Południe - Andrzej Muszyński

Reflow text when sidebars are open.
Jak informacja o jej znalezieniu wydostała się na zewnątrz? Tego nie wie nawet Sal Lou, jej ojciec. Zresztą - co to za głupie pytanie? Sal ma teraz większe zmartwienia. Nie zastaję go w domu, jego syn miał wypadek, samochód zderzył się z ciężarówką wiozącą drewno, bale zmiażdżyły chłopaka, z którym jechał. Syna zamknęli w areszcie i żądają trzech tysięcy dolarów kaucji. Sal właśnie wrócił i jest załamany. Trzy tysiące dolarów dla policjanta, który ma dwadzieścia pięć dolarów emerytury miesięcznie, a w domu dwanaścioro gąb do wyżywienia! W tym ją.
No więc, jak ta informacja wydostała się na świat? Trudno odgadnąć. Jednak kiedy dzieje się coś takiego, jest sensacja. Podobne dzieci nazywa się czasem dzikimi. Byli nimi oczywiście Remus i Romulus, Kamala i Amala, hinduskie siostry znalezione w 1920 roku i również wychowane przez wilczycę, czy Natasza Michaiłowa, która do piątego roku żyła z gromadą psów i chodziła na czworakach.
Cały świat obiegły sensacyjne nagłówki: Tarzan żyje!, Jungle Lady z Kambodży, Po osiemnastu latach odnaleziono w dżungli dziewczynę!. I się zaczęło. Nalot największych stacji telewizyjnych, naukowców i autorów kultowego przewodnika "Lonely Planet". Wszyscy chcą sfotografować, sfilmować i dotknąć. Jak to możliwe? Dziewczyna osiemnaście lat w dżungli? Sama? Ze zwierzętami?
Sprzeczności
Rozmawiamy przy ławie na podwórzu. Ktoś leży na hamaku, ktoś coś skubie, gdaczą kury. Myślałem, że to wioska w sercu dżungli, a tu asfalt, samochody, sklepy. To właśnie w miejscowości Oyadao mieszka najsłynniejsza Kambodżanka.
Byłem sceptycznie nastawiony do tej historii. Policzyłem, że w dżungli spędziłem w życiu łącznie około ośmiu tygodni i nie jestem w stanie uwierzyć, że drobna dziewczyna przeżyła w tym zielonym bagnie osiemnaście lat. Poza tym słońce za tropikalną śreżogą świeci tak mętnie, jakby zaraz miało zgasnąć, jestem otępiały i wszystko się do mnie klei. Droga ze stołecznego Phnom Penh do prowincji Ratanakiri zajmuje dwanaście godzin, z czego ostatnie po dziurawym, gliniastym trakcie, który w szczycie pory deszczowej zamienia się w coś, co miejscowi nazywają czerwonym śniegiem. Koła grzęzną w błocie. Banlung, siedemnastotysięczna stolica prowincji, zostaje odcięte od świata.
- Mógłbym ją zobaczyć? - Podnoszę się.
- Chodźcie na górę - zaprasza Soni, jej siostra.
Chata stoi na wysokich palach. Drewniane schody skrzypią, kiedy wchodzimy do ciemnego pomieszczenia na górze.
- To ona - Sal ściera pot z czoła.
Mija mi zmęczenie, rozszerzają się źrenice.
Ciemno. W rogu pokoju stoi drewniana rama łóżka. Obok chyba jakaś mata. W samej ramie na podłodze leży kobieta. Jedna noga wyprostowana, druga zgięta w kolanie, twarz zasłonięta ręką. Czarne włosy, śniada, półnaga.
Powiedziano o tej historii bardzo dużo. Tak dużo, że zaczęły się piętrzyć sprzeczne informacje. Jedni mówili, że dziewczynę znaleziono na polu nieopodal wsi, inni - że w lesie; jedni, że miała oczy czerwone jak wilk i poruszała się na czworakach, inni - że wcale nie. A wszystko to powtarzały najważniejsze światowe media.
Fakty
Trzeba ustalić pierwsze fakty: kiedy i jak zaginęła?
1989 rok, Kuk Phnong, wioska w prowincji Ratanakiri przy granicy z Wietnamem. Kambodża na dobre ugrzęzła w wojnie domowej. Ledwie dziesięć lat temu skończył się terror Czerwonych Khmerów, którzy zaminowali kraj i prowadzą teraz działania partyzanckie. W kraju buszuje bandyterka, korzystając do woli z chaosu i bezprawia. Mnożą się porwania i morderstwa.
Ośmioletnia Rochom Pingieng jest pogodną i uśmiechniętą dziewczynką. Śpiewa, pięknie rysuje i uwielbia wycinać kwiatki z papieru. W najlepsze bawi się z rodzeństwem. Dlatego ma blizny na lewej ręce: brat kiedyś przypadkiem ją skaleczył.
Razem z resztą dzieciarni pasie bydło na łąkach na skraju dżungli. Nie robiłaby tego, gdyby nie umarła jej młodsza siostra. Pogrzeb w Kambodży to nie byle co: trzeba "zachować twarz" i wyprawić uroczystość z rozmachem. Dlatego ojciec ostatnio cały czas łowi ryby albo płucze złoto, musi spłacić pochówek. Poprosił Rochom, żeby przez jakiś czas zamiast niego zajęła się bydłem. W południe dzieci chowają się w bambusowej chacie na łące, by przeczekać największy skwar. Tamtego dnia jeden z chłopców zauważa przez okienko, że od stada odłączył się bawół. Wysyła za nim Rochom. Czekają. Nie wraca. Zaczynają jej szukać. Znajdują tylko ślady, które giną w błocie.
Czy to możliwe? Spróbuję odpowiedzieć w ten sposób: po kilkunastu krokach w równikowej gęstwinie bez GPS-u i kompasu kompletnie tracę orientację.
Zaczęły się poszukiwania. Rodzice próbują wszystkiego. Wróżki, magowie, ofiary ze zwierząt. Ile?
- Dwa byki. I świnie. Ale świń tyle, że ich nie zliczę. I kury - wspomina Sal Lou.
Po roku rezygnują. Dwa lata później przenoszą się do Oyadao.
Trzeba ustalić kolejne fakty: kto, kogo i gdzie znalazł w 2007 roku. Ojciec mówi, że dziewczynę znaleźli w buszu mężczyźni z pobliskiej wioski.
Jedziemy.
Droga do Tein zabiera motorem około pół godziny. Zaraz za Oyadao skręcamy w czerwoną ścieżkę wijącą się przez dżunglę. Wreszcie mam okazję się jej przyjrzeć. Jest inna niż w Afryce i Amazonii: bardziej soczysta, gęsta. Niższe piętra zajmują splątane, zielone zasieki, których wycinanie maczetą musi oznaczać gehennę.
Zmierzcha, gdy dojeżdżamy do celu.
- Możesz go zapytać o tych ludzi? - proszę Bonę, mojego tłumacza, napotykając pierwszego człowieka.
Zamieniają parę zdań.
- Nie ma szans. W ogóle nie rozumie po khmersku. Oni są mniejszością etniczną, mówią po swojemu - wyjaśnia.
Podchodzi ktoś inny. Zna drogę, wskakujemy na motory.
Podjeżdżamy pod chatę. Zsiadamy. Wspinam się po stopniach wyciętych w palu opartym o ganek. Wokół zbiera się tłum tubylców, przyglądają się całemu zamieszaniu.
Gospodarze są nieśmiali, odpalają domowe cygara i każą się rozgościć.
- Panie Mors Kor, jak pan ją znalazł? - pytam.
- Było tak. Poszliśmy we trójkę do dżungli narąbać drewna. Zabraliśmy trochę ryżu na przekąskę, bo to godzina marszu. Doszliśmy na miejsce, rąbiemy, nagle patrzę, a tu z worka zniknął ryż. Zacząłem się rozglądać i po chwili się pojawiła. Przeraźliwie chuda, naga, ciemna.
- Włosy. Jakie włosy?
- Do ramion.
- Na czworakach?
- Nie, normalnie, jak człowiek.
- Czerwone oczy?
- Nie, normalne.
- I co?
- Uciekła.
- I co?
- Poszliśmy do domu.
Blizny
W wiosce opowiedzieli nam, że ludzie już wcześniej widywali w lesie jakąś dziwną istotę, ale zawsze uciekała. Słyszeli, że komuś gdzieś kiedyś zginęła córka, ale to nic nowego. W tych stronach dzieciaki często gubią się w dżungli, zwykle jednak odnajdują się po paru dniach. Czasem giną nawet dorośli. W 2004 roku z dżungli wyłoniło się trzydziestu czterech ludzi. Ukrywali się w niej od czasu obalenia Czerwonych Khmerów, których wspierali. Dwadzieścia pięć lat.
Sal Lou, były policjant, zna prawie wszystkich w okolicy. Jak tylko doszły go słuchy o wypadku, wsiadł na motor i pojechał do Tein. Razem z miejscowymi postanowili następnego dnia pójść do dżungli.
W tym samym miejscu w lesie położyli worek z ryżem i zaczaili się w krzakach. Przyszła. Podbiegli, złapali ją. Ojciec spojrzał na jej lewą rękę. Była pokryta bliznami.
- To moja córka - oznajmił łamiącym się głosem.
Na ciele dziewczyny zauważył też blizny do złudzenia przypominające ślady po sidłach.
Mamy więc trzy niepodważalne fakty:
W 1989 roku policjantowi Sal Lou zginęła córka.
Osiemnaście lat później mężczyźni z Tein znaleźli w dżungli półdziką istotę.
Ojciec rozpoznał w niej swoją córkę po bliznach na lewej ręce.
Ale co dalej?
Warianty
W dżungli groziło jej niemal wszystko: węże, na czele z kobrą królewską, tygrysy, malaria, głód, upał, chłód, owady, pijawki. Spokojnie można by wymieniać do końca następnej strony. Pytam o zdanie mieszkańców wsi.
- Wierzę, że to prawda - mówi młody chłopak z Oyadao. - Pamiętam, jaką ciemną miała skórę, kiedy ją przywieźli. Nie mam pojęcia, jak przeżyła tam tyle czasu. Nie pytaj...
Spójrzmy na mapę. Jak duża jest dżungla w tym rejonie? Jak długo można iść, nie spotykając nikogo? Nie jest bardzo rozległa. Choć Sal podkreśla, że dwadzieścia lat temu była o wiele większa i dziksza. Od tamtej pory regularnie ją wycinają. Poza tym Rochom mogła zbudować sobie kryjówkę i poruszać się w promieniu kilkunastu kilometrów od niej. Czy człowiek w takiej sytuacji próbuje brnąć przed siebie, czy raczej barykaduje się i oswaja nową, ekstremalną rzeczywistość? Ja pewnie brnąłbym w amoku, aż natknąłbym się na ludzi. A gdyby mi się nie udało? A ośmioletnie dziecko, zagubione, przerażone, po kilku tygodniach poszukiwania drogi do mamy? Kiedy pogodziła się z tym, że zamiast matki będą z nią już tylko pająki, żmije i małpy?
W 2006 roku zgubiłem się w dżungli. Też w Kambodży. Na jedną noc. Dlatego tym trudniej mi pojąć, jak przeżyła, choć wiem, że to możliwe - dżungla daje wszystko, jeśli przestrzega się jej zasad i zna instrukcję obsługi.
Ucieczki i powroty
Na stryszek wchodzi matka, idzie ją nakarmić.
- Lubi makaron - szepcze.
Po powrocie Rochom nie umiała posługiwać się sztućcami. Potem robiła spore postępy.
Jednak kilka miesięcy po jej odnalezieniu Sal Lou pojechał do Wietnamu. Teraz nie popełniłby już tego błędu, ale kto to mógł przewidzieć? Wybrał się do czarodzieja, by zapytać, co działo się z jego córką przez osiemnaście lat. Mag nie odpowiedział, ale od tej pory coś zaczęło się psuć. Dziewczyna czuła się coraz gorzej, przez długie okresy nie chciała jeść. Zdzierała z siebie ubranie i uciekała do dżungli. W 2007 roku zniknęła na dziewięć dni. Odnaleźli ją w sadzie.
Zabrali ją do szpitala. Próbowała ucieczki. Dlatego teraz trzymają ją zamkniętą w chacie i nie spuszczają jej z oka.
Najczęściej stoi oparta o ścianę. Wygląda przez okno. Patrzy na sad i kury. Na małe dzieci bawiące się na podwórzu. I na dżunglę za sadem. Często wstaje i kuca obok ramy łóżka, jak teraz, przy mnie. Nagle zrywa się i biegnie w stronę drzwi. Sal krzyczy i łapie ją za ubranie. Rochom wraca pod ścianę, patrzy na nas z wściekłością.
- A może powinniście puścić ją do dżungli? Może tam jej już lepiej? - mówię do ojca.
- A puściłbyś swoją córkę? - pyta zrezygnowany.
Rochom nie opowie nam, co się wydarzyło. Nie mówi. Podobno reaguje tylko na trzy słowa: "mama", "tata" i "ból brzucha". Kiedy jest głodna, wskazuje palcem na usta. Wydaje z siebie dźwięki, najczęściej nocą. Nikt jej nie rozumie. W czasie mojego pobytu zaczęła swój dziwny śpiew.
- Ciiiiii! - uciszyłem wszystkich.
Mam na dyktafonie około piętnastosekundowe nagranie. Przesłuchałem je wiele razy. Już nie mam wątpliwości: tak mamrocze małe dziecko, zamyślone, zajęte jakąś zabawką, spokojne, próbujące coś sobie nucić. Ponoć dziewczyna rozpoznaje niektóre słowa z narzecza plemion Jarai, co może sugerować, że spędziła z nimi jakiś czas.
Spogląda na mnie nieśmiało zaczerwienionymi oczami (zmęczonymi ciemnością, płaczem?). Podchodzę do niej, kiedy znów leży na podłodze. Chcę przyjrzeć się jej bliznom. Dotykam jej dłoni. Zupełny brak reakcji. Nie odpycha mojej ręki, nie spogląda na mnie, nie porusza nawet palcami. Po prostu nic. Jej dłoń jest zupełnie bezwładna.
Nikt nie wie, co dzieje się w jej głowie. Czy coś w ogóle pamięta? Może tęskni za małpami i ptakami, za ulubionym jeziorkiem? A może śnią się jej koszmary - nocny trzask dżungli, jej syk i równikowa ciemność?
Włosy
Wielu dziennikarzy wątpiło. Po pierwsze: Tarzan z krótkimi włosami? Świadkowie twierdzili, że gdy ją złapano, miała włosy do ramion.
- To jak to było? - pytam Soni.
- Ostrzygliśmy ją tylko raz! Parę dni temu. Ładna fryzura, prawda? Nawet ją ufarbowałam - uśmiecha się od ucha do ucha.
- Ale jak to możliwe, że w dżungli miała krótkie włosy?
- Miała włosy do ramion. Musiała sama je sobie skracać. Cały czas w nich grzebie i podcina je czymś ostrym. Nawet tu, w domu - odpowiada spokojnie.
Po drugie: badania. W 2007 roku do Oyadao przyjeżdża reporter brytyjskiego "The Guardian". Proponuje zrobienie badań genetycznych, ale ojciec odmawia.
- Jesteśmy animistami - tłumaczy mi Sal. - Wierzymy w magię. Gdyby ktoś z naszych oddał jakąś część swojego ciała, sprowadziłoby to na wioskę nieszczęście!
Trudno mi ich posądzić o sfingowanie całej historii, o to, że prości i niemal niepiśmienni ludzie wymyślili sobie "Tarzana z Kambodży", żeby przyjechało do nich BBC, a tłum dziennikarzy zrobił z ich domu zoo. Że Sal Lou, któremu ciągle brakuje na jedzenie, przygarnął wymagającą stałej opieki obcą niepełnosprawną dziewczynę. Nie wiadomo, kto będzie się nią opiekował po śmierci rodziców.
Opowiedziałem Salowi, że prasa posądza ich o kłamstwo, bo nie zgodzili się na badania. Zdenerwował się. Chwycił nóż, podszedł do Rochom, odciął jej pasmo włosów, potem dołożył swoje i wręczył mi dwa kłębki.
- To moja córka, sprawdź.
Ale pozytywny wynik wcale nie musi oznaczać, że dziewczyna faktycznie spędziła osiemnaście lat w dżungli. Mogła przecież przez jakiś czas gdzieś mieszkać, być więziona (izolowanie ludzi chorych psychicznie nie jest w tych stronach niczym nadzwyczajnym), gwałcona, torturowana (pojawiły się takie hipotezy). Tak naprawdę wiadomo tylko tyle, że znalazła się w dżungli.
Po powrocie do Polski zadzwoniłem do laboratorium genetycznego.
- Proszę pana, żeby zrobić test, musi pan dostarczyć włosy z cebulkami - tłumaczy mi pracownik.
Nie mam! Sal uciął przecież włosy nożem! Łapię za telefon i dzwonię do zaufanego Bony, który mieszka dwie godziny skuterem od Oyadao:
- Jedź po włosy z cebulkami i wyślij mi je kurierem.
Zakończenie
Tydzień później do Polski przylatuje materiał genetyczny. Długo nie mogę znaleźć laboratorium, które bezpłatnie zrobi dla mnie badania. W końcu sprawą zainteresował się GenMed z Poznania. Badania trwały miesiąc.
Wniosek końcowy zaczyna się tak: "Badanie polimorfizmu DNA nie pozwoliło uzyskać pełnego profilu genetycznego dziecka Pingieng Rochom. Niepełny profil dziecka jest wynikiem degradacji materiału biologicznego lub/i związany jest z obecnością inhibitorów reakcji, co mimo to umożliwiło analizę statystyczną i pozwoliło sformułować wniosek końcowy".
Dziewczyna jest dzieckiem innych rodziców.
Apel
"Proszę wszystkich dobrych ludzi o zabranie Rochom do kliniki i pomoc w przystosowaniu jej do życia w cywilizacji. Sal Lou".
Epilog
Na opublikowany w prasie apel nikt nie odpowiedział.
Wyniki badań przekazałem ojcu za pośrednictwem Bony. Zignorował je.
W zaktualizowanej edycji przewodnika "Lonely Planet" po opisie Kambodży dodano ramkę z historią "jungle girl".
Bona uczy się japońskiego. Twierdzi, że warto. Na japońskich turystach Kambodża jeszcze zbije majątek.
2009
Attapu to prowincjonalna, zakurzona mieścina na południu Laosu. Nie miałem ochoty czekać bezczynnie na pozwolenie, żeby wejść w Góry Annamskie, więc pożyczyłem motor. Chciałem podjechać do oddalonej o trzydzieści kilometrów wioski, w której znajdował się jakiś zabytkowy złom po wojnie wietnamskiej.
Ruszyłem - pusta droga, wokół dżungla. Przegapiłem rozjazd i dopiero po jakimś czasie spostrzegłem znak: VIETNAM - 10 KM. Zawracam i pędzę, bo robi się późno. Nadłożyłem dobre czterdzieści kilometrów, a po drodze nie ma nawet co myśleć o stacji benzynowej. Droga jest pusta, nie pamiętam, kiedy minął mnie ostatni samochód. Nagle motor zaczyna się chwiać, staję, obracam się, sprawdzam. Złapałem gumę. Do Attapu zostało mi jeszcze ze trzydzieści kilometrów. Zmierzcha. Nie mam narzędzi. Powoli zaczynam się godzić z perspektywą awaryjnego noclegu - w rowie przy dżungli.
Wtem na horyzoncie pojawia się drgający punkt, zbliża się, wyostrza. Warczący motor. Kierowca staje. Ma na twarzy białą maskę chroniącą od kurzu, widzę więc tylko oczy. To kobieta, tak, na pewno. Na kolanach i na baku wiezie wielki wór. Stawia motor na stopce, podnosi worek i wysypuje mi pod nogi cały stos kluczy, dętek i narzędzi.
Wymieniłem dętkę. Laotanka odjechała. Wieczorem znów kręciłem się po miasteczku. Spostrzegłem, jak jedzie na swoim motorku w przeciwną stronę. Nie zauważyła mnie. Zawróciłem i zacząłem ją gonić, chcąc raz jeszcze jej podziękować, ale zniknęła gdzieś w tłumie ludzi w maskach na twarzy.
2006
Jest kraj, w którym wielka rzeka raz w roku zmienia kierunek. Zawraca.
W kraju tym nie wypada pytać "dlaczego?".
"Dlaczego?" w wielu przypadkach może tu brzmieć nietaktownie, nachalnie. Lepiej zapytać "jak?", "co widziałeś?", "skąd wiesz?", by nie urazić rozmówcy i okrężną drogą poszukać odpowiedzi.
Ale ostatnio wbrew regułom savoir-vivre'u "dlaczego?" powtarza się w tym kraju otwarcie i bez skrępowania.
W 2006 roku powołano tu trybunał, na rozprawy regularnie przychodzi Chum Mey. Wchodzi na środek sali i ściąga buty. Na widowni korespondenci, pół tysiąca widzów - w większości ofiary bestialskiego terroru.
Przydługawe spodnie opadają fałdami na podłogę. Operator zbliża kamerę do jego stóp, sędziowie oglądają je na telebimie.
- Najpierw wyrywali mi paznokcie u prawej nogi. Trzymały się tak mocno, że wykręcali je obcęgami. Potem u lewej - zeznaje Chum Mey.
Jest drobny i leciwy, ale jako jedyny świadek nie boi się spojrzeć oskarżonemu prosto w oczy. Czy ktoś się jeszcze odważy stanąć twarzą w twarz z Duchem?
W trybunale do spraw zbrodni Czerwonych Khmerów w stołecznym Phnom Penh ofiary znów spotykają katów. Jeśli w ogóle wiadomo, kto jest kim.
Chum Mey nie ma przecież pewności, czy wulkanizator, u którego zwykle łata pękające od tropikalnego upału dętki, nie zamordował jego krewnych, czy jego sąsiad nie rozstrzelał kilku tysięcy ludzi, czy sprzedawca smażonych bananów nie był komendantem obozu tortur.
Nie dowie się tego od nich samych.
Ani od prawie dwóch milionów zabitych.
Nie dowie się od tych, dla których obrady trybunału to rozdrapywanie zagojonych ran.
Nie dowie się z podręczników - w Kambodży przez dziesiątki lat nie napisano o tym ani słowa.
Dlatego zjawia się na każdej rozprawie. Czekał na tę chwilę trzydzieści lat.
Stare khmerskie proroctwo
"Ciemność zstąpi na lud Kambodży. Będą domy, ale nie będzie w nich ludzi, będą drogi, ale nie będzie podróżnych, ziemią władać będą barbarzyńcy bez wiary. Krwi będzie tyle, że sięgnie brzucha słonia. Przeżyją tylko głusi i niemi".
Aparat
7 stycznia 1979 roku, Phnom Penh. Ho Van Tay wjeżdża w wojskowej kolumnie do miasta. Skwar, na ulicach żywej duszy, bulwar Monivonga przypomina pustynny kanion, w boczne uliczki wgryza się zielsko, wszędzie stosy krzeseł, garnków, kartonów, maszyn do szycia, materaców, rodzinnych fotografii. Po asfalcie furkoczą tumany banknotów. Z prawej góry zmywarek, lodówek, elektroniki, telefonów i stopionego plastiku, złomowisko samochodów. Wszystko przeżarte rdzą. Do "miasta duchów" wjeżdżają czołgi, żołnierze wieszają flagi. Van Tay przystawia do oka aparat (obiektyw szesnaście milimetrów).
Dzień później. Van Tay jedzie przez miasto wojskowym dżipem. Trafia w dziwne miejsce. Sklep po sufit zapchany prawymi butami, sąsiedni - lewymi. Wóz tonie w niewidzialnej chmurze ciężkiego smrodu. Van Tay zatrzymuje samochód, wysiada, rozgląda się. Miasto ogarnia śmiertelna cisza. Mija wielkie wille, odór staje się coraz silniejszy. Na bramie napis: École Premiére de Tuol Sleng, liceum. Mury wokół budynków szkoły obszyte drutem kolczastym. Na podwórzu kilka szczurów. Wokół maszyny do szycia, między drzewami hamaki i pranie. Ktoś musiał uciekać stąd w panice. Balkony szczelnie przykrywa druciana siatka, plac szkolny jest zaorany. Wchodzi do środka. Pod stopami chrupie robactwo. Na podłodze w pokojach walają się fotografie, leżą pęknięte telefony, z pootwieranych szuflad sterczą dokumenty, obok chińskiego radioodbiornika - naboje. W drugim pomieszczeniu na ścianie wiszą na gwoździach kajdany i kłódki, na ziemi rozsypany worek wapna, na stole - baty, piły, siekiery, motyki, pały. Dalej jakieś popiersie, portrety. Van Tay uważnie stawia stopy między kępami czarnych włosów i kałużami przyschniętej krwi. Wszędzie muchy. Smród niesie się od trupów przykutych łańcuchami do stalowych ram łóżek: około dwudziestu, trzydziestu ciał - mężczyźni, kobiety i dzieci. Wszędzie białe czerwie. Czaszki musiały eksplodować od silnego uderzenia, jakby szpadlem.
Zmierzcha. Van Tayowi drżą ręce; przystawia do oka aparat.
Kino objazdowe
Lata czterdzieste, prowincja Kompong Thom. Mały Kang Kek Iev ma radio. Ale ileż można słuchać radia, kiedy jest się małym chłopcem? Gdy przez wieś jedzie kino, Kang drobi stópkami w dół po drewnianych schodach i pędzi pod świątynię. Tam już uciszają dzieci, maty rozłożone, siadać! Przed główną projekcją zawsze pokazują krótszy film: po lewej człowiek z przepaską na oczach i rękami związanymi na plecach, przed nim dwunastu żołnierzy z karabinami. Mówią, że to Khmer Serei, wolni Khmerzy, bandy antykrólewskich rebeliantów rozstrzeliwane przez wojska króla Sihanouka. Kat strzela, zanim do końca wybrzmi komenda.
Król hoduje żmije
Król Sihanouk modernizuje system szkolnictwa. Wcześniej Kambodża po dziewięćdziesięciu dziewięciu latach wyzwala się spod francuskich wpływów. W Kompong Thom na dwieście miejsc w szkołach przypada siedmiuset kandydatów. Czternastoletni Kang jest jednym z wybrańców. Do domu wraca tylko raz na miesiąc - pięć godzin rowerem. Rodzina przysyła mu czasem trochę ryżu. Mieszka u starszego małżeństwa, właścicieli straganu z makaronem, w zamian za pomoc w interesie i pracach domowych. Kang nie gra w piłkę ani nie ogląda się za dziewczynami. Najbardziej lubi porządkować książki na biurku wieczorem przy świeczce - wygładza dłonią zeszyt i pedantycznie układa podręcznik równolegle do krawędzi blatu. Pomaga w nauce kolegom i koleżankom, którym często powtarza: "bądźcie silne i wytrwałe". Wie, że w Kambodży kobietom jest bardzo ciężko.
Kang ma kumpla - Ho Ngie. Po lekcjach wskakują na rowery i jadą dwa kilometry do centrum informacji rządowej. Czytają gazety, a kiedy oficer nie patrzy, można nawet którąś gwizdnąć. Kang dowiaduje się, że do liceum przyjeżdża Ke Kim Huot, jego ulubiony nauczyciel z podstawówki. Od tej chwili często bywa w jego domu. Kim Huot opiekuje się najbiedniejszymi uczniami - podsuwa im smakołyki, czasem kogoś przenocuje, udziela darmowych korepetycji. Gdyby wieczorem zaczaić się pod chatą, w której uczy, można by usłyszeć:
- ...szkoły przenoszą się ze świątyń do nowych budynków, nauczyciele ciężko pracują i żyją skromnie, a mnisi? Jedwabne szaty, bogate świątynie stawiane z datków. Kambodża jest biedna i niesprawiedliwa, niczego nie załatwisz, jeśli nie masz pieniędzy. A świat się wyzwala! Świat nie stoi już w miejscu, ludzie nie wierzą już w karmę, przeznaczenie, Chiny wiedzą i udowadniają, że wola ludzka i wysiłek pokonują wszystkie przeszkody. To wy musicie wziąć sprawy w swoje ręce, wy, młodzi, wykształceni, jesteście nadzieją tego kraju!
Przed reformą króla średnie wykształcenie gwarantowało pracę w strukturach rządowych. W wyniku reformy ze szkół wychodzą zastępy wykształconych młodych ludzi, którym zielony, rolniczy kraj nie daje zatrudnienia.
Król hoduje na swojej piersi żmije.
Duchota
Kang dwuletni kurs maturalny kończy w rok. Dostaje ofertę nauki w prestiżowym Lycée Sisowath w Phnom Penh. Tam zdaje drugi etap egzaminu maturalnego z drugim wynikiem w kraju. Przygląda się stolicy i widzi przepaść między wsią a miastem.
Kang zakochuje się w Kim, siostrze Ho Ngie. Razem rozpoczynają studia na uniwersytecie. Zaręczają się. Zrywają zaręczyny. Kang przenosi się do Instytutu Pedagogiki, którego dyrektorem jest Son Sen, aktywista komunistyczny. Kanga w struktury partii wprowadza profesor Khnay Kim Hour, szef stołecznej komórki partyjnej. Zaprzyjaźniają się. Pewnie wtedy w ich dyskusjach po raz pierwszy pada słowo czengfeng, slogan robiący właśnie wielką karierę w Chinach i nawołujący do nieustannej walki o poprawę stylu pracy, w myśl zasady, że najpierw i najdotkliwiej należy kontrolować swoich, bo to wśród nich lęgnie się złowrogi dla idei wirus.
Konflikt w Kambodży się zaostrza, a książę Sihanouk, który tymczasem formalnie abdykował na rzecz ojca, przechadza się po czerwonych dywanach, przymilając do ludu. "Mes enfants", moje dzieci - powtarza.
Kambodża ma być samowystarczalna. Książę nacjonalizuje handel. Dziewięćdziesiąt procent populacji to chłopi. Za ryż więcej płaci im jednak Vietcong niż państwo. Buntują się.
Dla księcia nauczyciele i studenci to wywrotowcy. Sihanouk ma wszakże człowieka do robienia porządku - Lon Nola. Ten namierza wrogów, wsadza ich do więzienia, torturuje, morduje. Prześladowani uciekają do dżungli. Jednym z nich jest niejaki Saloth Sar, nauczyciel wykształcony na Sorbonie.
W 1965 roku Kang otrzymuje certyfikat nauczycielski i rozpoczyna pracę w Skuon - mieście pająków.
Miasteczko położone na skrzyżowaniu trzech dróg krajowych jest naturalnym przystankiem dla podróżnych. Gdy tylko się zatrzymają, natychmiast oblepiają ich gromady dzieci sprzedających tłuste pająki przypominające tarantule. Rano mężczyźni wychodzą po nie do lasu, wracają koło czternastej, kobiety rzucają je na głęboki tłuszcz. Danie nazywa się a ping.
Kang, jak wszyscy, często je jada. Nie prowadzi życia towarzyskiego. Roznosi ulotki i pokazuje chińskie filmy propagandowe. Jeździ na rowerze, ubiera się skromnie, nie pije, nie chodzi na festyny. Mało tego - więcej robi, niż mówi. Zbiera grupę studentów, by pomagać chłopom w polu. Tłumaczy, że biedniejszych i nieszczęśliwszych trzeba wspierać. Takiego człowieka tu jeszcze nie było.
Otrzymuje więc tytuł Manuh Daach Hat, w terminologii Czerwonych Khmerów oznaczający kogoś, kto dla idei poświęci wszystko. Kang wie, że w kraju ścigają i zamykają komunistycznych agitatorów, ale czuje się pewniej niż inni - Czerwoni Khmerzy mają bazę niedaleko Skuon.
W dystrykcie Samlaut rząd odbiera chłopom ziemię, by postawić rafinerię cukrową. Wojsko ma ściągnąć podatki i dopilnować, by wieśniacy sprzedawali cukier państwu, a nie Vietcongowi. Kilku chłopów nie wytrzymuje, zabijają dwóch żołnierzy. Książę jest za granicą, ale Lon Nol wie, co robić.
Pali, zabija, głowy każe przywozić do Phnom Penh w dowód, że jego rozkazy są wykonywane. Ginie prawdopodobnie dziesięć tysięcy ludzi.
W kraju robi się coraz duszniej.
W mieście pająków
Jestem umówiony na spotkanie ze studentem Kanga. Siada na podłodze osadzonej na palach metr nad ziemią, nerwowo pociera gołą stopą o stopę, jest skrępowany. Pytam o Kanga.
- Bardzo dobry nauczyciel, wymagający, surowy, ale nigdy nikogo nie uderzył. Uczył matematyki. Na lekcjach ani razu nie wspomniał o komunizmie. Pomagał dzieciom w nauce, był bardzo cierpliwy. Wszyscy go lubiliśmy, porządny człowiek. Nagle zniknął.