ROZDZIAŁ DRUGI
Enzo wnosi do domu ostatnie pudła, a ja stoję na naszym przerzedzonym trawniku i unikając rozpakowywania, fantazjuję o tym, jak pięknie będzie wyglądał nasz ogród po tym, jak mój mąż się nim zajmie. Enzo jest czarodziejem trawników - można powiedzieć, że w ten sposób się poznaliśmy. Ten nasz wygląda jak przegrana sprawa, ma brązowe plamy i suchą glebę, ale wiem, że za rok, licząc od dziś, będziemy mieć najładniejszy trawnik na naszej ulicy.
Zatracam się w swoich myślach, kiedy otwierają się drzwi domu tuż obok naszego - numer dwanaście na Locust Street. Z domu wychodzi kobieta z fryzurą na boba w kolorze karmelu i w dopasowanej bluzce oraz czerwonej spódnicy. Na stopach ma szpilki na wysokim obcasie, które wyglądają, jakby można było nimi wydłubać komuś oko. (Czemu moje myśli zawsze wędrują w tę stronę?)
W przeciwieństwie do sąsiada z naprzeciwka, wydaje się przyjazna. Unosi dłoń w entuzjastycznym powitaniu i rusza krótkim chodnikiem oddzielającym nasze domy.
- Dzień dobry! - woła. - Jak miło wreszcie poznać naszych nowych sąsiadów! Jestem Suzette Lowell.
Wyciągam rękę, by uścisnąć jej wypielęgnowaną dłoń, i w zamian otrzymuję wyjątkowo silny, aż bolesny uścisk jak na kobietę.
- Millie Accardi - przedstawiam się.
- Bardzo miło mi cię poznać, Millie - wita mnie. - Pokochasz mieszkanie tutaj.
- Już kocham - przyznaję szczerze. - Ten dom jest niesamowity.
- To prawda. - Suzette przechyla głowę. - Stał pusty przez dłuższy czas, bo wiesz, takie małe domy trudno sprzedać. Ale wiedziałam, byłam pewna, że wprowadzi się tu jakaś urocza rodzina.
Mały? Czy ona właśnie obraziła mój ukochany dom?
- Cóż, ja go kocham.
- Wierzę. Jest taki przytulny, prawda? I taki... - Jej wzrok wędruje po schodach frontowych, które się nieco kruszą, ale Enzo obiecał, że je naprawi. To tylko jedna z pozycji na długiej liście rzeczy, które wymagają naprawy. - Rustykalny. Bardzo rustykalny.
Okej, zdecydowanie obraża mój dom.
Mam to gdzieś. I tak go kocham. Nie ma dla mnie znaczenia, co myśli o nim jakaś nadęta sąsiadka.
- Pracujesz gdzieś, Millie? - pyta Suzette, wlepiając we mnie swoje niebieskozielone oczy.
- Jestem pracownicą socjalną - wyznaję z triumfem. Chociaż zajmuję się tym już od wielu lat, nadal jestem dumna ze swojej kariery zawodowej. Owszem, potrafi być wyczerpująca, czasami rozdzierająca duszę, a wynagrodzenie pozostawia wiele do życzenia, ale i tak ją kocham. - A ty?
- Jestem agentką nieruchomości - mówi z podobną dumą. Ach, to wyjaśnia, dlaczego wyrażała się o naszym domu z takim znawstwem tematu. - Na rynku mamy teraz boom.
Cóż, to prawda. Nagle dociera do mnie, że Suzette nie była zaangażowana w sprzedaż tego domu. Skoro jest agentką nieruchomości, dlaczego jej poprzedni sąsiedzi nie zatrudnili jej do sprzedaży?
Enzo wychodzi z ciężarówki z kolejnymi pudłami. Jego koszulka nadal klei mu się do torsu, a czarne włosy są wilgotne od potu. Pamiętam, że do jednych z tych pudeł spakowałam książki i martwiłam się, czy nie będzie za ciężkie. A tymczasem on dźwiga nie tylko to, ale jeszcze na górze położył kolejne. Plecy mnie bolą od samego patrzenia.
Suzette też się mu przygląda. Odprowadza go wzrokiem od ciężarówki do drzwi frontowych, a na jej ustach gości uśmiech.
