I
Numer 52: pani Genowefa Stępniowska odeszła w wieku 86 lat
Od dziecka pamiętam ją, jak stoi pośrodku ogródka, a ja kłaniam się, gdy podchodzi do siatki okolonej drutem kolczastym i pyta, co u babci, czy odrobiłem lekcje, żebym dwójki w szkole nie oberwał, bo religii należy się uczyć, modlić się należy, ona ciągle się modli, pochyla, by wyrywać chwasty, robić porządki w ziemi, żeby rośliny mogły oddychać, niekiedy wołała mnie do ogrodzenia, by mi podać poćwiartowanego pomidora posypanego cukrem, słodziutkiego, że aż ślinka cieknie. Pani Stępniowska już tam jest, na scenie, z aptekarską dokładnością pieli grządki, sama zresztą pracuje na zapleczu apteki - w granatowym chałacie przyrządza przeróżne mikstury. Ale to kiedyś tak się rozpraszała, bo dzisiaj już nie żyje. Przez kilka lat nie ruszała się z łóżka, że tylko zapomnieć o niej. Ale nie ja. Bo gdy tylko przechodzę obok jej ogrodu, widzę ją, jak przedziera się przez gąszcze przeszłości, kręte i zawiłe ścieżki. Wygląda jak Egga van Haardt, którą tak pięknie Schulz swego czasu opisał. To się pochyla, to kuca, raz zauważa przechodniów, innym razem nie. Kwiaty i ptaki, chmury pędzące po niebie, słychać stuk dzięcioła, śmiech wiatru, połyskiwanie kropelek rosy. Jak to uchwycić, jak przyswoić? Cukinie, strączki groszku cukrowego i fasolki. Pachnie wszystko w ogródku pani Stępniowskiej, pląsa i śpiewa o osach i motylach, o wiewiórkach i trzmielach. Widzę siebie i panią Stępniowską, chłopców widzę i dziewczyny, jak gramy w państwa-miasta. Każdy chciał być Ameryką, jakimś krajem zachodnim, choć byli i tacy, którzy wcielali się w Związek Radziecki. Ulica pusta, cicha, nami wypełniona, można było bez obaw rzucać patykami, odliczać, skakać i zwyciężać. A jakby co, to wiać do uliczki, wskoczyć do leszczyny, schować się, żeby nikt nie znalazł, nie odczytał myśli, nie odebrał marzeń. To był wysiłek porównywalny z wizytą w wielkiej bibliotece ze słowami. Niech będzie pochwalony buk zielony, piękność, świeżość zieloności i niebiańskości. Na podwórku kury dziobią pszenicę, wszędzie wokół różne odchody, trzeba się namęczyć, by nie wdepnąć w kupę, nasrane, że hej, pobrudzić czółenka, mokasyny najłatwiej, gdy się nie patrzy pod nogi i biegnie na oślep dla osiągnięcia pełnej harmonii między rytmem oddechu a pracą całego ciała bądź to poszczególnych mięśni. Dostrzega się również niuanse polegające na przyjmowaniu precyzyjnych postaw charakteryzujących się prawidłowym ułożeniem stóp. A wszystko to, żeby pani Stępniowska nas nie dostrzegła, żeby jej nie niepokoić, bo przecież mogłaby się zdenerwować i zacząć na nas wrzeszczeć. Nie zawsze była miła, nie zawsze częstowała malinówkami. Niekiedy, próbując zmylić wroga, biegła na cmentarz, przekonana, że tam otaczają ją tylko wszyscy umarli z naszej ulicy. A te strzelania z karbidu doprowadzały ją do wściekłości, nie dawały wytchnienia. Podczas naszych wojen nie mogła spokojnie wyrywać chwastów, podlewać róż czy pielęgnować kalarepy. Rzucanie kamieniami także mogło skończyć się jakimś nieszczęściem. Mój brat zawsze był skłonny do płaczu. Pani Stępniowska nieraz musiała go uspokajać, a on nic, tylko wlókł się na samym końcu i beczał nie wiadomo o co. Przecież nikt nie robił mu na złość. Najwyżej ktoś spojrzał na jego buty, na jego sweterek z dziurą pod pachą. Sklamrzał tak niesamowicie, że nie było gdzie podziać oczu. Starania pani Stępniowskiej na nic się zdawały.
Wizje się mnożą, widzę brata z drewnianą łyżką do jajecznicy, pachnącego igliwiem i nadciągającym deszczem, w zaciszu ogrodu pani Genowefa gładzi mu włosy, podaje łyżeczkę rozkosznego nektaru na pocieszenie, ja także życzę sobie szczypty krańcowo różnych kategorii piękna i kolejnego objawienia. Widzę, jak się kłócimy, jak błądzimy po górach, chce mnie uderzyć, w ciągu kilku sekund zapominam, jak brat płacze, przegrałem wyścig z podstępną pogodą i usta mi zsiniały. I przypomina mi się, jak cię odpycham i uciekam przed twoim krzykiem, ale z południa nadciąga już burza i wiem, że będziesz chciał, bym cię przed nią uchronił, wziął cię na barana i popędził do domu, lecz ja też boję się piorunów. Mimo to rozpędziłem się, z górki na pazurki, wprawienie ciała w ruch potęguje wrażenie piękna, ponieważ ono tkwi również w dynamice, płynności oraz elegancji biegu. Biegnijmy więc do gospody, napijemy się czegoś zimnego. Pozwólmy pani Stępniowskiej udać się na spoczynek, zapewne ona także odczuwa pragnienie.
Dzwony się rozszalały na kościele, a że widać z balkonu karczmy jego wieżę - szumi w uszach, brzęczy w głowie. Dźwięk niesie się po okolicy. Dzwonienie dochodzi aż z Odporyszowa, Porąbki Uszewskiej i Tuchowa. Wszędzie ołtarze, monstrancje, dziewczynki z koszyczkami pełnymi płatków róż. Barman podszedł do drzwi balkonowych, by je zamknąć. Zapytał tylko, czy zostajemy, bo jak co roku w Boże Ciało zamyka drzwi i okna, od środka zamyka wszystko, co się da zamknąć. Chce nas uwięzić, zaaresztować na nasze życzenie. A kto został? Może dwie, trzy osoby. Nie, nie bezbożnicy, tylko ludzie skacowani, którzy nie znieśliby procesji, kac by ich powalił przy pierwszym uklęknięciu. Jednemu chce się palić, zapaliłby całego, co z tego, drzwi zamknięte, sklepy pozamykane, procesja dopiero co ruszyła spod kościoła. Wszyscy będą musieli się zatrzymać przed każdym z czterech ołtarzy wybudowanych specjalnie na ten dzień, by ksiądz mógł przy nich odprawiać modły.
Palić się chce, pić także. Staję przy oknie i spoglądam zza fikusa, by nikt z procesji mnie nie zauważył. Popatruję, liczę, rozpoznaję znajomych, nasłuchuję, orkiestra strażacka gra, płatki róż wirują w powietrzu, niektóre zapewne zerwane w ogrodzie pani Stępniowskiej. Proboszcz, burmistrz, miejscowi przedsiębiorcy, radni, gospodarze, kobiety w ciąży, matki, żony i kochanki. Idą i klękają, wstają i idą. Muzyka smutna, niby kolorowo, ale wygląda to bardziej, jakby to kondukt żałobny się posuwał, by przy kolejnym z ołtarzy upaść na kolana. Wirują mleczne odcienie beżów, pudrowe róże, soczysta, głęboka czerwień. Pomyślałby kto, że to na skutek widzeń świętej Julianny z Cornillon.
- Koty poszły za płoty.
- A widział kto ostatnio nieboszczyka?
- Ależ skąd, teraz to do kostnicy, do chłodni, prosto do kościoła, nie to co dawniej. Zmarły aż do pogrzebu leżał w otwartej trumnie, można było się pomodlić, świeczkę zapalić. Proboszcz do kościoła odprowadził, w kościele jeszcze wieko zdejmowano, żeby z umarłym się pożegnać, pocałować go w policzek albo w czoło.
- Pamiętam, że gdy mój ojciec umarł, ustawiono trumnę w pokoju na stole, leżał tam uśmiechnięty, a sąsiadki w mantylkach, wszystkie na czarno, zanosiły się płaczem od rana do wieczora. Nie mogłem tego znieść, uciekałem od tych egzorcyzmów, wszelkich prób wskrzeszenia. Płakałem po kątach.
- A Jezusa nikt nie widział, jak zmartwychwstał, nikogo przy tym nie było.
- Bo to szabas był, a w tym czasie nawet zrywanie kwiatów jest zabronione, oprzeć o drzewo się nie można, a co dopiero kamień odwalić od grobu.
- Kurwa mać - zaklął któryś z siedzących przy stoliku, zaglądając do pustego kufla. - To powiem wam jeszcze, że pierwszego dnia tygodnia przed grobem Maria Magdalena zobaczyła stojącego tuż za nią Jezusa i nie rozpoznała go, pomyślała, że to ogrodnik.
- Nauczycielu, masz tu ciepłe piwo, lepiej się napij.
- Rabbuni!
- Słuchaj, chłoptasiu, i ucz się od starszych, to ci wyjdzie na zdrowie. Popatrz, jak elegancko zachowuje się gość przy oknie.
- Co?
- Chujów sto.
- Spokojnie.
- Ale nasz młodzieniec niczego nie rozumie.
- Dajcie łyka, na miłość boską...
- Palisz, to pal.
- Spokojnie, nie ma co się denerwować, przecież za swoje pijemy. Wstyd to kraść i z dupy spaść.
- Za twoim przewodem złączym się z narodem.
- Ludzie jednak chcą żyć, więc dostosowują się do swoich czasów.
Dosyć mam już tego aresztu. Z łatwością trafię do drzwi, spróbuję... Gwałtowny jęk sam wyrywa mi się z głębi płuc. Ostry ból w klatce piersiowej. Prawe ramię zwisa bezwładnie. Dłonie i stopy płynnie, choć niepewnie zagarniają pustkę. Przed knajpą jezdnia rozkopana. Zdarta nawierzchnia, pod nią warstwa kostki brukowej - pamiętam ją z dzieciństwa. Przejeżdżał tędy wyścig kolarski, rowery podskakiwały jak na przejazdach kolejowych. A my zaprzyjaźniliśmy się z głupimi dziewczynami, które jeździły autostopem, udając Czeszki, spuszczaliśmy się na linie z balkonu kamienicy, takie tam różne przygody. Aż kiedyś postanowiłem odwiedzić grób dziadka, i pojechałem tam. Była to nieduża jaskinia, właściwie grota, wszedłem do niej i odwaliłem leżący w środku niewielki kamień, pod którym, jak się okazało, leżała martwa suka. Dla dopełnienia obrazu pojawił się też żywy szczeniak, umaszczony podobnie jak ona. Popatrzyłem przez chwilę na to wszystko, po czym przywaliłem ten kamień z powrotem, ale niedokładnie, tak że pysk jej wystawał. Zacząłem dostrzegać, że ona przecież oddycha i otwiera oczy. Każde cierpienie istnieje bez proporcji i równowagi. Wyszedłem z jaskini, by powiedzieć o tym pani Stępniowskiej, która ciągle krząta się po ogródku, przywołuje mnie, dopytuje, chce, żebym wreszcie dał świadectwo prawdzie. Mówi, że nie powinienem stać tak na uboczu. Piłat usiłował to robić, ale krzyż, na który skazał Jezusa z Nazaretu, i prawda Jego królestwa, przenicowały sam rdzeń ludzkiego jestestwa rzymskiego namiestnika. Taka jest rzeczywistość, od której nie można usunąć się na bok, zejść na margines, nie wolno umywać rąk.
W końcu pojąłem, że ktoś wciągnął mnie w najprostszą pułapkę. Jak zwykle. Odwróciłem się, żeby dobiec do drzwi. Zdążyłem zrobić najwyżej dwa kroki, gdy usłyszałem znajomy brzęk, a potem masywne łono zamknęło się przede mną gwałtownie, niewidzialna ręka z trzaskiem przesunęła perspektywę. Zostałem odcięty od padołu ziemskiego, wtłoczony w formę, z której zapewne nigdy nie zdołam się wydostać. Całą siłą naparłem na otaczający mnie świat. Ani drgnął. Mamy z wózkami kołyszą swe niemowlęta pośród traw, kwiaty im w tym pomagają, badyle, fiołki i kaczeńce. Muszę się dostać do piwnicy, żeby drwa przysposobić, bo w nocy ma być chłodno. Pani Stępniowska wślizgnęła się za mną i przyparła mnie do muru, na amory ją wzięło, tuli się do mnie, piersiami napiera, chce do moich ust swymi ustami przywrzeć, ale ja się uchylam, migam się, gdyż zaszła obawa, iż w każdej chwili moja matka nas nakryje, odepchnąłem panią Stępniowską z całych sił, wybiegłem na dwór i co widzę? Pod stodołą na piasku wygrzewają się trzy otyłe ciałka, jakieś grubiutkie kadłubki, smażą się w słońcu, skóra ich spieczona na raka, nic im to nie przeszkadza, śmieją się, dowcipkują, a słońce grzeje tak, że udar gotowy, tłuszcz skwierczy, może nawet one chciałyby się usunąć w cień, ale żadne z ciał nie może się poruszyć, jakby zostały przywiązane do miejsca kaźni. Nie mam szans ich ratować, zresztą sam ciągle czuję się zagrożony, boję się stracić pracę, dlatego wracam na halę produkcyjną, bo tam potrzebują mnie do pomocy, właśnie usuwają, wyrywają z ziemi ogromne pale, muszę szybko znaleźć miejsce na składowanie tego dziadostwa, któryś z robotników popycha mnie, wódki każe się w międzyczasie napić, sam już nie wiem, co mam robić, majstra zapytam, może wie, gdzie jest mój sprzęt do przykręcania zaworów, ewakuować się stąd jest za wcześnie, zresztą znikąd pomocy, a tyle rzeczy się uskładało do przewiezienia, wiele zbędnych przedmiotów, że tylko na śmietnik je wyrzucić, klucze gdzieś tam powinny leżeć, i radio na baterie, którego przecież wszyscy żeśmy słuchali, zabiorę je ze sobą, gdyż w innym miejscu może nie być żadnej muzyki. W drodze do domu dopadły mnie dwie kurwy, poprosiły, żebym je przenocował, że nic mi nie zrobią, najwyżej pokażą mi, jak wygląda prawdziwa miłość. Niezbyt ten pomysł mi się spodobał, ale nie mogłem się od nich uwolnić, gdyż pod ramiona mnie wzięły, a kiedy tylko znaleźliśmy się w mieszkaniu, uciekłem do swojego narożnego pokoju, nie chcąc mieć z cipami nic do czynienia, pewnie natychmiast zechciałyby się dupczyć, a ja nie mam na to najmniejszej ochoty. Niewielka przestrzeń zawalona jest kartonami, skrzyniami po pomarańczach, pośrodku stoi kilka krzeseł, szafa w kącie. Telefony i aparaty fotograficzne mieszają się w paczkach z rocznymi zapasami szamponów i kremów do twarzy, sportowe zegarki z zestawami ręcznie robionych czekoladek, talony na kolację w restauracjach z nożami do ostryg i butelką octu winnego, drogie alkohole z futerałami na okulary.
Tak to wszystko ma się skończyć? Nikt mnie nie znajdzie, bo nikt mnie nie będzie szukał? Nikomu nie przyjdzie do głowy, żeby mnie szukać po świecie? A któż by sobie głowę zawracał zepchniętym na margines samotnikiem? Już dawno zgubiłem klucz do głównych wejść i wyjść. Będę musiał jakoś wytrzymać w tej ciasnocie, żeby mi tylko wody i powietrza nie zabrakło w tym natłoku ciszy. Chociaż z ciszą to już jest najmniejszy problem, bo w uszach nie brakuje mi przeróżnej wirtuozerii wokalnej, frazowania, cieniowania tonu, eterycznych pian i wyrazistych forte. Na szczęście jest jeszcze ta szpara, przez którą można od czasu do czasu popatrzeć na okolicę, co też tam w trawie piszczy. Nie powiem, moje życie wcale nie jest ciężkie, ale jakieś takie znikome, żeby nie powiedzieć - bardzo chujowe. Dlatego przeraża mnie to, że dobrze wykorzystana technologia ma szanse zapewnić mi życie wieczne, uchronić przed starzeniem i chorobami. Jestem zdecydowanie przeciwko wmontowywaniu w ciało sztucznych organów, zamrażaniu zwłok, zwiększaniu możliwości ludzkiego umysłu za pomocą elektronicznych implantów i stałych łączy. Jedyne, co przychodzi mi do głowy, to zamknąć oczy i wrzeszcząc wniebogłosy, bić się z myślami. Z zaciśniętymi pięściami i zamkniętymi oczami tłukę przestrzeń wokół siebie, czując każdy odbijający się pęcherzyk nerek, żółć podchodzącą do gardła. Barki amortyzują uderzenia, kręgosłup się uelastycznił, słyszę szeleszczący oddech. Czy to ma być przełom? To takie cenne. Epizody, epizodziki, garści zebranych po drodze poruszeń w miejscu bliżej nieokreślonym. W kaleki i żałosny sposób trzeba pójść dalej, chociażby o krok.
Na zewnątrz przestrzeń ukształtowała się w coś delikatnie opływowego, szczątki nieba wydają się drobniejsze od ludzi. Dziewczyny przynoszą stare koszule, obrusy, prześcieradła i inne zapomniane domowe szmatki. Wyciągają z torby nożyczki, igłę i nitkę. Na łonie przyrody zszywają, kroją, skracają - po to, by stworzyć oryginalne torby, czapki, maskotki, kosmetyczki i wszystko to, na co mają ochotę. Pani Stępniowska, jeszcze w pełni sił, dołączyła do towarzystwa, by dziergać pończochy. Obróciłem się na pięcie, wiatr lekko zawodził, nie był jednak na tyle silny, żeby z nim walczyć, żeby nie móc zapalić papierosa. Niósł za to wilgoć łąki. Zawahałem się, czy pójść w prawo w kierunku apteki, czy w lewo. Pomyślałem o pani magister, dawno się nie widzieliśmy, co prawda nie mam przy sobie żadnej recepty do zrealizowania, ale porozmawiać zawsze można, tym bardziej że pani Stępniowska zajęta jest szydełkowaniem, więc nie będzie nam przeszkadzać, nie będzie naciskać klamek, przechodzić pomiędzy regałami. Niekiedy kocham się z panią magister, przychodzę do apteki, a ona wywiesza kartkę, że wyszła na chwilę do banku albo po papier do drukarki. Tym razem jest podobnie. Przecież drzwi już są zamknięte, wszystko może się wydarzyć. Od razu poszliśmy na zaplecze. Szybko znalazłem się przy jej ciele. Pani magister przytuliła się do mnie.
Wziąłem jej dłoń w swą dłoń. Drżącą i spoconą, spokojnie, delikatnie, jakby każdy ruch mógł prowadzić do rozsypania się misternie wyrzeźbionego kobiecego ciała. Przesunąłem powoli palcami po kostkach palców - zadrżała. Nie pierwszy raz zdarza się, by ktoś był tak zainteresowany jej dłońmi. Nią samą! Zawsze nękają mnie pytania: co robi, gdzie jest, gdy nie ma mnie przy niej? Przeklęta kobieta! Niszczysz mi życie! Jesteś nikim! Żałuję, że żyjesz, żałuję, że jesteś, żałuję, że ciągle nie mam siły, by z tobą skończyć... Patrzę w tę jasną, promienną twarz i dotykam jej twarzy. To już niedaleko. Całowanie, rozbieranie, szukanie najodpowiedniejszej pozycji, by łatwo było się zbliżyć. Teraz już nie ma co prosić się nawzajem o zachowanie spokoju i rozsądku. Nawet ewentualne pojawienie się pani Stępniowskiej nie zdoła niczego zmienić. Nie przeszkadzają gęstość światła i prostota mebli. Dlaczego nie potrafię się zatracić? Jestem w niej, słyszę jej jęki, czuję ciepło moczu, zamykam oczy i kreślę w powietrzu kształty wazonów i butelek - sztywny strzęp mięsa wciąż ostrzem do niej. Uda rozchylone jak okno, uda niczym dwie wiotkie trzciny uginające się pod ciężarem mego ciała, ach, rozchylajcie się letnią porą, sypkie odnogi grządek i ugorów, niech ziemia rodzi, niech szyby rodzą złociste refleksy, a my kąpmy się w szalejącym oceanie przysiąg!
Chwyciłem ją za dłoń - znów delikatnie trzymam, jednak na tyle stanowczo, żeby już nie cofnąć, jak poprzednio. Do miłości może przywrócić ją ciepło silnych ramion, którymi zostanie objęta. Pomogłem jej wstać, a ona pragnęła tylko, bym nigdy nie przestał jej kochać. Czuła się bezpieczna. Spojrzała mi w oczy. Uśmiechnęła się. Jej twarz jeszcze bardziej spąsowiała. Widzę rzęsy, przyprószone brokatem, który wniknął również w gęstą siatkę zmarszczek pokrywających jej twarz. Ściany mętnieją w oczach, aksamitny pył osiada na menzurkach, cylindrach, tubkach i innych opakowaniach z miksturami. Wiązki światła wypełzają spomiędzy żaluzji i głaszczą przesiąknięty bielą chałat pani magister. Patrzę na jej piersi, przyspieszony oddech mnie drażni. Czuję pulsującą pod skórą krew, ruch powiek i trzepot rzęs. Przykładam do czoła chłodny pusty flakon i wciągam w płuca mętny dym papierosa. Zamiast przemyśliwać westchnienia i niemożliwe tęsknoty, powinienem wybiec na dwór i spijać słońce wprost z nieba. Jak najczęściej podejmować ryzyko otarcia kolan, wspinać się na najwyższe gałęzie i krzyczeć na całe gardło, oczyszczać się z niezdrowej melancholii i trującego smutku.
Nie interesuje mnie to, że wszyscy się rozbiegli, że moszczą się w łanach traw i smagają źdźbłami. Obwąchuję ślady, obserwuję dźwigające się łodygi i gładzę długie soczyste gałązki brzózek. Lubię usiąść na miedzy, tam, skąd widać pola i odległe wioski, i dawać się przewiać na wskroś. Rozpamiętuję przeszłość, bo nie potrafię odnaleźć momentu, kiedy mój los został przesądzony, kiedy złośliwy Bóg rzucił o ziemię tysiącem twarzy. Uświadamiam sobie, jak bardzo troszczymy się o to dotychczasowe bycie, każdego dnia szukając jakiegoś uchwytu w prostej czynności, gdy sięgamy po największy skarb tego drugiego człowieka, jego oczy jak klejnoty lśniące łzami, gdy nas żegnają. To życie, tak cicho milczące, razem z odlatującymi motylami unosi się wśród tumanów kurzu. Tak widzę panią Stępniowską, jak naga, na kilka dni przed śmiercią, stoi pośrodku swego ogrodu. Nagusieńka pochyla się nad bratkami, bez wstydu kuca i oddaje mocz. Zdaje się, jakby cofnęła się do okresu niemowlęctwa. Bawi się kwiatami i gaworzy. Jej pamięć poblakła, pożółkła i nie rozbłyśnie już nigdy pełnią barw i wyrazistości. Jej ciało staje się blade i zimne.
Odezwałem się do niej, ale ona nie odpowiada. Muszę odnaleźć kogoś z rodziny, przecież trzeba zabrać ją z ogrodu, bo jak to wygląda, nagość nie przystoi żadnej duszy. Wywołałem z domu Jerzyka i mówię mu, co i jak. Nawet się nie zdziwił, nieraz już matka niepostrzeżenie opuszczała łóżko, nie dało się jej upilnować. Ona już w ogóle nie wie, co się z nią dzieje, do ogrodu ją ciągnie, pośród grządek nie zauważa, że czas przepłynął przez nią niczym górski potok. Już dawno jest spakowana i gotowa do drogi.
Prawie codziennie przechodzę obok ogródka pani Stępniowskiej. Mielę przeszłość na słowa, zdania, żeby tylko nie stać się zwierzęciem.