Rozdział 1
1
Doktor Bloom cierpliwie czekała na odpowiedź.
Meghann Dontess odchyliła się na oparcie fotela i oglądała paznokcie.
Czas na manikiur. Już dawno.
- Harriet, staram się zbyt dużo nie czuć. Wiesz o tym. To tłumi radość
życia.
- Czy dlatego od czterech lat spotykasz się ze mną co tydzień?
- Na twoim miejscu bym tego nie podkreślała. Niezbyt dobrze to świadczy
o twoich umiejętnościach psychoterapeuty. Wiesz, niewykluczone, że kiedy
tu przyszłam, byłam całkiem normalna, a ty zrobiłaś ze mnie wariatkę.
- Znowu zasłaniasz się poczuciem humoru jak tarczą.
- Przeceniasz mnie. To wcale nie było zabawne.
Harriet nie uśmiechnęła się.
- Mało kiedy wydajesz mi się zabawna.
- I tu pasuje mój sen o tym, jak wygłaszam na scenie satyryczny monolog.
- Porozmawiajmy o tamtym dniu, kiedy rozdzielono cię z Claire.
Meghann nerwowo poprawiła się w fotelu. Miała pustkę w głowie, akurat
gdy przydałaby się zręczna riposta. Wiedziała, do czego Harriet zmierza,
a Harriet z kolei zdawała sobie sprawę, że ona to wie. Jeśli nie
odpowie, pytanie padnie ponownie.
- Rozdzielono. Elegancko i zgrabnie ujęte. Odseparowano. Niezłe, lecz
ten temat został zamknięty.
- Ciekawe, że utrzymujesz kontakt z matką, a dystansujesz się od
siostry.
Meghann wzruszyła ramionami.
- Mama jest aktorką. Ja prawnikiem. Stwarzanie iluzji łatwo nam
przychodzi.
- To znaczy?
- Czytałaś kiedyś jeden z jej wywiadów?
- Nie.
- Opowiada wszystkim, że byliśmy biedną, lecz kochającą się rodziną. Dla
wygody udajemy, że to prawda.
- Mieszkałyście w Bakersfield, kiedy zakończyła się ta sielanka?
Meghann nie odpowiedziała. Harriet naprowadzała ją z powrotem na bolesny
temat niczym szczura zapędzonego do labiryntu.
- Claire skończyła wtedy dziewięć lat - ciągnęła. - O ile dobrze
zapamiętałam, brakowało jej kilku zębów, no i miała kłopoty z matematyką.
- Przestań. - Meghann zacisnęła palce na gładkich drewnianych poręczach
fotela.
Harriet wbiła w nią wzrok. Patrzyła nieruchomo spod szerokich, czarnych
brwi. Małe okrągłe okulary powiększały jej oczy.
- Nie wycofuj się, Meg. Czynimy postępy.
- Jeszcze trochę, a będzie potrzebna karetka. Powinnyśmy rozmawiać o mojej działalności zawodowej. Wiesz, że z tego powodu tu przychodzę.
Praca w sądzie rodzinnym łączy się z ogromnym napięciem. Wczoraj pewien
miły tatuś zajechał do mnie ferrari, po czym przysięgał, że nie ma
złamanego grosza. Mydłek. Nie chce pokryć czesnego córki. Zdziwi się, bo
nagrałam jego przyjazd na kasetę wideo.
- Dlaczego mi płacisz, skoro nie chcesz rozmawiać o źródle twoich
problemów?
- Nie mam problemów, tylko rozterki. I nie widzę sensu grzebania w przeszłości. Skończyłam szesnaście lat, kiedy to wszystko się wydarzyło.
Teraz mam czterdzieści dwa. Czas zacząć patrzeć przed siebie. Zrobiłam,
co należało. Teraz to już nie jest istotne.
- W takim razie dlaczego ciągle powraca tamten zły sen?
Meghann nerwowo obracała na nadgarstku srebrną bransoletkę od Davida
Yurmana.
- Śnią mi się również koszmary o pająkach w słonecznych okularach od
Oakleya. Ale o to nigdy nie pytasz. O, a w zeszłym tygodniu przyśniło mi
się, że siedzę zamknięta w szklanym pokoju, który ma podłogę z bekonu.
Słyszę płacz, ale nie mogę znaleźć klucza. Chcesz porozmawiać o tym
śnie?
- Uczucie izolacji. Świadomość, że ludzie cierpią z powodu twojego
postępowania albo że za tobą tęsknią.
- Cholera! - Powinna była to przewidzieć. W końcu zrobiła licencjat z psychologii. Nie mówiąc już o tym, że kiedyś uważano ją za cudowne
dziecko.
Zerknęła na zegarek w platynowo-złotej kopercie.
- Fatalnie, Harriet. Czas się skończył. Chyba będziemy musiały zająć się
moimi nieznośnymi obsesjami w przyszłym tygodniu. - Podniosła się z fotela i wygładziła nogawki granatowego spodniumu od Armaniego, chociaż
trudno byłoby znaleźć najmniejsze zagniecenie.
Harriet powoli zdjęła okulary.
Meghann instynktownie skrzyżowała ramiona w obronnym geście.
- Pewnie dobrze mi to zrobi.
- Jesteś zadowolona z życia, Meghann?
Tego się nie spodziewała.
- Dlaczego nie mam być zadowolona? Jestem najlepszą specjalistką od
spraw rozwodowych w całym stanie. Mieszkam...
- ...sama...
- ...w obłędnym kondominium tuż przy Public Market i jeżdżę nowiutkim
porsche.
- Przyjaciele?
- W każdy czwartkowy wieczór rozmawiam przez telefon z Elizabeth.
- Rodzina?
Może czas zmienić psychoterapeutkę. Harriet odkryła wszystkie słabe
punkty.
- Mama siedziała u mnie przez tydzień w zeszłym roku. Jeśli mi się
poszczęści, przyjedzie z kolejną wizytą wtedy, kiedy będą pokazywać
kolonizację Marsa w MTV.
- A Claire?
- Mamy z siostrą pewne problemy. Przyznaję. Ale to nic poważnego. Po
prostu jesteśmy zbyt zajęte, żeby się spotykać. - Ponieważ Harriet nie
zareagowała, Meghann czym prędzej wypełniła ciszę. - No dobra. Sposób, w jaki ona marnuje życie, doprowadza mnie do szaleństwa. Jest bystra,
mogłaby robić, co tylko zechce, tymczasem tkwi na tym zapyziałym
kempingu, który nazywają kurortem.
- Ze swoim ojcem.
- Nie chcę rozmawiać o siostrze. I zdecydowanie nie życzę sobie
dyskutować na temat jej ojca.
Harriet popukała piórem o biurko.
- W porządku, w takim razie powiedz mi, kiedy ostatnio spałaś dwa razy z tym samym facetem?
- Jesteś jedyną osobą, która widzi w tym coś złego. Lubię odmianę.
- I lubisz młodszych od siebie mężczyzn, tak? Mężczyzn, którzy nie
pragną stabilizacji. Pozbywasz się ich, zanim oni zdążą porzucić ciebie.
- Uważam, że nie ma nic złego w sypianiu z młodszymi, seksownymi
mężczyznami, którzy nie zamierzają się ustabilizować. Nie zależy mi na
podmiejskim domu za żelaznym płotem. Nie pociąga mnie życie rodzinne,
natomiast lubię seks.
- A odpowiada ci samotność?
- Nie jestem samotna - zaprzeczyła z uporem. - Jestem niezależna.
Mężczyźni nie lubią silnych kobiet.
- Silni mężczyźni je lubią.
- W takim razie zacznę zaglądać do siłowni zamiast do barów.
- Silne kobiety potrafią się zmierzyć ze swoimi lękami. Rozmawiają o bolesnych wyborach, jakich dokonały w życiu.
Meghann wyraźnie się wzdrygnęła.
- Przepraszam, Harriet. Muszę lecieć. Do zobaczenia w przyszłym
tygodniu.
Opuściła gabinet.
Na zewnątrz był piękny, słoneczny czerwcowy dzień. Początek lata.
Wszędzie indziej, poza miastem, ludzie pływali, grillowali i urządzali
pikniki nad brzegiem basenu. Tu, w starym, poczciwym Seattle, mieszkańcy
metodycznie zaglądali do kalendarza i mruczeli pod nosem: "Cholera, mamy
czerwiec".
Na ulicach kręciło się niewielu turystów; przyjezdnych łatwo
rozpoznawalnych po parasolach zatkniętych pod pachą.
Kiedy przecięła ruchliwą ulicę i weszła na gęsty trawnik w parku,
wreszcie mogła odetchnąć z ulgą. Powitał ją wysoki słup totemowy. Dalej
kilkanaście mew sfrunęło na brzeg w poszukiwaniu resztek porzuconego
jedzenia.
Minęła ławkę, na której jakiś mężczyzna leżał skulony pod warstwą
pożółkłych gazet. Przed nią ciemnoniebieskie wody zatoki Puget sięgały
bladego horyzontu. Pragnęła czerpać ukojenie z tego widoku; często jej
się to udawało. Dzisiaj myśli krążyły wokół innego miejsca i innych
czasów.
Gdyby zamknęła oczy, na co nie starczało jej odwagi, wszystko by
powróciło: wybieranie numeru telefonu, utrzymana w oficjalnym tonie,
desperacka rozmowa z nieznajomym mężczyzną, długa, odbyta w ciszy podróż
do zapyziałej mieściny na północy. I najgorsze z tego wszystkiego - łzy,
które ocierała z zaczerwienionych policzków młodszej siostry, kiedy
oznajmiła: "Zostawiam cię, Claire".
Bezwiednie zacisnęła dłonie na barierce. Doktor Bloom jest w błędzie.
Rozmowy o bolesnym wyborze Meghann i latach samotności, które potem
nastąpiły, nie pomogą.
Jej przeszłość nie była zbiorem wspomnień, z którym można się uporać;
przypominała raczej ogromnych rozmiarów walizkę na kółkach. Meghann
dawno już to odkryła. Mogła jedynie wlec ją za sobą.
