ROZDZIAŁ 1
Tylko w zepsutym zegarku czas stoi w miejscu. W życiu człowieka, niestety, czas biegnie nieubłaganie. Jednemu człapie, innemu ucieka.
Z upływem lat nieubłagane są także zmiany. Dotyczy to wszystkich dziedzin życia. Największe różnice dostrzegalne są w polityce, gdyż dotykają nie jednostek, lecz ogółu. I to nie tylko w regionie czy kraju. Zmiany te rzutują na obraz całego świata.
Po drugiej wojnie światowej Polska znalazła się w strefie wpływów Kremla, czyli Stalina, a po jego śmierci - Chruszczowa. Początkowo schedę po Stalinie dzierżył Malenkow. Widocznie jednak był za słaby i nie miał poparcia, więc wszechwładnym został towarzysz Nikita.
Zmiany w Polsce następowały początkowo szybko. Po czterdziestym ósmym nastąpiła stabilizacja. Fuzja komunistów z socjalistami poskutkowała powstaniem PZPR.
Zlikwidowano stanowisko prezydenta, tworząc w zamian funkcję Przewodniczącego Rady Państwa - stanowisko bez wpływu na funkcjonowanie kraju. Oczywiście istniała Rada Ministrów, czyli rząd, na którego czele stanął Cyrankiewicz. Aby zachować pozory, był również sejm i władza sądownicza. Na pierwszy rzut oka - demokracja.
Pierwsze skrzypce w tej orkiestrze grał szef PZPR, zwany pierwszym sekretarzem. Został nim Bolesław Bierut. Niby pierwsze skrzypce, lecz musiały grać według nut wysyłanych z Kremla. Okazało się jednak, że fałszował, gdyż wiosną pięćdziesiątego szóstego podczas oficjalnej wizyty w Moskwie nagle zmarł.
Fałszywymi skrzypkami okazali się także: czechosłowacki pierwszy sekretarz i niemiecki premier. Jakiś włoski komunista również nie wytrzymał moskiewskiego powietrza.
Dziwny zbieg okoliczności. W krótkim odstępie czasu cztery osoby opuszczały Moskwę w drewnianych jesionkach, jak mawiał Wiech.
Po Bierucie nastąpiła czternastoletnia era Władysława Gomułki. Bierut zmarł w kwietniu, a Gomułka przejął ster w październiku.
W okresie przejściowym sekretarzował Ochab. Miał pecha. W czerwcu w Poznaniu doszło do rozruchów. Był to pierwszy protest społeczeństwa wobec uległych Kremlowi władz. Po krwawym zdławieniu poznańskiego buntu dał o sobie znać premier Cyrankiewicz. Zagroził odrąbywaniem rąk wyciągniętych przeciw władzy ludowej. Pomimo buńczucznej mowy premier, jak wskazywałaby nazwa, nie był pierwszym. Pierwszym był sekretarz PZPR, któremu - jak wspomniałem wcześniej - nuty do grania przysyłano ze stolicy Kraju Rad.
Gomułka zasłynął jako znawca literatury. Podczas sprawowania przez niego władzy niektórzy literaci, między innymi Paweł Jasienica, popadli w niełaskę. Gomułka miał pretensje nawet do Mickiewicza. Zdjął z afisza warszawskie przedstawienie Dziadów, a reżyser spektaklu Kazimierz Dejmek mocno podpadł sekretarzowi. To tylko przedsmak jego działalności. Za jego rządów nastąpił masowy wyjazd ludności pochodzenia żydowskiego z Polski do Izraela.
Wszystko ma swój kres, od siedemdziesiątego sekretarzował Edward Gierek.
Początki były trudne. Polska za udział w agresji na Czechosłowację (w roku 1968) nie cieszyła się na świecie dobrą opinią. Gierkowi udało się tę niechęć opanować. Niebagatelne sumy w formie pożyczek napływały z bogatych krajów zachodnich. W efekcie zadłużył kraj. Jedyny pożytek - rozwinął budownictwo mieszkaniowe. W szybkim tempie powstawały bloki, jeden po drugim. Nie było to budownictwo luksusowe, ale dało się mieszkać.
