Pominięty - Bolesław Prus

Kup ebooka

8.49 zł
6.96 zł (3,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

POMINIĘTY

Kto nie był na wystawie, niech śpieszy ją zobaczyć. Niech śpieszy, bo życie jest krótkie, a podobne widowiska urządzają się tylko raz na lat kilkanaście. Niech śpieszy, bo niedługo z czubatych dachów, które widać przez parkan, spadnie las chorągwi, a sama wystawa zamieni się na kupę desek i pusty plac Ujazdowski... Kto więc nie był, niech nie ociąga się, nie zwłóczy, nie odkłada na jutro, bo nie wiemy, na jak długo straci sposobność ujrzenia dziwnego miasta, bardzo dziwnego, najdziwniejszego wynalazku z tych, jakie porobił fantastyczny wiek XIX-ty. Miasto - rzecz znana. Niejeden widział wielkie miasta europejskie, słyszał o azjatyckich i wie, że nawet całkiem dzicy ludzie, zupełnie nadzy ludożercy także budują miasta. Nietylko ludożercy: nawet bobry, pszczoły, mrówki i termity wznoszą tłumne budowle, które również możnaby nazwać miastami. Miasto więc we Francji i w Tasmanji, nad syberyjskiemi rzekami, których brzegu nie tknęła ludzka noga, pod strzechą ula i pod pniem sosny w naszych lasach, zawsze znaczy jedno i to samo. Jest ono zbiorową siedzibą żywych istot, nazywających się ludźmi czy bobrami, mrówkami albo pszczołami, wszystko jedno, lecz - istot żywych. Tak było od czasów Memfisu i Ekbatany aż po wiek XIX-ty, w którym dopiero przyszła ludziom chimeryczna myśl budowania miast... dla rzeczy martwych... Osobliwe to miasta! W północnej strefie widzisz budynki tak przewiewne, jakie wznoszą się tylko pod równikiem, a tak lekkie, jak gdyby ten spokojny kraj był siedliskiem ciągłego trzęsienia ziemi. Widzisz ściany z płótna, z rzeźbionych desek, z brył węgla, albo z żelaznej koronki. Widzisz pałacyki, gdzie nikt nie mieszka, domy bez drzwi i okien, schody, po których nikt nie stąpa. W kaplicach, zamiast ołtarzy, rozpierają się szafy, napełnione perkalem, albo płótnem; w pawilonie, podobnym do obory, ściany kosztowniej są wytapetowane niż dom bogacza; w rajtszuli słychać dźwięki organów. Spotykasz kolumnadę, o jakiej nie marzono w Grecji: z beczek i rur kanalizacyjnych, a pod przejrzystym dachem szereg pieców. W namiocie rzymskich legjonistów kryją się dziecinne wózki i kolebki; w półciemnym damskim buduarze widzisz zbiór nasion i czujesz zaduch klajstru; w jarmarcznym straganie sprzedają na kubki i łokcie najmistyczniejszą siłę natury - elektryczność... Wszystkie te budowle ustawiono pod sznur, przedzielono ulicami, obwieszono girlandami, festonami i trójbarwnemi chorągwiami. Zdaje ci się, iż wpadłeś do miasta, którego ludność obchodzi jakieś wesołe święto, przyczem nie brakuje odgłosu dzwonów, ani muzyki, ani nawet stukania kufli. Lecz właściwi mieszkańcy tych pałaców, kaplic, stodół, obór, namiotów i straganów, we wspaniałych teremach siedzą bez ruchu, nawet bez śladu życia. Nie zapraszają cię, abyś ich odwiedził, nie kryją się, gdy przychodzisz. Są obojętni dla pochwał i niewyczerpanie pobłażliwi dla natręctwa. Na swoich uroczystych miejscach siedzą bez dumy, ale i bez zakłopotania, spokojni i jednostajni jak wieczność. Każdemu patrzą prosto w oczy, bez pokory wobec członków komitetu, bez dreszczu wobec sędziów, bez ziewania wobec pospolitych śmiertelników. Cechą wspólną im wszystkim jest nadludzkie poczucie godności, które posiada każdy, bez względu jak się nazywa: lokomobilą czy imbrykiem, srebrnym puharem, który będzie nagrodą wyścigowego zwycięzcy, czy kolczastym drutem, któremu całe życie zejdzie na niepuszczaniu bydła w szkodę. Dziwne, bardzo dziwne miasto! Więc śpieszcie się je zobaczyć. Śpieszcie zobaczyć, z jaką powagą świętują i przyjmują hołdy rzeczy martwe, których nikt nie uczył dobrego wychowania. Śpieszcie zobaczyć mały stołeczek, który w zwykłych czasach jest małym stołeczkiem pod nogi, a dziś fenomenem, odwiedzanym przez dygnitarzy świeckich i duchownych. Uczcie się łagodności od machiny parowej, której siła jest tak wielka, że jednym zamachem zdruzgotałaby słonia i wieloryba, a mimo to między szprychami jej potężnego kola siadają dzieci. Przekonajcie się, że pendzle ze szczeciny mają własną estetykę, i że skromna igła przechodzi cały system edukacyjny o bajecznej ilości trzydziestu klas!... Zobaczcie, jak wygląda jaśnie-oświeconość