Rozdział 1
Śmierć. Nasz gatunek jako jedyny się nią pasjonuje.
Tylko my wiemy, że jest nieunikniona.
- Mam taką teorię...
- No, słucham - powiedział Błażej, ocierając spocone czoło.
- Przy pakowaniu zwłok do lodówki ktoś zahaczył jego ręką o jakieś
wystające elementy i dopchnął go na siłę. I tak zastygł.
- Ktoś?
- Na mnie nie patrz... Mamy przesrane.
- Trzeba go będzie połamać - słusznie zauważył Błażej.
Osób postronnych nie wpuszcza się do szpitalnego prosektorium. Nikt
nawet nie próbuje im wyjaśniać mechanizmów działania takiego miejsca. Ja
spróbuję.
Gdy lekarz stwierdzi zgon, pielęgniarka wypełnia kartę skierowania do
chłodni, a na stopie trupa umieszcza identyfikator. Przepisy mówią, że
zwłoki do chłodni mogę zabrać dopiero po upływie dwóch godzin, więc
powinny czekać w specjalnym pomieszczeniu. Nie wszystkie oddziały mają
takie pomieszczenie. Zwłoki czasami czekają na korytarzu albo w schowku
na prześcieradła. Przepis mówi o miejscu, które zachowuje należytą
godność zmarłego. Myślę, że schowek na prześcieradła, zaznaczmy, że
czyste, pachnące i wykrochmalone, spełnia te warunki. Po tych dwóch
godzinach pojawiam się ja.
- Halo, Paweł, mówię do ciebie.
- Co? - oprzytomniałem. - A tak, przepraszam.
Znajdowaliśmy się w prosektorium jednego z warszawskich szpitali. Przed
nami leżało ciało z powyłamywanymi rękami w łokciach i z wykręconymi
kolanami.
- Jak ten przysłowiowy stół... - zażartowałem.
- Jaki stół? - spytał zdziwiony Błażej.
- Ten z powyłamywanymi nogami.
Nie siadło, widać Błażej był przejęty bardziej, niż myślałem.
- No, trzeba go jakoś poskładać - dodałem. - Łamanie zajmie dużo czasu.
Stężenie pośmiertne. Oczywiście ustaje po pewnym czasie, ale trzymanie
zwłok w niskich temperaturach nie jest dla tego procesu korzystne. Osiem
na dziesięć trupów musi mieć połamane kończyny, bo inaczej się ich nie
ubierze i nie wsadzi do trumny. Nie mówiąc już o tej specyficznej pozie
z dłońmi zaplecionymi na klacie.
Ten trup wyglądał jak wielki pająk, powyginany we wszystkie strony. Do
tego miał dziwnie zapadniętą dolną szczękę. Złamaną i chyba
przestawioną.
O czym to ja myślałem?
Po dwóch godzinach pojawiam się ja i zabieram zwłoki do chłodni. Czasami
zgarniam kilkanaście osób dziennie. Gdy trzeba wykonać sekcję zwłok,
rozcinamy ciało, wyjmujemy wszystkie wnętrzności i czekamy. Patolog
przychodzi raz dziennie, waży, spisuje i znika. My wrzucamy wszystko z powrotem do brzucha, łącznie z mózgiem i zaszywamy, a tam, gdzie
pierwotnie znajdował się mózg, wsadzamy watę. Zaszywamy też usta, by nie
były otwarte (zazwyczaj po kilku dniach węzeł puszcza) i na samym końcu
myjemy ciało.
Żeby pełnić funkcję asystenta patologa, nie trzeba kończyć specjalnych
szkół. Wystarczy trzydniowy kurs, po którym pracę masz zapewnioną. I przez słabe przygotowanie wychodzą takie kwiatki jak ten z kończynami we
wszystkie strony świata i zapadniętą, otwartą szczęką.
- Podobno zmarli mówią do nas - powiedziałem z pełną powagą.
- Nie z taką szczęką.
Błażej był dziś wyjątkowo poważny, a to rzadki widok. Postanowiłem
odwrócić jego uwagę.
- Czemu tak się zapadła? - dopytywałem.
- Chyba rak krtani czy coś. Nic z tym nie zrobimy - odpowiedział, nie
podnosząc wzroku z trupa. - Zabandażujemy po prostu.
- Będzie dym - rzuciłem.
Tak to już bywa, że zrozpaczone rodziny wyżywają się na pracownikach
kostnicy, winiąc nas za wszelkie zło świata.
- Rodzina nas zajebie - dorzucił Błażej.
Każdy z nas pełni po kilka funkcji. Ja zwożę trupy z oddziałów i ogarniam łóżka, a za dodatkową, niewielką opłatą możemy przed wydaniem
zwłok odwalić robotę zakładu pogrzebowego i pomalować, uczesać i ubrać
naszego podopiecznego. Mamy nawet specjalny pokoik-kapliczkę, skąd
zwłoki zabiera rodzina. I pająk, na którego właśnie patrzyliśmy, miał w tej kapliczce znaleźć się za kwadrans.
Przypomniał mi się mój pierwszy dzień kursu, a dokładnie pierwsze
wykłady. Siedziałem wtedy z innymi dziwakami i słuchałem wykładu jeszcze
dziwniejszego, starszego typa.
"Znamiona śmierci są to zmiany następujące z chwilą ustania krążenia.
Występują w różnym czasie w ciągu pierwszych dwunastu godzin. Są to: po
pierwsze - plamy opadowe, po drugie - stężenie pośmiertne, po trzecie -
oziębienie zwłok, i po czwarte - rozkład. Zazwyczaj musimy złamać
kończyny, aby nasz denat znów wyglądał dobrze. Trzeba to zrobić w tych
miejscach..." - mówił i wskazywał palcem na ciało, które leżało na łóżku
między nami a nim. Wskazał ramiona i łokcie, łamiąc chwilę później lewą
rękę denata w łokciu. To był jeden szybki, niespodziewany i pewny ruch.
Od dźwięku łamanej kości zabolały mnie zęby, ktoś chyba nawet rzygnął,
na pewno ktoś zajęczał. Typ zrobił to specjalnie, karmiąc się naszymi
reakcjami. Ale mnie się to nawet spodobało. Pomyślałem o ssakach
medycznych i rurkach, które wbija się w szyję, by odsączyć krew.
- A gdyby go przebić iglicami? - zapytałem Błażeja. - Trzymałoby się.
Ten rozłożył ręce i popatrzył na mnie błagalnym wzrokiem.
- Paweł, skąd ci wezmę iglice?
- Dobra. Połamiemy go i przykleimy ręce do tułowia, nogi do siebie. Klej
chyba mamy. Ubranie też skleimy. Rękaw do boku i tak dalej.
Zdziwiony Błażej patrzył na mnie przez chwilę. W końcu chyba załapał. Na
jego spoconej twarzy pojawił się uśmiech.
- Zajebiście, stary.
Prawie mnie uściskał, po czym obdarzył szczerym uśmiechem i ruszył w stronę wyjścia.
- Idę po klej - dodał, nie tracąc uśmiechu z twarzy. - Wrócę za pięć,
może dziesięć minut. Ile tego kleju wziąć?
- Cały.
Zniknął za drzwiami, ale nagle wychylił zza nich głowę.
- Dasz radę sam go połamać? - zapytał.
Kiwnąłem głową, a Błażej wybiegł cały w skowronkach. Powinienem dać
radę, łamałem kości nieraz. Teraz należało zrobić to w każdym możliwym
miejscu. Jak on w ogóle wyjął te zwłoki z lodówki?
Błażej jest młodszy ode mnie, duży i dobrze zbudowany. Ćwiczy i wygląda
na silnego. Ma trzydzieści cztery lata, czyli urodził się sześć lat po
mnie. Ja muszę wstawać powoli, by się nie porzygać i nie zemdleć. Za
mało ruchu, zbyt chujowa dieta.
Chciałem zająć myśli czymś innym. Może Weroniką, z którą miałem się
jutro widzieć? Ale myśleć o Weronice w trakcie łamania czyichś rąk?
Potem będzie mi się kojarzyć z jednym: trzask! Za późno. Dźwięk łamanej
kości przeszył ciszę, aż odbił się od moich kości. To jakby chwycić dwie
kredki i je złamać. Postanowiłem więc o niczym nie myśleć. Po prostu.
Łamałem sobie kości w spokoju...
Nagle usłyszałem Błażeja. Kiedy on zdążył wrócić?
- Już ogarnięte - rzucił w moim kierunku, wchodząc do prosektorium.
Patrzyłem, jak potem schylił się przy ubranym w garnitur, poklejonym
trupie i trzymał go za ręce, by klej zaczął trzymać. Ładnie się
wyłączyłem.
- Jeszcze schnie - wyjaśnił Błażej, mając świadomość, jak głupio
wygląda.
Każdego innego dnia pewnie zrobiłbym im zdjęcie komórką. Dziwnie na mnie
patrzył. Może zauważył, że wyłączyłem się na dobre? Spojrzałem na
zwłoki. Wyglądały zacnie.
- Jak on w ogóle ma na imię?
- Kto? On? - odparł zaskoczony Błażej. - Nie wiem. Może byś mi pomógł.
Zaskoczyłem go tym pytaniem. Siebie zresztą też. Chciałem coś
odpowiedzieć, ale do prosektorium wszedł Amadeusz.
- Jesteśmy sami? - zapytał.
- Nie licząc tego tu - zażartował Błażej. - Ale on nikomu nic nie powie.
- Ten dowcip byłby śmieszny, gdybym miał dwanaście lat, ubytki w mózgu i nie słyszał go co drugi dzień.
Wymieniliśmy z Błażejem szybkie spojrzenia. Zły humor Amadeusza nie
wróżył niczego dobrego. Amadeusz był niski i gruby, więc wszyscy mówili
na niego Kulka. Zawsze w dżinsowych kurtkach nie młodszych niż ja. W sumie wyglądał jak taksówkarz i sprzedawca samochodów w jednym. Kulka
kierował SOR-em i miał kontrolę nad karetkami. Był też naszym szefem w nielegalnym biznesie.
- Macie nowe zlecenie - rzucił stanowczo.
- W szpitalu? - zapytałem.
Amadeusz popatrzył na mnie z politowaniem.
- Nie, nie w szpitalu - odpowiedział i podszedł bliżej. Jego wzrok
zatrzymał się na Błażeju i trupie, którego Błażej przytulał, tak
przynajmniej to wyglądało.
- Co ty właściwie robisz? - spytał zdziwiony Amadeusz.
- Klej schnie - odpowiedział zażenowany Błażej.
To było pewne. Kulka miał nas za debli. Wziął głęboki wdech i rzucił
jeszcze głośniej i pewniej:
- Dziś wieczór. Ta sama lokacja. Pięćdziesiąt dziewięć A. Zapamiętacie?
- Pięćdziesiąt dziewięć A - powtórzył Błażej.
Amadeusz popatrzył na mnie. Kiwnąłem głową.
Z niezręcznej ciszy wyrwał nas Błażej.
- Dogadane ze stróżem? Coś powinniśmy wiedzieć?
Amadeusz odwrócił się w jego kierunku.
- Dogadane jak zawsze. Będę na was czekał od trzeciej.
Ponownie kiwnąłem głową, a Amadeusz ruszył w kierunku wyjścia.
- Dzięki - wypalił Błażej.
Amadeusz zatrzymał się na chwilę, po czym, nie odwracając się, wyszedł z prosektorium, trzaskając drzwiami. Błażej puścił trupa.
- Klej już dobrze trzyma - uśmiechnął się.
- Kulka jakiś nie w sosie - zagaiłem.
- Odkąd żona go zostawiła, zawsze jest nie w sosie. A ja się cieszę, że
ekstrakasa nam wpadnie.
- Nie martwi cię, że mamy coraz więcej zleceń i to na ostatnią chwilę?
- Nie chcę podpaść Kulce, więc nie dopytuję. Ale to się dobrze składa,
bo potrzebuję gotówki.
- Za chwilę po odbiór przyjedzie rodzina - zauważyłem, zerkając na
połamane i sklejone zwłoki. - Myślisz, że wytrzyma?
- Bez problemu. Dawaj, wieziemy go do kapliczki.
Nie minął kwadrans, a my staliśmy w pokoju obok kapliczki, podglądając
przez wizjer zrozpaczoną rodzinę, która właśnie oglądała ciało w trumnie.
- Dziwny zwyczaj - zagadałem do Błażeja.
- Do dupy z perspektywy trupa.
Spojrzałem na niego.
- Bo jeśli umrzesz - wyjaśniał - to masz świadomość, że bliscy będą
oglądać twoje ciało, zanim cię pochowają. A może nawet niektórzy mają
cię w dupie i cieszą się, że to ty tam leżysz, a nie oni. Stary, mówię
ci, większość z nich nie ma pojęcia, czemu to robią. Taki zwyczaj,
tradycja i koniec. Zombiaki.
- Społeczeństwo żywych trupów - zażartowałem. - Wiesz, co się dzieje po
twoim pogrzebie? Krótką chwilę po tym ludzie przestaną płakać, rozdzielą
się i wrócą do swoich domów, i będą żyć dalej. Bo życie jest za krótkie.
Ludzie wrócą do pracy, a świat będzie taki sam. Będzie toczyć się dalej.
Jakiś czas później ktoś z twoich bliskich obejrzy komedię i będzie się
śmiał. Pierwsza rocznica twojej śmierci będzie celebrowana jak należy,
ale z kolejnymi latami pozostanie garstka ludzi, którzy będą cię
pamiętać. A skoro tak szybko o tobie zapomną, to dla kogo żyjesz?
- Dla dobrego koksu, czasami mefedronu. Weź mi tu teraz nie wyjeżdżaj z sensem życia. Ale wracając do Kulki, chyba faktycznie trochę to dziwne,
że wyrabiamy ostatnio trzysta procent normy. Jestem ciekaw, ile osób w tym siedzi. I kto weryfikuje, czy się nadajesz.
- Błażej, myślisz, że w szpitalu działa jakaś grupa i każdy czerpie z tego profity?
- Plusem jest to, że jeśli my o nich nic nie wiemy, to zapewne oni o nas
też nie.
- Tak. My wpadamy, komórka działa dalej. Pocieszające.
Wróciłem do oglądania zrozpaczonej rodziny. Właśnie całowali swojego
martwego bliskiego w czoło i pojedynczo wychodzili z kapliczki. Błażej
spojrzał na mnie, ja na niego.
- Przyjadę po ciebie o dwudziestej trzeciej - powiedział.
Rozdział 2
- "Karczew" - przeczytałem nagłówek artykułu, który znalazłem wcześniej
w internecie. - "Poszedł na cmentarz i wykopał zwłoki ojca".
- Serio? - zapytał stojący obok Błażej, zaciągając się papierosem.
- Serio - zapewniłem go, siadając na zimnej ławce. - Tak piszą na
stronie telewizji.
- Znałem kiedyś jedną dupkę z Karczewa. Pracowała w księgarni, cała
wydziarana. Paliła tyle zioła, że ledwo stała.
- Skup się. Czytam, że koleś zabrał szczątki do domu.
- W jakim stanie te szczątki?
- Kości - ciągnąłem. - Śledczy udali się do jego domu i znaleźli tatusia
w piwnicy w workach.
- Czyli co? Nie ogarnął grobu do pierwotnego stanu?
- Na to wygląda.
- Ale to tylko jeden przypadek.
- Mam tego więcej.
Otworzyłem kolejną zakładkę. Wcześniej założyliśmy się z Błażejem, że
kradzieże zwłok z grobów należą do rzadkości. Ja uważałem, że dzieje się
to częściej, niż może się wydawać.
- "Nielegalna ekshumacja..." - czytałem dalej. - Ktoś zapłacił
grabarzowi, by ten wykopał zwłoki dwóch osób z rodzinnego grobowca. W Chorzelowie.
- Gdzie to jest?
- Podkarpacie.
- Pozdrawiamy Podkarpacie. Jakieś szczegóły?
- Zagmatwane to. Czterdziestoletnie szczątki. Robił miejsce na nowego
członka rodziny - ożywiłem się. - Grabarz twierdzi, że szczątki wróciły,
gdzie były. "Przecież ich nie zjadłem", powiedział. Mam jeszcze artykuł
o łostowickim cmentarzu. Ktoś rozwalił grób i ukradł ośmioletnie zwłoki.
- Gdzie jest herbata?
- W termosie. Wiesz, do czego zmierzam?
Błażej usiadł obok mnie, wyjął termos z torby i nalał sobie herbaty.
Zaciągnął się ostatni raz i wyrzucił papierosa.
- Wiem, ale to są pojedyncze przypadki - zauważył.
- Ale są. Edmund Kolanowski. Rozkopywał groby i wycinał narządy.
- Wracamy do pracy? Chcę jeszcze wyskoczyć na miasto, a zaraz północ.
Schowałem telefon do kieszeni i dopiłem herbatę.
- Kończmy.
Wstałem i chwyciłem łopatę.
- Zrozum, każdy może wykopać zwłoki, jeśli na cmentarzu nie ma
monitoringu - stałem przy swoim. - Możesz to zrobić nawet za dnia. Nikt
nie zwróci na ciebie uwagi. Ludzie wpadają, bo pozostawiają burdel.
Błażej wyjął z torby dwa białe kombinezony ochronne kupione w markecie
budowlanym.
- Nie to, co my.
Włożyłem kostium i wskoczyłem do grobu, który rozkopywaliśmy od dobrych
kilku godzin. Szpadlem oczyściłem wieko trumny z resztek ziemi.
Uwielbiałem cmentarz nocą. Ciszę i spokój, jakimi emanował. Zacząłem
odkręcać wieko trumny. Błażej uklęknął i poświecił mi latarką.
- Do tego potrzeba profesjonalistów, mój drogi.
Nie odpowiedziałem. Nie robiłem tego dla przyjemności. Zbierałem
pieniądze na ucieczkę, lepsze życie. Niestety, nie miałem jeszcze planu.
Obok grobu, na ziemi, leżał worek na zwłoki. Zasłoniłem usta maseczką i uniosłem wieko trumny. Błażej zreflektował się, ale nie mógł znaleźć
nigdzie maseczki. Krzywiąc się, chwycił ze mną wieko, odłożył przy
grobie i wskoczył do środka.
- Ale jebie - skwitował.
- Amator.
Błażej poświecił na zwłoki. W trumnie leżał czterdziestodwuletni
mężczyzna. Gołym okiem nie było widać, na co zmarł.
- Kurwa - postawiłem diagnozę. - Doszedł do drugiego etapu.
Proces rozkładu zwłok ma swoje etapy. Na początku rozpadają się komórki
i tkanki. W drugim bakterie wyjadają żołądek i jelita, a gazy wzdymają
ciało. W żyłach i tętnicach gnije krew. "Szuwarki" należą do ekstraligi
mistrzów rozkładu, a trupi jad może być nawet zabójczy. Stąd właśnie
rękawiczki i maseczka. Ale nie u Błażeja.
Nasz trup przestał być już zielony, powoli robił się brązowy i napuchnięty.
- Komu z niego pożytek? - spytał Błażej.
- Poleży miesiąc w wannie i można na nim pracować. Nie w takim stanie
widziałem ciała na kursie - zapewniłem kolegę. - Uwierz mi, ten jest OK.
Czy ktoś zastanawiał się kiedyś, ilu ludzi rocznie oddaje swoje ciała do
celów medycznych? Na kogoś takiego jak my wołają "wskrzesiciele".
Wykopywaliśmy zwłoki. Nie dla własnych uciech. Na zlecenie. Czysty
biznes. Gdyby tylko rodziny pochowanych dowiedziały się, że ich mężowie
i ojcowie ostatecznie kończą pocięci na plasterki w jakimś syfiastym
laboratorium, gdzie pryszczaty student zalicza zajęcia z anatomii, by
któregoś pięknego dnia mógł w końcu brać w łapę. Afera na całą Polskę.
Dlatego Kulka dbał o to, żeby zlecenie nie padło nigdy na nikogo
spokrewnionego z pracownikami szpitala. W sumie ciekawe, ile by mi
groziło, gdybym wpadł? Telewizja próbuje nas przekonać, że nie ma czegoś
takiego jak zbrodnia doskonała.
Na piersi zwłok leżał pluszowy królik, zostawiony zapewne przez jakieś
dziecko, może nawet jego. Kiedy na mnie przyjdzie pora, będą musieli
mnie spalić.
Błażej zauważył portfel rzucony w nogi trupa. Podniósł go i zaczął
przeglądać.
- Co ty odpierdalasz?
- Za kogo ty mnie masz? Tylko ciekaw jestem - odparł, wyjmując
fotografię. - Zdjęcie rodzinne, dwie stówy i jakaś kartka, chyba list.
Błażej zamknął i odłożył portfel.
- A ty wkładałeś kiedyś komuś coś do trumny? - zapytał.
Nagle oślepiło nas światło latarki, a mnie serce stanęło w gardle.
Błażej podskoczył.
- Spokojnie, panowie, to tylko ja - odezwał się dziwnie znajomy i zapity
głos.
Po opuszczeniu latarki dostrzegliśmy twarz stróża nocnego.
- Ja pierdolę. Chcesz, byśmy skończyli jak on? - zagroził Błażej, łapiąc
szybko powietrze.
Stróż, starszy siwy pan, zrobił dwa kroki do przodu i spojrzał na zwłoki
w grobie.
- O kurwa! Zaraz się porzygam.
- To po coś tu przyszedł? - słusznie punktował go Błażej.
Stróż odwrócił się i zasłonił usta.
- Powiedzcie szefowi, że chcę trzydzieści procent podwyżki.
Błażej popatrzył na niego jak na idiotę.
- Ale to nie z nami się rozliczasz - punktował dalej.
- Ale wy macie z nim kontakt.
Postanowiłem się wtrącić:
- Trzydzieści procent?
- Inflacja. I kończcie już, chcę się przespać.
- Chwilka i już nas nie ma - zapewniłem.
Stróż skierował światło latarki w moją twarz.
- Jaka chwilka, trzeba zakopać i posprzątać ten burdel - zdenerwował
się.
- Uwiniemy się w godzinę.
- Jak już tu jesteś, to może pomożesz nam go przetaszczyć? - zażartował
Błażej.
- Spierdalaj! - odparował stróż i ruszył w ciemność.
- Co, lepszy jesteś?! - zawołał za nim Błażej.
Stróż nie odpowiedział.
- Daj spokój - powiedziałem.
- Co, daj spokój?! Pewnie dostaje w łapę więcej niż my.
- Nie moja sprawa.
Dzięki stróżowi sprawa wyglądała prosto. Przyjeżdżaliśmy o umówionej
godzinie, wjeżdżaliśmy autem za bramy cmentarza. Monitoringu nie było,
mieliśmy spokój prawie jak ci tutaj.
Błażej włożył rękawiczki i chwycił trupa za nogi, po czym zamarł i wypalił:
- A jak wybuchnie?
- To ja zaraz wybuchnę śmiechem. Ile ty lat pracujesz? Idź na jakieś
doszkalanie.
Chwyciłem zwłoki za ramiona.
- Raz, dwa, trzy.
Podnieśliśmy pana i z trudem wyjęliśmy z grobu, kładąc niedbale na
ziemi.
- Zaraz rzygnę.
Błażej wyskoczył z grobu i splunął.
- Ja pierdolę! - krzyknął.
- Ciszej, debilu - upomniałem go, rozglądając się wokoło.
- Wolę pracować w zimie. Przynajmniej towar jest świeży.
Niestety, Błażej miał rację. Ciało w zimie wolniej się rozkłada.
Jak wspomniałem, pracowałem w kostnicy szpitala miejskiego, odwalając
czarną robotę przy zwłokach. Wywoziłem zmarłych z sal, które oglądali
jako ostatnie miejsce w życiu. Potem myłem zwłoki i szykowałem do
pożegnania przez bliskich, zanim trafią na cmentarz i staną się niczym
więcej niż rozkładającą się materią.
Wyszliśmy z grobu i przenieśliśmy zwłoki do worka. Dół zakopaliśmy w niecałą godzinę. Błażej zaciągnął się papierosem, rozejrzał i spytał:
- Masz jeszcze tę herbatkę?
- Pusto.
- Pięknie ogarnięte - uśmiechnął się, zerkając na zegarek w telefonie. -
Spadamy?
Trupa przetransportowaliśmy do bagażnika czerwonej skody octavii
Błażeja. Usiadłem na miejscu pasażera. Błażej pożegnał się ze stróżem,
posyłając mu serdeczny uśmiech i środkowy palec. Ten otworzył nam bramę
i ruszyliśmy w kierunku szpitala, mając do pokonania jedenaście
kilometrów.
Ten etap był najbardziej narażony na niepowodzenie. Mogliśmy mieć
wypadek albo mogła nas zatrzymać policja. W razie kontroli wystarczyło
pokazać papiery, że pracujemy w szpitalu, i rzucić ściemę o nagłym
przypadku. Służby nie kontrolowały się wzajemnie i puszczały od razu. A wypadek? No cóż. Gówno się zdarza.
Do szpitala wjechaliśmy bramą dla karetek. O tej godzinie nie było
nikogo. SOR działał z drugiej strony szpitala. Zaparkowaliśmy i czekaliśmy na Amadeusza.
- Przenosisz się na górę? - zapytał Błażej, po czym dodał: - Jest kilka
wolnych miejsc na SOR-ze.
- Nie wiem, z jednej strony chciałbym, z drugiej - mam spokój.
- Na SOR-ze zarobisz dwa razy tyle.
- To nie to. Mam dość trupów... - zawiesiłem się na chwilę. - Myślałem o karetce.
- Muszę cię zmartwić - pokręcił głową. - W karetce też natykasz się na
trupy, a w dodatku żywi stają się nimi na twoich oczach.
- Wiem, mądralo. Nie pracowałem z nikim żywym latami. Poza tobą, ale to
jeszcze gorzej.
- Martwi są lepsi. Nie pierdolą tyle - Błażej wyjął papierosa i odpalił.
- Ile już nie jeździsz?
- Z pięć, może sześć lat.
- Ooo... jest nasza Kulka - powiedział, zaciągając się.
Na podziemny parking dla karetek wtoczył się właśnie Kulka i jego ledwo
dopinająca się dżinsowa kurtka. Gdy do nas podszedł, kończył jeść
kanapkę.
- Straszny dzisiaj zapierdol - zamlaskał i połknął resztę kanapki z wędliną. - Jakieś problemy?
- Wszystko w porządku - kiwnąłem głową.
Kulka Amadeusz wręczył mi klucz.
- Klucz do pokoju.
Bał się dać nam go na stałe, bo pokój, którego drzwi otwierał, skrywał
wiele tajemnic.
- Byłbym zapomniał - odkaszlnął Błażej. - Stróż chce podwyżkę.
- Co? A niech spierdala! - Amadeusz wyjął kopertę z pieniędzmi. - Albo
załatwię to jakoś - powiedział do siebie, wręczając nam kopertę. -
Podzielcie się.
Odebrałem kopertę i schowałem do wewnętrznej kieszeni kurtki.
- Wracam do tego zapierdolu - wskazał głową w kierunku SOR-u. - W kontakcie.
- Na razie.
Błażej zgasił wypalonego do połowy papierosa i rzucił:
- To co... na nosze go i lecimy?!
Tylko ja i Amadeusz mieliśmy dodatkowe klucze do jednego z niewielkich
pokoi pośrodku ciągnącego się aż kilometr ciasnego korytarza.
Wprowadziliśmy nosze i zamknęliśmy drzwi za sobą. Pamiętam, że jak byłem
tu pierwszy raz, zastanawiałem się, jakie tajemnice skrywa to miejsce.
Teraz już wiem. Dowiedziałem się mniej więcej rok temu, kiedy to z polecenia nieżyjącego już kolegi, mojego poprzednika po fachu, dostałem
propozycję szybkiego zarobku. Kolega zapił się na śmierć. Gdy kradłem
jego truchło, zrozumiałem, jak los potrafi być okrutny. Tak. Na pewno
zdecyduję się na kremację.
W pomieszczeniu znajdowało się trzydzieści wanien z formaliną. Tylko
kilka było pustych, w pozostałych zanurzeni byli nieżywi. Zakonserwowani
w formalinie, w pełni bezpieczni i aseptyczni czekają na swoją kolej, by
wyszkolić studentów. Ich ciała przechowuje się w czterdziestoprocentowym
roztworze formaldehydu i wyjmuje tylko na czas ćwiczeń w prosektorium. W większości są to zwłoki donatorów, czyli ludzi, którzy świadomie,
nieodpłatnie zapisali w testamencie swoje doczesne szczątki dla celów
naukowych. Po wykorzystaniu wszystkie ciała są uroczyście chowane w obecności władz uczelni i studentów. Jesteśmy jedynym gatunkiem, który
grzebie zmarłych. Sposób, w jaki to robimy, odzwierciedla naszą metodę
radzenia sobie z lękiem przed śmiercią.
Pomysł, by wanny stanęły w piwnicy, został zrealizowany niedawno. W tajemnicy. Po szpitalu kręcą się różni ludzie. Kiedyś jeden z pracowników złapał typa, który wlazł po drzewie na dach budynku i chciał
się dostać do prosektorium. Bo determinacja takich psycholi bywa dość
duża.
Nie tylko narządy zmarłych są cenne, lecz także ich kości. Studenci
często zdobywają je w mało legalny sposób. Najpopularniejsze są czaszki,
które w Warszawie potrafią kosztować nawet tysiąc złotych, tańsze o połowę są na przykład w Lublinie. Dlatego kombinatorzy kupują czaszki w Lublinie i sprzedają w Warszawie. Wystarczy mieć znajomego grabarza,
który sam wykopie umarlaka w odpowiednim stadium rozkładu. Później kości
trzeba tylko porządnie wygotować, by oczyścić z resztek skóry,
wylakierować i preparat gotowy.
Podjechaliśmy ze zwłokami do jednej z wanien i wyjęliśmy je z worka.
- Pora na kąpiel, kolego.
Chwyciliśmy truposza i powoli zanurzyliśmy w roztworze. Koniec pracy na
dziś.
- Odwiozę cię do domu - rzucił Błażej. - Chyba że szybki drink?
Już o trzeciej w nocy jechaliśmy na miasto, żeby się napić. No i gdzie
podziała się moja asertywność?
- Co to za papka? Jak ty to możesz jeść?
- To najlepszy kebab na Mokotowie - odpowiedziałem, walcząc z kawałkami
jakiegoś chujowego mięsa, które wypadało mi z ust.
- Jasne, schowany na jakimś zaszczanym targowisku. Ty widziałeś w ogóle
ten zeschnięty ser... i te półki, i rzygi na podłodze? Jak tam można
jeść?
- Nie oceniaj książki po okładce - wymlaskałem, posyłając Błażejowi
groźne spojrzenie i zapomniałem, że z kebabami tak już jest, że jak
tylko stracisz je z oczu, to zaraz cały jesteś upaćkany. Bo mało kto
potrafi dobrze zapleść serwetki od dołu i sos leci ci na kolana,
wysłużoną czerwoną skodę kolegi i twoje nowe buty z targu.
- Zdaję sobie sprawę, że nikt tego auta nie szanuje - zauważył, słusznie
zresztą, Błażej. - Wysłużone, to prawda, ale będzie mi teraz śmierdziało
czosnkiem przez rok - dorzucił, zerkając nerwowo to na mnie, to na
drogę.
- A widziałeś napis na szybie w tym kebabie? "Polskie jedzenie". A w środku kebaby, hot dogi i ham-burgery.
Czemu mnie to dziwi? Za każdym razem kończymy podobnie. Błażej musi
odreagować, więc walimy do świtu whisky z colą. Dlaczego ja się na to
godzę? Powinienem siedzieć w domu z Weroniką. W sumie zapomniałem, że
Błażej nie wiedział o Weronice. Ta pracowała w innym szpitalu, ale nie
chciałem łączyć tych dwóch światów. Mojej pracy z naszym życiem. I za
nic nie chciałem, by poznała Błażeja. Znamy się dopiero kilka miesięcy i na razie udaje mi się chronić ją przed tym wszystkim.
Czekaliśmy w fastfoodowej kolejce po hot doga za dziesięć złotych.
Otaczał nas przekrój całego społeczeństwa: od bezdomnych śpiących przy
stolikach, po bogatych, sądząc po ubiorze, Arabów. Skąd ci wszyscy
ludzie w ogóle się biorą? Z zamyślenia wyrwało mnie pytanie Błażeja.
- Jakiego bierzesz?
- Nie wiem, z serem chyba.
- Ja drobiowego.
Mieszało mi się wszystko. Szumiało w głowie. Nie wiem nawet, która była
godzina.
I oto teraz staliśmy przed drzwiami jednego z burdeli i czekaliśmy chyba
na cud.
- Ja bym, że się tak dwuznacznie wyrażę, zapukał - zażartowałem.
Błażej nie załapał i nacisnął przycisk dzwonka.
- Można i tak - dodałem.
Nie miałem zamiaru korzystać. Po pierwsze, mam Weronikę, po drugie -
nigdy w życiu. Chciałem tylko zobaczyć, jak Błażej robi z siebie idiotę.
Drzwi otworzyła nam niewysoka laska w dżinsach i staniku. Zmierzyła nas
szybko wzrokiem i rozkazała iść za sobą. W środku panowała istna komuna.
Długi przedpokój wyłożony boazerią zakręcał przy kuchni i prowadził do
dwóch pokoi. Przy drzwiach wejściowych znajdowała się chyba łazienka.
Wejście do kuchni zasłonięte było jakimiś brązowymi koralikami na
sznurku zwisającym z górnej części framugi. Pewnie miało to swoją nazwę.
Za koralikami żywo dyskutowały cztery dziewczyny, z których żadna na nas
nie zareagowała. Kiedy weszliśmy do dużego pokoju, kazała zaczekać i zamknęła za nami drzwi. Pokoje, jak na burdel przystało, wyglądały
bardzo standardowo. Duża czerwona zasłona przysłaniała Pałac Kultury i resztę świata. Pośrodku stało duże łóżko, w kącie stolik z ogromną
szklaną popielnicą, a na ścianach wisiały wielkie lustra.
- Przecież to jakaś masakra jest! - powiedziałem.
- No, jest klimacik, trzeba przyznać - odpowiedział podjarany jak
cholera Błażej, chodząc z kąta w kąt.
- Klimacik? Człowieku!
Błażej zatrzymał się i spojrzał na mnie oczami pełnymi przejęcia i troski.
- Spokojnie, ja stawiam, mówiłem już przecież.
Jak na zbawienie otworzyły się drzwi i naszym oczom ukazało się chyba
sześć dziewczyn. Nie wiem, czy były wystraszone jakieś, czy co, w każdym
razie każda jakaś taka posępna, zapatrzona w spleśniałą podłogę, a jedna
starsza od drugiej - i to starsza w najgorszym tego słowa znaczeniu.
Spojrzałem porozumiewawczo na Błażeja, ale ten widział już tylko cipki
na dwóch nogach. Kiedy kalkulował sobie, która z kobiet będzie dobrą
inwestycją za jego sto złotych, mnie zastanawiało, ile pryszczy kryją te
falbanki przy stanikach i majtkach. Trzeba być naprawdę wygłodniałym, by
to, na co patrzyłem, konsumować.
- Ciebie, mała, poproszę - powiedział Błażej, zacierając ręce.
Łeb mi pękał. Potrzebowałem poskładać myśli, więc zamknąłem klapę sedesu
i usiadłem na nim, wlepiając wzrok w zapleśniałe rogi różowych kafelków.
Byłem w burdelowym kiblu. Czy czekałem na Błażeja? Nie wiem, chyba
odpłynąłem, tracąc na chwilę poczucie czasu. Nagle usłyszałem dźwięk
przychodzącego esemesa. Wyjąłem z kieszeni telefon i zerknąłem na
wyświetlacz. Pusty. Musiało mi się przesłyszeć. Wyciągnąłem paczkę
papierosów. Zostały cztery. Kurwa, kiedyś za to gówno płaciłem cztery
pięćdziesiąt, a nie siedemnaście złotych. Gdy dopalałem papierosa,
pojawił się Błażej.
- Wszędzie cię szukałem, obesrańcu! - zawołał wesoły. - Gdzieś ty był?
Przesadziłem z alkoholem. Urywał mi się film. Zorientowałem się, że
siedzę na ławce przed blokiem.
- Fajnie było? - spytałem.
Błażej wyjął mentole i zapalił, zaciągając się głęboko. Popatrzył na
mnie i uśmiechnął się.
- Było super! - skłamał.
Chciało mi się rzygać.
- Która godzina?
- Ósma - odpowiedział, zerkając na telefon.
- Kurwa!
- No co ty, piątek jest.
- Już sobota.
Czy ja byłem umówiony z Weroniką? Na szczęście nie, bo pracowała w ten
weekend. Czyli zdążę odpocząć. Trzeba było zakończyć tę imprezę i zamówić taksówkę.
Nie pamiętam, jak i kiedy wróciłem do domu. Nie pamiętam też weekendu.
Rozdział 3
Windy. Mimo że napawają niewytłumaczalnym lękiem, wsiadłem do jednej. Z jakiegoś powodu nie miałem wyjścia. Zaryzykowałem. Lepsze to niż
sterczenie w wielkim, dawno już opuszczonym magazynie. Panel na windzie
przywitał mnie guzikami zwiastującymi dziesięć pięter, wybrałem
najwyższe i winda ruszyła. Dopiero teraz zauważyłem, że nie wyglądała
zbyt zachęcająco. Pewnie przez to, że była noc, a żarówka u góry ledwo
co się jarzyła. Sam wcześniej mogłem zajarzyć, że coś jest nie tak. Im
winda była wyżej, tym wydawała się bardziej zdemolowana. Ku mojemu
przerażeniu, tuż przed dziesiątym piętrem zwolniła, ominęła je i zatrzymała się między dziesiątką a czymś, co znajdowało się wyżej. A jeśli się urwie albo zostanę w niej uwięziony? Wcisnąłem ponownie parter
i winda szybko ruszyła w dół. Przede mną nie było już drzwi. Kabina
znajdowała się na zewnątrz budynku, a ja miałem wrażenie, że zjeżdżam
nie z dziesiątego, lecz setnego piętra. Ze strachu usiadłem i zamknąłem
oczy. Kiedy je otworzyłem, znajdowałem się w lesie. Zgubiłem się. Coś
przeraźliwie zaczęło piszczeć. Budzik.
Leżałem w swoim łóżku, ale potrzebowałem chwili, by ogarnąć, co jest
realne. Odetchnąłem. Podobno pamiętamy sny tylko wtedy, kiedy coś nas z nich wybudzi. Wyłączyłem budzik i chwilę wpatrywałem się w sufit. Kiedyś
wstawanie szło mi znacznie szybciej. Moja pierwsza poranna myśl
dotyczyła papierosa, więc usiadłem na łóżku i wyciągnąłem jednego z paczki. Gdzie ja płożyłem tę pieprzoną zapalniczkę? Wstałem, ledwo
trzymając pion, i odpaliłem papierosa od kuchenki. Przez te lata mogłem
dorobić się czegokolwiek. A skąd wiem, że mogłem? Bo podobno na świecie
istnieją inni czterdziestolatkowie z własnymi ogromnymi mieszkaniami.
Domy, wille i własne firmy przemilczę. Co prawda, moje mieszkanie liczy
sobie z siedemdziesiąt metrów, ale to jest wynajęte mieszkanie. Gdzie
popełniłem błąd? W szkole średniej, gdzie wszyscy jesteśmy za mało
rozwinięci, by decydować o własnym życiu? A może przebieg drogi życiowej
dziedziczymy z genami? Za późno, by się nad tym zastanawiać. Ludzie
dzielą się na dwie kategorie. Do jednej z nich należą właśnie takie
robaczki jak ja - pieprzone trybiki większej machiny. Kiedyś chyba byłem
szczęśliwy, a ostatniej nocy coś mnie użarło w rękę i już zdążyłem to
rozdrapać.
Usiadłem na łóżku, zgarnąłem popielniczkę z szafki i paliłem w ciszy.
Rozejrzałem się po mieszkaniu. Jego świetność skończyła się z latami
dziewięćdziesiątymi. Wszystko było tutaj stare. W salonie stał
pięćdziesięciocalowy telewizor i amplituner z lat dziewięćdziesiątych.
Pomarańczowe ściany, które prosiły się o przemalowanie, już mnie nie
przerażały tak jak kiedyś. Tak samo jak różowe prześwity na białej
sufitowej farbie. Kto maluje sufit na różowo? Na ścianie wisiało jedno
czarno-białe zdjęcie przedstawiające most i jezioro. Zdjęcie również
było pamiątką po właścicielu, który miesiąc temu podniósł mi czynsz. Od
ośmiu lat mieszkam w wynajętym dwupokojowym mieszkaniu na Mokotowie i śpię w salonie, mimo że mam sypialnię. Nie zaglądam do niej, kojarzy mi
się z samotnością. To, co dodałem od siebie, by wnętrze było bardziej
przyjazne, to stolik na komputer, szafka na ubrania i szafka w kuchni,
która od kilku lat świeci pustką. Rozlatująca się wersalka, fotel i szafa już tu stały. Nie potrzebowałem niczego więcej. Jeśli mnie nie
będzie, nikogo to nie obejdzie, mało kto zauważy. Zgasiłem papierosa,
wszedłem do niewielkiej łazienki i zerknąłem w lustro. Powinienem się
ostrzyc i ogolić. Nienawidzę mojego życia, bo jest gówniane. Nie śpię,
jem śmieci, nie mam przyjaciół i jestem nieszczęśliwy.
Wsiadłem do swojej piętnastoletniej granatowej hondy i ruszyłem do
szpitala. Kochałem ten samochód. Po drodze zatrzymałem się w McDonaldzie
na waniliowym mleku z lodem, bo zarobiłem tej nocy dodatkowe pieniądze.
Muszę przestać je chomikować i kupić sobie w końcu coś ekstra. Albo
Weronice. Ale co można kupić za pieniądze zarobione na czyjejś śmierci?
Dotarłem do szpitala, gdzie miałem nawet własne miejsce parkingowe. Taka
ściema, że niby coś znaczę dla firmy. Choć, z drugiej strony, cieszyłem
się, bo z samego rana nie musiałem wkurzać się i szukać wolnego miejsca.
Szpital nie należał do największych. Taki dwupiętrowy prostokąt. Pecha
mieli ci, którzy tu trafiali. Kiedyś naszą placówkę rozsławiła
sprzątaczka, która - nieświadoma konsekwencji - rozpylała na oddziale
noworodków płyn przeciw owadom. Na jej nieszczęście kilkoro dzieci
trafiło przedwcześnie do Bozi. Teraz nas szkolą i mówią, że nie wolno
odłączać respiratorów, by podłączyć odkurzacz czy telefon. Niby
śmieszne, a zdarza się częściej, niż może się wydawać. Brak szacunku dla
ludzkiego życia to jest to, co lubimy najbardziej.
Zostawiłem samochód na parkingu i ruszyłem w stronę wejścia dla
pracowników.
- Co u ciebie, Pawełku? - zapytał zaspanym głosem stróż Waldek.
- Bez zmian - odparłem chrapliwie, mijając Waldka.
- Problemy z gardłem?
- Jesteś pierwszą osobą, do której się dzisiaj odzywam pełnym zdaniem.
Jeszcze nie przyzwyczaiłem się do mówienia.
Pożegnałem Waldka i wszedłem do szatni. Minąłem zaspanego Gaspara, który
wracał do domu po kolejnym prawdopodobnie dwudziestogodzinnym dyżurze.
- Wcześnie zaczynasz - rzucił, przechodząc.
- Nigdy nie skończyłem - zażartowałem, udając równie zmęczony głos.
- Wyglądasz na smutnego - powiedział, przystając.
Nie jestem smutny, ale też nie jestem szczególnie szczęśliwy. Mogę się
uśmiechać i żartować. Ale czasami, gdy jestem sam, nie wiem, jak się
czuję.
- Tak wyglądam, jak się zamyślę. Ale dzięki, że pytasz.
Kiwnął głową i ruszył w swoją stronę. Miły człowiek. Lubię go,
pomyślałem, wchodząc do szatni. Nawet nie zdążyłem dobrze przebrać się w biały fartuch, gdy do środka wpadł zdyszany Błażej.
- Dobrze, że jesteś - powiedział pospiesznie. - Wszędzie cię szukałem.
Potrzebują cię na kardiologii. Właśnie ktoś zszedł z jedenastki.
Uśmiechnąłem się do niego.
- Mógłbyś chociaż raz mnie wyręczyć.
- Nie mogę. Zabieram się do krojenia wspaniałej dupeczki. Co więcej,
jest z mojego bloku. Opowiem ci później. I pospiesz się, bo pielęgniarkę
wcięło, a reszta pacjentów wkurwia się, że musi leżeć w jednej sali z trupem.
Dzień właśnie się zaczął.
Najwidoczniej pielęgniarka już się odnalazła, bo trup, z numerkiem na
palcu, czekał ochoczo na korytarzu. Leżał na łóżku owinięty zakrwawionym
prześcieradłem. Na widoku wszystkich pacjentów. Musiałem przerzucić go
na nosze, które zgarnąłem wcześniej z kostnicy. W pojedynkę. Na
szczęście zwłoki były chude za życia, więc powinienem dać radę sam.
Pracownicy oddziału mieli to w dupie, bo w ich mniemaniu wykonywana
przez nich praca dobiegła końca wraz z ostatnim oddechem nieszczęśnika.
Chuj, pomyślałem i zajrzałem do sali dwadzieścia trzy. Pani Marlenka,
którą czasami odwiedzałem, jeszcze spała. Przypomniało mi się, że
obiecałem jej kupić pomarańcze. Postanowiłem zajrzeć do niej później.
Podjechałem noszami obok zwłok, najbliżej, jak to możliwe, chwyciłem
korpus za szyję, przenosząc górną połowę. Potem chwyciłem nogi i przerzuciłem resztę ciała, które o mało mi nie spadło. Miałem już
wprawę, której nabyłem podczas nocnych eskapad.
- Przedstawienie skończone - rzuciłem do dwóch głów wystających z sali
obok.
Głodni wrażeń skurwysyni w piżamach.
- Niedługo was spotka to samo - dodałem zadowolony z efektu, bo głowy
zaraz po obrzuceniu mnie srogim spojrzeniem schowały się w swoich
pokojach.
Czemu po prostu nie mogłem być miły? Bo świat nie jest miły.
Teraz spokojnie wystarczyło ułożyć ciało na plecach i ruszyć do windy.
Zjechaliśmy do piwnicy, skąd po wycieczce długim korytarzem znaleźliśmy
się w prosektorium albo - jak nazywam to miejsce - w przedsionku.
Otworzyłem drzwi, ułożyłem nosze obok sześciu innych ciał i wyszedłem na
zewnątrz zapalić.
Mało kto wie, że ludzie, którzy umarli w drodze do szpitala, trafiają do
"oczyszczalni", w której czekają na swoją kolej do pokrojenia i zbezczeszczenia. Patrzyłem na stos ciał i zastanawiałem się, jacy
zdziwieni musieliby być wczoraj, gdyby mogli zdać sobie sprawę, jakie
miejsce dziś odwiedzą. Pomieszczenie miało ze sto metrów kwadratowych, a ciała ułożone były jedno na drugim i to nawet nie na łóżkach, tylko na
podłodze przy ścianie. Chwyciłem wąż, którego koniec przytwierdzony był
do dużego kranu, i odkręciłem wodę. Musiałem zmyć krew z jednego stosu
po prawej, bo ktoś ułożył ciało głową w dół i krew wypłynęła z oczu,
nosa, ust i uszu na babcię w szlafroku i robionych na drutach
kapcioszkach. Wyglądali, jakby się całowali. Ciała z wypadków zazwyczaj
są brudne, a jeśli myślicie, że ktoś bawi się w dokładne mycie ciał
gąbką, zachowując pełnię szacunku, to naprawdę serdecznie współczuję.
Kiedy polewałem ciała zwykłym ogrodowym wężem, zadzwonił mój telefon.
Wystraszyłem się, bo w tej puszce mało kiedy jest zasięg. Spojrzałem na
wyświetlacz i szybko odebrałem.
- Hej, Werka, co tam?
- Tęskniłam.
- Ja też. Co porabiasz?
- Mam topielca - oznajmiła dumnie.
- Rozumiem. Pilna sprawa.
- Topielec? - zdziwiła się Weronika. - Nie. Leżał w wodzie dwa tygodnie.
To już galareta.
- Romantyczka z ciebie - uśmiechnąłem się. - Zobaczymy się dzisiaj? -
zapytałem zatroskany o swojego penisa.
- Właśnie po to dzwonię. Wpadnę wieczorem. Co robisz?
- Zgadnij.
- Albo kogoś wieziesz, albo kroisz. Chociaż i tu, i tu nie odebrałbyś
telefonu.
- No, nie odebrałbym.
- To albo się opieprzasz, albo siedzisz w tej... czekaj... nie
podpowiadaj... był taki film... noc... w oczyszczalni jesteś. Chociaż
podobno nie ma tam zasięgu, chyba że mnie okłamujesz i zwyczajnie nie
chce ci się ze mną rozmawiać.
- W oczyszczalni jestem i chce mi się gadać, bo odebrałem telefon.
- Czyli zazwyczaj nie chcesz ze mną rozmawiać, jak tam jesteś.
Spojrzałem na telefon. Jedna kreska.
- Mam jedną kreskę. Chyba znalazłem dobry punkt.
- Dobra, to nie przeszkadzam. Słyszę wodę, wyobraźnia działa.
- O której będziesz? - chciałem wiedzieć, by zdążyć zebrać siły po
pracy.
- A o której mam być?
- Dwudziesta będzie OK.
- Zatem dwudziesta. Pa.
Schowałem telefon, zakręciłem kran, odłożyłem węża. Pierwszy raz tego
dnia miałem dobry humor, więc ruszyłem w kierunku kardiologii. Po drodze
zahaczyłem jeszcze o sklep szpitalny, w którym kupiłem reklamówkę
pomarańczy dla pani Marlenki, sympatycznej,
osiemdziesięciodziewięcioletniej staruszki. Byłem jedyną osobą, która o nią dbała. Rodzina już dawno o niej zapomniała.
- Dzień dobry, pani Marlenko, co dziś u pani słychać? - zapytałem,
wchodząc do pokoju pełnego starszych kobiet.
Pani Marlenka podniosła się z wysiłkiem.
- Banasiakowa z czwórki miała dziś drenaż.
Nie wyczułem, czy to zazdrość, czy niechęć do Banasiakowej, więc tylko
kiwnąłem głową.
- Kupiłem pomarańcze, jak pani prosiła. Byłem już wcześniej, ale
smacznie pani spała.
Położyłem siatkę pomarańczy na stoliku przy łóżku i przysiadłem.
- Dziękuję, kochanie. Ostatnio czuję się trochę gorzej.
- Co tam pani opowiada - skłamałem. - Niedługo moja ulubiona pacjentka
wyjdzie do domu.
- Tylko tak mówisz. Powiedz lepiej, co u ciebie?
- Nic nowego. Praca, praca...
- Jak mój syn. On też tylko pracuje.
- Pan często tak zagląda do dziewczyn, panie Pawle? - przerwała nam
jedna ze staruszek.
- Tylko do tych wyjątkowych - odpowiedziałem z uśmiechem.
- I co pan z nimi robi? - dopytywała.
- A zabieram do domu.
Zerknąłem w mały telewizor zawieszony pod sufitem. Leciał paradokument o ratownikach medycznych.
- A wiecie, że to wszystko ściema - rzuciłem.
- A tam ściema - zlekceważyła mnie Marlenka, pożeraczka paradokumentów.
- To tak naprawdę nie wygląda - ciągnąłem. - W serialu muszą uratować
kogoś w pół godziny. Nam zajmuje to trochę więcej czasu.
Do pokoju zajrzała pielęgniarka. Spojrzała na mnie wzrokiem pełnym
wyrzutu i już wiedziałem, o co chodzi.
- Tak myślałam. Zegarek mogę sobie tobą ustawiać... Jesteś potrzebny.
Bała się przy pacjentkach powiedzieć mi to wprost. Kiwnąłem głową,
zrozumiała i wyszła.
- No właśnie, wpadłem tylko z tymi pomarańczami - uśmiechnąłem się do
pani Marlenki. - Wszystkiego najlepszego, bo już się chyba nie
zobaczymy.
- Ooo! - wytrzeszczyła oczy pani Marlenka. - Jednak ze mną źle?
- Nie, nie, pani Marlenko, nie to miałem na myśli. Dziś już nie przyjdę,
bo mam dużo roboty na dole.
- A to dobrze, bo już się wystraszyłam.
- Jutro wpadnę na dłużej, to nadrobimy.
- Dobrze, panie Pawle.
Pożegnałem się ze wszystkimi i ruszyłem na koniec korytarza, gdzie w magazynku na pościel czekał na mnie trup. Rzucony byle jak, cały we
krwi, ale nie dziwiłem się. Ważył ze sto trzydzieści kilo i zjebał mi
dzień. Wziąłem barachło i ruszyłem przed siebie do windy przeznaczonej
na tego typu klientów.
Gdy wjechałem do chłodni, zaczęła boleć mnie głowa. Duże, blade i brudne
pomieszczenie z rzędem dziewięciu lodówek wyglądało jak kuchnia w restauracji. Kiedy jeździłem na karetce, ratowałem raz szefa kuchni,
który niechcący się podpalił. Tamta kuchnia i ta chłodnia niewiele się
różniły. Na końcu korytarza znajdowały się drzwi i duże okno bez szyby,
a za nimi Błażej wyciągający wnętrzności dziewczyny, o której wspominał
wcześniej. Zauważył mnie i pomachał mi zakrwawioną ręką odzianą w dużą
niebieską rękawiczkę.
O mało nie straciłem kciuka, kiedy grubas znikał za drzwiami lodówki.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki