Pomiędzy - Katarzyna Byrska

Reflow text when sidebars are open.
Zdradzę wam historię dwójki wspaniałych i bohaterskich dzieci, które dzielnie zmierzyły się z zapierającymi dech w piersi przygodami. Opowieść pełna jest czarów, magii i istot, o których nie pamiętają już nawet najstarsi mieszkańcy ziemi. Naszymi bohaterami są Samuel i Lusia, dzieci te nie łączy ze sobą kompletnie nic, a różni dosłownie wszystko. Urodziły się w rodzinach o różnych statusach społecznych, ich rodzice wyznają różne wartości, a na dodatek oni sami mają skrajnie przeciwne charaktery.
Samuel to jedenastoletni, bardzo zdolny i ambitny chłopiec. Od urodzenia jest surowo i nieco chłodno wychowywany przez swoich rodziców - Państwa Wierzbickich. Od najmłodszych lat wpajali mu zamiłowanie do nauki, ponieważ wykształcenie stawiają ponad wszystko. Oczekują od syna znacznie więcej niż powinni, chłopiec chodzi więc do bardzo prestiżowej szkoły z internatem, gdzie zajęcia trwają po osiem godzin dziennie i gdzie reszta dnia też jest już zagospodarowana przez zajęcia dodatkowe i naukę. Można by śmiało powiedzieć, że jest to szkoła przyszłych naukowców. Samuel zresztą nie odbiega wcale od takiego wzorca, myśli i mówi, jak co najmniej dwudziestoletni młodzieniec zdobywający swój wymarzony zawód. Zamiast grać w piłkę woli planować przyszłość, już w wieku siedmiu lat, nie chcąc zawieść oczekiwania rodziców, postanowił zostać chemikiem i robi wszystko, aby to osiągnąć. Przy tak rygorystycznej dyscyplinie i stawianych wobec niego oczekiwaniach nie ma się co dziwić, że chłopiec nie ma zbyt wielu przyjaciół, a szczerze mówiąc nie ma żadnego. Jest za to oczywiście najlepszym uczniem w szkole, i chyba jedynym, dla którego nadchodzące wakacje to powód do smutku. Ten śniady chłopiec o bujnej czarnej czuprynie nigdy nie zachowywał się jak dziecko i nigdy tak naprawdę nim nie był. Zabawę i wygłupy uważa za pozbawione sensu, a jego wielkie, brązowe oczy wydają się być smutne i puste. Oczywiście nie lubi bajek i nie wierzy w nic, czego nie da się naukowo wytłumaczyć.
Samuel pakuje właśnie swoje rzeczy, jutro zaraz po uroczystym rozdaniu świadectw rodzice zabierają go na dwutygodniowe wakacje do domku w górach. Niestety, po tym krótkim okresie, z racji wykonywanych zawodów jako cenieni fizycy, muszą szybko wracać do pracy, Samuela natomiast zapisali na zajęcia wakacyjne w rodzinnym mieście. Po zakończeniu roku szkolnego i wręczeniu nagród za bardzo dobre wyniki w nauce oraz za zajęcie przez chłopca pierwszego miejsca w konkursie wiedzy ogólnej, żegna się z nauczycielami i odjeżdżają. Zmęczony zasypia, budzi się gdy są już w górach. Auto mknie krętymi, górskimi drogami, jadąc raz wzgórzem, raz doliną. Nagle zaspanym wzrokiem dostrzega wspaniały widok, który jak nigdy przyciąga jego uwagę. Za kamiennym, starym mostkiem znajduje się skrzyżowanie kilku leśnych dróg, obok przepływa górski potok, a cała polanka spowita jest mgiełką mieniącą się wszystkimi kolorami tęczy. Nagle, zupełnie niespodziewanie, czuje ogromne szarpnięcie, silny ból przeszywa całe jego ciało od stóp po czubek głowy, robi się ogromnie gorąco i zapada całkowita ciemność.
Drugą naszą bohaterką jest ośmioletnia Lucynka Pasza, przez wszystkich nazywana Lusią. Dziewczynka od siedmiu lat mieszka wraz z mamą u wujka Zbyszka na wsi. Ich dom spalił się, gdy była jeszcze bardzo malutka, podczas tego okropnego zdarzenia zginął tata Lusi, a oni sami stracili wszystko co posiadali. Od tej pory utrzymaniem dziewczynki zajmuje się więc tylko mama, która bardzo ciężko pracuje w pobliskiej piekarni, a następnie do późnych godzin nocnych pomaga na gospodarce, aby choć trochę odwdzięczyć się za dach nad głową. Czasami jest im ciężko, ale bardzo się kochają i wzajemnie wspierają.