Dotarliśmy do roku siedemdziesiątego szóstego. Krawiec Józef Grochowski wraz z żoną Heleną opuścili wieś i zamieszkali w pobliskim mieście - Złotowie. Początkowo emeryt Józef nie bardzo był z tego zadowolony. Brak pracy, drobnego inwentarza; jednym słowem: nuda. Chyba ze trzy miesiące trwało, zanim zrozumiał, że dokonali właściwego wyboru. Starość to jeszcze nie tragedia. Przychodnia pod nosem jest niezwykle wygodna. Do sklepów kilka kroków, a poza tym znajomi przynosili mu drobiazgi do roboty. Sąsiad zażyczył sobie uszycie garnituru. I wreszcie: miasto to też miejsce szczęśliwego życia. Zapomniał o krówce, kurach, a w zamian upodobał sobie spacery.
Przed reformą gierkowską Złotów był miastem powiatowym. Po degradacji z powiatu na nie wiadomo co żyło się tak samo. Utworzenie czterdziestu dziewięciu województw dla Złotowian było dość korzystne.
Do miasta wojewódzkiego było wtedy trzydzieści trzy kilometry. Tyle wynosi odległość do Piły. Do poprzedniej stolicy województwa, Koszalina, było o sto kilometrów więcej. Dla petentów w urzędach wojewódzkich okazało się to ulgą. Największą korzyść odnieśli chorzy wymagający leczenia specjalistycznego. Dla przykładu: do specjalisty okulisty należało niegdyś jeździć do Słupska, obecnie wystarczało pojechać do Piły. Oszczędność stu dwudziestu kilometrów. Poziom poradni w Pile był wyższy niż w Słupsku. Tak twierdzili wszyscy, którzy korzystali z usług pilskich specjalistów.
Normalne, spokojne życie bez trosk w drugiej połowie lat siedemdziesiątych uległo zachwianiu. Dotyczyło to wszystkich - z zaopatrzeniem w sklepach masarskich zawsze był kłopot. Po pięciu latach rządów Gierka kolejki wydłużyły się. Zakup choćby pół kilograma kiełbasy zwyczajnej uważano za sukces. Właśnie za czasów gierkowskich powstał nowy zawód - stacz. Staczami bywali przeważnie emeryci. Za niewielką opłatą okupowali kolejki nie tylko przed sklepami z mięsem. Kolejki były przed sklepami meblowymi i AGD. Wszystkie branże trudno wymienić. Kolejki były wszędzie. Panie z dzieckiem na ręku były obsługiwane poza kolejnością, więc maluchy były przekazywane z rąk do rąk, po kilka razy pomagając w bezkolejkowych zakupach.
Dla przedsiębiorczych gospodyń robiących przetwory z owoców - tragedia. Wprowadzono kartki na cukier. Wiadomo, jak kartki, to i spekulacja.
Lato roku siedemdziesiątego szóstego - z Ursusa i Radomia napływały nienajlepsze wieści. Ludzie słyszeli o tłumieniu protestów robotników. To zły znak. Czyżby?
***
Antoni, gdy skończył podstawówkę, ku niezadowoleniu ojca rozpoczął naukę w szkole średniej. Oświadczył ojcu, że krawiectwo to nuda. Interesował go sport. Nie tylko kibicowanie. Jak większość chłopaków ganiał za piłką. Gdy podrósł, grał jako amator w kilku klubach. Poważnie myślał o piłce nożnej. Niestety, groźna kontuzja wybiła mu z głowy karierę.
Gdy przyjmował się do pracy w Zakładach Chemicznych "Zachem" w Bydgoszczy, był jeszcze mieszkańcem koszalińskiego. Stały adres miał w Złotowie przy rodzicach.
Przed Zachemem pracował w szczecińskim Wiskordzie. Niby też chemia i też organiczna, tylko nie ta klasyczna. Wiskord to tylko częściowo udoskonalona dziewiętnastowieczna manufaktura. O rozwoju fachowości nie było mowy.
Bydgoski "Zachem" otworzył Antkowi oczy. Kadry skierowały go na wydział w końcowej fazie budowy, krótko przed rozruchem. Nowoczesność, pełna automatyzacja. Teraz zrozumiał wymogi przemysłu chemicznego.
Uczył się pilnie i obserwował otoczenie. To dało okazję do pewnych porównań.