mosiądzu, wyczyszczonego pomadą do metali, i znajdźcie tak starożytnego szlachcica, którego ród przy węglu kamiennym nie byłby parwenjuszem. Porównajcie waszą litość z tkliwością opatrunkowej waty albo plasterka do nagniotków, i dobroczynność waszych serc z twardością młyńskiego kamienia, któremu cały świat zawdzięcza chleb powszedni. Bardzo szczególne miasto... Nawet słońce, dowiedziawszy się o jego cudach, stanęło nieruchome nad Ujazdowskim placem i tak szeroko otwiera zdziwioną źrenicę, że wywołuje nieznośny upał. Pod jego wpływem z fontann ledwo sączy się strudzona woda, piwo wysycha w kuflach, a herbata w szklankach zmniejsza się o czwartą część objętości. Pod jego wpływem treść wspaniałego pawilonu nasion zredukowała się do kilku kwart zboża, a warszawskie krawiectwo i szewctwo zupełnie wyschły i wcale ich nie widać. Skutkiem gorąca tkaniny nabierają własności papieru, na papierach wykwitają napisy w językach ciepłego klimatu, a miejsce, przeznaczone na radomski pawilon, skurczyło się tak, iż niepodobna wybudować pawilonu, a tem samem wystawić okazów z Radomia. Inne przedmioty, nasycone upałem, rozszerzają się nad wszelką miarę. Medal pamiątkowy, wybity w szopie za dwadzieścia groszy, na spiekocie, w rękach roznoszącego katalogi chłopca, podwaja wartość i kosztuje czterdzieści. W sercach niektórych wystawców tak nabrzmiewa ambicja, że zaczyna kipieć gniewem, parować plotkami, a nawet grozić wybuchem, który chciałby rozsadzić wyrok sędziów, komitet, wystawę, cały świat... Wzburzenie to ukoić może tylko jakiś niesłychanie wielki i niesłychanie złoty medal, połączony ze zniesławieniem wszystkich współzawodników. Około dziesiątej rano plac był pusty, i jeszcze doskonale odróżniałeś każdego sędziego od każdego członka komitetu, którzy nawet mogli, gdyby im się tak podobało, na wszystkich alejach wystawy urządzać piesze wyścigi, pojedyńczo, sekcjami lub całemi oddziałami, wedle programu. Ponieważ jednak płochość nie licuje z powagą urzędu, czcigodne więc te osoby oddawały się przyjemnościom ruchu tylko w sposób umiarkowany i uroczysty, który dowodził, że już znajdują się w krytycznej chwili sądzenia okazów i lada dzień uszczęśliwią wystawców licznem potomstwem złotych, srebrnych i bronzowych medali. Było tak pusto, że każdy wystawca nietylko poznawał swoich sędziów, ale jeszcze mógł porównywać ich wielkość z wysokością kotłów gorzelniczych, które, wyznajmy to, w powyższem zestawieniu wydawały się karłami. Ale około południa, na placu, obok sędziów, ukazał się tłum pospolitych ludzi, który, znowu skutkiem wzmagającego się gorąca, dosięgną! niebywałych rozmiarów. Wówczas zaś, ku zgorszeniu pełnych szacunku wystawców, zdarzyła się rzecz niesłychana. W napływającej fali widzów sędziowie poczęli rozpuszczać się i tonąć. Naprzód znikły ich niestrudzone nogi, potem piersi pełne obywatelskich uczuć, potem głowy, rzucające tyle światła na obecny stan naszego przemysłu, a nareszcie i kapelusze, które łagodziły oślepiające blaski swoich podstaw. Wkońcu zaś, gdy tłum zalał wszystkie aleje, napełnił wszystkie pawilony i opanował wszystkie kufelki, sędziowie rozpłynęli się w nim, jak cukier w wodzie. Tylko słabe migotanie ukazujących się gdzie niegdzie kokard i tabliczek, podtrzymywało w wystawcach otuchę, że jeszcze niewszystko zginęło, i że, gdy ludzki przybór opadnie, znajdą się na jakiej mieliźnie, jeżeli nie cali sędziowie, to przynajmniej pamiątki po nich w formie medali i listów pochwalnych. Tłum wciąż przybierał i płynął niewiadomo dokąd. Alejami szerokiemi płynął jak rzeka, w wąskich przejściach zamieniał się na wartki potok, rozbijał się i rozpryskiwał o wielkie kotły cukrownicze, na środku drogi tworzył wiry, a przy budynkach pienił się sukniami i piórami kobiet. Wlewał się do pawilonów, otaczał szafy, ocierał o ściany i znowu wypływał nazewnątrz, aby ustąpić miejsca nowej fali kołyszących się głów i turniur. I gdy tak wszyscy tworzyli jedną masę ruchomą a bezwładną, którą popychała fatalność, każdej z tych kropli białych, czarnych, niebieskich, różowych i popielatych zdawało się, że ona coś wie, czegoś chce i czegoś szuka. Szuka czegoś nowego i niesłychanego, coby wypełniło pustkę jej duszy; szuka czegoś, co nazywa się zadowoleniem.

CIĄG DALSZY TEKSTU W PEŁNEJ WERSJI