Lusia jest pogodnym dzieckiem, prawdziwy wulkan energii, wszędzie jej pełno i o wszystkim musi wiedzieć. Jak się łatwo domyślić, nie należy przy tym do najgrzeczniejszych. Nie pała też zbytnio miłością do szkoły i nauki, jest dobrą uczennicą, ale uważa, że są ciekawsze rzeczy do roboty niż siedzenie w szkole i ślęczenie nad książkami. Wyjątkiem są jedynie dodatkowe lekcje z literatury, tych nie opuściłaby za żadne skarby. Uwielbia czytać bajki, baśnie i opowiadania, z zapartym tchem słucha również opowieści starszych ludzi o czarach, smokach i starych zabobonach. Sama również potrafi wymyślać niestworzone historie i bawić się godzinami, używając jedynie wyobraźni. Przyjaźni się ze wszystkimi dziećmi i jest przez nie bardzo lubiana, nie znalazła tylko wspólnego języka z kuzynami, są to starsze chłopaki wiecznie mające przed nią tajemnice i ciągle gadające o dziewczynach. Kocha zwierzęta, więc chętnie pomaga w ich karmieniu i pielęgnowaniu, często wyprowadza kozy na pastwisko. Każdemu z mieszkańców farmy nadała fantazyjne imiona ze świata książek: świnka - to na przykład królowa Bona, byk - to hrabia Monte Christo, a trzy brodate koziołki to: Atos, Portos i Aramis. Nie zapomniała o nikim i tylko ona potrafi spamiętać imiona niezliczonej ilości kur, królików i kaczek. Jej ukochanym zwierzęciem jest młody jasny ogier, którego nazwała Aleksander pierwszy. Gdy tylko ma wolną chwilę, to spędza ją na jego pielęgnacji lub dosiadaniu go, dzięki niemu stała się prawdziwą amazonką. Wujek planował sprzedać źrebaka zaraz po urodzeniu, ale nie miał serca jej odmawiać, więc podarował go jej i przy okazji wykorzystywał do pracy w polu.
Właśnie zaczęły się wytęsknione przez nią wakacje. Aby nie tracić więc ani chwili wolności, już w pierwszy dzień postanowiła wyruszyć na grzbiecie Aleksandra I, by przywitać lato. Osiodłała go i prędziutko zanim ktokolwiek zdołałby ją powstrzymać pogalopowała przed siebie mijając zagajnik i kwiecistą łąkę. Gdy tak pędziła, a wiatr rozwiał jej marchewkowe włosy, na niebie zupełnie jak gdyby spod ziemi pojawiły się gradowe, szare chmury. W mgnieniu oka zrobiło się zimno i ciemno. Lusia była przerażona. Kątem oka dostrzegła jakąś postać obok konia. Aleksander też najwyraźniej to zauważył, ponieważ prawie natychmiast stanął dęba na tylnych nogach i zrobił to tak gwałtownie, że dziewczynka wypuściła lejce z rąk. Wszystko zawirowało wkoło, poczuła ciężkie uderzenie o ziemię i ogarnęła ją ciemność.
- Ałć - krzyknęła
- Ała - powtórzył Samuel.
Dzieci zderzyły się gwałtownie czołami i wywróciły, upadając naprzeciw siebie.
- I coś ty najlepszego narobił! Teraz nie znajdę Aleksandra do wieczora - wrzasnęła niezadowolona dziewczynka. - Ładny początek wakacji mam przez ciebie.
- Jakiego znowu Aleksandra? I kim jesteś?
- Nie udawaj głupiego, Aleksandra pierwszego, mojego konia.
- A co niby ten koń miałby robić w moim samochodzie?
- Samochodzie? Aleś się musiał rąbnąć, takie głupoty gadasz. Wlazłeś prosto pod kopyta biednego konika. Już miałam wracać do domu żeby uciec przed burzą, a ty...
- Jaką burzą? - Zdziwiony Samuel rozglądnął się dookoła w tej chwili w miejscu, w którym się znaleźli panowała piękna pogoda - ale mi się wariatka trafiła, a do tego nie wiem gdzie jestem.
- Sam jesteś wariat! Jesteśmy na łące u mojego wujka - Lusia wskazała ręką i szeroko otworzyła oczy ze zdumienia.
- Co, nie bardzo u wuja, co?
- Hę??
Dzieci przestały się kłócić i rozejrzały dookoła. Ku swojemu przerażeniu tak jedno, jak i drugie stwierdziły, że nie mają zielonego pojęcia, gdzie są. Stały pośrodku polanki, znajdując się w środku lasu, a gdziekolwiek nie spojrzały, biegła droga niosąca ze sobą wielką niewiadomą. Z lewej strony jedna prowadziła przez kamienny mostek w głąb lasu, następna szybko zakręcała za drzewa, jeszcze inna wchodziła na łąkę usianą kwiatami we wszystkich kolorach tęczy. Wąska ścieżka za nimi biegła natomiast wraz z nurtem rzeki. Wszystko było dziwne i inne. Mogliby przysiąc, że nigdy nie byli w tym miejscu. Skąd się więc tutaj wzięły? Rozglądali się z coraz większym zdziwieniem. Nad ich głowami rozpościerało się przepiękne niebieskie niebo, nieskalane ani jedną chmurką. Zieleń traw, mchów i liści była oszałamiająca. Wszystko wokół wyglądało jak gdyby było dodatkowo pokolorowane, miało bardziej nasycone barwy niż te, do których przywykli, czasami nawet aż raziło soczystością kolorów. Woda w rzece mieniła się brokatem, srebrem i lazurem, zmuszając patrzącego do przymrużenia oczu. Odbijające się mikroskopijne kropelki wody wytwarzały nad nią ledwo dostrzegalną tęcze, leniwie wijącą się nad spokojną taflą i gwałtownie kotłując w miejscach, gdzie woda przyspieszała, aby ominąć wystające kamienie. Uroda tego miejsca sprawiała wrażenie, że jest się w miejscu magicznym i dotąd niedostępnym dla ludzkich oczu.
- Jak tutaj jest pięknie - cichusieńko, żeby nie zakłócać harmonii miejsca, wyszeptała Lusia.
- Coś ty znowu wymyśliła? Zachwycasz się kawałkiem lasu w takiej chwili? Jesteśmy na całkowitym, dzikim odludziu, nie wiadomo gdzie zniknęli rodzice, nie wiadomo dokąd iść i czy w ogóle się gdziekolwiek stąd ruszać. Zaraz może nas tu coś zjeść, a ty wpadasz w zachwyt? - Sfrustrowany i oszołomiony Samuel wybuchnął całą swoja złością.
Lusia otworzyła usta ze zdumienia, a po karku przebiegł jej zimny dreszcz, odruchowo pociągnęła nosem i do wielkich zielonych oczu napłynęły równie wielkie łzy.
- Jeśli cię to bawi i chcesz wiedzieć, to właśnie mnie porządnie nastraszyłeś. Ty, ty wstrętny chłopaku!
Biedna dziewczynka już prawie zalała się łzami, ale na szczęście Samuel zrozumiał, że zachował się bardzo niewłaściwie niepotrzebnie na nią nakrzyczał, wyciągnął więc szybko rękę w jej kierunku:
- Mam na imię Samuel, przepraszam.
- Ja Lusia, znaczy Lucynka, ale wszyscy mi mówią Lusia.
- To jeśli tak wolisz, niech będzie Lusia - Samuel uśmiechnął się do niej, choć od początku dziewczynka nie przypadła mu do gustu. Już przy tym pierwszym spotkaniu odebrał ją jako małą, rozkapryszoną smarkulę, nie myślącą zbyt trzeźwo o świecie. Typowy dzieciuch wierzący w bajki. Miał nadzieję, że sprawa szybko się wyjaśni i będzie ją miał z głowy.
- Dobrze, to teraz bez paniki. Nie płacz, bo to nic nie da - powiedział spokojnie - zastanówmy się co się stało i co dalej robimy. Zanim się z tobą zderzyłem, jechałem ze swoimi rodzicami na wakacje, właśnie przejeżdżałem obok tego dziwnego miejsca, a przynajmniej tak mi się wydawało. Może twój koń poniósł cię tutaj i jesteś gdzieś niedaleko swojej wsi?
- Nie, na pewno nie, znam okolice i nigdy tu nie byłam, a już nieraz wyjeżdżałam dalej niż tylko na łąkę.
- Więc co się stało u ciebie?
- Nie wiem. Jechałam na grzbiecie Aleksandra pierwszego, po łące znam te okolice bardzo dobrze. Nagle zrobiło się zupełnie ciemno, chciałam szybko wracać, ale coś, a raczej ktoś, stanął nam na drodze. Koń bardzo się wystraszył, i stanął dęba, znaczy tak na tylnych nogach wiesz?! I wtedy, hmm... wtedy chyba spadłam, nie pamiętam zbyt dobrze, zaraz kiedy tylko otworzyłam oczy zobaczyłam ciebie.
- Ktoś? A nie zauważyłaś kto to był? Może jest tu gdzieś i zabierze nas z tego miejsca.
- Nie!... Nie wiem kto to był, ale wolałabym go więcej nie spotkać, to było straszne, zobaczyłam chyba jego czerwone oczy i się przeraziłam.
- E tam, dziecko jesteś, to się wystraszyłaś byle czego, nikt nie ma czerwonych oczu.
- Sam też jesteś dziecko! Wiem co mówię, to był jakiś stwór bardziej niż człowiek - upierała się dziewczynka.
- Stwór? Daj spokój chyba w to nie wierzysz jak jakiś dzidziuś? Przecież myślałaś, że to byłem ja. Przez takie gadanie tylko się potem boisz byle czego.
- A może i wierzę, i nie jestem maluchem, mam osiem lat, już prawie dziewięć nawet.
- Eh, dobra - Samuel machnął ręką zrezygnowany - straszny z ciebie dzieciuch jeszcze i tyle. I cicho, nie pyskuj, musimy coś postanowić i gdzieś się ruszyć.
- Gdzieś iść? Ale gdzie? Nie lepiej poczekać, aż nas ktoś znajdzie? Mówiłeś, że widziałeś to miejsce z samochodu, może twoi rodzice też tu są i nas szukają.
- Niby tak, tylko nie do końca chyba to widziałem, bo teraz nie ma tej drogi, którą jechaliśmy.
- Strasznie to wszystko jest dziwne.
- A do tego nie chciałbym cię znowu straszyć, ale popatrz na słońce, jest już bardzo nisko i zaraz zajdzie. Chyba lepiej będzie jak się gdzieś ruszymy i poszukamy drogi. Może kogoś spotkamy albo znajdziemy jakieś schronienie. W górach ścieżki często prowadzą do schronisk.
- Yhmm. - Lusia skinęła głową - A gdzie pójdziemy?
- Zaraz, zaraz - coś sobie przypomniał - jak jechałem, to przez szybę widziałem tę polanę z prawej strony, czyli to chyba gdzieś tam, i byłem na pewno na moście. Musimy iść tam! Wskazał na mostek w gęstym lesie.
- Ale ja przecież byłam na łące, więc na pewno tam! - szybko wskazała na drogę w przeciwnym kierunku
- Tam jest ulica! Mówię ci przecież. Słuchaj mnie, bo jestem starszy. Jak jest ulica, to i samochód, i moi rodzice, i wieś jakaś się też znajdzie. To idziemy tam!
- Ale na tym mostku nie ma żadnej ulicy, no i przy mojej łące też nie ma żadnej ulicy. Mylisz się, mieszkam tu prawie od urodzenia.
- Coś ci się musiało pokręcić, pewnie nie wszystko jeszcze widziałaś. Ja idę tam! - Samuel był bardzo stanowczy i nieustępliwy, sprzeciw dziewczynki bardzo go denerwował.
- A ja idę na łąkę- Lusia tupała nogami ze złości.
- No to idź sobie! Zaraz będziesz beczeć - chłopak nie ustąpił.
Oboje byli równie zawzięci rozeszli się więc w przeciwnych kierunkach, każde dumne i z zadartym nosem. Najpierw szli szybko i bardzo pewnie, ale z każdym krokiem ich pewność siebie gasła, przeradzając się w strach. Samuel bardzo szybko zorientował się, że na sto procent nie jest to droga, którą jechali. Nie było na niej asfaltu, i była o wiele węższa, z pewnością nie minęłyby się tu dwa samochody. Z każdym metrem las stawał się coraz gęstszy, ciemniejszy, a przez to i coraz bardziej straszny. Ogarnęło go dziwne uczucie, że jest obserwowany, dlatego postanowił zawrócić. Nie przywykł do popełniania błędów i mylenia się, a na domiar złego będzie zmuszony przyznać rację temu małemu nieznośnemu rudzielcowi.
Lusia w złości stała się bardzo dzielna, lecz jej odwaga opuściła ją już za pierwszym zakrętem. Znalazła się pomiędzy olbrzymimi trawami porastającymi brzeg ścieżki, były tak duże, że przypominały raczej bardzo gęste krzaki, nic nie było przez nie widać, szła więc coraz wolniej i wolniej wytężając słuch, aż wreszcie stanęła. Kiedy tylko dobiegł ją dźwięk cichego szelestu zawróciła i z zaciśniętymi zębami pobiegła prędziutko z powrotem. Samuel już tam był, ale nic się nie odezwał, chwilę pomilczeli, a potem zaczął rozmowę:
- Tam nie ma ulicy, to bardzo dziwne, ale to tylko leśna droga i do tego dość nieprzyjazna.
- A ta łąka na pewno nie jest naszą łąką, i w ogóle jest jakaś dziwna, wszystko jest na niej olbrzymie.
- Nie mam pojęcia co się tu dzieje, ale na pewno wszyscy nas szukają, przecież nie wyparowali. Lepiej chyba będzie jak tu jednak zaczekamy na pomoc.
- Sami?
- Tak.
- Ale zaczyna się ściemnić.
- I dlatego właśnie lepiej może się stąd nie ruszać i raczej nie zasypiać. Czy chcemy, czy nie chcemy, musimy się trzymać razem.
- Dobrze - zrezygnowana Lusia po raz pierwszy zgodziła się bezspornie z Samuelem- Możemy usiąść na mchu?
- Tak, chodźmy.
Dzieci usiadły na rozdrożu pod starym drzewem. Mech był mięciutki, nagrzany od słońca i bardzo przyjemny w dotyku niczym kołderka. Szybko zrobiło się ciemno, zupełnie jak gdyby ktoś po prostu zgasił światło. Noc była jednak równie piękna i tajemnicza jak dzień. Wokoło rozbrzmiewało cykanie świerszczy, na niebie lśniły tysiące gwiazd, a na polanie pojawiło się setki maleńkich świetlików, dających migotliwe światło, kiedy jeszcze do tego wzszedł księżyc było prawie tak jasno jak w dzień. Lusia podziwiała widok z szeroko otwartymi oczami i pomimo strachu była zachwycona taką scenerią. Niestety nie trwało to zbyt długo, zerwał się silny wiatr i szybko nadciągnęły ciężkie chmury. Zakryły szczelnie całe niebo zasłaniając tym samym wszystkie gwiazdy oraz księżyc. Z pierwszym podmuchem wiatru odleciały też świetliki. Zrobiło się tak czarno, że dzieci odruchowo chwyciły się za ręce, nigdy wcześniej nie przebywały w takich ciemnościach. W domu zawsze paliła się jakaś lampa, zawsze widać było gdzieś jakąś latarnie, świeciły reflektory samochodowe, czy chociażby było widać bladą poświatę pobliskich domów. Nawet gdy brakowało prądu, to przecież zawsze były latarki, lub dodatkowe zasilanie. Żadne z nich nie pamiętało, aby kiedykolwiek całkowicie stracili możliwość posługiwania się wzrokiem. Ciemność niebyła jednak ich jedynym zmartwieniem, gorsza okazała się kompletna cisza, jaka zapanowała wokół nich. Najpierw ucichł wiatr i zamilkły świerszcze, potem nawet liście przestały szumieć, wody również nie było już słychać, zupełnie jak gdyby przestała płynąć, nie słychać było najdrobniejszego szelestu. W takich ciemnościach i kompletnej ciszy Lusia i Samuel bali się nawet oddychać, ściskali się tylko mocno za ręce i z przerażeniem wytężali zmysły aby uniknąć niebezpieczeństwa, które wyraźnie wyczuwali. Nagle coś szarpnęło dziewczynkę za ramię i to tak mocno, że poczuł to również Samuel, ścisnął mocniej jej dłoń. Lusia głośno krzyknęła, rozdzierając wszechobecną ciszę. Odwrócili się w stronę napastnika i zobaczyli dwoje czerwonych oczu tuż obok swych twarzy. Teraz krzyczeli już oboje tak głośno, jak tylko się dało. Nastąpił rozbłysk białego światła, w ułamku sekundy wróciły dźwięki i odrobina światła ale właśnie w tym momencie stracili przytomność.
Rano obudzili się zwinięci w kłębek na mchu, jak gdyby to był tylko sen. Rzeka płynęła leniwie, listki szumiały, a ptaki odśpiewywały miłosne trele.
- Co to u licha było? - Samuel złapał się za głowę - ale boli auć, byłem naprawdę przerażony, mam nadzieję, że to koszmar, posnęliśmy tu i podświadomość spłatała mi figla.
- Nie wiem co tobie płata twoja podświadomość, ale ja też miałam straszny koszmar. Śnił mi się dziki stwór, który mną szarpał i chciał nam zrobić krzywdę, chyba nawet chciał nas zabić.
- O kurczę! To chyba nie był sen, bo pamiętam dokładnie to samo, no i... - wskazał pomału na jej ramię, bojąc się mówić dalej.
- Co to jest? - z obrzydzeniem wzdrygnęła się Lusia.
- Twoje ramie chyba świeci - zdumiał się chłopiec.
- Fuj!!! Obrzydliwe, ja tego nie chcę.
Na jej ręce był odciśnięty znak, zupełnie jak siniak po mocnym uchwycie, no i to by się niby zgadzało, bo w końcu coś nią szarpało, ale nie do końca, ponieważ ten niby siniak miał kolor srebrny, i mienił się w słońcu jak brokat.
- Masz na ręce ich odcisk - padła szybka i krótka odpowiedź od kogoś, kto znalazł się przy nich bezszelestnie.
- Co? Czyj? - podskoczyli jednocześnie i zrobili krok do tyłu opierając się o drzewo.
- Zdążyłam w ostatniej chwili, żałuję że nie było mnie jeszcze odrobinę wcześniej nim w ogóle do tego doszło.
Nieznajoma stała i przyglądała się im troskliwie, jak gdyby znała dzieci od zawsze. Była to piękna, młoda kobieta o jasnych, bardzo długich włosach. Miała na sobie skąpą i prawie przezroczystą sukienkę oraz przezroczyste sandały. Najbardziej jednak przykuwały uwagę jej ciemnozielone oczy, miały w sobie tyle spokoju i zrozumienia, że miało się wrażenie, iż ta dziewczyna zagląda w głąb duszy.
- Kim jesteś? - odważyła się zapytać Lusia.
- Nazywam się Amina, ale nie jestem nikim ważnym. Miałam was tylko odszukać. To ty jesteś ważniejsza.
- Ja? A więc przysłali cię nasi rodzice. Szukają nas, prawda?
- Nie znam niestety waszych rodzin, ale ty znalazłaś się tu w konkretnym celu i musisz być tego świadoma. Nie możemy cię stracić już na początku, dlatego pójdziesz ze mną.
- A ja? - zapytał Samuel.
- Ty również nie znalazłeś się tu przez przypadek, nie wiedziałam o twoim przybyciu, ale nie ma mowy o żadnej pomyłce. Wszystko ma swój cel, możesz się okazać ważniejszy niż się wydaje.
- Tu, to znaczy gdzie? Gdzie my jesteśmy?
- Ciekawość to dobra cecha, ale nie zawsze. Nie chciej od razu wiedzieć zbyt dużo, na wszystko przychodzi czas.
- Zabierzesz mnie do mamy, prawda? - cichutko i niepewnie znowu zapytała Lusia
- Ciii... spokojnie ja wszystko wiem malutka - Amina przytknęła Lusi palec do ust- Niestety nie ma tu waszej rodziny, ani nikogo kto by żył tak jak wy do tej pory. Wszystkiego niebawem się dowiecie, a teraz chodźcie i nie zadawajcie zbędnych pytań, przed nami długa droga.
Dzieci popatrzyły niepewnie na siebie i zawahały się, nie chciały znowu zostać tu same, ale z drugiej strony całe życie powtarzano im, żeby nie ufać obcym, a ona z pewnością była obca i do tego bardzo dziwna. Ponieważ nie mieli zbyt wielkich możliwości wyboru albo narazić się na powrót potwora, albo iść z nią, wybrali to drugie. Ruszyli więc pomału w milczeniu, zachowując wszelką ostrożność. Tajemnicza dziewczyna wybrała ścieżkę biegnącą wzdłuż rzeki, ale po paru zakrętach zboczyła z niej. Dociekliwa Lusia postanowiła znowu o coś zapytać.
- Na imię mi Lucynka, a to Samuel. Mamy osiem i jedenaście lat, a Pani?
- Co ja?
- Ile ma pani lat?
- Lata życia to wymiar, do którego przywiązują uwagę tylko ludzie. Tutaj nikt tego nie liczy w latach, ponieważ to bez sensu, każdy rok ma inną długość, a każda pora roku może trwać ile jej się podoba. Tutaj wszystko jest inne, musicie otworzyć umysły, jeśli będziecie chcieli zrozumieć. Musicie też zapomnieć o tym, czego uczono was dotychczas. Istnieję już bardzo długo, ale nie potrafię przeliczyć tego na lata.
- Ale wariatka - wyszeptał Samuel.
- Cicho bo cię usłyszy- zganiła go Lusia.
- O nic już nie pytaj, idź i bądź cicho - odpowiedział jej.
- Ty też nic nie gadaj, bo ją rozzłościsz Sami.
- Czemu mówisz do mnie Sami?
- Bo Samuel to takie poważne imię.
- Ale ja jestem poważny - wydął się chłopak.
- Och - Lusia wywróciła oczami - poważny i nudny. Chodź i nie rób z siebie bufona.
Normalnie Samuel obraziłby się albo zaczął dyskusję na temat jej niewyszukanego słownictwa, ale odpuścił tym razem. Stwierdził, że jej brak wychowania to teraz najmniejszy problem.
Droga, którą szli była bardzo kręta, zewsząd dobiegały ich dziwne odgłosy i coś w rodzaju szeptów. Na pobliskich polankach latały wielkie, bajecznie kolorowe motyle, a kwiaty zdawały się obracać w stronę przechodniów. Niektóre z nich miały naprawdę imponujące rozmiary. W mijanych sadzawkach woda bulgotała i poruszała się znienacka. Dzieci rozglądały się zaciekawione i przystawały za każdym razem, gdy zobaczyły coś ciekawego. Las wokół tętnił życiem, wszędzie widać było maleńkie norki, dziuple i szałasy. Dookoła latały ptaki i coś świecącego, ale nie mieli już odwagi zapytać co to jest.
- Nie zatrzymujcie się - skarciła ich zniecierpliwiona Amina - jak tak dalej będziecie się ociągać, to nie zdążymy na śniadanie.
- Śniadanie? O tak. - pisnęła Lusia.
Uświadomili sobie właśnie, że od wczoraj rana nie mieli niczego w ustach i są okropnie głodni. Przyspieszyli więc i z uśmiechem chwycili ją za ręce, żeby się nie zgubić. Cała okolica była bardzo piękna, lecz napawała ich również strachem, wszystko było nowe, i jak dotąd im nieznane. Gdy wyszli z lasu na otwartą przestrzeń, udali się w kierunku małego zagajnika, a im bardziej się zbliżali, tym więcej dostrzegali szczegółów. Widzieli kilka potężnych, starych drzew otoczonych młodymi brzozami i topolami, trochę ozdobnych krzewów, mały ogródek warzywny, zielnik, a dalej chyba sad. W środkowej części tego urokliwego zakątka znajdowała się bardzo dziwna chatka. Z dachu i z bocznych ścian wyrastały jej grube konary, a z nich z kolei gałęzie usiane zielonymi liśćmi. Na gałęziach liczne kolorowe ptaki głośno śpiewały swoje trele, nakłaniając samiczki do zasiedlenia ich gniazdek. W sumie to jakby się bardziej zastanowić, to mogło być zwykłe drzewo, które jest tylko podobne do domku, ale z drugiej strony z pomiędzy gałęzi wydobywał się lekki dymek jakiegoś paleniska, co świadczyło, że to jednak dom. Schodki przed wejściem były ułożone z wystających równolegle do podłoża korzeni. Okna przypominały duże dziuple przecięte drobnymi gałązkami na cztery części.
- Jesteśmy na miejscu - Amina wyrwała ich z zadumy - Widma już na nas czeka.
- Co to jest? - zapytali.
- Dom - odpowiedziała krótko.
- Jakiś dziwny, takie drzewo raczej - dziwił się Samuel.
- To żywy dom, jest dokładnie taki, jak właściciel potrzebuje, ni większy, ni mniejszy i na pewno niepowtarzalny. Przez pewien czas będzie również waszym domem.
Dzieci stały jak wryte, gapiąc się i mając wrażenie, że dom również się im przygląda i to z równą ciekawością. Pomału drzwi się otwarły, a w progu stanęła tęga kobieta w średnim wieku. Miała ciemne, kręcone i nieco rozczochrane włosy sięgające do ramion, brązowe oczy i uśmiechniętą, spokojną twarz. Ubrana była w luźną lnianą bluzkę i długą do kostek, kolorową spódnicę. Za nią wybiegł mały, kudłaty, tłuściutki piesek Fąfel, wesoło merdający ogonem i biegający w kółko. W milczeniu przyjrzała się chwilkę dzieciom i wskazując na ramię Lucynki zwróciła się do Aminy.
- Spóźniłaś się, co? - nie czekając jednak na odpowiedź kontynuowała - Szkoda, to może nam trochę skomplikować sprawę. Ale bardzo dobrze zrobiłaś, że przyprowadziłaś ich oboje.
Dzieci nie zrozumiały kompletnie niczego z jej słów i jeszcze bardziej namieszało im się w głowie. Ale nawet w takiej chwili Samuel nie zapomniał o dobrych manierach i swoim starannym wychowaniu.
- Pozwoli Pani, że się przedstawię - wyprostował się i złączył nogi jak wytworny żołnierz na musztrze - mam na imię Samuel, mam jedenaście lat i jestem jednym z najlepszych uczniów warszawskiej szkoły dla wy...
- Miło mi cię poznać młodzieńcze -przerwała mu unosząc dłoń - twoja szkoła na nic nam się tutaj nie przyda, wątpię żeby nauczyli cię tam jakiejkolwiek pożytecznej rzeczy. Niemniej jednak jestem bardzo zadowolona z faktu, że lubisz się uczyć. U mnie będziesz miał prawdziwe pole do popisu zobaczymy, czy będziesz równie dobry w mojej szkole. Jestem Widma, Wiedźma, Witch, lub jak mnie tam wolicie nazywać. Postaram się wkrótce przybliżyć wam miejsce, w którym się znaleźliście i nauczyć niezbędnych do przeżycia rzeczy. Ty Lusiu, moje dziecko, szczególnie musisz być dzielna i silna. W tobie cała nadzieja, ale o tym później. Na razie musicie wiedzieć tyle, że znaleźliście się tu za sprawą magii i już nic nie będzie takie jak kiedyś. Zapraszam na śniadanie, później wyjaśnię więcej.
Jej stanowcza wypowiedź i dominująca postawa sprawiła, że dzieci nie pisnęły ani słowa, pomimo iż w głowach kłębiły im się miliony pytań. Gdy weszły, poczuły zapach jedzenia i prawie natychmiast rzuciły się do stołu, na którym były same smakołyki; świeżutki, chlebuś, miód, jajka, jajecznica, pomidorki, szyneczki, owoce i gorące mleko. Dopiero po kilku minutach jedzenia i zasyceniu najsilniejszego głodu zaczęły się rozglądać po wnętrzu. Ściany były nierówne i popękane, tworzyły w środku przestrzeń o kształcie elipsy. Wszystkie meble płynnie się z nimi łączyły, stanowiąc nierozerwalną całość. Po prawej stronie na kilku regałach były umieszczone stare książki, notatniki i zwoje papieru, nieco dalej stały wysokie kredensy z mnóstwem szufladek i gablotek, a w nich słoiczki z dziwnymi zawartościami. Jeszcze dalej dość duża szafa, a zaraz za nią gałęziaste schody prowadzące na piętro. Biegły one naokoło całego pomieszczenia początkowo wąsko przy samej ścianie, aby zaraz gdy tylko miną szafę zacząć się rozszerzać, zasłaniając widok do góry i tworząc jednocześnie sufit. Składały się z poplątanych ze sobą gałęzi, z których gdzieniegdzie leniwie i niepewnie wyrastały pojedyncze listki. Pod schodami nieco niżej niż poziom podłogi były drzwi do sypialni Widmy. Z kolei po lewej stronie od stołu stał okrągły piec lub raczej wysokie kamienne palenisko niedotykające żadnej ze ścian. Jego połowa była przykryta płaskim kamieniem, na którym z pewnością powstały te smakołyki, a nad drugą częścią wisiał żelazny kociołek, z którego ulatniał się niebieski dym. Obok paleniska stały najróżniejszej wielkości garnki, kociołki, chochle, wiaderka, gliniane miseczki, moździerze i inne naczynia ułożone zgrabnie, w tak zwany artystyczny nieład. Najbardziej fascynująca jednak była następna rzecz, stary kredens, na którego półkach stały małe zakorkowane flakoniki z kolorowymi płynami. Wyglądały jak buteleczki perfum, w niektórych płyny miały kilka kolorów jednocześnie ułożonych warstwowo lub stale mieszających się ze sobą ale niestanowiących jedności. Kusiły nie tylko wyglądem, ale i ulatniającym się z nich zapachem.
Darmowy fragment