Sąsiedni wydział już po rozruchu, jak to na początku, borykał się z trudnościami. Wydział na licencji radzieckiej w fazie początkowej "gościł" specjalistów z Kraju Rad. Kilkanaście osób. Oczywiście przydzielono im specjalne pomieszczenie z napisem "Specjaliści radzieccy". Codziennie o dziesiątej mieli naradę.
Ubrani byli w ciuchy zachemowskie: flanelowe koszule, drelichowe ubranie i buty. Kierownik tej zbieraniny odróżniał się od reszty specjalistów krawatem założonym na flanelkę.
Wydział Antka to był polski wydział - projektanci polscy, choć akcenty z zachodu były. Posiadali aparaturę ze Szwajcarii, Zachodnich Niemiec, Austrii i drobne elementy z USA.
Przedstawiciele zachodnich firm także uczestniczyli w rozruchu. Były to pojedyncze osoby, nie jak gromada rosyjska; ci to byli faktycznie specjaliści - znali wszystko, od śrubki po automatykę.
Eksperci radzieccy sprawiali wrażenie, jakby do Polski przyjechali na codzienne zebrania partyjne. Narady i jeszcze raz narady. Nie zawsze dawało to efekt. Nasi inżynierowie bez ich narad często wychodzili cało z tarapatów.
Zachodni eksperci także przystępowali do pracy w ubraniach roboczych. Nie były to ciuchy zachemowskie, ale ich własne, firmowe. Niektórzy pracownicy zastanawiali się, czy krawat radzieckiego kierownika zakupiono ze specjalnego funduszu. Nic dziwnego. W zachemowskich magazynkach rubryka "krawat" nie istniała.
Tak sobie żartowano. Oficjalnie Rosjan traktowano poważnie.
W Grochowskim grupa Rosjan nie budziła żadnych emocji. Częściowo znał ich obyczaje. Mieszkając w Szczecinie, spotykał się z sympatycznym, rosyjskim oficerem, który przy butelce stolicznej nie krył niezadowolenia z rządów Chruszczowa. Ufał Antoniemu, bo za takie stwierdzenie Syberia pewna.
Jedyne, co Antoniego ciekawiło, to kto z tej zachemowskiej grupy jest obserwatorem politycznym. Dobrze wiedział, że do każdej grupy dokooptowano kapusia. Nawet niekoniecznie podczas wyjazdów zagranicznych. Jeśli zbierało się jakieś skupisko ludzi, partia musiała mieć swojego kreta. Musiała o wszystkim wiedzieć.
W Polsce wszechwładna przewodniczka ludu niestety przejęła tę metodę inwigilacji. Mieliśmy polskich politruków, ale łatwo było ich rozszyfrować.
Na wydziale Antoniego najdłużej przebywającym w Bydgoszczy ze speców zagranicznych był Szwajcar. Przyczyny jego przedłużającego się pobytu w Polsce były dwie. Pierwsza: z winy inwestora. Konstrukcja podłoża pod potężne kompresory zakupiona z jego firmy w Bazylei była zbyt słaba. Należało ją wzmocnić grubą warstwą żelbetu. Trochę to trwało.
Skąd takie niedopatrzenie? Zamiast wysłać na rozpoznanie do Anglii fachowca, gdzie takie urządzenia pracowały, wysłano kolesia na wycieczkę. Takie projektant otrzymał dane. A właściwie ich nie dostał.
Druga przyczyna: wina Szwajcarów. Wadliwe parametry jednego z tłoków kompresora. Przy rozruchu nie wytrzymał. Pękł.
Wykonano telefon i po dwudziestu czterech godzinach przedstawiciel producenta, przepraszając, stwierdził wadę, a po siedemdziesięciu dwóch godzinach zamontowany tłok był gotowy do pracy. Oprócz tego w ramach przeprosin dotarła pełna skrzynia z rezerwową armaturą.
Widocznie u nich to normalne. A u nas...?
Szwajcaria, kraj wielojęzyczny. Nasz spec na imię miał Franz. Bazylea to niemieckojęzyczna część kraju. Franz z projektantem porozumiewali się po francusku. Znał również włoski.