Co roku w listopadzie potężna rzeka Skykomish napierała na błotniste
brzegi. Rok w rok groziła wylaniem. W obliczu tej powtarzającej się
sytuacji ludzie zamieszkujący małe przybrzeżne miasteczka obserwowali
rzekę, trzymając w pogotowiu worki z piaskiem. Mieli w pamięci
doświadczenia kilku pokoleń. Każdy znał jakąś historię o tym, jak to
poziom rzeki podniósł się do pierwszego piętra domu państwa takich a takich... woda sięgnęła szczytu schodów budynku Towarzystwa
Rolniczego... zalała skrzyżowanie Spring i Azalea. Mieszkańcy wyżej
położonych, bezpieczniejszych terenów śledzili wieczorne wiadomości i kręcili głowami, cmokając z dezaprobatą nad głupotą farmerów, którzy
osiedlili się na zalewowych równinach.
Kiedy wreszcie rzeka zaczynała opadać, wszyscy w mieście oddychali z ulgą. Pierwszy był zazwyczaj Emmett Mulvaney, aptekarz, który w nabożnym
skupieniu oglądał kanał z prognozą pogody w jedynym w całym Hayden
telewizorze z dużym ekranem. Potrafił wychwycić fragmenty informacji,
szczegóły, które nawet umykały uwagi fisz od meteorologii w Seattle.
Przekazywał swoje spostrzeżenia szeryfowi Dickowi Parksowi, a ten z kolei dzielił się nimi z Marthą, swoją sekretarką. "W tym roku będzie
dobrze. Niebezpieczeństwo minęło". I rzeczywiście, w dobę po
przepowiedni Emmetta meteorolodzy wyrażali taki sam pogląd.
Ten rok niczym nie różnił się od pozostałych. Teraz, w piękny dzień na
początku lata, łatwo przychodziło zapomnieć o tamtych groźnych
miesiącach, kiedy opady deszczu doprowadzały wszystkich do szaleństwa.
Claire Cavenaugh stała w gumiakach na nabrzeżu, grzęznąc po kostki w miękkim brunatnym błocie. Obok leżała przewrócona kosiarka, w której
skończyło się paliwo.
Claire uśmiechnęła się i dłonią w rękawicy otarła pot z czoła.
Niewiarygodne, ile pracy wymaga przygotowanie kurortu do sezonu.
Kurort.
Tak właśnie tata nazywał te szesnaście i pół hektara ziemi. Sam
Cavenaugh wszedł w ich posiadanie prawie czterdzieści lat temu, gdy całe
Hayden było jedynie przystankiem ze stacją benzynową na wzniesieniu
Stevens Pass. Kupił parcelę za grosze i zamieszkał w należącym do niej,
sypiącym się wiejskim domu. Nazwał ten teren Kurortem nad Brzegiem Rzeki
i oddał się marzeniom o życiu, w którym nie nosi się kasku i ochraniaczy
na uszy oraz nie pracuje na nocnej zmianie w papierni w Everett.
Z początku tyrał po pracy i w weekendy. Do dyspozycji miał piłę
łańcuchową, furgonetkę i plan wyrysowany na papierowej serwetce.
Własnymi rękami splantował teren, wykarczował stuletnie zarośla i pobudował nad rzeką kempingi z sękatych sosnowych desek. Teraz Kurort
nad Brzegiem Rzeki był kwitnącą firmą rodzinną. Mieli osiem domków; w każdym z nich po dwie przytulne sypialnie, jedną łazienkę i taras z widokiem na rzekę.
W ostatnich latach dodali basen i świetlicę. W planach było pole do
minigolfa i samoobsługowa pralnia. Miejsce należało do takich, gdzie co
roku te same rodziny przyjeżdżają spędzać cenny wakacyjny czas.
Claire nadal pamiętała tamten dzień, gdy zobaczyła je po raz pierwszy.
Potężne drzewa i wartka, połyskująca rzeka wydały się dziewczynce rajem
po mieszkaniu w przyczepie, nieodmiennie ustawianej w zakazanych
dzielnicach miast. Wspomnienia z dzieciństwa sprzed Kurortu były szare:
brzydkie miasta mijane po drodze i jeszcze brzydsze kwatery w zapuszczonych budynkach. I mama. Zawsze zaaferowana i zabiegana. Mama
często wychodziła za mąż, lecz Claire nie pamiętała, aby jakiś mężczyzna
pobył u nich dłużej niż karton mleka. Meghann utrwaliła się w jej
pamięci. Starsza siostra, która się wszystkim zajmowała... a potem
pewnego dnia wyjechała i opuściła Claire.
Teraz, tyle lat później, łączyła je wątła nić. Raz na kilka miesięcy
rozmawiały z Meg przez telefon. W najbardziej kiepskie dni rozmowa
sprowadzała się do wymiany zdań na temat pogody. Potem Meg nieodmiennie
"miała drugi telefon" i się rozłączała. O tak, siostra uwielbiała
umniejszać jej sukces. Potrafiła przez dziesięć minut wyrzucać Claire,
że za tanio się sprzedała. "Tkwisz na tym głupim polu kempingowym i sprzątasz po ludziach" - słyszała zazwyczaj. W każde święta Bożego
Narodzenia Meg proponowała, że opłaci jej college.
Jakby studiowanie "Beowulfa" miało polepszyć życie Claire.
Od lat pragnęła, aby siostra została jej przyjaciółką, ale Meghann do
tego nie dążyła, a ona zawsze stawiała na swoim. Zgodnie więc z życzeniem Meghann pozostawały uprzejmymi, obcymi sobie osobami, które
łączyła grupa krwi i smutne dzieciństwo.
Claire podniosła kosiarkę. Idąc po gąbczastej łące, dostrzegała
dziesiątki rzeczy do zrobienia przed otwarciem sezonu. Należało przyciąć
krzaki róż, usunąć mech z dachów, oczyścić z pleśni barierki na
werandach. No i trzeba brać się do koszenia. Po długiej, wilgotnej zimie
nastąpiło zdumiewająco słoneczne lato i trawa sięgała Claire do kolan.
Odnotowała w pamięci, że ma przypomnieć dozorcy, George'owi, aby
oskrobał łódki i kajaki z resztek farby.
Rzuciła kosiarkę na pakę furgonetki. Spadła z głośnym szczęknięciem,
wprawiając w drganie zardzewiałą platformę.
- Cześć, skarbie. Jedziesz do miasta?
Odwróciła się i zobaczyła ojca na werandzie pawilonu administracyjnego.
Miał na sobie podniszczony kombinezon z brunatnymi zaciekami na całej
długości po dawno zapomnianej wymianie oleju oraz flanelową koszulę.
Idąc ku niej, z kieszeni na biodrze wyciągnął czerwoną chustkę i otarł
nią czoło.
- Właśnie reperuję zamrażarkę. Nie musisz sprawdzać, ile kosztują nowe.
Nie było takiego urządzenia, którego nie potrafiłby naprawić, niemniej
Claire zamierzała przyjrzeć się cenom.
- Potrzebujesz czegoś z miasta?
- Smitty ma dla mnie zapasową część. Mogłabyś ją odebrać?
- Jasne. Kiedy zjawi się George, powiedz mu, żeby zajął się łodziami,
dobrze?
- Dorzucę do listy.
- A Rita niech wybieli sufit w łazience w szóstym domku. Podczas zimy
weszła tam pleśń. - Claire zamknęła klapę furgonetki.
- Wrócisz na kolację?
- Nie dziś. Ali ma mecz softballu w parku Riverfront, pamiętasz? O piątej.
- No tak. Dołączę do was.
Claire skinęła głową, pewna, że tak będzie. Nie opuścił żadnego
istotnego wydarzenia z życia wnuczki.
- Pa, tatku!
Złapała za klamkę szoferki i mocno szarpnęła. Zaskrzypiały szeroko
otwarte drzwi. Uchwyciła się czarnej kierownicy i podciągnęła na fotel.
Ojciec zatrzasnął drzwi.
- Jedź ostrożnie. Uważaj na zakręt przy jedenastym słupku kilometrowym.
Uśmiechnęła się. Od prawie dwudziestu lat udzielał jej tej samej rady.
- Kocham cię, tatku.
- Ja ciebie też. A teraz jedź po moją wnuczkę. Jeśli się pospieszysz,
zdążymy obejrzeć przed meczem SpongeBoba Kanciastoportego.
Rozdział 2
2
Zachodnia ściana budynku była zwrócona do zatoki Puget. Wysokie,
sięgające od podłogi do sufitu okna pozwalały podziwiać piękny, rozmyty
niebieskawy krajobraz. W oddali majaczyła porośnięta lasem wyspa
Bainbridge. W nocy, pośród czarnozielonych ciemności paliło się tam
trochę świateł, za dnia natomiast wyspa wyglądała na niezamieszkaną.
Jedynie biały prom, który co godzina przybijał do przystani, świadczył o tym, że jednak przebywali tam ludzie.
Meghann siedziała sama przy długim konferencyjnym stole w kształcie
nerki. Ten mebel na wysoki połysk z wiśniowego i hebanowego drewna
symbolizował elegancję i duże pieniądze. Przede wszystkim pieniądze, bo
taki stół wykonuje się na zamówienie według indywidualnego projektu;
podobnie jak fotele z zamszową tapicerką. Gdy ktoś siada przy tym stole
i ma przed sobą widok za oknami, z miejsca wie, że właścicielowi tego
biura musi się świetnie powodzić.
To prawda. Meghann osiągnęła wszystkie cele, jakie sobie wyznaczyła.
Kiedy zaczęła naukę w college'u jako zahukana, samotna nastolatka, nie
miała odwagi marzyć o lepszym życiu. Teraz stało się jej udziałem. Jej
kancelaria adwokacka należała do najlepszych i najbardziej renomowanych.
Była właścicielką drogiego kondominium w centrum Seattle (jakże
diametralnie inne miejsce od starej, rozsypującej się przyczepy, jej
"domu" w dzieciństwie), no a poza tym nie musiała się teraz o nikogo
troszczyć.
Meghann spojrzała na zegarek. Dwadzieścia po czwartej.
Klientka się spóźniała.
Można by sądzić, że honorarium w wysokości ponad trzystu dolarów za
godzinę powinno zachęcać ludzi do punktualności.
- Pani Dontess? - odezwał się głos w interkomie.
- Tak, Rhona?
- Pani siostra, Claire, czeka na linii numer jeden.
- Połącz mnie. I daj znać, jak tylko zjawi się May Monroe.
- Tak jest.
- Claire, jak miło, że dzwonisz - powiedziała Meghann, siląc się na
radosny ton.
