Polybius - Collin Armstrong

Kup ebooka

39.99 zł
35.99 zł (30,79 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog

Sinneslöschen. Dziwna nazwa. Thom nie potrafił określić jej pochodzenia - niemiecka, skandynawska? W sumie nie miało znaczenia, skąd pochodziła firma. Najważniejsze, że się zamknęła, a Thom parkował przed jej dawnym biurem, gotowy zabrać resztki po tym, jak właściciele ostatecznie się zwinęli.

Chociaż na drukowanych ulotkach i w reklamach publikowanych w "Mercury News" w San Jose w Kalifornii ogłaszał się jako "Thom Mazzy - Zarządzanie mieniem", Thom wiedział dokładnie, na czym polegał jego biznes: był śmieciarzem. Wszystko, co zabierał z biur upadłych firm - meble, instalacje, okablowanie czy cokolwiek jeszcze zostało - trafiało do domu aukcyjnego. Który był tak naprawdę wysypiskiem, tyle że ładniejszych śmieci. To nie tak, że Thom nie traktował swojej pracy poważnie, po prostu nie lubił upiększać sposobu, w jaki zarabiał na życie. Ale ludzie nie chcieliby robić interesów z kimś, kto sam siebie nazywa śmieciarzem, dlatego Thomas Mazzy już dawno mianował się "zarządcą mienia", a jego reklama w książce telefonicznej wołała: "Yes, MADAME!".

W całej Dolinie Krzemowej, jak nazywał ją świat zewnętrzny, wszystkie rozmowy wydawały się kręcić wokół pretensjonalnych bzdur na temat czyjejś pracy - kto kogo znał, dlaczego był w mieście, nad jakim "cudownym czymś tam" pracował. Firmy oferujące nieokreślone usługi, o tajemniczych nazwach takich jak Symantec, Activision czy Electronic Arts, wyrastały jak grzyby po deszczu. Każdy twierdził, że jest kimś lub czymś, czym najprawdopodobniej nie był.

Thom żartował, że jest specjalistą od porażek. W końcu gdyby inne firmy nie upadały, jego biznes by zbankrutował. Zarabiał na życie, zbierając resztki, gdy już wszystko trafiał szlag. Dolina Krzemowa była nowym Dzikim Zachodem. Rola faceta, który sprzątał ciała z ulicy po strzelaninie, nie była prestiżowa, ale pracy nie brakowało.

Ten beztroski cynizm pomagał mu maskować poczucie niższości, jakie od dawna wywoływał w nim fakt, że pracował fizycznie w mieście, w którym liczył się przede wszystkim umysł. Thom doszedł do wniosku, że jeśli sam będzie kpił ze swojej pracy, nikt nie będzie mógł go oskarżyć o zbyt poważne traktowanie posady, dzięki której raczej nabawi się przepukliny, niż zapewni sobie przyzwoitą emeryturę.

Pierwsze zlecenie "zarządzania mieniem" we wrześniu 1982 roku nie różniło się od innych. Dom aukcyjny Gordon-Smith Antiquities, z którym regularnie współpracował, wszedł w posiadanie wszystkiego, czego nie można było uznać za element budowlany, w magazynie służącym jako centrum badań i rozwoju firmy Sinneslöschen. Thom ze swoją ekipą dostawali pieniądze za to, że wejdą do środka i wyniosą każdy przedmiot, jaki Gordon-Smith będzie mógł potencjalnie sprzedać. "Wszystko" oznaczało wszystko, w niektórych przypadkach nawet okablowanie ze ścian i żarówki. Thom dostrzegał ironię faktu, że niektóre przedmioty przenosił w inne miejsce, które być może będzie patroszył za rok. Czasami zastanawiał się, jak często, nawet nie zdając sobie z tego sprawy, wyciągał i zwijał te same kable telefoniczne.

Patrzył, jak na parking przed pustym obecnie biurem Sinnes­löschen wjeżdża Bernie Coen z dwoma siedemnastoletnimi osiłkami, przepychającymi się na pace zardzewiałego F-150. Poza sobą i Berniem zatrudniał na czarno uczniów college'u i studentów. Oni mieli pieniądze na piwo, a on dodatkowe mięśnie, żeby jego własne mogły odpocząć.

Bernie przedstawił chłopaków jako Kevina i Chrisa. Gdy tylko wysiedli z furgonetki, zaczęli wygłupiać się na parkingu. Gdy ruszyli w stronę wejścia, Thom posłał Berniemu pytające spojrzenie.

- Znasz ich?

- Przez mamę Kevina - odparł Bernie, na co Thom uniósł brew. - To nie tak.

Thom nie był taki pewien. Jak na faceta w średnim wieku, z zerowymi perspektywami i ćwiercią pozostałych na głowie włosów, Bernie prowadził zaskakująco bujne życie seksualne.

W tej robocie nigdy nie było wiadomo, czego się można spodziewać. Gordon-Smith płacił Thomowi za każdą załadowaną paletę, ale zawsze istniało ryzyko, że się natną. Mogłeś wejść do magazynu i przekonać się, że jest pusty. Sinneslöschen na pierwszy rzut oka wyglądało obiecująco - poza brakiem ekspresu do kawy recepcja wydawała się nietknięta. Na biurku znajdowały się schludnie ułożone długopisy, zszywacz, a w doniczce wielka, spragniona wody roślina. Thom niemal się spodziewał, że wyjdzie do nich sekretarka i oznajmi, że pomylili adres.

Przechodzili przez kolejne gabinety, z których składała się frontowa część budynku. Całe wyposażenie wydawało się kompletne, jakby w każdej chwili ktoś mógł tu wejść i od razu otworzyć interes. "Jeżeli wszystko tak wyglądało, pomyślał Thom, to widywał gorsze miejsca".

Przenieśli się z biur do ogromnego skrzydła badawczo-rozwojowego, oddzielonego ciężkimi stalowymi drzwiami zamkniętymi na dwie zasuwy. Thom przerzucał klucze, dopóki nie znalazł pasującego do obu zamków. Drzwi otworzyły się z głośnym szczęknięciem. Patrzyli osłupiali, jak wiele rzeczy tu zostało. Thom skupiał się na dużych przedmiotach, takich jak meble czy armatura, podczas gdy Bernie tropił resztę: narzędzia, elektronikę, surowce do produkcji tego, co tu wytwarzano.

Nie potrzebowali dużo czasu, żeby się zorientować, że los się do nich uśmiechnął, ale Thoma ogarnęło niejasne, niemiłe uczucie co do tego miejsca. Było zbyt kompletne, zupełnie jakby ci, którzy tu pracowali, po prostu... zniknęli. W kącie zagraconego warsztatu dostrzegł na biurku kalendarz otwarty na stronie z datą 5 marca 1982 roku.

Bernie zauważył jego spojrzenie.

- O co chodzi?

Thom wskazał głową datę.

- Myślisz, że wtedy ktoś tu był po raz ostatni? To było... siedem miesięcy temu.

Niezainteresowany Bernie już szedł dalej.

- Trzy lata temu dostałem taki od siostry na Chanukę. Zapomniałem o nim i przestałem zrywać kartki. To był kiepski prezent.

Jednak Thomowi nie dawało to spokoju. "Wszystko tak po prostu tu stało przez cały ten czas?" Przesunął palcem po blacie, rysując linię w grubej warstwie kurzu.

Przywodziło mu to na myśl historię, którą czytał w dzieciństwie w książce o statkach widmo. Na morzu znaleziono dryfującą łódź: posiłki nadal stały na stołach w nietkniętej kantynie, a poza załogą nic nie zginęło. Zupełnie jakby wszyscy w jednej, spontanicznej chwili bez żadnego konkretnego powodu postanowili wyskoczyć za burtę.

Fakt, że Chris i Kevin beztrosko kopali do siebie wysłużoną piłkę, którą znaleźli pod stołem warsztatowym, nie poprawiał samopoczucia Thoma - kto zostawia coś tak osobistego?

W cztery godziny załadowali na palety wszystko z biur na froncie: z wyglądu nowe, modne meble, rzędy stalowoszarych szaf na dokumenty, niezliczone pudła artykułów papierniczych. Kiedy Thom próbował unieść palmę, wszystkie liście opadły na podłogę i roślina wylądowała na śmietniku, ale cała reszta została załadowana na pakę wysłużonej furgonetki.

A jeszcze nie ruszyli części fabrycznej.

Thom sam pojechał do Gordon-Smith Antiquities i rozpakował palety, żeby Bernie z chłopcami mogli kontynuować pracę. Wetknął głowę przez drzwi gabinetu Mili Novik, kierowniczki do spraw obsługi klienta - bardzo ładnej i, wnioskując z kilku poprzednich interakcji, bardzo niezainteresowanej czymkolwiek poza zawodowymi relacjami z Thomem.

- Cześć, Mila.

- Och, cześć. - Coś w jej głosie, jakaś nuta niechęci, sprawiło, że poczuł ciężar w żołądku, jakby już się przygotowywała, by znów go spławić.

Thom szybko próbował znaleźć wymówkę.

- Ja tylko... Czy ty, yyy... Wiesz cokolwiek o tym zleceniu? O tym miejscu? Sinne-coś tam?

Mila wzruszyła ramionami.

- Wydaje mi się, że produkowali gry wideo.

I tyle. Thom zastanowił się, czy nie spróbować wydobyć z niej więcej informacji, ale wiedział, że wyjdzie na idiotę.

Godziny płynęły, a oni przedzierali się przez część fabryczną, ładując i opisując paletę za paletą stołów warsztatowych, narzędzi i olbrzymich szpul miedzianego drutu. Niepokój Thoma zastąpiła dezorientacja. Oczywiście nie wiedział prawie nic o tym, co działo się w miejscach, do których opróżniania był wynajmowany - "badania", "produkcja", "testy" były jedynymi słowami, jakie rozumiał - i to nie tylko w wypadku Doliny Krzemowej. Ale przez te wszystkie lata widział wystarczająco dużo hal fabrycznych, żeby rozpoznać typowe narzędzia.

Tutaj wszystko wyglądało dziwnie - nie źle czy nieprofesjonalnie. Niekonwencjonalnie. Rzędy prostokątnych szklanych ekranów wyglądały, jakby wyszły spod rąk rzemieślnika. Ich wklęsłą stronę pokrywało coś, co musiało być tysiącami kropeczek wielkości łebków od szpilki, wykonanych ze srebrzystej żywicy. Ważyły o wiele więcej niż cały telewizor tego samego rozmiaru. Wszystkie płytki drukowane i układy zasilania wydawały się zbyt skomplikowane. Fakt, że w zasięgu wzroku nie było żadnego ukończonego produktu ani prototypu, nawet w formie wydruku czy szkicu, sprawiał, że miejsce wydawało się jeszcze bardziej tajemnicze.

Thom zachował te rozmyślania dla siebie i praca posuwała się w równym tempie, z przerwą na lunch, który zjedli w przestronnej hali, ponieważ padał uporczywy deszcz. Późnym popołudniem jeszcze dwa razy pojechali do Gordon-Smith i część fabryczna znacznie opustoszała.

W trakcie pakowania kilku rzędów regałów ciągnących się aż na tył hali Thom natrafił na coś niespodziewanego: drzwi, idealnie wpasowane w ścianę i pozbawione klamki, szczelnie zamknięte na dwie solidne zasuwy. Nie były ukryte, ale przez sposób osadzenia i ustawienie regałów trudno je było zauważyć. Gdyby nie przeszukiwali tego miejsca tak dokładnie, to by je przegapili.

Thom wyłowił z kieszeni zniszczonych dżinsów pęk kluczy i wypróbowywał każdy po kolei, szukając tego, który będzie pasował. Wkrótce dołączył do niego Bernie, a ciekawość przygnała też Chrisa i Kevina.

Chris wskazał głową drzwi.

- Zdejmijcie je z zawiasów.

Kevin pociągnął go za ramię, wskazując na spoiny.

- Są od środka, kretynie.

Bernie podszedł bliżej, oglądając dziwną konstrukcję.

- Jesteś pewien, że nie masz klucza?

Thom rzucił mu pęk.

- Może go przegapiłem. - Ale nie przegapił i dobrze o tym wiedział. Z wysłużonej torby z narzędziami wyjął łom i wrócił do drzwi. Bernie, który nadal sprawdzał klucze, zorientował się, co jego szef chce zrobić, i szybko cofnął się o krok.

Thom wcisnął łom między drzwi a framugę i naparł na niego całym ciężarem ciała. Framuga zaczęła pękać - powoli ustępowała. Kiedy się pochylił, z kieszeni flanelowej koszuli wypadł mu kawałek papieru i przylgnął do krawędzi drzwi. Przez chwilę wszyscy się w niego wpatrywali, niepewni, co się właśnie wydarzyło.

Thom wydobył ich ze stuporu, wyciągając rękę i odrywając kartkę od framugi, po czym przesunął po niej dłonią i poczuł ciąg powietrza. Cofnął się o krok i znów upuścił papier. Wszyscy patrzyli, jak został pochwycony w locie i przyssany do szczeliny drzwi. Nakazując pozostałym, by się cofnęli, Thom ponownie naparł na łom, płyta gipsowo-kartonowa zaczęła się rozszczepiać, aż w końcu drzwi z głośnym trzaskiem stanęły otworem.

Wnętrze ukrytego pokoju wyglądało jak żywcem wyjęte z filmu 2001: Odyseja kosmiczna - od podłogi po sufit biel, gładkie powierzchnie z kilkoma widocznymi liniami, niemal sterylne. W środku musiał być odrębny system wentylacyjny, głośniejszy niż w hali głównej i na tyle mocny, że w niektórych miejscach czuło się powiew chłodu.

- To cleanroom, pomieszczenie czyste - stwierdził Bernie, na co odpowiedziały mu trzy tępe spojrzenia. - Używa się go, kiedy nie chcesz, żeby cokolwiek zanieczyściło to, nad czym pracujesz. Albo żeby to, nad czym pracujesz, nie wpływało na ciebie.

Chris zamarł.

- Mówisz poważnie? To jest niebezpieczne?

Bernie uśmiechnął się sarkastycznie.

- Ten pokój cię nie zabije. Nie ma tutaj masek, kombinezonów ani rękawiczek. Po prostu robota, którą wykonuje się w takich miejscach, wymaga ostrożności. Wystarczy drobinka kurzu lub włos i masz przechlapane.

"Jak zwykle...", pomyślał Thom. Kiedy komuś brakowało rozeznania w tych wszystkich dziwacznych dziedzinach, na których znał się Bernie, facet robił, co mógł, żeby dać do zrozumienia, że przecież każdy to wie. Thom znał Berniego od lat i cenił jego pracę, etykę zawodową oraz przyjaźń, ale czasami miał ochotę mu przyłożyć za to, że był takim pyszałkowatym sukinsynem.

Na stole warsztatowym - zgodnie z jego przeznaczeniem - pozostawiono kilka narzędzi, ale oprócz stojącego na środku samotnego automatu do gry pomieszczenie czyste było, no cóż, wyjątkowo czyste.

"Oczywiście, automat do gry".

To był automat do gier na monety, ale nie miał żadnego szyldu nad ekranem ani nadruków po bokach; zwykła biała płyta wiórowa z wrzutnikiem monet oraz standardowym joystickiem i przyciskami. Identyczny jak maszyny w salonach gier. A mimo to przed ukończeniem został porzucony jak wszystko inne w Sinneslöschen.

Chris dostrzegł z tyłu maszyny kabel, podłączył go do prądu i pudło z dykty z szumem obudziło się do życia. Już kiedy na migoczącym ekranie zaczęły przewijać się pliki startowe, stało się jasne, że mężczyźni patrzą na coś innego. Obraz był niewiarygodnie żywy, efekty wizualne - na razie jedynie tekst - tak precyzyjne i wyraźne, że każdy, kto kiedykolwiek widział jakiś automat, wiedział, że ma do czynienia z czymś niezwykłym.

W końcu na ekranie pojawiła się nazwa: "Polybius".

NACIŚNIJ START - zachęcał monitor.

- Super. Wracamy do pracy - burknął Bernie, wyprowadzając Chrisa i Kevina z pomieszczenia i zostawiając Thomowi spisanie inwentarza.

- Co to tutaj robi? - Minęła chwila, zanim Thom się zorientował, że nie ma nikogo, kto mógłby udzielić mu odpowiedzi. Wszyscy wyszli, a on nawet tego nie zauważył.

Zaczął obchodzić pomieszczenie, spisując przedmioty. Trudno było mu jednak nie zerkać na ekran, właściwie nie mógł oderwać od niego wzroku. Przeciął pokój i stanął przed automatem jak zahipnotyzowany. Nie lubił gier wideo - Atari 2600, które kupił kilka lat temu, leżało w pudle w garażu - ale teraz nie mógł się oprzeć migoczącej pokusie.

Wyjął z kieszeni ćwierć dolara, wrzucił do otworu i nacisnął mały, podświetlany guzik z napisem START. Z dłońmi zawieszonymi nad joystickiem i przyciskami, które składały się na panel sterujący, Thom patrzył, jak wokół napisu na ekranie pojawia się siatka linii, stopniowo wchłania litery i układa się w labirynt, który staje się coraz bardziej skomplikowany i coraz szybciej narasta, aż ostatecznie zajmuje cały ekran. Perspektywa przesunęła się ku wejściu do labiryntu.

Thom oniemiał z wrażenia, nigdy czegoś takiego nie widział. Poziom szczegółowości i płynność ruchu przypominały film. Przed nim rozciągała się ścieżka prowadząca w ciemną przestrzeń, ograniczoną z obu stron kamiennymi ścianami jak w jaskini.

Pchnął joystick do przodu i wszedł w labirynt. Spojrzał w lewo, potem w prawo. Wypróbował przyciski: jednym skakał, drugim unosił latarkę. Cofnięcie joysticka zmieniało punkt widzenia. Daleko za jego plecami coś się czaiło. Przypominało człowieka, ale było ukryte w ciemności, z tej odległości zbyt niewyraźne i rozmazane, żeby to zidentyfikować. Było bardziej jak wytwór wyobraźni majaczący w mroku. Kiedy ruszyło, delikatnie się kołysząc, dało się dostrzec błysk czegoś, co wyglądało jak srebrzysty blask oczu wysyłających maleńkie kuleczki rtęci, które znikały i znów pojawiały się w ciemności.

"Może powinienem tam pójść", pomyślał Thom. Ale gdy szedł w kierunku zjawy, ona ruszyła w jego stronę. Thom odruchowo puścił joystick i sterowana przez niego postać zamarła. Zjawa na chwilę też, jakby odzwierciedlała jego ruchy. Jednak potem zrobiła krok w jego stronę. I następny. I jeszcze jeden - zdecydowany - a ziemia chrzęściła pod jej ciężkimi stopami.

Czuł, że coś jest nie tak.

Thom mocno pchnął joystick do przodu, wbiegł do jaskini i znalazł się w labiryncie.

Kiedy biegł, słyszał za sobą zjawę. Zbliżała się. Niemal czuł jej oddech na karku. Wiedział, że nie może się zatrzymać. Gdyby to zrobił, dopadłaby go i wszystko by się skończyło.

Dopiero dłoń Berniego na ramieniu przywróciła Thoma do rzeczywistości.

- Szefie, nic ci nie jest?

Thom czuł się tak, jakby został wybudzony z głębokiego snu. Nie miał zielonego pojęcia, ile czasu minęło, odkąd stanął przed automatem. Rozbawiony jego dezorientacją, Bernie przyglądał mu się, a krzywy uśmieszek na jego twarzy wywołał w Thomie niespodziewaną, gwałtowną niechęć.

Zerkając na skromny spis inwentarza Thoma, Bernie zapytał z lekkim niedowierzaniem:

- To wszystko?

Thom warknął:

- A co, jestem za głupi, żeby spisać pierdoloną listę?

Prawda była taka, że Thom pominął więcej niż kilka przedmiotów, w tym ewidentnie sam automat. Jednak jego myśli zaprzątało co innego, odtwarzał w głowie słowa, które uznał za kolejny przytyk ze strony Berniego, kwestionujący jego inteligencję.

Bernie, zaskoczony jadem w jego głosie, uniósł dłoń, jakby chciał powiedzieć: "Nie miałem zamiaru cię urazić", ale wywarło to odwrotny efekt i Thom zmrużył oczy, zakładając, że ktoś nakazuje mu, jak ma się czuć.

W ułamku sekundy Thom rzucił się do przodu i zacisnął dłonie na szyi Berniego. Bernie walczył, ale Thomem kierowała jakaś mroczna, pierwotna energia - nie było sposobu, by uwolnić się z jego uścisku. W Thomie buzowała ta sama złość, którą przełykał, znosząc wszystkie drobne zniewagi ze strony losu: gdy utknął w korku, gdy ktoś przerwał mu rozmowę, gdy został odtrącony przez kobietę. Okazało się, że wszystko, co nauczył się ignorować, nadal w nim tkwiło i czekało na tę chwilę, by wychynąć z ciemności.

Thom czuł, jak pod wiotką skórą szyi Berniego wyginają się kości, widział, jak w oczach pękają mu naczynka, gdy przyjaciel rozpaczliwie łapał powietrze i próbował się uwolnić. Mokre, nieregularne chrupnięcia pękającego kręgosłupa brzmiały dla niego jak rapsodia. Rzucił martwe ciało na podłogę i wyszedł z pomieszczenia w poszukiwaniu Chrisa i Kevina. "Małe zasrańce". Nigdy w życiu nie miał tak jasno i wyraźnie sprecyzowanego celu.

Jednak w rzeczywistości Thom ani drgnął, a Bernie nadal stał z uniesioną dłonią.

Świadomość wracała Thomowi falami, każda następna była silniejsza niż poprzednia. To wszystko rozegrało się w jego głowie; wyobraził sobie ten potworny czyn, a co gorsza, czerpał jakąś niepohamowaną przyjemność z wyduszania życia z drugiego człowieka. Człowieka, którego znał i któremu ufał.

Poczuł mdłości, nie mógł przestać się pocić ani przestać myśleć o tym, jak bardzo wydawało się to realne... jak boleśnie właściwe. Sam siebie pocieszał w duchu, że po prostu stracił chwilę na pokręcony sen na jawie. I tyle. To było dziwaczne, ale nie miało nic wspólnego z tym, jaki był naprawdę. To na pewno przez to miejsce. Cały dzień wysyłało w jego stronę złe wibracje i pozwolił, żeby zmąciło mu umysł.

Bernie zorientował się, że coś jest nie tak, odłożył spis inwentarza i podszedł do przyjaciela. Thoma, nadal próbującego oddzielić sen od rzeczywistości, niespodziewanie sparaliżował strach - kilka sekund temu Bernie leżał martwy na podłodze, a teraz idzie w jego stronę? Cofnął się z trwogą w oczach i wpadł na stół warsztatowy. Bernie znieruchomiał. Nie rozumiał, co ani dlaczego mogło tak wytrącić Thoma z równowagi, więc znów zapytał:

- Szefie, dobrze się czujesz?

Thom przez długą chwilę tylko się w niego wpatrywał, aż w końcu otrząsnął się z nieprzyjemnego wrażenia na tyle, na ile mógł, i skinął głową. Spojrzał na zegarek i zdębiał.

- Która godzina?

Bernie zerknął na swoje Casio.

- Siedemnasta trzydzieści. Jesteś pewien, że...

"Siedemnasta trzydzieści?"

Od momentu, gdy znaleźli pokój, minęły dwie godziny. Prawdopodobnie dziewięćdziesiąt minut od wyważenia drzwi i przynajmniej godzina, odkąd Thom został sam. Kiedy zaczął grać? Nie pamiętał niczego od chwili, gdy Bernie, Chris i Kevin wyszli, zostawiając go ze spisem inwentarza.

- Dobrze wczoraj spałeś? - Bernie także próbował zrozumieć, co się, u diabła, przed chwilą stało, ale nie potrafił zadać właściwych pytań.

- Tak, dobrze. Po prostu odleciałem. - Thom oderwał na chwilę wzrok od Berniego i rozejrzał się po śnieżnobiałym, pustym pomieszczeniu. - To miejsce jest trochę przerażające, co? - zapytał i roześmiał się, by rozładować napięcie, nie potrafił jednak ukryć zdenerwowania. Bernie chciał coś powiedzieć, ale Thom wskazał głową na drzwi. - Mamy godzinę. Dopilnuj, żeby ci dwaj nie bumelowali, dobrze?

Zaskoczony dziwną wymianą zdań, Bernie przytaknął i ruszył do drzwi. Cieszył się, że stamtąd wychodzi. Chciał być jak najdalej od Thoma.

Thom, który znowu został sam, próbował odtworzyć kolejność wypadków. Jednak bez względu na to, co robił i jak bardzo się starał, miał w pamięci lukę - nie wiedział, co wtedy robił. Była tylko pustka. A wyobrażenie sobie, że kogoś zabija, było tak realistyczne, że aż musiał zerknąć przez drzwi cleanroomu, by się upewnić, że Bernie nadal oddycha.

"Cleanroom".

Ni z tego, ni z owego osobliwe sformułowanie Berniego znowu wywołało w nim złość. "Do kurwy nędzy. Dlaczego on musiał to mówić? Po co w ogóle poruszać ten temat? Kogo to obchodzi? Pewnie ci biedni chłopcy też poczuli się jak idioci. Ale wszyscy to wiedzą, prawda, Bernie? Pierdolony dupek", pomyślał. "Przysięgam na Boga, jeśli jeszcze raz to zrobi, to go, kurwa, zabiję".

Mózg Thoma uruchomił wsteczny bieg. "Nie zrobiłbym tego", pomyślał. "Nie mógłbym". Te zmiany perspektyw wpędzały go w paranoję, że powie lub zrobi coś, czego nie powinien. Nie mógł się ruszyć, jego umysł miotał się między głębokim żalem za to, co zrobił w wyobraźni, a wściekłością na Berniego, która go rozgrzewała niczym ogień; pożar w jego wnętrzu rozprzestrzeniał się, gotując mu krew i kości.

Kątem oka widział migoczący ekran, lśniący tak jasno, że wydawał się wypalać kąciki oczu. Wszędzie, gdzie spojrzał, widział smugi światła, widmowy kształt czający się tuż poza zasięgiem jego wzroku. Chcąc się tego pozbyć, zacisnął mocno powieki, ale światło stało się jeszcze intensywniejsze, blade smugi zamieniły się w falę płynnych, ciemnych linii, które rozlały się po całym pokoju, pulsując w rytm jego serca. Łup, puls, łup, puls.

Nagle coś zakłóciło ten rytm - głośny chrzęst. Odgłos zjawy zmierzającej ku niemu z ciemności.

Thom gwałtownie otworzył oczy i zobaczył, że stoi przed automatem, z dłońmi zawieszonymi nad przyciskami. Nie czuł, że się poruszył; nie zrobił ani kroku.

"A może tak?"

Nagle ekran stał się czarny, dźwięk ucichł. Thom zobaczył kucającego nieopodal Chrisa, który zwinął kabel i przykleił go z tyłu automatu. W drzwiach czekał Kevin z wózkiem.

- W tamtym pomieszczeniu już skończyliśmy. Pan Coen poprosił nas, żebyśmy zaczęli wynosić rzeczy stąd - powiedział.

Kiedy chłopcy ładowali automat na wózek, Thom odsunął się na bok. Nawet nie pomyślał, żeby zaproponować im pomoc. Tylko patrzył, znów usiłując sobie przypomnieć, co się wydarzyło i gdzie się podział czas.

Zobaczył, że Bernie z osobliwym uśmieszkiem na twarzy obserwuje z drugiego pomieszczenia, jak Chris wywozi automat. Jego uśmiech wydawał się pobłażliwy, jakby przyłapał Thoma na obijaniu się, ale jednocześnie rozumiał, że trzeba sobie zrobić chwilę przerwy, nawet podczas pracy.

A może Bernie po cichu się z niego nabijał, posyłając jakiegoś głupiego dzieciaka, żeby wykonał jego robotę? Milcząc, dawał mu do zrozumienia, że stracił godzinę, wpatrując się jak idiota w ekran, i że przyłapał go na uchylaniu się od obowiązków; że wszystko szłoby lepiej, gdyby to on był szefem, a Thom słuchał poleceń?

"Pierdolić go", pomyślał Thom, przecinając pustą teraz halę, a jego kroki odbijały się echem w wielkiej przestrzeni. "Zabiję go".

Rozdział 1

Pieniądze z Doliny Krzemowej płynęły tak wartkim strumieniem do małego miasta Tasker Bay na północy Kalifornii, że jednym z najczęściej dyskutowanych tematów wśród "starych" mieszkańców było zagadnienie, kiedy miasto tak naprawdę zaczęło się zmieniać. Wielu nadal postrzegało je jako miasto rybackie, rolnicze. W rzeczywistości w tej chwili było to po prostu miasto, w którym ludzie spędzali wieczory i weekendy, a nie miejsce, w którym zarabiali na życie lub wnosili cokolwiek znaczącego do otaczającego ich świata.

Kombinacja niskich w porównaniu z San Jose cen nieruchomości oraz bliskości Doliny Krzemowej przemieniła w ciągu ostatnich pięciu lat biedne nadmorskie miasteczko klasy pracującej w elegancką podmiejską miejscowość. Tym, którzy nie sprzedali swoich domów i nie wyjechali, coraz trudniej było związać koniec z końcem w miejscu, w którym ceny rosły szybciej niż pensje. To, co dotychczas dostarczali mieszkańcy - grzyby, paprykę i zieleninę, sieci pełne prążkowanych okoni, kłębiących się w zatoce, od której miasto wzięło swoją nazwę, oraz usługi, jakich wymagało funkcjonowanie miasta - nie interesowało rezydentów nowego typu. Im zależało jedynie na kupnie nieruchomości, za które płacili tak zawrotne kwoty, że większości mieszkańców odmowa sprzedaży wydawała się głupotą.

Ci, którzy nie sprzedali, mieli poczucie, że grunt usuwa się im spod nóg. Że już wkrótce większości z nich nie będzie stać na życie w tym mieście. W ich domu. To wywoływało w ludziach narastający niepokój. Atmosfera stawała się coraz bardziej nerwowa. Wrzała niechęć. I chociaż nikt nie mówił tego głośno, było tylko kwestią czasu, zanim ta wrogość przyniesie realne konsekwencje.

Andi Winston i jej matka Rachel należały do nowych mieszkańców Tasker Bay, chociaż nie przyjechały tutaj w poszukiwaniu taniej nieruchomości. Szukały schronienia. Małżeństwo Rachel z Devonem, ojcem Andi, w ciągu ostatnich kilku lat zmieniło się z chwiejnego w niestabilne. Jego otwarta pogarda dla żony zaczęła mieć wpływ na Andi, a wahania nastrojów, na jakie cierpiał, stały się nie tylko częstsze, ale też coraz bardziej gwałtowne. Devon już dawno odmówił leczenia i chociaż Rachel była czynną zawodowo lekarką, była też jego żoną, którą winił za wszystko, co szło źle. Lekarka czy nie - miał to w nosie; była ostatnią osobą, której rad by słuchał. Zwłaszcza po tym, jak zasugerowała, że może cierpieć na chorobę dwubiegunową.

Straty, jakie to wszystko powodowało w jej relacji z Andi, w końcu stały się nie do zniesienia, więc Rachel zamknęła swój gabinet medycyny rodzinnej w Dobern, na przedmieściach San Jose, i przeprowadziła się z szesnastoletnią wówczas Andi do Tasker Bay, gdzie rozkwitająca społeczność przesiedleńców z radością przyjęła lekarkę pochodzącą z "nowoczesnego" świata, który niedawno opuściła.

Andi rozumiała, że między rodzicami nie układa się zbyt dobrze. Nie wiedziała dlaczego, chociaż miała swoje teorie - wiele z nich dotyczyło tego, co jej ojciec mówił o braku wiary ze strony matki w firmę programistyczną, którą próbował postawić na nogi, a pośrednio także w niego samego. Wiedziała, że ojciec nie był idealny, ale nigdy nie poznała całej historii, ponieważ Rachel starannie ją ukrywała, żeby - jak twierdziła - chronić córkę. Dlatego wzorem do naśladowania był dla niej raczej ojciec niż matka, zwłaszcza że od dzieciństwa marzyła o pracy z komputerami.

Dzięki Devonowi w domu zawsze było pełno technologii. Znosił do domu wszystkie nowinki, które dopiero co trafiały na sklepowe półki: kamery, gry wideo i komputery, po czym natychmiast je rozkładał, żeby sprawdzić, jak działają.

Andi jako dziecko miała zwyczaj rozbierania zabawek na części, by zobaczyć, z czego zostały zrobione; nic zatem dziwnego, że od wczesnych lat pociągała ją amatorska inżynieria ojca. Spędzali razem całe godziny pogrążeni w cichej pracy, mozolnie rozkładając urządzenia na części, spekulując na temat tego, jak działają i co mogliby zrobić, żeby je zmodyfikować lub ulepszyć. Te chwile wykluczały Rachel z ich wspólnego świata i ugruntowały wyobrażenia Andi na temat własnej przyszłości.

Przeprowadzka nigdy nie jest łatwa, a dla nastolatki w połowie szkoły średniej była wyjątkowo trudna. Andi nie miała najmniejszej ochoty zaczynać wszystkiego od nowa w Tasker Bay i jeszcze zanim ciężarówki firmy przeprowadzkowej wyjechały z Dobern, wiedziała, że długo tu nie zagrzeje miejsca. Jej dom, jej przyszłość były w Dolinie Krzemowej. Devon często mówił o tym, że zaraz po szkole przyjmie Andi na praktyki. Tak dobrze radziła sobie z nauką poprzez działanie, że więcej wyniosłaby z pracy niż ze studiów i teorii. To praktyki potrzebowała.

Rachel wiedziała, że taki sposób zdobywania doświadczenia, do jakiego zachęcał Devon, nie był powszechny w Dolinie Krzemowej, zwłaszcza wśród młodych kobiet. Wiedziała też jednak, że jeśli cokolwiek pójdzie nie tak, Andi zostanie na lodzie, ponieważ zawsze nadchodził moment, w którym Devon rozkładał ręce i odchodził. Dokładnie tak, jak postąpił z nią - namówi Andi do podjęcia ważnej życiowej decyzji, a potem nie dotrzyma swojej części umowy. Co z nią wtedy będzie?

Mimo to wspierał córkę w sposób, w jaki ona nie potrafiła. To Devon zauważył, że Andi ma kłopot z rozróżnianiem kolorów, i wykorzystywał ich wspólne "inżynierskie sesje", by pomóc jej się z tym uporać. Dzięki jego wskazówkom nauczyła się dostrzegać drobne różnice w odcieniach i rozpoznawać komponenty na podstawie kształtu i faktury.

Taki właśnie był Devon - pełen sprzeczności. To był akt czystej miłości i pełnego ogromnej cierpliwości współczucia, których nie potrafił okazać Rachel. W cztery oczy bezlitośnie ją krytykował za to, że ona - lekarka - nie potrafiła rozpoznać trudności Andi. Rachel była mu wdzięczna, że pomógł ich córce. Jednak w gorszych momentach była wściekła, że wyobrażenie o sobie Andi ukształtował nieodpowiedzialny ojciec, a nie ona, która zapewniała im dach nad głową, jedzenie na stole i całymi latami znosiła psychiczną, a czasami nawet fizyczną agresję Devona.

Andi wiedziała, że według Rachel ojciec miał słomiany zapał. Nieraz słyszała, jak powtarza to za zamkniętymi drzwiami. Rachel do znudzenia wymieniała listę niedokończonych - niedorobionych, jak zwykła je nazywać - pomysłów i przedsięwzięć biznesowych, za których porażkę nie można było winić nikogo oprócz Devona. Z czasem Andi zaczęła się zastanawiać, czy jej matka wierzyła, że ona może wykonywać pracę, jaką sobie wymarzyła. Przecież wątpiła w swojego męża, więc dlaczego nie miałaby też wątpić w córkę? W końcu powiedziała sobie, że to bez znaczenia. W dniu, w którym skończy szkołę, wsiądzie do autobusu i wróci do San Jose, do ojca i swojej przyszłości. Do prawdziwego domu.

Wszystkie dzieciaki z pięciu pobliskich małych miasteczek chodziły do liceum West Bay, jednak i tak w sumie w czterech rocznikach było tu niewiele ponad pięciuset uczniów. Przy tak małych klasach trudno było nie poznawać innych ludzi, jednak Andi opierała się temu, jak tylko mogła. Nie chciała mieć żadnych powiązań ze swoim tymczasowym domem, nawet tych mało istotnych. Zaraz po przyjeździe postanowiła, że nie będzie się angażować w życie w Tasker Bay i aż do tej chwili - do początku ostatniej klasy - nie miała powodu, żeby zmienić zdanie. Przez ponad dwa lata nie zdobyła przyjaciół. Dlaczego miałoby się to teraz zmienić?

Pod pewnymi względami nie było to aż takie trudne. Trzymała się na uboczu, unikała zajęć dodatkowych, a kiedy koledzy z klasy robili do niej podchody, torpedowała ich propozycje głośno i wyraźnie.

"Nie mam czasu".

"To nie brzmi ciekawie".

"A dlaczego miałabym mieć ochotę na coś takiego?"

Nie potrzeba było dużo czasu, by reszta liceum West Bay zorientowała się, że ona nie chce mieć z nimi nic wspólnego. I tak przy stałym napływie nowych uczniów - z niekończącej się fali przesiedleńców z San Jose - Andi szybko przestała być nowością.

Jednak o wiele istotniejszym powodem, dla którego Andi z powodzeniem unikała jakichkolwiek prawdziwych interakcji z kolegami z klasy i mogła ignorować wysiłki matki, by ją zsocjalizować, była praca. Home Video World było wypożyczalnią - VHS, Beta, CED - połączoną z salonem gier. A Andi spędzała większość czasu, dbając o sprawne działanie ponad czterdziestu automatów.

Usytuowane w centrum - na parterze bloku, w którym mieściły się takie ponure przedsiębiorstwa jak mała firma księgowa, antykwariat i jedyny w Tasker Bay sklep monopolowy - Home Video World wyróżniało się świecącymi w witrynach neonami oraz blaskiem szumiących i brzęczących automatów do gier w jego wnętrzu. Było kolorowe i hałaśliwe w przyjemny sposób i przyciągało klientów obietnicą niezobowiązującej, bezpiecznej rozrywki. Połowę przestrzeni zajmowały regały wypełnione pudełkami z filmami wideo, z naklejkami rozróżniającymi filmy na te na sprzedaż i te do wypożyczenia. W pozostałej części stały rzędy automatów do gier, parę fliperów i kilka stolików z krzesłami.

Właściciel salonu, Malcolm Petty, przed zatrudnieniem Andi polegał na kosztownych wizytach miejscowego elektryka, który miał doraźnie ratować jego automaty. Z natury podejrzliwy Mal - zawsze uważał, że jego pełne imię nie brzmi dobrze - doszedł do wniosku, że elektryk celowo nie przykłada się do roboty, żeby zmusić go do ciągłego płacenia za naprawy. Andi wiedziała jednak, że problem tkwi w czymś innym - facet wykonywał pracę wykraczającą poza jego kompetencje. Elektryk to nie technik, i vice versa.

Mal zapewniał jej w salonie dużą swobodę, ponieważ oszczędzała jego pieniądze i nie okazywała żadnego zainteresowania obijaniem się z kumplami z klasy ani graniem na automatach poza tymi momentami, kiedy naprawiała grę. Właściwie Andi często zaznaczała, że nie lubi gier wideo. Wrzucanie pieniędzy w pudło w zamian za sześćdziesiąt sekund dopaminy nie miało dla niej sensu.

Nie przeszkadzał też fakt, że - jak Mal to lubieżnie ujmował, czasami w zasięgu jej słuchu - była "przyjemna dla oka". Raczej wysoki, z rzednącymi włosami i rosnącym brzuchem, tuż przed czterdziestką, Mal bardzo się starał roztaczać aurę męskiej dominacji, którą Andi natychmiast przejrzała. Nie była naiwna, wiedziała, że bez względu na jej kompetencje zatrudnił ją po części dlatego, że chciał się z nią przespać. Po wielu pracach dorywczych, jakich się imała przez lata, wiedziała, że zawsze był jakiś Mal. Jeśli miałaś szczęście - tylko jeden. Znała też siebie na tyle, by mieć pewność, że gdyby Mal kiedykolwiek rzeczywiście czegoś próbował, potrafiłaby wybić mu to z głowy tak, żeby tego pożałował.

Andi szła do salonu codziennie po lekcjach i zwykle zostawała aż do zamknięcia, czasami w weekendy pracowała po dwanaście godzin. Zarabiała przyzwoite pieniądze i wszystkie odkładała na powrót do San Jose. Nigdzie nie wychodziła, nie kupowała piwa, nie miała żadnego hobby poza kodowaniem i składaniem komputerów. Część jej umowy z Malem polegała na tym, że mogła zabrać wszystko, czego nie była w stanie doprowadzić do pełnej sprawności, dzięki czemu nie musiała wydawać pieniędzy na materiały.

W sumie sytuacja nie była taka zła. Dzięki pracy Andi mogła nie tylko uciec przed ludźmi, lecz także unikać matki. Zarabiała trochę pieniędzy, robiąc coś, co było nawet znośne, mimo że nienawidziła Mala. A co najważniejsze, w przeciwieństwie do większości ludzi wiedziała dokładnie, dokąd zmierza w życiu: na południowy wschód, by wrócić do domu przy pierwszej lepszej okazji.

Chociaż drzwi Home Video World otwierały się codziennie o dziesiątej rano, ruch rozpoczynał się dopiero po południu. Malowi to odpowiadało - mógł sprzedać na zapleczu trochę trawy albo pigułek i rano wyluzować, a po południu podzielić się obowiązkami z Andi. Jak na syna rybaka z Tasker Bay, zupełnie niezainteresowanego kontynuowaniem katorżniczej pracy ojca po jego śmierci, Mal dobrze sobie poradził, znajdując dla siebie niszę trafiającą w potrzeby migrantów napływających z Doliny Krzemowej - i ich zasobnych portfeli.

Wypożyczalnia, którą Mal prowadził od kilku lat, okazała się zaskakująco lukratywnym biznesem - a zwłaszcza tytuły dla dorosłych. Jego dojną krową był jednak salon gier. Z Andi, która trzymała wszystko w ryzach, zamierzał wydoić ją do cna. Co wymagało sprowadzania nowych automatów.

To Andi podsunęła mu pomysł grasowania po domach aukcyjnych w okolicach San Jose i San Francisco w poszukiwaniu okazji. Nie tylko znajdował tam części potrzebne do utrzymania przy życiu starszych automatów, ale jeszcze natrafiał na nowe maszyny. Niedawno pojawiły się kupione ze sporą obniżką Joust, Dig Dug i Tempest. Andi miała mnóstwo kreatywnych pomysłów na cięcie kosztów. W rzadkich chwilach refleksji Mal potrafił przyznać, że gdyby po jego wyjściu postanowiła zmienić zamki i przejąć sklep, poszłaby jak burza.

Ostatnie znalezisko, kupione za grosze, miało pojawić się w Tasker Bay tego popołudnia. Coś o nazwie Polybius. Mal nie znał tego tytułu, nie przewinął się on w żadnym z magazynów branżowych, ale przy takiej cenie nawet się nie zastanawiał. Zirytowało go, że musiał pomalować automat, który był śnieżnobiały. Nie miał nawet szyldu. Ale to nie kosztowało dużo i jedyne, co pozostawało zrobić, to odebrać dostawę, podłączyć automat do prądu i zgarnąć monety mieszkańców Tasker Bay.

Problem polegał na tym, że dostawa się opóźniła i wypadła akurat w środku tego, co Mal nazywał "godzinami szczytu", kiedy przy automatach tłoczyły się dzieciaki po szkole, a rodzice zaglądali w drodze z pracy, żeby wypożyczyć film na wieczór. Chcąc zająć się dostawą, był zmuszony postawić Andi za ladą - w najbardziej eksponowanym, a zatem najbardziej nielubianym przez nią miejscu. Sytuację pogarszał jeszcze fakt, że pod ladą, na widoku, leżała naładowana trzydziestka ósemka, którą Mal trzymał pod ręką "na wszelki wypadek". Andi wcale nie czuła się bezpieczniej ze świadomością, że broń tam jest. Pomyślała, że Mal szybciej by się z niej postrzelił, niż uratował sobie życie.

Jednak snucie marzeń o ostatecznym końcu Mala nie mogło trwać wiecznie i Andi została przywołana do rzeczywistości przez chłopaka mniej więcej w jej wieku, który machał ręką, próbując przykuć jej uwagę, żeby rozmienić banknot pięciodolarowy. Rozpoznawała go ze szkoły. Mogłaby przysiąc, że czasami podczas matematyki dla zaawansowanych obserwował ją z drugiego końca klasy, ale nie zadała sobie trudu, by podsłuchać, kiedy ktoś wymienił jego imię.

- Cześć, Andi - zagaił chłopak z nieśmiałym uśmiechem.

Rzuciła jego ćwierćdolarówki na blat i złapała banknot, szukając pod ladą czegoś, czym mogłaby się zająć, żeby zrozumiał aluzję, wziął monety i spadał. Zgięta wpół, miała ochotę samej sobie przywalić. Dlaczego nie mogła się przywitać albo przynajmniej uśmiechnąć? Dlaczego nie znała jego imienia? Niebycie kretynką nie bolało.

Kolejny klient podszedł do lady, ale Andi pozostała schylona. Postanowiła, że się nie wyprostuje, dopóki przynajmniej nie przypomni sobie jego imienia. Słyszała je gdzieś w szkole i było intrygujące. A w każdym razie niepospolite. "Cholera".

- Ej - rozległo się zirytowane wołanie z drugiej strony lady, a potem huk pięści na laminowanym blacie. Uniosła dłoń w odpowiedzi, prosząc o jeszcze chwilę spokoju, żeby mogła przypomnieć sobie imię chłopca. "Ronald - nie. Ray - Raymond? Richard? Roland?"