym więcej będzie
mowa dalej.
Nie sposób szczegółowo przedstawić przebiegu słowiańskich najazdów na
Danię w latach 1168-1170 z powodu skąpego materiału źródłowego. Helmold,
Saxo Grammaticus i Knytlingasaga opisują jedynie wybrane fragmenty,
myląc i mieszając daty lub wcale ich nie podając. Saxo często wplata
epizody słowiańskich najazdów w kontekst opisów innych wydarzeń i przeskakuje pomiędzy datami. Natomiast szesnastowieczny kronikarz
Pomorza Tomasz Kantzow jest niezbyt wiarygodny (co należy wyraźnie
podkreślić) w opinii współczesnych historyków. Przy okazji warto
przytoczyć zdania kronikarzy dotyczące sposobów walki piratów
słowiańskich (a nie regularnych oddziałów państw słowiańskich). Helmold:
"Dania składa się mianowicie w większości z otoczonych wodami wysp i ich mieszkańcy z trudnością mogą się przeciwstawić napadom piratów,
ponieważ w niezliczonych zatoczkach Słowianie znajdują znakomite
kryjówki, z których zaskakują nieprzygotowanych Duńczyków najazdami i grabieżami. Jako że Słowianie przodują w nagłych niespodziankach. Stąd
do dzisiejszych czasów utrwaliło się w ich zwyczajach piractwo do tego
stopnia, że proceder ten rozwinęli do doskonałości przedkładając go nad
osiadłym trybem życia i uprawianiem pól - są nieustannie gotowi do
morskich wypraw i pokładają całą nadzieję, przyszłość i bogactwo w okrętach. Nie przykładają nawet wagi do budowy solidnych siedlisk,
zadowalając się prowizorycznymi chatami skleconymi z chaszczy i gałęzi,
niezbędnymi do przetrwania szturmu i ulewy. W razie nagłego wojennego
niebezpieczeństwa zakopują cały dobytek w sekretnych jamach, zboże,
złoto, srebro, kosztowności. Zaś kobiety i dzieci pędzą w bezpieczne
kryjówki, co najmniej w nieprzebyte leśne gęstwiny. Tak że
nieprzyjaciołom za jedyną zdobycz pozostają nic niewarte szałasowe
chaty. Napady i kontrataki Duńczyków traktują z lekceważeniem, ścierając
się z nimi ochoczo w walce"10. Saxo wkłada w usta króla Waldemara
ostrzeżenie przed piratami skierowane do podkomendnych wyruszających na
patrole przeciwko Słowianom: "[...] żeby idąc na piratów, nie
prześcigali się w zapalczywości, albowiem piraci mają w zwyczaju
przedkładać spryt nad odwagę. Najczęściej, gdy widzą [piraci]
nadciągającą obcą flotę, wciągają błyskawicznie swe okręty na ląd i znikają w kryjówkach, udając tchórzostwo. Ale to tylko podstęp, paniczne
uciekanie na łeb na szyję ma jedynie sprowokować przeciwnika do ścigania
ich. Gdy tylko przeciwnik da się nabrać na podstęp i pewny siebie
wiosłuje beztrosko w kierunku brzegu, a następnie rozsypuje wojskiem po
lądzie, raptem [piraci] wyskakują szybko z kryjówek, ręcznie wyciągają
okręty [duńskie] na brzeg, dziurawią poszycia i zatapiają obciążając
kamieniami. Dlatego [Duńczycy] powinni zaniechać zapalczywego ścigania
pozornie pierzchających piratów, albowiem równie dużo powodów do
niepokoju daje, gdy oni [piraci] uciekają, jak i to, gdy atakują. Z tego powodu powinni [Duńczycy] powstrzymać się przed pogonią za
uciekającymi [piratami], lecz najpierw z zachowaniem ostrożności i w pełnej dyscyplinie przybić do brzegu, a następnie ustawić spiesznie na
lądzie sprawną formację bojową"11.
Z całego wybrzeża słowiańskiego, od Wagrii po Pomorze, w kierunku Danii
ruszyły liczne słowiańskie okręty, siejąc postrach i zniszczenie na
wodach, wyspach i terenach nadmorskich lądu stałego wschodniej Jutlandii
i Skanii. Ucierpiały szczególnie duńskie wyspy, wiele z nich zostało
czasowo zajętych przez najeźdźców. Zniszczeniu uległy znaczne obszary
duńskich wybrzeży. Słowianie burzyli osady, domostwa, kościoły, masowo
uprowadzali mieszkańców w niewolę, rabowali dobytek i zwierzęta domowe.