- No wiesz, telefony działają w obie strony. A więc... Co słychać w Krainie Pieniędzy?
- W porządku. A co tam w Hayden? Wszyscy czekają, aż rzeka wyleje?
- W tym roku zagrożenie minęło.
- Ach tak. - Meghann zapatrzyła się w okno. Poniżej, nieco na lewo,
ogromne pomarańczowe dźwigi przenosiły kolorowe kontenery na tankowiec.
Nie miała pojęcia, o czym z siostrą rozmawiać. Nie łączyło je nic poza
wspólną przeszłością.
- Jak się ma moja śliczna siostrzenica? Ucieszyła się z deskorolki?
- Była zachwycona. - Claire się roześmiała. - Szczerze mówiąc, w przyszłości lepiej poradź się ekspedientki. Pięcioletnie dziewczynki
mają zbyt słabą koordynację ruchów, żeby mogły jeździć na deskorolce.
- Ty miałaś dobrą. Mieszkałyśmy wtedy w Needles. Nauczyłam cię jeździć
na dwukołowym rowerku. - Natychmiast pożałowała swych słów. Wspomnienia
nieodmiennie sprawiały ból. Przez wiele lat Meghann traktowała Claire
bardziej jak córkę niż siostrę. Niewątpliwie Meg opiekowała się nią
lepiej niż kiedykolwiek próbowała ich mama.
- Po prostu następnym razem kup jej kasetę z filmem Disneya. Nie
powinnaś wydawać na nią tyle pieniędzy. Ucieszy się z Polly Pocket.
Cokolwiek to jest. Zaległo niezręczne milczenie. Meghann spojrzała na
zegarek, po czym obie odezwały się równocześnie:
- Co...?
- Czy Alison cieszy się, że idzie do pierwszej klasy?
Meghann zacisnęła usta. Ustępstwo kosztowało ją dużo silnej woli,
wiedziała jednak, że Claire nie cierpi, gdy się jej przerywa. A szczególnie nie znosiła monopolizowania rozmowy przez Meghann.
- Och tak - przyznała Claire. - Ali nie może się doczekać całodniowych
zajęć. Jeszcze nie skończyła chodzić do przedszkola, a już myśli o jesieni. Bez przerwy o tym mówi. Czasem mam wrażenie, że trzymam kometę
za ogon. Ona cały czas jest w ruchu. Nie przestaje się wiercić nawet we
śnie.
Meghann już miała powiedzieć: ty byłaś taka sama, ale w porę ugryzła się
w język. To wspomnienie bolało; wolałaby tego nie pamiętać.
- Co słychać w pracy?
- W porządku. A jak tam kemping?
- Kurort. Otwieramy za dwa tygodnie z okładem. Jeffersonowie urządzają u nas zjazd rodzinny - będzie około dwudziestu osób.
- Tydzień bez dostępu do telefonu i telewizji? Dlaczego słyszę w głowie
temat muzyczny z Deliverance?
- Niektóre rodziny lubią razem spędzać czas - odparła Claire tym swoim
chłodnym, "ranisz mnie" tonem.
- Przepraszam. Masz rację. Wiem, że kochasz to miejsce. Posłuchaj -
zaczęła entuzjastycznie, jakby właśnie w tej chwili wpadła na ten pomysł
- a może pożyczysz ode mnie trochę pieniędzy i wybudujesz zgrabne,
nieduże spa na terenie letniska. Albo jeszcze lepiej mały hotelik.
Ludzie będą masowo przyjeżdżać na błotne kąpiele. Przecież błota tam nie
brakuje.
Claire ciężko westchnęła.
- Musisz mi przypominać, że tobie się powodzi, a mnie nie. A niech cię,
Meg!
- Nie w tym rzecz. Po prostu... wiem, że nie możesz rozwijać interesu
bez kapitału.
- Nie chcę twoich pieniędzy, Meg. My ich nie chcemy.
No właśnie. Przypomnienie, że Meg to "ja", a Claire "my".
- Przepraszam, jeśli powiedziałam coś nie tak. Chcę po prostu pomóc.
- Meg, nie jestem już tamtą małą dziewczynką, którą duża siostra musi
chronić.
- Sam zawsze potrafił cię chronić. - W głos Meg wkradła się odrobina
goryczy.
- Tak. - Claire zamilkła i zaczerpnęła powietrza. Meg wiedziała, co się
w tej chwili dzieje. Claire dokonuje czegoś w rodzaju przegrupowania;
wycofuje się na mniej grząski, bardziej bezpieczny teren. - Jadę nad
jezioro Chelan - oznajmiła w końcu.
- Coroczny wypad z przyjaciółkami - podsumowała Meghann, wdzięczna za
zmianę tematu. - Jak wy siebie nazywacie? Blueserki?
- Uhm.
- Jedziecie w to samo miejsce?
- Jak co roku latem od czasu ukończenia szkoły średniej.
Wyobraziła sobie, jak by to było mieć taką paczkę bliskich przyjaciółek.
Gdyby była inna, może by Claire zazdrościła. Jednak brakowało jej czasu
na wyprawy z gromadą kobiet. Poza tym nie potrafiłaby utrzymywać
znajomości z ludźmi, z którymi chodziła do szkoły średniej.
- Cóż, baw się dobrze.
- Na pewno będzie fajnie. W tym roku Charlotte...
Rozległ się brzęczyk interkomu.
- Meghann? Przyszła pani Monroe.
Dzięki Bogu. Dobry pretekst, żeby zakończyć rozmowę. Claire potrafiła
bez końca opowiadać o swoich przyjaciółkach.
- Cholera! Przepraszam, Claire. Muszę kończyć.
- W porządku. Wiem, jak bardzo lubisz słuchać o moich koleżankach, które
powylatywały ze studiów.
- Nie o to chodzi. Właśnie przyszła klientka.
- Jasne, pewnie. Cześć!
- Cześć! - Meghann zakończyła rozmowę akurat w chwili, gdy sekretarka
wprowadziła May Monroe do sali konferencyjnej.
Meghann zdjęła słuchawki i rzuciła je na stół, na który upadły z grzechotem.
- Witaj, May! - pozdrowiła klientkę, podchodząc do niej sprężystym
krokiem. - Dziękuję, Rhono. I proszę, nie łącz żadnych rozmów.
Sekretarka skinęła głową i opuściła salę, zamykając za sobą drzwi.
May Monroe stała zwrócona twarzą do dużego, kolorowego oleju pędzla
Nechity, zatytułowanego "Prawdziwa miłość". Meghann zawsze podobało się
to ironiczne zestawienie. Tu, w tej sali, prawdziwa miłość umierała
każdego dnia tygodnia.
May miała na sobie wysłużoną sukienkę z czarnego dżerseju, a jej buty
wyszły z mody przynajmniej pięć lat temu. Jasnobrązowe włosy, przycięte
na dawno niemodnego, ale za to niewymagającego zachodu pazia, sięgały
ramion. Na palcu nosiła złotą prostą ślubną obrączkę.
Patrząc na nią, nikt by nie odgadł, że jej mąż jeździ mercedesem i w każdy wtorek grywa po pracy w golfa na Broadmoor Golf Course. May
prawdopodobnie nie wydała na siebie centa od wielu lat. Zapewne od
czasów, gdy harowała w miejscowej restauracji, żeby jej mąż mógł
studiować stomatologię. Chociaż była zaledwie parę lat starsza od
Meghann, smutek wyrył piętno na jej twarzy. Pod oczami miała sine
cienie.
- Siadaj, proszę.
May przeszła sztywnym krokiem jak marionetka poruszana czyjąś ręką.
Usiadła w jednym z pokrytych zamszem foteli.
Meghann zajęła swe zwykłe miejsce u szczytu stołu. Przed sobą miała
kilka pomarańczowych teczek z aktami, z których wystawały samoprzylepne
różowe karteczki. Służyły do zaznaczenia ważnych stron. Zabębniła
palcami w stos dokumentów, zastanawiając się, które z wielu możliwych
podejść będzie w tym wypadku najlepsze. Z doświadczenia wiedziała, że
istnieje tyle samo reakcji na złe wiadomości, co ujawnionych win.
Intuicja podpowiadała jej, że May Monroe jest rozchwiana i że nawet
teraz, w trakcie rozwodu, nie akceptuje do końca tego, co nieuniknione.
Mimo że papiery rozwodowe zostały złożone wiele miesięcy temu, nadal nie
wierzy, iż mąż naprawdę zamierza odejść.
Po dzisiejszej wizycie uwierzy.
Meghann przeniosła na nią wzrok.
- May, jak ci mówiłam podczas naszego ostatniego spotkania, wynajęłam
prywatnego detektywa, żeby prześledził finansowe poczynania twego męża.
- To była strata czasu, prawda?
Obojętnie, ile razy podobna scena powtarza się w tym biurze, zawsze jest
tak samo trudna.
- Nie całkiem.
May wpatrywała się w nią przez chwilę, po czym wstała i podeszła do
srebrnego ekspresu do kawy, który stał na kredensie z wiśniowego drewna.
- Ach tak - powiedziała, stojąc odwrócona plecami do Meghann. - Czego
się dowiedziałaś?
- Ma ponad sześćset tysięcy na koncie osobistym na Kajmanach. Siedem
miesięcy temu obciążył niemal w całości hipotekę waszego domu. Zapewne
sądziłaś, że podpisujesz dokumenty na nową pożyczkę hipoteczną.
May się odwróciła. Trzymała w dłoni filiżankę na spodeczku. Porcelana
zadźwięczała w jej drżących rękach, kiedy podeszła do stołu.
- Spadł kurs.
- Tak naprawdę spadła gotówka. Prosto do jego rąk.
- O Boże - wyszeptała.
Meghann widziała, że wali się świat May. Z jej zielonych oczu zdawało
się uchodzić całe światło.
W takiej chwili jak ta wiele kobiet dokonywało podobnego odkrycia; nagle
zdawały sobie sprawę, że ich mężowie są obcymi ludźmi, i traciły
złudzenia.
- Co gorsza - kontynuowała Meghann, starając się w miarę delikatnie
przekazać wiadomość, wiedząc, że i tak głęboko zrani May - odsprzedał
praktykę swemu wspólnikowi, Theodore'owi Blevinowi, za jednego dolara.
- Dlaczego miałby to zrobić? Jest warta...
- Abyś nie mogła dostać należnej ci połowy.