- Niezłe ciacho z tego gościa od przeprowadzki - komentuje.
- Właściwie to jest mój mąż - uświadamiam ją.
Opada jej szczęka. Wygląda na to, że na jego temat miałaby więcej do powiedzenia niż na temat domu.
- Poważnie?
- Mhm. - Enzo zostawił pudła i wychodzi z domu po kolejną partię. Skąd on ma tyle energii? Zanim podejdzie do samochodu, macham do niego. - Enzo, chodź poznać naszą nową sąsiadkę, Suzette.
Suzette szybkim ruchem poprawia sobie bluzkę i zakłada pasmo swoich karmelowych włosów za ucho. Jestem przekonana, że gdyby mogła, sprawdziłaby swój wygląd w kompaktowym lusterku i poprawiła szminkę. Ale nie ma na to czasu.
- Dzień dobry! - Wyciąga do niego rękę. - Bardzo miło cię poznać! Enzo, prawda?
Enzo ujmuje jej dłoń i uśmiecha się szeroko, przez co wokół jego oczu robią się zmarszczki.
- Tak, jestem Enzo. A ty Suzette?
Kobieta chichocze i kiwa energicznie głową. Jej reakcja jest trochę przesadzona, ale trzeba przyznać, że mój mąż uruchomił swój urok. Mieszka w tym kraju od dwudziestu lat i kiedy rozmawiamy z sobą, jego akcent jest ledwie wyczuwalny. Ale kiedy stara się zrobić na kimś wrażenie, podkręca go tak, by brzmiał, jakby był imigrantem, który dopiero co zsiadł z łodzi. Albo, jak on by to powiedział, "zesiadł z łódki".
- Absolutnie pokochacie mieszkanie tutaj - zapewnia nas Suzette. - To bardzo miła uliczka.
- Już kochamy - odpowiadam jej.
- I wasz domek jest taki uroczy - kontynuuje, w kreatywny sposób ponownie podkreślając, że nasz dom jest znacznie mniejszy od jej. - Będzie idealny dla was i waszych dzieci, zwłaszcza z kolejnym w drodze.
Kiedy to mówi, patrzy znacząco na mój brzuch, w którym z całą pewnością nie ma żadnego mieszkańca. Od dziewięciu lat nikt w nim nie mieszkał.
Najgorsze jest to, że Enzo przekręca głowę, by na mnie spojrzeć, i przez krótką chwilę widzę w jego oczach błysk ekscytacji, chociaż doskonale wie, że mam podwiązane jajowody po awaryjnej cesarce podczas porodu Nico. Spoglądam na swój brzuch i zauważam, że bluzka wybrzuszyła się w niefortunny sposób. W środku trochę umieram.
- Nie jestem w ciąży - zapewniam jednocześnie Suzette i, najwyraźniej, mojego męża.
Suzette przykłada dłoń do pomalowanych na czerwono ust.
- O, kurczę, strasznie przepraszam. Założyłam...
- W porządku - przerywam jej, zanim palnie coś, przez co zrobi się jeszcze niezręczniej. Szczerze mówiąc, lubię swoje ciało. Kiedy miałam dwadzieścia lat, byłam bardzo szczupła, a teraz wreszcie nabrałam kobiecych krągłości i ośmielę się stwierdzić, że mojemu mężowi one też się podobają.
To powiedziawszy, postanawiam wyrzucić tę bluzkę.
- Mamy dwójkę dzieci. - Enzo zarzuca mi rękę na ramię, niewzruszony zniewagą Suzette. - Syna Nico i córkę Adę.
Enzo jest bardzo dumny z naszych dzieci. Jest wspaniałym ojcem i chętnie miałby jeszcze piątkę, gdyby nie to, że prawie umarłam przy porodzie z Nico. Chcieliśmy adoptować dziecko albo wziąć je w pieczę zastępczą, ale z moją przeszłością nie wchodziło to w grę.
- A ty masz dzieci, Suzette? - pytam.
Kręci głową z przerażoną miną.
- W żadnym wypadku. Nie jestem materiałem na matkę. Mieszkamy tylko we dwoje, z moim mężem Jonathanem. Jesteśmy bezdzietni i dobrze nam z tym.
Świetnie, ma własnego męża. Więc może się trzymać z daleka od mojego.
- Ale w domu naprzeciwko jest mały chłopiec - informuje nas. - Jest w trzeciej klasie.
- Nico też jest w trzeciej klasie - mówi z zapałem Enzo. - Trzeba będzie ich ze sobą zapoznać.
Przeprowadzając się, musieliśmy zabrać dzieci ze szkoły w środku roku szkolnego. Uwierzcie mi, najgorsza rzecz, jaką możecie zrobić, to wyrwanie dwójki dzieci w wieku szkolnym z ich środowiska w marcu. Przepełniało mnie poczucie winy, ale nie mogliśmy sobie pozwolić na spłacanie kredytu i jednoczesne wynajmowanie mieszkania aż do końca roku szkolnego, więc nie mieliśmy wyboru.
Nico, który jest towarzyski jak jego ojciec, nie był tym poruszony. Dla niego klasa pełna nowych dzieciaków, którym może zaimponować swoimi wybrykami, jest nową przygodą. Ada przyjęła wiadomość spokojnie, ale później słyszałam, jak płacze w swoim pokoju na myśl, że będzie musiała się rozstać ze swoimi dwiema najlepszymi przyjaciółkami. Mam nadzieję, że do jesieni oboje się już tu zadomowią i trauma związana ze zmianą szkoły w czasie trwania roku szkolnego będzie już tylko odległym wspomnieniem.
- Możecie spróbować się im przedstawić. - Suzette wzrusza ramionami. - Ale kobieta, która tam mieszka, Janice, nie jest zbyt przyjazna. Prawie wcale nie wychodzi z domu, jedynie po to, by odprowadzić syna do autobusu szkolnego. Przez większość czasu widuję ją przy oknie, gdy wygląda na ulicę. Strasznie wścibska.
- Och - mówię, zastanawiając się, jak Janice może być jednocześnie wścibska i nie wychodzić z domu.
Zerkam na Locust Street trzynaście. W oknach jest ciemno, mimo że jest środek dnia i ludzie, którzy tam mieszkają, wydają się być w domu.
- Mam nadzieję, że zainwestujecie w naprawdę dobre rolety do okien - mówi moja nowa sąsiadka. - Bo ma na was świetny widok.
Enzo i ja jednocześnie odwracamy głowy w stronę naszego nowiutkiego domku i dociera do nas, że ani jedno okno w nim nie ma nawet zasłon, a co tu mówić o roletach. Nikt nam nie powiedział, że musimy zainwestować w rolety! Każde miejsce, w którym mieszkaliśmy wcześniej, miało je już zainstalowane.
- Kupię rolety - mruczy mi Enzo do ucha.
- Dziękuję.
Suzette wydaje się rozbawiona naszą niefrasobliwością.
- Wasz agent nieruchomości nie przekazał wam, że powinniście kupić rolety?
- Najwyraźniej nie - mamroczę.
Podejrzewam, że Suzette sugeruje, iż gdyby to ona sprzedawała nam dom, z pewnością zwróciłaby nam na to uwagę. Ale trochę już na to za późno. Chwilowo jesteśmy bez rolet.
- Mogę wam polecić świetną firmę, która je wam zainstaluje - mówi. - Zakładali je nam w zeszłym roku. Mamy piękne miodowe rolety na dole i na piętrze oraz urocze okiennice na strychu.
Nawet nie chcę sobie wyobrażać, ile to może kosztować. Na pewno więcej, niż możemy sobie pozwolić.
- Nie, dziękujemy - odzywa się Enzo. - Sam się tym zajmę.
Suzette puszcza mu oczko.
- No jasne, że tak.
Serio? Zaczynam mieć dość tej kobiety, która tuż przed moim nosem uderza do mojego męża. Nie to, żeby inne kobiety nie robiły tego samego, ale na litość boską, jesteśmy sąsiadkami. Nie może być trochę bardziej subtelna? Mam ochotę jej coś powiedzieć, ale wolałabym nie zrobić sobie z niej wroga pięć minut po wprowadzeniu się tutaj.
- I jeszcze jedno - dodaje. - Chciałabym was zaprosić na kolację. Wy dwoje oczywiście i... dzieci też mogą przyjść. - Nie wydaje się podekscytowana pomysłem, że dzieci wejdą do jej domu. Nie może też oczywiście wiedzieć o skłonnościach Nico do niszczenia wszystkiego, co drogie, w czasie pięciu minut od wejścia do jakiegokolwiek pomieszczenia.
- Jasne, będzie nam miło - odpowiada Enzo.
- Wspaniale! - Uśmiecha się do niego. - Co powiecie na jutrzejszy wieczór? Jestem pewna, że wasza kuchnia nie będzie jeszcze gotowa, więc przynajmniej nie będziecie musieli się martwić o gotowanie.
Enzo patrzy na mnie z uniesionymi brwiami. Ma niesłychaną energię do poznawania nowych ludzi, natomiast ja jestem introwertyczką, więc doceniam, że konsultuje się ze mną, zanim entuzjastycznie się zgodzi. Prawdę mówiąc, odstręcza mnie myśl o spędzeniu wieczoru z tą kobietą. Wydaje się, że jest jej trochę... za dużo. Ale jeśli mamy tu mieszkać, czy nie powinniśmy się zaprzyjaźnić z sąsiadami? Czy nie tak robią normalne rodziny na przedmieściach? I może nie będzie taka zła, kiedy uda mi się poznać ją bliżej.
- Jasne - odpowiadam. - Będzie nam miło. Nie znamy praktycznie nikogo w Long Island.
Suzette odrzuca głowę do tyłu i śmieje się głośno, ukazując równy rząd perłowobiałych zębów.
- Och, Millie...
Zerkam na męża, który wzrusza ramionami. Żadne z nas nie wie, co ją tak rozbawiło.
- Co?
- Chodzi o to, jak to powiedziałaś - chichocze. - Nikt nie mówi "w" Long Island.
- N-nie?
- Nie! - Kręci głową, jakby nie dowierzała, że ktoś może być takim ignorantem. - Mówi się "na" Long Island. Nie jesteś "w" wyspie, to brzmi idiotycznie. Jesteś "na" wyspie.
Enzo drapie się po swojej ciemnej czuprynie. Tak na marginesie - nie ma ani jednego siwego włosa. Ja, gdyby nie moje buteleczki Clairolu, byłabym już całkiem siwa od czasu narodzin Nico. A u Enzo jedyne siwe włosy pojawiają się w zaroście na brodzie, kiedy ją zapuszcza. Ale kiedy mu o tym powiedziałam, zaczął grzebać we włosach tak długo, aż znalazł pojedynczy siwy włos i pokazał mi go, jakby to miało poprawić mi humor.
- W takim razie nie rozumiem - mówię. - Czy to znaczy, że powinno się mówić, że ludzie mieszkają "na" Hawajach? Albo "na" Staten Island?
Uśmiech spełza jej z twarzy.
- Cóż, Staten Island to zupełnie inna sprawa.
Szukam poparcia we wzroku męża, ale on wydaje się tak samo rozbawiony całą sytuacją.
- W takim razie cieszymy się, że jesteśmy tutaj, NA Long Island, Suzette. I chętnie przyjdziemy do ciebie jutro na kolację.
- Nie mogę się doczekać - odpowiada.
Z trudem przywołuję uśmiech na twarz.
- Mam coś przynieść?
- Och. - Stuka się palcem wskazującym w podbródek. - Może jakiś deser?
Super. Teraz będę zachodzić w głowę, co takiego powinnam przynieść na deser, by spełnić standardy Suzette. Coś mi się zdaje, że paczka Oreo nie załatwi sprawy.
- Nie ma problemu!
Kiedy Suzette wraca chodnikiem do swojego, dużo większego, domu, jej obcasy stukają o betonowe płyty, a mnie z każdym stuknięciem zawiązuje się kolejny węzeł na jelitach. Tak bardzo się cieszyłam, gdy kupiliśmy tę nieruchomość. Tak długo gnietliśmy się w ciasnym mieszkaniu i wreszcie miałam mój wymarzony dom.
Ale teraz po raz pierwszy zastanawiam się, czy przeprowadzka tutaj nie była koszmarnym błędem.