Antoni znający język niemiecki miał z Franzem dobry kontakt. Szybko zostali kumplami. Obaj dawno przekroczyli wiek chrystusowy, czyli starzy kawalerowie. Nie tylko to ich łączyło. Byli miłośnikami muzyki operowej. Zarówno Franz, jak i Antoni na pierwszym miejscu stawiali Pucciniego.
Franza zakwaterowano w hotelu Brda. Fabryka traktowała go należycie, jak gościa. Codziennie miał zapewniony dowóz do zakładu. Wspólne zainteresowanie muzyką powodowało częste wypady Antka do Brdy. Franz przywiózł sporo nagrań - nie tylko Pucciniego. Był Verdi i inni twórcy, sami Włosi. Antek pytał, dlaczego nie ma nagrań kompozytorów innych nacji, na przykład Bizeta, Mozarta, Wagnera czy Czajkowskiego.
- Oczywiście, mam i takie nagrania - odpowiedział Franz. - Przywiozłem tylko Włochów, bo na resztę zabrakłoby walizek.
Ich rozmowy toczyły się też na inne tematy. Problemy w fabryce, w Polsce, a szczególnie poziom życia przeciętnego Polaka. Według Szwajcara - bieda.
- Dziwne, jak wy to wytrzymujecie - komentował.
Namawiał Antka na wyjazd do Szwajcarii na stałe. Gwarantował mieszkanie i dobre zarobki. Odmowę przyjął ze zdziwieniem.
Antek nie tłumaczył dlaczego, a powodów było kilka. Po pierwsze rodzice już niemłodzi, liczyli na jego opiekę. Drugi aspekt - dziadek Antka, działacz polonijny pod zaborem niemieckim, przewróciłby się w grobie, gdyby wnuk dla pieniędzy opuścił Polskę. Po trzecie normalny strach przed nieznanym.
Wyjazd Franza zakończył znajomość. Antek nie poprosił nawet o adres. Nie chciał być kuszony.
Relacja Antka z rodzicami była dobra. Komunikacja autobusowa sprzyjała - tylko osiemdziesiąt pięć kilometrów. Dojazd koleją z przesiadką w Pile też. System pracy Antoniego, tak zwany czterobrygadowy, pozwalał na trzydniowe wizyty co cztery tygodnie. Mieszkanie w Bydgoszczy zapewniała fabryka. Nowoczesny hotel robotniczy. Nie był to co prawda Hilton, lecz warunki były znośne.
Dni wolne od pracy wykorzystywał zawsze na wyjazd do Złotowa. Urlopy także spędzał z rodzicami.
- Po co mi wczasy? - mawiał. - Nie ma lepszego miejsca do odparowania chemikaliów niż Złotów.
Co racja, to racja. Miasto czyste, bez hałasu, obdarzone szczerze przez naturę. Na obrzeżach pięć jezior, niewielka rzeczka i dużo zieleni.
Zachodnia część miasta zwana Zwierzyńcem stanowiła prawdziwe płuca miasta. Spacery w tej dzielnicy to samo zdrowie, a Antoś maszerować lubił.
W siedemdziesiątym szóstym ojciec, kilka lat starszy od matki, zaczął podupadać na zdrowiu. Był - jak to mówią - na chodzie i wykonywał lekkie prace. Głowę miał nie od parady. Potrafił tak zaplanować cięższe roboty, żeby trafiły na wolne dniówki Antka.
Trzydniówki to była uciecha dla całej rodziny. Antek oprócz pracy na działce - a dużo tego nie było - robił to, co lubił: spacerował. Przechodząc obok jezior, żałował, że nie załapał bakcyla wędkarskiego. Spacery praktykował nie tylko z zamiłowania, lecz głównie dla zdrowia. Miał przecież do czynienia z chemikaliami, i to niebezpiecznymi. Na przykład z fosgenem, który w przeszłości używano jako gaz bojowy.
Najważniejsze jednak były rozmowy. O wszystkim. Choć... niezupełnie. Nie było mowy o żeniaczce. Obie strony uważały, że tak jest lepiej.
Rozmowa o Szwajcarze i jego propozycji, gdy dotarła do świadomości ojca, wzbudziła w staruszku pewne zaniepokojenie.
Nie był działaczem jak dziadek, choć do Związku Polaków w Niemczech wstąpił - i to wcale nie za namową dziadka. Sam z siebie. Czuł taką potrzebę.
Udowodnił to w trzydziestym szóstym. Był już samodzielnym krawcem. W ogólnoniemieckim spisie powszechnym w rubryce narodowość zadeklarował polską, mowa ojczysta - także polska. Stracił przez to kilku klientów, zwolenników Adolfa. Dane były jawne.
Józef spojrzał na syna i zapytał:
- Co mu odpowiedziałeś?
- Możecie być spokojni. Nigdzie nie wyjeżdżam. Chyba nie muszę tłumaczyć dlaczego.
Nic nie odpowiedział. Uśmiech wystarczył. Żeby staruszków zupełnie uspokoić, tak zaczął:
- Pamiętacie Bolka, z którym chodziłem do ogólniaka?
- Czy to ten, z którym siedziałeś w jednej ławce? - spytała matka.
- Nie, mamo. Pierwsze dwa lata siedziałem z Januszem. A później różnie. Po dwóch latach Janusz przeniósł się do średniej muzycznej. Złotowskie ognisko muzyczne to było za mało na jego talent. Nie mam z nim kontaktu, a szkoda. Teraz to znany kompozytor. W szkole byliśmy kolegami. To równy, dowcipny chłop.
Matka kiwnęła głową.
- Pamiętam jego ojca z wywiadówek. Też muzykalny. Każdego roku w maju z wieży kościoła świętego Stanisława Kostki na trąbce wygrywał melodię do pieśni maryjnych. Podczas wywiadówek też zasiadaliśmy w jednej ławce.
- Dajcie mi dokończyć o Bolku.
- Chyba kojarzę. To ten syn komunisty z...
- Oczywiście, tato. Bolek był taki sam jak jego ojciec. Gdy dotarła do niego wiadomość o śmierci Bieruta, płakał jak bóbr. Nasza rozmowa o propozycji Szwajcara skierowała moje myśli na postępowanie Bolka po szkole. - Antek zamyślił się. - Skończył polską politechnikę i ożenił się z dziewczyną urodzoną w Gorzowie. Czyli tak jak ja, w Trzeciej Rzeszy. Załatwili sobie wyjazd do Niemiec Zachodnich na stałe. Teraz Adenauer dla niego cacy, a kiedyś wróg numer jeden - zadrwił. - Nie wiem, od kogo dostał mój adres bydgoski, ale napisał do mnie. Byłem zdziwiony. Teraz kapitalizm to same superlatywy. Pracę dostał w swoim zawodzie. Dobrze płatną. Chwalenie zawsze było jego mocną stroną, oczywiście siebie - zauważył z przekąsem. - Nie odpisałem. Zawsze uważałem, że wydane setki tysięcy złotych trzeba odrobić. To niebagatelna kwota. Wydał je rząd polski, a nie niemiecki. Może ktoś uważa to za normalność, ale w mojej ocenie to niemoralne.
- Skoro tak uważasz, postąpiłeś słusznie.
- Tato, to nie koniec. Napisał ponownie. Namolność to druga jego cecha.
- Odpisałeś?
- W końcu tak. Początkowo chciałem krótko i dość ordynarnie. Po zastanowieniu odpisałem, że z nikim z ogólniaka nie utrzymuję kontaktu i dla mnie cztery lata znajomości wystarczą. Zrozumiał. Mam spokój.
- Mądrze. Ważne, że skutecznie - skwitowała matka.
Podczas pobytu w Złotowie rozmowy o sprawach bieżących, o cenach i znajomych z wioski to była normalność. Rozmowa o fabryce zmieniła dyskusję z rodzicami. Dyskurs z pewnym panem w zakładzie cofnął myśli Antoniego o wiele lat. To spotkanie przypomniało Antoniemu opowiadanie Maciaszka o pomniczku w lesie.
Maciaszek już nie żył. Antoni żałował, że nie mógł być na jego pogrzebie. Na jego ewentualne sugestie było za późno. Może rodzice pomogą? Takiej szansy nie mógł zmarnować.
Po dwudziestu czterech latach zamierzał znaleźć przyczynę, dlaczego zginął partyjniak. To jest to, co postanowił jako dzieciak.
Wówczas nikt o tym nie mówił. Ale po tylu latach chyba można?
Antek nie był bojaźliwy.