Po tej wiadomości pod May ugięły się kolana. Opadła na fotel. Filiżanka
i spodek ze szczękiem uderzyły o stół. Kawa chlupnęła ponad wrąbkiem
porcelanowej filiżanki na blat. May gorączkowo zaczęła wycierać kałużę
papierową serwetką.
- Tak mi przykro.
Meghann dotknęła nadgarstka klientki.
- Nic się nie stało. - Podniosła się, zebrała kilka serwetek i osuszyła
wilgotne miejsce. - To mnie jest przykro. Choć często mam do czynienia z podobnym postępowaniem, zawsze napawa mnie taką samą odrazą. - Położyła
rękę na ramieniu May, dając jej czas na zebranie myśli.
- Czy któryś z tych dokumentów wyjaśnia, dlaczego on mi to robi?
Meghann wolałaby nie znać odpowiedzi. Czasem łatwiej zadać pytanie, niż
dać na nie odpowiedź. Sięgnęła do akt i wyciągnęła czarno-białą
fotografię. Ostrożnie, jakby wykonano ją na kawałku wybuchowego
plastiku, a nie na błyszczącym papierze, podsunęła zdjęcie May.
- Ma na imię Ashleigh.
- Ashleigh Stoker. Teraz rozumiem, dlaczego tak chętnie odbierał Sarah z lekcji pianina.
Meghann pokiwała głową. Zawsze jest trudniej, jeśli żona zna kochankę,
choćby nawet przelotnie.
- W stanie Waszyngton udziela się rozwodów bez orzekania o winie, nie
potrzeba podawać powodu, tak więc jego romans nie ma znaczenia.
May podniosła głowę. Patrzyła na Meghann nieobecnymi, szklanymi oczami
przypadkowej ofiary.
- Nie ma znaczenia? - Przymknęła powieki. - Jestem idiotką. - Zabrzmiało
to bardziej jak westchnienie niż wyznanie.
- Nie. Jesteś uczciwą, godną zaufania kobietą, która przez dziesięć lat
utrzymywała egoistycznego kutasa, żeby mógł skończyć college i mieć
lepsze życie.
- To miało być nasze lepsze życie.
- Oczywiście, że miało.
Meg wyciągnęła rękę i nakryła nią dłoń May.
- Zaufałaś mężczyźnie, który mówił, że cię kocha. A teraz on liczy, że
nadal będziesz tą dobrą poczciwą May, kobietą, która na pierwszym
miejscu stawia rodzinę i ułatwia życie doktorowi Dale'owi Monroe.
May wyglądała na speszoną, a nawet wystraszoną tymi słowami. Meghann
potrafiła to zrozumieć; kobiety pokroju May dawno zapomniały, jak
walczyć o swoje.
Nie szkodzi. To było jej zadanie jako prawnika.
- Co zrobimy? Nie chciałabym skrzywdzić dzieci.
- To on krzywdzi dzieci, May. Okradł je. I ciebie też.
- Jest dobrym ojcem.
- W takim razie będzie chciał zapewnić im godne warunki. Jeżeli została
w nim choć odrobina przyzwoitości, bez walki zrezygnuje z połowy
majątku. W takim przypadku sprawa jest prosta.
May znała prawdę, którą Meghann zdążyła już odkryć. Mężczyzna tego
rodzaju niechętnie się dzieli.
- A jeśli nie?
- To go zmusimy.
- Będzie zły.
Meghann przechyliła się ponad stołem.
- May, to ty powinnaś być zła. Ten człowiek cię okłamał, oszukał i okradł.
- Jest także ojcem moich dzieci - odparła May ze spokojem, który
wyprowadził Meghann z równowagi. - Nie chcę, żeby to wszystko stało się
odrażające. Chcę, aby on... wiedział, że może do nas wrócić.
Och, May.
- Po prostu zachowamy się uczciwie. - Meghann starannie dobierała słowa.
- Nie zależy mi na niczyjej krzywdzie, jednak możesz być pewna, że nie
pozwolę, aby ten mężczyzna cię ograbił i zostawił na lodzie. Koniec,
kropka. Jest bardzo, ale to bardzo bogatym ortodontą. Powinnaś chodzić w ciuchach od Armaniego i jeździć porsche.
- Nigdy nie zależało mi na strojach od Armaniego.
- I może dalej nie będzie zależeć, ale moim zadaniem jest zapewnienie ci
możliwości wyboru. May, wiem, że to brzmi zimno i cynicznie, lecz uwierz
mi, kiedy będziesz wyczerpana samotnym wychowywaniem dwójki dzieci, a doktor Szeroki Uśmiech będzie rozbijał się porsche i spędzał noce na
dancingach z dwudziestosześcioletnią nauczycielką muzyki, ucieszy cię
świadomość, że stać cię na to, na co masz ochotę. Zaufaj mi.
- Dobrze - powiedziała May, wyginając nieznacznie usta w łamiącym serce
grymasie.
- Nie pozwolę mu dłużej cię krzywdzić.
- Uważasz, że ochroni mnie wymiana stosów korespondencji sądowej i plik
pieniędzy? - Westchnęła. - Dobrze, pani Dontess, proszę robić, co
należy, żeby zabezpieczyć przyszłość moich dzieci. Nie udawajmy jednak,
że odbędzie się to bezboleśnie. To już boli tak potwornie, że z trudem
oddycham, a przecież wszystko się dopiero zaczyna.
Rząd wiatraków znaczył bezchmurny horyzont za połacią pokrytej trawą
prerii. Ich masywne metalowe skrzydła obracały się w powolnym, stałym
rytmie. Czasami, przy odpowiedniej pogodzie, słychać było miarowe
skrzyp-skrzyp przy każdym obrocie.
Dziś panował taki cholerny upał, że człowiek nie słyszał niczego poza
biciem własnego serca.
Joe Wyatt stał na betonowej wylewce, która służyła za ganek przed
magazynem, z resztą lunchu, jaką była puszka ciepłej już coli.
Zapatrzył się na odległe pola, żałując, że nie może w tej chwili
przechadzać się bruzdami pomiędzy rzędami drzew, wciągając w nozdrza
słodki zapach żyznej ziemi i dojrzewających owoców.
Żeby choć powiał lekki wiatr. Nawet jeden podmuch uczyniłby tę duchotę
lżejszą do zniesienia. Promienie prażącego słońca biły prosto w blaszane
ściany magazynu. Pot perlił się na czole, spływał po ciele, wsiąkając w bawełniany podkoszulek.
Upał dawał się mu we znaki, a to zaledwie drugi tydzień czerwca. Nie ma
mowy, nie zniesie lata w Yakima Valley. Czas znowu ruszyć w drogę.
Ta świadomość go osłabiała.
Nie pierwszy raz zastanawiał się, jak długo jeszcze da radę snuć się od
miasta do miasta. Samotność go wykańczała, uczyniła z niego cień
człowieka, lecz niestety, alternatywa była jeszcze gorsza.
Kiedyś, wydawałoby się, całe wieki temu, miał nadzieję, iż w jednym z tych miejsc poczuje się dobrze; że wjeżdżając do któregoś z miast,
pomyśli: To jest to, i odważy się wynająć mieszkanie, zamiast tułać się
po zapuszczonych motelach.
Nie żywił już takich nadziei. Przejrzał na oczy. Po tygodniu spędzonym w tym samym pokoju zaczynał odczuwać, wspominać. Pojawiały się koszmarne
sny. Jak się przekonał, jego jedyną obroną było wyobcowanie. Jeżeli
materac nie był "jego", a pokój pozostawał obcym terytorium, udawało mu
się czasami przespać ponad dwie godziny. Jeśli natomiast osiadł gdzieś,
poczuł się jak u siebie i spał dłużej, nieodmiennie w snach pojawiała
się Diana.
To nie było złe. Oczywiście widok jej twarzy sprawiał mu cierpienie
nawet we śnie, przepełniał bólem, promieniującym aż do kości, ale
sprawiał też przyjemność, wywoływał dobre wspomnienia o dawnym życiu, o miłości, którą był zdolny odczuwać. Gdyby tylko sny urywały się na
wspomnieniach o Dianie z czasów studenckich, siedzącej na zielonej
trawie w Quad, albo o nich obojgu tulących się w wielkim łożu w domu na
wyspie Bainbridge!
Nie miał tego szczęścia. Sny niezmiennie stawały się ponure i kończyły
źle. Zazwyczaj budził się, szepcząc: "Wybacz".
Jedynym sposobem na przetrwanie było nieustanne przenoszenie się z miejsca na miejsce i unikanie patrzenia ludziom w oczy.
Podczas tułaczki nauczył się, jak być niewidzialnym. Jeśli człowiek
starannie się strzyże, dobrze ubiera i ma stałą pracę, ludzie go
dostrzegają. Ustawiają się przy nim w kolejce na przystanku autobusowym,
a w małych miasteczkach inicjują rozmowę.
Jeżeli natomiast człowiek się zapuści, zapomni ostrzyc, nosi wypłowiały
podkoszulek z logo Harleya Davidsona i wystrzępione, wytarte dżinsy oraz
ma sfatygowany plecak, nikt go nie zauważa. A co ważniejsze - nikt go
nie rozpoznaje.
Odezwał się dzwonek. Joe z westchnieniem wszedł do magazynu. Natychmiast
owionęło go lodowate powietrze. Chłodnia do przechowywania świeżych
owoców. Pot na twarzy stał się kleisty. Cisnął puszkę po coli do
pojemnika na śmieci i wyszedł z powrotem na dwór.
Przez ułamek sekundy, a może nawet krócej, upał wydawał się przyjemny;
zanim dotarł do rampy, zdążył na nowo się spocić.
- Wyatt! - wrzasnął brygadzista. - Czy tobie się wydaje, że to jakiś
pieprzony piknik?!
Joe ogarnął spojrzeniem niekończący się rząd ciężarówek z opuszczanymi
burtami, wyładowanych po brzegi świeżo zerwanymi czereśniami. Potem
przesunął wzrokiem po pozostałych mężczyznach rozładowujących skrzynki -
przeważnie Meksykanach, którzy zamieszkiwali rozsypujące się przyczepy
bez bieżącej wody i spłukiwanych toalet, poustawiane na skrawkach suchej
piaszczystej ziemi.
- Nie, proszę pana - odpowiedział brygadziście o czerwonej twarzy,
którego wyraźnie rajcowało wydzieranie się na robotników. - Nie myślę,
że to piknik.
- To dobrze. W takim razie zabierz się do roboty. Urywam ci połowę
godzinowej stawki.
W swym dawnym życiu Joe złapałby brygadzistę za przepocony, brudny
kołnierz i załatwiłby sprawę po męsku.
Jednak tamte czasy minęły.
Powoli podszedł do najbliższej ciężarówki, nakładając po drodze
płócienne rękawice, które wyjął z tylnej kieszeni spodni.
Nadszedł czas ruszać w drogę.
Claire myślała o wczorajszej rozmowie telefonicznej z Meg, stojąc przy
zlewie w kuchni.
- Mamo, chcę jeszcze jedno eggo.
- A co się mówi w takim wypadku? - spytała z roztargnieniem.
- Mamo, poproszę jeszcze jedno eggo.
Claire odwróciła się od okna i wytarła dłonie w ścierkę do naczyń,
wiszącą na drzwiczkach piekarnika.
- Jasne. - Wrzuciła mrożonego gofra do tostera. Kiedy się podgrzewał,
omiotła kuchnię spojrzeniem w poszukiwaniu brudnych naczyń...
I zobaczyła to miejsce oczami starszej siostry.
Dom był nie najgorszy, z pewnością niezły jak na warunki Hayden. Owszem,
miejsca nie mieli za wiele: trzy małe sypialnie ze skośnymi sufitami na
piętrze, po jednej łazience na obu poziomach, salon oraz kuchnia ze
stołem, przy którym jadali, służącym również jako blat do pracy. W trakcie sześciu lat, odkąd tu mieszkali, Claire przemalowała
ciemnozielone ściany na kremowo i zastąpiła pomarańczową wykładzinę
drewnianą podłogą. Meble, przeważnie z drugiej ręki, też były drewniane,
sama zdarła z nich starą politurę i pomalowała na nowo. Jej radością i dumą była hawajska dwuosobowa kanapka z drewna koa. Może w salonie nie
wyglądała zbyt imponująco z powodu nieco wypłowiałych czerwonych obić,
ale kiedyś na Kauai na jej widok ludzie stawali oniemiali z zachwytu.
Naturalnie Meg inaczej by na to patrzyła. Meg, która wcześnie ukończyła
średnią szkołę, śpiewająco przeszła przez siedem lat studiów, nigdy nie
pominęła okazji, aby przypomnieć, że śpi na pieniądzach, i miała
czelność przysyłać siostrzenicy na Boże Narodzenie takie prezenty, że
pozostałe wyglądały przy nich blado.
- Mój gofr wyskoczył.
- Rzeczywiście. - Claire wyjęła gofr z opiekacza, posmarowała masłem,
przecięła, po czym położyła na talerzu przed córką. - Proszę bardzo.
Alison natychmiast porwała kawałek, wepchnęła do buzi i pałaszowała w ten swój charakterystyczny sposób, budzący skojarzenia z postaciami z kreskówek.
Claire musiała się uśmiechnąć. Tak właśnie działała na nią córeczka od
dnia narodzin. Spoglądała w dół na swoją miniaturę. Takie same
jasnoblond włosy, blada cera, taka sama twarz w kształcie serca. Chociaż
nie istniało ani jedno zdjęcie pięcioletniej Claire, wyobrażała sobie,
że ona i Alison były podobne jak dwie krople wody. Geny ojca Alison się
nie uwidoczniły.
No i dobrze. W tej samej chwili, kiedy się dowiedział, że Claire jest w ciąży, wziął nogi za pas.
- Mamuś, jesteś w piżamie. Spóźnimy się, jeśli się nie pospieszysz.
- Masz rację. - Claire przebiegła w myślach wszystkie sprawy do
załatwienia na dziś: musi skosić trawę za domem, uszczelnić prysznice i okna w łazienkach, wybielić zapleśniałe ściany w domku numer trzy i naprawić szopę na łodzie. Było jeszcze wcześnie, dochodziła ósma,
ostatni dzień zajęć w szkole. Jutro wyjeżdżają na tydzień nad jezioro
Chelan. Miała nadzieję, że zdąży się ze wszystkim uporać. Rozejrzała się
dokoła.
- Alison, widziałaś gdzieś listę rzeczy do załatwienia?
- Leży na ławie.
Claire podniosła listę, kręcąc głową. Nie pamiętała, żeby ją tu kładła.
Czasami zastanawiała się, jak by sobie poradziła bez Alison.
- Mamuś, chcę chodzić na lekcje baletu. Będę mogła?
Claire uśmiechnęła się. Przyszła jej do głowy jedna z tych myśli, które
wywołują lekkie ukłucie żalu, bo ona też kiedyś chciała być baletnicą.
Meghann popierała to jej pragnienie, mimo że nie było pieniędzy na
lekcje.
Hm, to nie do końca prawda. Na lekcje tańca dla mamy pieniądze się
znalazły, a dla Claire nie.
Niemniej pewnego razu, gdy miała sześć, a może siedem lat, Meghann
załatwiła jej kilka lekcji baletu u swojej koleżanki ze średniej szkoły.
Tamte cudowne sobotnie poranki na zawsze utkwiły jej w pamięci.
Jej uśmiech zgasł.
Alison wpatrywała się w nią w skupieniu, trzymając w buzi kęs gofra.
- Mamuś? Balet?
- Też kiedyś chciałam zostać baletnicą. Wiedziałaś o tym?
- Nie.
- Niestety, miałam wielkie stopy i nosiłam buty numer większe od kajaka.
Ali zachichotała.
- Mamuś, kajaki są ogromne. A twoje stopy są tylko duże.
- Wielkie dzięki. - Claire również się roześmiała.
- Dlaczego zostałaś pracowitą pszczółką, skoro chciałaś być baletnicą?
- To dziadek tak mnie nazywa. Naprawdę jestem zastępcą kierownika.
Wybór jej drogi życiowej dokonał się dawno temu. Jak większość decyzji,
tę również podjęła bez specjalnego zastanowienia. Najpierw wyleciała z Waszyngtońskiego Uniwersytetu Stanowego jako jedna z ofiar studenckich
balang. Wtedy jeszcze nie wiedziała, że Meghann miała rację.
Wykształcenie daje dziewczynie możliwość wyboru. Bez dyplomu i bez
marzeń wylądowała z powrotem w Hayden. Z początku zamierzała posiedzieć
tu przez miesiąc czy dwa, a potem przenieść się na Kauai i nauczyć się
pływać na desce surfingowej, ale tata dostał zapalenia oskrzeli i przez
miesiąc leżał w łóżku. Przejęła obowiązki, żeby mu pomóc. Do czasu gdy
zdążył wyzdrowieć i był gotowy wrócić do pracy, uzmysłowiła sobie, jak
bardzo kocha to miejsce. Pod tym względem, jak i pod wieloma innymi,
była podobna do ojca.
Tak jak on kochała tę pracę; spędzała całe dnie na powietrzu, obojętnie
w słońcu czy w deszczu, zajmując się tym, co akurat wymagało uwagi.
Widziała namacalne efekty. W tych szesnastu hektarach ziemi nad rzeką
było coś chwytającego za serce.
Nie dziwiło jej, że Meghann tego nie rozumie. Dla jej siostry, ceniącej
ponad wszystko wykształcenie i pieniądze, życie w tym miejscu oznaczało
stratę czasu.
Claire starała się nie przejmować jej dezaprobatą. Wiedziała, że nie
zajmuje się niczym wielkim, ot, po prostu zarządzała kilkoma miejscami
kempingowymi i paroma domkami, lecz nigdy nie uważała, że poniosła
klęskę ani nie czuła się rozczarowana.
Z wyjątkiem tych chwil, kiedy rozmawiała z siostrą.
Rozdział 3
3
Dwadzieścia cztery godziny później Claire była gotowa do wyjazdu na
wakacje. Po raz ostatni przeszła się po domu, sprawdzając, czy czegoś
nie zapomniała zabrać lub zrobić, ale wszystko było jak należy. Okna
pozamykane, zmywarka pusta, psujące się produkty usunięte z lodówki.
Poprawiała akurat zasłonę przy prysznicu, kiedy usłyszała kroki w salonie.
- Co ty tu jeszcze, u licha, robisz?
Uśmiechnięta wycofała się z miniaturowej łazienki.
Ojciec stał w salonie. Jak zawsze jego obecność powodowała, że
przestrzeń wydawała się kurczyć. Wysoki i barczysty wypełniał sobą
pomieszczenia, tak że sprawiały wrażenie mniejszych. Tak naprawdę to
wrażenie wywoływała jego niezwykła osobowość.
Po raz pierwszy zobaczyła go, kiedy miała dziewięć lat. Była drobna jak
na swój wiek i taka nieśmiała, że odzywała się wyłącznie do Meghann.
Tata wydał się jej wielki niczym olbrzym, gdy wszedł do ich przyczepy.
"Hm - mruknął, patrząc na nią z góry - ty musisz być moją córką, Claire.
Jesteś najładniejszą dziewczynką, jaką w życiu widziałem. Jedźmy do
domu".
Dom.
To było słowo, na które czekała, o jakim marzyła. Minęło sporo lat i popłynęło dużo łez, zanim się zorientowała, że nie zwrócił się z podobnym zaproszeniem do Meghann. Gdy pojęła swój błąd, było już za
późno, aby go naprawić.
- Cześć, tatku. Sprawdzam, czy wszystko jest jak należy, abyś się mógł
wprowadzić.
Błysnął w uśmiechu białymi sztucznymi zębami.
- Doskonale wiesz, że nie zamierzam się przenieść. Lubię mój dom na
kółkach. Facetowi nie potrzeba dużo miejsca. Mam lodówkę i telewizję
satelitarną. To mi wystarcza.
Prowadzili tę dyskusję, odkąd Claire z powrotem się zjawiła, a ojciec
oddał jej dom do dyspozycji. Zaklinał się na wszystkie świętości, że w przyczepie ukrytej wśród drzew jest nawet więcej przestrzeni, niż
potrzebuje pięćdziesięciosześcioletni samotny mężczyzna.
- Ale tato...
- Ani słowa o moim zadku. Wiem, że się rozrasta. A teraz przywalcuj tu i uściskaj swego staruszka.
Zrobiła, jak sobie życzył.
W tych potężnych, silnych ramionach czuła się bezpieczna i kochana.
Ojciec pachniał lekko środkiem dezynfekcyjnym. To jej przypomniało, że
jedna z łazienek wymagała naprawy.
- Wyjadę za godzinę - powiedziała. - Toaleta w domku...
Okręcił ją wokół osi i popchnął delikatnie w kierunku drzwi.
- Ruszaj. To miejsce nie popadnie w ruinę bez ciebie. Sam naprawię tę
cholerną toaletę. I będę pamiętać, żeby odebrać tamtą plastikową rurę,
którą zamówiłaś, i że mam nakrywać drewno. Jeśli jeszcze raz mi o tym
przypomnisz, to ci wkropię. Bardzo mi przykro, ale tak właśnie zrobię.
Claire nie mogła powstrzymać uśmiechu. Zdążyła przypomnieć mu o tej
rurze przynajmniej z sześć razy.
- Zgoda.
Położył jej ręce na ramionach, zmuszając, by popatrzyła na niego.
- Siedź tam, jak długo zechcesz. Naprawdę. Zostań na trzy tygodnie. Dam
sobie radę sam. Należy ci się odpoczynek.
- Ty nigdy nie odpoczywasz.
- Ja jestem w schyłkowej fazie życia i nie lubię za dużo ruszać się
domu. Ty masz dopiero trzydzieści pięć lat. I tobie, i Alison przyda się
odmiana. Jesteś odpowiedzialna aż do przesady.
- Jestem trzydziestopięcioletnią samotną matką, która nigdy nie wyszła
za mąż. To nie świadczy o odpowiedzialności, a odmianę zapewni mi
Chelan. Wrócę za tydzień. Akurat w porę, by rozlokować gości Jeffersonów
po domkach.
Poklepał ją po ramieniu.
- Zawsze robisz to, co chcesz, ale nie możesz mieć człowiekowi za złe,
że próbował. Baw się dobrze!
- Ty też, tatusiu. Zaproś Thelmę na kolację do restauracji, kiedy mnie
nie będzie. Skończ z tą konspiracją.
Wyraźnie się zmieszał.
- Co...
Roześmiała się.
- Daj spokój, tato. Całe miasto wie, że się spotykacie.
- Nie spotykamy się.
- Dobra. Sypiacie ze sobą. - W ciszy, która nastąpiła po tej uwadze,
Claire wyszła z domu na szary dzień. Mżawka przesłaniała drzewa kurtyną
z rozpylonych kropel. Rozkrakane wrony poobsiadały słupki w płocie i druty telegraficzne.
- Mamo, chodź już! - Mała buzia Alison pojawiła się nad opuszczoną szybą
samochodu.
Ojciec wysforował się przed Claire i pocałował wnuczkę.
Claire kolejny raz sprawdziła zawartość bagażnika, po czym wsiadła i uruchomiła silnik.
- Jesteśmy gotowe, Ali-Kotku? Wszystko zabrałaś?
Alison podskoczyła na siedzeniu, ściskając w objęciach pudełko na lunch
z kalkomanią Mary-Kate i Ashley.
- Jestem gotowa! - Pluszowa orka, Bluebell, siedziała przypięta pasami
razem z nią.
- W takim razie ruszamy na spotkanie z czarodziejem - powiedziała Claire
i wyjeżdżając na drogę, krzyknęła do ojca: - Do widzenia!
Alison natychmiast zaczęła śpiewać piosenkę z Barney i przyjaciele.
Głos miała wysoki i silny, a śpiewała tak głośno, że zapewne wszystkie
pudle w dolinie rozpierzchły się ze skowytem.
- No, mamo, śpiewaj!
Zanim dotarły na szczyt Stevens Pass, zaśpiewały po kolei czterdzieści
dwie piosenki z Barney i przyjaciele oraz siedemnaście razy
Froggy-Went-A-Courtin. Kiedy Alison otworzyła pudełko z drugim
śniadaniem, Claire wsunęła do odtwarzacza kasetę z piosenkami z kreskówek Disneya. Rozpoczynał ją temat muzyczny z Małej Syrenki.
- Szkoda, że nie jestem Ariel. Chciałabym mieć ogon z płetwą -
stwierdziła Alison.
- Jak w takim razie mogłabyś zostać baletnicą?
Alison spojrzała na nią, wyraźnie zdegustowana.
- Mamo, ona na lądzie miała nogi. - Następnie odchyliła się na oparcie i z przymkniętymi oczami słuchała historii księżniczki syrenki.
Pokonywały kolejne kilometry. Wkrótce pędziły po wysuszonej równinie we
wschodniej części stanu.
- Mamo, czy dojeżdżamy? - zapytała Alison, ssąc pałeczkę z lukrecji i podskakując w fotelu. Buzię miała wysmarowaną na czarno. - Chciałabym
już tam być.
Claire podzielała to pragnienie. Uwielbiała letnisko Blue Skies
Campground. Po raz pierwszy pojechała tam na wakacje z przyjaciółkami
kilka lat po ukończeniu średniej szkoły. W początkowych latach było ich
pięć; czas i tragiczne wydarzenie zredukowały liczbę do czterech. Każdej
z nich zdarzyło się opuścić jeden czy dwa wyjazdy, ale przeważnie
zjawiały się w komplecie. Najpierw młode i szalone podrywały miejscowych
chłopaków. Potem, kiedy zaczęły wozić ze sobą dziecinne łóżeczka i samochodowe foteliki, wakacje nabrały bardziej statecznego charakteru.
Teraz dzieciaki podrosły na tyle, by pływać i same bawić się na placu
zabaw, więc dziewczyny, a właściwie kobiety, odzyskały nieco swej dawnej
wolności.
- Mamo, nie słuchasz, co mówię.
- Och! Przepraszam, kochanie.
- Powiedziałam, że w tym roku mieszkamy w domku dla nowożeńców,
pamiętasz? - Podskoczyła jeszcze wyżej. - Hurra! Będziemy miały ogromną
wannę! I nie zapomnij, że w tym roku skaczę z pomostu. Obiecałaś. Bonnie
skakała, kiedy miała pięć lat. - Alison wydała z siebie dramatyczne
westchnienie. - Będę mogła skakać z pomostu czy nie?
Claire pragnęła wyzbyć się swojej skłonności do nadopiekuńczych
zachowań, ale skoro wzrastało się w domu, gdzie matka pozwalała na
wszystko, człowiek szybko się uczył, jak łatwo popaść w kłopoty. To
budziło lęk.
- Przyjrzymy się pomostowi. I sprawdzimy, jak pływasz. A potem się
zobaczy.
- "Się zobaczy" zawsze oznacza nie. A przecież obiecałaś.
- Niczego nie obiecywałam. Pamiętam dobrze, Alison Katherine. Weszłyśmy
do jeziora. Leżałaś na plecach, obejmując mnie nogami. Przyglądałyśmy
się, jak Willy i Bonnie skaczą do wody. Powiedziałaś: "W przyszłym roku
będę miała pięć lat". A ja na to: "Tak, to prawda". Wtedy ty
podkreśliłaś, że Bonnie ma pięć lat. A ja zauważyłam, że ma prawie
sześć.
- Ja też mam prawie sześć. - Alison skrzyżowała ramiona na piersi. -
Będę skakać.
- Zobaczymy.
- Nie jesteś moim szefem.
To zdanie niezmiennie rozśmieszało Claire. Ostatnio była to ulubiona
riposta jej córki.
- A właśnie, że jestem.
Alison odwróciła się do okna. Zamilkła na dłuższy czas - nie odzywała
się prawie przez dwie minuty.
- W zeszłym tygodniu Marybeth wyrzuciła do ubikacji gliniany odcisk ręki
Amy - nie wytrzymała w końcu.
- Naprawdę? To niezbyt ładnie.
- Wiem. Pani Schmidt kazała jej długo siedzieć w kącie. Czy zabrałaś
deskorolkę?
- Nie, jesteś za mała, żeby na niej jeździć.
- Stevie Wain bez przerwy jeździ na deskorolce.
- Czy to ten sam chłopak, który się przewrócił, stłukł nos i wybił dwa
przednie zęby?
- To były mleczaki, mamo. Powiedział, że i tak się ruszały. Dlaczego
ciocia Meg nigdy nas nie odwiedza?
- Tłumaczyłam ci już, pamiętasz? Ciocia Meg jest taka zapracowana, że
ledwo może złapać oddech.
- Eliot Zane zsiniał, kiedy nie mógł złapać oddechu. Przyjechała do
niego karetka.
- Co innego miałam na myśli. Chodzi o to, że ciocia Meg jest
niesamowicie zajęta pomaganiem ludziom.
- Aha.
Claire czekała w napięciu na następne pytanie córki. W przypadku Alison
należało spodziewać się kolejnego pytania i trudno było przewidzieć,
czego może dotyczyć.
- Czy to już pustynia?
Claire skinęła głową. Alison zawsze nazywała wschodnie tereny stanu
Waszyngton pustynią. Łatwo zrozumieć dlaczego. Po soczystej zieleni
Hayden żółtobrunatny krajobraz wydawał się opustoszały i wypalony
słońcem. Czarna wstęga szosy wiła się bez końca poprzez prerię.
- O, zjeżdżalnia wodna! - zawołała w końcu Alison. Wychyliła się do
przodu i głośno liczyła. Kiedy doszła do czterdziestu siedmiu,
krzyknęła: - Widać jezioro!
Jezioro Chelan, ogromna, kryształowoniebieska tafla w niecce pośród
złotawych wzgórz, wypełniło widok po lewej stronie. Przejechały przez
most prowadzący do miasta.
Dwadzieścia lat temu miasteczko składało się z trzech kwartałów i trudno
byłoby w nim znaleźć jedną z popularnych sieci handlowych czy bary
szybkiej obsługi. W miarę upływu czasu wieści o korzystnych warunkach
atmosferycznych dotarły na zachodnie rubieże stanu, do miast o dużej
ilości opadów, dumnych z rododendronów o liściach jak talerze i kęp
paproci wielkości samochodu. Mieszkańcy Seattle z coraz większą uwagą
spoglądali na wschód. Wyprawy przez góry na płaskie, wysuszone równiny
nabrały charakteru wakacyjnej tradycji. Obecność turystów wpłynęła na
rozwój miasta. Kompleksy kondominiów wyrastały wzdłuż krawędzi jeziora.