Kto stawiał opór, ginął od słowiańskiego oręża. Z tego okresu pochodzi
słynna informacja Helmolda, że na słowiańskich targach niewolników
sprzedawano rzesze duńskiej ludności schwytanej podczas najazdów - w samym Mechlinie (Meklenburg), stolicy Obodrytów, jednego tylko dnia
targowego wystawiono na sprzedaż 700 duńskich niewolników (z drugiej
strony znalazło się tak wielu kupujących)12. Słowianie
zdołali też pozbawić Duńczyków znacznej części łupów zagrabionych przez
Waldemara po upadku Rugii (ponownie: kwestia owych siedmiu skrzyń ze
skarbami z Arkony). Leon Koczy13 przyjmuje, że w latach 1169-1170
Słowianie przedsięwzięli przeciwko Danii wiele wypraw odwetowych.
Mówiąc o najazdach Słowian na Danię w latach 1168-1170, należy
podkreślić pewną skłonność kronikarzy. Helmold relacjonuje dokonania
Wagrów, Obodrytów i być może jeszcze częściowo od Obodrytów
uzależnionych Chyżan. Saxo, jeżeli już, to wymienia Słowian niejako w kontekście dokonań Duńczyków, nie precyzując, z której części wybrzeża
słowiańskiego pochodzą. Knytlingasaga wspomniała o Pomorzanach. Na tym
tle warto dodatkowo przyjrzeć się relacji Kantzowa14. Co
prawda, jak wspomniano, wielu współczesnych historyków kwestionuje jego
wiarygodność, jednak spora część uznaje jego opisy przy zastosowaniu
pewnego dystansu.
Kantzow, ponieważ jako historyk był kronikarzem Pomorza, nie omieszkał
opisać działań książąt Bogusława i Kazimierza w latach 1168-1170. Według
niego książęta pomorscy zaatakowali najpierw Rugię, co wydaje się
całkiem logiczne z perspektywy wypadków związanych z oblężeniem Arkony i poddaniem całej Rugii Danii 15 czerwca 1168 roku. Jak wspomniano,
książęta pomorscy opuścili w tych dniach wyspę, śmiertelnie pokłóceni z Duńczykami z powodu nieotrzymania oczekiwanych lub/i obiecywanych
zdobyczy. Najbardziej logicznym pierwszym krokiem odwetowym Pomorzan
byłoby zaatakowanie Rugii, pobicie znienawidzonego Jaromira, który
zatrzymał dla siebie rański tron, i zagrabienie jak największych łupów.
Motywacja zatem bardzo pobudzająca do działania, a i okoliczności
sprzyjające - Duńczycy, konkretnie król Waldemar, był zajęty innymi
(wspomnianymi już) sprawami. Tak więc Pomorzanie najechali Rugię
(ciągniemy wątek Kantzowa). Dopiero wtedy Obodryci, być może sam
Przybysław, zjechali do walczącego w Saksonii Henryka Lwa z ciężkimi
zarzutami wobec Waldemara. Saski książę wysłał najpierw posłów do Danii,
a gdy ci szybko powrócili z niczym, wściekły na pyszałkowatość i złodziejstwo Waldemara nakazał Przybysławowi, by ruszył całą podległą mu
Słowiańszczyznę i najechał duńskie terytoria, idąc tym samym w sukurs
Pomorzanom.
Tymczasem Pomorzanie najpierw rozbili krążące wokół Rugii duńskie i rańskie patrole morskie, po czym wysadzili na wyspie wojska lądowe.
Doszło do ciężkich bitew z Ranami, w których triumfowali napastnicy.
Wojska rańskie uległy rozproszeniu, szukając schronienia w oddalonych
warowniach. Podobnie książę Jaromir, pokonany w bitwie, zaszył się w niedostępnym miejscu. Pomorzanie zaś, grabiąc i łupiąc niemiłosiernie
mijane osady, dotarli kolejno do Arkony i Charenzy. Obie warownie
zostały po ciężkim oblężeniu zdobyte i doszczętnie zniszczone. Po
odesłaniu zdobyczy i jeńców na Pomorze książęta Bogusław i Kazimierz
popłynęli okrętami na Zelandię, dokonując tam niesamowitych zniszczeń.
Na zakończenie wyprawy obładowani łupami i jeńcami oraz zdobycznymi
duńskimi okrętami powrócili Pomorzanie w rodzinne strony. Pomorska
aktywność wojenna jednak nie ustała. Nadal wypływano w kierunku duńskich
wysp.
W tym czasie starania Waldemara o zawarcie pokoju z Norwegią weszły w pomyślne dla obu stron stadium, znakiem czego Norwegowie wysyłali do
Danii statki z darami i posłańcami. Wiele z nich padło łupem pomorskich
patroli krążących na duńskich wodach. Rozwścieczyło to Waldemara na
tyle, że postanowił w najbliższym czasie wyprawić się na Pomorze. Planom
odwetowej wyprawy na Słowian sprzyjał pomyślny rozwój spraw państwowych
zajmujących dotychczas króla. Papież Aleksander III w bulli wydanej w Benewencie 8 listopada 1169 roku zredagował dwa cenne dla Danii i Waldemara dekrety. W jednym z nich uznał diecezjalną przynależność Rugii
do biskupstwa w Roskilde, w drugim przyznał Kanutowi Lavardowi status
męczennika za wiarę i przyzwolił na jego kult, uznając za świętego.
Waldemar postanowił jednego dnia, 24 czerwca 1170 roku (dzień św. Jana),
w świeżo wzniesionym kościele w Ringsted uprawomocnić oba akty wagi
państwowo-kościelnej, niezwykle ważne dla przyszłości królestwa i dynastii. W świątyni złożono kości Lavarda i przeprowadzono koronację
syna władcy Kanuta VI. Na uroczystości miały zjechać delegacje z wszystkich zakątków Danii i sąsiednich krajów. Przedtem jednak Waldemar
wysłał na Bałtyk okręty, aby rozprawiły się ze słowiańskimi piratami -
by zapewnić spodziewanym delegacjom bezpieczny rejs po duńskich wodach
oraz aby rycerze i możni powrócili z patroli na czas do Ringsted na
zaplanowane uroczystości.
Krzysztof i Absalon ruszyli na morze. W trakcie jednego z patroli na
wysokości należącej do Szwecji wyspy Olandia natknęli się na
nieoczekiwanego przeciwnika - zamiast piratów słowiańskich przyszło im
się zmierzyć z grasującymi na Bałtyku piratami z Kurlandii i Estonii15. Wieść o najeźdźcach przekazali im mieszkańcy Olandii.
Opływając wyspę w poszukiwaniu piratów, u wejścia do którejś z zatoczek
natknęli się na trzymający straż okręt Estów, który na ich widok umknął
na otwarte morze. Duńczycy uznali to za objaw tchórzostwa, w rzeczywistości jednostka wartownicza Estów zdążyła poinformować oddziały
na lądzie i ukrytą flotę o pojawieniu się licznych wrogich okrętów.
Wojsko na lądzie pochowało się natychmiast w kryjówkach i zastawiło
pułapki, zdążywszy przedtem powciągać na brzeg co lżejsze okręty.
Tymczasem Duńczycy, pełni animuszu i niemyślący o możliwym podstępie,
przybili do brzegu i zaczęli wysadzać swe oddziały. Jednymi z pierwszych, którzy beztrosko wyskoczyli na brzeg, wiodąc liczny oddział,
byli znani ze sławnych czynów rycerze Svend Sk?ling i Niels z Vendyssel.
Zapuścili się w niezbadany teren i wpadli w pułapkę. Zewsząd wypadły
gromady wojowników Estów i Kurów, otoczyły oddział Svenda i Nielsa i rzuciły do krwawego boju. Po ciężkiej walce obaj rycerze zginęli, a z nimi większość ich wojowników. W międzyczasie do brzegu dobijały kolejne
duńskie okręty. Dwaj rycerze z orszaku Absalona, Tove Lange i Esger,
widząc grupę Svenda i Nielsa zaciekle walczącą o życie, nadbiegli jej na
pomoc. Również oni polegli w boju. Z trzeciego okrętu do walki dołączył
znamienity rycerz Magnus Skanijczyk, rozwścieczony widokiem padających
towarzyszy. Próbował obejść pole z innej strony, ale natknął się na
kolejną pułapkę i zginął, podzieliwszy los poprzedników.
Lądowanie okazało się zatem dla Duńczyków katastrofalnym w skutkach
manewrem. Po zwycięskim starciu Estowie i Kurowie opróżnili zdobyte
okręty z dobytku, wyrąbali toporami dziury w poszyciu i zatopili je u brzegów. Widząc to, Krzysztof starał się trzymać z dala od lądu, jednak
na skutek nieopatrznego manewru okręt wykonał skręt i wystawił się burtą
zbyt blisko brzegu. Natychmiast zaatakowali go z lądu wojowniczy Kurowie
i Estowie. Na okręt spadł grad kamieni. Załoga z trudem usiłowała
zachować życie, chroniąc się przed pociskami, niezdolna do
przeciwuderzenia. Wielu ludzi Krzysztofa padło trupem, sytuacja zaczęła
się robić dramatyczna. Wtedy dowodzący innym okrętem Esbern Snare
(starszy brat Absalona) postanowił przeciwdziałać. Nie chciał, by
później zarzucano mu, że nie uchronił królewskiego syna, nad którym
zresztą Waldemar zlecił mu opiekę, przed śmiertelnym niebezpieczeństwem.
Nakazał swojej załodze wiosłować ze wszystkich sił w stronę lądu, po
czym wpłynął, mimo spadającego nań gradu kamieni, między brzeg a okręt
Krzysztofa. Królewski syn, młodzian jeszcze, został uratowany.
Ponieważ bardzo blisko brzegu znalazł się teraz okręt Esberna, to on
został bezpośrednio zaatakowany. Zginęło kilku Duńczyków, szczególnie
mocno dostało się wojownikom zgromadzonym na stewie dziobowej, wielu z nich kuliło się od ran. Piraci zdołali w bitewnym zgiełku wciągnąć dziób
okrętu na brzeg, unieruchamiając go na dobre. Esbern bronił się
zaciekle, ale bezskutecznie, emocje wynikające z gwałtowności starcia
brały górę nad bitewną rutyną. Wystrzelił trzy strzały z kuszy, ale nie
trafił żadnego z przeciwników, chociaż cele znajdowały się bardzo
blisko. Rozwścieczony, połamał kuszę i w pełnym uzbrojeniu ruszył z rufy
w kierunku dziobu, siekąc naokoło orężem, przebił się na przód
unieruchomionego okrętu i walczył zawzięcie przez dłuższy czas - a właściwie bronił przed natarczywym naporem wrogów. Ci zaś zaczęli brać
górę. Większość duńskich wojowników i rycerzy poległa lub wiła się z bólu z powodu ran. Esbern trwał na stanowisku, na koniec już prawie
samotnie, ciężko poobijany kamieniami i poprzebijany strzałami. W końcu
siły poczęły go opuszczać, słaniając się na nogach, z wielkim trudem
powrócił na stewę rufową. Przysiadł na chwilę dla nabrania sił i rozejrzał przerażony dookoła. Praktycznie ostał się sam, oprócz jeszcze
jednego rycerza; ci, którym starczyło sił, uciekli z okrętu, wyskakując
za burty. Zewsząd tłoczyli się piraci, niektórzy poczęli już toporami
wyrąbywać dziury w dnie.
Esbern zebrał resztki sił i poderwał do walki. Trzy razy przeganiał
przeciwnika, miotając oszczepami, których bez liku leżało na pokładzie.
W końcu słaniającego się na nogach rycerza trafił w głowę rzucony przez
nieprzyjaciela kamień. Esbern osunął się bez czucia pod stewę. Kurowie i Estowie rzucili się w jego kierunku, by poderżnąć mu gardło, lecz w tym
momencie na pomoc przyszedł mu wspomniany ostatni rycerz, który odparł
ataki przeciwnika i bronił się dostatecznie długo, aż nadeszła odsiecz.
Na pomoc nadpłynął sam Krzysztof. Jego zbrojni wdarli się na podkład
zniszczonego okrętu, przepędzili pewnych już zwycięstwa piratów i uratowali życie Esbernowi oraz broniącemu się samotnie rycerzowi.
Nadciągała noc i przerwano walkę. Nauczeni przykrym doświadczeniem
Duńczycy postanowili zmienić taktykę. Zamiast niezorganizowanego ataku
zastosowano blokadę. Liczne duńskie okręty zablokowały wody zatoki, w której ukrywały się nieprzyjacielskie jednostki. Na ten widok piraci,
pełni animuszu po odniesionym właśnie zwycięstwie, nie stracili odwagi.
Nie w myśl im była ucieczka, postanowili mężnie się bronić. Gotując się
na szturm Duńczyków, wznieśli na brzegu naprędce skleconą konstrukcję
obronną. Budulcem było drewno ich własnych, jak i zdobycznych duńskich
łodzi oraz pnie drzew. Na koniec zbudowali obóz obronny, otoczony od
przodu wałem z dwiema bramami wejściowymi, niewielkimi, na wysokość
połowy człowieka. Pod osłoną nocy zebrali dużą liczbę rozmaitych
pocisków do miotania.
Duńczycy w ponurych nastrojach obserwowali przez całą noc przygotowania
do obrony, znosząc dochodzące z brzegu drwiny i pośmiewiska urozmaicane
śpiewami i tańcami. O świtaniu przystąpiono do walki. Duńczycy
pozostawili na okrętach blokujących zatokę minimalne załogi niezbędne do
ich obsługi, resztą zaś sił wyszli na brzeg nieco dalej od
prowizorycznej warowni piratów. Następnie sformowano szyki bojowe.
Najlepiej uzbrojeni i doświadczeni zajęli miejsce w pierwszych
szeregach, pozostali ustawili się z tyłu. Piraci, gdy dojrzeli w końcu
przygotowania Duńczyków, opuścili warownię i wyszli im ochoczo
naprzeciw. Nie przyjmując specjalnych formacji taktycznych, podochoceni
zwycięstwem z poprzedniego dnia, ruszyli do natarcia przy
akompaniamencie przeraźliwych okrzyków bojowych, co wprawiło w zamieszanie tylne, mniej doświadczone szeregi duńskich bloków.
Zamieszanie szybko przerodziło się w panikę i duńskie tyły rzuciły się
do ucieczki.
Przednie linie duńskie przyjęły z rutyną natarcie przeciwnika. Wywiązał
się krwawy bój, w którym padło wielu piratów, za to zginęła mała liczba
Duńczyków, w tym rycerz imieniem Olav (z przestrzeloną strzałą szyją
został odniesiony na brzeg). Poddani Waldemara nieubłaganie parli
naprzód, aż dotarli pod wał prowizorycznej warowni i z miejsca
przystąpili do szturmu. Pierwszy do obozu piratów wdarł się wysoko
urodzony rycerz Niels Stygs?n, lecz przypłacił tę brawurę życiem,
roztrzaskany maczugą. Jego brat Aage usiłował jeszcze zasłonić go
własnym ciałem, lecz został ciężko ranny w szyję. Rozgorzała krwawa i zacięta bitwa, śmierć zbierała obfite żniwo po obu stronach. W pewnym
momencie na pomoc walczącym Duńczykom nadeszli zbrojni mający stróżować
na brzegu przy okrętach. Niektórzy przystawiali do wału obronnego
przytargane z okrętów maszty i wspinając się po nich, wskakiwali do
obozu, przystępując do walki. Na koniec bitwa zamieniła się w rzeź
piratów. Nie ocalał żaden z nich. Po zwycięstwie podzielono łupy,
naprawiono okręty i pochowano na miejscu ciała mniej znanych wojowników.
Ciała szlachetnie urodzonych rycerzy zakonserwowano w soli i zabrano w drogę powrotną do Danii.
Z tej naznaczonej krwawą bitwą z Kurami i Estami wyprawy, co prawda
zwycięskiej, ale kosztującej życie wielu znakomitych rycerzy, nie licząc
zwykłych wojowników, Duńczycy zdążyli wrócić do Ringsted kilka dni przed
rozpoczęciem zapowiadanych uroczystości. W dniu św. Jana, 25 czerwca
1170 roku, Waldemar święcił uroczyście podwójny triumf. Do kościoła
wniesiono w skrzyni kości Kanuta Lavarda, celebrując wyniesienie go na
ołtarze. Jednocześnie siedmioletni Kanut VI został namaszczony przez
arcybiskupa Lundu Eskila i koronowany na króla, następcę tronu duńskiego
po Waldemarze. Wśród licznych gości z kraju i zagranicy nie zabrakło
przedstawicieli z Norwegii. W ich gronie byli: biskupi Helge z Oslo i Stefan z Uppsali, posłowie Erlinga Omsena Skakke16, ojca króla
Norwegii Magnusa V Erlingssona z dynastii Yngling (królował w latach
1161-1184). Przywieźli propozycje zawarcia pokoju, co Waldemar, który od
kilku lat usiłował zakończyć konflikt z Norwegią, przyjął z zadowoleniem. Erling był nie byle kim, lecz sławnym na całą Skandynawię
możnowładcą i wojownikiem. W latach 1152-1154 uczestniczył w wyprawie
krzyżowej do Ziemi Świętej, podczas której w okolicach Sycylii w trakcie
bitwy z Arabami został ciężko zraniony w szyję, w wyniku czego lekko
przekrzywiał głowę - stąd jego przydomek P? skakke. Charyzma i znaczenie tak znamienitego pośrednika zrobiła swoje. Po kilku
dyplomatycznych tarapatach, osobistym rozmówieniu się Waldemara z Magnusem w Randers (wschodnia Jutlandia) i obopólnych kompromisach
zawarto wreszcie pokój kończący wojnę między Danią a Norwegią.
Dopiero teraz Waldemar miał wolne ręce i mógł ponownie osobiście zająć
się sprawami słowiańskimi. Skończyło się na działaniach prewencyjnych:
obronie wybrzeży i wysp przed napadami piratów oraz sporadycznych
wypadach na wybrzeże słowiańskie. Następnie władca postanowił przejąć
inicjatywę i uderzyć na Pomorze.
Pomorzanie przez szpiegów stosunkowo wcześnie dowiedzieli się o planach
duńskiego króla. Książęta pomorscy natychmiast wysłali w kierunku wysp
duńskich eskadry zwiadowcze, mające obserwować i donosić o przygotowaniach wojennych Duńczyków, lub zlecili to zadanie którejś z pirackich grup polujących w tamtych stronach. Jedna z tych eskadr w sile
40 okrętów grasująca na wodach wokół wybrzeży Zelandii została
dostrzeżona przez tamtejszych zwiadowców17. Przypadek chciał,
że akurat w te strony przybył powracający z misji w Norwegii Esbern
Snare (widać doszedł już do siebie po ciężkich ranach otrzymanych w opisanej powyżej bitwie z Kurami i Estami). W prowincji Odsherred
(północno-zachodnia Zelandia) dowiedział się, że król Waldemar niebawem
wyrusza zbrojnie na Pomorze. Przepytywani zwiadowcy wyjawili mu również
o cumujących wokół wysepki Sejer? (u zachodnich wybrzeży Zelandii)
wspomnianych 40 słowiańskich okrętach, z tym że nie byli pewni, czy
chodzi o jednostki bojowe, czy też handlowe.
Esbern postanowił zaskoczyć Słowian nocą. W tym celu wypłynął po
zapadnięciu ciemności, kierując okręt daleko w morze. Nie zwrócił jednak
uwagi na pogodną noc i usiane licznymi gwiazdami niebo, których światło
mogło go zdradzić, lub może zignorował niebezpieczeństwo. W silnej
poświacie wschodzącego księżyca Słowianie dojrzeli jego żagiel i wypłynęli, zamierzając zastawić mu drogę. Gdy Esbern zauważył formujące
się raptem naprzeciwko niego okręty słowiańskie, nakazał przygotowania
do walki. Marynarze mieli chwycić za broń i przywdziać kolczugi, zaś
uzbrojeni już wojownicy i towarzyszący mu rycerze mieli podążyć za nim
na przód okrętu, na stewę dziobową. Stamtąd zamierzano obrzucać
nieprzyjaciół włóczniami - ludziom Esberna nie brakowało broni
miotającej. Przed opuszczeniem Norwegii na znak świeżo zawartego pokoju
zostali obficie obdarowani przez Norwegów łukami, strzałami i oszczepami. Gdyby Duńczycy zdołali się przebić przez linię słowiańskich
okrętów, mieli natychmiast udać się na rufę i stamtąd zarzucać wroga
pociskami. Poza tym Esbern nakazał, by w trakcie bitwy zachować
absolutną ciszę - żadnych zwyczajowych okrzyków i wrzasków - by
dokładnie i na czas usłyszeć wydawane przez niego komendy. Na koniec
rozkazał, że na wypadek jego śmierci w boju dowództwo ma przejąć Towon
(Tovo), a po nim Esger z Fionii. Natomiast gdyby wszyscy wymienieni
polegli (lub zanim by polegli18), bitwa powinna być już
zakończona.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki