Pomiędzy płatkami śniegu - Monika Cieluch

Reflow text when sidebars are open.
Miękko wylądował na skutej mrozem ziemi. Rozprostował plecy i z uwagą prześledził skąpaną w półmroku okolicę. Oświetlony blaskiem księżyca rząd ceglanych spichlerzy rozciągał się wzdłuż linii brzegowej Wisły, której wody niemal wylewały się na błonia. Zmarszczył brwi, próbując ustalić ramy czasowe odpowiadające podziwianej budowli. Średniowiecze? Może gotyk? - zastanawiał się krótką chwilę, by następnie ruszyć powolnym krokiem w kierunku łuny światła. Pozostawił za sobą szum płynącej rzeki i odgłos pracującego silnika łodzi, która pokonywała ciemną taflę wody. Minąwszy Bramę Wodną, przystanął na chwilę, tuż przy Pomniku Flisaka, i nie spuszczając z niego wzroku, zapiął guziki czarnego płaszcza, kołnierz zaś postawił w taki sposób, by uchronić wrażliwy kark przed grudniowym chłodem. Miejski gwar bezlitośnie wdarł się do jego uszu, budząc nadzieję - być może nieco naiwną - że ostatnie powierzone mu w tym roku zadanie nie okaże się zbyt wymagające. W końcu już jutro Wigilia Bożego Narodzenia.
Podążając za jednostajnym szumem, skierował kroki w kierunku murów obronnych. Zatrzymał się przy słupie gęsto obłożonym szyldami ulicznymi z różnych miast, a na każdym z nich powtarzała się wpisana na różne sposoby nazwa "Grudziądz". Wiedział już, dokąd został wysłany, zaś niewiadomą wciąż pozostawały okoliczności, w których zmuszony będzie działać.
Nieprzyjemny dreszcz obsypał jego ciało gęsią skórką na wspomnienie zadania, które niegdyś był zmuszony wykonać. Wówczas, pod ostrzałem świszczących kul niebezpiecznie przelatujących nad głową, był świadkiem cudu jednostki rozgrywającego się na tle krwawej bitwy pod Gettysburgiem. Nie, żeby narzekał, mógł przecież trafić gorzej, chociażby pod Verdun, tymczasem mijający rok był dla niego łaskawy. A może po prostu upływał pod znakiem sprzyjającej gwiazdy? Skarcił się w myślach za powoływanie się na ciała niebieskie, wiedząc, iż w rzeczywistości jego los nie jest od nich zależny. Pełen pokory, jak na anioła przystało, ruszył w kierunku schodów pnących się ku górze. Wspiął się na szczyt wzniesienia i mrużąc oczy, pokręcił głową na widok kolorowych neonów pełgających na ścianie jednej z kamienic znajdujących się po drugiej stronie ulicy.
- Współczesność - wyszeptał pod nosem nieco kpiąco. Pomyślał, że nie potrafiłby się w niej odnaleźć, gdyby przyszło mu pozostać na Ziemi dłużej.
Wkroczył bezmyślnie na jezdnię. Pisk opon i donośne trąbienie klaksonu zmusiły go do żwawszego kroku, a następnie do sprytnego manewrowania pomiędzy ciemnymi sylwetkami przechodniów.
- Hej, kociaku, masz ochotę zaszaleć dzisiejszej nocy?
Powolnie uniósł głowę i gdy dostrzegł przed sobą grupkę młodych kobiet, instynktownie cofnął się o krok, zaatakowany wonią dymu papierosowego zmieszanego z intensywnymi perfumami. Szczupła, kobieca dłoń spoczęła na jego piersi, a wulgarnie wykonturowane usta rozciągnęły się w szerokim uśmiechu.
- Idziemy do klubu. Dołączysz do nas? Mamy coś, co pomoże ci się rozerwać. - Niemal wysylabizowała kobieta, gładząc poły jego wełnianego płaszcza. Przeczesał palcami ciemne włosy, doskonale wiedząc, że jego uroda przyciągała kobiece spojrzenia, i w sposób niezwykle kurtuazyjny skinął głową.
- Zacna panna wybaczy, ale zaprawdę zmuszony jestem odmówić i za owe pląsy podziękować. Zaproszenie, choć drogie sercu memu, zupełnie nie w porę.
- Elka, on już coś brał. Lepiej chodźmy, bo dziwny jakiś, jeszcze nam psy na głowę ściągnie - padło z ust jednej z towarzyszek kobiety, która chwyciwszy koleżankę za ramię, pociągnęła ją w swoją stronę.
On zaś, z typowym dla siebie wdziękiem, wyprostował sylwetkę, nieznacznie unosząc podbródek, i obserwował pospiesznie oddalające się kobiety, których metalowe podbicia obcasów odbijały się nieprzyjemnym echem w jego uszach. A gdy jedna z nich posłała w jego stronę krótkie spojrzenie przez ramię, pokręcił głową, lekko uśmiechając się pod nosem. Dostrzegłszy świerk strzelisty, a tuż pod nim drewnianą ławkę, ruszył w tamtą stronę. Po chwili zasiadł wygodnie na ławce, której chłód przeniknął przez jego spodnie i teraz lizał mu uda zimnym oddechem. Podniósł wzrok ku niebu, wyczekując dyrektyw z samej góry. W końcu zostaną mu przekazane, a wówczas podejdzie do zadania z cechującym go profesjonalizmem. A gdy tak czekał, co rusz ogrzewając oddechem skostniałe dłonie, marzył o sprawie błahej, bo chociaż w świecie, z którego pochodził, cieszył się opinią anioła od spraw niemal niewykonalnych, w sferze ludzkich uczuć czuł się mniej pewnie. I aż nadto często los przynosił mu to, czego w danym momencie najbardziej się obawiał.
Tak było i tym razem...
Kalina zmarzniętą dłonią ścierała spływające po policzkach łzy, które drążyły sobie drogę ku jej kącikom ust. Za wszelką cenę starała się nie przyciągać wzroku otaczających ją współpodróżnych, którzy z tobołkami po brzegi wypełnionymi świątecznymi sprawunkami tłoczyli się w miejskim tramwaju. Powszechna radość widniejąca na twarzach ludzi i głośno prowadzone konwersacje na temat wigilijnych potraw i przedświątecznego wzrostu cen podstawowych artykułów spożywczych drażniły ją, nasilając potok słonych łez. Kalina od trzech lat szczerze nienawidziła świąt Bożego Narodzenia i gdyby tylko mogła, najchętniej wymazałaby je z kalendarza. Święta powinny być białe, pełne tradycji przekazywanych z pokolenia na pokolenie, ale przede wszystkim wypełnione obecnością osób dla nas szczególnych, brzmieniem kolęd wyśpiewywanych przez naszych bliskich, przerywane zachwytem "ochów" i "achów" zachwalających walory wigilijnych potraw. Tymczasem od pamiętnej nocy wigilijnej trzy lata temu żaden dzień w całorocznym kalendarzu nie był dla niej tak bolesny i trudny jak właśnie Wigilia Bożego Narodzenia.
Tramwaj zatrzymał się na niewielkim grudziądzkim Rynku, a z jego wnętrza wypłynął tłum - głowy przyozdobione wełnianymi czapkami kołysały się w rytmie zimowego popołudnia niczym fale, które rozlały się po brukowanym placu. Zerknęła przez szybę i na chwilę, zanim skład ruszył w dalszą trasę, zatrzymała wzrok na niewielkiej szopce betlejemskiej wypełnionej żywymi zwierzętami oraz na licznych rodzinach z dziećmi, które z uśmiechami i zaczerwienionymi od mrozu policzkami zachwycały się osiołkiem, uroczo strzygącym uszami. Poczuła silny ucisk gdzieś w okolicy serca, wiedząc, iż tego wyjątkowego uczucia szczęścia nigdy nie było jej dane zaznać. Jako dwutygodniowe niemowlę trafiła do domu małego dziecka i do uzyskania pełnoletności mieszkała w państwowych placówkach. Nie miała matki ani ojca, którzy zabraliby ją na grudziądzki Rynek, by posyłając kochające spojrzenia i zaciskając ciepłe dłonie na jej małych rączkach, podziwiać z nią urok bożonarodzeniowej szopki. Miała za to masę przyszywanych ciotek, które starały się, jak tylko mogły, by stłumić rosnący w jej sercu ból wywołany brakiem rodziców. A żal był coraz większy, przybierał na sile z każdym rokiem, czasami stając się trudnym do zniesienia faktem. To zadziwiające - pomyślała - jak bardzo młodzi ludzie pragną przynależeć do kogoś, kto będzie dla nich wsparciem, siłą i nieustającym źródłem miłości. Jeszcze będąc nastolatką, uświadomiła sobie, że to, co nam pisane, najpewniej jest nieuniknione. I mimo iż czasami kłóciła się z losem, chcąc coś dla siebie ugrać, wiedziała, że w pojedynku z nim nie ma większych szans. Ten los był dla niej niczym sędzia głuchy na jej tłumaczenia. Mogła krzyczeć, błagać, a on i tak zawsze zrobił po swojemu.
Zatapiając się we własnych myślach, w ostatniej niemal chwili spostrzegła, że dotarła na swój przystanek. Pospiesznie przecisnęła się między pozostałymi pasażerami i opuściła czerwono-żółty tramwaj, który od czasu jej dzieciństwa nie zmienił swojej trasy.
Nieprzyjemnie chłodny wiatr owiał jej wciąż z lekka wilgotną twarz. Przystanęła przy niewielkim warzywniaku i spoglądając w niebo, zmrużyła delikatnie oczy, chroniąc je przed zacinającą mżawką. Kolejna szara Wigilia - pomyślała. Żeby chociaż biały puch swobodnie otulił miasto i swoją obecnością odwrócił jej uwagę od tragicznych wydarzeń sprzed trzech lat, wówczas byłoby jej odrobinkę łatwiej.
Poprawiła pasek torebki, która zsunęła się jej z ramienia, i zacisnęła palce na uszach szmacianej torby wypełnionej papierowymi teczkami i kilkoma osobistymi drobiazgami, które zmuszona była zabrać do domu. Jedną ręką naciągnęła czapkę na uszy i powolnym krokiem podążyła w kierunku wiekowej, aczkolwiek pięknie odrestaurowanej kamienicy mieszczącej się przy Alei 23 Stycznia. W natłoku śpieszących się ludzi dostrzegła samotnego mężczyznę, który nie zważając na niską temperaturę powietrza, siedział na ławce ze wzrokiem utkwionym w szarym chodniku. Było w nim coś, co przyciągnęło jej uwagę, jakaś tajemnicza siła sprawiła, iż mimo ogromnego smutku zatrzymała się na chwilę, by pozwolić sobie na refleksję. Najwyraźniej nie tylko ona kroczyła przez dzisiejszy dzień bez entuzjazmu. To smutne, że są na tym świecie ludzie tacy jak ona i on, którym wigilijny dzień przynosi cierpienie. W tym konkretnym dniu roku samotność miała gorzki smak, niczym zbyt mocno karmelizowany cukier. Kalina chciała się cieszyć, nucić kolędy, zasiąść przy stole nakrytym białym obrusem, ale nie miała na to siły. Życie po stracie kogoś bliskiego było niczym dni ciągnące się jak mgła, w dodatku gęsta i ciężka, w której na próżno dostrzec sens kolejnego poranka.
Z tą myślą weszła do klatki i zaczęła wspinać się schodami w górę, czując zapach świątecznych potraw, który niemal siłą wdarł się w jej nozdrza. Odgłos skrzypiących drzwi, a zaraz po nim radosny ton kobiecego głosu poniósł się po klatce schodowej i na wprost Kaliny stanęła Asia - sąsiadka o wyjątkowo radosnym usposobieniu i pięknych kobaltowych oczach, z których wyzierała pozytywna energia. Aśka żyła w myśl zasady: nie przejmuj się tym, na co nie masz wpływu. Wielokrotnie swoim optymizmem próbowała zarazić Kalinę - bezskutecznie. W sercu dziewczyny tkwiła zbyt duża drzazga, nie pozwalając śmiać się ot tak, spontanicznie i całą piersią.
- Nareszcie jesteś! Dzwoniłam do ciebie kilka razy, nie słyszałaś? - Aśka zatrzymała się na półpiętrze, z dłonią wciąż zaciśniętą na balustradzie. Ubrana w świąteczny sweter z wizerunkiem renifera, którego czerwony nos świecił niczym znak od losu, że magia naprawdę istnieje, tylko czasem ma poroże i cztery kopyta. Na jej głowie dyndały radośnie dwie zielone choinki, przytwierdzone do opaski, która trzymała w ładzie gęste, niemal czarne włosy.
Kalina zazdrościła radości i beztroski, która pobłyskiwała w oczach przyjaciółki. Bywały dni, gdy tak zwyczajnie, po ludzku chłonęła z tęsknotą jej życie. Tego, że idzie przez nie radosnym krokiem, bez bólu, który pruje serce każdego dnia coraz bardziej i bardziej.
- Przepraszam, wyłączyłam dźwięk w telefonie.
- No i jak? Co ci powiedzieli w banku? Przystali na twoją propozycję? - Aśka przestąpiła z nogi na nogę, wyczekując odpowiedzi, a ponieważ denerwowała się tym, co za chwilę usłyszy, zaciągnęła się gumą balonową niczym powietrzem przed oddaniem skoku do wody. Wydymała policzki i pozwoliła balonowi rosnąć tak długo, aż w końcu pękł, zostawiając na jej twarzy cienką i lepką warstwę o zapachu truskawki.
Kalina z ciężkim westchnieniem oparła się o chłodną ścianę pokrytą lamperią i z rezygnacją zaprzeczyła ruchem głowy. Nie potrafiła wykrztusić z siebie słów. Strach i poczucie porażki ścisnęły ją za gardło niczym znienawidzona apaszka, która bezlitośnie odcinała dopływ życiodajnego powietrza.
Aśka zrozumiała wszystko. Zapanowała cisza. Smutna, beznadziejna, taka, która odbierała radość z faktu, że już za kilka godzin nastaną święta Bożego Narodzenia, a domy wypełnią się gwarem bliskich i zapachem tradycyjnych potraw. Nagle wizja korzennego serniczka jej mamy, który miał czekać na nią na świątecznym talerzu, wydała się dziewczynie bardzo odległa. Bo niby jak cieszyć się szczęściem, gdy ma się świadomość, że komuś bliskiemu kolejny raz niebo spadło na głowę. I to nie byle jakie niebo! To Kaliny było utkane z samych sztormowych chmur i póki co nie dawało szansy na to, że przepuści przez nie choćby jeden zbłąkany promień słońca.
- Tak mi przykro - powiedziała zafrasowanym głosem, delikatnie gładząc ramię Kaliny, czując, jak wiara w pozytywne zakończenie sprawy, którą nosiła w sercu przez cały ranek, właśnie w niej zgasła. - Znajdziemy inny sposób - dodała pocieszająco, uśmiechając się przy tym szeroko, jak ktoś, kto wierzy, że tak właśnie się stanie.
- Daj spokój - jęknęła Kalina. - Nie oszukujmy się, sama nie jestem w stanie spłacić kredytu, raty strasznie szybują w górę. W dodatku inflacja i te ceny w sklepach... - Urwała na chwilę, zagryzając dolną wargę, by się nie rozpłakać. - Będę zmuszona oddać bankowi mieszkanie - wyrzuciła z siebie z drżącym oddechem. - Artur nigdy by mi tego nie wybaczył.
Aśce pękło serce. Chciała powiedzieć coś mądrego. Znaleźć słowa, które byłyby w stanie pocieszyć Kalinę, ale ból i współczucie, które właśnie czuła, jej to uniemożliwiały. Cóż można powiedzieć młodej dziewczynie, która każdego dnia dostaje solidnego kopniaka od losu? Jakich słów użyć, by przywrócić jej wiarę w to, że jeszcze będzie pięknie?
- Jest Wigilia, postaraj się nie zamartwiać problemami, z nowym rokiem siądziemy przy stole i razem poszukamy rozwiązania. Wiesz, że nie zostawię cię z tym samej. Jeśli trzeba będzie sprzedać mieszkanie, to je sprzedasz i wprowadzisz się do mnie - zaproponowała pełna wiary, że być może nie jest to głupi pomysł. Znały się, lubiły swoje towarzystwo, na pewno dogadywałyby się, będąc współlokatorkami.
- Jeśli bank zabierze mi mieszkanie, to najpierw pęknie mi serce, potem przygniotą mnie wyrzuty sumienia, że straciłam dom. Swój i Artura. - Pociągnęła nosem. - A i tak to nie zakończy moich problemów. Nadal zostanę z długiem. Daliśmy się wpuścić z tym kredytem we frankach i... - Urwała, czując, że jak wydusi z siebie choćby jeszcze jedno słowo, to w efekcie rozpłacze się i już nie będzie w stanie nad sobą zapanować.
- Kalino, kiedyś w końcu pech musi cię opuścić. Na pewno są jakieś limity nieszczęść, co nie?
- Pff - prychnęła Kalina. - Jeśli są, to najwyraźniej mnie one nie dotyczą. - Dłonią otarła łzę, która mimo jej starań, wymknęła się spod tuszowanych rzęs i właśnie spływała po wciąż zmarzniętym policzku.
- A ja wierzę w to, że od teraz będzie już tylko lepiej.
- Serio, Aśka? To posłuchaj tego... - Przerwała w połowie myśli, by nabrać do płuc głębszy haust powietrza. Na krótką chwilę spojrzała w bok, by w końcu powiedzieć to, co leżało jej na sercu. - Rozwiązali ze mną umowę o pracę - wydusiła z żalem w głosie i z dużym poczuciem beznadziejności. Tkwiła w niekończącej się spirali problemów. Z każdym miesiącem przybywało ich i zaczynała się martwić, że wkrótce zabraknie jej sił do walki z przeciwnościami losu. Podda się. A wówczas...
- I bardzo dobrze! To akurat jest świetna wiadomość - pisnęła Aśka z niezrozumiałym entuzjazmem.
Kalina przez chwilę pomyślała, że sąsiadka musiała opacznie zrozumieć jej wypowiedź. Dobrze? Jak dobrze? Przecież teraz to już na pewno straci mieszkanie. Jeśli nie wydarzy się jakiś cud, najpewniej już wiosną skończy na ulicy.
- Świetna wiadomość? - powtórzyła załamana. Czuła, jak zalewa ją fala duszności przepowiadająca zbliżający się płacz. Szybkim ruchem ściągnęła z głowy wełnianą czapkę i rozpięła kurtkę, obawiając się, że za chwilę może stracić przytomność. Stres i bezsenne noce znacznie ją osłabiły. Była wykończona zarówno fizycznie, jak i emocjonalnie. W dodatku myśl, że musi liczyć tylko na siebie, przygniatała ją do ziemi jak cień mroźnej zimy, którego nie sposób strząsnąć z pleców.
- Pewnie, że tak. W końcu nikt nie będzie wykorzystywał twojego talentu, podpisując go własnym nazwiskiem i jeszcze płacąc ci za to grosze. Pracę znajdziesz nową - powiedziała to tak, jakby nie dopuszczała do siebie innej możliwości.
W Kalinie aż się zagotowało.
- Łatwo powiedzieć... - sarknęła.
- Wiem, że jest ci ciężko, że w ostatnim czasie świat wciąż cię kopie, ale... Może powinnaś uwierzyć w to, że wszystko się ułoży.
Aśka zacisnęła dłonie na przedramionach sąsiadki i delikatnie nią potrząsnęła, chcąc wyrwać ją z marazmu, w którym tkwiła od ostatnich trzech lat. Doskonale wiedziała, z czym mierzy się Kalina, ile cierpienia zmuszona była znieść, i chociaż każdego dnia starała się przebić przez gruby mur obojętności, który przyjaciółka wzniosła wokół siebie, nie potrafiła tego zrobić. Czasami obawiała się, że nie będzie w stanie jej pomóc. Raz pomyślała nawet, że tylko cud mógłby naprawić to, co się w życiu jej sąsiadki zepsuło. Miała pretensje do losu o to, że wsadził Kalinę w niebezpieczne Ferrari i wypuścił na autostradę szybkiego dorastania, doskonale wiedząc, że jest niedzielnym kierowcą. Może i to porównanie nie było zbyt poetyckie, ale doskonale oddawało to, co porobiło się w jej życiu - podsumowała w myślach Aśka, by po chwili rzucić nieco bardziej entuzjastycznym tonem:
- Kto wie... Może w tym roku będzie jak w tej piosence.
- W piosence?
- No wiesz w tej, co leci: "Kto wie, czy za rogiem nie stoją anioł z Bogiem? I warto mieć marzenia, doczekać ich spełnienia" - zanuciła, a jej głos poniósł się po klatce schodowej, wirując w powietrzu niczym płatek śniegu, cichy, lekki, ale pełen chłodu. Wniknął pod skórę i przypomniał Kalinie, że zima zamieszkała nie tylko za oknem, ale również w jej sercu.
- Jasne... - podsumowała Kalina zupełnie bez entuzjazmu.
- Proszę. - Aśka potrząsnęła pękiem kluczy przed oczami przyjaciółki. - Z gazem wszystko w porządku, Morfeusz nakarmiony. Nowy rok już się zbliża i musimy wierzyć w to, że będzie dla ciebie łaskawszy. Ustaliłyśmy, że limit nieszczęść już został przez ciebie wyczerpany, prawda?
- Podobno - odpowiedziała zdawkowo Kalina. - Dziękuję za pomoc z gazem. - Przyjęła z rąk sąsiadki klucze od swojego mieszkania, na chwilę zatrzymując wzrok na breloczku, który otrzymała od Artura. Mała zielona koniczynka, którą jej podarował, miała przynosić szczęście. Tymczasem... Artur odszedł, a szczęście wraz z nim.
- Muszę się zbierać, kochana, za godzinkę odjeżdża ostatni pociąg do Działdowa, widzimy się po świętach. - Aśka spoważniała, a Kalina doskonale wiedziała, w którą stronę powędrowały jej myśli. Wiedziała, że przyjaciółka martwi się o nią i o to, jak przetrwa najbliższe dni. Była niemal pewna, że gdyby nie przyjazd Anki, to Aśka z całą pewnością siłą zaciągnęłaby ją ze sobą do domu rodzinnego. A na to Kalina nie była jeszcze gotowa. - O której ląduje Anka?
- Właśnie, Anka... - Kalina palcem odgięła rękaw kurtki i spojrzała na zegarek. - W zasadzie to już powinna być po odprawie. Zapewne dotrze do Grudziądza późnym popołudniem.
- Cieszę się, że razem spędzicie Wigilię. Wiem, że nie będzie ci łatwo, ale czuję gdzieś tu, że te święta będą przełomowe. - Ułożyła dłoń na wysokości serca i poruszyła palcem serdecznym. - Bawcie się dobrze i do zobaczenia. - Wspięła się na palce stóp i cmoknęła Kalinę w zmarznięty policzek.
- Do zobaczenia, pozdrów ode mnie rodziców i nie zapomnij podziękować za miód, który od nich otrzymałam.
- Dziękuję, będę pamiętała. - Aśka szybkim ruchem zarzuciła plecak na ramię i zbiegła schodami w dół. - Zapomniałabym! Kupiłam ci karpia na wieczerzę. Wiem, jak nie znosisz zapachu sklepu rybnego! - krzyknęła, stojąc już na parterze na moment przed opuszczeniem budynku.
Nim Kalina zdążyła odpowiedzieć, sąsiadka opuściła budynek, a dźwięk zamykających się drzwi poniósł się po wnętrzu klatki schodowej, wypełniając sobą ciszę i zimną pustkę surowego wnętrza.
- Przecież ja nie jadam karpia... - Kalina westchnęła i poczłapała w kierunku swojego mieszkania.
Gdy przekroczyła próg dwupokojowego lokalu urządzonego w barwach bieli i szarości, zrzuciła okrycie wierzchnie, schowała je do szafy i podążyła do kuchni w poszukiwaniu Morfeusza. Czarny kocur z intensywnie zielonymi oczami leżał na kuchennym parapecie, łapiąc ciepło z buchającego pod nim grzejnika. Zobaczywszy Kalinę, leniwie się przeciągnął, a następnie zeskoczył i wylądował tuż przy jej nogach. Chcąc zwrócić na siebie uwagę, zaczął tulić się do dziewczyny i wdzięcznie poruszać puszystym ogonem.
- Jak ci minął dzień, dostojny Morfeuszu? Zapewne leniłeś się jak zawsze, mam rację?
Zwierzak miauknął przeciągle i potulnie przysiadł na wprost właścicielki.
- Wiem, że już jadłeś, nie uda ci się na mnie wymusić nic więcej. - Przez chwilę wpatrywała się w zielone oczy i dumnie sterczące kocie wąsy, aż w końcu wyrzuciła ręce w górę, śmiejąc się z samej siebie. - Niech stracę, Morfeuszu, w końcu jest Wigilia. - W odpowiedzi uzyskała pełne zadowolenia mruczenie i urocze oblizanie kociego pyska przez szorstki różowy język. - Wiesz, kocie, świat mi się zawalił. - Otworzyła szafkę i wyjęła z niej pudełko z karmą. Morfeusz posłusznie zajął miejsce przy porcelanowej miseczce, cierpliwie czekając chwili, w której Kalina wypełni ją tuńczykiem. - Wyrzucili mnie z pracy, więc rozkoszuj się rybką, bo już niedługo będziesz musiał obejść się smakiem - powiedziała, kucnąwszy tuż obok kota, gdy widelcem rozdrabniała karmę.
Morfeusz miauknął, jakby rozumiał powagę wyznania, niecierpliwie się przy tym oblizując.
- A żeby nie było mi zbyt łatwo - ciągnęła swą opowieść Kalina - to moja wizyta w banku nie przyniosła zamierzonego efektu. - Wzruszyła ramionami, pokonana dzisiejszym dniem. - A jeszcze jutro mija trzecia rocznica od śmierci Artura. - Westchnęła głośno, wyrzucając do śmietnika metalową puszkę. - Czy ja kiedykolwiek będę miała odwagę, by zostawić to wszystko za sobą?
Morfeusz wylizał miseczkę na wysoki połysk, umył kocie łapki i czmychnął na parapet, by ponownie oddać się czynności leniuchowania. Kalina prychnęła cichutko pod nosem, w przedpokoju wsunęła stopy w ciepłe góralskie kapcie - zeszłoroczny prezent świąteczny od Aśki - i skierowała kroki do łazienki, by umyć ręce i zabrać się do pieczenia pierników, które uwielbiała Ania.
Zapaliwszy światło, przystanęła zmrożona na widok dorodnego karpia dumnie panoszącego się w jej narożnej wannie. Niczym szybko przewijany film, wróciły do niej słowa sąsiadki "kupiłam ci karpia", które teraz rezonował w jej uszach niczym echo odbijające się od pustych ścian. Ostrożnie nachyliła się nad wanną, by przyjrzeć się pływającej rybie. Po chwili włożyła rękę do wody i czując pod opuszkami palców śliskie łuski, zapewniła z humorem:
- No, Stefan... to ci się upiecze.
***
Zapach pieczonych pierników unosił się w powietrzu, przyjemnie wypełniając sobą wnętrze przytulnego mieszkania. Kalina rozrobiła niewielką ilość lukru, który następnie zabarwiła na złoty kolor i smarując nim dorodne piernikowe serca rozmyślała o przyjaciółce. Stęskniła się za Anką. Nie widziały się od ponad sześciu miesięcy i choć regularnie do siebie dzwoniły, od dnia, w którym przyjaciółka zdecydowała się zamieszkać na Wyspach, Kalina żyła w poczuciu dotkliwej samotności. Gdyby nie Aśka, która wielokrotnie niemal siłą przekraczała próg jej mieszkania, rozmawiałaby wyłącznie z Morfeuszem. Nawet w pracy, którą wykonywała, mogła pozwolić sobie na milczenie. Podczas projektowania sukien ślubnych skupiała się na zadaniu, nie na rozmowach. W efekcie była postrzegana jako osoba skryta i poniekąd było to prawdą. Życie nauczyło Kalinę, że nie warto tracić słów i energii na rozmowy z ludźmi, którzy nie mają nic ciekawego do powiedzenia. Stroniła od plotkowania i komentowania, odzywając się tylko wówczas, gdy było to konieczne. I tak dzień po dniu zwiększał się dystans pomiędzy nią a pozostałymi pracownikami.
Po raz kolejny wyjrzała przez okno ze złudną nadzieją na ujrzenie białych płatków rozkosznie wirujących w przestrzeni. Ponownie zatrzymała wzrok na wciąż siedzącym na ławce mężczyźnie, który oddechem ogrzewał przemarznięte dłonie. To dziwne - pomyślała - przy takim mrozie siedzieć w samotności na ławce od tak długiego czasu.
Dochodziła osiemnasta, ulica opustoszała i tylko żółte światło latarni dotrzymywało mu towarzystwa. A co, jeśli on nie ma dokąd iść? Jeśli jest bezdomny? Szybko odgoniła natrętną myśl, dochodząc do wniosku, że wyglądem i stylem ubioru mężczyzna nie przypomina kogoś aż tak ciężko doświadczonego przez los. Może tak jak ona potrzebował samotności? Może też stracił kogoś bliskiego i zwyczajnie nie chciał świętować?
Gdy układała w głowie własny scenariusz tego, co mogło się mężczyźnie przydarzyć, dźwięk telefonu przywołał ją do rzeczywistości. Pospiesznie wytarła dłonie w ścierkę i odebrała połączenie.
- Cześć, Aniu, wylądowałaś już? - spytała, starając się, by jej głos brzmiał radośnie. W słuchawce usłyszała trzaski i gwar, najpewniej lotniska, przez który przebił się smutny głos przyjaciółki.
- Kochanie, tak bardzo cię przepraszam. Były straszne korki na autostradzie, nie zdążyłam na samolot. Przed kwadransem dotarłam na lotnisko i próbuję znaleźć jakieś zastępcze połączenie, ale w wigilijny wieczór jest to praktycznie niemożliwe.
Kalina zamarła. Nie była przygotowana na taki obrót sprawy, a co za tym szło, nie miała żadnego planu B na tegoroczną Wigilię. Do tej pory spędzała ją w hospicjum, pomagając personelowi jako wolontariuszka Caritasu przy zorganizowaniu świątecznej kolacji, lub w domu małego dziecka odgrywała rolę pani Mikołajowej. Robiła wszystko, by w ten wyjątkowy wieczór nie zostać sama, wiedząc, że ten czas upłynąłby pod znakiem łez, żali i wyrzutów sumienia czynionych pod adresem swojej osoby. A jednak los znów postanowił ją zaskoczyć. Zadrwił z jej planów i ułożył scenariusz, na który się nie pisała. Który to już raz? Mógłby w końcu nieco odpuścić. Okazać łaskę, chociażby w ten świąteczny czas. Ale nie. Los lubił sprawdzać, ile będzie jeszcze w stanie wytrzymać.
- Kalino, jesteś tam?
- Jestem, rozumiem, nic się nie stało, to przecież nie twoja wina - dukała, czując, jak łzy wypełniają jej oczy. Traciła ostrość widzenia. I chociaż starała się nie płakać, nie potrafiła nad tym zapanować. Nie w Wigilię.
- Czuję się okropnie. Wiem, jak trudne będą dla ciebie nadchodzące dni...
- Dam radę. Nie zadręczaj się, proszę - przerwała przyjaciółce, pragnąc zakończyć rozmowę jak najszybciej, w obawie, że Anka usłyszy jej szloch. A to by ją zraniło. Nie chciała, by przyjaciółka cierpiała z jej powodu. Gdy straciła Artura, Anka wylała nie mniej łez niż ona. Kochała jej męża. Zresztą Artur był tym typem mężczyzny, którego nie dało się nie kochać. Jego niespodziewane odejście sprawiło, że świat się zatrzymał nie tylko dla Kaliny.
- Wiem. Nie znam drugiej tak silnej kobiety. Kalino, obiecaj mi, że nie spędzisz dzisiejszej Wigilii sama, dobrze?
Zacisnęła dłonie w pięści. Była osiemnasta, co mogła zaplanować o tak późnej porze?
- Jasne, znajdę sobie zajęcie - skłamała.
- Jeszcze raz cię przepraszam, kochanie. Naprawdę chciałam przylecieć. Gdyby nie ten cholerny korek na autostradzie...
- Aniu, tak się zdarza. Nie martw się o mnie, lepiej powiedz, co teraz zrobisz? Nie chciałabym, byś spędziła Wigilię samotnie lub co gorsze, tkwiąc gdzieś w korku na autostradzie.
- Cóż, wrócę do domu i zjem kolację z moimi współlokatorami. Wiesz, na emigracji wszyscy są jak jedna wielka rodzina, więc na pewno znajdzie się dla mnie miejsce przy stole.
- Mam nadzieję, że tak się właśnie stanie.
- Kocham cię, Kalino. Mimo wszystko życzę ci radosnych świąt Bożego Narodzenia.
- Ja ciebie też. Radosnych świąt.
Odłożyła słuchawkę telefonu, wiedząc, iż drżąca broda nie zapowiada nic dobrego. Przymknęła powieki, czując ciepło łez spływających po policzkach. Zdecydowanym ruchem ręki zgasiła palnik kuchenki gazowej, rezygnując z dalszych przygotowań. Pierwszy raz od trzech lat ubrała choinkę i udekorowała mieszkanie, chcąc udowodnić Ani, że świetnie sobie radzi i że pomału wraca do normalności. Pragnęła nieco ją oszukać, ukryć to, że odejście Artura zmieniło ją bezpowrotnie. Wszystko to kosztowało Kalinę sporo bólu, wszak z każdą zawieszaną bombką wracały do niej bolesne wspomnienia, dźgając jej serce bezlitosnym poczuciem bezpowrotnej straty. A teraz okazało się, że cały trud poszedł na marne, że stanie się to, czego najbardziej się obawiała. Tegoroczną Wigilię zmuszona będzie spędzić samotnie.
Podeszła do Morfeusza, zatopiła dłoń w puszystej sierści kota i spoglądając przez okno na intensywnie świecący księżyc, zaszlochała gorzko. Dlaczego los był dla niej tak bardzo brutalny? Ile jeszcze będzie zmuszona znieść, nim w końcu stanie na nogi? Artur byłby rozczarowany tym, jak wygląda jej życie po jego odejściu. Wróciły do niej słowa wypowiedziane niegdyś przez niego: "Słońce, pamiętaj, jaka Wigilia, taki cały rok". Otarła policzki i pociągając nosem, przeniosła wzrok na mężczyznę siedzącego na ławce. Sytuacja uległa zmianie i przez zamglone łzami oczy z niedowierzaniem obserwowała, jak dwóch rosłych napastników brutalnie katowało nieznajomego. Leżał teraz na chodniku, skulony, ramionami próbując osłonić głowę przed wymierzanymi mu kopnięciami. W ułamku sekundy szarpnęła klamką okna z taką siłą, iż przerażony Morfeusz zeskoczył z parapetu, miaucząc wściekle. Działała zupełnie instynktownie. Wychyliła się przez okno i gdy poczuła na mokrych policzkach mroźne powietrze, wrzasnęła najgłośniej, jak potrafiła:
- Zostawcie go! Zostawcie albo w tej chwili wezwę policję!
Jak zmrożona zarejestrowała jeszcze dwa silne uderzenia wymierzone przez sprawców w twarz ofiary, a następnie ich szybką ucieczkę. Pospiesznie zamknęła kuchenne okno, chwyciła pęk kluczy i w kapciach, nie zważając na nic, wybiegła na zewnątrz z zamiarem udzielenia mężczyźnie pomocy.