Kiedy jedno zostawało zasiedlone, natychmiast budowano obok kolejne i tak pod koniec tysiąclecia miasteczko przeobraziło się w kwitnący letni
kurort ze wszystkimi urządzeniami niezbędnymi dla dzieci - basenami,
parkami wodnymi, a także wypożyczalniami motorówek.
Droga wiła się wzdłuż nabrzeża. Mijały dziesiątki kondominiów. Potem
okolica stała się bardziej wyludniona. Jechały dalej. Po mniej więcej
kilometrze ujrzały tablicę: "Blue Skies Campground". Następny zakręt w lewo.
- Patrz, mamo, patrz!
Reklamę zdobił obrazek przedstawiający parę stylizowanych konarów
ocieniających namiot, przed którym stało czółno.
- Jesteśmy na miejscu, Ali-Kotku.
Claire skręciła w lewo na szutrową drogę. Koła wpadły w głębokie dziury,
samochodem zarzuciło na prawe pobocze.
Dwa kilometry dalej droga skręcała ostro na porośniętą trawą łąkę,
poznaczoną licznymi przyczepami i domkami kempingowymi. Minęły otwartą
przestrzeń i wjechały między drzewa, gdzie kilka urokliwych domków stało
blisko siebie na brzegu jeziora. Zatrzymały samochód na żwirowym
parkingu.
Claire pomogła Alison wydobyć się z fotela, następnie zatrzasnęła
drzwiczki i odwróciła się do jeziora.
Przez ułamek sekundy znowu miała osiem lat, była tamtą dziewczynką w ładnym różowym bikini, stojącą na brzegu jeziora Winobee. Pamiętała, jak
wbiegała z piskiem do zimnej wody, rozpryskując ją na boki.
- Claire, nie dalej niż do kolan! - krzyczała Meghann z pomostu.
- Na miłość boską, Meggy, nie zachowuj się jak stara kwoka. - Głos
mamy. - Dalej, kotku! - krzyknęła zachęcająco do Claire, śmiejąc się i machając mentolowym papierosem Virginia Slim. - Nie bądź takim
tchórzem!
Meghann już była przy Claire i trzymając ją za rękę, tłumaczyła, że to
nic złego się bać.
- Claire, misiaczku, to tylko świadczy o zdrowym rozsądku.
Claire pamiętała, że się wtedy obejrzała. Matka stała na brzegu w skąpym
bikini, z plastikowym kubeczkiem z wódką w dłoni.
- No, dalej, kotku. Nie ma się co bać. Hulaj, dopóki możesz.
Claire zapytała Meghann, co to znaczy "hulać".
- To właśnie robi tak zwana aktorka, kiedy pochłonie za dużo drinków.
Nie przejmuj się.
Biedna Meg. Zawsze starała się udawać, że prowadzą normalne życie.
Jakże ono mogło być normalne? Czasem Bóg przeznacza człowiekowi matkę,
przy której to, co normalne, jest niemożliwe. Jasną stroną są okresy
beztroski i przyjęcia tak głośne i szalone, że nigdy się ich nie
zapomni, ciemną... źle się dzieje, kiedy brakuje kontroli.
- Mamo! - Głos Alison wyrwał ją z przeszłości. - Chodźmy już!
Claire skierowała się do starego wiejskiego domu, w którym mieściła się
administracja. Opasująca go weranda była świeżo odmalowana. Ciemna
zieleń balustrad i tralek współgrała ze ścianami w kolorze orzecha. Duże
dwuskrzydłowe okna biegły wzdłuż parteru, natomiast na piętrze, gdzie
mieszkali właściciele, zachowano oryginalne, mniejsze okna.
Dom od jeziora oddzielała połać zieleni wielkości boiska do futbolu.
Mieścił się tam plac zabaw z huśtawkami, teren do gry w krykieta, kort
do badmintona, basen oraz hangar z motorówkami. Nieco na uboczu, z lewej
strony, stały cztery domki z oknami od podłogi do sufitu, otoczone
werandami.
Alison ruszyła przodem. Wbiegła lekko i niemal bezgłośnie po stopniach.
Energicznym szarpnięciem otworzyła drzwi z metalowej siatki. Zamknęły
się za nią z trzaskiem.
Claire uśmiechnęła się i przyspieszyła kroku. Otwierając ażurowe drzwi,
usłyszała, jak Happy Parks mówi:
- ...nie może być mała Ali-Kotek Cavenaugh. Ty jesteś na nią za duża.
Alison zachichotała.
- Idę do pierwszej klasy. Umiem liczyć do tysiąca. Chcesz posłuchać? - I natychmiast zaczęła odliczanie. - Jeden. Dwa. Trzy...
Pogodna, piękna siwowłosa kobieta, która prowadziła to letnisko od ponad
trzydziestu lat, uśmiechnęła się do Claire ponad głową Alison.
- Sto jeden. Sto dwa...
Happy nagrodziła Alison oklaskami.
- Świetnie, Ali! Claire, miło was znowu widzieć. Co słychać w Kurorcie
nad Brzegiem Rzeki?
- Dostawiliśmy jeden domek. Mamy ich teraz osiem. Liczę, że nie dotkną
nas zmiany w gospodarce. Mówi się, że benzyna ma pójść w górę
- Dwieście. Dwieście jeden...
- Zdecydowanie nie widać, żeby spadała - zauważyła Happy. - Działamy
podobnie do was - sami stali goście. Rok w rok. A właśnie, skoro o tym
mowa. Gina już jest. I Charlotte. Brakuje jedynie Karen. W tym roku wam
przypada domek dla nowożeńców.
- Tak jest. Ostatnim razem, kiedy tam mieszkałyśmy, Alison spała jeszcze
w przenośnym łóżeczku.
- Będziemy miały telewizor! - zawołała dziewczynka, podskakując. -
Przywiozłam tony filmów.
- Godzina oglądania dziennie - przypomniała Claire, wiedząc, że w nadchodzącym tygodniu ta uwaga stanie się mantrą powtarzaną co najmniej
dziesięć razy na dzień. Jej córka mogła oglądać Małą Syrenkę przez
siedem dni w tygodniu.
Za ich plecami zaskrzypiały drzwi z siatki. Do środka wpadła gromadka
roześmianych dzieci, a za nimi weszło sześcioro dorosłych.
Happy pchnęła w stronę Claire klucz leżący na biurku.
- Sprawy papierkowe załatwimy później. Mam przeczucie, że to grupa
łowców kwater. Objeżdżają wszystkie miejsca po kolei i fotografują,
zanim coś wybiorą.
Claire dobrze to rozumiała. Kurort nad Brzegiem Rzeki dysponował
minimalną liczbą kwater kempingowych - miał ich zaledwie dziewiętnaście
- i bardzo dbała o te najlepsze. Jeżeli gość przypadł jej do gustu,
wskazywała mu miejsce w niewielkiej odległości od sanitariatów i jeziora. Jeśli nie... czekał go długi spacer do toalety w deszczowy
dzień.
- Wpadnij na drinka któregoś wieczoru. - Poklepała dłonią wysłużony
sosnowy blat kontuaru.
- Do was, szalonych kobitek? - Happy uśmiechnęła się radośnie. - Za
żadne skarby nie przepuszczę takiej okazji.
Claire wręczyła klucz Alison.
- Proszę bardzo, Ali-Kotku. Ty tu rządzisz. Prowadź nas.
Dziewczynka rzuciła się do wyjścia z radosnym okrzykiem. Klucząc między
ludźmi, przebiegła przez zatłoczony korytarz i wypadła na dwór. Tym
razem jej stopy zadudniły o stopnie.
Claire pospiesznie podążyła za córką. Gdy tylko wyjęły bagaże z samochodu, biegiem pokonały trawnik, minęły hangar dla łodzi i wpadły
między drzewa. Tu twardy, ubity piach pokrywała stuletnia warstwa
sosnowych igieł. Wreszcie dotarły na polankę. Posiwiały, drewniany
pomost kołysał się łagodnie na falującej, niebieskiej wodzie. W oddali,
na przeciwległym brzegu, kompleks białych kondominiów stał w niecce
pośród złotych zboczy wzgórz.
- Clara Bella!
Claire osłoniła dłonią oczy i rozejrzała się wokół.
Gina machała do niej z brzegu jeziora.
Pomimo dzielącej je odległości Claire dostrzegła, jak wysoka jest
szklanka z drinkiem, którą trzyma w dłoni.
To będzie tydzień resocjalizacji Giny. Zazwyczaj to ona, najbardziej
zachowawcza, była ostoją dla pozostałych, ale parę miesięcy temu
przeżyła rozwód i straciła grunt pod nogami. Samotna kobieta w świecie
par. W zeszłym tygodniu jej eksmąż wprowadził się do młodszej kobiety.
- Ali, pospiesz się! - krzyknęła Bonnie, sześcioletnia córka Giny.
Alison rzuciła na piach plecaczek w kształcie Misia Puchatka i błyskawicznie się rozebrała.
- Alison...
Z dumą zaprezentowała żółty kostium kąpielowy.
- Mamuś, jestem gotowa.
- Chodź tu, złotko! - zawołała ją Gina, sięgając po monstrualną tubę
kremu do opalania. Błyskawicznie wysmarowała Alison i puściła wolno.
- Nie wchodź powyżej pępka - ostrzegła Claire, upuszczając walizki na
piasek.
Alison zrobiła niezadowoloną minę.
- Och, mamo! - jęknęła, po czym pobiegła do jeziora, rozpryskując wodę,
i dołączyła do Bonnie.
Claire usiadła obok Giny na złocistym piasku.
- O której przyjechałaś?
- Oczywiście punktualnie. - Gina się zaśmiała. - Uświadomiłam sobie w tym roku, że życie może ci się rozpaść, rozpieprzyć na drobne kawałki,
ale nadal pozostajesz sobą. A nawet jeszcze bardziej się starasz. Należę
do punktualnych kobiet.
- Nie ma w tym nic złego.
- Rex by się z tobą nie zgodził. Ciągle powtarzał, że brakuje mi
spontaniczności. Myślałam, że być może chodzi mu o seks po południu.
Okazało się, że miał na myśli akrobacje na spadochronie. - Kręcąc głową,
uśmiechnęła się gorzko do Claire. - Teraz z przyjemnością wypchnęłabym
go z samolotu.
- A ja bym mu odpowiednio podrasowała spadochron.
Obie się roześmiały, chociaż to wcale nie było zabawne.
- Jak Bonnie sobie radzi?
- To właśnie w tym wszystkim najsmutniejsze. Wydaje się niczego nie
zauważać. I tak Reksa nigdy nie było w domu. Nie wyjawiłam jej, że
przeprowadził się do innej kobiety. Jak można coś takiego powiedzieć
dziecku? - Gina oparła się o Claire, a ona objęła ją ramieniem. - Boże,
jak bardzo potrzebowałam tego tygodnia!
Milczały przez chwilę. Ciszę zakłócał jedynie plusk wody o pomost i piskliwy śmiech dziewczynek.
- Jak dawałaś sobie radę przez te wszystkie lata? - Gina odwróciła się
do Claire. - Mam na myśli życie w pojedynkę.
Od narodzin Alison Claire nie zastanawiała się nad swoją samotnością.
Tak, była sama - w tym sensie, że nigdy nie wyszła za mąż ani nie
zamieszkała z mężczyzną, ale w zasadzie nie czuła się samotna.
Naturalnie czasem doskwierał jej brak kogoś, z kim mogłaby dzielić
życie, ale już dawno dokonała wyboru. Nie chciała pójść w ślady matki.
- Jasną stroną jest to, że nie masz problemu ze znalezieniem pilota do
telewizora, nikt nie każe ci myć samochodu ani nie mówi, gdzie go masz
zaparkować.
- Poważnie, Claire. Potrzebuję rady.
Claire spojrzała na Alison, która stojąc po pępek w wodzie, podskakiwała
i śpiewała piosenkę o alfabecie. Poczuła ucisk w piersi. Zaledwie
wczoraj Ali mieściła się w zgięciu jej ramienia. Niedługo może zażądać
kolczyka w brwi. Wiedziała, że kocha córkę zbyt zaborczą miłością; to
niebezpieczne tak desperacko potrzebować obecności drugiej osoby, ale
nie znała innej miłości. Dlatego nigdy nie wyszła za mąż. Niewielu
mężczyzn darzyło żony bezwarunkową miłością. Szczerze mówiąc,
zastanawiała się, czy prawdziwa miłość istnieje. Ta wątpliwość stanowiła
część dziedzictwa przekazanego córce przez matkę, na podobieństwo
zakaźnej choroby.
Dla mamy rozwiązaniem był rozwód; u Claire pewność, że nigdy nie powie
"tak".
- Otrząśniesz się z samotności. Będziesz żyć dla dzieci - powiedziała
cicho, zdziwiona żalem brzmiącym w jej głosie. Tyle było rzeczy, po
które nigdy nie odważyła się sięgnąć.
- Claire, Ali nie powinna przesłaniać ci całego świata.
- To wcale nie tak, że nie próbowałam się zakochać. Umawiałam się z każdym samotnym facetem w Hayden.
- Z każdym tylko jeden raz. - Gina się uśmiechnęła. - A Bert Shubert
nadal się w tobie kocha. Pani Hauser uważa, że musisz być niespełna
rozumu, skoro puściłaś go wolno.
- To smutne, że pięćdziesięciotrzyletni hydraulik w okularach jak denka
od butelek i z rudą kozią bródką jest uważany za idealnego kandydata na
męża tylko dlatego, że ma sklep AGD.
Gina wybuchła śmiechem.
- Jeśli kiedykolwiek ci wyznam, że chodzę z Bertem, bardzo cię proszę,
zastrzel mnie. - Powoli jej śmiech przeszedł w płacz. - Niech to diabli!
- westchnęła, przytulając się do przyjaciółki.
- Wszystko będzie dobrze - szeptała Claire, gładząc Ginę po plecach. -
Wyjdziesz z tego, mówię ci.
- Nie wiem - odparła cicho Gina, a sposób, w jaki to powiedziała, być
może miękki ton głosu, zazwyczaj stanowczego, sprawił, że Claire poczuła
w sobie pustkę. Osaczyła ją samotność.
Powróciła myślami do dnia, który odmienił jej życie. Dowiedziała się
wtedy, że miłość ma trwałość towarów na półce; jest termin ważności,
który nagle wygasa, i pozostaje jedynie gorycz.
"Zostawiam cię" - oznajmiła siostra. Do tamtej chwili Meg była najlepszą
przyjaciółką Claire, jej całym światem. Lepszą mamą niż rodzona matka.
I Claire też się rozpłakała.
Gina pociągnęła nosem.
- Nic dziwnego, że nikt nie chce ze mną przebywać. Jestem księżniczką
ciemności. Dziesięć sekund w moim towarzystwie i całkowicie szczęśliwi
ludzie zaczynają płakać.
Claire wytarła oczy. Nie ma sensu rozpaczać nad przeszłością. Niemniej
zdziwiła się, że jeszcze stać ją na łzy. Uważała, że dawno pogodziła się
z odejściem Meg.
- Pamiętasz tamte wakacje, kiedy Char spadła z pomostu, bo taka była
zapłakana, że nic nie widziała?
- Kryzys wieku średniego u Boba. Posądzała go o romans z gosposią.
- A okazało się, że w tajemnicy robił sobie przeszczepy włosów.
Gina mocniej objęła Claire.
- Dzięki Bogu za Blueserki. Od czasu porodu nie potrzebowałam was tak
bardzo jak dziś.
Rozdział 4
4
Zabrzęczał interkom.
- Przyszła Jill Summerville.
- Wprowadź ją.
Meghann wyjęła z szafki nad głową świeży notatnik z żółtymi kartkami i pióro. Zanim Jill weszła do sali konferencyjnej, Meghann zdążyła wrócić
na miejsce i przybrać uprzejmy uśmiech.
- Witaj, Jill! - powiedziała, podnosząc się. - Jestem Meghann Dontess.
Jill, wyraźnie skrępowana, przystanęła w pobliżu drzwi. Była ładną
kobietą. Szczupła, około pięćdziesiątki. W drogim popielatym kostiumie i kremowej jedwabnej bluzce.
- Proszę, usiądź - zachęciła ją Meghann, wskazując fotel po swojej lewej
stronie.
- Nie jestem pewna, czy chcę rozwodu.
Meghann ciągle słyszała podobny tekst.
- Porozmawiajmy. Mogłabyś mi opowiedzieć o swoim małżeństwie.
Jill usiadła sztywno w fotelu. Położyła dłonie na stole, rozsuwając
palce, jakby w obawie, że blat może lewitować.
- Nie jest dobrze - wyznała cicho. - Nasze małżeństwo trwa dwadzieścia
sześć lat, a ja już nie mogę. Dłużej nie wytrzymam. W ogóle nie
rozmawiamy. Staliśmy się jedną z tych par, które jedząc obiad w restauracji, siedzą naprzeciw siebie i milczą. Podobną sytuację
obserwowałam u rodziców. Przysięgłam sobie, że u mnie tak nie będzie. W przyszłym roku kończę pięćdziesiąt lat. Czas, bym zaczęła żyć po
swojemu.
Powód rozwodu - ostatnia szansa na odmianę w życiu. Numer dwa tuż po
najczęstszym, sakramentalnym: "Oszukuje mnie".
- Wszyscy mają prawo do szczęścia - podsumowała Meg, czując się dziwnie
nieobecna. Automatycznie wyrzuciła z siebie serię pytań i stwierdzeń,
które miały wydobyć gruntowne informacje oraz zaskarbić zaufanie
klientki. Meg widziała, że osiągnęła oba cele. Jill zaczynała się
odprężać. Od czasu do czasu nawet się uśmiechała.
- A majątek? Wiesz, jaką wartość netto przedstawia?
- Beatrice DeMille uprzedziła mnie, że o to zapytasz. - Otworzyła
dyplomatkę od Fendiego, wyciągnęła plik spiętych razem dokumentów i przesunęła go w stronę Meghann. - Razem z mężem założyliśmy firmę
internetową Emblazon. Sprzedaliśmy ją AOL, gdy notowania poszły w górę.
Dodając do tego wartość kilku pomniejszych firm oraz domów, nasz majątek
jest wart około siedemdziesięciu dwóch milionów.
Siedemdziesiąt dwa miliony dolarów.
Meghann siłą woli utrzymała zawodowy uśmiech w obawie, żeby przypadkiem
nie otworzyć ust z wrażenia. To była największa sprawa, jaka dotąd
wpadła jej w ręce. Na coś takiego czekała przez całe zawodowe życie. To
będzie rekompensata za wszystkie bezsenne noce spędzone na zamartwianiu
się problemami klientek, których nie było stać na zapłacenie honorarium.
Jej ulubiony profesor prawa zwykł mawiać, że prawo jest jedno bez
względu na liczbę zer. Meg wiedziała swoje. System preferował takie
kobiety jak Jill.
Prawdopodobnie powinny zatrudnić rzecznika do kontaktu z mediami. Takie
sprawy zazwyczaj nabierają rozgłosu.
Perspektywa procesu powinna ją podniecić, dać zastrzyk energii. O dziwo,
czuła obojętność. A nawet lekki smutek. Wiedziała, że pomimo milionów
Jill nie wyjdzie z tego bez szwanku.
Meg sięgnęła po słuchawkę i jednocześnie nacisnęła przycisk interkomu.
- Rhono, przynieś mi listę adwokatów. Seattle. Los Angeles. San
Francisco. Nowy Jork i Chicago.
Jill ściągnęła brwi.
- Ale... - zamilkła, gdy do biura weszła sekretarka z wydrukiem w ręce.
- Dzięki. - Meghann podała kartkę Jill. - Ta dwudziestka to najlepsi
adwokaci w kraju.
- Nie pojmuję.
- Od chwili kiedy się z nimi skontaktujesz, nie będzie im wolno
reprezentować twojego męża. Konflikt interesów.
Jill przebiegła listę wzrokiem, po czym powoli podniosła głowę.
- Rozumiem. To taka strategia rozwodowa.
- Zwykłe planowanie z wyprzedzeniem. Na wszelki wypadek.
- Czy to etyczne?
- Oczywiście. Jako klientce przysługuje ci prawo do zaczerpnięcia
dodatkowych opinii. Potrzebna mi będzie zaliczka - powiedzmy jakieś
dwadzieścia pięć tysięcy dolarów, z czego dziesięć tysięcy pójdzie na
opłacenie najlepszych biegłych księgowych w Seattle.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki