I.
Czas spędzony w Akademii wydawał się teraz polskiej załodze złym snem, który wreszcie się skończył. Nie brakowało wśród nich prawie nikogo. Główny inżynier Karol Michałow, choć stanowczo odmówił poddania się nakazowi przeszkolenia w Akademii, też został dopuszczony do lotu. Stało się tak mimo obiekcji sztabu, gdyż tylko on znał się na nietypowych silnikach Hermasza oraz na jego inteligentnym systemie komputerowym, wykazującym się bardzo dużą niezależnością myślenia. Tak więc, choć inżynier w poważaniu miał wyrok sądu, nic mu nie zrobiono.
Remont statku przeprowadzono na terenie Polski. Nie zrobiono tego bynajmniej z przyczyn natury technicznej. Po prostu główny komputer pokładowy nie pozwolił nikomu z głównej stoczni Armady wejść na pokład, a gdy próbowano wedrzeć się tam siłą, kopał techników prądem niczym elektryczny rumak pełnej krwi i zamykał grodzie na korytarzach. Dopiero gdy przewieziono Hermasza do polskiej stoczni, buntowniczy komputer się uspokoił i oświadczył tubalnie, że "tylko rodakom ufa". I rzeczywiście, polską ekipę wpuścił na pokład bez dalszych problemów, zwłaszcza że przewodziła jej inżynier Jolanta Stern, a ją znał bardzo dobrze. Specjaliści pracowali jeszcze przy ostatnich wykończeniach, gdy załoga zaczęła powracać na statek, ale ani jednej, ani drugiej stronie to nie przeszkadzało.
Oprócz Michałowa stawiła się też na Hermaszu cała sekcja dowodzenia, obecny był również pion naukowy i techniczny, a nawet duszpasterski. Kapelan pokładowy, redemptorysta Tadeusz Muchomorek i siostra Ofelia od Aniołów, prywatnie jego rodzona siostra, pojawili się jako pierwsi. Jak sami stwierdzili, czuli się odpowiedzialni za los dusz załogi na tym i na tamtym świecie, dlatego bez ociągania się podążyli za tym powołaniem. Ich obecność stanowiła pewne kuriozum, gdyż instytucja kapelana pokładowego w Gwiazdowej Armadzie po prostu nie istniała.
- Może w Armadzie czegoś takiego nie ma, ale u nas jest - odpowiadali Polacy na delikatnie wyrażane wątpliwości i wszyscy wiedzieli, że nie ustąpią. Fakt, że załoga była dość mieszana światopoglądowo (znajdowali się w niej przedstawiciele kilku różnych religii, a także ateiści), natomiast kapelan reprezentował wyłącznie Watykan, nie wydawał się nikomu przeszkadzać. Dano więc tej sprawie spokój.
Naczelny lekarz Hermasza, doktor TiShan, przybyła na pokład razem ze swą córeczką, urodzoną podczas ich poprzedniej misji. Co prawda dowództwo ostrożnie wyraziło zastrzeżenia do tego, że lekarka ma zamiar razem z dzieckiem uczestniczyć w dalekich wyprawach w niezbadane obszary kosmosu, i zaproponowało stanowisko w pionie szkoleniowym Akademii, ale pani doktor mruknęła jedynie w odpowiedzi coś po polsku i wyszła, trzasnąwszy drzwiami. Jak na Uoltankę miała choleryczny charakter i fatalne maniery. Nikt nie wiedział, co dokładnie powiedziała, bo żaden translator nie chciał tego przełożyć na angielski, ale wojskowa pielęgniarka Lolita Niemogę, która towarzysząc swej szefowej, była świadkiem tej sceny, z trudem powstrzymała się od śmiechu.
- Co ona powiedziała? - zapytał ją komandor Krasnovsky.
- Nie powinnam.
- To rozkaz, kapralu.
- Za przeproszeniem, z całym szacunkiem dla obecnych tu oficerów, pani doktor określiła, w co konkretnie można wam wszystkim zaimplantować pewną bardzo osobistą część ciała.
Zanim się domyślili, co właściwie chciała powiedzieć, Lolita zdążyła wybiec i zniknąć w tłumie.
Należący do oryginalnej załogi doktor Nbeba postanowił ostatecznie nie wracać na pokład Hermasza, ale zdolny chirurg Jakub Żmijewski nie zawiódł. Zjawił się w ambulatorium razem ze świeżo poślubioną żoną, doktor Zośką Foremną, wojującą feministką, która nie chciała po ślubie przyjąć nazwiska męża ani nawet używać dwóch. Obaj sanitariusze, Cezary Figielek i Adam Rajski, już na nich czekali, robiąc pod okiem TiShan spis wszystkich instrumentów. Siostra Lolita zajmowała się zabawianiem małej TiAlli.
Dziewczynka miała już prawie trzy lata i, jak przystało na małą Uoltankę, pod wieloma względami dorównywała w rozwoju ziemskim pięciolatkom. Mówiła pełnymi zdaniami, liczyła do stu, pisała pierwsze litery, ale była za to dużo bardziej rozbrykana niż jej rówieśnicy wychowywani na Uoltanie. Doktor TiShan postanowiła, że jej córeczka będzie łączyć w sobie najbardziej wartościowe cechy dwóch ras; chciała nauczyć ją ziemskiej radości życia, nim przyjdzie czas, by poznała uoltańską logikę.
Technik przesyłu, Zdzisław Lalewicz, zwany powszechnie Lalunią, musiał pracować bez przerwy prawie piętnaście godzin, nim teleportował na pokład całą załogę. Dwa razy zawieszał się komputer transportera, a raz wysiadło całe ogniwo zasilające, ale w końcu zadanie zostało wykonane. Załoga była w komplecie. Nie zabrakło nawet Miśka, który - zmaterializowany na platformie - otrząsnął się, szczeknął radośnie i wspiąwszy się na tylne łapy, polizał różowym ozorem twarz Lalewicza.
- Się masz, psi synu - powitał go technik serdecznie, poczochrał czworonoga po grzbiecie, po czym z westchnieniem ulgi opadł na swoje krzesło. Teraz mógł już bez przeszkód poświęcić się swej ulubionej lekturze, czyli Przygodom dzielnego wojaka Szwejka.
Tymczasem reszta załogi rozbiegła się po statku, przypominając sobie stare kąty. Każdy nowy element wywoływał oburzenie, kilku załogantów z miejsca wszczęło kłótnię o to, gdzie kto spał, a w jednym z przedziałów doszło nawet do bójki, jednak szybko i sprawnie przerwanej.
Szef ochrony, porucznik Maura Gwizdak, jako pierwsza była na miejscu ze swymi ludźmi, a jej podwładni sumiennie patrolowali statek. Na razie znaleźli niewiele problemów, tylko pijanego w trupa dokera za skrzyniami w ładowni i mysie gniazdo pod jedną z konsol. O ile z dokerem nie było problemu - szybko pozbyto się go ze statku - o tyle mysie gniazdo wywołało sporo kontrowersji. Kapitan Zakrzewska oznajmiła kategorycznie, że nie wolno go ruszać, póki mysięta nie podrosną. Karol Michałow stwierdził, że skoro tak, to on nie bierze odpowiedzialności za stan delikatniejszych urządzeń. To wywołało burzliwą dyskusję na temat mysich obyczajów, kwestii priorytetów i w końcu dział przyrodniczy zabrał mysią rodzinę razem z gniazdem do oranżerii, wynosząc ją w pojemniku opryskanym preparatem H-5, zapobiegającym reakcjom nerwowym u gryzoni. Tym razem też zadziałał - mama myszka zachowywała się jak gdyby nigdy nic i bez kaprysów zaakceptowała obszerne terrarium, które dla niej naprędce urządzono.
- Tyle zachodu z powodu zwykłych szkodników... - wymruczała dr TiShan, ale nie zaprotestowała. Chociaż zdążyła przywyknąć do różnych "ziemskich dziwactw", nadal nie widziała sensu w trzymaniu takich stworzeń jako domowych ulubieńców.
- Daj spokój, koleżanko - powiedział wesoło doktor Żmijewski. - I tak większa część zwierzyńca tym razem zostanie na Ziemi, więc miejsca mamy sporo. Pamiętasz pierwszy rejs? Dziada z babą nam tu tylko brakowało, a i to nie na pewno.
- Proszę mi tego nie przypominać!
TiShan wzięła córeczkę na ręce i wyszła z ambulatorium godnym krokiem. Po chwili na korytarzu rozległo się basowe "Wow!" i entuzjastyczny pisk TiAlli.
- Niech ktoś zabierze tego niedźwiedzia! - wrzasnęła oburzona lekarka, aż Lolita Niemogę parsknęła śmiechem.
- Ona zawsze taka? - spytała z niezadowoleniem Zośka Foremna, dla której wszystko, co działo się na pokładzie, było nowością.
- Odkąd tu jest, to na pewno - poinformowała ją ochoczo Lolita. - Nie lubi zwierząt, boi się ich. Ale reszta z nas jest całkiem w porządku, pani doktor.
Ledwie załoga Hermasza znalazła się w komplecie na pokładzie, a już pierwszy oficer Arkadiusz Żydek, inżynier Karol Michałow i drugi oficer Jurgen von Ravensburg zostali wezwani do kapitanatu stoczni celem podpisania protokołu odbioru technicznego. Wymagało to od nich przejrzenia sterty raportów z remontu, z "parkowania" i końcowego przeglądu statku, toteż zanosiło się na to, że prędko nie wrócą.
Załoga zajęła się sprawdzaniem swych stanowisk, układaniem w szafkach ubrań i podręcznych drobiazgów, a na końcu relaksem i kłótniami. Kapitan Zakrzewska siedziała na fotelu dowodzenia i drzemała sobie beztrosko, czekając już tylko na powrót swych wiernych oficerów, bez których start w kolejną misję był oczywiście nie do pomyślenia. Z miłego snu wyrwał ją ordynans Jasiek Gąsienica, przydzielony jej w poprzedniej misji. Wpadł na mostek, zaaferowany i rozczochrany jak nieboskie stworzenie.
- Panicko kapitan, piknie pytom wos na dół - wykrztusił z przejęciem. - Cosik się świenci!
- Zaraz, zaraz, Jasiu. - Lilianna przetarła zaspane oczy i wstała. - Mów, co się dzieje, ale po kolei.
- Po kolei, to po kolei... Goniłek naszom asice i wlozłek do jedny pakamery... a tam, panicko najmilejsa, tako wielgachno baba i do mnie z tasakiem leci!
- I co?
- No co, wezwałek Maurę i jej chłopaków. Ja tam babie po kufie nie dom, za bardzo przejmujący jezdem.
- Co to za kobieta?
- Jo nie wim. Wielga, czarniawo taka, a silna! O, panicko kapitan, taka to by robotom w obejściu potrząchła, że hej...
Kapitan wzruszyła ramionami, nic z tego nie rozumiejąc, i pospieszyła do windy razem z Jaśkiem plączącym się za jej plecami. Zjechali na sam dół, do nieużywanej części ładowni, gdzie oddział operacyjny Maury Gwizdak spierał się właśnie z wysoką, zgrabną, kędzierzawą Clingorgianką w skórzanym stroju. Była chyba bardzo młoda, ale muskularna jak zapaśniczka, na dodatek uzbrojona po zęby, a jej oczy miotały spod szerokich brwi pioruny gniewu. Lilianna oceniła sytuację jednym trzeźwym spojrzeniem, przepchnęła się między żołnierzami i stanęła wyprostowana przed niespodziewanym pasażerem na gapę. Mogła się nie wysilać, bo i tak nie sięgała Clingorgiance nawet do ramienia.
- O co chodzi? - spytała ostro. - Jestem kapitanem tego statku!
- Pe'larh! DoK! QaR te'nay vuK yHan! - ryknęła dziewczyna.
Kapitan pospiesznie włączyła swój translator, ale w tym momencie intruzka zrobiła krok naprzód, unosząc groźnie trzymany w ręku buklet2, i dodała wiązankę cligorgiańskich słów, których translator nie zdołał przełożyć. Kapitan Zakrzewska wbiła rozszerzone ze zdumienia oczy w zaostrzony kawał stali. Najrozsądniej byłoby się cofnąć, ale wściekłość przeważyła nad ostrożnością.
- Ty, Fela, schowaj ten kozik, bo zaraz trafisz tam, gdzie ani sobie, ani nikomu nie należy życzyć! Do pierdla znaczy! - wrzasnęła, chcąc udowodnić, że przynajmniej poziomem emitowanych na poczekaniu decybeli nie odbiega od swej przeciwniczki. - To mój statek, rozumiesz?! Gadaj, skąd cię diabli przynieśli, albo wynoś się na zbity pysk!
Przez chwilę wyglądało na to, że dojdzie do walki kobiet, ale przez tłum żołnierzy przepchnął się Wasyl Anegdotycz Zajczik, pokładowy zbrojmistrz, bardzo zawstydzony i zdenerwowany.
- Barysznia kapitan, izwienit'ie3 - wymamrotał. - To... Keras. Ja chcę się na niej żenić, nie wolno?
- Na ten temat nie mogę się wypowiedzieć, na niej czy pod nią... ale co ona TUTAJ robi?
- A kto że na Ziemi by nam ślub dał? Na korablie kapitan ma prawo nas pożenić. Tak ja i zamknął Keras tutaj, ja nie myślał, co ją najdut.
Lilianna popatrzyła na swego zbrojmistrza i ręce jej opadły. Potoczyła wzrokiem po zgromadzonych załogantach w poszukiwaniu pomocy. Maura Gwizdak wzruszyła lekko ramionami, jakby chcąc dać znać, że u niej rady nie znajdzie, Jasiek gapił się zbaraniałym okiem na to, co się działo, a Zajczik wyglądał niczym posąg ogólnego ubolewania.
- Waśka, ty oszalałeś - jęknęła kapitan. - Jeśli zatrzymam na pokładzie Clingorgiankę, dowództwo każe mnie ściąć i rozstrzelać, a potem zdegraduje do zwykłych majtek... tfu, do majtka!
- Kapitanko, błagam... Ja lubliu Keras, ona mnie toże. Ona z domu udrała z takim bladzim synem, co ją samą na Marsie ostawił... wrócić do swoich przez to nie możet, bo to gańba...!
- Dobra, dobra. Keras, czy jak cię tam zwą, kochasz ty tego człowieka?
Clingorgianka w odpowiedzi chwyciła Zajczika za kark i ugryzła go w policzek, aż kwiknął z bólu, a wszyscy podskoczyli.
- Chyba widać - warknęła.
- Powiedzmy. - Lilianna nie wyglądała na przekonaną. - Nie znam się na waszych zalotach, ale słyszałam, że są... końskie, więc może i prawda. Ale czy wy to przemyśleliście? Ten mariaż będzie kością niezgody. Wątpię, by wybaczono Clingorgiance poślubienie człowieka, a członkowi Gwiazdowej Armady poślubienie kobiety wrogiej rasy. Nie w dzisiejszych czasach. Jesteście tego świadomi?
- Bakhtar 4! Nie obchodzi mnie niczyja opinia! - Keras zamachnęła się bukletem, aż świsnęło w powietrzu.
- Odłóż to, wariatko! Zobaczę, co da się zrobić.
Rozmowa z kwaterą główną przebiegła bardzo gwałtownie. Wbrew oficjalnym deklaracjom Lilianna twardo broniła swego zbrojmistrza i jego narzeczonej. Dwóch admirałów i jeden kontradmirał debatowało burzliwie nad obecnością Cligorgianki na pokładzie statku Armady i po długiej, wyczerpującej dyskusji doszło do wniosku, że Hermasz ostatecznie nie jest okrętem flagowym, a jeśli narwani Polacy chcą się męczyć z Clingorgianami, to ich problem.
Na ostateczną decyzję wpłynął fakt, że oficer łączności Malwinka Kręcik, poszperawszy w bazach danych, potwierdziła historię Keras. Dziewczyna była poszukiwana przez swoją rodzinę - jeden z pomniejszych, ale raczej szanowanych rodów szlacheckich na Quo'ni'Kos, stołecznej planecie Imperium. Uciekła z przemytnikiem, który ją porzucił. Nie chciała wracać do swoich, czując się zhańbiona. Przemieszkała kilka miesięcy w marsjańskiej kolonii Ziemi, gdzie spotkał ją Zajczik i natychmiast zakochał się w niej bez pamięci, na dodatek z wzajemnością. Biorąc pod uwagę to wszystko, dowództwo wydało wreszcie zgodę na ślub i pozostanie Keras na pokładzie, zastrzegając jednak, że ma ona być pod stałym nadzorem ochrony. Kapitan Zakrzewska potwierdziła otrzymane rozkazy, po czym wyłączyła subradio, zaklęła siarczyście pod nosem i udała się na poszukiwanie pary kochanków.
Znalazła ich w oranżerii i w pierwszej chwili pomyślała, że się o coś kłócą, ale zaraz pojęła, że to zwykła rozmowa po clingorgiańsku.
- Hej, wy, Romeo i Julcia! - zawołała do nich. - Dowództwo ustąpiło. Mogę dać wam ślub, gdy będziemy w drodze, a Keras może zostać na statku, ale pamiętajcie, że wciąż podlega obserwacji.
Clingorgianka parsknęła gromkim śmiechem i w wymowny sposób określiła, co myśli o owej obserwacji.
- Rozumiem, że wy macie taki sposób bycia - powiedziała spokojnie Lilianna - ale na tym statku proszę się trzymać ziemskich konwenansów towarzyskich.
Nie była zadowolona z nowego członka załogi, ale z natury miała romantyczne i czułe usposobienie, więc historia miłości Clingorgianki i Rosjanina przemówiła do jej serca.