Południe - Andrzej Muszyński

-
Proszę czekać

Tar­zan cier­pi na czer­wo­nym śnie­gu

Jak in­for­ma­cja o jej zna­le­zie­niu wy­do­sta­ła się na ze­wnątrz? Tego nie wie na­wet Sal Lou, jej oj­ciec. Zresz­tą - co to za głu­pie py­ta­nie? Sal ma te­raz więk­sze zmar­twie­nia. Nie za­sta­ję go w domu, jego syn miał wy­pa­dek, sa­mo­chód zde­rzył się z cię­ża­rów­ką wio­zą­cą drew­no, bale zmiaż­dży­ły chło­pa­ka, z któ­rym je­chał. Syna za­mknę­li w aresz­cie i żą­da­ją trzech ty­się­cy do­la­rów kau­cji. Sal wła­śnie wró­cił i jest za­ła­ma­ny. Trzy ty­sią­ce do­la­rów dla po­li­cjan­ta, któ­ry ma dwa­dzie­ścia pięć do­la­rów eme­ry­tu­ry mie­sięcz­nie, a w domu dwa­na­ścio­ro gąb do wy­ży­wie­nia! W tym ją.

No więc, jak ta in­for­ma­cja wy­do­sta­ła się na świat? Trud­no od­gad­nąć. Jed­nak kie­dy dzie­je się coś ta­kie­go, jest sen­sa­cja. Po­dob­ne dzie­ci na­zy­wa się cza­sem dzi­ki­mi. Byli nimi oczy­wi­ście Re­mus i Ro­mu­lus, Ka­ma­la i Ama­la, hin­du­skie sio­stry zna­le­zio­ne w 1920 roku i rów­nież wy­cho­wa­ne przez wil­czy­cę, czy Na­ta­sza Mi­cha­iło­wa, któ­ra do pią­te­go roku żyła z gro­ma­dą psów i cho­dzi­ła na czwo­ra­kach.

Cały świat obie­gły sen­sa­cyj­ne na­głów­ki: Tar­zan żyje!, Jun­gle Lady z Kam­bo­dży, Po osiem­na­stu la­tach od­na­le­zio­no w dżun­gli dziew­czy­nę!. I się za­czę­ło. Na­lot naj­więk­szych sta­cji te­le­wi­zyj­nych, na­ukow­ców i au­to­rów kul­to­we­go prze­wod­ni­ka "Lo­ne­ly Pla­net". Wszy­scy chcą sfo­to­gra­fo­wać, sfil­mo­wać i do­tknąć. Jak to moż­li­we? Dziew­czy­na osiem­na­ście lat w dżun­gli? Sama? Ze zwie­rzę­ta­mi?

Sprzecz­no­ści

Roz­ma­wia­my przy ła­wie na po­dwó­rzu. Ktoś leży na ha­ma­ku, ktoś coś sku­bie, gda­czą kury. My­śla­łem, że to wio­ska w ser­cu dżun­gli, a tu as­falt, sa­mo­cho­dy, skle­py. To wła­śnie w miej­sco­wo­ści Oy­adao miesz­ka naj­słyn­niej­sza Kam­bo­dżan­ka.

By­łem scep­tycz­nie na­sta­wio­ny do tej hi­sto­rii. Po­li­czy­łem, że w dżun­gli spę­dzi­łem w ży­ciu łącz­nie oko­ło ośmiu ty­go­dni i nie je­stem w sta­nie uwie­rzyć, że drob­na dziew­czy­na prze­ży­ła w tym zie­lo­nym ba­gnie osiem­na­ście lat. Poza tym słoń­ce za tro­pi­kal­ną śre­żo­gą świe­ci tak męt­nie, jak­by za­raz mia­ło zga­snąć, je­stem otę­pia­ły i wszyst­ko się do mnie klei. Dro­ga ze sto­łecz­ne­go Phnom Penh do pro­win­cji Ra­ta­na­ki­ri zaj­mu­je dwa­na­ście go­dzin, z cze­go ostat­nie po dziu­ra­wym, gli­nia­stym trak­cie, któ­ry w szczy­cie pory desz­czo­wej za­mie­nia się w coś, co miej­sco­wi na­zy­wa­ją czer­wo­nym śnie­giem. Koła grzę­zną w bło­cie. Ban­lung, sie­dem­na­sto­ty­sięcz­na sto­li­ca pro­win­cji, zo­sta­je od­cię­te od świa­ta.

- Mógł­bym ją zo­ba­czyć? - Pod­no­szę się.

- Chodź­cie na górę - za­pra­sza Soni, jej sio­stra.

Cha­ta stoi na wy­so­kich pa­lach. Drew­nia­ne scho­dy skrzy­pią, kie­dy wcho­dzi­my do ciem­ne­go po­miesz­cze­nia na gó­rze.

- To ona - Sal ście­ra pot z czo­ła.

Mija mi zmę­cze­nie, roz­sze­rza­ją się źre­ni­ce.

Ciem­no. W rogu po­ko­ju stoi drew­nia­na rama łóż­ka. Obok chy­ba ja­kaś mata. W sa­mej ra­mie na pod­ło­dze leży ko­bie­ta. Jed­na noga wy­pro­sto­wa­na, dru­ga zgię­ta w ko­la­nie, twarz za­sło­nię­ta ręką. Czar­ne wło­sy, śnia­da, pół­na­ga.

Po­wie­dzia­no o tej hi­sto­rii bar­dzo dużo. Tak dużo, że za­czę­ły się pię­trzyć sprzecz­ne in­for­ma­cje. Jed­ni mó­wi­li, że dziew­czy­nę zna­le­zio­no na polu nie­opo­dal wsi, inni - że w le­sie; jed­ni, że mia­ła oczy czer­wo­ne jak wilk i po­ru­sza­ła się na czwo­ra­kach, inni - że wca­le nie. A wszyst­ko to po­wta­rza­ły naj­waż­niej­sze świa­to­we me­dia.

Fak­ty

Trze­ba usta­lić pierw­sze fak­ty: kie­dy i jak za­gi­nę­ła?

1989 rok, Kuk Phnong, wio­ska w pro­win­cji Ra­ta­na­ki­ri przy gra­ni­cy z Wiet­na­mem. Kam­bo­dża na do­bre ugrzę­zła w woj­nie do­mo­wej. Le­d­wie dzie­sięć lat temu skoń­czył się ter­ror Czer­wo­nych Khme­rów, któ­rzy za­mi­no­wa­li kraj i pro­wa­dzą te­raz dzia­ła­nia par­ty­zanc­kie. W kra­ju bu­szu­je ban­dy­ter­ka, ko­rzy­sta­jąc do woli z cha­osu i bez­pra­wia. Mno­żą się po­rwa­nia i mor­der­stwa.

Ośmio­let­nia Ro­chom Pin­gieng jest po­god­ną i uśmiech­nię­tą dziew­czyn­ką. Śpie­wa, pięk­nie ry­su­je i uwiel­bia wy­ci­nać kwiat­ki z pa­pie­ru. W naj­lep­sze bawi się z ro­dzeń­stwem. Dla­te­go ma bli­zny na le­wej ręce: brat kie­dyś przy­pad­kiem ją ska­le­czył.

Ra­zem z resz­tą dzie­ciar­ni pa­sie by­dło na łą­kach na skra­ju dżun­gli. Nie ro­bi­ła­by tego, gdy­by nie umar­ła jej młod­sza sio­stra. Po­grzeb w Kam­bo­dży to nie byle co: trze­ba "za­cho­wać twarz" i wy­pra­wić uro­czy­stość z roz­ma­chem. Dla­te­go oj­ciec ostat­nio cały czas łowi ryby albo płu­cze zło­to, musi spła­cić po­chó­wek. Po­pro­sił Ro­chom, żeby przez ja­kiś czas za­miast nie­go za­ję­ła się by­dłem. W po­łu­dnie dzie­ci cho­wa­ją się w bam­bu­so­wej cha­cie na łące, by prze­cze­kać naj­więk­szy skwar. Tam­te­go dnia je­den z chłop­ców za­uwa­ża przez okien­ko, że od sta­da odłą­czył się ba­wół. Wy­sy­ła za nim Ro­chom. Cze­ka­ją. Nie wra­ca. Za­czy­na­ją jej szu­kać. Znaj­du­ją tyl­ko śla­dy, któ­re giną w bło­cie.

Czy to moż­li­we? Spró­bu­ję od­po­wie­dzieć w ten spo­sób: po kil­ku­na­stu kro­kach w rów­ni­ko­wej gę­stwi­nie bez GPS-u i kom­pa­su kom­plet­nie tra­cę orien­ta­cję.

Za­czę­ły się po­szu­ki­wa­nia. Ro­dzi­ce pró­bu­ją wszyst­kie­go. Wróż­ki, ma­go­wie, ofia­ry ze zwie­rząt. Ile?

- Dwa byki. I świ­nie. Ale świń tyle, że ich nie zli­czę. I kury - wspo­mi­na Sal Lou.

Po roku re­zy­gnu­ją. Dwa lata póź­niej prze­no­szą się do Oy­adao.

Trze­ba usta­lić ko­lej­ne fak­ty: kto, kogo i gdzie zna­lazł w 2007 roku. Oj­ciec mówi, że dziew­czy­nę zna­leź­li w bu­szu męż­czyź­ni z po­bli­skiej wio­ski.

Je­dzie­my.

Dro­ga do Tein za­bie­ra mo­to­rem oko­ło pół go­dzi­ny. Za­raz za Oy­adao skrę­ca­my w czer­wo­ną ścież­kę wi­ją­cą się przez dżun­glę. Wresz­cie mam oka­zję się jej przyj­rzeć. Jest inna niż w Afry­ce i Ama­zo­nii: bar­dziej so­czy­sta, gę­sta. Niż­sze pię­tra zaj­mu­ją splą­ta­ne, zie­lo­ne za­sie­ki, któ­rych wy­ci­na­nie ma­cze­tą musi ozna­czać ge­hen­nę.

Zmierz­cha, gdy do­jeż­dża­my do celu.

- Mo­żesz go za­py­tać o tych lu­dzi? - pro­szę Bonę, mo­je­go tłu­ma­cza, na­po­ty­ka­jąc pierw­sze­go czło­wie­ka.

Za­mie­nia­ją parę zdań.

- Nie ma szans. W ogó­le nie ro­zu­mie po khmer­sku. Oni są mniej­szo­ścią et­nicz­ną, mó­wią po swo­je­mu - wy­ja­śnia.

Pod­cho­dzi ktoś inny. Zna dro­gę, wska­ku­je­my na mo­to­ry.

Pod­jeż­dża­my pod cha­tę. Zsia­da­my. Wspi­nam się po stop­niach wy­cię­tych w palu opar­tym o ga­nek. Wo­kół zbie­ra się tłum tu­byl­ców, przy­glą­da­ją się ca­łe­mu za­mie­sza­niu.

Go­spo­da­rze są nie­śmia­li, od­pa­la­ją do­mo­we cy­ga­ra i każą się roz­go­ścić.

- Pa­nie Mors Kor, jak pan ją zna­lazł? - py­tam.

- Było tak. Po­szli­śmy we trój­kę do dżun­gli na­rą­bać drew­na. Za­bra­li­śmy tro­chę ryżu na prze­ką­skę, bo to go­dzi­na mar­szu. Do­szli­śmy na miej­sce, rą­bie­my, na­gle pa­trzę, a tu z wor­ka znik­nął ryż. Za­czą­łem się roz­glą­dać i po chwi­li się po­ja­wi­ła. Prze­raź­li­wie chu­da, naga, ciem­na.

- Wło­sy. Ja­kie wło­sy?

- Do ra­mion.

- Na czwo­ra­kach?

- Nie, nor­mal­nie, jak czło­wiek.

- Czer­wo­ne oczy?

- Nie, nor­mal­ne.

- I co?

- Ucie­kła.

- I co?

- Po­szli­śmy do domu.

Bli­zny

W wio­sce opo­wie­dzie­li nam, że lu­dzie już wcze­śniej wi­dy­wa­li w le­sie ja­kąś dziw­ną isto­tę, ale za­wsze ucie­ka­ła. Sły­sze­li, że ko­muś gdzieś kie­dyś zgi­nę­ła cór­ka, ale to nic no­we­go. W tych stro­nach dzie­cia­ki czę­sto gu­bią się w dżun­gli, zwy­kle jed­nak od­naj­du­ją się po paru dniach. Cza­sem giną na­wet do­ro­śli. W 2004 roku z dżun­gli wy­ło­ni­ło się trzy­dzie­stu czte­rech lu­dzi. Ukry­wa­li się w niej od cza­su oba­le­nia Czer­wo­nych Khme­rów, któ­rych wspie­ra­li. Dwa­dzie­ścia pięć lat.

Sal Lou, były po­li­cjant, zna pra­wie wszyst­kich w oko­li­cy. Jak tyl­ko do­szły go słu­chy o wy­pad­ku, wsiadł na mo­tor i po­je­chał do Tein. Ra­zem z miej­sco­wy­mi po­sta­no­wi­li na­stęp­ne­go dnia pójść do dżun­gli.

W tym sa­mym miej­scu w le­sie po­ło­ży­li wo­rek z ry­żem i za­cza­ili się w krza­kach. Przy­szła. Pod­bie­gli, zła­pa­li ją. Oj­ciec spoj­rzał na jej lewą rękę. Była po­kry­ta bli­zna­mi.

- To moja cór­ka - oznaj­mił ła­mią­cym się gło­sem.

Na cie­le dziew­czy­ny za­uwa­żył też bli­zny do złu­dze­nia przy­po­mi­na­ją­ce śla­dy po si­dłach.

Mamy więc trzy nie­pod­wa­żal­ne fak­ty:

W 1989 roku po­li­cjan­to­wi Sal Lou zgi­nę­ła cór­ka.

Osiem­na­ście lat póź­niej męż­czyź­ni z Tein zna­leź­li w dżun­gli pół­dzi­ką isto­tę.

Oj­ciec roz­po­znał w niej swo­ją cór­kę po bli­znach na le­wej ręce.

Ale co da­lej?

Wa­rian­ty

W dżun­gli gro­zi­ło jej nie­mal wszyst­ko: węże, na cze­le z ko­brą kró­lew­ską, ty­gry­sy, ma­la­ria, głód, upał, chłód, owa­dy, pi­jaw­ki. Spo­koj­nie moż­na by wy­mie­niać do koń­ca na­stęp­nej stro­ny. Py­tam o zda­nie miesz­kań­ców wsi.

- Wie­rzę, że to praw­da - mówi mło­dy chło­pak z Oy­adao. - Pa­mię­tam, jaką ciem­ną mia­ła skó­rę, kie­dy ją przy­wieź­li. Nie mam po­ję­cia, jak prze­ży­ła tam tyle cza­su. Nie py­taj...

Spójrz­my na mapę. Jak duża jest dżun­gla w tym re­jo­nie? Jak dłu­go moż­na iść, nie spo­ty­ka­jąc ni­ko­go? Nie jest bar­dzo roz­le­gła. Choć Sal pod­kre­śla, że dwa­dzie­ścia lat temu była o wie­le więk­sza i dzik­sza. Od tam­tej pory re­gu­lar­nie ją wy­ci­na­ją. Poza tym Ro­chom mo­gła zbu­do­wać so­bie kry­jów­kę i po­ru­szać się w pro­mie­niu kil­ku­na­stu ki­lo­me­trów od niej. Czy czło­wiek w ta­kiej sy­tu­acji pró­bu­je brnąć przed sie­bie, czy ra­czej ba­ry­ka­du­je się i oswa­ja nową, eks­tre­mal­ną rze­czy­wi­stość? Ja pew­nie brnął­bym w amo­ku, aż na­tknął­bym się na lu­dzi. A gdy­by mi się nie uda­ło? A ośmio­let­nie dziec­ko, za­gu­bio­ne, prze­ra­żo­ne, po kil­ku ty­go­dniach po­szu­ki­wa­nia dro­gi do mamy? Kie­dy po­go­dzi­ła się z tym, że za­miast mat­ki będą z nią już tyl­ko pa­ją­ki, żmi­je i mał­py?

W 2006 roku zgu­bi­łem się w dżun­gli. Też w Kam­bo­dży. Na jed­ną noc. Dla­te­go tym trud­niej mi po­jąć, jak prze­ży­ła, choć wiem, że to moż­li­we - dżun­gla daje wszyst­ko, je­śli prze­strze­ga się jej za­sad i zna in­struk­cję ob­słu­gi.

Uciecz­ki i po­wro­ty

Na stry­szek wcho­dzi mat­ka, idzie ją na­kar­mić.

- Lubi ma­ka­ron - szep­cze.

Po po­wro­cie Ro­chom nie umia­ła po­słu­gi­wać się sztuć­ca­mi. Po­tem ro­bi­ła spo­re po­stę­py.

Jed­nak kil­ka mie­się­cy po jej od­na­le­zie­niu Sal Lou po­je­chał do Wiet­na­mu. Te­raz nie po­peł­nił­by już tego błę­du, ale kto to mógł prze­wi­dzieć? Wy­brał się do cza­ro­dzie­ja, by za­py­tać, co dzia­ło się z jego cór­ką przez osiem­na­ście lat. Mag nie od­po­wie­dział, ale od tej pory coś za­czę­ło się psuć. Dziew­czy­na czu­ła się co­raz go­rzej, przez dłu­gie okre­sy nie chcia­ła jeść. Zdzie­ra­ła z sie­bie ubra­nie i ucie­ka­ła do dżun­gli. W 2007 roku znik­nę­ła na dzie­więć dni. Od­na­leź­li ją w sa­dzie.

Za­bra­li ją do szpi­ta­la. Pró­bo­wa­ła uciecz­ki. Dla­te­go te­raz trzy­ma­ją ją za­mknię­tą w cha­cie i nie spusz­cza­ją jej z oka.

Naj­czę­ściej stoi opar­ta o ścia­nę. Wy­glą­da przez okno. Pa­trzy na sad i kury. Na małe dzie­ci ba­wią­ce się na po­dwó­rzu. I na dżun­glę za sa­dem. Czę­sto wsta­je i kuca obok ramy łóż­ka, jak te­raz, przy mnie. Na­gle zry­wa się i bie­gnie w stro­nę drzwi. Sal krzy­czy i ła­pie ją za ubra­nie. Ro­chom wra­ca pod ścia­nę, pa­trzy na nas z wście­kło­ścią.

- A może po­win­ni­ście pu­ścić ją do dżun­gli? Może tam jej już le­piej? - mó­wię do ojca.

- A pu­ścił­byś swo­ją cór­kę? - pyta zre­zy­gno­wa­ny.

Ro­chom nie opo­wie nam, co się wy­da­rzy­ło. Nie mówi. Po­dob­no re­agu­je tyl­ko na trzy sło­wa: "mama", "tata" i "ból brzu­cha". Kie­dy jest głod­na, wska­zu­je pal­cem na usta. Wy­da­je z sie­bie dźwię­ki, naj­czę­ściej nocą. Nikt jej nie ro­zu­mie. W cza­sie mo­je­go po­by­tu za­czę­ła swój dziw­ny śpiew.

- Ciiiiii! - uci­szy­łem wszyst­kich.

Mam na dyk­ta­fo­nie oko­ło pięt­na­sto­se­kun­do­we na­gra­nie. Prze­słu­cha­łem je wie­le razy. Już nie mam wąt­pli­wo­ści: tak mam­ro­cze małe dziec­ko, za­my­ślo­ne, za­ję­te ja­kąś za­baw­ką, spo­koj­ne, pró­bu­ją­ce coś so­bie nu­cić. Po­noć dziew­czy­na roz­po­zna­je nie­któ­re sło­wa z na­rze­cza ple­mion Ja­rai, co może su­ge­ro­wać, że spę­dzi­ła z nimi ja­kiś czas.

Spo­glą­da na mnie nie­śmia­ło za­czer­wie­nio­ny­mi ocza­mi (zmę­czo­ny­mi ciem­no­ścią, pła­czem?). Pod­cho­dzę do niej, kie­dy znów leży na pod­ło­dze. Chcę przyj­rzeć się jej bli­znom. Do­ty­kam jej dło­ni. Zu­peł­ny brak re­ak­cji. Nie od­py­cha mo­jej ręki, nie spo­glą­da na mnie, nie po­ru­sza na­wet pal­ca­mi. Po pro­stu nic. Jej dłoń jest zu­peł­nie bez­wład­na.

Nikt nie wie, co dzie­je się w jej gło­wie. Czy coś w ogó­le pa­mię­ta? Może tę­sk­ni za mał­pa­mi i pta­ka­mi, za ulu­bio­nym je­zior­kiem? A może śnią się jej kosz­ma­ry - noc­ny trzask dżun­gli, jej syk i rów­ni­ko­wa ciem­ność?

Wło­sy

Wie­lu dzien­ni­ka­rzy wąt­pi­ło. Po pierw­sze: Tar­zan z krót­ki­mi wło­sa­mi? Świad­ko­wie twier­dzi­li, że gdy ją zła­pa­no, mia­ła wło­sy do ra­mion.

- To jak to było? - py­tam Soni.

- Ostrzy­gli­śmy ją tyl­ko raz! Parę dni temu. Ład­na fry­zu­ra, praw­da? Na­wet ją ufar­bo­wa­łam - uśmie­cha się od ucha do ucha.

- Ale jak to moż­li­we, że w dżun­gli mia­ła krót­kie wło­sy?

- Mia­ła wło­sy do ra­mion. Mu­sia­ła sama je so­bie skra­cać. Cały czas w nich grze­bie i pod­ci­na je czymś ostrym. Na­wet tu, w domu - od­po­wia­da spo­koj­nie.

Po dru­gie: ba­da­nia. W 2007 roku do Oy­adao przy­jeż­dża re­por­ter bry­tyj­skie­go "The Gu­ar­dian". Pro­po­nu­je zro­bie­nie ba­dań ge­ne­tycz­nych, ale oj­ciec od­ma­wia.

- Je­ste­śmy ani­mi­sta­mi - tłu­ma­czy mi Sal. - Wie­rzy­my w ma­gię. Gdy­by ktoś z na­szych od­dał ja­kąś część swo­je­go cia­ła, spro­wa­dzi­ło­by to na wio­skę nie­szczę­ście!

Trud­no mi ich po­są­dzić o sfin­go­wa­nie ca­łej hi­sto­rii, o to, że pro­ści i nie­mal nie­pi­śmien­ni lu­dzie wy­my­śli­li so­bie "Tar­za­na z Kam­bo­dży", żeby przy­je­cha­ło do nich BBC, a tłum dzien­ni­ka­rzy zro­bił z ich domu zoo. Że Sal Lou, któ­re­mu cią­gle bra­ku­je na je­dze­nie, przy­gar­nął wy­ma­ga­ją­cą sta­łej opie­ki obcą nie­peł­no­spraw­ną dziew­czy­nę. Nie wia­do­mo, kto bę­dzie się nią opie­ko­wał po śmier­ci ro­dzi­ców.

Opo­wie­dzia­łem Sa­lo­wi, że pra­sa po­są­dza ich o kłam­stwo, bo nie zgo­dzi­li się na ba­da­nia. Zde­ner­wo­wał się. Chwy­cił nóż, pod­szedł do Ro­chom, od­ciął jej pa­smo wło­sów, po­tem do­ło­żył swo­je i wrę­czył mi dwa kłęb­ki.

- To moja cór­ka, sprawdź.

Ale po­zy­tyw­ny wy­nik wca­le nie musi ozna­czać, że dziew­czy­na fak­tycz­nie spę­dzi­ła osiem­na­ście lat w dżun­gli. Mo­gła prze­cież przez ja­kiś czas gdzieś miesz­kać, być wię­zio­na (izo­lo­wa­nie lu­dzi cho­rych psy­chicz­nie nie jest w tych stro­nach ni­czym nad­zwy­czaj­nym), gwał­co­na, tor­tu­ro­wa­na (po­ja­wi­ły się ta­kie hi­po­te­zy). Tak na­praw­dę wia­do­mo tyl­ko tyle, że zna­la­zła się w dżun­gli.

Po po­wro­cie do Pol­ski za­dzwo­ni­łem do la­bo­ra­to­rium ge­ne­tycz­ne­go.

- Pro­szę pana, żeby zro­bić test, musi pan do­star­czyć wło­sy z ce­bul­ka­mi - tłu­ma­czy mi pra­cow­nik.

Nie mam! Sal uciął prze­cież wło­sy no­żem! Ła­pię za te­le­fon i dzwo­nię do za­ufa­ne­go Bony, któ­ry miesz­ka dwie go­dzi­ny sku­te­rem od Oy­adao:

- Jedź po wło­sy z ce­bul­ka­mi i wy­ślij mi je ku­rie­rem.

Za­koń­cze­nie

Ty­dzień póź­niej do Pol­ski przy­la­tu­je ma­te­riał ge­ne­tycz­ny. Dłu­go nie mogę zna­leźć la­bo­ra­to­rium, któ­re bez­płat­nie zro­bi dla mnie ba­da­nia. W koń­cu spra­wą za­in­te­re­so­wał się Gen­Med z Po­zna­nia. Ba­da­nia trwa­ły mie­siąc.

Wnio­sek koń­co­wy za­czy­na się tak: "Ba­da­nie po­li­mor­fi­zmu DNA nie po­zwo­li­ło uzy­skać peł­ne­go pro­fi­lu ge­ne­tycz­ne­go dziec­ka Pin­gieng Ro­chom. Nie­peł­ny pro­fil dziec­ka jest wy­ni­kiem de­gra­da­cji ma­te­ria­łu bio­lo­gicz­ne­go lub/i zwią­za­ny jest z obec­no­ścią in­hi­bi­to­rów re­ak­cji, co mimo to umoż­li­wi­ło ana­li­zę sta­ty­stycz­ną i po­zwo­li­ło sfor­mu­ło­wać wnio­sek koń­co­wy".

Dziew­czy­na jest dziec­kiem in­nych ro­dzi­ców.

Apel

"Pro­szę wszyst­kich do­brych lu­dzi o za­bra­nie Ro­chom do kli­ni­ki i po­moc w przy­sto­so­wa­niu jej do ży­cia w cy­wi­li­za­cji. Sal Lou".

Epi­log

Na opu­bli­ko­wa­ny w pra­sie apel nikt nie od­po­wie­dział.

Wy­ni­ki ba­dań prze­ka­za­łem ojcu za po­śred­nic­twem Bony. Zi­gno­ro­wał je.

W zak­tu­ali­zo­wa­nej edy­cji prze­wod­ni­ka "Lo­ne­ly Pla­net" po opi­sie Kam­bo­dży do­da­no ram­kę z hi­sto­rią "jun­gle girl".

Bona uczy się ja­poń­skie­go. Twier­dzi, że war­to. Na ja­poń­skich tu­ry­stach Kam­bo­dża jesz­cze zbi­je ma­ją­tek.

2009

Dęt­ka (ulot­ne)

At­ta­pu to pro­win­cjo­nal­na, za­ku­rzo­na mie­ści­na na po­łu­dniu La­osu. Nie mia­łem ocho­ty cze­kać bez­czyn­nie na po­zwo­le­nie, żeby wejść w Góry An­nam­skie, więc po­ży­czy­łem mo­tor. Chcia­łem pod­je­chać do od­da­lo­nej o trzy­dzie­ści ki­lo­me­trów wio­ski, w któ­rej znaj­do­wał się ja­kiś za­byt­ko­wy złom po woj­nie wiet­nam­skiej.

Ru­szy­łem - pu­sta dro­ga, wo­kół dżun­gla. Prze­ga­pi­łem roz­jazd i do­pie­ro po ja­kimś cza­sie spo­strze­głem znak: VIET­NAM - 10 KM. Za­wra­cam i pę­dzę, bo robi się póź­no. Nad­ło­ży­łem do­bre czter­dzie­ści ki­lo­me­trów, a po dro­dze nie ma na­wet co my­śleć o sta­cji ben­zy­no­wej. Dro­ga jest pu­sta, nie pa­mię­tam, kie­dy mi­nął mnie ostat­ni sa­mo­chód. Na­gle mo­tor za­czy­na się chwiać, sta­ję, ob­ra­cam się, spraw­dzam. Zła­pa­łem gumę. Do At­ta­pu zo­sta­ło mi jesz­cze ze trzy­dzie­ści ki­lo­me­trów. Zmierz­cha. Nie mam na­rzę­dzi. Po­wo­li za­czy­nam się go­dzić z per­spek­ty­wą awa­ryj­ne­go noc­le­gu - w ro­wie przy dżun­gli.

Wtem na ho­ry­zon­cie po­ja­wia się drga­ją­cy punkt, zbli­ża się, wy­ostrza. War­czą­cy mo­tor. Kie­row­ca sta­je. Ma na twa­rzy bia­łą ma­skę chro­nią­cą od ku­rzu, wi­dzę więc tyl­ko oczy. To ko­bie­ta, tak, na pew­no. Na ko­la­nach i na baku wie­zie wiel­ki wór. Sta­wia mo­tor na stop­ce, pod­no­si wo­rek i wy­sy­pu­je mi pod nogi cały stos klu­czy, dę­tek i na­rzę­dzi.

Wy­mie­ni­łem dęt­kę. La­otan­ka od­je­cha­ła. Wie­czo­rem znów krę­ci­łem się po mia­stecz­ku. Spo­strze­głem, jak je­dzie na swo­im mo­tor­ku w prze­ciw­ną stro­nę. Nie za­uwa­ży­ła mnie. Za­wró­ci­łem i za­czą­łem ją go­nić, chcąc raz jesz­cze jej po­dzię­ko­wać, ale znik­nę­ła gdzieś w tłu­mie lu­dzi w ma­skach na twa­rzy.

2006

Duch

Jest kraj, w któ­rym wiel­ka rze­ka raz w roku zmie­nia kie­ru­nek. Za­wra­ca.

W kra­ju tym nie wy­pa­da py­tać "dla­cze­go?".

"Dla­cze­go?" w wie­lu przy­pad­kach może tu brzmieć nie­tak­tow­nie, na­chal­nie. Le­piej za­py­tać "jak?", "co wi­dzia­łeś?", "skąd wiesz?", by nie ura­zić roz­mów­cy i okręż­ną dro­gą po­szu­kać od­po­wie­dzi.

Ale ostat­nio wbrew re­gu­łom sa­vo­ir-vi­vre'u "dla­cze­go?" po­wta­rza się w tym kra­ju otwar­cie i bez skrę­po­wa­nia.

W 2006 roku po­wo­ła­no tu try­bu­nał, na roz­pra­wy re­gu­lar­nie przy­cho­dzi Chum Mey. Wcho­dzi na śro­dek sali i ścią­ga buty. Na wi­dow­ni ko­re­spon­den­ci, pół ty­sią­ca wi­dzów - w więk­szo­ści ofia­ry be­stial­skie­go ter­ro­ru.

Przy­dłu­ga­we spodnie opa­da­ją fał­da­mi na pod­ło­gę. Ope­ra­tor zbli­ża ka­me­rę do jego stóp, sę­dzio­wie oglą­da­ją je na te­le­bi­mie.

- Naj­pierw wy­ry­wa­li mi pa­znok­cie u pra­wej nogi. Trzy­ma­ły się tak moc­no, że wy­krę­ca­li je ob­cę­ga­mi. Po­tem u le­wej - ze­zna­je Chum Mey.

Jest drob­ny i le­ci­wy, ale jako je­dy­ny świa­dek nie boi się spoj­rzeć oskar­żo­ne­mu pro­sto w oczy. Czy ktoś się jesz­cze od­wa­ży sta­nąć twa­rzą w twarz z Du­chem?

W try­bu­na­le do spraw zbrod­ni Czer­wo­nych Khme­rów w sto­łecz­nym Phnom Penh ofia­ry znów spo­ty­ka­ją ka­tów. Je­śli w ogó­le wia­do­mo, kto jest kim.

Chum Mey nie ma prze­cież pew­no­ści, czy wul­ka­ni­za­tor, u któ­re­go zwy­kle łata pę­ka­ją­ce od tro­pi­kal­ne­go upa­łu dęt­ki, nie za­mor­do­wał jego krew­nych, czy jego są­siad nie roz­strze­lał kil­ku ty­się­cy lu­dzi, czy sprze­daw­ca sma­żo­nych ba­na­nów nie był ko­men­dan­tem obo­zu tor­tur.

Nie do­wie się tego od nich sa­mych.

Ani od pra­wie dwóch mi­lio­nów za­bi­tych.

Nie do­wie się od tych, dla któ­rych ob­ra­dy try­bu­na­łu to roz­dra­py­wa­nie za­go­jo­nych ran.

Nie do­wie się z pod­ręcz­ni­ków - w Kam­bo­dży przez dzie­siąt­ki lat nie na­pi­sa­no o tym ani sło­wa.

Dla­te­go zja­wia się na każ­dej roz­pra­wie. Cze­kał na tę chwi­lę trzy­dzie­ści lat.

Sta­re khmer­skie pro­roc­two

"Ciem­ność zstą­pi na lud Kam­bo­dży. Będą domy, ale nie bę­dzie w nich lu­dzi, będą dro­gi, ale nie bę­dzie po­dróż­nych, zie­mią wła­dać będą bar­ba­rzyń­cy bez wia­ry. Krwi bę­dzie tyle, że się­gnie brzu­cha sło­nia. Prze­ży­ją tyl­ko głu­si i nie­mi".

Apa­rat

7 stycz­nia 1979 roku, Phnom Penh. Ho Van Tay wjeż­dża w woj­sko­wej ko­lum­nie do mia­sta. Skwar, na uli­cach ży­wej du­szy, bul­war Mo­ni­von­ga przy­po­mi­na pu­styn­ny ka­nion, w bocz­ne ulicz­ki wgry­za się ziel­sko, wszę­dzie sto­sy krze­seł, garn­ków, kar­to­nów, ma­szyn do szy­cia, ma­te­ra­ców, ro­dzin­nych fo­to­gra­fii. Po as­fal­cie fur­ko­czą tu­ma­ny bank­no­tów. Z pra­wej góry zmy­wa­rek, lo­dó­wek, elek­tro­ni­ki, te­le­fo­nów i sto­pio­ne­go pla­sti­ku, zło­mo­wi­sko sa­mo­cho­dów. Wszyst­ko prze­żar­te rdzą. Do "mia­sta du­chów" wjeż­dża­ją czoł­gi, żoł­nie­rze wie­sza­ją fla­gi. Van Tay przy­sta­wia do oka apa­rat (obiek­tyw szes­na­ście mi­li­me­trów).

Dzień póź­niej. Van Tay je­dzie przez mia­sto woj­sko­wym dżi­pem. Tra­fia w dziw­ne miej­sce. Sklep po su­fit za­pcha­ny pra­wy­mi bu­ta­mi, są­sied­ni - le­wy­mi. Wóz to­nie w nie­wi­dzial­nej chmu­rze cięż­kie­go smro­du. Van Tay za­trzy­mu­je sa­mo­chód, wy­sia­da, roz­glą­da się. Mia­sto ogar­nia śmier­tel­na ci­sza. Mija wiel­kie wil­le, odór sta­je się co­raz sil­niej­szy. Na bra­mie na­pis: Éco­le Pre­mi­ére de Tuol Sleng, li­ceum. Mury wo­kół bu­dyn­ków szko­ły ob­szy­te dru­tem kol­cza­stym. Na po­dwó­rzu kil­ka szczu­rów. Wo­kół ma­szy­ny do szy­cia, mię­dzy drze­wa­mi ha­ma­ki i pra­nie. Ktoś mu­siał ucie­kać stąd w pa­ni­ce. Bal­ko­ny szczel­nie przy­kry­wa dru­cia­na siat­ka, plac szkol­ny jest za­ora­ny. Wcho­dzi do środ­ka. Pod sto­pa­mi chru­pie ro­bac­two. Na pod­ło­dze w po­ko­jach wa­la­ją się fo­to­gra­fie, leżą pęk­nię­te te­le­fo­ny, z po­otwie­ra­nych szu­flad ster­czą do­ku­men­ty, obok chiń­skie­go ra­dio­od­bior­ni­ka - na­bo­je. W dru­gim po­miesz­cze­niu na ścia­nie wi­szą na gwoź­dziach kaj­da­ny i kłód­ki, na zie­mi roz­sy­pa­ny wo­rek wap­na, na sto­le - baty, piły, sie­kie­ry, mo­ty­ki, pały. Da­lej ja­kieś po­pier­sie, por­tre­ty. Van Tay uważ­nie sta­wia sto­py mię­dzy kę­pa­mi czar­nych wło­sów i ka­łu­ża­mi przy­schnię­tej krwi. Wszę­dzie mu­chy. Smród nie­sie się od tru­pów przy­ku­tych łań­cu­cha­mi do sta­lo­wych ram łó­żek: oko­ło dwu­dzie­stu, trzy­dzie­stu ciał - męż­czyź­ni, ko­bie­ty i dzie­ci. Wszę­dzie bia­łe czer­wie. Czasz­ki mu­sia­ły eks­plo­do­wać od sil­ne­go ude­rze­nia, jak­by szpa­dlem.

Zmierz­cha. Van Tay­owi drżą ręce; przy­sta­wia do oka apa­rat.

Kino ob­jaz­do­we

Lata czter­dzie­ste, pro­win­cja Kom­pong Thom. Mały Kang Kek Iev ma ra­dio. Ale ileż moż­na słu­chać ra­dia, kie­dy jest się ma­łym chłop­cem? Gdy przez wieś je­dzie kino, Kang dro­bi stóp­ka­mi w dół po drew­nia­nych scho­dach i pę­dzi pod świą­ty­nię. Tam już uci­sza­ją dzie­ci, maty roz­ło­żo­ne, sia­dać! Przed głów­ną pro­jek­cją za­wsze po­ka­zu­ją krót­szy film: po le­wej czło­wiek z prze­pa­ską na oczach i rę­ka­mi zwią­za­ny­mi na ple­cach, przed nim dwu­na­stu żoł­nie­rzy z ka­ra­bi­na­mi. Mó­wią, że to Khmer Se­rei, wol­ni Khme­rzy, ban­dy an­ty­kró­lew­skich re­be­lian­tów roz­strze­li­wa­ne przez woj­ska kró­la Si­ha­no­uka. Kat strze­la, za­nim do koń­ca wy­brzmi ko­men­da.

Król ho­du­je żmi­je

Król Si­ha­no­uk mo­der­ni­zu­je sys­tem szkol­nic­twa. Wcze­śniej Kam­bo­dża po dzie­więć­dzie­się­ciu dzie­wię­ciu la­tach wy­zwa­la się spod fran­cu­skich wpły­wów. W Kom­pong Thom na dwie­ście miejsc w szko­łach przy­pa­da sied­miu­set kan­dy­da­tów. Czter­na­sto­let­ni Kang jest jed­nym z wy­brań­ców. Do domu wra­ca tyl­ko raz na mie­siąc - pięć go­dzin ro­we­rem. Ro­dzi­na przy­sy­ła mu cza­sem tro­chę ryżu. Miesz­ka u star­sze­go mał­żeń­stwa, wła­ści­cie­li stra­ga­nu z ma­ka­ro­nem, w za­mian za po­moc w in­te­re­sie i pra­cach do­mo­wych. Kang nie gra w pił­kę ani nie oglą­da się za dziew­czy­na­mi. Naj­bar­dziej lubi po­rząd­ko­wać książ­ki na biur­ku wie­czo­rem przy świecz­ce - wy­gła­dza dło­nią ze­szyt i pe­dan­tycz­nie ukła­da pod­ręcz­nik rów­no­le­gle do kra­wę­dzi bla­tu. Po­ma­ga w na­uce ko­le­gom i ko­le­żan­kom, któ­rym czę­sto po­wta­rza: "bądź­cie sil­ne i wy­trwa­łe". Wie, że w Kam­bo­dży ko­bie­tom jest bar­dzo cięż­ko.

Kang ma kum­pla - Ho Ngie. Po lek­cjach wska­ku­ją na ro­we­ry i jadą dwa ki­lo­me­try do cen­trum in­for­ma­cji rzą­do­wej. Czy­ta­ją ga­ze­ty, a kie­dy ofi­cer nie pa­trzy, moż­na na­wet któ­rąś gwizd­nąć. Kang do­wia­du­je się, że do li­ceum przy­jeż­dża Ke Kim Huot, jego ulu­bio­ny na­uczy­ciel z pod­sta­wów­ki. Od tej chwi­li czę­sto bywa w jego domu. Kim Huot opie­ku­je się naj­bied­niej­szy­mi ucznia­mi - pod­su­wa im sma­ko­ły­ki, cza­sem ko­goś prze­no­cu­je, udzie­la dar­mo­wych ko­re­pe­ty­cji. Gdy­by wie­czo­rem za­cza­ić się pod cha­tą, w któ­rej uczy, moż­na by usły­szeć:

- ...szko­ły prze­no­szą się ze świą­tyń do no­wych bu­dyn­ków, na­uczy­cie­le cięż­ko pra­cu­ją i żyją skrom­nie, a mni­si? Je­dwab­ne sza­ty, bo­ga­te świą­ty­nie sta­wia­ne z dat­ków. Kam­bo­dża jest bied­na i nie­spra­wie­dli­wa, ni­cze­go nie za­ła­twisz, je­śli nie masz pie­nię­dzy. A świat się wy­zwa­la! Świat nie stoi już w miej­scu, lu­dzie nie wie­rzą już w kar­mę, prze­zna­cze­nie, Chi­ny wie­dzą i udo­wad­nia­ją, że wola ludz­ka i wy­si­łek po­ko­nu­ją wszyst­kie prze­szko­dy. To wy mu­si­cie wziąć spra­wy w swo­je ręce, wy, mło­dzi, wy­kształ­ce­ni, je­ste­ście na­dzie­ją tego kra­ju!

Przed re­for­mą kró­la śred­nie wy­kształ­ce­nie gwa­ran­to­wa­ło pra­cę w struk­tu­rach rzą­do­wych. W wy­ni­ku re­for­my ze szkół wy­cho­dzą za­stę­py wy­kształ­co­nych mło­dych lu­dzi, któ­rym zie­lo­ny, rol­ni­czy kraj nie daje za­trud­nie­nia.

Król ho­du­je na swo­jej pier­si żmi­je.

Du­cho­ta

Kang dwu­let­ni kurs ma­tu­ral­ny koń­czy w rok. Do­sta­je ofer­tę na­uki w pre­sti­żo­wym Ly­cée Si­so­wath w Phnom Penh. Tam zda­je dru­gi etap eg­za­mi­nu ma­tu­ral­ne­go z dru­gim wy­ni­kiem w kra­ju. Przy­glą­da się sto­li­cy i wi­dzi prze­paść mię­dzy wsią a mia­stem.

Kang za­ko­chu­je się w Kim, sio­strze Ho Ngie. Ra­zem roz­po­czy­na­ją stu­dia na uni­wer­sy­te­cie. Za­rę­cza­ją się. Zry­wa­ją za­rę­czy­ny. Kang prze­no­si się do In­sty­tu­tu Pe­da­go­gi­ki, któ­re­go dy­rek­to­rem jest Son Sen, ak­ty­wi­sta ko­mu­ni­stycz­ny. Kan­ga w struk­tu­ry par­tii wpro­wa­dza pro­fe­sor Khnay Kim Hour, szef sto­łecz­nej ko­mór­ki par­tyj­nej. Za­przy­jaź­nia­ją się. Pew­nie wte­dy w ich dys­ku­sjach po raz pierw­szy pada sło­wo czeng­feng, slo­gan ro­bią­cy wła­śnie wiel­ką ka­rie­rę w Chi­nach i na­wo­łu­ją­cy do nie­ustan­nej wal­ki o po­pra­wę sty­lu pra­cy, w myśl za­sa­dy, że naj­pierw i naj­do­tkli­wiej na­le­ży kon­tro­lo­wać swo­ich, bo to wśród nich lę­gnie się zło­wro­gi dla idei wi­rus.

Kon­flikt w Kam­bo­dży się za­ostrza, a ksią­żę Si­ha­no­uk, któ­ry tym­cza­sem for­mal­nie ab­dy­ko­wał na rzecz ojca, prze­cha­dza się po czer­wo­nych dy­wa­nach, przy­mi­la­jąc do ludu. "Mes en­fants", moje dzie­ci - po­wta­rza.

Kam­bo­dża ma być sa­mo­wy­star­czal­na. Ksią­żę na­cjo­na­li­zu­je han­del. Dzie­więć­dzie­siąt pro­cent po­pu­la­cji to chło­pi. Za ryż wię­cej pła­ci im jed­nak Viet­cong niż pań­stwo. Bun­tu­ją się.

Dla księ­cia na­uczy­cie­le i stu­den­ci to wy­wro­tow­cy. Si­ha­no­uk ma wszak­że czło­wie­ka do ro­bie­nia po­rząd­ku - Lon Nola. Ten na­mie­rza wro­gów, wsa­dza ich do wię­zie­nia, tor­tu­ru­je, mor­du­je. Prze­śla­do­wa­ni ucie­ka­ją do dżun­gli. Jed­nym z nich jest nie­ja­ki Sa­loth Sar, na­uczy­ciel wy­kształ­co­ny na Sor­bo­nie.

W 1965 roku Kang otrzy­mu­je cer­ty­fi­kat na­uczy­ciel­ski i roz­po­czy­na pra­cę w Sku­on - mie­ście pa­ją­ków.

Mia­stecz­ko po­ło­żo­ne na skrzy­żo­wa­niu trzech dróg kra­jo­wych jest na­tu­ral­nym przy­stan­kiem dla po­dróż­nych. Gdy tyl­ko się za­trzy­ma­ją, na­tych­miast ob­le­pia­ją ich gro­ma­dy dzie­ci sprze­da­ją­cych tłu­ste pa­ją­ki przy­po­mi­na­ją­ce ta­ran­tu­le. Rano męż­czyź­ni wy­cho­dzą po nie do lasu, wra­ca­ją koło czter­na­stej, ko­bie­ty rzu­ca­ją je na głę­bo­ki tłuszcz. Da­nie na­zy­wa się a ping.

Kang, jak wszy­scy, czę­sto je jada. Nie pro­wa­dzi ży­cia to­wa­rzy­skie­go. Roz­no­si ulot­ki i po­ka­zu­je chiń­skie fil­my pro­pa­gan­do­we. Jeź­dzi na ro­we­rze, ubie­ra się skrom­nie, nie pije, nie cho­dzi na fe­sty­ny. Mało tego - wię­cej robi, niż mówi. Zbie­ra gru­pę stu­den­tów, by po­ma­gać chło­pom w polu. Tłu­ma­czy, że bied­niej­szych i nie­szczę­śliw­szych trze­ba wspie­rać. Ta­kie­go czło­wie­ka tu jesz­cze nie było.

Otrzy­mu­je więc ty­tuł Ma­nuh Da­ach Hat, w ter­mi­no­lo­gii Czer­wo­nych Khme­rów ozna­cza­ją­cy ko­goś, kto dla idei po­świę­ci wszyst­ko. Kang wie, że w kra­ju ści­ga­ją i za­my­ka­ją ko­mu­ni­stycz­nych agi­ta­to­rów, ale czu­je się pew­niej niż inni - Czer­wo­ni Khme­rzy mają bazę nie­da­le­ko Sku­on.

W dys­tryk­cie Sam­laut rząd od­bie­ra chło­pom zie­mię, by po­sta­wić ra­fi­ne­rię cu­kro­wą. Woj­sko ma ścią­gnąć po­dat­ki i do­pil­no­wać, by wie­śnia­cy sprze­da­wa­li cu­kier pań­stwu, a nie Viet­con­go­wi. Kil­ku chło­pów nie wy­trzy­mu­je, za­bi­ja­ją dwóch żoł­nie­rzy. Ksią­żę jest za gra­ni­cą, ale Lon Nol wie, co ro­bić.

Pali, za­bi­ja, gło­wy każe przy­wo­zić do Phnom Penh w do­wód, że jego roz­ka­zy są wy­ko­ny­wa­ne. Gi­nie praw­do­po­dob­nie dzie­sięć ty­się­cy lu­dzi.

W kra­ju robi się co­raz dusz­niej.

W mie­ście pa­ją­ków

Je­stem umó­wio­ny na spo­tka­nie ze stu­den­tem Kan­ga. Sia­da na pod­ło­dze osa­dzo­nej na pa­lach metr nad zie­mią, ner­wo­wo po­cie­ra gołą sto­pą o sto­pę, jest skrę­po­wa­ny. Py­tam o Kan­ga.

- Bar­dzo do­bry na­uczy­ciel, wy­ma­ga­ją­cy, su­ro­wy, ale nig­dy ni­ko­go nie ude­rzył. Uczył ma­te­ma­ty­ki. Na lek­cjach ani razu nie wspo­mniał o ko­mu­ni­zmie. Po­ma­gał dzie­ciom w na­uce, był bar­dzo cier­pli­wy. Wszy­scy go lu­bi­li­śmy, po­rząd­ny czło­wiek. Na­gle znik­nął.