Słowo wstępne
Przygoda z mediami, towarzysząca od samego początku mojej pracy naukowo-dydaktycznej na Uniwersytecie Wrocławskim, zaczęła się w listopadzie 1968 roku, kiedy we wrocławskim "Słowie Polskim" (od paru lat "Gazecie Wrocławskiej") pojawił się pierwszy odcinek Rzeczy o języku, która niezmiennie co tydzień ukazywała się do grudnia roku 2020, a tych felietonów uzbierało się ponad dwa tysiące sześćset. Doczekały się one także siedmiu zbiorów książkowych. Do redakcji "Słowa" skierował mnie prof. Stanisław Pietraszko, polonista, mój uniwersytecki wykładowca, twórca wrocławskiego kulturoznawstwa.
Na świdnickim Święcie Słowa w styczniu roku 1987 wypatrzył mnie z kolei jego reżyser Władysław Tomasz Stecewicz i zaproponował cotygodniowy program telewizyjny Ojczyzna polszczyzna, który emitowany był w II programie Telewizji Polskiej w latach 1987-2007. Jego regionalną mutacją, stworzoną głównie dzięki inicjatywie Cezarego Łagiewskiego, był nadawany na żywo przez kilkanaście lat program Telewizji Wrocław Prof. Miodek odpowiada.
Wreszcie w roku 2009 spółka producencko-reżyserska Dariusz Dyner i Witold Świętnicki zaprosiła mnie do udziału w programie TVP Polonia Słownik polsko@polski, w którym rozmawiam o języku z telewidzami z Polski i z zagranicy. Przez pierwsze cztery lata program prowadziła Agata Dzikowska, później - przez rok - Magdalena Bober-Tacik, od siedmiu zaś lat jego gospodynią jest dr Justyna Janus-Konarska, absolwentka i doktorantka polonistyki wrocławskiej, moja dawna studentka. Dzięki wrocławskiemu wydawnictwu Marina i jego szefowi drowi hab. Romanowi Kotapskiemu ukazały się trzy zbiory książkowe - zapisy tych programów.
Dodajmy, że przez kilka lat z inicjatywy spółki Dariusz Dyner i Witold Świętnicki TVP Polonia emitowała też moje kilkuminutowe gawędy nazewnicze zatytułowane Polska z Miodkiem.
Z "urobku" ostatnich lat - przede wszystkim gazetowego, ale i telewizyjnego - pochodzi niniejszy zbiór, złożony Wydawnictwu Znak dzięki życzliwości jego szefa dra Jerzego Illga. Ma ten zbiór dla mnie przede wszystkim wartość dokumentacyjną. Jest przecież kawałkiem jakże ciekawej historii polszczyzny ostatniego okresu. Niech zatem służy jej użytkownikom - głównie tym, którzy nie poprzestają na rozstrzyganiu sporów poprawnościowych, ale starają się o poznanie mechanizmów rządzących procesami komunikacji językowej. Ich odkrywanie i opisywanie jest moim niezmiennym imperatywem badawczo-dydaktycznym.
Absolutnie!
Byłem kiedyś zły na siebie po obejrzeniu jednego z odcinków Słownika polsko@polskiego, bo akceptując w programie pewną formę gramatyczną, dwa, a może nawet trzy razy powiedziałem, że jest ona "absolutnie poprawna". A przecież chociaż raz można było wymienić tę syntagmę na inną, na przykład "całkowicie poprawna"! Pani Anna Plis ze Świdnicy natomiast zauważa, że jedna z bohaterek Klanu wręcz błędnie używa określenia absolutnie: "Błażejku, musimy dzisiaj iść do sklepu, aby kupić ci ciepłą kurtkę, absolutnie!", "Musisz dziś zostać w domu, bo jesteś przeziębiony, absolutnie!", "Krysieńko, musimy się spotkać jutro w kawiarni, absolutnie!". Korespondentka rozumie oczywiście aż nadto wyraźną prześmiewczą intencję autora scenariusza, ale prosi zarazem o sprecyzowanie znaczeń przysłówka absolutnie.
Pierwsze z nich, którym się posłużyłem w Słowniku polsko@polskim, to 'całkowicie, zupełnie': forma absolutnie poprawna - tak jak ufam ci absolutnie, sprawa jest absolutnie poufna, absolutnie się z tobą nie zgadzam, to się absolutnie niczym nie różni. Znaczenie drugie to 'w sposób nie budzący zastrzeżeń, niekwestionowany': wygrał absolutnie. W języku filozoficznym z kolei absolutnie to tyle, co 'w sposób obiektywny, niczym nie uwarunkowany, bezwzględny, samoistny, niezależny': zdanie, twierdzenie absolutnie prawdziwe. Wreszcie w języku politycznym absolutnie znaczy tyle, co 'w sposób oparty na zasadach absolutyzmu, absolutystyczny': rządzić absolutnie.
W żadnym z tych pól semantycznych nie mieszczą się użycia przysłówka absolutnie zacytowane przez korespondentkę ze Świdnicy, a pochodzące z Klanu. A dlaczego rodacy zaczynają coraz częściej niewłaściwie się posługiwać przywołanym słowem? - Pierwszym człowiekiem, u którego zauważyłem takie zachowania leksykalne, był mój serdeczny kolega szkolny, od trzydziestu lat mieszkający w USA. To on używa absolutnie w kontekstach typu: "Odwiedzimy go? - Absolutnie!", "Przyjedziesz znów? - Absolutnie!", "Spotkamy się jutro? - Absolutnie". Bo też i w języku angielskim absolutely - odpowiednik naszego absolutnie - jest kolokwialnym wykrzyknieniem o znaczeniu "oczywiście!, bezwzględnie!". Dlatego zawsze ostrożny w tropieniu oddziaływań obcojęzycznych, tutaj doszukiwałbym się jednak wpływów angielszczyzny, zwłaszcza że opisane dzisiaj zjawisko jest młode, zauważalne od momentu, kiedy do polszczyzny zaczęły silniej przenikać zapożyczenia z tego języka.
Stary natomiast jak świat, chciałoby się powiedzieć, jest problem poprawnościowy dotyczący posługiwania się określeniem strasznie w zdaniach typu strasznie cię kocham, strasznie się cieszę, strasznie się denerwuję. "Skąd to się wzięło i dlaczego jest powszechnie używane?" - pyta pan K.M. z Radomia. - Wzięło się z potrzeby ekspresji, wyrażania silnych stanów emocjonalnych - odpowiadam, a jest powszechnie używane, bo słowem bardzo uczuć wyrazić się już nie da - do tego stopnia forma ta stała się stylistycznie neutralna. Nigdy więc konstrukcji typu strasznie się cieszę nie potępiam, zwracając jednak uwagę, by nie posługiwać się nimi w denerwującym nadmiarze czy w tekstach oficjalnych. Dziennikarz kończący wywiad formułą "Strasznie dziękuję za rozmowę" popełnia stylistyczny błąd; szczęśliwy w danym momencie człowiek wykrzykujący z radością do bliskiej osoby: "Strasznie się cieszę!" albo "Strasznie cię kocham!", nie popełnia żadnego poprawnościowego przestępstwa.
Adekwatny draft i dedykowane katedry
Oto fragmenty wypowiedzi dwóch polityków, zamieszczone w jednym z artykułów prasowych: "Przygotowaliśmy draft propozycji", "Musimy umieć adekwatnie odpowiedzieć", "Negocjacje są in the making", "A tam, so what?".
Z kolei w pięknym albumie poświęconym polskim katedrom czytam: "Udało się wreszcie uzyskać zgodę na budowę kościoła pierwotnie dedykowanego św. Józefowi", "Rolę tę przejął kościół dedykowany św.św. Piotrowi i Pawłowi", "Erygował przy kościele dedykowanym Opiece Najświętszej Marii Panny odrębną parafię", "Poświęcił nowy kościół dedykowany bł. Jakubowi Strzemię", "Na ten rok datuje się początek prac przy farze dedykowanej św. Jakubowi Starszemu", "Wzniesiono pierwszy drewniany kościół dedykowany Trójcy Przenajświętszej", "Budowę kościoła dedykowanego św. Jadwidze Śląskiej rozpoczęto w 1274 roku", "Wyrosła nowa fara dedykowana św. Michałowi Archaniołowi i św. Janowi Chrzcicielowi, zastępując podupadłą poprzedniczkę poświęconą Najświętszej Marii Pannie i Rozesłaniu Apostołów".
Nie ukrywam, że najbardziej zirytowały mnie cytaty z dedykowaniem. Przeżyłem już "śruby dedykowane do pewnego typu ścian", "pieniądze dedykowane na budowę nowego obiektu", a nawet "osobę dedykowaną do kontaktu ze mną", nie przypuszczałem jednak, że doczekam się też katedr czy kościołów "dedykowanych takiemu czy innemu patronowi". A dlaczego tak nerwowo reaguję na coraz bardziej natarczywe dedykowanie? Bo jest ono jedną z wielu bezrefleksyjnie przyjmowanych znaczeniowych kalk z języka angielskiego, których istota polega na tym, że oto jakiś wyraz funkcjonujący w polszczyźnie z dawien dawna w określonym znaczeniu, będący brzmieniowym odpowiednikiem słowa angielskiego, mającego w tamtym języku inne - szersze lub węższe - znaczenie, nagle w tym właśnie nowym zaczyna być u nas używany. Dedykować to przecież 'ofiarować, ofiarowywać, poświęcić, poświęcać komuś coś', na przykład wiersz, piosenkę, powieść, książkę (np. tę książkę dedykuję swoim rodzicom). Tak rozumie ten czasownik przeciętny użytkownik polszczyzny. Angielskie dedicate to brzmieniowy i semantyczny odpowiednik naszego dedykować, który jednak może być użyty w szerszym znaczeniu - "przeznaczać". I to szersze znaczenie także w języku polskim zaczyna przenikać do różnego rodzaju tekstów, a cytaty z katedrami są tego aż nadto wyraźnym potwierdzeniem.
W ostatnim z nich mówi się o kościele "poświęconym Najświętszej Marii Pannie i Rozesłaniu Apostołów". I takich właśnie tradycyjnych formuł oczekiwałbym w odniesieniu do kościołów. One "są poświęcone takiemu czy innemu patronowi" bądź "są pod wezwaniem takiego czy innego patrona"!
W przeciwieństwie do kalk znaczeniowych - takich jak dedykowanie - jawnymi anglicyzmami są formy z pierwszego akapitu dzisiejszego odcinka: draft - "wersja robocza, szkic, projekt", in the making - "w trakcie, w toku (tworzenia)", so what? - "no i co?". I one są potwierdzeniem przeogromnego wpływu języka angielskiego na nasze codzienne zachowania językowe. Przez wieki przerywnikami wyrazowymi obiegowej komunikacji były słowa greckie, łacińskie, francuskie, niemieckie, rosyjskie. Wszystkie one zostały prawie całkowicie wyparte przez twory angielskie. Ciągle ich przybywa, co pokazują przytoczone fragmenty prasowe.
Drugi z nich - "musimy umieć adekwatnie odpowiedzieć" - utwierdza mnie z kolei w przekonaniu, że dla coraz większej liczby osób przymiotnik adekwatny i przysłówek adekwatnie to warianty form dobry, bardzo dobry, dobrze, bardzo dobrze. A przecież adekwatność to 'zgodność z czymś, odpowiedniość': ocena była adekwatna do wiedzy ucznia, reakcja była adekwatna do sytuacji, planowanie jest adekwatne do współczesnej ekonomiki. Przypominam szczególnie o składni: adekwatny do czegoś.
Agenda spraw i problemów państwa
Od pani Małgorzaty I. z Kalisza dostałem wycinek prasowy z następującym tekstem: "Tu potrzebne jest dopasowanie struktury rządu do nowych wyzwań, do długofalowej agendy spraw i problemów państwa". "Co to jest agenda spraw i problemów??! - pyta dramatycznym tonem korespondentka. - Przecież agenda to 'oddział jakiegoś urzędu, jakiejś instytucji', mamy agendy banku, ministerstwa, ONZ, agendy rządowe, urzędowe, agendy rad narodowych, ale agendy spraw i problemów?!".
Odczucia czytelniczki mnie nie dziwią, bo tak jak ona używam przywołanego słowa, wywodzącego się z łac. agendum - "rzecz do wykonania", wyłącznie w tradycyjnym znaczeniu. Z mojego instytutu też wychodzą pisma informujące tylko o porządku obrad (zebrania, rady, narady, posiedzenia). Coraz częściej jednak z różnych innych instytucji dostaję zaproszenia na takie czy inne zebrania, informujące mnie o ich... agendzie. "Agenda zebrania" - taka jak "agenda spraw i problemów państwa" z przywołanego wyżej artykułu. Skąd ona?!
To jeszcze jedna kalka semantyczna z języka angielskiego, proszę Państwa - tak jak inne utrwalająca się szybko i łatwo, bo dotyczy słowa powszechnie znanego, choć przez lata całe używanego w innym znaczeniu. Ponieważ w angielskim agenda to "porządek dzienny, program", rodakom nie przeszkadza tradycyjne u nas znaczenie 'oddział jakiegoś urzędu, jakiejś instytucji' i zaczynają mówić o "agendzie posiedzenia, narady, zebrania czy konferencji", a że gutta cavat lapidem non vi, sed saepe cadendo ("kropla drąży skałę nie siłą, lecz ciągłym padaniem"), piszą już także nie o porządku, liście, wykazie, rejestrze spraw i problemów państwa, ale o "agendzie tychże spraw i problemów".
A skoro o kalkach semantycznych mowa... Przed paroma tygodniami kupiłem "śruby dedykowane do tego typu ścian". To nic, można by powiedzieć gorzko, że dedykować to u nas od wieków 'ofiarować, poświęcić' (dedykuję ci tę książkę, zadedykował jej piosenkę). Ponieważ angielskie dedicate to brzmieniowy i semantyczny odpowiednik naszego dedykować, który jednak może być również używany w szerszym znaczeniu - "przeznaczać", rodacy to szersze znaczenie zaczynają do polszczyzny przenosić - łącznie ze składnią: skoro przeznaczony do czegoś, to i "dedykowany do czegoś"!
Takie wpływy angielszczyzny na zachowania językowe rodaków mnie drażnią, a nie słowa obsługujące nowe rzeczy i zjawiska rzeczywistości elektronicznej i ekonomicznej!
Aplikacja i apka
Zawrotną karierę w polszczyźnie ogólnej zrobiło słowo - tradycyjny termin prawniczy, a mianowicie aplikacja i związany z nim czasownik aplikować. Wywiedziony z łac. applicatio - "przykładanie się do czegoś", przez większość rodaków - zwłaszcza starszych - kojarzony jest z praktyką przygotowującą prawnika do pełnienia funkcji adwokata, notariusza, prokuratora, radcy prawnego, arbitra lub sędziego. Młody prawnik aplikuje, czyli 'odbywa aplikację - praktykę w sądzie, prokuraturze lub adwokaturze'.
W środowisku inteligenckim można też aplikować - 'stosować, dawać coś komuś, zwykle środek leczniczy' (zaaplikował mu antybiotyk). Dziennikarze sportowi lubią konstrukcje typu zaaplikowali im trzy bramki - "wbili, strzelili im trzy bramki".
Cała Polska natomiast od kilkunastu lat przestała o coś prosić, ubiegać się, starać się, zabiegać. Wszyscy o wszystko teraz "aplikują" bądź "składają aplikację" (przede wszystkim o fundusze unijne).
Mechanizm utrwalenia się aplikacji w tych znaczeniach staje się jasny, gdy uświadomimy sobie, że w języku angielskim application to nie tylko "przykładanie się do czegoś", "zastosowanie", ale też "zgłoszenie się, prośba, podanie, formularz zgłoszeniowy, druk".
W codziennej polszczyźnie najmłodszych zwłaszcza pokoleń wielką karierę zrobiła skrócona wersja aplikacji, a mianowicie apka. Nawet w jednym z artykułów czytam: "To nie powinno się zmienić tylko dlatego, że apka do tego właśnie namawia". Coraz więcej osób "ściąga apkę" - na przykład do słuchania muzyki, do czytania gazet w telefonie - tak jak apką może się stać zwykły budzik czy terminarz. I jest ona funkcjonalna, bo ułatwia życie: zamiast włączać przeglądarkę i - dajmy na to - tam szukać strony z rezerwacją biletów, mamy bezpośrednie połączenie - apkę! We wszystkich tych użyciach chodzi o aplikację - apkę -'oprogramowanie, program' (oprogramowanie użytkowe to wariant oprogramowania aplikacyjnego), a poruszamy się oczywiście w rzeczywistości elektronicznej. Praktycznie każdego dnia przeczytać i usłyszeć można: "W góry czy nad wodę nie wybieraj się bez stosownej aplikacji ratunkowej", "Aplikacja sieci telefonii komórkowej jest powiązana z systemami ratowniczymi", "Nie wiadomo do końca, na jakiej zasadzie powstawała mapa wykorzystana w aplikacji", "Liczba codziennie korzystających z aplikacji przebiła już Twittera", "Przygotowują bezpieczniejszą i stabilniejszą wersję aplikacji", "Ludzie ściągali aplikacje", "Powstała właśnie aplikacja Pokemon Go", "Aplikacja nie pokazuje na mapie wielu pokemonów".
Ponieważ równie zawrotną karierę zrobił ostatni wyraz, informuję, że Satoshi Tajivi stworzył go z japońskiego wyrażenia poketto monsuta - "kieszonkowe potwory". W slangu komputerowym oznacza on też kogoś, kto nie przestrzega sieciowej etykiety i dziwacznie się zachowuje.
Beka
Nie minę się z prawdą, jeśli powiem, że od wieków beka funkcjonuje w naszym języku jako potoczne zgrubienie od beczki - 'dużego naczynia z drewnianych klepek', traktowane jako jej stylistycznie nacechowany wariant (beka z winem, dwie beki kapusty) oraz jako przenośne określenie otyłego, grubego człowieka (ale z niego beka!).
Ale też nie byłem zaskoczony, gdy przed paroma tygodniami w jednym z artykułów publicystycznych przeczytałem: "Wcale mnie nie dziwi, że młodzi dotąd tak lekko podchodzili do polityki, często z głosowania robili sobie bekę", a w wywiadzie z Dorotą Masłowską: "Współczesny typ ironii to beka, czyli odbieranie wszystkiemu powagi", "Myśmy takich rzeczy słuchali dla beki", "Beka staje się już tylko alibi, że to oglądamy", "Bez beki piszesz o dzisiejszej manii serialowej". Wszak już w wydanym w roku 2004 Nowym słowniku gwary uczniowskiej pod redakcją Haliny Zgółkowej beka to nie tylko zgrubienie od beczki - metaforycznie - 'osoba otyła', ale także 'coś śmiesznego' (ale beka) oraz 'niewygodna sytuacja, w której ktoś się znalazł'. W zacytowanym gazetowym fragmencie beka, którą młodzi robią sobie z głosowania, jest właśnie określeniem czegoś śmiesznego, hecy, zgrywy, zabawy.
O nowych znaczeniach beki informuje również Slang UG. Słownik slangu studentów Uniwersytetu Gdańskiego z roku 2010 pod redakcją Macieja Widawskiego: 1. 'śmieszna lub zabawna sytuacja' (Ale mieliśmy z niej bekę, jak przyszła na zajęcia w kapciach! Była beka, jak nie wiedziała, co powiedzieć. Patrz, co ona robi, ale beka!), 2. 'powód do śmiechu' (Na jego zajęciach jest zawsze niezła beka. Zadzwonił do niej jedynie dla beki. Widziałaś te buty? - Jaka beka!). W leksykonie tym zarejestrowane są też przymiotnik bekowy - 'śmieszny lub zabawny', oraz odpowiadający mu przysłówek bekowo - 'śmiesznie, zabawnie' (Bekowa jest ta nowa piosenka Kazika. Zobacz, jaki bekowy samochód! Jak można tak pomalować auto? Masz bekową czapkę. Założył swoje bekowe spodnie i poszedł na imprezę. Trochę się bekowo ubrała, ale na szczęście wpuścili ją do klubu. Zrobiło się bekowo, jak Włodek przyszedł).
Beczka, znana w polszczyźnie od XIV wieku, pochodzi od nie zachowanego w naszym języku wyrazu podstawowego bczi, a ten jest zapożyczeniem z germańskiego, starobawarskiego butsza//butsze - dzisiejszego dialektalnego bawarskiego Butschen - "małe naczynie z uchem i przykrywką", dawniej: "rodzaj beczki do przewozu soli". Zapożyczeniem z niemieckiego jest także bednarz - 'rzemieślnik wyrabiający naczynia z klepek', pochodzący od środkowoniemieckiego buete(n), dzisiejszego niemieckiego Butte - "kadź, faska, beczka".
A skoro tyle dziś mówiliśmy o bece, rozstrzygnijmy spór składniowy związany z... chicagowskimi Bykami, czyli popularną drużyną koszykówki Chicago Bulls. ""Lubię Byki" czy "lubię Byków""? - pyta pan S.Ż. z Łodzi. Przy Bykach - 'osobach urodzonych pod znakiem zodiaku Byka', i bykach 'dużych, silnych, zwalistych mężczyznach' wydawnictwa poprawnościowe dopuszczają zarówno składnię z biernikiem liczby mnogiej równym mianownikowi (lubię Byki, byki), jak i równym dopełniaczowi (lubię Byków, byków). Taką wariantywną wykładnię należy też zastosować w odniesieniu do koszykarzy z Chicago: lubię Byki albo lubię Byków. Gdyby pytanie dotyczyło zwierząt, bezdyskusyjna byłaby oczywiście konstrukcja lubię byki - tak jak lubię konie, psy, koty, lwy, tygrysy, wielbłądy itp.
W wypadku orła natomiast wydawnictwa poprawnościowe polecają składniowe rozróżnienie w bierniku liczby mnogiej: lubię orły - 'ptaki drapieżne', ale lubię orłów - 'ludzi bystrych, inteligentnych'.
Biedronka - boża krówka
W jednym z artykułów popularnonaukowych czytam: "Kiepskim zwiastunem wiosny są biedronki, czyli owady, które budzą w nas pozytywne wiosenne skojarzenia. Najbardziej pospolita z nich to biedronka siedmiokropka". Biedronkę powszechnie nazywa się też bożą krówką. Z takim określeniem spotykamy się również w innych językach słowiańskich: to na przykład białoruska boż'ja karouka, rosyjska bożja korowka czy słowacka pánbožková kravička (inne synonimy - krówka Matki Bożej, panienka - są zdecydowanie rzadsze). Skąd to skojarzenie owada ze ssakiem?!
Napisał mi jeden z telewidzów, że w nazewnictwie ludowym krówka często występuje jako nazwa małych obiektów: owadów -chrząszczów, mrówek, nawet ryb, roślin, na przykład: krówka 'owad skrzydlaty' i 'ryba morska'. Chęć ścisłego wytłumaczenia funkcjonowania bożej krówki jako ludowego wariantu biedronki wiedzie nas do Słownika etymologicznego języka polskiego z roku 2005 prof. Wiesława Borysia, gdzie wskazuje się na ścisły związek między charakterystycznym wyglądem biedronki (regularne kropki, plamki na barwnym tle chitynowej pokrywy) a polskimi gwarowymi formami takimi jak biedrona (biedruna) - 'krowa łaciata', biedroń (biedrun) - 'wół łaciaty lub w cętki (różnej maści)', bierawa - 'krowa łaciata, mająca plamy w okolicy bioder, grzbietu czy brzucha', biedrawy - 'wół z łatami w okolicy bioder', biedrula - 'krowa łaciata', biedrzysty - 'łaciaty'. Podstawą zaś tych wszystkich słów był przymiotnik bedr - 'mający plamy na biodrach', później też 'plamisty, cętkowany, pstrokaty, łaciaty' - wywiedziony od prasłowiańskiego rzeczownika bedro - 'biodro'.
Skoro zatem biedronka kryje w sobie pień biedr, obecny także w gwarowych nazwach krów z cętkami, plamami na biodrach, takich jak biedrona, biedruna czy biedrula, nie może dziwić proces metaforyzacyjny, który doprowadził do określenia biedronki mianem krówki, z epitetem boża, wyrażającym ciepły stosunek uczuciowy do tego owada.
We wszystkich przytoczonych tu formach związanych z biedronką, łącznie z etymologicznym prasłowiańskim punktem wyjścia - rzeczownikiem bedro, występuje samogłoska e, obecna również w to samo znaczących słowach z innych języków słowiańskich (np. słowackie, chorwackie, serbskie bedro, rosyjskie biedro). Dlaczego w takim razie w naszym języku ogólnym mamy dziś biodro - z o? Jest ono wtórne - powstało w wyniku procesu zwanego przegłosem polskim (bo zaszedł on tylko w naszym języku), a polegającego na przejściu e w o bądź w a po spółgłoskach miękkich, a przed którąś ze spółgłosek t, d, s, z, n, r, ł: biedro zmieniło się w biodro - tak jak żena w żonę, wrzes we wrzos, cies w cios, wiedę w wiodę, wiezę w wiozę, les w las, leto w lato, gwiezda w gwiazdę, kwiet w kwiat. Zauważmy jednak, że przed spółgłoskami miękkimi pierwotne e się utrzymuje: żeński, żenić się, wrzesień, cieśla, Cieślik (nazwisko), wiedziesz, wieziesz, w lesie, leśny, leśnik, leśniczy, w lecie, o gwieździe, gwieździsty, kwiecisty, kwiecie. Z tego samego powodu aż do XVIII wieku funkcjonował utworzony od biedra przymiotnik biedrny//biedrzny (czytamy w Słowniku staropolskim z materiałem językowym do XV wieku: "Żyłę biedrną nervum femoris"). Nieporęczny fonetycznie, bo z trudną do wymówienia zbitką spółgłoskową -dr(rz)n-, ostatecznie przegrał z nowym wariantem biodrowy, morfologicznie nawiązującym do podstawy słowotwórczej biodro - z wtórnym o.
Błękitna krew, koperczaki i filip z konopi
Kredki błękitnej krwi - to tytuł jednego z prasowych omówień wystawy w warszawskim Muzeum Narodowym Mistrzowie pastelu. Od Marteau do Witkacego. Nietrudno się domyślić, że ten nagłówek jest metaforycznym wyrazem największego szacunku i podziwu dla kunsztu artystów prezentowanych na wystawie. Wszak przenośne wyrażenie błękitna krew znaczy tyle, co 'arystokratyczne pochodzenie, przynależność do wysokiego, szlachetnego rodu; arystokracja, szlachta'. A jakie jest jego pochodzenie?
To odpowiednik hiszpańskiego połączenia wyrazowego sangre azul, nawiązującego do przeświecających przez naskórek na głowie, szyi i rękach naczyń żylnych, które jakoby tylko u hiszpańskich arystokratów "czystej krwi" mają zabarwienie błękitne. Słowem - paranoja! No ale ten frazeologizm w języku się ostał - nie tylko w naszym, ale i na przykład we francuskim (sang bleu) i angielskim (blue blood).
Nie jest natomiast pewne pochodzenie słowa koperczaki, o które ostatnio pytało mnie parę osób. We współczesnej polszczyźnie występuje ono - choć już coraz rzadziej - tylko w syntagmach stroić, ciąć, sadzić koperczaki albo uderzać, iść, sunąć, posuwać, puszczać się w koperczaki w znaczeniu 'zalecać się, umizgać się'. Jeszcze w XVIII wieku same koperczaki były synonimem umizgów, zalotów, komplementów.
Niektórzy etymolodzy uznają je za pożyczkę z węgierskiego - od słowa kopesag - "figiel". Inni - liczniejsi - wywodzą je od dawnego czasownika kopertać się - 'przewracać się'; przywołują oni niegdysiejsze pokrewne formy kopertki, kopyrtki - 'koziołki', a wszystkie one mają nawiązywać do kopery, kopyry - 'zająca'. Ta interpretacja przekonuje mnie bardziej, zwłaszcza że mamy przecież żywy do dziś czasownik wykopyrtnąć się, znaczący tyle, co 'przewrócić się, upaść' (np. wykopyrtnął się na ślizgawce). Ale i w znaczeniu metaforycznym można się na czymś wykopyrtnąć, na przykład na egzaminie, sprawdzianie, teście, klasówce, maturze, matematyce, języku polskim, historii itp.
A skoro pojawił się tu dzisiaj kopera, kopyra - 'zając', dopowiedzmy, że w popularnym zwrocie wyrwał się jak filip z konopi, wyśmiewającym wystąpienie, zabranie głosu nie w porę, nie na miejscu, niewczesne, niestosowne, ni w pięć, ni w dziewięć, ni przypiął, ni przyłatał, filip też oznacza zająca, który w silnie pachnących i gęstych konopiach czuje się bezpieczny przed psami na polowaniu. Za błędne natomiast uważa się wyjaśnienia Benedykta Chmielowskiego w Nowych Atenach i Adama Mickiewicza w Panu Tadeuszu, jakoby była to aluzja do jakiegoś Filipa ze wsi Konopie, który się ośmieszył bezsensownym przemówieniem w sejmie.
Bogiem a prawdą, wszem wobec
W Fajkach, dieslu i szparagach, zbiorze felietonów Henryka Martenki wydanych w Bydgoszczy w roku 2007, na stronie 162 można przeczytać: "Bogiem a prawdą - to Grass dodaje splendoru miastu". W zacytowanym zdaniu użyto poprawnie wyrażenia Bogiem a prawdą, znaczącego tyle, co 'mówiąc szczerze, w istocie, naprawdę'. Czy zauważyli jednak Państwo, że coraz więcej osób tworzy konstrukcję "między Bogiem a prawdą", zaopatrując tradycyjny frazeologizm w przyimek między? Dlaczego tak się dzieje?
Jest to z pewnością rezultat opacznej analogii do idących w tysiące połączeń wyrazowych ze spójnikiem a, poprzedzonych właśnie przyimkiem między - typu: Oława leży między Wrocławiem a Opolem, miasto leży między brzegiem morza a pasmem gór, kot wślizgnął się między furtkę a sztachety w płocie, wrócę między drugą a trzecią, spotkajmy się między trzecim a piętnastym września, być między życiem a śmiercią, bluzka koloru między żółtym a brązowym, wybieraj między mną a nim, znalazł się między młotem a kowadłem. Listę tych przykładów mógłbym wydłużać w nieskończoność. W znacznym stopniu łagodzi ona odczucie błędności wyrażenia "między Bogiem a prawdą". W zgodzie z normą pozostaje przecież bezprzyimkowa konstrukcja Bogiem a prawdą.
A dlaczego zdecydowana już większość Polaków posługuje się związkiem wyrazowym wszem i wobec, chociaż status formy poprawnej ma ciągle bezspójnikowe wszem wobec? - W tym wypadku mamy do czynienia z opaczną analogią do częstych połączeń typu ład i porządek, krótko i węzłowato, ruja i porubstwo, głodno i chłodno, wszystko i nic, tu i teraz - zawierających spójnik i.
Przypominam więc, by spróbować ocalić tradycyjne brzmienie frazeologizmu, znane fragmenty literackie: "Wszem wobec i każdemu wiadomo to czynię, że lubo serce moje daję Podstolinie" (Franciszek Zabłocki, Fircyk w zalotach), "Pożegnalnymi łzami pozwólcie się skropić! Oznajmuję wszem wobec, że idę się topić" (Adam Mickiewicz, Zając i żaba).
A pochodzi struktura wszem wobec z początkowej formuły dawnych rozporządzeń, jak na przykład to zamieszczone w roku 1791 w "Gazecie Narodowej i Obcej": "My, Stanisław August, wszem w obec i każdemu z osobna, komu o tym wiedzieć należy...". Tak, "to było na początku trzywyrazowe wszem w obec, w którym obec oznaczało 'ogół, ogólność', toteż całość należy rozumieć jako 'wszem w ogóle', 'wszystkim w ogólności'. Wyraz obec zanikł, ale pisany teraz łącznie z w ostał się jako nowy przyimek wobec, stąd współczesna niezrozumiałość struktury wszem wobec, którą jeszcze bardziej gmatwa owo wtórne "wszem i wobec"" - pisał wiele lat temu prof. Stefan Reczek, pierwszy autor Rzeczy o języku, który pytał mnie z gramatyki na egzaminie wstępnym na wrocławską polonistykę w roku 1963.
Ceregiele
Ceregiele to 'zbyteczne, konwencjonalne grzeczności; ceremonie, korowody' (zbędne ceregiele, robić z czymś ceregiele, bez ceregieli mówił wszystkim po imieniu), 'nieszczere wymawianie się, wysuwanie nieistotnych zastrzeżeń, skrupułów, certowanie się' (zrobić coś po długich ceregielach, z wielkimi ceregielami). W dawnej polszczyźnie ceregiele oznaczały też 'łaszek niewieści, upominek' ("Zaraz jej pośle pierścień abo ceregiele" - z XVII wieku). A jakie jest pochodzenie tego dość dziwnie brzmiącego słowa?
Wywodzi się ono z niemieckiego Zierereien (czyt. cirerajen). Zanim zaś przyjęło ostateczne brzmienie, przeszło przez fonetyczne fazy: cereleje i cerejele. I zauważmy teraz: w formie niemieckiej mamy podwojone r - r, które w polszczyźnie zamieniano na r - l, r - j i w końcu na r - g. To znamienny proces tak zwanej dysymilacji - rozpodobnienia jednakowych spółgłosek w wyrazie. A jej przykłady można mnożyć!
Oto kartofel, który także przejęliśmy z języka niemieckiego, ten zaś zapożyczył go z włoskiej trufli - tartufo, tartufolo. I w tym słowie doszło więc już na drodze z włoskiego do niemieckiego do rozpodobnienia t - t na k - t.
Pierwotny biszkokt - od łac. bis + coctus - "dwukrotnie pieczony" - to dzisiejszy biszkopt z dysymilacją k - k na k - p (biszkokt - z powtarzającym się k - rejestruje jako wariant biszkoptu jeszcze wydany tuż przed II wojną światową Trzaski, Everta i Michalskiego Słownik języka polskiego pod redakcją prof. Tadeusza Lehra-Spławińskiego).
Prymarne dostatczanie, logicznie wywiedzione od rzeczownika dostatek (jeszcze w XVI stuleciu Jan Kochanowski pisał o dostatczaniu zboża przez spichlerze), zostało zamienione na obowiązujące dziś dostarczanie (t - t wymienione na t - r).
Zjawisko dysymilacji fonetycznej łatwo zauważymy, przypatrując się takim parom wyrazowym, jak na przykład ludwisarz - z dawn. niem. Rothgiesser, folwark - z niem. Vorwerk czy Małgorzata - Margarita (z gr. margarit?s - "perła").
Z łacińskim rzeczownikiem barba - "broda" związany jest średniołaciński barbarius - "cyrulik, golibroda". Do niego oczywiście nawiązuje francuski barbier. Ale już w języku niemieckim obok zgodnej z oryginałem postaci Barbier występował Balbier - z rozpodobnioną parą głoskową l - r. Nasi przodkowie przejęli od zachodnich sąsiadów oba te brzmienia, ale ostatecznie utrwalił się balwierz (później wyparty przez fryzjera, proweniencji francuskiej).
Peregrynacja - dawn. 'wędrówka, podróż' - to kontynuacja łacińskiej formy peregrinatio - "podróż", obok której funkcjonował peregrinus - "podróżnik". Ale już w ludowej odmianie łaciny znany był również pelegrinus - z rozpodobnioną parą l - r. I do tego wariantu z l - r nawiązali Germanie, utrwalając w staro-górno-niemieckim brzmienie Piligrim, od którego pochodzi nasz pielgrzym (stąd i pielgrzymka, a w języku niemieckim seria wyrazowa Pilger, Pilgerfahrt, Pilgerschaft, pilgern).
Jak widać, kryteria brzmieniowo-estetyczne zawsze odgrywały w zachowaniach językowych ważną rolę - często ważniejszą niż porządek formalno-logiczny poszczególnych słów.
Cetno i licho
Przez długie wieki popularna była w Polsce gra, która nazywała się cetno i licho, a polegała ona na zgadywaniu, czy w zamkniętej dłoni jest parzysta (cet, cetno) czy nieparzysta (licho) liczba monet albo innych drobnych przedmiotów. Utrwalone w połączeniu - określeniu gry - same formy cet, cetno oraz licho jeszcze w XVI wieku oznaczały każdą 'liczbę parzystą' i każdą 'liczbę nieparzystą': "Jaje pod kokosze nigdy w cetnie, ale w lichu zawsze kłaść trzeba" - radził na przykład Piotr Krescentyn w Księgach o gospodarstwie z roku 1549. U Wacława Potockiego (1626-1696) znajdujemy zdanie: "Pokaż cetno albo licho". Jan Alan Bardziński (ok. 1657-1708) natomiast posługuje się lichem w znanym do dziś znaczeniu 'zło, niepowodzenie; zły duch, diabeł': "Boże, odwróć to licho" - tak jak my mówimy licho mnie pod kusiło, do licha, do licha ciężkiego, na licho się to zdało, zły jak licho, licho nie śpi, po kiego licha, pal licho.
Wracając zaś do cetna, należy powiedzieć, że etymolodzy (np. Aleksander Brückner w swym słowniku z roku 1927) porównują nasze cetno i licho z ruskim czot i nieczot, a ów czot - "parę", łączą w rodzinę wyrazową z rzeczownikiem czata. Ten ostatni, oznaczający 'podjazd, zagon, straż', pochodzi od węgierskiej formy csata - "bitwa, tłum", ale Madziarzy stworzyli tę postać od starego słowiańskiego wyrazu czeta - 'drużyna', a ten - od czasownika sczetati sę - 'połączyć się'. Gdy zaś sobie uświadomimy, że efektem łączenia się jest para, wywód cetna 'liczby parzystej', ostatecznie prowadzący do archaicznego sczetati sę - 'połączyć się', staje się przejrzysty.
Dopowiem, że przywołany wyżej Aleksander Brückner widział także w nazwie etnicznej Czech - z wygłosowym ch - derywat od czety - drużyny.
A co z lichem? - zapytajmy teraz. Wraz ze słowami lichy, lichość, lichota nawiązuje ta forma do starego słowiańskiego rdzenia lich o znaczeniu 'co ponadto, co zbywa', ale i 'zły'. Liszyć znaczyło 'pozbawić' ("Prawo samobójców czci pogrzebowej liszyć nakazało" - można przeczytać w tekście XVI-wiecznym), 'odpychać, odstręczać, odstraszać od kogoś' ("Smród ten ludzi od niego liszy" - pisał w XVII stuleciu przywołany wyżej Wacław Potocki), a liszyć się - 'stronić, unikać' ("Przecież się źli ludzie złodziejstwa nie liszą" - czytamy u Sebastiana Klonowica, żyjącego w latach ok. 1545-1602, "Lisząc się boju" - pisał Jakub Żebrowski w XVII wieku).
Jak się to wszystko ma do licha - kiedyś także 'liczby nieparzystej'? - Znaczenie pnia lich sugeruje, że była ona pierwotnie traktowana jako pewien nadmiar, zbytek, krzyżowanie się zaś tego zakresu znaczeniowego z szeroko pojętym "złem" nie wydaje się bezsensowne. W aksjologicznym wymiarze (co lepsze, a co gorsze?) parę parzysty - nieparzysty można by dlatego porównać do par typu prawy - lewy czy góra - dół. Ja zaś nie po raz pierwszy przy tej okazji wyrażam podziw i fascynację wobec nauki o pochodzeniu słów, czyli etymologii.
Ciupas i koperczaki
Jeśli w polszczyźnie potocznej usłyszy się wypowiedź typu "Parę dni temu powróciła do kraju ciupasem grupa Polaków, którzy usiłowali na czarno pracować na Zachodzie", to jej pierwsze zdanie należy rozumieć w ten sposób, że oto grupa Polaków powróciła do kraju przymusowo, pod strażą. W ten sposób bowiem - 'pod dozorem, pod strażą' - definiują współczesne słowniki formę ciupasem użytą przysłówkowo. Kiedy przypominam sobie odnoszące się do niej zachowania moich Rodziców, gdy odwołują się do swojej świadomości językowej, a także znajomych, byłbym skłonny poszerzyć nieco granice używalności tego wyrazu: dla mnie załatwić (zrobić) coś ciupasem to również 'załatwić (zrobić) coś za jednym zamachem; ogarnąć tym działaniem wszystko albo wszystkich'.
Nie ma natomiast ciupas nic wspólnego z ciupagą - 'góralską laską z toporkiem lub z rączką w kształcie toporka, o trzonku niekiedy nabijanym metalowymi ozdobami', jak chciałaby jedna z czytelniczek Rzeczy o języku. Ciupaga pochodzi od potocznego czasownika ciupać - 'uderzać - zwłaszcza siekierą, rąbać na drobne kawałki' (mój Tata zawsze chodził do piwnicy drzewo pociupać!).
No to w końcu jaka jest proweniencja tajemniczego wyrazu ciupas? - Przyszedł on do nas z języka niemieckiego, a konkretnie - wywiedziony jest od rzeczownika Schubpass, który w języku naszych zachodnich sąsiadów oznaczał "dostarczenie etapem do więzienia", a i w dawnej polszczyźnie był tożsamy semantycznie z "odsyłaniem więźniów pod strażą". Etymologii tej daję stuprocentową gwarancję prawdziwości.
Niestety, nie mogę jej dać w odniesieniu do słowa koperczaki - dziś przez większość odbieranego jako przestarzałe, czasem jeszcze żartobliwie używanego w zwrotach typu stroić, sadzić koperczaki, puszczać się, uderzać w koperczaki, czyli 'umizgać się, zalecać się'. Jedna z etymologicznych hipotez, proponowana przez Aleksandra Brücknera prawie sto lat temu, chyba najprawdopodobniejsza, wiedzie do ludowo-myśliwskiego kopery (kopyry) - 'zająca'. Trudno zaś z nim nie powiązać czasownikowych brzmień dotyczących przewracania się: dawnych kopertać się, kopyrtać się i znanego do dziś wykopyrtnąć się. Te zaś ostatecznie pewnie prowadzą do perci - 'stromej ścieżki', prasłowiańskiego słowa funkcjonującego do dziś i u nas, i u braci Słowian (serbska i czeska prt, bułgarska prtina, ukraińska pert').
Deadline, layout, research
Przeczytałem drugi tom fascynującego Millennium Stiega Larssona - Dziewczynę, która igrała z ogniem, przełożoną ze szwedzkiego przez Paulinę Rosińską. Oto fragmenty książki, którym chcę poświęcić niniejszy odcinek: "Deadline za miesiąc", "Deadline zbliżał się nieubłaganie", "A zwróciłaś uwagę, że robił layout do ulotki informacyjnej Instytutu Zdrowia Publicznego?", "Potem już tylko layout i można wysyłać do drukarni", "Przez kilka następnych dni Lisbeth Salander robiła research, spędzając sporo czasu przed komputerem", "Nie można na tobie polegać, ale jesteś świetnym researcherem", "Dag chce, żebyśmy wydali również książkę - powiedziała Erika. - Dokładnie. Chcę, żeby uderzyła jak grom z jasnego nieba". Wszystkie te cytaty zawierają formy, o których nie można nie powiedzieć, że są leksykalno-stylistycznymi znakami czasu.
Oto angielski deadline, czyli "ostateczny termin (zrobienia, oddania, załatwienia) czegoś". Obserwuję przedstawicieli starszego pokolenia i ludzi młodszych. Ci ostatni coraz częściej i śmielej sięgają po to obcojęzyczne brzmienie - tak jak na przykład przygotowują "agendę zebrania, posiedzenia, narady", a nie porządek, czy wyłącznie "aplikują", a nie proszą, starają się, ubiegają się (o coś), w telewizji zaś idą na "make-up", a nie do charakteryzatorni. Generacyjne różnice w zachowaniach komunikacyjnych może jeszcze nigdy w dziejach polszczyzny nie były tak wyraźne!
We wszechobecnej w Millennium rzeczywistości elektronicznej - głównie dzięki Lisbeth Salander! - nie może dziwić layout (interfejs strony internetowej) - 'element konstrukcji graficznej, w którym ustala się wygląd (kolorystykę, detale dekoracyjne, krój czcionki) i rozmieszczenie treści na stronie'.
Sama Lisbeth Salander, czytamy na obwolutach kolejnych tomów, jest genialną "researcherką" czy - w postaci męskiej - "researcherem" - 'osobą zbierającą informacje w celu przekazania ich czy to jakiejś firmie bądź instytucji, czy jakiejś osobie (dziennikarzowi, naukowcowi)'. Robi, inaczej mówiąc - jak w przytoczonym wyżej fragmencie, "research".
Do wyszczególnionych tutaj form dołączyłem na koniec nawiązanie-przytaknięcie dokładnie. To jeden z najbardziej irytujących natrętów wyrazowych ostatnich lat, będący dosłownym tłumaczeniem angielskiego exactly - "dokładnie, właśnie!". Jego nadużywanie prowadzi do zaniku wariantywnych (używanych przemiennie) konstrukcji tak, tak jest, owszem, jasne, oczywiście, no właśnie, tak właśnie, pewnie, że tak. Na tym polega jego największe stylistyczne zło.
Dedykowany numer
Czasownik dedykować bije w ostatnich latach rekordy popularności w tekstach poświęconych poprawności językowej. Sam pisałem o nim i mówiłem wielokrotnie (także w tym zbiorze). Ale jak tu milczeć, gdy się w ulotce reklamowej widzi konstrukcję "wystarczy zadzwonić pod dedykowany numer"?! Dołączam ją do takich wypowiedzi zaczerpniętych z mojej kartoteki, jak: "do kontaktów z państwem została dedykowana pani...", "śruby dedykowane do tego typu ścian", "kwoty dedykowane na rozbudowę szpitala", "kabel dedykowany do szybkiego przesyłu danych". Patrząc na nie wszystkie, upominam się o tradycyjne frazy zadzwonić pod wskazany numer, do kontaktów została wyznaczona (skierowana, wytypowana, oddelegowana) pani..., śruby przeznaczone do tego typu ścian, kwoty przeznaczone (skierowane) na rozbudowę szpitala, kabel przeznaczony do szybkiego przesyłu danych.
W jednym z numerów "Języka Polskiego" z 2014 roku modnym dedykowaniem zajął się też mój kielecki kolega - prof. Piotr Zbróg. Językoznawca ten również się upomina o umiar, o zdrowy rozsądek w kalkowaniu angielskiego dedicated, które jest oczywiście źródłem wszystkich zacytowanych wyżej użyć.
Zwraca jednakże zarazem uwagę na nieodwracalność zjawiska utrwalania się połączeń z dedykowaniem w takich na przykład formach, jak serwer dedykowany, akumulator dedykowany, dedykowana karta graficzna, dedykowany adres IP, hosting dedykowany, ekran dedykowany, transport dedykowany, silnik dedykowany, słuchawki dedykowane, sterownik dedykowany, w których dedykowany oznacza nie 'przeznaczony do czegoś', ale 'oddzielny, przeznaczony dla jednego użytkownika, wydzielony dla niego'.
"Zauważyć należy - pisze prof. Zbróg - że w języku polskim brak jednostki, którą można by zastąpić człon dedykowany w tego typu wyrażeniach, tak aby utworzyć związki akceptowalne pod względem znaczeniowym. Wprawdzie okazjonalnie dałoby się na przykład o niektórych serwerach powiedzieć serwer wydzielony, ale już na przykład wydzielona karta graficzna nie ma tożsamego znaczenia z dedykowaną kartą graficzną (tzn. kartą przeznaczoną do określonego rodzaju wymagań czy marek komputerów). Inne potencjalne zastępniki, na przykład wyspecjalizowany, także mają ograniczoną łączliwość. Być może istotę tego typu urządzeń oddawałoby wyrażenie specjalnego przeznaczenia, na przykład serwer czy karta graficzna specjalnego przeznaczenia. Jednak i ono nie oddaje zasadniczej istoty nazywanej przez imiesłów dedykowany z uwagi na większe uogólnienie".
Trudno mi się na koniec nie zgodzić z wnioskiem kieleckiego językoznawcy, że wyrażenia typu "serwis dedykowany menedżerom" czy "koła dedykowane do terenówek" stały się modne - zwłaszcza wśród ludzi zajmujących się techniką albo marketingiem, mimo to jednak można znaleźć zarówno zwolenników, jak i przeciwników przyjęcia ich jako zgodnych z normą językową.
Dieta w moim życiu
Że dieta może być źródłem komunikacyjnych nieporozumień, przekonałem się już jako kilkuletnie dziecko. Przechodziłem zapalenie miedniczek nerkowych, więc zalecono mi ścisłą bezsolną dietę. Gdy wyniki kolejnych badań były wyraźnie lepsze, jeden z tarnogórskich pediatrów orzekł: "Można już teraz stosować dietę małosolną". A kiedy po jakimś czasie wyniki były jeszcze bardziej optymistyczne, pan doktor oznajmił z radością: "Można już potrawy umiarkowanie solić". Zdumiona Mama wykrzyknęła, że - zgodnie z lekarskim zaleceniem - mało je soli już od wielu dni. Usłyszała wtedy: "Byłem pewien, że pani wie, że dieta małosolna dotyczy produktów żywnościowych zawierających sole naturalne, a nie soli kuchennej". Nieporozumienie to utkwiło mi w pamięci na całe życie.
Ale też i przez całe życie dieta była dla mnie 'specjalnym sposobem odżywiania z ustaleniem jakości i ilości pokarmów, stosowanym zwłaszcza podczas choroby lub w czasie odchudzania'. Jest na diecie, przeszedł na dietę, stosuje dietę to najczęstsze zwroty z dietą używaną w tym tradycyjnym znaczeniu.
Tymczasem od paru lat - w prasie i w różnych poradnikach - spotkać można dietę funkcjonującą w zupełnie innych znaczeniach. Sięgam do naszej wspólnej książki z roku 2016 Trzy po 33 - Jerzego Bralczyka, Andrzeja Markowskiego i mojej - i z felietonu kolegi Andrzeja wynotowuję znamienne przykłady: "Odpowiednio zbilansowana dieta dla rocznego dziecka zapewnia jego prawidłowy wzrost i rozwój", "Dieta zdrowego człowieka", "Najprawdopodobniej od najwcześniejszego etapu rozwoju dieta hominidów opierała się na pożywieniu zwierzęcym", "Praludzie uzupełniali swoją dietę również pokarmem roślinnym", "Warzywa powinny być składnikiem codziennej diety każdego z nas". We wszystkich przywołanych zdaniach diety użyto nie w tradycyjnym znaczeniu - 'specjalny sposób odżywiania', ale w znaczeniu nowym - 'sposób odżywiania się'.
Jak doszło do tej znaczeniowej ewolucji? - Dokonała się ona - nietrudno się domyślić - pod wpływem języka angielskiego, w którym wyraz diet znaczy przede wszystkim tyle, co "sposób odżywiania się"; użycie tego słowa w znaczeniu "specjalny sposób odżywiania się" jest tam o wiele rzadsze. U nas było przez lata prawie wyłączne, ale pod wpływem ekspansywnej angielszczyzny proporcje na naszych oczach ulegają zaburzeniu. Oczywiście, nie wyobrażam sobie naszego języka bez starych konstrukcji typu: "Czymś się zatrułem. Muszę przejść na dietę", "Jest po operacji. Czeka go wielotygodniowa dieta", ale chyba będziemy się musieli przyzwyczajać do użyć nowych w rodzaju "Dobrze się czuję, bo taka jest moja codzienna dieta", "Polecamy wszystkim taką dietę".
W pewnym artykule zaś poświęconym odchodzeniu ludzi młodych od telewizora czytam: "Jaka więc w przyszłości będzie medialna dieta w Polsce?", "Za sprawą podpiętych do Internetu smartfonów, tabletów i laptopów model telewizyjnej diety medialnej odchodzi do przeszłości". Doczekaliśmy się więc już nawet metaforycznej diety medialnej, czyli 'sposobu korzystania z mediów', swoiście zasilającej dietę - 'sposób odżywiania się'.
Dodajmy na koniec, że dieta związana z żywieniem pochodzi z łaciny, w której oznaczała "zalecony sposób odżywiania się", a Rzymianie - jak informuje prof. Markowski we wspomnianej wyżej książce - zapożyczyli ją najprawdopodobniej z greki, w której wyraz diaita znaczył tyle, co "należyty sposób".
2.0
Ciekaw jestem, czy w historii Rzeczy o języku zdarzy się kiedyś tytuł krótszy od dzisiejszego! A dlaczego zdecydowałem się na niego? Ano dlatego, że coraz więcej osób mnie pyta, co oznacza to połączenie dwu cyfr z kropką w środku, pojawiające się w najrozmaitszych konstelacjach wyrazowych typu Szkoła z klasą 2.0, Kultura 2.0, Galeria 2.0, Rozwój 2.0, Przedsiębiorczość 2.0, Humanistyka 2.0, Muzyka 2.0, Biblioteka 2.0, Rząd 2.0, Tożsamość 2.0, Miłość 2.0, Protest 2.0, Archeologia 2.0, Pielęgniarstwo 2.0. Bardzo przystępne jego wyjaśnienie znalazłem ostatnio w artykule Roberta Siewiorka w jednym z numerów "Gazety Wyborczej": zrodziło się to 2.0 z pojęcia Internet 2.0, mającego oznaczać nową sieć - potężniejszą i sprawniejszą niż kiedykolwiek, bo odrodzoną po pęknięciu - co najistotniejsze: w roku 2001 - bańki internetowej. A zatem coś 2.0 to coś 'usprawnionego, ulepszonego'. Jego zaś produktywność jest kolejnym potwierdzeniem niezwykłej siły oddziaływania rzeczywistości elektronicznej na naszą komunikacyjną wyobraźnię.
Powtarza się też bez przerwy pytanie o LOL. Jest to z kolei twór esemesowo-mailowy, skrót od ang. laughing out loud ("śmiejąc się głośno"), ale, jak pisze przywołany wyżej Robert Siewiorek, dziś znaczy on coś znacznie więcej niż płytkie 'uśmiać się'. LOL to już także znak empatii, pogodzenia się z sądem rozmówcy.
W jednym z artykułów Krzysztofa Vargi przeczytałem: "Myślę, że niemożliwy jest już casus Masłowskiej". Mamy tutaj casus (w częstszej, spolszczonej postaci jest to kazus) użyty w znaczeniu 'wypadek, przypadek' (łac. casus). A teraz zdanie z pewnego tekstu publicystycznego: "Do dziś nie mamy dobrze opisanych case'ów z naszej transformacji, a to przecież doświadczenie i wiedza, które mogą przydać się światu". Autor tej konstrukcji sięgnął już po angielski wariant tego rzeczownika - case (czyt. kejs), a do poprawnego zapisu dopełniacza liczby mnogiej z końcówką -ów musiał użyć apostrofu. Czyż to nie kolejny znak czasów, w których tradycyjne brzmienia i graficzne postacie zamienia się - czy trzeba, czy nie trzeba - na warianty angielskie?!
Ale przecież ja już także z ust młodych prawników, którzy używają kazusu w znaczeniu 'zdarzenie, fakt pociągający za sobą skutki prawne', wychwyciłem jakże manierycznie brzmiący w Polsce "kejs"!!!
Epickie i ekselentne
Skarży się wielu internautów, że coraz częściej w reklamach pojawiają się takie czy inne "epickie produkty", a pan J.S. z Jeleniej Góry donosi mi o zachwycie wyrażonym przez kogoś słowami: "To było ekselentne!". Obie te formy rzeczywiście pojawiają się w rozmaitego typu tekstach, a pierwsza z nich - w znaczeniu 'wspaniałe, cudowne, fantastyczne, świetne' - dołączyła do takich to samo wyrażających określeń, jak super, ekstra, spoko, wypas, full wypas, cool, wow.
Oczywiście, utrwaloną tradycję ma w naszym języku wywiedziony od podstawy słowotwórczej epika (franc. epique, z łac. epicus - od greckiego epos) przymiotnik epicki - używany w znaczeniu: 'właściwy epice, charakterystyczny dla epiki, traktujący temat rozlegle; opisowy, opowiadający' (utwór epicki, wątek epicki, pieśni epickie, rapsody epickie, poemat epicki, teatr epicki, twórcy epiccy). I tylko takie użycia rejestrują słowniki.
Internet informuje już o znaczeniu 'wspaniały, cudowny, fantastyczny, świetny', które zaczyna się upowszechniać w polszczyźnie - nietrudno się domyślić - pod wpływem języka angielskiego. To w nim przymiotnik epic ma szersze znaczenie, odnoszące się nie tylko do literackiego rodzaju - epiki, ale i sprowadzające się do parafrazy "niezwykły, imponujący, epokowy, wspaniały, cudowny, fantastyczny, heroiczny, świetny". Doszło więc do typowego procesu tak zwanej neosemantyzacji, czyli nadania nowego znaczenia słowu używanemu dotychczas w znaczeniu innym. Mówiąc inaczej, przymiotnik epicki to neosemantyzm.
Czy do szeregu określeń wyrażających zachwyt, uznanie dla kogoś, czegoś dołączy przymiotnik ekselentny, o którym napisał do mnie korespondent z Jeleniej Góry, trudno przewidzieć. Z całą pewnością i jego funkcjonowanie zawdzięczamy angielszczyźnie, a mówiąc ściślej - formie excellent (czyt. ekselent) - "doskonały, znakomity, świetny", do której dodano nasz przyrostek -ny. Tak się dokonał proces jej polonizacji. Od razu skojarzyłem go z zachowaniem dzieci moich znajomych Polaków z Niemiec, którym zdarza się na przykład - wskutek przenikania się dwu codziennie używanych języków - na kolor czerwony powiedzieć "rotowy", a na zielony - "grinowy". Jak widzimy, i one do obcych słów - rot - "czerwony", i grün - "zielony" - dodają polskie sufiksy! Zachodzi jednak zasadnicza różnica między formą "ekselentny" a zabawnymi postaciami "rotowy" czy "grinowy", które przytrafiają się polskim dzieciom w Niemczech. Te ostatnie są nieuchronnymi, ale incydentalnymi zjawiskami. Tytułowe formy dzisiejszego odcinka są natomiast rezultatem stałego i coraz silniejszego oddziaływania najpopularniejszego języka na polską społeczność komunikacyjną.
Formaty, lajki, szery i ajbiki
Oto fragmenty pewnego artykułu poświęconego wpływowi Internetu na politykę: "Ta logika oddziałuje na media tradycyjne - coraz większa część odbiorców ich treści, zarówno publikowanych w Internecie, jak i w tradycyjnych formatach (np. na papierze), dociera do nich na skutek rekomendacji na Facebooku", "Miarą sukcesu jest clickstream, czyli liczba pozyskanych lajków i szerów, będąca miarą uznania dla konkretnego wpisu".
W kilku linijkach tego tekstu aż się roi od nowych wyrazów i nowych znaczeń wyrazów dobrze znanych. Oto pod "tradycyjnymi formatami (na papierze)" kryją się tutaj po prostu 'gazety', czyli doszło do kolejnego poszerzenia pola semantycznego wyrazu, który dla większości Polaków ciągle jest określeniem albo 'rozmiaru arkusza papieru, książki, zdjęcia itp.' (ze wskazaniem, np. A4, 6 × 9), albo 'ogółu cech ocenianych wysoko lub nisko' (bardzo lubię w recenzji takiej czy innej pracy napisać, że jej autor ujawnia w niej swój duży format intelektualny). Napisałem zaś wyżej o kolejnym rozszerzeniu pola semantycznego, bo dopiero zaczynamy się jako użytkownicy polszczyzny oswajać z formatem radiowym czy telewizyjnym - 'rodzajem programu nadawanego w danej stacji radiowej bądź telewizyjnej', a tymczasem już się też pojawił format - 'gazeta'. Zaiste, zawrotne tempo!
Dzieje się to wszystko pod wpływem języka informatycznego, w którym obiegowymi terminami są zarówno format - 'rodzaj pliku związany z odpowiednim sposobem zapisu i odczytu', 'reguły określające strukturę fizyczną, sposób rozmieszczenia, zapisu informacji danego typu, inaczej: wzorzec, szablon', 'komenda w języku programowania Common Lisp', 'polecenie systemu CP/J', jak i formatowanie dysku, formatowanie tekstu - 'nadawanie tekstowi określonego stylu i kształtu'. Taka semantyczna pojemność sprzyja ugruntowywaniu się nowych znaczeń.
Utrwala się w powszechnej świadomości językowej mainstream - dosł. ang. "główny nurt" - 'nurt myślowy lub stylistyczny reprezentowany przez większość artystów, twórców lub innych ludzi zaangażowanych w daną dziedzinę'. Tu mamy clickstream - dosł. ang. "nurt kliknięć" - 'liczbę pozyskanych lajków i szerów'. A lajk, czyli polubienie, jak się często słyszy (z ang. like - "lubić"), to 'oznaczenie wpisu, zdjęcia itp. w serwisie społecznościowym, zwłaszcza na Facebooku, przez które oglądający daje znać, że mu się wpis, zdjęcie itp. podoba lub że się z nim zgadza', szer natomiast (z ang. share - "podzielić się") - zwykle w liczbie mnogiej - oznacza 'podzielenie się informacją z innymi użytkownikami portalu społecznościowego'.
Napisałem wyżej o zawrotnym tempie upowszechniania się tych wszystkich nowych słów, nieuchronnie prowadzącym do pogłębiania się międzypokoleniowych zaburzeń komunikacyjnych. Zwierzał mi się ostatnio pewien starszy pan, że usłyszał od koleżanki swego wnuka o zdaniu przez nią "ajbika". Wstyd mu było spytać, o co chodzi, więc dopiero po wizycie dziewczyny zagadnął wnuka i dowiedział się, że chodzi o międzynarodową maturę, dowcipnie pod względem morfologicznym spolszczoną - od podstawy słowotwórczej IB (czyt. ajbi) - International Baccalaureate.
Hejter i hipster
W jednym z wywiadów prasowych znajduję nie tylko hejt, ale i rozbudowaną rodzinę wyrazową od niego wywiedzioną: "Nie jestem w stanie zdobyć się na totalny hejt tego krajobrazu", "On jest emanacją pewnej formacji istnienia, której nie można zaprzeczać ani hejtować", "Dlaczego nie można zhejtować?", "Co z tego, że go zhejtujesz, jeżeli on się od tego nie wyprostuje?".
Źródłem tych wszystkich form jest angielski czasownik hate - "nienawidzić". Derywat od niego to hater, w naszym obiegu komunikacyjnym tak popularny, że funkcjonujący już w spolszczonej postaci hejter - w internetowym slangu oznaczającej 'nienawistnika, osobę, która krytykuje coś lub kogoś w bezwzględny sposób, najczęściej anonimowo lub pod pseudonimem'. Jak widzimy, proceder uprawiania internetowego hejtu stał się tak powszechny, że jego słowotwórczym znakiem są także czasowniki - niedokonany hejtować i dokonany zhejtować.
Trafną diagnozę psychologiczną tego zjawiska przedstawił niedawno temu Wojciech Orliński: "Ludzie potrafią się zachowywać paskudnie, jeśli wierzą, że robią coś dobrze. Błędnie wyobrażamy sobie typowego internetowego hejtera, że jest to osoba przeniknięta chęcią czynienia zła. Jest inaczej. Hejter to osoba głęboko przekonana, że robi coś dobrego, że stoi na straży prawdy, piękna, dobra i etyki. Należy się bać ludzi przekonanych, że są ludźmi dobrej woli. To oni robią w Internecie najwięcej zła". A jedna z naszych aktorek wyznaje: "Mam w d... internetowy hejt. Zawód, który uprawiam - również ze względu na jego przemiły aspekt medialny - sprawia, że jestem przyzwyczajona do hejtu".
Zauważyłem, że niektórzy mylą hejtera z hipsterem. Ten ostatni jest przedstawicielem współczesnej subkultury funkcjonującej zarówno wśród nastolatków, jak i ludzi starszych. Deklaruje on swą niezależność od głównego nurtu kultury masowej (tzw. mainstreamu) i ironiczny stosunek do niego oraz przesadnie akcentuje oryginalność i indywidualność. Hipster silnie podkreśla też swój wizerunek poprzez wyrazisty i artystyczny strój, a także wyjątkowe i nieszablonowe zainteresowania.
Pochodzi słowo hipster z języka afrykańskiego ludu Wolof, w którym hip znaczy tyle, co "oświecony, mający oczy otwarte", a pojawiło się ono po raz pierwszy w latach 40. minionego stulecia w środowisku słuchaczy czarnego jazzu.
W latach 30. XX wieku w czarnym slangu amerykańskich jazzmanów zwanym jive rozpowszechniło się słowo hep, określające wtajemniczonych w kulturę jazzową. Generacja bebopu, stylu jazzowego z początku lat 40., uznała je za przestarzałe i postawiła na hip. Hipster narodził się w momencie, gdy na nowoczesnej ulicy spotkali się biały z czarnym, najważniejszą zaś szansą w jego przygodzie było przekroczenie własnej kultury i rasy oraz ustanowienie komunikacji między obcymi sobie dotąd światami.
International level
W jednym z internetowych sprawozdań z meczu piłkarskiego czytam: "Nie zagrał na international level". A w pewnym artykule publicystycznym poświęconym współczesnej Polsce: "Jest to już zupełnie inny level", "Przeglądałem krajobraz, żeby dokonać apdejtu dobrze niegdyś znanych okolic".
Jestem przekonany, że wielu Polaków nie w pełni zrozumie przywołane fragmenty. Co to jest level?, co to takiego apdejt? - zapytają, tak jak starzy kibice piłkarscy ciągle mi się skarżą na dziwaczny - ich zdaniem - tajming. Doskonale rozumiem ich odczucia, bo każdy chciałby bez przeszkód odbierać taki czy inny tekst. A jednak wszyscy musimy się pogodzić z tym, że zdecydowane przodownictwo angielszczyzny w naszym zakątku świata i jej szybko postępująca w Polsce znajomość powodują coraz częstsze użycie form tego języka jako leksykalnych środków stylistycznych, urozmaicających daną wypowiedź. To jest znak czasów: odchodzenie od tradycyjnych przerywników wyrazowych greckich, łacińskich, francuskich, niemieckich, rosyjskich, używanych przez moje pokolenie oraz starsze generacje, i funkcjonowanie w powszechnym obiegu form angielskich.
O przykłady nietrudno. - Jeśli w tej czy innej sytuacji nie posłużę się naszym "przepraszam", do końca życia będę wyrzucał z siebie francuskie pardon, które mieliśmy już jako dzieci na podorędziu w czasie gry w ping-ponga (wypadało przeprosić przeciwnika, gdy punkt zdobyło się przez przypadek - po przetoczeniu się piłeczki przez siatkę czy otarciu się jej o kant stołu, a dwusylabowe pardon było poręczniejsze od trzysylabowego "przepraszam"). Młodsi ode mnie mają już oczywiście angielskie sorry - tak powszechne, że doczekało się swojskich derywatów sorka, sorki, sorewicz. Jakaś 'mieszanka, mieszanina' to dla mnie także miszung, nawiązujący do niemieckiego, dla młodszych - angielski mikst, który ja - stary kibic - odnoszę tylko do gry mieszanej w tenisie.
Możemy wrócić do fragmentów z początku dzisiejszego odcinka. Level to po angielsku tyle co "poziom", sprawozdawca piłkarski miał więc na myśli "międzynarodowy poziom", autor zaś drugiej wypowiedzi - "zupełnie inny poziom". Chodziło mu także o "uaktualnienie oglądanego kiedyś krajobrazu", bo update znaczy tyle, co "uaktualnić, zmodernizować, unowocześnić, uzupełnić". Zauważmy przy tym, że dokonał pełnej adaptacji morfologicznej i graficznej tego angielskiego czasownika, decydując się na postać apdejt - tak jak ja w drugim akapicie spolszczyłem graficznie timing - 'wybór najlepszego momentu na rozpoczęcie lub zakończenie jakiegoś działania' (nawet mój młodszy wnuczek chwali się "dobrym tajmingiem" po udanym wyskoku do piłki i strzale główką!).
Wśród leksykalnych środków stylistycznych od pewnego czasu robi też karierę rollercoaster. Czytam więc na przykład w wywiadzie ze znanym medioznawcą: "W takich filmach każde zniuansowanie oznacza mniejszy rollercoaster. A chodzi właśnie o taki rollercoaster". O rollercoaster, czyli metaforycznie o 'gwałtowną huśtawkę nastrojów, o skrajne emocje', bo dosłownie rollercoaster to 'urządzenie instalowane w parkach rozrywki, którego konstrukcja składa się głównie z bardzo wysokich wzniesień, bardzo stromych spadków i gwałtownych zakrętów' (to także rodzaj kolejki górskiej). Kinomani wiedzą, że taki tytuł nosił również znany film z roku 1977 z Henrym Fondą.
Dalsza część rozdziału dostępna w pełnej wersji
Boy nie lubił motorniczych!
Często sięgam przed zaśnięciem do tekstów Tadeusza Boya-Żeleńskiego i prawdziwie się delektuję urodą ich języka, nie mówiąc o formacie intelektualnym autora. Ostatnio bardzo mnie rozczulił artykuł z roku 1924, bo mi przypomniał jeden z pierwszych dylematów poprawnościowych omawianych w Rzeczy o języku, ponad 50 lat temu.
Pytali mnie wtedy wrocławianie, a i mieszkańcy z innych stron Polski, czy lepsza jest forma motorowy, czy motorniczy. Ja sam widziałem bardzo często w jednym wozie - w niewielkiej odległości od siebie - dwie tabliczki z różnymi formułami: "rozmowa z motorowym zabroniona" i "rozmowa z motorniczym zabroniona". Lwowscy wrocławianie mówili mi przy takiej okazji, że w ich rodzinnym mieście w obiegu komunikacyjnym był raczej motorowy, warszawscy - że u nich wyłączny jest motorniczy (a moimi sąsiadami z ulicy Rydygiera byli wówczas pracownicy MPK - z kontrolerem Janem Mitkiem i motorowym/motorniczym Tadeuszem Paśnikiem na czele!).
Mówiłem i pisałem w tamtych latach, że - oczywiście - formacja motorowy w użyciu rzeczownikowym to synonim motorniczego. Ale przecież funkcjonuje jej znaczenie podstawowe - przymiotnikowe, wynikające z budowy słowotwórczej: motorowy to także 'poruszany za pomocą motoru-silnika'; mówimy o łodzi motorowej, o motorowym statku, motorowym dźwigu, o kimś, kto uprawia sport motorowy. Motorniczy natomiast to tylko i wyłącznie 'zawodowy kierowca tramwaju'. Dobrze się więc dzieje, że wyraźną przewagę zyskuje tenże motorniczy. Jest on formacją wyrazistszą morfologicznie, absolutnie jednoznaczną. Powinna się ona kiedyś stać wyłączna.
Dziś stwierdzam, że to życzenie się spełnia, czego trudno nie uznać za zupełnie naturalny proces zmierzający do maksymalnego zróżnicowania formalno-znaczeniowego poszczególnych wyrazów.
A jaki stosunek do tej pary wyrazowej miał przywołany na początku Tadeusz Boy-Żeleński?
W rzeczonym artykule z roku 1924 najpierw zacytował fragment manifestu literackiego pisma "Awangarda". Zaczynał się on wołaczową konstrukcją: "Przyjacielu, motorniczy tramwaju nr 7!". Boy tak ją skomentował: "Czy w istocie ma ktoś złudzenie, że to jest lektura dla motorowego (jakoś mi ten motorniczy nie chce przejść przez gardło) tramwaju numer 7?". Niechęć do motorniczego potwierdzają kolejne dwa zdania-cytaty z Boya: "Może motorowy czyta Trylogię" i "Złudzeniem jest, że motorowy tramwaju będzie czytał".
Po prawie stu latach dzielących nas od momentu napisania powyższych słów możemy powtórzyć: a jednak motorniczy z motorowym wygrał. I bardzo dobrze!
Cieplutkie, ładniutkie - meganiestrawne
Zdaję sobie sprawę z prowokująco-przekornego charakteru tytułu tego odcinka. To mój psychologiczno-językowy odruch obronny. Czy może on dziwić, gdy z co drugiego wywiadu z taką czy inną gwiazdką współczesnego światka rozrywkowo-serialowego dobiegają do moich uszu "cieplutkie pozdrowienia", a przedstawiciel rynku discopolowego informuje, że u niego "wokal musi być ładniutki"?! Coraz bardziej nerwowo reaguję też na stawiane mi "pytanko". Pytanie, pytanie,proszę pana (pani)! - już prawie krzyczę, tak jak gęsią skórką reaguję na "pozdrowienia (ucałowania) dla rodzinki" i wiem, że to pewnie objaw nieuchronnego starzenia się, ale i usprawiedliwionej reakcji na to, co się w masowej komunikacji pojawia w nadmiarze.
A pojawia się w nadmiarze tak jakby w opozycji do o wiele bardziej przykrego i powszechnego językowego schamienia i brutalizacji języka codziennego, które zataczają coraz szersze kręgi społeczne i wiekowe. Najsmutniejsze jest to, że zarówno dorośli z rodzicami na czele nie mają żadnych zahamowań, jeśli chodzi o przeklinanie w obecności dzieci, jak i dzieci nie wstydzą się tego, choć w pobliżu są dorośli.
Ponieważ jestem ciągle wielkim - wręcz niepoprawnym - miłośnikiem piłki nożnej i nie potrafię przejść obojętnie obok podwórkowego, placowego czy boiskowego meczu dzieci i młodzieży, mogę ze smutkiem stwierdzić, gdy obserwuję nieraz zza płotu przez parę minut futbolowe zmagania, że towarzyszy im niezmiennie w całej Polsce okrzyk "k..., ja p...!" - wyrażający zarówno radość, czy nawet podziw, jak i złość. Ale przecież i w czasie telewizyjnych relacji ze sportowych zmagań z ruchów warg naszych ulubieńców, a i trenerów, łatwo wyczytać te właśnie słowa.
A skoro o podziwie była wyżej mowa... - Z niekłamaną przyjemnością obserwuję coraz powszechniejsze uczestnictwo dziewczyn w zmaganiach piłkarskich. Niektóre z nich są naprawdę świetne - technicznie, biegowo. A jakie silne i celne strzały im wychodzą! Po jednej z takich petard, która trafiła w poprzeczkę, a bramka aż się zatrzęsła, jeden z chłopców uznanie dla koleżanki wyraził okrzykiem: "Je...na!". Co ona na to? - Była wniebowzięta! Wyobraziłem sobie w tym momencie reakcję dziewczyn mojego pokolenia.
Ale czemu ja się dziwię, skoro nawet pewna "dorosła" firma decyduje się na reklamowy baner "jesteśmy najbardziej zajebistą firmą na Śląsku"?! O swoim nienawistnym stosunku do obrzydliwego etymologicznie i fonetycznie słowa zajebisty już mi się nawet mówić nie chce. Z kolei bardzo znana osoba publiczna płci żeńskiej w swojej wspomnieniowej książce pisze o towarzyszu podróży pociągiem bez przerwy rozmawiającym przez komórkę, że "napierdala coraz głośniej". Czy tylko takim wulgarnym czasownikiem da się wyrazić swe silne wzburzenie i złość? - pytam autorkę.
Wróćmy do języka młodzieżowego. "Trzy pierwsze wersy są megatrafne", "Jest megasłabą używką" - mówi warszawski siedemnastolatek w krótkim wywiadzie prasowym. A co ja na to? Oczywiście, nie mam nic przeciwko superlatywnej cząstce mega-, razi mnie natomiast jej nadużywanie. Od lat powtarzam bowiem najmłodszym użytkownikom polszczyzny: w przeciwieństwie do mojej generacji, która poza określeniami fajny, fajnie właściwie nie miała innych możliwości potocznego wyrażania pozytywnych odczuć, wy macie ich co niemiara, bo i super, i ekstra, a także wypas, full wypas, spoko, epicko, w porzo, korzystajcie więc z tego bogactwa i stosujcie zamiennie poszczególne formy, bo to jest klucz do stylistycznego sukcesu i komunikacyjnej atrakcyjności.
Czysta komercha
W jednym z wywiadów prasowych czytam: "To jest festiwal totalny - od kina alternatywnego po czystą komerchę". A w swym dzienniku pewna znana pisarka pisze o koleżance po piórze: "Gładka się zrobiła na gębie i na szyjsku". "Ale koleja!" - komentuje długi ogonek po chleb jeden ze staczy. "Nie jedz już tej pięty!" - doradza mi troskliwa Żona w czasie kolacji. "Co za wstrętne babsko!" - wyznaje szczerze dwulatek. "Lewy zagrał dziś jak typowy napadzior" - cieszy się jeden z internautów po udanym meczu Roberta Lewandowskiego w Bayernie Monachium. Autor pewnego referatu zaś za zgrubienie uznaje formę... Anka.
Przytoczyłem wszystkie te wypowiedzi, by pokazać zarówno zdolność przetwórczą funkcjonujących w polszczyźnie słów, jak i morfologiczną równowagę komunikacyjną: tak, mamy mnóstwo zdrobnień, zbyt często ich używamy - że przywołam najbardziej natarczywe pieniążki, pytanka, rodzinkę, sereczki, bułeczki, szyneczki - ale sięgamy też po zgrubienia, operując najrozmaitszymi możliwościami derywacyjnymi.
I tak koleję i piętę, przytoczone wyżej, zaliczyć można do tak zwanych derywatów ujemnych, powstałych przez usunięcie z podstaw słowotwórczych kolejka, piętka cząstki -k-.
Z komercji zrobiono ekspresywną komerchę dzięki ch, nawiązującemu do idących w dziesiątki formacji typu obżarciuch, uparciuch, staruch, gnieciuch. Trudno też nie mieć skojarzeń z marychą - marihuaną.
Napadzior - derywat wymienny napastnika - swe emocjonalne natężenie zawdzięcza rzeczownikom zakapior, bandzior.
Szyjsko, babsko to typowe zgrubienia utworzone od szyi, baby za pomocą przyrostka -sko, takie jak kobiecisko, matczysko, nożysko, kocisko, psisko, mrozisko, wietrzysko.
Jeśli zaś przywołałem w pierwszym akapicie dzisiejszego odcinka zdarzenie z pewnej konferencji naukowej, w czasie której jeden z referentów zaliczył Ankę do zgrubień, to uczyniłem to nie bez kozery. Oto może być w języku i tak, że strukturalno-znaczeniowe zdrobnienia zaczynają się stylistycznie neutralizować, a wtedy rodzi się potrzeba wprowadzenia do nich silniejszego uczuciowo przyrostka. Z punktu widzenia historycznego klasycznym przykładem jest utworzona od maci za pomocą przyrostka -ka forma matka - prymarnie takie samo zdrobnienie, jak rączka, nóżka, stópka, główka, szyjka, lampka, szafka itd. Dziś matka to oficjalne, neutralne nazwanie rodzicielki, słowo z blankietów urzędowych (imię ojca, imię matki). W powszechnym odczuciu zdrobnieniami są dopiero mateńka, mateczka, matunia, matuleńka, matusia, matusieczka.
Mam koleżankę Irenę, która nie lubi zdrobnienia Irka. "Bo to już dla mnie raczej nie zdrobnienie, ale brzmienie swoiście lekceważące, nieprzyjemne" - tłumaczy. Szanuję to i wybieram Irenkę, Ircię. Pewnie identyczne odczucia wobec Anki ma ów cytowany autor referatu, a pozytywne skojarzenia budzą w nim dopiero "mocniejsze" uczuciowo postacie Ania, Aneczka, Anusia, Anula, Anulka.
A z drugiej strony - miałem pochodzącą ze Lwowa ciotkę, żonę stryja. W jej języku szczytem czułości były Irucha, Terucha, Agniecha, Małgocha. Względne to więc wszystko, bardzo względne, ale dlatego ciekawe, stylistycznie fascynujące!
Dziecięcy - dziecinny
Dziecięcy to 'dotyczący dziecka, przeznaczony dla dziecka' (dziecięce obuwie, ubranie, literatura dziecięca, szpital dziecięcy), 'właściwy dziecku, taki jak u dziecka' (dziecięcy wiek, dziecięce lata, med. porażenie dziecięce), dziecinny - 'właściwy dziecku, taki jak u dziecka' (dziecinny głosik, śmiech, dziecinna twarzyczka, dziecinne lata; dziecinna igraszka, zabawka - 'o rzeczach błahych, łatwych w porównaniu z innymi, ważniejszymi'; dziecinna pora, godzina - 'niezbyt późna pora, godzina wieczorna'), 'przeznaczony dla dziecka' (pokój dziecinny), 'postępujący, będący jak dziecko, taki jak u dziecka; niefrasobliwy, beztroski, nierozsądny, naiwny, niepoważny' (była dziecinna mimo swego dorosłego wyglądu, dziecinne obawy, wykręty).
Przytoczone definicje słownikowe obu form w części się znaczeniowo pokrywają ('właściwy dziecku, taki jak u dziecka', 'przeznaczony dla dziecka'), tak jak w codziennym językowym obcowaniu bardzo często zamiennie traktujemy oba warianty (dziecięce lata - dziecinne lata, dziecięcy pokój - dziecinny pokój). Wydaje mi się jednak, że bardzo wyraziste ostatnie znaczenie przymiotnika dziecinny - 'postępujący, będący jak dziecko, taki jak u dziecka; niefrasobliwy, beztroski, nierozsądny, naiwny, niepoważny' - powoduje, że swoiście bezpieczniejsze wydaje się nam użycie neutralniejszej formy dziecięcy.
Takimi właśnie odczuciami się kierowałem, kiedy przed paroma dniami musiałem odpowiedzieć pewnemu właścicielowi zakładu kamieniarskiego, czy należy się posługiwać połączeniem wyrazowym nagrobki dziecięce, czy nagrobki dziecinne. Uznałem nagrobki dziecięce za lepsze, bardziej uzasadnione i znaczeniowo, i stylistycznie.
Oba tytułowe przymiotniki z punktu widzenia słowotwórczego są derywatami utworzonymi od rzeczownika rodzaju nijakiego dziecię (w przypadkach zależnych dziecięcia, dziecięciu, dziecięciem), prawie nieobecnego we współczesnym obiegu komunikacyjnym, kojarzącego się już tylko raczej ze znanymi fragmentami literackimi, na przykład "Pójdź, dziecię! ja cię uczyć każę!" (Maria Konopnicka, Przed sądem), Spowiedź dziecięcia wieku (tytuł powieści Alfreda de Musseta; w oryginale francuskim: La confession d'un enfant du si?cle), "Bo miłość to (jak) cygańskie dziecię" (z opery Georges'a Bizeta Carmen; w oryginale francuskim "L'amour est enfant de boh?me").
Dziecię zostało w języku codziennym wyparte przez dziecko (w liczbie mnogiej dzieci; w gwarach śląskich dość częsty jest jeszcze pluralny mianownik (te) dziecka), które ma także liczne odniesienia literackie: "Dzieckiem w kolebce, kto łeb urwał Hydrze" (Adam Mickiewicz, Oda do młodości), "Dzieckiem podszyty" (Witold Gombrowicz, Ferdydurke), Pijane dziecko we mgle (tytuł zbioru felietonów Tadeusza Boya-Żeleńskiego) czy Prawo dziecka do szacunku (tytuł książki Janusza Korczaka).
Prasłowiańskim zaś poprzednikiem dziecięcia, dziecka było czędo, z tym samym rdzeniem czę-, który tkwi w czasownikach począć, zacząć. W staropolszczyźnie obok dziecięcia i dziecka funkcjonowały i takie słowa, jak młodzieniątko, młodzionek, robieniec, robionek, niemowiątko, pirzwnię (w znaczeniu 'dziecię pierworodne'), wariantami przymiotników dziecięcy i dziecinny były natomiast formy dzieciński i dziecski.
Chętniej e-PIT-ujemy!
Jeśli frekwencja jakiegoś rzeczownika wzrasta, z reguły zaczynamy się posługiwać wywiedzionym od niego czasownikiem. Gdy w ostatnich latach impreza wyraźnie zdominowała wszystkie inne określenia różnego typu spotkań czy - szerzej mówiąc - przedsięwzięć, pojawiło się przy niej imprezowanie ("Rodzice w domu?" - pytam przez telefon córkę znajomych. "Nie - odpowiada - imprezują"). Popularność SMS-ów i e-mailów otworzyła słowotwórczą drogę esemesowaniu i e-mailowaniu (mejlowaniu), a coraz powszechniejsze podróżowanie samolotami jest przyczyną zarejestrowania przez słowniki potocznego bukowania, czyli 'zamawiania miejsca w samolocie (hotelu, pociągu itp.)'. Nie dziwi mnie też ani nie gorszy googlowanie, owszem - tak jak w wypadku przytoczonego wyżej wariantywnego mejlowania spodziewam się w najbliższym czasie dopuszczenia spolonizowanych zapisów guglować, guglowanie. Taki sam mam stosunek do coraz powszechniejszego przecież blogowania.
Gdybym zaś miał wskazać najproduktywniejsze cząstki słowotwórcze współczesnej polszczyzny, bez wahania wymieniłbym przedrostkowe euro- oraz e-. Pierwsze jest oczywiście znakiem fascynacji integrującą się Europą i naszego w tym procesie uczestnictwa (Eurogol, Euroexpress, Euroforum, Euro-Trans itd., itp.; ostatnio zobaczyłem na wznoszonym przy jednej z ulic Wrocławia budynku Eurorusztowanie!!). Drugie - odbiciem postępującej elektronizacji otaczającej nas rzeczywistości: e-szkoła, e-pracownia, e-faktura, e-podpis, e-biblioteka, e-gospodarstwo, e-księgowość, e-płyta, e-książka, e-nauczanie, e-dosłownie wszystko wokół nas!
Przed paroma laty rzucił mi się w oczy kapitalny nagłówek prasowy - synteza wywodów dzisiejszego odcinka: Chętniej e-PIT-ujemy. Mamy w nim i czasownik, utworzony od podstawy słowotwórczej PIT (strukturalnie odpowiadający esemesowaniu), i opisaną wyżej cząstkę e-. Efekt komunikacyjny jest cudowny: zamiast długiego chętniej sprawy związane z wypełnieniem PIT-u i oddaniem go do urzędu skarbowego załatwiamy drogą elektroniczną mamy dwusłowne chętniej e-PIT-ujemy. Giętka ta nasza polszczyzna, a i niezwykle pomysłowi i twórczy jej użytkownicy! Takim inteligentnym i dowcipnym innowacjom zawsze będę bił brawo.
Feminatywy
1. Klimat, 2. LGBT, 3. Feminatywy - takie były moje typy w plebiscycie na słowa roku 2019, a że większość moich koleżanek i kolegów z kapituły zagłosowała bardzo podobnie, ta właśnie trójka znalazła się na podium. W codziennym językowym obcowaniu kategorią wzbudzającą największe emocje są formy żeńskie, czyli feminatywy właśnie, dlatego im poświęcę dzisiejszy odcinek - nie po raz pierwszy zresztą. Mają one swych zagorzałych zwolenników, ale i przeciwników. Mnie bardzo odpowiada wyważone stanowisko Rady Języka Polskiego, do której od samego początku należę. Sprowadza się ono do stwierdzenia, że - z punktu widzenia strukturalnego - nie ma takiego rzeczownika rodzaju męskiego, od którego nie można by stworzyć postaci żeńskiej, tylko że trzeba to robić powściągliwie, nie na siłę, przede wszystkim zaś z uwzględnieniem społecznych odczuć i uzusu, czyli powszechnego zwyczaju, często też - składu głoskowego poszczególnych słów.
W jednym z wywiadów prasowych Michał Nogaś zwraca się do Olgi Tokarczuk słowami: "Nazwano cię prorokinią", nasza noblistka zaś mówi o sobie: "W jakimś sensie mogłabym być trendsetterką" i "Pracowałam jako psycholożka". Myślę, że spośród czterech obecnych w tym fragmencie feminatywów żadnych oporów nie budzą użyta przeze mnie noblistka i wykorzystana przez Olgę Tokarczuk trendsetterka - formacje utworzone najpopularniejszym żeńskim przyrostkiem -ka od podstaw słowotwórczych noblista - 'laureat Nagrody Nobla' i trendsetter - 'osoba, która tworzy nowe trendy oraz promuje wybrane marki - najczęściej za pośrednictwem bloga, vloga czy strony na portalu społecznościowym; prekursor nowej mody'. Dołączyłbym do nich również psycholożkę - 'kobietę psychologa', która w moich odczuciach od zawsze ma taki sam status gramatyczno-stylistyczny jak pedagożka, biolożka, filolożka, chemiczka, fizyczka, matematyczka, filozofka, historyczka, geografka, ale dobrze wiem, że co najmniej połowa użytkowników polszczyzny odbiera te wszystkie formy jako potoczne, nie nadające się do oficjalnego obiegu komunikacyjnego, wręcz niepoważne. No i zaczynają się kłopoty. Nie jesteśmy też osłuchani w skali makro z prorokinią - 'kobietą prorokiem', choć spotkać ją można w tłumaczeniach Pismach Świętego (prorokinie Miriam, Chulda, Noadia, Anna, Debora) - formalnie tożsamą z coraz częściej się pojawiającymi marszałkinią (sejmu, senatu) i członkinią, utworzonymi tym samym przyrostkiem, co radczyni od radcy czy łowczyni od łowcy.
Kwestia osłuchania się z daną formą jest tu chyba najważniejsza. Ministra jako 'kobieta minister' jest historycznym nawiązaniem do łaciny, w której funkcjonowała obok magistry czy premiery, ale brzmi pretensjonalnie. Zdecydowanie wolałbym ministerkę, ale znów połowa Polaków powie, że to twór niepoważny (jakże zazdroszczę Czechom i Słowakom, którzy bez jakichkolwiek oporów stylistycznych tworzą postacie typu ministerka, premierka, prezydentka, profesorka, rektorka, dziekanka, kanclerka, oraz Niemcom, którzy żeńskim sufiksem -in we wszystkich oficjalnych i nieoficjalnych sytuacjach komunikacyjnych używają tylko form Ministerin, Premierin, Präsidentin, Professorin, Rektorin, Dekanin, Kanzlerin).
Co w takim razie z kobietami chirurgami i kobietami pediatrami? - zapytał mnie ostatnio jeden ze studentów wrocławskiej medycyny. Z punktu widzenia strukturalnego, formalnego całkowicie poprawne i dopuszczalne są chirurżki oraz pediatrki. Przeszkodą w ich upowszechnieniu mogą być trudności związane z wyartykułowaniem grup spółgłoskowych rżk i trk. Jestem natomiast prawie pewien, że coraz częściej będzie się mówić o graczce komputerowej - tak jak życie wymusiło pojawienie się przymiotnika growy.
Podsumowująco powiem, że bliskie mi jest stanowisko jednej z posłanek: "Podkreślanie obecności kobiet w języku zwiększa ich szanse na zaistnienie w przestrzeni publicznej. Chcę, aby kolejne pokolenia dziewczyn słyszały na co dzień: masz dla siebie miejsce jako architektka, posłanka, chirurżka".
Filozof i artystka
Proszę, broń Boże, nie myśleć, że w tytule tego odcinka znalazły się połączone spójnikiem i dwa wyrazy, z których pierwszy - filozof - odnosi się do mężczyzny, a drugi - artystka - do kobiety. Tak nie jest. Oba rzeczowniki dotyczą osoby płci żeńskiej, a w jej nekrologu po owych postaciach filozof i artystka następują: absolwentka, pracownik, kierownik, znawczyni, twórczyni, badaczka, autorka, tłumaczka, interpretator, wielbicielka, dydaktyk, patriotka, uczona, nauczycielka, przewodniczka.
Żeby nie było nieporozumień: do autorów całego nekrologowego tekstu nie mam żadnych, nawet najmniejszych pretensji, nie jestem też wcale pewien, czy sam, kierując się wyłącznie stylistyczno-obyczajową intuicją, nie skonstruowałbym takiego samego szeregu morfologicznego. Ułamek sekundy refleksji nad nim wystarcza przecież, by zobaczyć formalne niekonsekwencje i zapytać bez złośliwości: dlaczego pracownik, kierownik czy interpretator, skoro badaczka, autorka i tłumaczka?; czemu filozof i dydaktyk, ale znawczyni i twórczyni? Taki słowotwórczy los zgotowaliśmy sobie sami w odniesieniu do żeńskich postaci.
Czesi, Słowacy, Niemcy konsekwentnie sięgają po feminatywne sufiksy -ka, -ova, -in (dziekanka, docentka, profesorka, rektorka, Dagmar Havlova, Ivana Dobrotova, Maria Bezakova, Marlena Dietrichova, Brigitte Bardotova; Kanzlerin Angela Merkel, Rektorin Professorin Margarete Schulz itp.), my - zabrnęliśmy w ślepy zaułek.
Po II wojnie światowej we wstępach do słowników ortograficznych pisano o powszechnym teraz dostępie kobiet do stanowisk zastrzeżonych do tej pory dla mężczyzn i spodziewanym dlatego utrwalaniu się form typu prezeska, naczelniczka, dyrektorka. Moje tużpowojenne pokolenie do matury w szkole i poza nią zwracało się do pań za pomocą formuł pani kierowniczko, pani dyrektorko, pani profesorko, pani redaktorko. W rodzinnym domu miałem Mamę nauczycielkę szkoły średniej - profesorkę Miodkową, jak o niej mówiły całe Tarnowskie Góry (pracowały z nią profesorki: Lisikowa, Maśkowa, Cyranowa, Michalczykowa, Nyczowa, Pawlikowa, Gajowa itd., itp. - inne formacje słowotwórcze w ogóle nie wchodziły w grę!).
Potem przyszedł czas - wbrew przywołanym wyżej prognozom - odchodzenia od formalnych wykładników żeńskości, a im prestiż danego zawodu czy funkcji był wyższy, tym proces ten silniej się utrwalał. Już od przedszkola zaczynały się wyłącznie panie dyrektor, a od szkoły średniej - panie profesor. Mało tego - z tekstów oficjalnych, zarówno mówionych, jak i pisanych, zaczęły znikać nauczycielki, biolożki, matematyczki, chemiczki, bo panie zapragnęły być nauczycielami: biologii, matematyki, chemii.
Kiedy od kilkunastu lat zaczął się powrót do brzmień tradycyjnych, czyli z przyrostkami, z pewnością w jakimś stopniu napędzany ruchami feministycznymi, średnie i najmłodsze pokolenie zaczęło odbierać brzmienia typu biolożka, matematyczka, psycholożka jako dziwne i śmieszne. Powiem mocniej: to są dla nich neologizmy!! Dla mnie - to powrót do słowotwórczego stanu pierwotnego, dla nich - to neologizmy.
Ale że kropla drążyła skałę kilkadziesiąt lat, nie mogę powiedzieć, że zawsze i wszędzie konsekwentnie używałem żeńskich form przyrostkowych. Do stojących na czele szkół kobiet zwracałem się we Wrocławiu i w każdym innym miejscu Polski, łącznie z Tarnowskimi Górami, za pomocą formuły pani dyrektor, a do Agaty Dzikowskiej, prowadzącej nasz telewizyjny program Słownik polsko@polski, mówię pani redaktor. Nie jestem też przekonany do pani ministry czy pani marszałkini sejmu. Powtórzę: kropla drążyła skałę kilkadziesiąt lat. Nie po raz pierwszy więc mówię, że jestem bardzo ciekaw, jak to się wszystko ułoży w przyszłości.
Głaskalny kotek
Nauczyciel i poeta Stefan Kudełko z Krupskiego Młyna w powiecie tarnogórskim, urodzony w Chełmie, napisał opowiastkę pt. Dziewczynka i kotek: "Justynka miała kotka Mruczusia. Pewnego dnia kotek zachorował. Pan doktor od zwierzątek oznajmił, że przez pewien czas kotka nie należy głaskać. Dziewczynka bardzo go kochała i była smutna z powodu niemożności bliskiego kontaktu z kotkiem. Codziennie po przebudzeniu pierwsze słowa kierowała do mamy: - Mamusiu, czy Mruczuś jest już głaskalny?".
Autor zadedykował mi ten tekst, nawiązując do jednego z programów telewizyjnego Słownika polsko@polskiego. Opowiedziałem w nim o pewnym dziecku, które z kapitalnym wyczuciem słowotwórczym stworzyło owego głaskalnego kota. Głaskalnego, czyli 'takiego, którego można głaskać', bo takie znaczenie mają formacje utworzone od podstaw czasownikowych za pomocą przyrostka -alny: głaskalny - jak osiągalny - 'taki, który może być osiągnięty', wykonalny - 'taki, który może być wykonany', przewidywalny - 'taki, który da się przewidzieć', zauważalny - 'taki, który może być zauważony', reformowalny - 'taki, który może być reformowany', powtarzalny - 'taki, który może być powtarzany', słyszalny - 'taki, który może być słyszany', widzialny - 'taki, który może być widziany', omijalny - 'taki, który może być omijany', sprawdzalny - 'taki, który może być sprawdzany' itp.
Pisząc wyżej o kapitalnym wyczuciu słowotwórczym dziecka, które stworzyło głaskalnego kotka, chciałbym jeszcze przywołać znakomitego językoznawcę amerykańskiego Noama Chomsky'ego, często powtarzającego, że o całkowitej znajomości języka może mówić tylko człowiek zdolny do stworzenia w każdej sekundzie zupełnie nowego słowa, ale tak uformowanego, że wszyscy zrozumieją jego znaczenie. O pełnej kompetencji językowej na pewno w opisanym wypadku można mówić.
Od strukturalnie identycznych przymiotników oglądalny, słuchalny, zachorowalny pochodzą formacje oglądalność, słuchalność, zachorowalność. W ich parafrazach semantycznych nie ma już jednak znaczeniowego elementu potencjalności, bo oglądalność to 'zbadana statystycznie intensywność oglądania programów telewizyjnych, filmów, przedstawień teatralnych itp.', słuchalność - 'zbadana statystycznie intensywność słuchania programów radiowych', a zachorowalność - synonim zapadalności - to 'liczba zachorowań na jakąś chorobę przypadających na określoną liczbę mieszkańców w danym roku lub okresie sprawozdawczym'.
Z kolei przymiotnik unikalny - wariant postaci unikatowy - znaczy tyle, co 'będący unikatem, stanowiący unikat, jedyny w swoim rodzaju, w danym gatunku, niepowtarzalny'.
Graczka i córczaństwo
Gramatyczny męskocentryzm daje o sobie znać na każdym kroku. Uświadamiam go sobie nie po raz pierwszy, gdy w tekście poświęconym francuskiej pisarce Colette (1873-1954) znajduję takie oto dwa fragmenty: "Okazała się pospolitą miłosną graczką, czym rozczarowała Colette" i "Prawdziwy wkład w rozumienie macierzyństwa i córczaństwa oraz przedstawienie tej więzi w literaturze wniosła Colette". Czym są bowiem pochodzące z nich formy graczka i córczaństwo? - To słowotwórcza próba wypełnienia morfologicznej luki przy postaciach męskich gracz i synostwo. Czy udana?
Przyrostkiem -ka można stworzyć formację żeńską praktycznie od każdego rzeczownika rodzaju męskiego: pisarz - pisarka, nauczyciel - nauczycielka, aptekarz - aptekarka, lekarz - lekarka, kucharz - kucharka, odnowiciel - odnowicielka, gorszyciel - gorszycielka, dentysta - dentystka, dyrygent - dyrygentka, reżyser - reżyserka, inspicjent - inspicjentka, spiker - spikerka, aktor - aktorka itp., itd. W ciągu tym mieści się oczywiście para gracz - graczka. Strukturalnie więc niczego graczce zarzucić nie można. Nie ma ona jednak wsparcia uzusu, powszechnego zwyczaju społecznego, i to jest jej słabość. Usłyszana czy zobaczona pierwszy raz, na każdym użytkowniku polszczyzny będzie robić wrażenie typowej formacji potencjalnej, czyli zbudowanej zgodnie z regułami systemowymi, właściwie rozumianej, ale ciągle się nie nadającej do powszechnego obiegu komunikacyjnego.
Ten sam pointujący komentarz można odnieść do córczaństwa - potencjalnego żeńskiego odpowiednika synostwa. Córka jest morfologicznie wtórna, wywiedziona od prymarnej córy. Gdyby tę ostatnią przyjąć za podstawę słowotwórczą nowego słowa, na zasadzie pełnej analogii do synostwa można by stworzyć córostwo. Ale że córa jest dziś stylistycznie nacechowana, a córka - neutralna, od tejże córki urobiono córczaństwo - z właściwą wymianą spółgłoskową k:cz, chociaż córczostwo też byłoby możliwe.
W przywołanym tekście o Colette znalazłem ponadto formację słowotwórczą typową dla polszczyzny ostatnich lat. Oto mówi się o niej, że była sekssymbolem. Tak właśnie: sekssymbolem, a nie symbolem seksu. Połączeń wyrazowych z członem odróżniającym na pierwszym miejscu - takich właśnie jak ów sekssymbol - przybywa polszczyźnie lawinowo w ostatnich latach. Do tego ostatniego można przecież dołączyć takie formy, jak: Żywiec Cup, Małysz Team, Sopot Festiwal, Opole Festiwal, Golec uOrkiestra, Lutosławski Quartet, Sygit Band, Park Hotel, Tenis nauka, protest marsz, But hala, Auto Magazyn, RTV naprawy, biznesplan, Kredyt Bank, Cuprum Bank, Kinder czekolada, Kinder niespodzianka, Nugat krem, LEGO nagrody, kicz struktura, Rock encyklopedia, Express narty, porno-fala, Spaghetti finał. Wszystkie one zbudowane są pod wpływem obcego, germańskiego modelu morfologicznego, a oddziaływanie angielszczyzny i w tej materii jest aż nadto wyraźne.
Hubert Club i skasowany Napoleon
Połączenia wyrazowe o schemacie składniowym klub + rzeczownik w dopełniaczu stanowią w polszczyźnie niezwykle rozbudowaną i utrwaloną tradycją grupę leksykalną. Występują one najczęściej jako nazwy własne: Międzynarodowy Klub Prasy i Książki, Klub Muzyki i Literatury, Klub Seniora, Klub Wędkarza, Klub Wodniaków, Klub Przewodników, Klub Marynarki Wojennej, Klub Medyka, Klub Lekarza, Klub Księgarza, Klub Dziennikarzy, Klub Prawnika, Klub Nauczyciela, Klub Myśliwych itp. Z literatury znamy komedię Michała Bałuckiego Klub kawalerów z roku 1890, a w latach 1836-1837 ukazała się słynna powieść Charlesa Dickensa The Posthumous Papers of the Pickwick Club, w polskim obiegu czytelniczym funkcjonująca jako Klub Pickwicka.
Tymczasem na drzwiach pewnej altanki zobaczyłem kiedyś dziecinną ręką sporządzony napis: Hubert Club. Trudno go nie odbierać w kategoriach znaku czasów czy też w nawiązaniu do sentencji łacińskiej gutta cavat lapidem non vi, sed saepe cadendo - "kropla drąży skałę nie siłą, lecz ciągłym padaniem". Wszak otacza nas komunikacyjny pejzaż, w którym urobione na modłę języków angielskiego czy niemieckiego połączenia wyrazowe z członem odróżniającym na pierwszym miejscu stały się codziennością. Tylko w czasie wakacyjnych tygodni zarejestrowałem konstrukcje: Kraków Live Festival, Glina Show, Lato z Radiem Festiwal (oraz Lata z Radiem Festiwalu, w Lecie z Radiem Festiwalu), Jarocin Festiwal, Krzyżowa-Music, junior partner, seks-trenerka. Dołączyć do nich mógłbym dawniejsze połączenia: Park Hotel, Tenis nauka, Golec uOrkiestra, Lutosławski Quartet, ekspert system, auto komis, auto części, Nugat krem, But hala, Biznes informacje, Biznes notowania, Media Kontakt, protest marsz, Uroda studio, sekssymbol, Bieszczady Tour, Rock raport, Rock encyklopedia, kicz-struktura, Express narty, Spaghetti finał. A czy dziwi jeszcze kogoś Kinder niespodzianka, Kinder czekolada albo Kredyt Bank?! No więc nie dziwi i mnie specjalnie ów Hubert Club, choć jako Polak wolałbym tradycyjną strukturę Klub Huberta.
Jako znak czasów odebrałem też usłyszane w radiu zdanie z jakiegoś historycznego reportażu: "Ostatecznie skasowali Napoleona". Nie pokonali, zwyciężyli, wygrali z..., ale właśnie skasowali - tak jak w relacjach sportowych skasowanie przeciwnika wygrywa ze sfaulowaniem czy brutalnym zagraniem. Bo i kasowanie - 'usuwanie z komputera czy Internetu zbędnych wiadomości' - jest dziś pewnie częstsze niż tradycyjne kasowanie biletu czy kasowanie 'zarabianie pieniędzy, pobieranie opłaty'.
A czyż nie jest znamienne, że przed paroma tygodniami pierwszy raz w życiu zobaczyłem w gazecie przymiotnik growy ("Czy doczekamy się kiedyś growego odpowiednika Czasu apokalipsy? - czytam w pewnym artykule)? Musiał on powstać - chciałoby się powiedzieć - skoro gry komputerowe stały się codziennością najmłodszych pokoleń. Dowiedziałem się też ostatnio, że młodzi zaczynają się posługiwać formą spiszemy się - tak jak zdzwonimy się, skontaktujemy się, spikniemy się, skomunikujemy się.
Trudno wreszcie nie widzieć wpływu rzeczywistości elektronicznej we fragmencie piosenki: "Będę twoim światłowodem". Prowokuje on do komicznego zestawienia dwu stylistyk - dawnej, staroświeckiej, i tej współczesnej - odnoszących się do wyznań miłosnych: "Będziesz panią (damą) mego serca, a ja będę twoim światłowodem"!!
Labirynty zblazu
Utalentowane pisarki Sylwia Chutnik i Grażyna Plebanek zwieńczyły jeden ze swych felietonów w "Polityce" słowami: "Pisarkom i pisarzom życzymy udanych powrotów z wewnętrznych emigracji i labiryntów zblazu". We współczesnej polszczyźnie funkcjonuje tylko - pochodzące od francuskiej formy blasé - słowo zblazowany, znaczące tyle, co 'znudzony nadmiarem wrażeń, przeżyć, życiem (zwłaszcza hulaszczym), zobojętniały na wszystko' (zblazowani młodzieńcy), 'wyrażający znudzenie, zobojętnienie' (zblazowana mina, zblazowana twarz). Felietonistki zdecydowały się na stworzenie rzeczownika zblaz, równoznacznego ze 'stanem zblazowania', niewątpliwie wypełniając semantyczno-leksykalną lukę naszego systemu językowego. Czy ich innowacja słowotwórcza wejdzie w powszechny obieg komunikacyjny, pokaże przyszłość. Powstała ta forma na drodze bardzo produktywnej tak zwanej derywacji ujemnej, polegającej na tworzeniu nowych wyrazów przez odcięcie cząstki podstawy słowotwórczej: zblaz od zblazowany - tak jak szacun od szacunek, mental od mentalność, wyprz od wyprzedaż, niechluj od niechlujstwo i w znaczeniu 'niechlujstwo' czy komp od komputer, es od esemes, bro (= piwo) od browar, Wro, Wroc od Wrocław, peta od petarda, spoko od spokojnie, nara od na razie, dozo, dozoba od do zobaczenia, wporzo od w porządku, siema od jak się masz, jak się macie, ang od angielski, apka od aplikacja, biblio od biblioteka, biolo od biologia, bojo od boisko, cze od cześć, geo od geografia, int od Internet, muza od muzyka, przyra od przyroda, tech od technika, udo od udostępnienie, wiado od wiadomość. Szczególną produktywnością odznaczają się owe ucięcia w gwarach młodzieżowych, a tempo przekazu mailowego czy esemesowego na pewno sprzyja takim skróconym wariantom wyrazowym.
Inny felietonista "Polityki", wokalista, kompozytor i autor tekstów Paweł Sołtys - lepiej znany jako Pablopavo - pisze: "Przez otwarte hotelowe okno słychać naśpiewywanie na wieczorną modlitwę, sto tysięcy przypomnień z niezliczonej ilości kairskich meczetów". A ja, kiedy zobaczyłem owo naśpiewywanie, natychmiast przypomniałem sobie słowa wybitnego językoznawcy amerykańskiego Noama Chomsky'ego, który powtarza od lat, że o pełnej znajomości danego języka może mówić tylko taki człowiek, który w każdej chwili jest zdolny do stworzenia nowego słowa, ale tak zbudowanego, że będzie ono natychmiast zrozumiane przez innych ludzi. Oczywiście, w leksykonach znajdziemy tylko nawoływanie, czyli 'wzywanie do czegoś, zachęcanie, nakłanianie' (nawoływanie do pracy, do poprawy, do skruchy, do zgody, do modlitwy) i zwoływanie - 'skupianie, gromadzenie głosem ludzi albo zwierząt' (zwoływanie ludzi na ratunek, zwoływanie dzieci do klasy, zwoływanie kur do jedzenia). Pablopavo też mógł napisać tradycyjnie o "nawoływaniu do wieczornej modlitwy" czy "zwoływaniu na wieczorną modlitwę". Zdecydował się jednak na zabieg słowotwórczej analogii: naśpiewywanie jak nawoływanie, uściślającej sposób zwoływania na modlitwę wyznawców islamu, podkreślającej rzeczywiście śpiewny charakter owych charakterystycznych nawoływań do modlitwy. I chwała mu za to, bo żywy język powinien się skrzyć takimi innowacjami!
Materialnie ubogacony pisarz
W prasowej recenzji pewnej książki przeczytałem: "Materialnie ubogacony pisarz przekonuje czytelnika, że wybór książki jako hobby jest lepszy od - przykładowo - łowiectwa", zobaczywszy zaś połączenie wyrazowe "materialnie ubogacony pisarz", zasiadłem natychmiast do napisania niniejszego odcinka. A dlaczego?
Ano dlatego, że jest ono wręcz podręcznikowym przykładem ewolucji znaczeniowej, jaką przeszedł czasownik ubogacić. Nie cieszył się on nigdy sympatią większości użytkowników polszczyzny. Strukturalnie całkowicie poprawny, utworzony przedrostkiem u- i przyrostkiem -ić od podstawy słowotwórczej bogaty - tak jak umilić od miły, uzdatnić od zdatny, uatrakcyjnić od atrakcyjny, ulepszyć od lepszy, udoskonalić od doskonały, uprzystępnić od przystępny, udrożnić od drożny, uskutecznić od skuteczny czy upowszechnić od powszechny, drażnił swą pretensjonalnością, niepotrzebnym dublowaniem tradycyjnego wariantu wzbogacić, też urobionego od przymiotnika bogaty za pomocą przyrostka -ić, ale nie przedrostka u-, lecz wz-.
Mijały jednak lata, a moda na czasownik ubogacić nie przemijała - zwłaszcza w tekstach kościelnych: "Chrystus ubogaca nas swą łaską", "Jesteśmy ubogaceni darami Ducha Świętego" ("Ta historia, mówiąc językiem księży, ubogaca mnie", "Niczego Polski nie pozbawia, lecz jedynie ją - znów sięgnę do języka prymasów - ubogaca" - czytam w jednym z felietonów w "Tygodniku Powszechnym"). W efekcie wydawnictwa poprawnościowe, uwzględniając realny stan językowy, zaczęły dopuszczać tę formę, ale tylko w znaczeniu 'pomnożyć bogactwa duchowe', usilnie zalecając tradycyjną postać wzbogacić w odniesieniu do stanów materialnych (Franek się ostatnio wzbogacił, Wzbogacili się dzięki tej transakcji itp.).
Wbrew zaleceniom słowników i poradników językowych niestety coraz więcej osób zaczęło odnosić ubogacenie również do sfery materialnej, tworząc konstrukcje typu "nasza świątynia ubogaciła się o nowe witraże (dzwony, ławki)". Sam doświadczyłem tej ewolucji znaczeniowej przed paroma laty, gdy na prośbę redakcji pewnego czasopisma motoryzacyjnego napisałem do jego numeru świątecznego szkic o obecności słownictwa tej branży w polszczyźnie ogólnej (zielone światło, czerwone światło, wyrobić, nie wyrobić, niskie podwozie, dodać gazu, wsteczny bieg itp.). Jakież było moje zdumienie, gdy na okładce tegoż świątecznego numeru zobaczyłem: "Dziś prof. Miodek o tym, jak polszczyzna samochodowa polszczyznę ogólną ubogaca". Wiem także, że sporo osób tym "ubogacaniem polszczyzny ogólnej" szczerze się ubawiło.
Tymczasem przed paroma dniami doczekałem się tytułowej zbitki dzisiejszego odcinka, czyli "materialnie ubogaconego pisarza", w której materialny aspekt ubogacenia został werbalnie wyrażony.
Mimo wszystko pozostanę wierny tradycyjnemu zaleceniu: wzbogacić - 'pomnożyć bogactwa materialne', ubogacić - tylko 'pomnożyć bogactwa duchowe'.
Milenialsi ze Zbawixa
W jednym z tygodników czytam o popularnym w Warszawie lokalu Charlotte w stylu francuskiego bistra na placu Zbawiciela. Tenże plac w następnym zdaniu określa się mianem Zbawixa, o lokalu zaś czytamy, że to miejsce spotkań "pracowników korporacji, artystów, celebrytów, hipsterstwa i milenialsów". Ileż tutaj form zasługujących na komentarz!
Potocznymi odpowiednikami wielu oficjalnych nazw rozmaitych miejsc w Warszawie były twory typu Poniatowszczak - 'most Poniatowskiego', Kercelak - 'plac Kercelego', Powszechniak - 'Teatr Powszechny', Kameralniak - 'Teatr Kameralny', Klasyczniak - Teatr Klasyczny', Nowik - 'Nowy Świat', Kasprzakówka - 'Zakłady im. Kasprzaka' czy Słowacczak - 'pomnik Słowackiego'.
Dziś, jak widać, dołącza do nich brzmiący z angielska Zbawix - 'plac Zbawiciela', aż nadto wyraźnie nawiązujący do jakże teraz produktywnej i popularnej - zwłaszcza w gwarach młodzieżowych - serii bronx - 'piwo' (Kupiłem parę bronxów, Może wyskoczymy gdzie na bronxa?, Spijemy jeszcze jednego bronxa, Chodźmy na bronxa), dzięx - 'dzięki, dziękuję' (Dzięx za te notatki, Dzięx, że przyszliście) czy spox - 'spoko, spokojnie, do zaakceptowania, bez zarzutu' (Hej, spox, skąd te nerwy?!, Film był spox).
Jeśli ów Zbawix - mimo wystylizowanego na niepolskie brzmienie wygłosu - brzmi swojsko, to dla wielu użytkowników polszczyzny ciągle tajemniczymi pozostają takie słowa z przytoczonego na początku tekstu, jak celebryta, hipster, milenials, dopiero od paru lat znajdujące się w obiegu komunikacyjnym.
Pierwsze z nich (ang. celebrity, z łac. celebrare - "przychodzić tłumnie") oznacza 'osobę często występującą w środkach masowego przekazu', "znaną z tego, że jest znana" - jak ją zdefiniował w roku 1961 Daniel Boorstin (por. tytuł książki prof. Wiesława Godzica: Znani z tego, że są znani. Celebryci w kulturze tabloidów). Podkreśla się, że celebryta to nie w pełni synonim takich wyrazów, jak gwiazda, sława, idol czy autorytet. Chodzi w nim przede wszystkim o szerokie oddziaływanie społeczne, co powoduje, że celebryci tak często występują w reklamach.
Hipster z kolei to ktoś, kto deklaruje swą niezależność od głównego nurtu kultury masowej (tzw. mainstreamu) i ironiczny stosunek do niego oraz przesadnie akcentuje oryginalność i indywidualność. Silnie podkreśla również swój wizerunek poprzez wyrazisty i artystyczny strój, a także wyjątkowe i nieszablonowe zainteresowania. Pochodzi zaś słowo hipster z języka afrykańskiego ludu Wolof, w którym hip znaczy tyle, co "oświecony, mający oczy otwarte", a pojawiło się ono po raz pierwszy w latach 40. ubiegłego wieku w środowisku słuchaczy czarnego jazzu. Dziś przymiotnik hipsterski można znaleźć i w takim kontekście: "Moda na ukraiński dojrzewała długo. Teraz ukraiński uchodzi za oznakę europejskości - nie tylko otwarcia na Zachód, ale i bycia tego Zachodu częścią. To dziś nie tylko język elit - to język wręcz hipsterski" (z wywiadu z Serhijem Żadanem, ukraińskim poetą, pisarzem i tłumaczem, laureatem Literackiej Nagrody Europy Środkowej "Angelus" za powieść Mezopotamia).
I wreszcie milenialsi. Etymologicznie związani z łacińską formą mille - "tysiąc", są określeniem ludzi urodzonych w latach 1980-2000, na przełomie tysiącleci. Pojawili się po raz pierwszy w takiej postaci w pracy amerykańskich autorów Neila Howe'a i Williama Straussa zatytułowanej Generations. Zrobili jednak karierę w świecie i oto mamy już ich także w polskiej publicystyce.
Miłe głaski
W jednym z felietonów literackich czytam: "Szczególnie niebezpieczna jest sytuacja, w której ostatnie opublikowane dzieło uzyskało miłe głaski od krytyków", a mój komputer, do którego przed chwilą to zdanie wbiłem, podkreślił oczywiście czerwoną kursywą formę głaski, tak jak to uczynił przed paroma miesiącami z rzeczownikiem ziew. W innym felietonie napisano: "Komunizm wychowywał ludzi sierioznych do urzygu", a komputer uruchomił korektorską czerwień przy słowach sieriozny i urzyg.
Zacznijmy od głasków i urzygu. Kiedy patrzę na tego typu formacje słowotwórcze, zawsze przypomina mi się "odsap dla uszu" z "Przekrojowej" krzyżówki sprzed kilkudziesięciu lat - dowcipna parafraza znaczeniowa pięcioliterowego hasła cisza. Stworzono w niej od czasownika odsapnąć przez odcięcie wygłosowego -nąć żartobliwy - ale strukturalnie możliwy - rzeczownik odsap. Na drodze identycznego zabiegu formalnego - ucięcia wygłosowych cząstek podstaw słowotwórczych - powstały przywołane derywaty wsteczne głask (od głaskać) i urzyg (od urzygać), kojarzący się z rejestrowanym przez słowniki rzeczownikiem urzyn, wywiedzionym od czasownika urzynać. Oczywiście, to okazjonalizmy, które nie roszczą sobie prawa do obecności w powszechnym obiegu komunikacyjnym. Ich twórca skorzystał jednak, i chwała mu za to, z jednej z możliwości tworzenia słów w polszczyźnie. Amerykański językoznawca Noam Chomsky powiedziałby, że potwierdził tym pełną znajomość języka.
W wyrażeniu "ludzie sieriozni do urzygu" stworzono nie tylko ekspresyjny urzyg, ale wzmocniono natężenie emocjonalne całej konstrukcji przez wykorzystanie rosyjskiego wyrazu sierioznyj - od dawna przyswojonego i używanego w polszczyźnie jako wariant określeń poważny, biorący wszystko na serio, ponury. Czy zgodzą się Państwo ze mną, że gdyby autor przywołanego felietonu posłużył się "spokojną", tradycyjną konstrukcją ludzie przesadnie poważni, osiągnąłby o wiele słabszy efekt stylistyczny? O ileż ekspresyjniejsza i silniejsza pod względem emocjonalnego natężenia jest stworzona przez niego zbitka wyrazowa "ludzie sieriozni do urzygu"!
Bo taką właśnie funkcję pełnią słowa obce wplatane do naszych wypowiedzi, o czym jakże przekonująco pisał w swoim Dzienniku Jan Lechoń. A każdy z nas do formy sieriozny mógłby dopisać całą serię rosyjskich słów zasilających codzienną komunikację językową: chwatit, ruki po szwam, prikaz, wsio, wpieriod na zapad, po wsiech, po połam, choroszo, wsiego choroszego, skolko ugodno, na wsiegda, mołodiec, krasawica, bolsze, naplewat' itd., itd.
Muzyczki i ministerki
Jeden z rodaków z Australii zgłosił w liście do mnie zastrzeżenia wobec żeńskiej formy muzyczka, z którą się zetknął w pewnej recenzji prasowej. Korespondentowi nie podoba się przede wszystkim jej brzmieniowe zderzenie z muzyczką - zdrobnieniem rzeczownika muzyka. "Muzyczka może być skoczna, wesoła, lekka, przyjemna, ale odniesienie jej do poważnej artystki jest niepoważne" - pisze korespondent.
Nie po raz pierwszy wyznaję, że jestem zwolennikiem postaci z feminatywnymi przyrostkami. Są one odwieczną typologiczną cechą języków słowiańskich, upraszczającą wiele poczynań komunikacyjnych, więc wzrost ich frekwencji w ostatnim czasie jest w moim odczuciu w silniejszym stopniu powrotem do tradycji niż przejawem ruchów feministycznych. Oczywiście, muzyczka definiowana jest w każdym słowniku jako zdrobnienie od muzyki, ale nie znalazłem leksykonu, który by jej również nie uznawał za żeńską formę rzeczownika rodzaju męskiego muzyk. A czyż nie brzmią naturalniej od syntagm polska muzyk, wybitna muzyk, uzdolniona muzyk tożsame formalnie połączenia polska muzyczka, wybitna muzyczka, uzdolniona muzyczka?! Bronię zatem muzyczki, owszem - zdecydowanie się za nią opowiadam.
W podtytule pewnego artykułu publicystycznego mówi się, że w rządzie francuskim zasiada połowa kobiet ministrów, tytuł główny jednak brzmi: Ministerki Francji, odważono się więc w nim na postać z żeńskim przyrostkiem. I też mi się to podoba!
Nasza pani minister Mucha zaproponowała przed kilkunastoma laty ministrę i przetoczyła się wtedy przez Polskę prawdziwa burza medialna - z moim też udziałem. Owa ministra, do której - jak widzę i słyszę - przekonało się parę osób publicznych, jest próbą przeniesienia do polszczyzny łacińskich zwyczajów gramatycznych: to w łacinie funkcjonowały rzeczowniki rodzaju męskiego typu magister, minister, a ich odpowiednikami żeńskimi były postacie magistra, ministra. Czy we współczesnej polszczyźnie nie brzmiałyby one jednak trochę pretensjonalnie?
Naturalniejsza wydaje mi się ministerka (opowiedział się za nią m.in. pisarz Jacek Bocheński), formalnie przylegająca do tak oczywistych w czasach mojego dzieciństwa i młodości brzmień, jak profesorka, redaktorka, dyrektorka, kierowniczka. Jestem jednak realistą i dobrze wiem, że kilkadziesiąt lat ugruntowujący się zwyczaj odchodzenia od przyrostkowych wykładników żeńskości - tym wyraźniejszy, im wyższa godność - zrobił swoje i dla przeważającej części naszego społeczeństwa najodpowiedniejsze wydają się zmaskulinizowane struktury pani minister, pani profesor, pani redaktor, pani dyrektor, pani kierownik.
Kiedy przed kilkoma laty wraz z prof. Bronisławem Geremkiem byłem gościem popularnego programu telewizyjnego Duże dzieci, jego kilku- i kilkunastoletni uczestnicy powiedzieli wprost, że dla nich psycholożka, matematyczka czy chemiczka to słowa niepoważne.
A przecież w dzień po znalezieniu w prasie przywołanych wyżej ministerek wyłowiłem z niej właśnie użytą najpoważniej psycholożkę ("W tym momencie młoda psycholożka przyznaje, że ma taką samą sytuację"), a także polityczkę ("Wywiad z Amelie von Zweigbergk, szwedzką polityczką").
Jestem więc bardzo ciekaw, jak jeszcze za mojego życia potoczą się w języku polskim gramatyczne losy rzeczowników rodzaju żeńskiego - nazw zawodów, godności, stanowisk.
Nastoletniość biskupki
Oto dwa fragmenty prasowe: "Czy wraca się do jego książek po przekroczeniu nastoletności?" i "Na liście niemieckich medialnych intelektualistów celebrytów jest też protestancka biskupka Margot Kässmann". Jak należy ocenić formy "nastoletność" i biskupka?
Chwila morfologicznej refleksji powinna wystarczyć, by uświadomić sobie błędność pierwszej z nich. Skoro od miękkotematowych przymiotników tani, letni, dostatni, ostatni, przechodni, zachodni, wschodni - strukturalnie odpowiadających podstawie słowotwórczej nastoletni - tworzymy za pomocą przyrostka -ość tak zwane rzeczowniki istotnościowe (nomina essendi) zachowujące miękkotematowy charakter: taniość, letniość, dostatniość, ostatniość, przechodniość, zachodniość, wschodniość, to i od podstawy nastoletni należało stworzyć formację nastoletniość z miękkim ni.
Internet słusznie informuje, że nastolatek jest słowem wymyślonym przez Władysława Kopalińskiego, wyrazową kalką angielskiego teen-ager (w felietonie w "Życiu Warszawy" z dnia 2 maja 1959 roku najpłodniejszy polski autor najrozmaitszych słowników pierwszy napisał: "Pozostały przy życiu dzięki tak zwanym teen-agers, czyli nastolatkom, i gospodyniom domowym"). Ale w tymże Internecie też, niestety, zobaczyłem błędny zapis "nastoletność".
A jakie są moje gramatyczne odczucia wobec biskupki - z przyrostkowym wykładnikiem żeńskości -ka? - Wszyscy moi studenci wiedzą, że jestem zwolennikiem takich postaci - zgodnych z odwieczną, typologiczną tradycją języków słowiańskich. Jako zagorzały czechofil - w stylu Mariusza Szczygła! - ze słowotwórczą zazdrością patrzę więc na naszych sąsiadów z południa, i Czechów, i Słowaków, którzy używają wyłącznie form typu profesorka, docentka, doktorka, rektorka, dziekanka, reżyserka, dyrektorka, premierka, prezydentka (a także Catherine Deneuvova, Marlena Dietrichova czy Brigitte Bardotova!). Ale przecież i Niemcy, mówiący językiem nie do takiego stopnia preferującym rodzajowość gramatyczną, w podobnych rzeczownikach konsekwentnie wykorzystują żeński przyrostek -in, będący odpowiednikiem naszego -ka (z Kanzlerin Angelą Merkel na czele!).
U nas od kilkudziesięciu lat trwa proces wycofywania z obiegu formalnych wykładników żeńskości - i w stosunku do nazwisk, i w stosunku do wyrazów pospolitych - zwłaszcza tych, które odnoszą się do funkcji, stanowisk prestiżowych. Od pewnego jednak czasu, pewnie trochę pod wpływem ruchów feministycznych, jakby odzyskiwały swą dawną moc żeńskie przyrostki, co ja - powtórzę - witam z historycznojęzykowo-funkcjonalną satysfakcją. Owa biskupka z przytoczonego fragmentu prasowego jest niewątpliwie potwierdzeniem tej aprobowanej przeze mnie tendencji, choć pewnie większą liczbę zwolenników ma u nas ciągle protestancka biskup.
Naukowczyni
Pan W.W. z Wrocławia przysłał mi dwa wycinki prasowe - jeden z nagłówkiem Polska naukowczyni rozgryzła grypę, drugi z fragmentem: "opisała historie trzech kobiet, których życie zmieniło się przez ich przodkinie". "Co Pan sądzi o "naukowczyni" i "przodkini"?" - pyta czytelnik. "Mnie nie bardzo się one podobają" - dopowiada. Mojemu komputerowi też nie, bo mi je podkreślił na czerwono! - dodam żartobliwie, przywołując ponadto inny fragment prasowy: "Młoda polska naukowiec opracowała przełomową technologię".
Ale oto w kolejnym gazetowym wycinku następują po sobie żeńskie formy "polityczka", "menedżerka", "ministra", można więc powiedzieć, że trwa w polszczyźnie zmaganie feminatywnych postaci bezprzyrostkowych z sufiksalnymi. Które z nich wyjdą zwycięsko, trudno przewidzieć.
Bo też i różne są odczucia rodaków w tym względzie. Mnie brzmienia z przyrostkami na ogół nie rażą, owszem - wydają mi się najnaturalniejsze, zwłaszcza że w czasach mojego dzieciństwa i młodości - w moich rodzinnych tarnogórskich stronach - w powszechnym obiegu była seria kierowniczka, dyrektorka, profesorka, redaktorka.
Dopiero po przyjeździe na studia do Wrocławia zetknąłem się z wariantami (pani) kierownik, dyrektor, profesor, redaktor, a także (pani) rektor, dziekan, prezes, naczelnik. I można powiedzieć, że proces maskulinizacji form żeńskich z biegiem lat się nasilał - zwłaszcza w odniesieniu do funkcji, stanowisk cieszących się dużym prestiżem społecznym.
Jednocześnie przyrostkowy ciąg typu filolożka, pedagożka, psycholożka, matematyczka, biolożka - dla mnie ciągle zupełnie naturalny - zaczynał być coraz częściej odbierany jako potoczny, a nawet niezbyt poważny.
Kiedy na olimpiadzie w Londynie pierwszy medal dla Polski wywalczyła kobieta - z zawodu żołnierka - wielu rodaków upomniało się wtedy o dostojniejsze w ich mniemaniu brzmienie męskie żołnierz.
Ale zarazem od kilkunastu lat trwa - napędzany ruchem feministycznym - proces powrotu do tradycyjnego przyrostkowego słowotwórstwa żeńskiego. Do zaproponowanej przez minister Muchę ministry dołączyła strukturalnie możliwa marszałkini (jak członkini) i wiele innych postaci - z filozofką i krytyczką (literacką) na czele.
Nie wycofując się z ani jednego zdania na temat mego przywiązania do formacji przyrostkowych, uważam, że lata preferowania struktur bezprzyrostkowych zrobiły swoje w odczuciach społecznych i dlatego nie należy działać na siłę, bezwyjątkowo. Powiem na zakończenie wprost, jakich form używam w stosunku do dziś przywołanych rzeczowników: menedżerka, kierowniczka, dyrektorka, redaktorka, prezeska, naczelniczka, rektorka, dziekanka, profesorka (w tekstach oficjalnych jednak zawsze: pani kierownik, dyrektor, redaktor, prezes, naczelnik, rektor, dziekan, profesor), filolożka, pedagożka, psycholożka, matematyczka, biolożka, żołnierka, filozofka - ale (pani, kobieta) naukowiec, przodek, polityk, minister, marszałek, krytyk.
"Nic się nie zadzieje"
Kiedy wspominam naszego znakomitego boksera Jerzego Kuleja jako komentatora, wracam w myślach do jego ulubionej formy czasownikowej zaboksować (np. "dobrze dzisiaj zaboksował"). Niedawno zaś ktoś powiedział w telewizji: "Jeśli ktoś się tym problemem nie zajmie, w tej miejscowości nic się nie zadzieje". "Nic się nie zadzieje", czyli "nic się nie będzie działo". Na ulicy z kolei dobiegło do moich uszu: "Nie bój się, mnie to nie wykoncentruje". A czy można być człowiekiem niedospanym? - zastanawiano się w pewnym wydawnictwie.
Zacznijmy od prawdy typologicznej, że polszczyzna jest językiem z bardzo rozbudowanym systemem czasownikowych przedrostków: s-pisać, na-pisać, do-pisać, wy-pisać, roz-pisać, prze-pisać, przy-pisać; s-czytać, na-czytać (się), do-czytać, wy-czytać, roz-czytać (się), prze-czytać itp. Z jednej strony w obfitości tej można się pogubić (myślę zwłaszcza o cudzoziemcach uczących się naszego języka), z drugiej jednak - ta wybujałość prefiksalna pozwala na formalną kondensację przekazywanych treści, w dodatku uściślonych pod względem aspektu: precyzyjniejsze wykąpię się niż będę się kąpał//kąpać, precyzyjniejsze przewędruję niż będę wędrował//wędrować, precyzyjniejsze dowiercę się niż będę wiercił//wiercić.
Jeśli więc u Kuleja czy innych słyszę o zaboksowaniu, to wiem dobrze, że chodzi o boksowanie w czasie przeszłym i zarazem w aspekcie dokonanym - tak jak o czas przyszły i tenże aspekt dokonany chodzi w zdaniu nic się nie zadzieje. A jednak - ze względu na uzus, czyli powszechny zwyczaj językowy - obu tych form w tekście oficjalnym bym nie zalecał. Można by dopuścić przedrostkowe za-walczyć, zarejestrowane w słownikach (dobrze dzisiaj zawalczył), polecając tylko dobrze dziś boksował i podobnie nic się nie będzie dziać//działo.
Od czasownika koncentrować (niem. konzentrieren, franc. concentrer) - 'dokonywać koncentracji, skupiać w jednym miejscu; gromadzić', 'skupiać na czymś, na przykład uwagę' - urabiamy tradycyjne formacje przedrostkowe skoncentrować i zdekoncentrować: skoncentrować wojska, skoncentrować uwagę, skoncentrować się podczas lekcji - zdekoncentrować wojska, zdekoncentrować uwagę, zdekoncentrować się podczas lekcji. Dlatego - też w zgodzie z utrwalonym zwyczajem - zalecałbym zdanie "mnie to nie zdekoncentruje". Podsłuchane "wykoncentrowanie" powstało przez analogię do ciągu wychodzić, wyrzucić, wyekspediować, wypływać, wykaszleć, wykrztusić, wyautować (ten ostatni czasownik, używany w znaczeniu 'zmarginalizować, odizolować, wyłączyć', robi ostatnio karierę). Przedrostkowe wy- wnosi tutaj jednak wyraźny odcień znaczeniowy ruchu na zewnątrz, poza coś i z tego powodu nie powinno być połączone z czasownikiem koncentrować.
A co z niedospaniem? - Bardzo bliskie niewyspania, obecne jest w słownikach. Nawiązuje do produktywnej serii morfologicznej: niedospany - jak niedojedzony, niedouczony, niedomyty, niedostrojony, niedotrzymany, niedodrukowany, niedoczesany, niedoubrany (dwie ostatnie formy obecne w gwarach ludowych), a cząstka niedo- informuje o niedostatecznej, spadającej poniżej normy realizacji tego, co oznacza czasownik podstawowy.
PS Po piłkarskich derbach Górnego Śląska Ruch Chorzów - Górnik Zabrze Wojciech Kuczok napisał: "Wierzyłem, że derby gwarantują emocje. Już mi się odwierzyło". Oto jeszcze jeden przykład przedrostkowej wybujałości polskich czasowników: forma "odwierzyło".
Nielogiczne odchudzanie się?
Gdybym miał wskazać wyrazy, w których rodacy doszukują się bardzo często znamion nielogiczności, na jednym z pierwszych miejsc musiałbym wymienić odchudzanie się. Rozważania tych osób są do pewnego momentu racjonalne: skoro oddłużać to 'pozbawiać długów', odbarwiać - 'pozbawiać barwy', odtłuszczać - 'pozbawiać tłuszczu', odśnieżać - 'pozbawiać śniegu', a odkurzać - 'pozbawiać kurzu', to dlaczego odchudzać się znaczy tyle, co 'powodować, by się stać chudszym, szczuplejszym, pozbywać się nadwagi'? Czy człowiek gruby, tęgi, który chce zeszczupleć, nie powinien się odgrubiać, odtężać, odtłuszczać, bo odchudzać się - strukturalnie - to tyle, co 'pozbawiać się chudości, tuczyć się'?! Mniej więcej tego typu wywodem podzieliła się również ze mną przed paroma dniami 11-letnia Ania W. z Wrocławia po lekturze opowieści o jakiejś księżniczce Florentynce, która bardzo się chciała odchudzić.
Czego tak rozumujący ludzie nie uwzględniają? - Ano nie uświadamiają sobie, że przedrostek od- w naszym systemie słowotwórczym nie ogranicza się do tworzenia struktur o znaczeniu 'pozbawiać czegoś' - takich jak przywołane wyżej odśnieżanie, oddłużanie czy odkurzanie. Zauważmy, że oprócz tej serii morfologicznej mamy w polszczyźnie ciąg słów typu odmłodzić, odnowić, odświeżyć, w których prefiks od- wskazuje na to, że nadajemy czemuś cechę wyrażoną przymiotnikiem będącym podstawą słowotwórczą tejże formy: odmłodzić to 'sprawić, że ktoś lub coś wygląda, jakby był młody, młodszy (było młode, młodsze)', odnowić - 'sprawić, że coś wygląda jak nowe', odświeżyć się - 'sprawić, że czujemy się świeżo, rześko'. Do tej właśnie drugiej serii należy czasownik odchudzać się - 'sprawiać, że ktoś staje się chudszy, szczuplejszy'.
Bardzo wyraziście to funkcjonowanie przedrostka od- spointowała moja warszawska koleżanka prof. Katarzyna Kłosińska w książce Co w mowie piszczy? z roku 2015: "(...) ten sam przedrostek od-, w zależności od tego, w jakim wyrazie występuje, może nieść dwie całkowicie odwrotne treści: wskazuje na to, że się czegoś pozbywamy (jak w słowach odśnieżać czy trochę żartobliwym odchamiać się), albo że wręcz przeciwnie - działamy tak, by jakiejś cechy było więcej (jak w odmładzaniu czy odchudzaniu)". Nic dodać, nic ująć!
O listku i o liściku
Mój młodszy wnuczek pochwalił się kiedyś na spacerze: "Popatrz, dziadku, jaki ładny liściek zerwałem!". Kiedy go poprawiłem na listek, racjonalnie wskazał - oczywiście swoimi dziecięcymi słowami - na morfologiczną niekonsekwencję: przecież jest to wyraz słowotwórczo związany z liściem, a nie z listem! W tym momencie musiałem i ja uruchomić prosty język i opowiedzieć siedmiolatkowi o zjawisku, które w lingwistyce zwie się konfliktem między współczesną a historyczną motywacją słowotwórczą.
Z punktu widzenia tej drugiej zdrobnienie listek jest całkowicie uzasadnioną semantycznie formacją, stworzoną za pomocą przyrostka -ek od podstawy słowotwórczej list, która znaczyła wtedy tyle, co 'organ roślin naczyniowych, stanowiący część składową pędu, zwykle zielony w okresie wegetacyjnym, złożony z blaszki i ogonka'. Mówiąc prościej: był list w liczbie pojedynczej i były listy w liczbie mnogiej, na drzewie widziało się jeden list i wiele listów, a jedenasty miesiąc roku nazwano listopadem, bo to czas opadania listów.
Tak jak od rzeczownika pióro stworzono przed wiekami formę pierze - 'wiele piór', a od rzeczownika kwiat - kwiecie 'wiele kwiatów', tak samo od rzeczownika list urobiono liście - 'wiele listów' ("Gościu siądź pod mym liściem, a odpoczni sobie" - czytamy we fraszce Na lipę Jana Kochanowskiego, 1530-1584). Te wszystkie trzy derywaty - pierze, kwiecie, liście - tworzyły serię tak zwanych rzeczowników zbiorowych, wchodzących w związki składniowe z czasownikami w liczbie pojedynczej: pierze fruwa (fruwało) po izbie, kwiecie rośnie (rosło) na polu, a jeszcze Wincenty Pol (1807-1872) w Śpiewie z mogiły także pisał: "Leci liście z drzewa,/ Co wyrosło wolne./ Znad mogiły śpiewa/ Jakieś ptaszę polne". Do tego tekstu muzykę skomponował Fryderyk Chopin (1810-1849), więc Konstanty Ildefons Gałczyński (1905-1953) swoiście połączył tych dwu twórców i w swym przepięknym Spotkaniu z Chopinem napisał: "w starych nutach stary śpiew,/ jesień - leci liście z drzew".
Pierze i kwiecie utrzymują do dziś swój status gramatyczny: pierze fruwa (fruwało), kwiecie rośnie (rosło), postać liście natomiast zaczęto w pewnym momencie dziejów polszczyzny odbierać jak formę liczby mnogiej z końcówką -e - taką jak na przykład kiście (winogron, bzu) czy goście. Skoro zaś mianownikami liczby pojedynczej tych dwu ostatnich są kiść i gość, to i wywiedzioną od brzmienia liście postać liść zaczęto traktować jak mianownik liczby pojedynczej. I dziś mamy parę liść w liczbie pojedynczej - liście w liczbie mnogiej, ale 'małym liściem' pozostał listek - urobiony od listu.
Ten ostatni z kolei, gdy ostatecznie przestał być 'częścią składową pędu', stał się - przez podobieństwo kształtu - określeniem 'papieru, na którym napisano taką czy inną wypowiedź'. A potem sama ta 'pisemna wypowiedź skierowana do osoby lub instytucji' też się stała listem, zdrobnieniem zaś listu używanego w tych znaczeniach jest liścik (serdeczny, miły, krótki, do dziewczyny, do chłopca).
Palidło
W pewnym reportażu prasowym z Białorusi czytam: "Zimą śmierdzi z kominów tanim palidłem", a ja przypominam, że II miejsce w plebiscycie na słowo roku 2018 - tuż za konstytucją - zdobyło szumidło. Łączę zaś słowa palidło i szumidło - nieobecne w tradycyjnych (papierowych) słownikach, bo jestem przekonany, że pierwsze z nich nie pojawiłoby się w reportażu, gdyby nie zrobiło zawrotnej kariery w ciągu dosłownie paru dni to drugie, użyte w znaczeniu 'urządzenie do zagłuszania podsłuchu, nadajnik zakłócający' (znany pod angielską nazwą jammer). Oba te rzeczowniki urobiono przyrostkiem -idło od podstaw czasownikowych: palidło od palić, szumidło od szumieć - tak jak mazidło od mazać, kadzidło od kadzić, wędzidło od wędzić, malowidło od malować czy straszydło od straszyć (w ostatnim słowie po stwardnieniu pierwotnie miękkiego sz samogłoska i po nim następująca zmieniła się w mowie i w piśmie w y).
Chodzę już dość długo po świecie, ale jeszcze nie przeżywałem okresu tak lawinowego przyrostu zarówno neologizmów, jak i neosemantyzmów, czyli wyrazów starych, ale użytych w nowych znaczeniach. Prym w tych procesach wiodą oczywiście środowiska młodzieżowe.
"Młodzi ciągle się mierzą na słowa, ich codzienność to utarczki, zaczepki, złośliwości, na które trzeba reagować" - powiedział w jednym z wywiadów prasowych warszawski językoznawca prof. Marek Łaziński, przewodniczący jury plebiscytu na młodzieżowe słowo roku organizowanego przez Wydawnictwo Naukowe PWN.
Oto na przykład stare słowo pocisk - 'opływowa bryła wyrzucana z broni palnej lub z wyrzutni, przeznaczona do rażenia celu na odległość za pomocą zawartego w niej ładunku lub do innych zadań bojowych (np. zadymiania)' - w slangu młodzieżowym znaczy tyle, co 'cięta riposta, która zostawia rozmówcę rozłożonego na łopatki'. Ktoś, kto pocisnął, 'zwyciężył w potyczce słownej'. Cisnąć z kolei to 'nalegać', cisnąć z czegoś - 'wyśmiewać, pogardzać', a zaorać to 'werbalnie kogoś znokautować'.
Karierę robi też wyrażenie twój stary pijany, którego można używać w każdym momencie jako wyzwiska albo kiedy się nie wie, co powiedzieć.
Internetem zaś zawładnęły koty - śpiące, bawiące się, psocące, czego językowym efektem jest kot jako określenie czegoś dobrego, przyjemnego: kot impreza (impra), kot muzyka (muza), kot towarzystwo. W sieci królują też skróty, na przykład MSZ to 'moim skromnym zdaniem'.
Wreszcie w powszechnym młodzieżowym obiegu jest angielskie ever - 'kiedykolwiek, zawsze, wciąż', choć używa się również słów rosyjskich, na przykład prawilny, kozacki - tak jak wracają formy z dawnego slangu czy gwary przestępczej: git, klawo, kminić, kozak, kumać.
"To, że stare słowa wracają, wynika ze specyficznej potrzeby zakorzenienia. To trąci nawet nie Niziurskim, ale Grzesiukiem i początkiem XX wieku" - konstatuje prof. Łaziński.
Genek, pełen szacun
Tytuł niniejszego odcinka jest dosłownym przytoczeniem słów pewnego posła do kolegi parlamentarzysty, a cytuję je za jednym z numerów "Polityki". Każde zaś z nich zasługuje na językowy komentarz.
I tak Genek jest przykładem pisownianego konfliktu z fonetyką, bo nikt przecież zdrobnienia tego nie wymawia literowo - w zgodzie z normą ortograficzną, lecz nadaje mu brzmienie "Gienek" lub "Gieniek" - zawsze z miękkim g' i - często - z miękkim ń (zapis Geniek jest zresztą dopuszczalny). Nie mamy natomiast kłopotów z postacią podstawową Eugeniusz (z greckiego Eugenes - "dobrze urodzony"). Ona i w mowie, i w piśmie realizowana jest z połączeniem głoskowo-literowym -ge-.
Szacun to okrojony o wygłosową cząstkę -ek potoczny, typowy dla niezwykle dziś ekspansywnych gwar młodzieżowych, przenikających do języka dorosłych ludzi, wariant rzeczownika szacunek (z niemieckiego Schätzung). Należy on do wydłużającej się serii słów typu pen - 'przenośny nośnik pamięci typu pendrive', komp - 'komputer', Wroc, Wro - 'Wrocław', cze - 'cześć', impra - 'impreza', wara - 'warga' (kopsnij szluga na warę, czyli 'daj papierosa na wargę'), es - 'wiadomość esemesowa', eks - 'ekschłopiec (eksnarzeczony), eksdziewczyna (eksnarzeczona)', bro - 'browar, czyli piwo', koment - 'komentarz (głównie na forach internetowych)', miech - 'miesiąc', muza - 'muzyka', zbok - 'zboczeniec', spiryt - 'spirytus', spontan - 'spontaniczna akcja', bulwers - 'zbulwersowanie', fryz - 'fryzura', haluny - 'halucynacje', hasz - 'haszysz', katol - 'katolik', info - 'informacja, informacje'.
Trudno w tym momencie nie przywołać jakże już silnie utrwalonych w środowiskach młodzieżowych uciętych form w rodzaju siema, dozo, nara, spoko czy w porzo ('jak się masz', 'do zobaczenia', 'na razie', 'spokojnie', 'w porządku'). O ich popularności świadczą i wtórne wobec nich derywaty, takie jak siemano, siemanko, narka, narazka, narta.
Na koniec zostawiłem przymiotnik pełen. On z kolei tworzy z takimi formami, jak godzien, zdrów, wesół, żyw, grupę gramatycznych skamielin - pozostałości po tak zwanej rzeczownikowej odmianie przymiotników (według niej odmieniały się one przed wiekami tak, jak pozostające z nimi w związku składniowym rzeczowniki, na przykład nie ma zdrowa brata, przyglądam się zdrowu bratu, nie ma zdrowy wody, przyglądam się zdrowie wodzie). Dziś odmieniamy przymiotniki tylko według paradygmatu typu zdrowego brata, zdrowemu bratu, zdrowej wody, zdrowej wodzie, a postacie pełen, godzien, zdrów, wesół, żyw mają swe deklinowane według tegoż współczesnego wzoru warianty pełny, godny, zdrowy, wesoły, żywy.
I teraz ustalenie najważniejsze. Otóż te dawne przymiotniki mogą być w zdaniach tylko orzecznikami: kosz jest pełen, nie jestem godzien, jest już zdrów, był zawsze wesół, "Alleluja, żyw już jest śmierci Zwyciężyciel" (początek jednej z pieśni wielkanocnych). Przydawkami mogą być tylko formy pełny, godny, zdrowy, wesoły, żywy (pełny komfort, godny człowiek, zdrowy chłopiec, wesoły kolega, żywy tygrys).
Wyjątkiem od tej ostatniej reguły jest przymiotnik pełen, który może być orzecznikiem, ale zawsze uzupełnionym o rzeczownik w dopełniaczu, na przykład kosz pełen grzybów, dzbanek pełen mleka. Jednoznacznie błędne są zatem połączenia typu "pełen komfort", "pełen kosz" czy "pełen dzban". Do tej błędnej serii należy niestety cytowany dzisiaj na początku "pełen szacun". Poprawne brzmienie to pełny szacun!
Proza jak półkotapczan
Olga Tokarczuk w czasie jednego ze spotkań autorskich powiedziała: "Proza powinna przypominać półkotapczan: być łatwa i przyjemna w lekturze, ale posiadać też drugie, głębsze dno". W jej mowie noblowskiej z kolei usłyszeliśmy zdanie: "Czeka nas poszukiwanie takiego realizmu, który pozwoli nam przekroczyć granice naszego ego i przeniknąć przez ten szyboekran, przez który widzimy świat".
W książce Urszuli Glensk Hirszfeldowie. Zrozumieć krew (Kraków 2019) znajduję z kolei fragmenty: "W wakacje Hirszfeldowie odwiedzili Jadwisin, rodzinną arkadię leżącą nad Narwią, niedaleko miejsca, gdzie rzeka łączy się z Bugiem (dlatego okoliczni mieszkańcy mówili o tym miejscu Bugo-Narew)", "Nawet na strychu grasowali umundurowani rodacy, szukając licho wie właściwie czego. Hienobydlaki!" (ze wspomnień satyryka Jerzego Zaruby).
Jestem pewien, że czytelnicy tych fragmentów szczególną uwagę zwrócą w nich na formy półkotapczan, szyboekran, Bugo-Narew i hienobydlaki. Wszystkie one zostały też natychmiast podkreślone na czerwono przez mój komputer, co nie może dziwić, bo w codziennym obiegu komunikacyjnym znajdują się wyrazy półka, tapczan, szyba, ekran, Bug, Narew, hiena, bydlak, a nie ich połączenia ze scalającą samogłoską -o-. To wokół niej - od razu dopowiedzmy - toczyła się przez lata poprawnościowa batalia na temat złożeń tego typu.
Ich przeciwnicy wskazywali upodrzędniającą funkcję spójki -o- w polskim słowotwórstwie (ogólnokształcący, jasnoczerwony, bladoniebieski - 'kształcący w ogólnym zakresie', 'czerwony w odcieniu jasnym', 'niebieski w odcieniu bladym'), przywołując zarazem takie połączenia, jak koszałki-opałki czy herod-baba, w których równorzędność członów wyrażona jest kreską, a nie samogłoską -o-.
Ale tak jak obok struktur typu jasnoczerwony czy ogólnopolski występują formy biało-czerwony i czesko-polski o znaczeniu 'i biały, i czerwony', 'i czeski, i polski', w których spójka -o- wyraża równorzędność (jednoczesność) członów składowych, tak samo w zacytowanych na początku odcinka przykładach -o- jest wykładnikiem równorzędności dwu elementów: półki i tapczanu, szyby i ekranu, Bugu i Narwi, hien i bydlaków. Inaczej mówiąc: coś jest zarazem (jednocześnie) półką i tapczanem, szybą i ekranem, Bugiem i Narwią, hieną i bydlakiem.
Powtarzam od wielu lat przy okazji dyskusji na temat tego typu złożeń, że na ogół Polak wiąże się matrymonialnie z Polką, ale gdy dochodzi do związku mieszanego i rodzi się z niego dziecko, użytkownicy naszego języka spontanicznie określają je mianem Polako-Szweda, Polako-Niemca, Polako-Dunki, Polako-Słowaczki itp. - tak jak ugruntowany status mają już chłoporobotnik, klasopracownia, garażoparking, klubokawiarnia, stropodach, kotofretka, tchórzofretka, orłosęp czy gadoptak.
Ze swej poprawnościowej kartoteki wyciągam także kolejne przykłady prasowe i książkowe: Włocho-Kanadyjczycy, Greko-Rzymianin, Mazuro-Litwin, prozo-poezja (Miłosz!), komedio-satyra, wyspo-ląd, caro-król, sypialnio-bawialnia, treścio-forma, bębenko-gitara, pisarzo-podróżnik.
Są to, powtórzmy, formacje doraźne, używane nie na co dzień, ale o strukturze słowotwórczej, która nie wywołuje już dzisiaj poprawnościowych kontrowersji.
Przefantastyczny
"Wasz program jest przefantastyczny!" - powiedział jeden z telewidzów, dodzwoniwszy się do Szkła kontaktowego (TVN 24), a ja natychmiast zasiadłem do zredagowania niniejszego odcinka, bo w wypowiedzi tej znajduję potwierdzenie aż nadto wyraźnego w ostatnim czasie upodobania użytkowników polszczyzny do superlatywnej cząstki prze-. Oczywiście, sięgamy po nią od wieków, a takie formy, jak przemiły, przezacny, przebogaty, przeszczęśliwy czy przezabawny należą do czołówki frekwencyjnej codziennej komunikacji językowej - tak jak w tekstach kościelnych znane są od wieków formacje z owym prze- dodanym w celach ekspresyjnych do superlatywnej cząstki naj-: Przenajświętszy Sakrament, drzewo przenajszlachetniejsze (z pieśni wielkopostnej Krzyżu święty nade wszystko), starsi zaś profesorowie uniwersyteccy przywiązani są do formuł "Prześwietny Senacie" i "Prześwietna Rado", którymi zaczynają swe wystąpienia w czasie posiedzeń senatu czy rady wydziału. Od paru lat jednak, powtórzę, można mówić nawet o pewnej nadreprezentacji sufiksu prze-.
Oto w sklepie na przykład płacę za masełko, serek, mleczko, herbatkę, bułeczki, chlebuś i szyneczkę, czyli jestem oswajany za pomocą zdrobnień, ale też słyszę, że wszystkie te produkty są przedobre, przepyszne i przewspaniałe. Słowem - pełnia morfologicznego szczęścia! I co charakterystyczne, dodawane jest to prze- do słów, które same niosą ładunek jakże pozytywnych, ekspresyjnie wyrażonych treści: fantastyczny, pyszny, wspaniały. Dodam też, że z takimi poczynaniami słowotwórczymi spotykam się nie tylko w punktach usługowych, ale i w codziennych językowych kontaktach ze znajomymi. I ciekaw jestem bardzo, jak długo będzie trwała kariera cząstki prze- (w chwili pisania tych słów dochodzi do moich uszu jakaś reklama z przekorzystnymi cenami).
W jednym z odcinków prasowego cyklu Szczygieł poluje na prawdę przeczytałem z kolei: "Przepraszam, że tak mówię, ale starość to jest walka z wiatrakami, na starość trzeba przymknąć oko i dać jej wyistnieć do końca. Ja tak mówię, panie Mariuszu, wyistnieć, takie słowo wymyśliłam, może pan sobie wziąć. To moja prawda".
Jaki jest mój stosunek do owego wymyślonego "wyistnienia"? - Pozytywny w najwyższym stopniu! Czasownik wyistnieć jest formacją nie tylko głęboką filozoficznie, wyrażającą życiową mądrość, ale i morfologicznie jednoznaczną: wyistnieć, czyli 'spełnić się w istnieniu do końca' - tak jak wybrzmieć, wyczerpać się, wydoskonalić, wyciszyć, wypieścić, wyinterpretować, wyklarować, wyklaskać, wykroić, wy(s)przedać.
Rozdrapy
Lubię powtarzać znaną myśl wielkiego współczesnego językoznawcy Noama Chomsky'ego, że o pełnej znajomości języka może mówić tylko ten, kto w każdej chwili gotowy jest do stworzenia zupełnie nowej formy, ale tak zbudowanej, że będzie ona przez wszystkich właściwie zrozumiana.
A wróciłem do tego przeświadczenia, gdy w jednej z prasowych recenzji Dzienników 1964-1980 Jarosława Iwaszkiewicza znalazłem zdanie: "Nikt pewnie go nie kocha, nie pochyla się nad jego troskami, rozdrapami, bólem, a zwłaszcza starością". Obecnych w tym zdaniu rozdrapów nie znajdziemy w żadnym ze słowników (rejestrują one tylko czasownik rozdrapać, rozdrapywać), ale czyż nie są one kapitalnym pomysłem słowotwórczym?! Ów rozdrap to typowa formacja potencjalna, zbudowana w całkowitej zgodzie z regułami naszego systemu gramatycznego, tyle że nie mająca wsparcia uzusu, czyli powszechnego zwyczaju społecznego. A wywiedziono rozdrap od podstawy czasownikowej rozdrapać przez odrzucenie wygłosowej cząstki -ać - tak jak czołg, ubaw, zwis, skłon, wylew, wykop, donos, podryw, odczyt, przesył, uzysk i im strukturalnie podobne wyrazy powstały od odpowiednich czasowników - czołgać (się), ubawić (się), zwisać, skłonić (się), wylewać, wykopać, donosić, podrywać, odczytać, przesyłać, uzyskać - po odrzuceniu ich wygłosowych cząstek -ać, -ić.
Nie mogę natomiast zaakceptować interpunkcji jednego ze śródtytułów przywołanej recenzji: "Być starym Iwaszkiewiczem, to mówić okropieństwa". Błędny jest w nim przecinek przed to - błędny, bo rozdzielający grupę podmiotu być starym Iwaszkiewiczem od grupy orzeczenia to mówić okropieństwa. O konieczności bezprzecinkowej interpunkcji tego zdania niech świadczy parafraza: Bycie starym Iwaszkiewiczem polega na mówieniu okropieństw; chyba nikomu do głowy by nie przyszło, by rozdzielić przecinkiem podmiot bycie od orzeczenia polega!
Do szału mnie też doprowadza przekonanie, że przymiotnik pełen jest stylistycznie lepszy od jego wariantu pełny, a skoro tak, to na portalu internetowym należy napisać: "Pełen komunikat prasowy znajdą Państwo na stronie...".
Przypominam: w funkcji przydawki forma pełen może wystąpić tylko wtedy, gdy jest rozwinięta jakąś konstrukcją w dopełniaczu, na przykład komunikat pełen sensacji - tak jak dzban pełen malin, kosz pełen grzybów, salon pełen mebli, turniej pełen niespodzianek itp. Samodzielnie postać pełen może wystąpić tylko jako orzecznik - część tak zwanego orzeczenia imiennego: kosz jest pełen, dzban był pełen, amfiteatr będzie pełen. W funkcji nierozwiniętej przydawki może wystąpić tylko wariant pełny: pełny komunikat, pełny asortyment, pełny kosz, pełny dzban, pełny salon.
Rozkmina
W szkicu Krzysztofa Vargi o twórczości Adama Bahdaja czytam: "Każdy z rezolutnych bohaterów zajmuje się nieustanną, jak byśmy dziś powiedzieli, rozkminą wszelkich problemów".
Mamy tutaj rozkminę - rzeczownik rodzaju żeńskiego utworzony przyrostkiem -a od czasownika rozkminiać: rozkmina od rozkminiać - tak jak narada od naradzać (się), wypłata od wypłacać, zapłata od zapłacić, podnieta od podniecać, porada od poradzić, nasada od nasadzać, posada od posadzić, rozsada od rozsadzać czy przesada od przesadzać. Pisze Varga o "rozkminie wszelkich problemów", czyli o "wyjaśnianiu wszelkich problemów", "pojmowaniu, rozumieniu wszelkich problemów".
Bo owa popularna w slangu młodzieżowym rozkmina to właśnie 'próba zrozumienia lub rozwiązania czegoś, głównie jakiegoś problemu' (nie podobała mi się jej rozkmina, ja rozumiem temat zupełnie inaczej; kobieta tak beznadziejnie tłumaczy chemię, że pozostała nam już tylko własna rozkmina), 'problem do zrozumienia lub rozwiązania' (wyglądasz dziwnie, masz jakąś rozkminę?; ciągle mnie trzyma ta rozkmina: rzucić ją czy nie?).
Do rzeczownika tego przeszło znaczenie jego podstawy słowotwórczej, czyli czasownika rozkminiać - 'zastanawiać się, głównie próbować zrozumieć lub rozwiązać problem': cały wieczór rozkminialiśmy, dlaczego nasze współlokatorki się do nas nie odzywają; studenci nie mogli rozkminić zachowania wykładowcy, który bez słowa wyszedł z sali; nie wiem, jak to zrobić, jeszcze tego nie rozkminiłem; właśnie rozkminiam działanie tego urządzenia; rozkminiam to już od godziny i nic nie przychodzi mi do głowy; Marta od godziny próbuje rozkminić zadanie z geometrii; musimy rozkminić, o co w tym chodzi; muszę rozkminić ten program; wciąż nie mogę rozkminić, jak to jest zrobione; rozkminiłem w końcu, o co chodzi w tym filmie i czemu wszyscy chcą go zabić! (przykłady ze Slangu UG. Słownika slangu studentów Uniwersytetu Gdańskiego z roku 2010 pod redakcją prof. Macieja Widawskiego; miałem przyjemność być jego recenzentem wydawniczym).
Postacie rozkminiać, rozkminić z kolei pochodzą od bezprzedrostkowego kminić - 'rozumieć': już teraz kminię, o co w tym chodzi; jeżeli ktoś nie kmini takich prostych rzeczy, to musi być naprawdę tępy!, 'wymyślać lub organizować': kminię, jak się szybko dostać do Stanów (i te przykłady pochodzą ze Slangu UG).
W moim domu rodzinnym używało się potocznego czasownika kminić - 'kłamać, bujać, kręcić, wymyślać, opowiadać głupstwa, bzdury' (najczęstszy był chyba zwrot nie kmiń! - 'nie opowiadaj, nie kręć, nie zmyślaj, nie bujaj'). Od czasu do czasu mówię tak do dziś. Jak widać, młodzi użytkownicy polszczyzny używają kminienia i rozkminienia w innych kontekstach znaczeniowych, choć kminienie 'wymyślanie' trochę się pokrywa ze znaczeniem tej formy obecnym w moim języku.
Siekierezada i Kwantechizm
Pan B.K. z Głogowa pyta, jaka jest geneza tytułu znanej książki Edwarda Stachury z roku 1971 Siekierezada, ja zaś chciałbym dodać do niego wydany ostatnio Kwantechizm, czyli klatkę na ludzi Andrzeja Dragana, a także przywoływaną często w tekstach publicystycznych demokraturę. A dlaczego? - Te wszystkie trzy formacje słowotwórcze powstały przez kontaminację (skrzyżowanie) dwu słów: Siekierezada - siekiery (wszak bohaterami powieści są drwale; jej pełny tytuł to Siekierezada albo Zima leśnych ludzi) i Szeherezady (bohaterka i narratorka Księgi tysiąca i jednej nocy), kwantechizm - rzeczowników kwant i katechizm, demokratura - demokracji i dyktatury.
Owa kontaminacja, czyli krzyżowanie dwóch konstrukcji, to żywotne zjawisko językowe. W jego wyniku powstały takie na przykład wyrazy, jak bajoro - połączenie bagna i jeziora, skarbona - skarbu i hebrajskiego słowa korban, oznaczającego "ofiarę ślubowaną Bogu", spodnium - spodni i kostiumu, chwytać - dawniejszych postaci chwatać i chytać (tę ostatnią spotyka się do dziś w gwarach) czy pstrokaty - kontaminacja przymiotników pstry i srokaty. Wynikiem skrzyżowania są również motel (motor i hotel) oraz smog (ang. smoke - "dym" i fog - "mgła").
Lubią się w ten sposób bawić językiem ludzie pióra. Stanisław Ignacy Witkiewicz z połączenia nagłosu swego nazwiska (Witk-) i wygłosowej cząstki drugiego imienia (-acy) stworzył literacki pseudonim - powszechnie dziś używany - Witkacy. Mam też w pamięci gniewiść Stanisława Lema (gniew skrzyżowany z zawiścią), a z Krześlaków z rozwianą grzywą Joanny Kulmowej z roku 1978, które czytałem dwuletniemu wtedy synowi, przypominam sobie wieszająka (połączenie wieszaka i pająka), windora (windy i indora), lampuchę (lampy i muchy), stołonia (stołu i słonia) oraz odchmurzacz (skrzyżowanie odkurzacza z chmurą).
Wiele kontaminacyjnych tworów ma status błędów. I tak rażące "na wskutek" to typowe skrzyżowanie równorzędnych, wariantywnych wyrażeń na skutek i wskutek. Bardzo rozpowszechnione "w każdym bądź razie" powstało z "krzyżówki" w każdym razie i co bądź, bądź co bądź, a błędny zwrot "do jednych z najwybitniejszych należy" stanowi kontaminację dwu poprawnych połączeń składniowych jednym z najwybitniejszych jest i do najwybitniejszych należy.
Na koniec zajmijmy się czasownikami typu dokonywać, przekonywać, wykonywać. Najpierw przyjmowały one koniugacyjne postacie: dokonywam, dokonywasz, dokonywa, dokonywamy, dokonywacie, dokonywają - dokonywający; przekonywam, przekonywasz, przekonywa, przekonywamy, przekonywacie, przekonywają - przekonywający; wykonywam, wykonywasz, wykonywa, wykonywamy, wykonywacie, wykonywają - wykonywający. Wszystkie te formy mają ciągle status normy i można się nimi posługiwać, chociaż należy już je uznać za przestarzałe, bo przegrały z młodszym typem odmiany, który wszystkim gorąco polecam: dokonuję, dokonujesz, dokonuje, dokonujemy, dokonujecie, dokonują - dokonujący; przekonuję, przekonujesz, przekonuje, przekonujemy, przekonujecie, przekonują - przekonujący; wykonuję, wykonujesz, wykonuje, wykonujemy, wykonujecie, wykonują - wykonujący. Ale że w języku nic nie ginie z dnia na dzień, użytkownicy polszczyzny - niestety - krzyżują starszy i młodszy model koniugacyjny, tworząc błędne postacie: "dokonywuję", "dokonywujesz", "dokonywuje", "dokonywujemy", "dokonywujecie", "dokonywują" - "dokonywujący"; "przekonywuję", "przekonywujesz", "przekonywuje", "przekonywujemy", "przekonywujecie", "przekonywują" - "przekonywujący"; "wykonywuję", "wykonywujesz", "wykonywuje", "wykonywujemy", "wykonywujecie", "wykonywują" - "wykonywujący". Nie mogłem przed nimi nie ostrzec w odcinku poświęconym kontaminacji!
Szczenięta i szczeniaki
Nie zapomnę jednego z widzów mojej telewizyjnej Ojczyzny polszczyzny, który pastwił się nad formami dzieciak i dzieciaki. "Kiedy je słyszę - zwierzał się - mam natychmiastowe skojarzenie z bydlakami". Mocno przesadził, powiedzmy od razu, ale nie ukrywam, że i ja wolę parę dziecko - dzieci, wyraźnie dziś przegrywającą z dzieciakiem i dzieciakami. Bydlak, bydlę i bydło to oczywiście bardzo silne ekspresywizmy, odnoszące się do podłych, niegodziwych, prostackich ludzi. Ostatni z nich to także neutralne określenie ssaków rogatych pochodzących od tura, natomiast deklinacyjny ciąg bydlę, bydlęcia, bydlęciu, bydlęciem, w liczbie mnogiej bydlęta, bydląt, bydlętom praktycznie zniknął z obiegu komunikacyjnego (w kolędzie Dzisiaj w Betlejem mamy fragment "pasterze śpiewają,/ bydlęta klękają,/ cuda, cuda ogłaszają").
A była to kiedyś rozbudowana seria słowotwórcza, rozwijająca funkcję 'młode x-a' (pod x proszę podstawić odpowiednią formę): dziecię - dziecięcia - dziecięciu, niemowlę - niemowlęcia - niemowlęciu, dziewczę - dziewczęcia - dziewczęciu, chłopię - chłopięcia - chłopięciu, pacholę - pacholęcia - pacholęciu, bliźnię - bliźnięcia - bliźnięciu, szczenię - szczenięcia - szczenięciu, kurczę - kurczęcia - kurczęciu, orlę - orlęcia - orlęciu, cielę - cielęcia - cielęciu, prosię - prosięcia - prosięciu, jagnię - jagnięcia - jagnięciu, źrebię - źrebięcia - źrebięciu, w liczbie mnogiej: niemowlęta, dziewczęta, pacholęta, bliźnięta, szczenięta, kurczęta, orlęta, cielęta, prosięta, jagnięta, źrebięta.
Odeszły z języka dziecięta i chłopięta oraz bliźnię, odchodzą pacholę i pacholęta, a w stanie zaniku jest dziewczę, wyparte przez dziewczynę - tak jak coraz archaiczniej brzmią dziewczęta, przegrywające z dziewczynami. Trzyma się tylko para jagnię - jagnięta, nie mająca konkurencyjnych wariantów, natomiast przy pozostałych rzeczownikach nazywających istoty młode pojawiły się warianty z przyrostkiem -ak (w liczbie mnogiej -aki), genetycznie mazowiecko-północnopolskim, i one we współczesnej polszczyźnie zaczynają zdecydowanie przeważać: dzieciak - dzieciaki, niemowlak - niemowlaki (skarżyła mi się kiedyś pewna położna, że ordynator jej oddziału brutalnie skreśla w raportach postacie niemowlę, niemowlęta, zastępując je niemowlakiem i niemowlakami), bliźniak - bliźniaki, szczeniak - szczeniaki, kurczak - kurczaki, cielak - cielaki, prosiak - prosiaki, źrebak - źrebaki.
Przez całe lata mówiło się, że w Warszawie są kurczaki, ale w Krakowie - ciągle kurczęta. Dziś i w Małopolsce kurczaki mają się coraz lepiej - powiem żartobliwie, tak jak nawet na Górnym Śląsku coraz częściej używana jest para chłopak - chłopaki, wypierająca tradycyjnych synków i chłopców (w wymowie chopców).
Jak zatem mam rozstrzygnąć spór o tytułową parę, który pojawił się między dwiema koleżankami? Oczywiście, nie ma w nim przegranego. Osoba, która posługuje się szczeniakiem i szczeniakami, nie popełnia żadnego błędu, owszem - wybiera formy dzisiaj zdecydowanie częstsze. Niech tylko pamięta - co polecam wszystkim rodakom ku satysfakcji drugiej osoby sporu - że warto czasem sięgnąć po pierwotne postacie szczenię - szczenięta, kurczę - kurczęta, cielę - cielęta itp., bo każdy wariant leksykalny wzbogaca zachowania stylistyczne użytkowników języka.
Szlifibruk, sławniak i wymyk
O jednej z postaci Innych ludzi Doroty Masłowskiej czytam w recenzji tej książki: "Nie uważa się jednak za zwykłego szlifibruka", w pewnym zaś felietonie prasowym widzę zdanie: "Przez 23 lata prowadził codzienny talk-show w stacji CBS, każdego wieczora rozmawiając ze sławniakami". Z kolei w jednym z wywiadów pisarz Wojciech Chmielarz wyznaje: "Stosuję sprytny wymyk, żeby nie musieć opowiadać o Żmijowisku".
Nietrudno się domyślić, że dzisiejszy odcinek poświęcę trzem neologizmom obecnym w przytoczonych wypowiedzeniach: szlifibrukowi, sławniakowi i wymykowi. Od razu dopowiem, że mógłbym je też nazwać formacjami potencjalnymi, czyli zbudowanymi w całkowitej zgodzie z regułami polskiego systemu słowotwórczego, tyle że nieobecnymi w uzusie - powszechnym zwyczaju. Chwila refleksji przecież wystarczy, by sobie uświadomić tę ich systemową poprawność!
I tak rzeczownik osobowy szlifibruk - nawiązujący do potocznego zwrotu szlifować bruki - 'wałęsać się po mieście bez celu; próżnować' - odpowiada strukturalnie takiej serii słów, jak woziwoda, paliwoda, golibroda, moczymorda, liczykrupa, łamignat, pasibrzuch, kopidół; wiele spośród nich pełni dziś funkcję nazwisk - wśród swoich kolegów szkolnych i uniwersyteckich miałem nie tylko Paliwodę, ale i Moczygębę, Szumilasa, Tłuczykąta, Płaszczymąkę, Waligórę oraz Kręciprocha (starsi kibice sportowi pamiętają NRD-owskiego skoczka narciarskiego noszącego słowiańskie nazwisko Wozipiwo). Wszystkie te wyrazy zbudowane są według modelu: temat czasownika (szlifi-, wozi-, pali-, goli-, moczy-, liczy-, łami-, pasi-, kopi-, szumi-, tłuczy-, płaszczy-, wali-, kręci-) + mianownikowa postać rzeczownika (bruk, woda, broda, morda, krupa, gnat, brzuch, dół, gęba, las, kąt, mąka, góra, proch, piwo).
Nie można też nie zrozumieć znaczenia osobowego rzeczownika sławniak - jednosłownego odpowiednika tradycyjnego połączenia wyrazowego sławny człowiek. Tego typu przekształcanie dwu słów w jedno (fachowo zwane uniwerbizacją - od łac. unus - "jeden", verbum - "słowo") to przecież stały środek stylistyczno-słowotwórczy wzmacniający ekspresję naszych codziennych wypowiedzi: sławny człowiek - sławniak, tak jak ważny człowiek, grający ważnego - ważniak, smutny człowiek - smutas, odważny człowiek - odważniak, człowiek sztywny w zachowaniu - sztywniak, drętwy w zachowaniu - drętwiak, człowiek przystojny - przystojniak itp.
I wreszcie wymyk - utworzony od czasownika wymykać (się) przez odcięcie wygłosowej cząstki -ać, nawiązujący do jakże rozbudowanej serii derywatów typu czołg od czołgać (się), zwis od zwisać, siad od siadać, kop od kopać, wykop od wykopać, dopływ od dopływać, zalew od zalewać, przypływ od przypływać, odpływ od odpływać, przesył od przesyłać.
Twarzowanie
Pani Maria S. z Warszawy przeczytała w pewnej gazetce reklamowej, że "modelka twarzowała lansowanie tego produktu", a w jeszcze innym tekście, że aktorka "twarzowała pewnej firmie". "Czy można coś lub komuś twarzować?" - pyta korespondentka.
Gdybym w latach 70. ubiegłego wieku, kiedy przygotowywałem swą rozprawę doktorską o syntetycznych konstrukcjach leksykalnych w języku polskim (ukazała się jako książka w roku 1976), spotkał się z czasownikiem twarzować, na pewno znalazłby się on w mojej pracy - jako jednowyrazowy odpowiednik tradycyjnych połączeń wyrazowych dawać twarz, firmować twarzą, służyć twarzą. A jak oceniłbym tę formę? - Oczywiście, mógłbym w odniesieniu do niej mówić z fascynacją o zdolności przetwórczej polskich słów, ale na pewno dopowiedziałbym, że o ile bez zastrzeżeń przyjąłbym ją w tekście artystycznym, zwłaszcza w poezji, o tyle w tekście użytkowym, w którym wskazana jest neutralność stylistyczna, uznałbym taki pomysł za niefortunny, wysilony, wywołujący u odbiorców niepotrzebny niepokój poprawnościowy. Na pewno zatem opowiedziałbym się - i takie odczucia mam teraz - za wyżej przywołanymi, tradycyjnymi konstrukcjami opisowymi: dawać twarz, firmować twarzą, służyć twarzą.
Twarz - dziś 'przednia strona głowy ludzkiej od brody do końca czoła; oblicze, fizjonomia' - kiedyś znaczyła tyle, co 'stworzenie', 'to, co zostało stworzone, powołane do istnienia'. Była to kontynuacja znaczenia formy prasłowiańskiej tvar', pochodzącej od czasownika tvoriti (dzisiejszego polskiego tworzyć) - 'powodować powstanie czegoś, robić, czynić, formować, kształtować'.
Twarz w pierwotnym znaczeniu 'stworzenie' znaleźć można w dawnych tłumaczeniach Biblii: "Nade wszą twarzą na ziemi", "Od płazącej twarzy" (czyli "od robactwa czołgającego się"). Pisał Mikołaj Rej (1505-1569): "Dłużej kruk żyw niż człowiek, a to niema twarz". O niewieściej twarzy - 'kobiecie' - można przeczytać w Kazaniach gnieźnieńskich z końca XIV wieku: "I każdać niewieścia twarz nie możeć być ona tako uboga", a o żeńskiej twarzy - 'kobiecie' - w Kodeksie dzikowskim z XVI wieku: "Kto dziewce albo niewieście gwałt uczyni albo którejkolwiek żeńskiej twarzy", oraz w wierszu Słoty O zachowaniu się przy stole z początku XV wieku: "Ktokoli czci żeńską twarz".
Od XV wieku zaczęto używać twarzy we wtórnym, a dziś wyłącznym znaczeniu 'przednia strona głowy ludzkiej, oblicze, fizjonomia'.
Słowo to wchodzi w rozliczne związki wyrazowe, wśród których aż roi się od użyć przenośnych: twarz kamienna, pokerowa, pokerzysty - 'twarz nie wyrażająca jakichkolwiek uczuć, emocji, nieporuszona', rzucić komuś w twarz - 'powiedzieć coś komuś wprost, otwarcie, bez ogródek', stanąć z kimś twarzą w twarz - 'stanąć blisko koło kogoś, mając twarz zwróconą w jego stronę', śmiać się komuś w twarz - 'otwarcie, ostentacyjnie, bezczelnie wyśmiewać się, zakpić z kogoś', wyczytać coś komuś z twarzy - 'domyślić się czegoś, wywnioskować coś z wyrazu twarzy', komuś jest do twarzy w czymś, z czymś - 'ktoś w czymś (np. w jakimś stroju) ładnie wygląda', ktoś ma coś wypisane na twarzy - 'po kimś widać wyraźnie, jaki ma nastrój, charakter lub jakie ma zamiary', ktoś bez twarzy - 'o kimś, komu brak indywidualności', nie stracić twarzy, zachować, uratować twarz - 'pozostać wiernym swoim zasadom, przekonaniom w trudnej sytuacji, wymagającej zajęcia stanowiska', na twarz - 'licząc na jedną osobę', wylecieć skądś na zbitą twarz - 'zostać wyrzuconym skądś przemocą, brutalnie', wyrzucić kogoś na zbitą twarz - 'wyrzucić kogoś skądś przemocą, brutalnie', wziąć, brać, trzymać kogoś za twarz - 'podporządkować, podporządkowywać kogoś sobie, zapanować, panować nad kimś, zwykle używając przemocy'.
Zabieglec
Słowem roku 2015 został uchodźca. Warto wiedzieć, że jego staropolskim odpowiednikiem był zabieglec. Czytamy na przykład w Biblii Leopolity z roku 1561: "Zawiedzie cię pan miedzy naród nieznajomy i będziesz zabieglec". Bo też i czasownik zabiegać znaczył tyle, co 'uciekać, zapędzać się, zapuszczać się': "Wieśniacy mało nie zewsząd i z bydłem do miast zabiegali" - pisał w XVI wieku Cyprian Bazylik, "Do wysp filipińskich jakoby na przechadzke zabiegali" - czytamy u Fabiana Birkowskiego (1566-1636), "Aż głos dalej niż w kraje sąsiedzkie zabiega" - to z kolei wyjątek z Erazma Otwinowskiego (ok. 1525-1614). Podtrzymywała to znaczenie forma dokonana zabieżeć: "W obcej ziemi zginął, zabieżawszy do Lacedemonów" (Biblia Leopolity).
Zabiegły oznaczał kiedyś 'kogoś obrotnego, skrzętnego, zapobiegliwego (jak powiedzielibyśmy dzisiaj)': "Zabiegły, co umie zabiegać, nabywać" - czytamy u Grzegorza Knapskiego (1564-1638), a zabieżenie to pierwotne brzmienie używanego przez współczesnych Polaków zapobieżenia: "A to nasnadniejsze zabieżenie nie kraść" - pisał Mikołaj Rej (1505-1569), "Jeśli ja sposobu do zabieżenia temu jakiego nie najdę" - Piotr Ciekliński (1558-1604).
Potwierdzeniem frekwencyjnej rangi uchodźcy było powtarzające się w ostatnich miesiącach pytanie o różnicę między emigrantem a imigrantem. Ten pierwszy - z łac. emigro ("wywędrować") - jest określeniem 'kogoś, kto wyjeżdża z kraju ojczystego (np. z przyczyn materialnych, religijnych, politycznych) w celu stałego lub czasowego osiedlenia się w innym państwie', imigrantem natomiast (z łac. immigro - "wejść, wprowadzić, wciągnąć") jest 'ktoś, kto przybył do obcego kraju w celu osiedlenia się; osiedleniec'.
Parę linijek wyżej posłużyłem się przyimkiem między - z samogłoską nosową ę. W pierwszym staropolskim cytacie dzisiejszego odcinka napisałem miedzy - z e. I nie pomyliłem się, nie zapomniałem o ogonku przy e! To był najpierw przyimek miedzy - z ustną samogłoską e (dlatego do dziś miedza - 'wąski pas nie zaoranej ziemi, rozgraniczający pola uprawne'), a do fragmentu Biblii Leopolity mogę dołączyć kolejne: "Dom miedzy dwiema domoma" (Kazania gnieźnieńskie z końca XIV wieku), "Miedzy Bogiem a miedzy królem" (Biblia królowej Zofii z roku 1455), "Miedzy pośrzodkiem gór" (Psałterz puławski z końca XV lub pocz. XVI wieku), "Na niskiem miescu, nie miedzy czelnymi" (Żywot Pana Jezu Krysta Baltazara Opecia z roku 1522).
Nie pomyliłem się także, przytaczając starą formę najdę. Dziś powiemy wszyscy znajdę. W staropolszczyźnie funkcjonowała pierwotna postać naleźć: "Naleziona jest czeladź" (Biblia królowej Zofii), "Nie nalazł jeśm jego" (Psałterz puławski), "Inną radę zły jego umysł nalazł" (Piotr Skarga, 1536-1612). Wspominam zawsze w tym momencie kolegów z tarnogórskiej szkoły podstawowej - braci Naleźnioków. We współczesnej, standardowej polszczyźnie byliby oni Znaleźniakami!
Zablokować i zblokować
Teoretycy środków masowego przekazu od lat zwracają uwagę na niezwykłe tempo rozprzestrzeniania się i utrwalania wszelkich zachowań komunikacyjnych w mediach zrodzonych, w tym - oczywiście - i językowych. Przykłady idą w setki: będące frazeologicznym żartem to by było na tyle Jana Tadeusza Stanisławskiego, w tej chwili przez co najmniej połowę użytkowników polszczyzny traktowane z absolutną powagą, przeciągane taak, taak, taak, wieńczące co drugi akapit myślowy tej czy innej wypowiedzi, nieznośne ciężki, ciężko, które wyparły z obiegu zróżnicowane formy trudny, niełatwy, nieprosty, skomplikowany (i odpowiadające im przysłówki), czy prawie wyłączne ograć na kolumnach sportowych - zamiast wygrać, pokonać, zwyciężyć (jakże ono irytowało śp. Bohdana Tomaszewskiego!).
Skoro zaś pojawił się przykład z języka sportowego, nie mogę nie przywołać zjawiska, które od paru miesięcy też mnie potwornie denerwuje. Oto para czasowników zablokować i zblokować. Nie trzeba kończyć uniwersytetów, by wyczuwać, że pierwszy z nich znaczy tyle, co 'utrudnić przejście, dostęp do czegoś lub ruch na jakimś terenie, zagrodzić, zatarasować, uniemożliwić lub zahamować jakieś działania albo proces, nie dopuścić do czegoś, zająć niepotrzebnie miejsce' (zablokować wejście, zablokować ulicę, zablokować przypływ informacji, zablokować uchwałę, zablokować etat), drugi natomiast - tyle, co 'zorganizować, połączyć w całość' (zblokować siły lewicy, zblokować dni wolne od pracy, zblokować silnik ze skrzynią biegów, zblokować układ napędowy samochodu).
Oczywiście, każdy sportowiec i kibic wie, że w tej sferze językowego obcowania zablokować to 'uniemożliwić przeciwnikowi jakąś akcję lub wykonanie ruchu': bokser skutecznie zablokował cios, obrońca zablokował strzał, defensywa zablokowała napastnika. Popularny mur ustawiany przy wykonywaniu rzutów wolnych też służy zablokowaniu strzału. Z tego typu konstrukcjami stykałem się na co dzień przez kilkadziesiąt lat swojego już dość długiego sportowo-kibicowskiego życia i nagle przed paroma miesiącami usłyszałem, że jeden z naszych sprawozdawców konsekwentnie w swojej relacji mówi nie o zablokowanym strzale czy zablokowanym napastniku, lecz o "zblokowanym strzale", "zblokowanym napastniku". Pomyślałem, że to wypadek przy pracy, przejęzyczenie, które już nigdy się nie zdarzy. Gdzie tam!!! Od tego momentu w każdym sprawozdaniu słyszę postacie wywiedzione od czasownika zblokować - z gruntu niepoprawne, nielogiczne.
Pytam więc z irytacją: Jak można strzał zblokować, skoro zblokować to tyle, co 'połączyć'?!! Strzał można tylko i wyłącznie za-blokować, bo za-blokować to 'zagrodzić, zatarasować, coś uniemożliwić'.
Można się też zablokować psychicznie, czyli 'stać się niezdolnym do działania wskutek blokady psychicznej'. Przed paroma dniami usłyszałem wypowiedź: "Czuję się zblokowany". I w niej, niestety, użyto błędnie przedrostka z-. Postać jedynie poprawna to czuję się zablokowany.
W stanach depresyjnych człowiek często się izoluje, odizolowuje, wyizolowuje od ludzi, czuje się od nich izolowany, odizolowany, wyizolowany. Pewien psycholog powiedział parę dni temu w telewizji o niedoszłym samobójcy, że czuł się on "zaizolowany". Powszechny zwyczaj językowy nie akceptuje w tej formie przedrostka za-. Można zaizolować kable taśmą, czyli 'pokryć materiałem izolującym', ale nie można zaizolować człowieka!
Zauczestniczyć i zastartować
W jednym z felietonów prasowych czytam: "Zakumplował się z paroma Japończykami", a w innym: "Może zanim dotrę na scenę, coś się zadzieje". Na pewnej konferencji słyszę o "zauczestniczeniu w przedsięwzięciu" i o "zastartowaniu w nim", w urzędzie natomiast - o konieczności "zanulowania prośby", sprawozdawca sportowy zaś powtarza, że ten czy inny zawodnik "dobrze dziś zaboksował".
Obecne w tych przytoczeniach czasowniki z przedrostkami (prefiksami) z-, za- są potwierdzeniem nasilającej się we współczesnej polszczyźnie tendencji do wyrazistego podkreślenia - dzięki tym właśnie cząstkom słowotwórczym - dokonanego charakteru wykonywanej czynności. O takiej ich funkcji informują wszystkie słowniki: z- - przedrostek nadający aspekt dokonaności czasownikom niedokonanym, na przykład zanalizować, zeuropeizować, zbuntować, zdefiniować, zgiąć, zjeść, zmądrzeć, zgłupieć, związać, za- - przedrostek nadający czasownikom znaczenie osiągnięcia skutku czynności, rezultatu (też częściowego), wyczerpania zakresu, dojścia do największego nasilenia czynności, stanu, na przykład zabić, zagasić, zagoić, zahamować, zakreślić, zakrzyczeć, zalać, zamrozić, zanieść, zanurzyć, zaostrzyć, zaszkodzić, zatonąć, zawikłać.
Z punktu widzenia strukturalnego (formalnego) zatem przywołanym formom nic zarzucić nie można, tyle że stoją one jednak w pewnym konflikcie z dotychczasowym uzusem, czyli zwyczajem językowym. I tak raczej się z kimś skumplowaliśmy bądź skumaliśmy się, nie używało się tak powszechnie jak dziś owego zadziania się, wystarczało uczestniczenie w takim czy innym przedsięwzięciu i wystartowanie - z przedrostkiem wy-, a także anulowanie i boksowanie. Dodajmy, że wszechobecny stał się również imiesłów przymiotnikowy bierny zaopiekowany (zaopiekowane dzieci, zaopiekowane sieroty, zaopiekowani starzy ludzie; nagłówek prasowy z ostatnich dni: Są zaopiekowani).
Gdy z kolei w artykule poświęconym sytuacji społeczno-politycznej w Danii czytam: "Im bliżej było do głosowania, tym narastał solidny "wkurz" na zbliżającą się samozagładę ekologiczną", i widzę w tym fragmencie wzięty w cudzysłów "wkurz", to jest on z kolei potwierdzeniem niezwykłej żywotności tak zwanej derywacji wstecznej (ujemnej), czyli tworzenia wyrazów nie przez dodanie jakiejś cząstki słowotwórczej (kot + ek = kotek, na- + pisać = napisać itp.), ale przez jej ucięcie: wkurz od wkurzać się - tak jak czołg od czołgać się, zwis od zwisać, siad od siadać, wykop od wykopać, ubaw od ubawić się, dopływ od dopływać, odczyt od odczytać, przesył od przesyłać itp.
Przez wiele lat walczyłem z wkurzaniem się w oficjalnych wypowiedziach, zwracając uwagę, że jest ono tylko eufemizmem jakże wulgarnego czasownika wkur... się. Mogłem sobie walczyć! - powiem gorzko i z sarkazmem. Dziś w wypowiedziach publicznych doczekałem się derywatu wstecznego (ujemnego) od tegoż właśnie wulgarnego czasownika. Mamy więc już nie tylko wkurz, ale i wkurw. Smutne to, bardzo smutne...
Na koniec jeszcze jeden przykład derywatu wstecznego z prasy: przykuc słowiański (przykuc - od przykucnąć).
Aleśmy się rozbiegali!
Fatalny zapis rzucił mi się kiedyś w oczy w nagłówku jednego z artykułów prasowych: "Ale żeśmy się rozbiegali!". Szybko więc poprawiłem tkwiący w nim błąd gramatyczno-ortograficzny i w tytule niniejszego odcinka umieściłem konstrukcję prawidłową: "Aleśmy się rozbiegali!".
Na czym polega niezasadność pierwszego wariantu? Dzisiejsze formy czasu przeszłego, takie jak rozbiegaliśmy się, pisaliśmy, czytaliśmy, składały się pierwotnie z dwu odrębnych członów: (ja) pisał jeśm, (ty) pisał jeś, (on) pisał jest, (my) pisali jeśmy, (wy) pisali jeście, (oni) pisali są. Ich ewolucja przebiegła w ten sposób, że w trzecich osobach obu liczb odpadły człony jest i są - w ten sposób powstały dzisiejsze brzmienia typu pisał, pisali (rozbiegał się, rozbiegali się, czytał, czytali). W pozostałych osobach doszło do połączenia obu prymarnie odrębnych elementów: z pisał jeśm powstało dzisiejsze pisałem, z pisał jeś - dzisiejsze pisałeś, z pisali jeśmy - pisaliśmy, a z pisali jeście - pisaliście (identycznie w pozostałych czasownikach: rozbiegałem się, rozbiegałeś się..., czytałem, czytałeś...).
We współczesnej polszczyźnie są dwa ślady opisanej wyżej dawnej odrębności członów składowych czasu przeszłego złożonego. Pierwszym z nich jest akcent w postaciach dwu pierwszych osób liczby mnogiej, padający zgodnie z normą na trzecią sylabę od końca, a z historycznego punktu widzenia - właściwie na przedostatnią zgłoskę członu pierwszego: pi-SA-li-śmy, pi-SA-li-ście, roz-bie-GA-li-śmy się, roz-bie-GA-li-ście się, czy-TA-li-śmy, czy-TA-li-ście.
Śladem drugim jest możliwość odrywania końcówek od czasowników i dołączania ich do różnych wyrazów w zdaniu: ty to zrobiłeś, ale równie dobrze tyś to zrobił, toś ty zrobił, zagraliśmy dobry mecz - dobryśmy mecz zagrali, ładnie to zaśpiewaliście - ładnieście to zaśpiewali, toście ładnie zaśpiewali (w 1. osobie liczby pojedynczej z tej możliwości korzystamy coraz rzadziej, ale zapewniam wszystkich, że konstrukcję w rodzaju gdy poszedłem do miasta, to kupiłem sobie buty można zamienić na gdym poszedł do miasta, tom kupił sobie buty, tyle że - powtórzmy - takie brzmienia są już dziś trochę archaiczne).
Możemy teraz wrócić do pechowego nagłówka prasowego z rozbieganiem się. Nietrudno chyba uchwycić w kontekście wywodu o możliwości doczepiania końcówek czasu przeszłego do różnych wyrazów w zdaniu, że wariantem syntagmy ale rozbiegaliśmy się może być tylko konstrukcja aleśmy się rozbiegali - z końcówką -śmy oderwaną od czasownika i doczepioną do słowa ale. Nieszczęsne żem, żeś, żeśmy, żeście jako odrębne twory wyrazowe są ciągle traktowane jako rażący błąd! Zgodne z normą są tylko wtedy, gdy ruchome końcówki doczepione są do że będącego spójnikiem: zobaczyłem, żeś urósł (= zobaczyłem, że urosłeś), ucieszył się, żeśmy się rozbiegali (= ucieszył się, że się rozbiegaliśmy), powiedział, żeście ładnie zaśpiewali (= powiedział, że ładnie zaśpiewaliście).
Będę pisać ołówkiem
Gdy wracam we wspomnieniach do swego pobytu na Uniwersytecie Wilhelma w Münster w latach 1975-1977, przypominają mi się zawsze lektoraty z języka polskiego dla początkujących, a ściślej - zajęcia poświęcone wariantywnym postaciom czasu przyszłego złożonego typu będę pisał//będę pisać. Kiedy prowadziłem z mymi słuchaczami konwersację, musiałem się bardzo pilnować, by zadając im pytania, posługiwać się konstrukcjami w rodzaju co pan (pani) dzisiaj po południu będzie robić?. Tak zbudowana kategoria gramatyczna, odpowiadająca niemieckiemu futurum, składającemu się ze słowa posiłkowego być w czasie przyszłym i z bezokolicznika (was werden Sie heute nachmittags machen?), nie przysparzała moim rozmówcom większych kłopotów. Bez żadnych problemów formułowali odpowiedzi dzisiaj po południu będę odpoczywać. Gdy tylko w pytaniu pojawiał się - wypowiadany przeze mnie spontanicznie - futuralny wariant co pan (pani) będzie robił (robiła)?, niemieccy słuchacze nie ukrywali gramatycznej dezorientacji: czy pyta nas pan o przyszłość (co pan będzie...), czy o przeszłość (... robił)? I nawet jeśli w miarę doskonalenia swej sprawności językowej dawali sobie coraz lepiej radę z odpowiedziami na pytania typu co pan (pani) będzie robił (robiła)?, to od strony teoretycznej zgłaszali do nich ciągle zastrzeżenia, z punktu widzenia synchronicznego całkowicie uzasadnione: jak można łączyć w całość gramatyczną kategorię przyszłości z kategorią przeszłości?!
Musiałem im wyjaśniać, że postacie, które i oni, i Polacy odbierają dziś jako formy czasu przeszłego (robił, czytał, pisał, odpoczywał itp.), są z historycznego punktu widzenia imiesłowami. Dodawałem zarazem, że futuralne warianty z owymi dawnymi imiesłowami są we współczesnej polszczyźnie o wiele częściej używane niż te z logiczniejszymi dla Niemców bezokolicznikami. Mało tego, większość Polaków uważa je już za jedynie poprawne!
A dlaczego tak jest? Ano dlatego, że czas przyszły złożony typu będę pisał, od wieków występujący obok połączeń typu będę pisać, jest bogatszy komunikacyjnie - informuje nie tylko o tym, że dana czynność będzie wykonywana w przyszłości, ale i wskazuje rodzaj gramatyczny sprawcy tej czynności: mężczyzna będzie pisał, kobieta będzie pisała, dziecko będzie pisało, mężczyźni będą pisali, mężczyźni i kobiety będą pisali, kobiety będą pisały.
Z przywołanymi wariantami będzie śpiewać//będzie śpiewał użytkownicy polszczyzny mieli - poza rozterką wyboru jednego z nich - jeszcze jeden poprawnościowy kłopot, a mianowicie oficjalna norma dopuszczała przestawność członów tylko w wypadku połączenia z bezokolicznikami: będzie śpiewać albo śpiewać będzie; kolejność śpiewał będzie uznawana była za błędną.
Ponieważ zwyczaj społeczny odszedł bardzo daleko od tego zalecenia, najnowsze wydawnictwa poprawnościowe dopuszczają dowolny porządek członów w obu rodzajach czasu przyszłego złożonego: będzie śpiewać albo śpiewać będzie, będzie śpiewał albo śpiewał będzie. To liberalizujące ustalenie jest całkowicie uzasadnione: jednorodności funkcyjno-znaczeniowej obu wariantów odpowiada też jednakowa dyspozycyjność składniowa - możność odwrócenia szyku wyrazowego.
Z lektorskiego pobytu w Niemczech wyniosłem też ciekawą obserwację fonetyczną. Oczywiście, nie należał do łatwych artykulacyjnie spółgłoskowy szereg ś, ź, ć, dź, sz, ż, aplikowałem więc moim podopiecznym teksty w rodzaju Hej leć, nasza piosenko,/ wesoło nieś się, nieś,/ bo Śląsk, czarny Śląsk/ śpiewa Polsce swą pieśń (z repertuaru Zespołu Pieśni i Tańca "Śląsk"), o Szczebrzeszynie i chrząszczu brzmiącym w trzcinie nie wspominając. Jakże jednak pouczająca dla mnie była obserwacja, na podstawie której mogłem stwierdzić "piekielne" dla przeciętnego Niemca następstwo głosek w wyrazie ołówek. Proszę sobie wyobrazić, że nawet w ustach tych najlepszych - przyszłych tłumaczy, pracowników ambasad, konsulatów i biur turystycznych - był to "ołółek", "owówek", "obóbek", tylko nie "ołówek". Dopiero wolna, sylabizująca artykulacja o-łó-wek kończyła się fonetycznym sukcesem.
Bochenek, Bochnek, Bochnia
Z listu pana J.C. z Chorzowa: "Dość częstym nazwiskiem w Polsce jest Bochenek. Tymczasem jeden z moich znajomych nazywa się Bochnek, a drugi - Bochnak. Skąd te oboczne formy?". A ja miałem w moich rodzinnych Tarnowskich Górach kolegę, który się nazywał Szwiec, a nie Szewc - mogę dopowiedzieć, a Państwo zapytają: co mają wspólnego Bochnek i Szwiec?!
Otóż oba te nazwiska zachowały pierwotny kształt rzeczowników bochenek i szewc. Były nimi postacie bochnek i szwiec - powtórzone w przywołanych nazwiskach Bochnek (z wariantem Bochnak) i Szwiec. Czytamy w tekstach staropolskich: "Octo panes al. bochniec" (to jeszcze jeden wariant - z przyrostkiem -ec), "Szwiec, kiedy się na skóry zadłuży" (Mikołaj Rej, 1505-1569), "Nuż szwiec za buty taler, a za safian trzy" (z XVII-wiecznej fraszki mieszczańskiej).
Oba te rzeczowniki-nazwiska łączy jednak przede wszystkim mechanizm, który doprowadził do przekształcenia ich pierwotnych brzmień, a mianowicie żywa w językach fleksyjnych tendencja do wyrównania tematu fleksyjnego odmienianego przez przypadki wyrazu. To były na początku - powtórzmy - formy bochnek i szwiec. Ponieważ od dopełniacza obowiązywały konstrukcje z tematami bochenk-, szewc-: bochenka, szewca - bochenkowi, szewcowi - bochenkiem, szewcem - o bochenku, o szewcu, te brzmienia tematyczne przeszły do mianownika. W ten sposób utrwaliły się obowiązujące nas postacie bochenek, szewc, a prymarne bochnek (bochniec), szwiec odeszły w przeszłość. Ślad po nich mamy w przywołanych nazwiskach Bochnek, Bochnak, Szwiec.
Ten sam mechanizm wyrównania tematu fleksyjnego doprowadził do zmiany kształtu morfologicznego takich słów, jak sjem, psek, kłek, ociec, Sądecz (Stary, Nowy). Ponieważ od dopełniacza obowiązywały formy z tematami fleksyjnymi sejm- (sejmu, sejmowi, sejmem), piesk- (pieska, pieskowi, pieskiem), kiełk- (kiełka, kiełkowi, kiełkiem), ojc- (po zmianie pierwotnych postaci oćca, oćcu, oćcem w ojca, ojcu, ojcem), Sącz- (po zmianie pierwotnych postaci Sądcza, Sądczowi, Sądczem w Sącza, Sączowi, Sączem), tak jak w wypadku bochenka i szewca przeszły one do mianownika i obowiązują współczesnych użytkowników polszczyzny: sejm, piesek, kiełek, ojciec, Sącz (Stary, Nowy). Pozostałością po dawnych brzmieniach są nazwa miejscowa Kłecko - od kłek (niedaleko Gniezna; pochodził z tej miejscowości zawiadujący w latach 1868-1909 slawistyką wrocławską prof. Władysław Nehring) i przymiotnik (nowo-, staro-) sądecki - z d (także nazwisko Sandecki).
A skoro zaczęliśmy dzisiejszy odcinek od bochenka, powiedzmy na zakończenie, że stara, poświadczona od XII wieku nazwa miejscowa Bochnia najprawdopodobniej pochodzi od imienia osobowego Bochna lub Bochen i utworzona została przyrostkiem -ja. Onomaści nie wykluczają też pochodzenia Bochni od Bochny, Bochna - zdrobnienia od Bolesława albo Borzymira (od boriti, 'walczyć' + mir, 'pokój'). Trzecia interpretacja etymologiczna dopuszcza prymarne brzmienie Bochynia - z przyrostkiem -ynia i rdzeniem boch - 'moczarowate zagłębienie' (por. na ten temat: Maria Malec, Słownik etymologiczny nazw geograficznych Polski, Warszawa 2003, s. 45).
Przy Bochni zaś nie może się nie pojawić Wieliczka - w dokumentach XII-wiecznych Magnum Sal - w dosłownym tłumaczeniu Wielika Sól (z prymarnym brzmieniem wielika, a nie późniejszym wielka), skrócona do współczesnej formy Wieliczka.
Bydgoski Zawisza wygrał
Wiele kłopotów poprawnościowych sprawiają użytkownikom polszczyzny wyrazy, w których na zasadzie swoistych wyjątków dochodzi do konfliktu między ich formą a rodzajem gramatycznym. Iluż to rodaków na przykład, podciągając pod typową serię rodzaju żeńskiego rzeczowniki łagiew, krokiew, brukiew, bukiew, konew, zamienia je na błędne postacie "łagwia", "krokwia", "brukwia", "bukwia", "konwia" - z umotywowaną w ich odczuciach, bo typową dla rodzaju żeńskiego, wygłosową samogłoską -a (od co najmniej czterdziestu lat w Łagiewnikach Dzierżoniowskich straszy przejeżdżających przez tę miejscowość restauracyjny szyld z rażącym zapisem "Łagwia" zamiast Łagiew). Tylko z najczęściej używanym rzeczownikiem tego typu - krwią - nie mają rodacy kłopotu i tworzą poprawne brzmienie (ta) krew.
Nie powoduje też na ogół rozchwiań gramatycznych konflikt między formą a znaczeniem takich wyrazów, jak poeta, starosta, wojewoda, przywódca, radca: odmieniane według deklinacji żeńskiej, bo z "żeńską" samogłoską wygłosową -a (poety, poecie, starosty, staroście, wojewody, wojewodzie itd. - jak kobiety, kobiecie, wody, wodzie itd.), odbierane są jednak przez wszystkich jako słowa rodzaju męskiego: ten poeta, ten starosta, ten wojewoda, ten przywódca, ten radca.
Mniej szczęścia natomiast ma imię własne Zawisza. Jak długo żyję i interesuję się sportem (w moim wypadku te lata się pokrywają!!!), tak długo w komunikatach sportowych słyszę spontanicznie wypowiadane konstrukcje typu "Zawisza Bydgoszcz wygrała...", "Zawisza Bydgoszcz przegrała...", "Zawisza Bydgoszcz zremisowała...". "Wygrała" czy "przegrała", bo Zawisza z -a na końcu!
Dzieje się tak, mimo że wszyscy niby wiedzą, kto to był Zawisza zwany Czarnym, a i znają go z literatury pięknej (chociażby z Krzyżaków Henryka Sienkiewicza, Trylogii husyckiej Andrzeja Sapkowskiego czy cyklu krzyżackiego Dariusza Domagalskiego). Powinni więc zawsze tworzyć poprawne połączenia typu Zawisza Bydgoszcz wygrał (przegrał, zremisował).
Zawisza Czarny z Garbowa, herbu Sulima (ok. 1370-1428), to sławny polski rycerz, symbol wszelkich cnót rycerskich, zwłaszcza nadzwyczajnej słowności i lojalności. Te przymioty stały się źródłem popularnego do dziś zwrotu polegać (na kimś) jak na Zawiszy - 'móc liczyć na kogoś w każdej sytuacji życiowej, mieć do kogoś całkowite zaufanie' ("Dali mu nawet plik ulotek do rozprowadzenia wśród zaufanych osób, bo wiedzieli, że mogą na nim polegać jak na Zawiszy" - A. Filar, Śladami tatrzańskich kurierów, Warszawa 1995).
Jaka jest etymologia Zawiszy - formy funkcjonującej obecnie jako dość częste nazwisko? To najprawdopodobniej zdrobnienie imienia Zawid, etymologicznie związanego z rzeczownikiem zawiść - z prasłowiańskiego zavist', od pierwotnego zavidt'. Można zatem uznać za uzasadnioną interpretację Zawiszy z Księgi imion B. Kupisa, B. Wernichowskiej i J. Kamyczka (Książka i Wiedza, 1975): "Słowiańskie imię męskie związane, być może, z zawiścią, zazdrością o sławę, a więc oznaczające tego, który - widząc sławę innych - dokłada wszelkich starań, by samemu ją zdobyć" (s. 263).
A dlaczego Zawisza Czarny? Przydomek Czarny zwykle się tłumaczy czarnym kolorem włosów rycerza i najprawdopodobniej jego ciemną cerą (jeden z jego braci nosił przydomek Kruczek, czyli 'Czarny', a drugiego zwano Farurejem, czyli 'Egipcjaninem'). Według innej koncepcji chodzi tu o czarną zbroję, co nie jest chyba prawdziwe, skoro podczas swojej ostatniej bitwy pod Golubcem miał na sobie zbroję błyszczącą.
Gwoździami czy gwoźdźmi?
W jednym i tym samym artykule - w odstępie zaledwie kilkunastolinijkowym - widzę zdania: "Przytłacza sklepami z gwoźdźmi" i "Pluła gwoździami", z narzędnikowymi formami gwoźdźmi i gwoździami. Obie uznawane są za poprawne, informuję od razu, ale zawsze warto do danego tekstu wprowadzić tylko jedną z nich, bo wariantywność na ogół wywołuje u czytelników odruch gramatycznego zaniepokojenia.
Tak jak równorzędna para gwoźdźmi - gwoździami funkcjonują jeszcze dublety gęśmi - gęsiami, dłońmi - dłoniami i w pewnym stopniu kośćmi - kościami (tylko we frazeologizmie dobry, poczciwy, uczciwy z kościami - 'prawdziwie dobry, poczciwy, uczciwy').
Tworząca grupę wyjątków końcówka -mi obowiązuje w formach: skrońmi, liśćmi, końmi, gośćmi, księżmi, braćmi.
Pozostałe rzeczowniki wszystkich rodzajów gramatycznych mają wyrazistą, nie powtarzającą się w żadnym innym przypadku końcówkę -ami: chłopami, sąsiadami, ojcami, wujami, stryjami, teściami, kotami, psami, lwami, słoniami, dziewczynami, kobietami, żonami, szafami, firankami, słowami, dziąsłami, oknami, czółnami itd., itp.
Zawdzięczamy tę końcówkę - dziś prawie wyłączną - deklinacji żeńskiej. To z niej -ami rozeszło się po pozostałych typach odmiany. Rzeczowniki rodzaju męskiego i nijakiego miały na początku końcówkę -y, na przykład z biskupy, z kapłany, z sąsiady, która zgodnie z ogólnojęzykowym prawem powolnych zmian w formach często używanych zachowała się w konstrukcjach typu dawnymi czasy, innymi słowy, przed laty (u Mickiewicza w Odzie do młodości: nowymi cię pchniemy tory, w kolędzie Mizerna cicha: z włosy złotymi, skrzydły białymi). Ponieważ to końcówkowe -y powtarzało się w innych przypadkach gramatycznych, zgodnie z prawem polaryzacji - maksymalnego zróżnicowania poszczególnych kategorii gramatycznych - ustąpiło miejsca funkcjonalniejszej końcówce -ami. Funkcjonalniejszej, bo spolaryzowanej, obsługującej tylko narzędnik liczby mnogiej rzeczowników rodzaju męskiego, żeńskiego i nijakiego.
Havla - Hawela
10 lipca 2016 roku świętował swoje osiemdziesiąte urodziny jeden z najwybitniejszych muzyków śląskich, prof. Jan Wincenty Hawel. A w prasie - głównie katowickiej - pojawiały się syntagmy typu "twórczość Jana Wincentego Hawela", "Hawelowa muzyka", "stałe cechy muzyki Hawela" - wszystkie z pozostawionym w odmianie e. Czy nie należało tej samogłoski w odmianie zgubić, tak jak to robimy w wypadku nazwiska niezapomnianego czeskiego pisarza i prezydenta Václava Havla? - zastanawiało się wiele osób.
A mnie natychmiast przypomniało się gramatyczne zdarzenie sprzed lat - z Ośrodka Kultury Polskiej w Pradze, kiedy to rozmawiająca ze mną Czeszka, tłumaczka literatury polskiej, nerwowo poprawiła formę Havla na "Havela", na moje zaś zdumienie tą korektą zareagowała słowami: "Bo w polszczyźnie to różnie bywa z tym e". Uspokoiłem sympatyczną rodaczkę Havla, że w wypadku jego nazwiska szybko doszło u nas do jego fleksyjnej adaptacji i wszyscy je deklinujemy Havla, Havlowi, Havlem, o Havlu (jak Hegel - Hegla, Mendel - Mendla czy Händel - Händla), ale rzeczywiście nie zawsze do takiej adaptacji dochodzi.
Polska reguła gramatyczna mówi bowiem tylko, że sposób odmiany nazwisk z wygłosowym -el zależy od stopnia jego utrwalenia w danym kręgu użytkowników języka, także od tradycji rodzinnej, a to są wszystko czynniki trudne do jednoznacznego określenia. Nazwisko przywołanego na początku śląskiego kompozytora, o czym mi sam powiedział, przez niego i jego najbliższych odmieniane było zawsze z e obecnym we wszystkich przypadkach gramatycznych. I to trzeba uszanować!
Naprzeciwko mojego rodzinnego domu w Tarnowskich Górach mieszkała po wojnie rodzina o nazwisku Engel. Wszyscy w odniesieniu do niej posługiwali się wariantami z ginącym e: rodzina Englów, państwo Englowie, pani Englowa, z panem Englem. Takie samo nazwisko nosi były trener piłkarskiej reprezentacji. A jak jest ono traktowane gramatycznie? W powszechnym obiegu są wyłącznie warianty: Engela, Engelowi, Engelem, o Engelu. Widzą zatem Państwo, jak obyczaj mieszkańców ulicy w małym mieście może się różnić od zwyczaju społecznego w skali makro!
Wiem, że znany przed laty polityk z Gdańska Jacek Merkel odmienia swoje nazwisko Merkla, Merklowi, Merklem, w mediach natomiast dominowały warianty Merkela, Merkelowi, Merkelem.
Bo też i na taką - w pełni przyswojoną - odmianę trzeba nieraz poczekać. Gdy ministrem spraw zagranicznych Republiki Federalnej Niemiec został Klaus Kinkel, polskie media jego nazwisko deklinowały: Kinkela, Kinkelowi, Kinkelem, o Kinkelu. Po paru latach zaczęły się już pojawiać formy z ginącym po słowiańsku e, czyli Kinkla, Kinklowi, Kinklem, o Kinklu.
Wracając zaś na koniec do nazwiska Havel//Hawel, dopowiedzmy, że jest ono fonetycznym wariantem naszego Gawła, a ten jest imieniem celtyckiego (irlandzkiego) pochodzenia o pierwotnym znaczeniu "przybysz, obcy" (celt. ghas-los). Mniej etymologów łączy je z łac. Gallus - "człowiek pochodzący z Galii, Galijczyk". Koncepcja pierwsza jest mi zdecydowanie bliższa, zwłaszcza że widzę w niej oczywisty związek między Gawłem i rzeczownikiem gość, który się przecież także z praindoeuropejskiej formy ghostis - "przybysz, obcy" - wywodzi.
Inżynierowie i bohaterzy
W czasie pewnej uroczystości akademickiej zwróciłem się do audytorium ze słowami: "Szanowni państwo inżynierowie - bohaterzy dzisiejszej uroczystości", raz wykorzystując w mianowniku liczby mnogiej osobowych rzeczowników twardotematowych końcówkę -owie i raz końcówkę -y. Od razu po wykładzie skierowano do mnie mnóstwo pytań na ten temat.
Długowiekowy zwyczaj polszczyzny pozwala w tym przypadku gramatycznym na wariantywne posługiwanie się postaciami z wygłosowymi -i, -y albo -owie wielu rzeczowników: profesorzy - profesorowie, ambasadorzy - ambasadorowie, senatorzy - senatorowie, geolodzy - geologowie, psycholodzy - psychologowie, Norwedzy - Norwegowie. Do tego ciągu dołączają użyte przeze mnie pluralne mianowniki: inżynierzy albo inżynierowie, bohaterzy albo bohaterowie: "Inżynierowie dusz ludzkich" (Stalin na spotkaniu z literatami w roku 1932), "Inżynierzy zawsze budzili mój szacunek" (ze współczesnego wywiadu prasowego), "Niech żyją polscy bohaterowie" (Maurycy Gosławski, 1802-1834), "Bohaterowie są zmęczeni" (tytuł filmu z roku 1955), "A oto bohaterzy dzisiejszego spotkania" (współczesna relacja telewizyjna z meczu piłkarskiego). Nie popełniłem więc błędu ani w pierwszej formie, ani w drugiej. A dlaczego je fleksyjnie zróżnicowałem? Zrobiłem to w pełni świadomie!
Otóż w wypadku form z równorzędnymi gramatycznie końcówkami -i, -y i -owie warto wziąć też pod uwagę kryterium estetyczne. Oto na przykład rzeczownik pedagog. Wszystkie słowniki informują o jednakowo poprawnych brzmieniach pedagodzy i pedagogowie. A przecież zawsze wybiorę to pierwsze, bo jest ładniejsze fonetycznie, bo nie ma w nim "gulgoczącego", powtarzającego się -go- z postaci pedagogowie. Sytuacja odwrotna zachodzi w inżynierach: tu powtarzający się dźwięk ż mamy w mianownikowym pluralnym inżynierzy - dlatego zawsze wybieram wariant inżynierowie. Zrobiłem tak też w czasie przywołanego na początku wykładu. By zaś całe wypowiedzenia fleksyjnie - a także stylistycznie - zróżnicować, od bohatera utworzyłem mianownik liczby mnogiej bohaterzy.
Powie mi ktoś może teraz, że brzmienia z wygłosowym -owie są dostojniejsze. Z takim odczuciem można się do pewnego stopnia zgodzić. Bardzo jednak je relatywizuje zupełny brak konsekwencji w tym zakresie. Weźmy na przykład rzeczownik prezydent - określenie najwyższej godności w państwie: zwyczaj utrwalił wyłączną postać pluralną prezydenci. To samo z premierem: tylko premierzy. Tymczasem niższy dyplomatyczną rangą minister może mieć wprawdzie w mianowniku liczby mnogiej obie postacie, czyli ministrzy i ministrowie, ale w praktyce używa się tylko brzmienia z -owie. Od ambasadora urabia się mniej więcej jednakowo często postacie ambasadorzy i ambasadorowie.
Jednej stacji i kilku stacji
Znakomity matematyk i mistrz słowa Hugo Steinhaus (1887-1972), uniwersytecki profesor we Lwowie, a po wojnie we Wrocławiu (co dwa lata akademickie mam w sali jego imienia gościnne wykłady z kultury języka dla studentów matematyki), do końca życia używał form dopełniacza liczby mnogiej rzeczowników rodzaju żeńskiego typu stacyj, racyj, funkcyj, lekcyj, nacyj, kwestyj. A i w artykule prof. Grzegorza Hryciuka poświęconym nazwom stacji i przystanków kolejowych na Dolnym Śląsku w latach 1945-1950 (w tomie Nazwa dokumentem przeszłości regionu pod redakcją J. Nowosielskiej-Sobel, G. Straucholda i W. Kucharskiego, Wrocław 2010) znajduję dokumenty zatytułowane: "Nazwy stacyj i przystanków Dyrekcji Okręgowej Kolei Państwowych" (z 27 sierpnia 1945 roku) czy "Spis stacyj, mijanek, posterunków odgałęźnych..." (z 20 sierpnia 1946). Dlaczego zarówno autor przywołanego artykułu, jak i praktycznie wszyscy współcześni Polacy posługują się już tylko postacią stacji - tą samą w liczbie pojedynczej i mnogiej? Przecież z punktu widzenia funkcjonalności komunikacyjnej byłoby lepiej, gdybyśmy operowali zróżnicowanymi formami: jednej stacji, ale kilku stacyj.
Pluralne dopełniacze typu stacyj, racyj, funkcyj, lekcyj, nacyj, kwestyj były bezdyskusyjnie umotywowane, gdy mianowniki liczby pojedynczej tych wyrazów miały pierwotne brzmienia stacyja, racyja, funkcyja, lekcyja, nacyja, kwestyja (relacja morfologiczna stacyja - stacyj, funkcyja - funkcyj strukturalnie całkowicie przylegała wtedy do par szyna - szyn, matryca - matryc, stypa - styp itp.).
O to jednak chodzi, że w serii słów z wygłosowym -ija, -yja akcent padał nie na sylabę przedostatnią, ale na trzecią od końca: STA-cy-ja, RA-cy-ja, FUNK-cy-ja, LEK-cy-ja, NA-cy-ja, KWES-ty-ja, zgodnie zaś z uniwersalnym mechanizmem fonetycznym samogłoska w sylabie znajdującej się po sylabie pod akcentem jest znacznie zredukowana; w wypadku przywołanego ciągu wyrazowego doszło do zupełnego zaniku tejże samogłoski - powstały brzmienia bez y: stacja, racja, funkcja, lekcja, nacja, kwestia. Od tego momentu wskazana wyżej motywacja strukturalna stacyja - stacyj, jak na przykład szyna - szyn straciła rację bytu. Coraz większą przewagę frekwencyjną zaczęły zdobywać brzmienia stacji, racji, funkcji itd. - jednakowe w dopełniaczu liczby pojedynczej i w dopełniaczu liczby mnogiej. Dziś są one wyłączne, a postacie stacyj, racyj, funkcyj odbierane są jako archaiczne i tak kwalifikowane przez wszystkie współczesne słowniki.
Kakao, radio, studio, awokado
Z listu pani A.M. z Wrocławia: "W szkole uczono mnie, że wyrazów typu kakao, radio, studio, awokado nie należy odmieniać. Tymczasem coraz częściej słyszę, że ludzie te słowa deklinują, na przykład dwie łyżki kakaa, słuchałam radia, poszłam do studia. Czy takie zachowania fleksyjne są już poprawne?".
Korespondentka wywołała bardzo ciekawy problem przyswajania wyrazów obcych do polskiego systemu gramatycznego. Rozciągnięte jest ono w czasie na wiele, czasem bardzo wiele lat, a bywa i tak, że takie czy inne słowo - najczęściej ze względu na swój kształt głoskowy - pozostaje nie zaadaptowane.
Kiedy pierwotny kinematograf przekształcił się w krótsze kino, było ono - co trudno sobie dzisiaj wyobrazić - formą nie odmienianą. Jeszcze Witkacy na przełomie lat 20. i 30. ubiegłego wieku donosił w listach do żony o swych wizytach "w kino". Czy kina może dzisiaj ktoś nie odmienić?!
Gdy się czyta Pianistę Władysława Szpilmana, na podstawie którego Roman Polański zrealizował swój nagrodzony Oscarem film, widzi się w tej książce wyłącznie syntagmy "do radio", "do studio", "w radio", "w studio" - z nie odmienionymi rzeczownikami radio i studio.
Pierwszy autor Rzeczy o języku Stefan Reczek (pytał mnie z gramatyki na egzaminie wstępnym na wrocławską polonistykę; od roku 1964 był profesorem WSP w Rzeszowie) pisał w latach 50. XX wieku, że radio i studio już można odmieniać, ale miejscownik w studiu - z końcówką -u - jeszcze razi.
Dziś z pełną odpowiedzialnością mogę wszystkim polecić odmienione przez wszystkie przypadki formy radio i studio: radia, studia - radiu, studiu - radiem, studiem - w radiu, w studiu, bo nie ma żadnych przeciwwskazań formalnych, by tych rzeczowników po polsku nie deklinować. W wypadku pierwszego z nich za dopuszczalną, choć rzadziej używaną, uznaje się w wydawnictwach poprawnościowych już tylko nie odmienioną postać miejscownika, czyli w radio. Studio adaptuje się wolniej niż radio, dlatego - raz jeszcze polecając jego deklinowanie - uczciwie informuję, że status wariantów dopuszczalnych, choć rzadszych, mają postacie unieruchomione fleksyjnie typu "wejść do studio", "nagrywać w studio", "kręcić poza studio" (ja już tylko mówię "wejść do studia", "nagrywać w studiu", "kręcić poza studiem"!).
Status rzeczowników nie odmienianych mają natomiast kakao i awokado, choć o pierwszym z nich tak pisze prof. Andrzej Markowski w swym Nowym słowniku poprawnej polszczyzny z roku 1999: "W języku potocznym szerzą się formy odmienne: D. kakaa, C. kakau, N. kakaem. Formy te można uznać za dopuszczalne w bardzo swobodnej polszczyźnie, na przykład w języku rodzinnym". Całkowicie się z tym wskazaniem zgadzam, bo - prawdę powiedziawszy - też nie ma żadnych formalnych przeszkód, by takie odmienione formy tworzyć. Nie do ruszenia fleksyjnego jest tylko miejscownik: to nie może być syntagma "w kakale", bo brzmieniem mianownikowym jest kakao - z wygłosowym -o, a nie "kakało" (co innego: wahadło - o wahadle, szkło - na szkle, popychadło - o popychadle).
Awokado - 'owoc południowy' - jest jeszcze rzadko używany, więc jego nieodmienność może potrwać, ale czy wytrwa w zalecanej przez słowniki nieruchomości fleksyjnej coraz popularniejsze logo - 'znak graficzny firmy, instytucji, partii politycznej itp., będący jej identyfikatorem'?
A co z rzeczownikiem molo? W przywołanym słowniku pod redakcją Andrzeja Markowskiego poleca się brzmienie mol (a nie "mól") w drugim przypadku liczby mnogiej i nieodmienność w liczbie pojedynczej: spacerować po molo, impreza na sopockim molo, w nawiasach jednak widzimy warianty spacerować po molu, impreza na sopockim molu, czyli nie wyklucza się postaci zaadaptowanych, które w pełni akceptuje Wielki słownik ortograficzny pod redakcją prof. Edwarda Polańskiego. Ja zaś powtarzam od lat, że nie należy stawiać tamy naturalnemu procesowi, jakim jest przyswajanie wyrazów obcych do polskiego systemu gramatycznego.
Kalk czy kalek?
W pewnym artykule czytam: "To jest powrót do mentalności i kalek umysłowych z czasów PRL-u, wzorów wróg - przyjaciel". Jeszcze nie tak dawno temu zdaniu i obecnej w nim formie dopełniacza liczby mnogiej kalek nie poświęciłbym ani jednej linijki, bo wszystkie słowniki uznawały za równorzędne warianty kalk i kalek. Leksykony współczesne natomiast za jedynie poprawną uznają już tylko formę kalk (Nowy słownik poprawnej polszczyzny PWN pod redakcją Andrzeja Markowskiego z roku 1999 przed brzmieniem "kalek" wręcz ostrzega). Zalecenie to uznać należy za całkowicie racjonalne: wskazując wyłączną postać kalk, normatywiści na pewno chcieli ją jednoznacznie związać z mianownikiem liczby pojedynczej kalka; wariant kalek był przecież pluralnym dopełniaczem zarówno rzeczownika kalka, jak i rzeczownika kaleka. Dziś operujemy formami spolaryzowanymi: kalka - kalk, kaleka - kalek, a w zacytowanym na początku zdaniu powinno się pojawić połączenie wyrazowe kalk umysłowych.
Jeśli tak funkcjonalne jest ujednoznacznienie form poszczególnych przypadków gramatycznych, to dlaczego w tymże dopełniaczu liczby mnogiej dopuszcza się warianty typu kopalń - kopalni, spółdzielń - spółdzielni, kawiarń - kawiarni, księgarń - księgarni czy piekarń - piekarni? Przecież byłoby lepiej, gdyby brzmienia z końcówką -i obowiązywały tylko w drugim przypadku liczby pojedynczej (jednej kopalni, spółdzielni...), a te z czystym tematem fleksyjnym jednoznacznie informowały o liczbie mnogiej (kilku kopalń, spółdzielń...).
W tym wypadku dopuszcza się obie formy ze względów fonetycznych. Wygłosowe zbitki spółgłoskowe -lń, -rń są trudne, nieporęczne artykulacyjnie. O wiele łatwiejsze są pod tym względem wygłosy -lni, -rni i dlatego w żywej mowie rodacy raczej wybierają serię brzmień kopalni, spółdzielni, kawiarni, chociaż zderzają się one z dopełniaczem liczby pojedynczej (kilku kopalni - jednej kopalni, kilku spółdzielni - jednej spółdzielni, kilku kawiarni - jednej kawiarni). Co innego w tekstach pisanych - tu zdecydowanie widzę ciąg kopalń, spółdzielń, kawiarń, spolaryzowany wobec singularnego kopalni, spółdzielni, kawiarni.
"Każdy będzie zaopiekowany"
Dlaczego konstrukcje typu "każdy będzie stosownie zaopiekowany" "dzieci będą dobrze zaopiekowane", "pierwszoklasiści będą dobrze zaopiekowani", "szkoły są dużo bardziej zadbane i zaopiekowane", "klient czuje się zaopiekowany" - z imiesłowem przymiotnikowym biernym "zaopiekowany" - spotykają się z powszechną krytyką w wydawnictwach poprawnościowych?
Dzieje się tak dlatego, że imiesłowowa forma "zaopiekowany" wyłamuje się z gramatycznego porządku. Jej podstawa - czasownik zaopiekować się - jest tak zwanym czasownikiem zwrotnym (nie występuje bez się), wchodzi w związki z rzeczownikami w narzędniku (zaopiekować się kimś, czymś: dziećmi, pierwszoklasistami, szkołami, klientem, wnukami), gdy tymczasem imiesłowy przymiotnikowe bierne z wygłosowym -ny tworzone są od czasowników połączonych z rzeczownikami w bierniku. Czasowniki te nazywane są przechodnimi, bo mogą być przekształcone w odpowiednią formę imiesłowową w stronie biernej, na przykład Lewandowski wykorzystał rzut karny - rzut karny został wykorzystany przez Lewandowskiego, Niemen zaśpiewał piosenkę - piosenka została zaśpiewana przez Niemena, Szymborska napisała wiersz - wiersz został napisany przez Szymborską, lektor przeczytał wiadomości - wiadomości zostały przeczytane przez lektora, profesor wygłosił prelekcję - prelekcja została wygłoszona przez profesora, itp.
Przywołajmy teraz czasowniki zwrotne z się wraz z kontekstami składniowymi: Franek odważył się na ten krok, kolega zaśmiał się radośnie, po obiedzie zdrzemnął się w fotelu, zgadaliśmy się o zeszłorocznych wakacjach, nieprzyjaciel wdarł się do miasta, aktor wczuł się w rolę, pies wczołgał się pod łóżko. Nietrudno sobie uświadomić, że od żadnego z nich strony biernej nie da się utworzyć i że forma "zaopiekowany" - od zaopiekować się - aż nadto wyraźnie wyłamuje się z tej serii.
A jednak imiesłowy przymiotnikowe bierne rodaków nęcą. W czasie telewizyjnej relacji z konkursu skoków narciarskich usłyszałem: "Odległość ładnie wylądowana". Niestety, tak się ułożyły relacje gramatyczne w naszym języku, że możliwe są tylko połączenia z imiesłowem przymiotnikowym czynnym wywiedzionym od czasownika lądować: lądujący samolot, lądujący skoczek spadochronowy, lądujący skoczek narciarski. Imiesłowu biernego "lądowany" już się nie tworzy. Od formy dokonanej wylądować nie urabia się ani imiesłowu czynnego, ani biernego! Przed paroma dniami usłyszałem w telewizji, że "stan pacjentów jest pogorszony". Coś może być oczywiście ulepszone, ale "pogorszony stan pacjentów"??!
Gazetowy fragment "muzyka została upowszechniana" grzeszy z kolei brakiem gramatycznej zgodności między aspektami imiesłowu biernego pełniącego funkcję orzecznika (niedokonanym) i czasownika pełniącego funkcję łącznika (dokonanym). Formy poprawne to muzyka została upowszechniona albo muzyka była upowszechniana.
Kot ma 9 żyć
Otrzymałem kiedyś bardzo ciekawy list, którego autorka zakwestionowała logiczność zdań typu w wypadku straciło życie 5 osób. "Skoro nie jedna, ale kilka osób zginęło w wypadku, dlaczego używa się formy liczby pojedynczej życie?! Powinniśmy mówić i pisać o osobach, które straciły życia, czyli sięgać po liczbę mnogą!" - napisała korespondentka. Odpowiadając jej, wziąłem oczywiście w obronę konstrukcje tego typu z życiem w liczbie pojedynczej, bo też i każdy słownik przynosi informację, że rzeczownik rodzaju nijakiego życie nie ma liczby mnogiej. Uczyniwszy to, doszedłem jednak do wniosku, że głos autorki listu uznać należy za wielce znamienny.
Jakby na potwierdzenie tej konstatacji zobaczyłem w Internecie jakiś materiał filmowo-reklamowy z formułą "Kot ma 9 żyć", w jednej z gazet - nagłówek Wszystkie życia Magdaleny, ale przede wszystkim przypomniałem sobie zabawy sprzed paru lat ze starszym wnukiem, który zapraszając mnie do walk bokserskich, przygotowywał "listę żyć" kurczącą się po każdym - symulowanym przez nas - nokaucie. Słyszałem wtedy: "Jeszcze masz, dziadku, 4 życia, jeszcze 3 życia, jeszcze 2 życia". A skąd u takiego malca owe życia w liczbie mnogiej? Nietrudno się domyślić, że z gier komputerowych. Jak widać, mają one wpływ nawet na tradycyjną gramatykę!
Kiedy zaś w ostatnich tygodniach prosiłem rozmaite osoby o wskazanie najpopularniejszego cytatu ze słowem życie, najczęściej słyszałem: "Życie, życie jest nowelą, której nigdy nie masz dosyć", czyli fragment piosenki Jacka Cygana wykonywanej przez Ryszarda Rynkowskiego, rozpoczynającej każdy odcinek serialu TVP Klan. Takie odpowiedzi na moje pytanie to kolejny językowy znak czasów - czasów masowej wyobraźni kształtowanej przez świat mediów. Informując zaś Państwa o takim wyborze użytkowników polszczyzny, nie mogę się oprzeć pokusie zacytowania mego warszawskiego kolegi prof. Jerzego Bralczyka, który w swych 444 zdaniach polskich, a potem w 500 zdaniach polskich wypowiedział się na temat przywołanego fragmentu serialowej piosenki: "Dowiadujemy się z niej między innymi, że życie jest nowelą, która wciąga jak rzeka i której nigdy nie mam dosyć. Jeżeli coś mnie wciąga jak rzeka, to ja mam tego dosyć bardzo szybko". Nic dodać, nic ująć!
Wracając zaś do wyrazów bez liczby mnogiej, czyli takich jak życie, chciałbym się wypowiedzieć na koniec o jeszcze jednym rzeczowniku rodzaju nijakiego opatrzonym w słownikach takim kwalifikatorem gramatycznym, a mianowicie o wyrazie ryzyko. Myślę, że w kolejnych wydaniach słowników z tego kwalifikatora trzeba będzie zrezygnować, bo życie go zweryfikowało. A mówiąc inaczej: te ryzyka w liczbie mnogiej - jak te okna, te jeziora, te pola - są w tekstach urzędowych używane już powszechnie (jako dyrektor instytutu sam musiałem każdego roku przedstawiać wykaz ryzyk mojego miejsca pracy!). Forma ta - przez lata potencjalna, strukturalnie możliwa - stała się gramatyczną rzeczywistością.
Kryzys wołacza
Przed paroma laty zaczepił mnie na ulicy ojciec ucznia szkoły podstawowej, rozżalony na polonistkę syna - moją dawną studentkę. Gorycz ojca zrozumiałem, a i samemu zrobiło mi się bardzo smutno jako dawnemu nauczycielowi pani od polskiego: oto postawiła ona swemu uczniowi tróję z minusem, bo ten - według jej mniemania - błędnie potraktował w wołaczu rzeczownik koń, urabiając od niego postać koniu!. Miało być: "o, koń!".
Kilka tygodni później psychicznie mnie dobiła pewną "wołaczową opowieścią" inna moja dawna studentka, a obecnie polonistka w jednej ze szkół podstawowych. Ma ona mianowicie przeprawy z rodzicami - oburzonymi, że zwraca się do ich pociech za pomocą formuł typu Madziu!, Basiu!, Kasiu!, Jacku!, Zbyszku!, Janku!. Ma być: "Madzia!", "Basia!", "Kasia!", "Jacek!", "Zbyszek!", "Janek!".
Jeśli do tego dodam głosy wielu księży, którzy broniąc się przed moją krytyką coraz powszechniejszego nieodmieniania nazwisk w intencjach mszalnych, mówią, że robią tak, bo się boją parafian nie życzących sobie form z końcówkami fleksyjnymi, wyłania się z tego stan jakiejś aberracji językowej współczesnego polskiego społeczeństwa.
Media też mają w niej swój udział. Gdy polski piłkarz 50-lecia Gerard Cieślik kończył karierę w roku 1959, w prasie sportowej - pamiętam dobrze - pojawiły się nagłówki: Żegnaj, Gerardzie!. Kiedy w roku 2013 legendarny napastnik chorzowskiego Ruchu umarł, zobaczyłem w gazecie formę "Żegnaj, Gerard!" - przylegającą chociażby do takich tytułów dotyczących Adama Małysza i Justyny Kowalczyk, jak: Leć, Adam, leć!, Dziękujemy za wszystko, Adam!, Wszystkiego najlepszego, Adam!, Trzymaj się, Justyna!, Justyna, dziękujemy za medale!, Gratulujemy, Justyna!.
Identycznie zachowuje się większość dziennikarzy radiowych i telewizyjnych prowadzących programy informacyjne. Łącząc się ze swymi kolegami reporterami, posługują się oni z reguły formułami typu "Oddaję ci głos, Kasia", "Krzysztof, jaka sytuacja na autostradzie?", "Witaj, Przemek, możesz zaczynać relację", "Dzień dobry, Zosia! Jaka u was pogoda?".
Komentowanie "wołacza" "o, koń!" wydaje się żenujące. Pozostaje tylko gorycz, że ktoś nie odróżnia zawołań typu o, koń!, o, krowa!, o, byk! Od wołaczy sensu stricto koniu!, krowo!, byku!. Takie same mam odczucia wobec nieodmieniania nazwisk - nie tylko w intencjach mszalnych, ale i w protokołach sądowych, kondolencjach, dyplomach, dedykacjach.
Co do wołaczy imiennych zaś dopowiedzmy, żeby nie było nieporozumień: oczywiście, w wielu sytuacjach życiowych, takich chociażby jak rozgrywka sportowa, pozostawienie wołacza w postaci mianownikowej jest całkowicie uzasadnione. Trudno sobie nawet wyobrazić, że piłkarze nawołują się na boisku formami typu Gerardzie!, Erneście!, Włodku!, Januszu!, Marcinie!; to musi być krótszy, dynamiczniejszy artykulacyjnie ciąg Gerard!, Ernest!, Włodek!, Janusz!, Marcin!.
W tekstach pisanych i oficjalnych mówionych powinniśmy jednak zawsze wybierać stylistycznie staranniejsze wołacze z końcówkami: Tereso!, Agnieszko!, Marcinie!, Wiktorze!, Basiu!, Kasiu!, Adamie!, Justyno!. Tak właśnie się zachowująca w klasie nauczycielka zasługuje na gorącą pochwałę. Protestujących natomiast przeciwko temu rodziców wzywam do opamiętania.
Masłaś nie kupiła!
"Masłaś jeszcze nie kupiła!" - przypomniałem kiedyś Żonie podczas wspólnych zakupów. Stojąca obok pani, słysząc to wypowiedziane przeze mnie zdanie, nie mogła ukryć zdziwienia jego brzmieniem: "Masłaś nie kupiła - można tak??".
Dosłownie na drugi dzień dostałem list, którego nadawca był równie zdumiony następującym fragmentem tekstu prasowego: "Jam nie biskup zgoła, ale Kościół to też troszkę ja sam, więc com wyżej napisał, tom napisał". Oczywiście, wątpliwości wywołały formy jam, com, tom.
A przecież i modlitewne "łaskiś pełna" chyba już przegrało z wariantem "łaski pełna", choć ostały się na szczęście postacie "Zdrowaś, Mario" i "błogosławionaś Ty między niewiastami", w których końcówka -ś drugiej osoby liczby pojedynczej doczepiona jest do słów zdrowa i błogosławiona - tak jak w mojej wypowiedzi sklepowej do rzeczownika masła, w przykładzie prasowym natomiast mamy do czynienia z identycznym doczepieniem końcówki - tyle że pierwszej osoby liczby pojedynczej -m - do wyrazów ja, co, to.
Ale z owej możliwości doczepiania ruchomych końcówek czasownikowych do różnych wyrazów w zdaniu rodacy - zwłaszcza w tekstach pisanych, oficjalnych - korzystają coraz rzadziej, mało tego - coraz częściej wręcz są przekonani, że takie poczynania gramatyczne należy uznać za naganne, co potwierdzają opisane na początku dzisiejszego odcinka reakcje użytkowników polszczyzny. Tymczasem takie przesuwki są całkowicie poprawne i dopuszczalne, choć zgadzam się, że zastosowane w odniesieniu do pierwszej osoby liczby pojedynczej - patrz wyżej: com napisał, tom napisał - tworzą konstrukcje brzmiące coraz bardziej archaicznie.
Skąd się wzięła owa możliwość odrywania końcówek -m, -ś, -śmy, -ście od czasownika i dołączania ich do różnych wyrazów w zdaniu? Warto zapamiętać, że formy dzisiejszego czasu przeszłego wyewoluowały z dawniejszego czasu przeszłego złożonego, w którym odmiana wyglądała następująco: ja kupił jeśm, ja pisał jeśm - ty kupił jeś, ty pisał jeś - on kupił jest, on pisał jest - my kupili jeśmy, my pisali jeśmy - wy kupili jeście, wy pisali jeście - oni kupili są, oni pisali są. W pewnym momencie dziejów naszego języka w trzecich osobach obu liczb odpadły człony jest i są (mamy dziś: kupił, pisał, kupili, pisali), w osobach pozostałych natomiast oba człony składowe pierwotnego czasu przeszłego zlały się ze sobą i tak powstały dzisiejsze brzmienia: kupił jeśm, pisał jeśm zmieniły się w kupiłem, pisałem, kupił jeś, pisał jeś - w kupiłeś, pisałeś, kupili jeśmy, pisali jeśmy - w kupiliśmy, pisaliśmy, a kupili jeście, pisali jeście - w kupiliście, pisaliście.
Śladem prymarnej odrębności jeśm, jeś, jeśmy, jeście jest właśnie możliwość doczepiania powstałych z nich końcówek -m, -ś, -śmy, -ście do różnych wyrazów w zdaniu: masła jeszcze nie kupiłaś, ale równie dobrze masłaś jeszcze nie kupiła i masła jeszcześ nie kupiła, co napisałem, to napisałem, ale równie dobrze, choć - powtórzę: coraz bardziej archaicznie - com napisał, tom napisał.
Długowieczna tradycja stoi też za możliwością skorzystania z wariantów z przesuwanymi końcówkami typu: jam nie biskup - ja nie jestem biskupem, zdrowaś, Mario - zdrowa jesteś, Mario, łaskiś pełna - łaski jesteś pełna, błogosławionaś Ty - błogosławiona jesteś.
To jam - dopowiedzmy - mamy w starych tłumaczeniach Biblii: "Jam jest, który jest" (tłumaczenie formuły ehjeh aszer ehjech) - odpowiada Bóg na pytanie zadane mu przez Mojżesza o Jego imię (Księga Wyjścia 3, 14), "Pierwej niż Abraham był, Jam jest" - mówi Jezus (Ewangelia św. Jana 8, 58). Stefan Czarniecki z kolei, gdy w roku 1657 ominęła go buława hetmana polnego koronnego, ofiarowana Jerzemu Lubomirskiemu, miał powiedzieć: "Jam nie z soli ani z roli, jeno z tego, co mię boli, urosłem". Pamiętamy też wszyscy z Potopu Henryka Sienkiewicza: "Jam jest Andrzej Kmicic, chorąży orszański".
Młyna czy młynu?
Znajomi i studenci znają moje żartobliwe oświadczenie, że na pytania dotyczące końcówek -a, -u dopełniacza liczby pojedynczej rzeczowników rodzaju męskiego nie odpowiadam! Jest to bowiem taki przypadek gramatyczny, który dysponuje tylko jedną niezawodną regułą, mianowicie że wszystkie rzeczowniki żywotne mają końcówkę -a: Jana, Marcina, Wiktora, Huberta, ojca, brata, syna, wuja, stryja, bratanka, siostrzeńca, tokarza, nauczyciela, inżyniera, kota, psa, lwa, tygrysa, słonia, szczura, koguta, byka (tradycyjne wyjątki: wołu, bawołu, ale współczesne wydawnictwa poprawnościowe dopuszczają już w mowie potocznej formy woła, bawoła).
W odniesieniu do pozostałych rzeczowników dystrybucją końcówek -a, -u rządzi wyłącznie przyjęty zwyczaj, każący nam na przykład stworzyć dopełniacze lasera, komputera, reaktora, ale radaru; klonu, dębu, ale świerka; marca, czerwca, grudnia, ale roku, poniedziałku, wtorku; kwantu, ale kwarka; Chorzowa, Gdańska, Szczecina, Berlina, Paryża, ale Śremu, Ełku, Szczyrku, Londynu, Madrytu.
Bardzo wiele słów tej kategorii może w drugim przypadku przyjąć bądź końcówkę -a, bądź -u, na przykład krawata - krawatu, graba - grabu, wieczora - wieczoru, poranka - poranku, urywka - urywku, rausza - rauszu, foldera - folderu, fioka - fioku, włoka - włoku, włóka - włóku, rokfora - rokforu, hat tricka - hat tricku, walkowera - walkoweru, mostka - mostku, pulowera - puloweru, filara - filaru.
W kontekście ostatniej pary wariantów jestem właściwie bezradny wobec wtórnego, metaforycznego użycia tego słowa w dopełniaczu: czy ktoś nie załatwił sobie emerytalnego filara, czy filaru?!
W pewnym towarzystwie przeżyłem kiedyś spór na temat genetivu rzeczownika młyn: młyna czy młynu? Przewaga głosów była po stronie wariantu młyna, ale nie brakowało też opowiadających się za brzmieniem młynu. Pikanterii zaś temu dylematowi dodaje niekonsekwencja w ustaleniach słownikowych: oto większość leksykonów wskazuje postać młyna, ale są i takie, które jako wyłączną podają formę młynu. W tej sytuacji należy dołączyć ten rzeczownik do szeregu wyrazów, które w drugim przypadku mogą przyjąć obie końcówki - z kwalifikatorem "rzadziej" przy wariancie młynu.
Przy okazji tego gramatycznego sporu uświadomiłem sobie, że młyn - 'budynek z urządzeniami do mielenia i przerabiania zboża na mąkę, kaszę itp.' - wtórnie stał się podstawą paru frazeologizmów, takich na przykład jak diabelski młyn - 'karuzela w kształcie koła obracającego się pionowo', coś jest wodą na młyn - 'coś sprzyja planom, zamiarom, najczęściej złym, coś jest na rękę', a 'nawał pracy czy spraw do załatwienia oraz zamieszanie, gwar tym spowodowany' również nazywamy młynem.
Mnogość ryzyk
W prasowym wywiadzie Piotra Burasa z Ulrichem Beckiem, jednym z najbardziej znanych współczesnych socjologów, czytam: "Ocena ryzyka - kluczowa dziś kategoria polityczna - jest niezwykle trudna. Współczesne ryzyka są nieprzewidywalne. Ryzyka związanego na przykład z energią atomową nie da się obliczyć, przewidzieć ani skompensować".
Cenny to bardzo dla mnie fragment, bo zawierający formę gramatyczną od kilku lat wywołującą wiele kontrowersji, według mnie zaś pokazującą aż nadto wyraźnie, jak nieustannie należy konfrontować oficjalną, skodyfikowaną normę ze współczesnym stanem języka. Chodzi o użytą w pierwszym przypadku (mianowniku) liczby mnogiej postać ryzyka.
Wszystkie słowniki i wydawnictwa poprawnościowe informują, że rzeczownik rodzaju nijakiego (to) ryzyko (z niemieckiego Risiko - z włoskiego regionalnego risico) funkcjonuje tylko w liczbie pojedynczej. A i kiedy otwieram Internet, znajduję postacie singularne: analiza ryzyka, szacowanie ryzyka, percepcja ryzyka, zarządzanie ryzykiem, komunikacja ryzyka, socjologia ryzyka, ryzyko informatyczne, teoria ryzyka, ryzyko badań naukowych.
Formuły definicyjne też mają formy liczby pojedynczej: "Ryzyko w językach naturalnych oznacza jakąś miarę/ocenę zagrożenia czy niebezpieczeństwa wynikającego albo z prawdopodobnych zdarzeń, albo z możliwych konsekwencji podjęcia decyzji; najogólniej - ryzyko jest wskaźnikiem stanu lub zdarzenia, które może prowadzić do strat; jest ono proporcjonalne do prawdopodobieństwa wystąpienia tego zdarzenia i do wielkości strat, które może spowodować".
Ale zarówno wielość związków wyrazowych z ryzykiem, jak i rozbudowany charakter jego definicji wskazują, jak ważna jest to kategoria w czasach współczesnych. Dopowiem, że i w mojej akademickiej branży zaczynają powstawać komórki organizacyjne tejże kategorii poświęcone (patrz wyżej: ryzyko badań naukowych, a i ryzyko innowacji, ryzyko eksperymentu naukowego, ryzyko powtórzenia procedur badawczych itp.).
Jeśli do tego dodam wszystkie głosy telewidzów i innych użytkowników polszczyzny donoszących mi, że w ich zawodowym językowym obcowaniu potrzeba użycia formy liczby mnogiej typu te ryzyka, rodzaje ryzyk jest coraz częstsza, nie pozostaje mi nic innego, jak tylko uznać, że życie wymusiło na systemie gramatycznym naszego języka skorzystanie z tej jego gramatycznej oferty. Strukturalnie nic się tu "grzesznego" nie dzieje: skoro od serii oko (sieci, rosołu), słonko, okienko, zawiniątko, kolanko, udko urabiamy mianowniki liczby mnogiej oka, słonka, okienka, zawiniątka, kolanka, udka, to i od dołączonego do niej rzeczownika rodzaju nijakiego ryzyko identyczną postać pluralną - (te) ryzyka - stworzyć możemy!
I jeszcze jedno. Czasownik ryzykować wchodzi w tradycyjne związki składniowe z biernikiem: ryzykować życie, ryzykować zdrowie, ryzykować majątek. W ostatnich latach upowszechniły się też - być może pod wpływem rosyjskiego riskowat' czem - konstrukcje z narzędnikiem, czyli "ryzykować życiem", "ryzykować zdrowiem", "ryzykować majątkiem". Wydawnictwa poprawnościowe ciągle jednak przed nimi ostrzegają, uznając je za połączenia błędne.
"Narcyzi" czy "narcyzowie"?
W jednym z artykułów czytam: "Narcyzowie potrzebują, żeby cały świat ich pokochał, albo przynajmniej podziwiał". Czy poprawne jest brzmienie mianownika liczby mnogiej z końcówką -owie?
Z punktu widzenia strukturalnego nie jest to forma naganna. Wygłosowe -owie w pierwszym przypadku gramatycznym liczby mnogiej mamy przecież w takich formach, jak Arabowie, Persowie, Etruskowie czy Celtowie, a obok postaci Norwedzy występuje wariant Norwegowie - tak jak serii profesorzy, ambasadorzy, geolodzy, inżynierzy, pedagodzy, psycholodzy towarzyszy wariantywny ciąg profesorowie, ambasadorowie, geologowie, inżynierowie, pedagogowie, psychologowie. Uzus, czyli powszechny zwyczaj, w wypadku narcyza - 'mężczyzny zakochanego w sobie, zachwyconego swoją urodą' - opowiada się jednak zdecydowanie za pluralną formą mianownikową (ci) narcyzi - z końcówką -i, o czym informują wszystkie słowniki, w przytoczonym zatem na początku zdaniu to ona powinna się pojawić: Narcyzi potrzebują, żeby cały świat ich pokochał, albo przynajmniej podziwiał.
Narcyz - 'mężczyzna zakochany w sobie, zachwycony swoją urodą' (grecki Narkissos) - jest nawiązaniem do znanego z mitologii greckiej niezwykle pięknego młodzieńca, który za nieodwzajemnienie uczuć nimfy Echo ukarany został miłością do własnego odbicia w wodzie, a po śmierci zamieniony w kwiat, nazwany jego imieniem.
Narcyz - 'kwiat' - jest w polszczyźnie rzeczownikiem rodzaju męskiego (ten narcyz, a nie "ta narcyza"), z dopełniaczową końcówką -a (nie wręczono jej narcyza), z biernikiem równym albo mianownikowi, albo dopełniaczowi (wręczono jej narcyz albo wręczono jej narcyza), z mianownikiem liczby mnogiej z końcówką -y, a nie -e (tylko piękne narcyzy stały w wazonie) oraz z pluralnym dopełniaczem z końcówką -ów, a nie -y (tylko nie wręczono jej narcyzów).
A teraz zdanie: "Jeśli Trump dostanie nuklearne kody, jest szansa, że doprowadzi to do końca cywilizacji". Nie aprobuję w nim użycia rzeczownika szansa. Przecież kryje on w sobie pozytywne treści - to 'prawdopodobieństwo, możliwość powodzenia, sukcesu w jakiejś dziedzinie': szansa na sukces, szansa na zdobycie mistrzostwa, szansa wyleczenia, szansa poprawy. Możliwość końca cywilizacji, o którym się mówi w zacytowanym zdaniu, jest na pewno przeciwieństwem powodzenia czy sukcesu, cała konstrukcja powinna więc być przeredagowana: Jeśli Trump dostanie nuklearne kody, istnieje niebezpieczeństwo (duże prawdopodobieństwo), że doprowadzi to do końca cywilizacji.
Przy okazji proszę o logiczne używanie pary wyrazowej dzięki - przez. Pierwsze słowo jest przyimkiem zawsze informującym wraz z użytą po nim formą o faktach pomyślnych: dzięki tobie zdążyłem na pociąg, dzięki jej troskliwości wyszedł na ludzi, dzięki operacji wyzdrowiał, dzięki rodzicom mógł zwiedzić wiele krajów itp. Niestety, jakże często słyszę wypowiedzi typu "dzięki tobie spóźniłem się na pociąg". A przecież niezdążenie na pociąg nie jest zdarzeniem pomyślnym, zatem jedynie logiczna konstrukcja musi zawierać przyimek przez: przez ciebie nie zdążyłem na pociąg.
Nie jeźdź czy nie jeździj?
Pan L.T. z Łodzi na jednym z banerów w pewnym mieście zobaczył rozkaźnikową formę "Nie jeździj!". Postanowił do mnie napisać, bo opowiada się za wariantem "Nie jeźdź!". I ma rację, ponieważ od serii strukturalnie tożsamych czasowników jeździć, także pojeździć, ujeździć, zjeździć, bruździć, przygwoździć, pościć, (u)gościć, złościć (się), czyścić, rościć, pieścić słowniki i wydawnictwa poprawnościowe polecają utworzenie rozkaźników (nie) jeźdź, (nie) jeźdźcie, pojeźdź, pojeźdźcie, ujeźdź, ujeźdźcie, zjeźdź, zjeźdźcie, (nie) bruźdź, (nie) bruźdźcie, przygwoźdź, przygwoźdźcie, pość, pośćcie, (u)gość, (u)gośćcie, (nie) złość (się), (nie) złośćcie (się), czyść, czyśćcie, (nie) rość, (nie) rośćcie, pieść, pieśćcie. I tylko wulgarny czasownik bździć - 'puszczać wiatry, gazy; smrodzić' - musi mieć rozkaźniki bździj, bździjcie, z wygłosowymi cząstkami zawierającymi samogłoski; bez nich traci komunikacyjną rację bytu spółgłoskowe połączenie bźdź.
No i w ogóle od czasowników z wygłosowym -ić, -yć tryb rozkazujący tworzymy za pomocą cząstki -ij, -yj tylko wtedy, gdy rdzeń czasownika nie zawiera samogłoski, na przykład czcij, kpij, oclij, upstrzyj.
Spełniwszy obowiązek przypomnienia o zgodnych z normą postaciach rozkaźnikowych jeźdź, jeźdźcie, nie jeźdź, nie jeźdźcie, przylegających do odczuć pana L.T., nie mogę jednak nie powiedzieć, że coraz częściej widzę i słyszę warianty z cząstką -ij: "jeździj", "nie jeździj", "jeździjcie", "nie jeździjcie", i zwłaszcza te w drugiej osobie liczby pojedynczej aż tak bardzo mnie nie gorszą, są bowiem ucieczką przed trudną artykulacyjnie zbitką spółgłoskową -źdź-, a przede wszystkim - przed zderzeniem brzmieniowym z bezokolicznikiem jeść. Dlatego gdybym miał przewidywać przyszłe stany normatywne, widziałbym w nich miejsce dla wyrazistszych fonetycznie, a dziś uznawanych za błędne form "(nie) jeździj", "(nie) jeździjcie".
A skoro powiedziałem o trudnej artykulacyjnie wymowie, dodam, że właśnie z jej powodu funkcjonują rozkaźniki objaśnij, spulchnij, tęsknij, udowodnij, wzmocnij, zapchlij - tak jak dopuszcza się formy oboczne nie mądrz się - nie mądrzyj się, nie drażń - nie drażnij.
Nie dopuszcza się ich natomiast w wypadku rozkaźników czasownika deptać: za jedynie poprawne uznaje się postacie (nie) depcz, (nie) depczcie, a za błędne, choć pewnie nieco łatwiejsze w wymowie, "(nie) deptaj, (nie) deptajcie".
Na koniec trzeba powiedzieć, cytując odnoszące się do rozkaźników słowa Mirosława Bańki i Marii Krajewskiej z ich Słownika wyrazów kłopotliwych z roku 1994, że "odczucie trudności w wymowie bywa subiektywne, co nieuchronnie prowadzi do wahań i błędów".
Po lesie chodziły chłopaki
Oto fragment jednego z reportaży prasowych Ziemowita Szczerka z "Polityki": "Po lesie chodziły ubrane w pomarańczowe kamizelki chłopaki z nagonki, przez myśliwych fachowo zwanej naganką, i pohukiwały: o-hoo, e-hee, płosząc zwierzynę". A teraz wypowiedź pewnego młodego piłkarza z tego samego numeru czasopisma: "Chłopaki z mojego rocznika już pukali do pierwszego zespołu, trenowali z nim, wyjeżdżali na obozy, grali w sparingach".
W zacytowanych fragmentach widzimy dwa typy połączeń z formą chłopaki: w pierwszym z nich wchodzi ona w związki składniowe z czasownikami w postaciach niemęskoosobowych chodziły, pohukiwały (tak jak chodziły, pohukiwały - kobiety, dziewczyny, wilki, tygrysy), w drugim - z czasownikami w postaciach męskoosobowych (tak jak pukali, trenowali, wyjeżdżali, grali - sąsiedzi, chłopi, Szkoci, Włosi).
Poprawnościowa racja jest po stronie Ziemowita Szczerka: tak jak połączenia w jego tekście powinna wyglądać składnia konstrukcji drugiej, czyli "Chłopaki z mojego rocznika już pukały do pierwszego zespołu, trenowały z nim, wyjeżdżały na obozy, grały w sparingach". Kluczem zaś do zrozumienia tych niuansów syntaktycznych jest uświadomienie sobie, że w liczbie mnogiej od rzeczowników osobowych rodzaju męskiego możemy stworzyć ich warianty zachowujące się gramatycznie jak formy niemęskoosobowe, na przykład moi dobrzy sąsiedzi wyjechali, ale moje dobre sąsiady wyjechały, Ślązacy wybaczyli mi - Ślązaki wybaczyły mi (z przemówienia Jana Pawła II w Gliwicach w roku 1999), Szwedzi zagrali dobry mecz - Szwedy zagrały dobry mecz, chłopi zbuntowali się - chłopy zbuntowały się ("Zbuntujcież się, chłopy potężne" - znany fragment Przedwiośnia Stefana Żeromskiego). Nietrudno wyczuć walor stylistyczny tych postaci - wnoszą one do wypowiedzi aż nadto wyraźne silne natężenie emocjonalne.
Możemy się teraz zająć formami pluralnymi rzeczownika rodzaju męskiego chłopiec. Wariantem stylistycznie neutralnym są chłopcy. Gdyby po niego sięgnął Ziemowit Szczerek, z pewnością zbudowałby konstrukcję: "Po lesie chodzili ubrani w pomarańczowe kamizelki chłopcy", a wypowiedź młodego piłkarza mogłaby zawierać czasownikowe postacie męskoosobowe: "Chłopcy z mojego rocznika już pukali do pierwszego zespołu, trenowali z nim, wyjeżdżali na obozy, grali w sparingach".
O to jednak chodzi, że obaj autorzy stworzyli formę chłopaki, i dlatego Szczerek napisał w zgodzie z normą: "Po lesie chodziły ubrane w pomarańczowe kamizelki chłopaki", cytat drugi natomiast powinien się do pierwszego gramatycznie podciągnąć i - powiedzmy to raz jeszcze - przyjąć brzmienie: "Chłopaki z mojego rocznika już pukały do pierwszego zespołu, trenowały z nim, wyjeżdżały na obozy, grały w sparingach".
W pierwszym fragmencie mieliśmy jeszcze wariantywną parę nagonka - naganka. Pierwszy z tych wyrazów jest częstszy, bo w języku ogólnym funkcjonuje w znaczeniu 'zorganizowana kampania przeciwko komuś' i w znaczeniu 'napędzanie zwierzyny na stanowiska myśliwych', naganka natomiast w środowiskach łowieckich to zarówno owo 'napędzanie zwierzyny na stanowiska myśliwych', jak i 'zespół ludzi (naganiaczy), którzy - posuwając się tyralierą - płoszą zwierzynę i napędzają ją na stanowiska myśliwych'. Przy obu jednak tych znaczeniach naganki słowniki odsyłają też do tożsamej semantycznie, a częstszej w polszczyźnie standardowej nagonki - z o.
Postacie przywódcze
"To były postacie przywódcze" - mówi w jednym z wywiadów prasowych Jerzy Pilch o dawnych krytykach literackich - Kazimierzu Wyce, Janie Błońskim i Arturze Sandauerze. A na stwierdzenie interlokutora, że "literatura tworzona w czasach nowożytnych to jedynie przepisywanie mitów", reaguje przytaknięciem: "Właśnie tak". Ja z kolei zareagowałem bardzo ciepło i na Pilchowe postacie, i na właśnie tak. A dlaczego?
Formy postacie używam całe życie jako wyłącznej, choć wiem, że najpierw funkcjonowały w mianowniku liczby pojedynczej (te) postaci - z końcówką -i. Ponieważ jest ona jednak bardzo przeciążona, bo obsługuje dopełniacz, celownik i miejscownik liczby pojedynczej (nie widzę tej postaci, przyglądam się postaci, myślę o postaci), a także dopełniacz liczby mnogiej (nie widzę tych postaci), zgodnie z tendencją do maksymalnego zróżnicowania poszczególnych kategorii gramatycznych stworzono w pierwszym przypadku liczby mnogiej wariant postacie - z wyrazistą i lepszą, bo nie powtarzającą się w żadnym innym przypadku, końcówką -e. Ten właśnie wariant funkcjonował w moim domu rodzinnym, w szkole, wszędzie, jego - powtórzę - używam całe życie i kiedy byłem przekonany, że jest on bezdyskusyjnie zwycięski, powróciło do obiegu komunikacyjnego pierwotne brzmienie z końcówką -i, czyli postaci - zwłaszcza w języku literaturoznawców, krytyków teatralnych i filmowych, dziennikarzy, publicystów. Nie mogę go potępiać, skoro jest ono dopuszczalne jako wariant formy postacie, co nie zmienia jednak mego przekonania o jego mniejszej funkcjonalności, a i pewnej już dzisiaj sztuczności. Chwała więc Jerzemu Pilchowi za naturalniejsze i przylegające do żywej mowy postacie!
Z kolei moje ciepłe odczucia wobec wypowiedzianego przez pisarza właśnie tak biorą się stąd, że w takich sytuacjach komunikacyjnych większość rodaków wypowiada nieznośne "dokładnie", "dokładnie tak", będące dosłownym tłumaczeniem (znaczeniową kalką) angielskiego exactly. Ludzie ci odrzucili synonimiczne, zróżnicowane przytaknięcia tak, tak jest, jasne, oczywiście, naturalnie, owszem, pewnie, właśnie, właśnie tak. W zanadrzu mają już tylko manieryczne dokładnie. Pilch pokazał, że można inaczej!
Nie mogę niestety zaakceptować formy "żeśmy" ze zdania "Już całe okrążenie żeśmy zrobili od czasów Homera" - jakże kontrastującego z konstrukcją "Myślę, że tegośmy przed laty żadną miarą nie potrafili przewidzieć". W tej drugiej autor oderwał końcówkę 1. osoby liczby mnogiej -śmy od czasownika nie potrafili i dołączył ją do wyrazu tego. Wszystkim gorąco polecam taki manewr, bo on różnicuje gramatycznie i stylistycznie daną wypowiedź. Nie musimy więc zawsze powiedzieć ale ładnie zaśpiewaliście czy zagraliśmy dobry mecz; równie poprawne są warianty aleście ładnie zaśpiewali, ładnieście zaśpiewali, dobryśmy mecz zagrali. W zdaniu pierwszym natomiast -śmy nie jest doczepione do któregoś z wyrazów, tylko tworzy błędną zbitkę głoskową z że. Poprawne są tylko warianty: "Już całe okrążenie zrobiliśmy od czasów Homera", "Jużeśmy całe okrążenie zrobili od czasów Homera" i "Całeśmy już okrążenie zrobili od czasów Homera".
Półtrzecia roku
W Buddenbrookach Tomasza Manna - w tłumaczeniu Ewy Librowiczowej sprzed kilkudziesięciu lat - znajduję dwie następujące konstrukcje: "Minęło półtrzecia roku" i "Wyjął był ze skórzanej teki zeszyt i pochylony pisał swym cienkim drobnym pismem". Co to jest półtrzecia roku? - zapyta użytkownik współczesnej polszczyzny. Jaka była funkcja czasownikowych form typu wyjął był?
Liczebnik półtrzecia znaczy tyle, co 'dwa i pół', a zatem w tekście powieści Manna chodziło o minione dwa i pół roku. Przez wieki funkcjonował w naszym języku szereg półwtora, półtrzecia, półczwarta, półpiąta itd. - w znaczeniu 'jeden i pół', 'dwa i pół', 'trzy i pół', 'cztery i pół'. Ostała się z tego tylko postać półwtora, uproszczona fonetycznie do brzmienia półtora. Reszta - odeszła w językową przeszłość, okazała się komunikacyjnym balastem.
Z owym półtora mają rodacy ciągłe problemy, notorycznie mieszając rodzaje gramatyczne. A wydawałoby się, że to zupełnie proste: półtora roku, półtora miesiąca, półtora tygodnia, półtora litra - w rodzaju męskim, ale półtorej minuty, półtorej godziny, półtorej sekundy, półtorej doby - w rodzaju żeńskim.
A skoro się tu pojawił liczebnik półtrzecia - 'dwa i pół', dopowiedzmy, że nie zachował się także w języku polskim morfologiczny ciąg samokilk, samowtór, samotrzeć, samoczwór, samopiąć o znaczeniu 'ktoś z kilkoma towarzyszącymi osobami', 'ktoś z jedną osobą towarzyszącą', 'ktoś z dwiema towarzyszącymi osobami' itd. Obcujemy tylko z tytułem znanego układu rzeźbiarsko-malarskiego Święta Anna Samotrzecia. Samotrzecia, bo towarzyszą jej dwie osoby: córka Maria i wnuk Jezus. Przed paroma tygodniami znalazłem też modelowe pod tym względem zdanie w Czerwonych i czarnych Stendhala w tłumaczeniu Tadeusza Boya-Żeleńskiego: "Niebawem wszedł król samotrzeć z panem de la Mole i wielkim ochmistrzem".
Przejdźmy teraz do syntagm typu wyjął był, poszedł był, kupił był itp. I one wyszły z codziennego obiegu komunikacyjnego. Należały zaś do kategorii tak zwanego czasu zaprzeszłego (łac. plusquamperfectum), wprowadzającego do tekstu znaczeniowe uściślenie: oto z dwu czynności wykonywanych w przeszłości jedna była wcześniejsza - najpierw wyjął był zeszyt, a potem pisał (przykład z Buddenbrooków). Gramatyki mówiły o wskazywaniu przez plusquamperfectum następstwa czasów (łac. consecutio temporum).
Kiedy podczas jednego z wykładów inauguracyjnych mówiłem o wymarłych kategoriach gramatycznych, jeden z uniwersyteckich profesorów matematyki wyraził w prywatnej rozmowie żal, że odeszły one w przeszłość, a były tak precyzyjne. W historii języka zawsze ścierają się i zarazem dopełniają dwie tendencje: do precyzji i do ekonomiczności - odpowiedziałem. W wypadku przywołanych tutaj form gramatycznych silniejsza okazała się ta druga.
Staży albo stażów
W jednym z zakładów pracy bardzo skrytykowano kogoś, kto w piśmie urzędowym posłużył się dopełniaczem liczby mnogiej stażów. Oczywiście wszyscy upomnieli się o postać staży. Zdarzenie to utwierdza mnie w przekonaniu, że jeśli współczesny Polak ma do wyboru w tym przypadku gramatycznym jedną z dwu końcówek, a mianowicie -y albo -ów, na ogół wybiera tę pierwszą, bo wydaje mu się ona bezpieczniejsza.
I tak się stało w przywołanym kręgu osób ze stażem. Choć słowniki dopuszczają obie końcówki, tyle że -ów uznaje się za wariant rzadszy, osobę, która wybrała to wygłosowe -ów, potępiono. Jak widzimy, niesłusznie! Dopowiem w tym miejscu, że w jednym ze słowników uznaje się staż za rzeczownik bez liczby mnogiej, ale jest to ustalenie zupełnie nieżyciowe, rozmijające się z realnymi potrzebami komunikacyjnymi.
Wróćmy teraz do pluralnego dopełniacza rzeczowników rodzaju męskiego kończących się spółgłoską -ż. Taki słownikowy opis jak staż, czyli w drugim przypadku liczby mnogiej -y, rzadziej -ów, mają także: apanaż, bagaż, pejzaż, sabotaż, reportaż, papież, wojaż, miraż, krzyż, tatuaż. Równorzędną wariantywność znalazłem przy arbitrażu i wróżu: arbitraży albo arbitrażów, wróży albo wróżów. Tylko końcówkę -y poleca się przy hasłach kolaż (kompozycja artystyczna), trykotaż, stelaż: kolaży, trykotaży, stelaży. Za to stróż powinien mieć tylko dopełniaczowe pluralne brzmienie stróżów (wręcz ostrzega się przed postacią "stróży"!). Przyznają Państwo, że konsekwencji nie ma tutaj żadnej!
Dopuszczalną wariantywność w drugim przypadku znajdujemy również przy wielu rzeczownikach kończących się spółgłoskami cz, sz, l: palaczy - palaczów, słuchaczy - słuchaczów, kustoszy - kustoszów, koszy - koszów, wentyli - wentylów, kąkoli - kąkolów, badyli - badylów, drwali - drwalów, (święto) Trzech Króli (w nazwie święta Trzech Króli) - królów.
Wyrazy z wygłosowym -c mają już prawie wyłącznie dopełniaczowe -ów: zaskrońców, padalców, obrzydliwców, parszywców, młodzieńców, zgorzknialców. Utrzymuje się jeszcze forma zajęcy, a brzmienie zająców słowniki uznają za rzadsze.
Z kolei ciąg z wygłosowym -rz ma dziś prawie wyłącznie postacie z -y: pasterzy, pisarzy, dziennikarzy, tokarzy, ślusarzy, rymarzy, stolarzy, choć jeszcze w latach międzywojennych tak nie było, a w połowie wieku XIX stworzono znaną serię wydawniczą Biblioteka Pisarzów Polskich.
A dlaczego akurat z rzeczownikami męskimi kończącymi się spółgłoskami c, dz, cz, dż, sz, ż, rz, l mamy w drugim przypadku liczby mnogiej takie kłopoty? - zapytają Państwo. Ano dlatego - odpowiem - że wszystkie te spółgłoski były kiedyś miękkie. Gdyby takimi pozostały, mielibyśmy po nich w dopełniaczu końcówkę -i (taką jak w serii liści, gości, słoni, koni). Ponieważ stwardniały, pierwotne -i po nich występujące zmieniło się w -y (nie stało się tak tylko po spółgłosce -l), a później - kiedy świadomość ich pierwotnej miękkości zanikła zupełnie - zaczęto do nich doczepiać końcówkę -ów rzeczowników twardotematowych (domów, stołów, wozów, psów, kotów, lwów, tygrysów).
Gdy wydawało się, że zwycięstwo tej ostatniej końcówki jest przesądzone (jeszcze 100-80 lat temu), zaczął się swoisty renesans końcówki -y, którego potwierdzeniem jest zdarzenie opisane na początku tego odcinka.
Tę - naszę, tę - naszą, tą - naszą
W Żołtarzu przetłumaczonym przez Walentego Wróbla z Poznania, wydanym w Krakowie w roku 1539 (a żałtarz, żołtarz znaczył tyle, co 'psałterz'), można przeczytać: "Na wierzbach zawiesiliśmy gędźbę naszę" (czyli 'nasze instrumenty muzyczne') - z biernikową postacią naszę zaimka rodzaju żeńskiego nasza. W jednym z tekstów prasowych sprzed paru dni znajduję fragment: "Był faworytem do ubiegłorocznej Nagrody Bookera. Tę otrzymał jednak drugi z faworytów" - z biernikiem tę żeńskiego zaimka ta. Obie formy - i ta sprzed bez mała 500 lat, i ta współczesna - mają zatem jednakową końcówkę -ę, a gdybyśmy chcieli tę serię uzupełnić dawnymi biernikami pozostałych zaimków przymiotnych w rodzaju żeńskim, musielibyśmy przywołać brzmienia moję, twoję, naszę, waszę, tamtę - też z końcówką -ę.
Bo taki był początek dziejów biernika liczby pojedynczej zaimków przymiotnych rodzaju żeńskiego: otrzymywało się nie tylko tę nagrodę, ale i tamtę książkę - tak jak widziało się moję żonę, twoję siostrę, naszę matkę i waszę babcię.
Przymiotniki miały natomiast zawsze końcówkę -ą: otrzymywało się cenną nagrodę i ciekawą książkę, widziało się dobrą żonę, młodszą siostrę, starą matkę i cierpliwą babcię. Obowiązywała więc odmiana: otrzymałem tę cenną nagrodę, przeczytałem tamtę ciekawą książkę, zobaczyłem moję dobrą żonę, spotkałem twoję młodszą siostrę, odwiedziłem naszę starą matkę, podziwiałem waszę cierpliwą babcię - nieporęczna gramatycznie, bo oto dwie formy pełniące taką samą funkcję składniową przydawek (określeń rzeczowników) miały różne końcówki: zaimki przymiotne - -ę, a przymiotniki -ą.
Dlatego z punktu widzenia ekonomii językowej korzystna była zamiana pierwotnej zaimkowej końcówki -ę na przymiotnikową -ą, która się dokonała mniej więcej 200-150 lat temu. Od tej pory mówimy i piszemy: przeczytałem tamtą ciekawą książkę, zobaczyłem moją dobrą żonę, spotkałem twoją młodszą siostrę, odwiedziłem naszą starą matkę, podziwiałem waszą cierpliwą babcię, czyli tworzymy konstrukcje, w których obie przydawki mają taką samą końcówkę - -ą.
Dlaczego zaimek wskazujący ta stawia opór tej naturalnej ewolucji i w mówionych tekstach oficjalnych i w tekstach pisanych obowiązuje ciągle wariant tę - z końcówką -ę? Bo spośród wszystkich przywołanych tu dziś zaimków ten właśnie jest najczęstszy, a we wszystkich językach świata formy najczęściej używane zmieniają się najwolniej. Dlatego właśnie zaimek wskazujący ta "dowiózł" do współczesności stare biernikowe brzmienie tę.
To wtórne, czyli tą, dopuszcza się w nieoficjalnych, potocznych tekstach mówionych. Za kilkadziesiąt lat pewnie zyska ono status normy i w piśmie, i w mówionych tekstach oficjalnych. To dlatego zdecydowałem się w tym odcinku na nagłówek odsłaniający cały proces historycznojęzykowy i przyszłościowy: od tę naszę - przez tę naszą - do tą naszą.
Z oków czy z okowów?
"W artykule o Aleksisie Tsiprasie przeczytałam zdanie: "Chciał cały świat uwolnić z oków zgniłego kapitalizmu". Czy nie powinno być z okowów?" - pyta pani T.K. ze Złotoryi.
I ja na pewno częściej używam dopełniacza z końcówką -ów, ale nie mogę nie poinformować Państwa, że zarówno wydawnictwa przedwojenne, jak i współczesne za równie poprawny uznają wariant bezkońcówkowy, czyli oków, zaopatrując słownikowe hasło okowy (bez liczby pojedynczej) w odpowiednie przykłady: "Idę Kozaków z waszych okowów uwolnić" (Henryk Sienkiewicz, 1846-1916), "Psy, w noc zwolnione z oków, jęły szczekać na księżyc" (Jan Lemański, 1866-1933).
Jeśli się przywoła inne wyłącznie w liczbie mnogiej funkcjonujące rzeczowniki, zobaczyć można mniej więcej równowagę pomiędzy tymi dwiema możliwościami form dopełniaczowych, bo z jednej strony mamy postacie podchodów, zawodów, wczasów, wymiotów, podrobów, kalesonów, organów, schodów, ale z drugiej - sań, sanek, nożyczek, majtek, gatek, kajdan.
Okowy to oczywiście 'łańcuchy, kajdany' (zakuć kogoś w okowy, kruszyć okowy, rozbić okowy), ale przenośnie także 'to, co odbiera wolność lub możliwość ruchu', 'to, co więzi, krępuje, zniewala' (okowy przesądów, okowy ciemnoty, rzeka w okowach lodu).
Pierwotna ta okowa, która też uzasadnia wariantywny bezkońcówkowy dopełniacz liczby mnogiej oków (okowa - oków - tak jak krowa - krów, wdowa - wdów, trawa - traw, woda - wód), pochodzi od prasłowiańskiego czasownika ob-kovati - 'okuć', a ta od kovati - 'kuć, okuwać'. Domyślić się łatwo, że do tej samej rodziny wyrazowej należą kowal, kowadło, podkuć, podkowa, kuźnia.
A skoro mówimy dziś o rzeczownikach funkcjonujących wyłącznie w liczbie mnogiej, to chciałbym do nich dołączyć podroby - w niektórych słownikach opatrzone kwalifikatorem: częściej w liczbie mnogiej, w większości zaś leksykonów jako hasło nieobecne, bo figuruje singularny (ten) podrób w rodzaju męskim (podrobu, podrobowi, podrobem). Z punktu widzenia historycznego jest to zasadne, ze współczesnego - nie bardzo, bo - powtórzę - w komunikacyjnym obiegu są podroby z dopełniaczem podrobów.
I jeszcze jedno. W niniejszym odcinku - w parafrazie znaczeniowej okowów//oków - pojawiła się forma 3. osoby liczby pojedynczej czasownika więzić, a mianowicie więzi. A jak będzie w 1. osobie liczby pojedynczej? - spytał mnie ktoś niedawno na ulicy. W wypadku form trudniejszych, rzadziej używanych warto się podeprzeć wzorem odmiany częstszym. I tak strukturalnie tożsamy z czasownikiem więzić jest na przykład wyraz łazić, a zatem jeśli mamy proste dla każdego koniugacyjne brzmienia łażę, łazisz, łazi, łazimy, łazicie, łażą, to jedynie poprawne będą analogiczne postacie: więżę, więzisz, więzi, więzimy, więzicie, więżą.
"Z rozrosłymi barki, z otyłymi karki"
W jednym z tekstów publicystycznych przywołano fragment Ustępu III części Dziadów Adama Mickiewicza (1798-1855): "Spotykam ludzi z rozrosłymi barki, z piersią szeroką, z otyłymi karki". W języku codziennym użylibyśmy dzisiaj narzędnika liczby mnogiej z końcówką -ami: z rozrosłymi barkami, z otyłymi karkami. Mickiewicz natomiast posłużył się starym narzędnikiem liczby mnogiej rzeczowników rodzaju męskiego i nijakiego z końcówką -y - tak jak w Odzie do młodości: "Nowymi cię pchniemy tory" (a nie torami - jak powiedziałby współczesny Polak). A i w kolędzie Mizerna, cicha stajenka licha ze słowami Teofila Lenartowicza (1822-1893) mamy wers: "Z włosy złotymi, skrzydły białymi pod malowaną tęczą" (a nie z włosami, skrzydłami). W obiegowej komunikacji ta stara końcówka wariantywnie także się pojawia: dawnymi czasy, innymi słowy, przed dwoma laty.
Wspólną dla wszystkich rodzajów gramatycznych końcówkę -ami (stołami, szafami, lustrami) narzuciła deklinacja żeńska. Końcówki -i, -y, które obowiązywały w formach rodzaju męskiego i nijakiego, musiały obsłużyć jeszcze inne przypadki gramatyczne (chociażby mianownik i biernik liczby mnogiej i dawnej liczby podwójnej, na przykład barki, karki, tory, stoły, oczy, uszy), by je więc odciążyć, sięgnięto po wyrazistą, nie powtarzającą się w żadnym innym przypadku żeńską końcówkę -ami i ona jako wyłączna związana jest z narzędnikiem liczby mnogiej (z kilkunastoma wyjątkami typu końmi, liśćmi). Z punktu widzenia funkcjonalności komunikacyjnej był to więc proces bardzo korzystny.
W przywołanym dzisiaj tekście znalazły się jeszcze dwa fragmenty z formami różniącymi się od przeciętnych współczesnych zachowań językowych: "Trzepoce skrzydłami i zrywa się do lotu" oraz "Kształtuje się obraz Polski jako jakiegoś kotła, w którym stale bulgoce zupa nienawiści". Formy te to oczywiście trzepoce i bulgoce. Dziś większość Polaków wybiera brzmienia trzepocze, bulgocze, choć jeszcze Tadeusz Różewicz w jednym z wierszy napisał: "Czasem szepcemy...".
Kiedyś były to postacie wyłączne: trzepoce, bulgoce, szepcemy, szepcę, drepcę, chłepcę, dygocę - z uzasadnioną morfonologicznie wymianą t na c: trzepotać - trzepoce, bulgotać - bulgoce, szeptać - szepcę, szepcemy, dreptać - drepcę, chłeptać - chłepcę, dygotać - dygocę (jak kobieta - kobiecy, dziewczęta - dziewczęcy). Skoro uzasadnioną, to dlaczego wygrały warianty z cz - trzepocze, bulgocze, szepczemy, szepczę itd.?
Dał tu o sobie znać mechanizm przesadnej poprawności językowej - hiperpoprawności: ponieważ od wieków bardzo wyrazistą fonetycznie cechą większości gwar było tak zwane mazurzenie, czyli wymowa typu "syja", "zyto", "cysty", "zaba" (szyja, żyto, czysty, żaba), odmiana typu szepczę - szepczesz, bulgoczę - bulgoczesz, drepczę - drepczesz (z cz, a nie z c) zaczęła być odbierana jako lepsza, nie skażona fonetyczną ludowością. Taka jest przyczyna jej zwycięstwa!
Celownik w nieustannym odwrocie
Powtarzam przy każdej nadarzającej się okazji, że gdyby lista przypadków gramatycznych była ułożona według częstości ich występowania we współczesnych tekstach, celownik musiałby zajmować miejsce ostatnie, a nie trzecie (mianownik, dopełniacz, celownik... - łac. nominativus, genetivus, dativus... - ros. imienitielnyj, roditielnyj, datielnyj...). Potwierdzenie celownikowego regresu przynoszą rozliczne teksty mówione i pisane. Oto przykłady z ostatnich dni: "Kto sprawił dla pana największą radość?", "Stara się do nich dorównywać", "Stąd entuzjazm okazywany wobec nich na demonstracjach", "Dobra zabawa towarzyszy na naszych koncertach", "Oddał piłkę do Ribery'ego".
W przytoczonych fragmentach mamy przecież do czynienia ze stabilnymi - wydawałoby się - połączeniami z celownikiem: sprawić komuś, dorównywać komuś (czemuś), okazywać komuś (czemuś), towarzyszyć komuś (czemuś), oddać komuś (czemuś). Jednak doszło w nich do typowej zamiany syntagm z dativem na formy z wyrażeniami przyimkowymi. Typowej i nieuchronnej w toku ewolucji polszczyzny - dopowiem - ale w imię dobrze pojętej tradycji przywołam jednak konstrukcje ciągle uznawane za poprawne: "Kto sprawił panu największą radość?", "Stara się im dorównywać", "Stąd entuzjazm okazywany im na demonstracjach", "Dobra zabawa towarzyszy naszym koncertom", "Oddał piłkę Ribery'emu".
Skoro zaś napisałem wyżej o typowej i nieuchronnej ewolucji, pokażę przykłady pierwotnych połączeń z celownikiem zamienionych na syntagmy z wyrażeniami przyimkowymi. Oto jeszcze Józef Ignacy Kraszewski napisał w XIX wieku w Herod-babie: "Wyciągnęła mu rączkę", posługując się związkiem z celownikiem. Dziś możemy "wyciągnąć komuś rękę z kieszeni", ale na powitanie tylko "wyciągamy do kogoś rękę". W dawnej polszczyźnie możliwe były wyłącznie konstrukcje: "modlić się Panu", "gniewać się synowi", "zgrzeszyć przykazaniu", "weselić się złemu" - zamienione na współczesne: "modlić się do Pana", "gniewać się na syna", "zgrzeszyć przeciw przykazaniu", "weselić się ze złego".
Użycie wyrażenia przyimkowego we wszystkich tych przykładach jest rezultatem poszukiwania doskonalszego, dokładniejszego sposobu wyrażenia treściowo-składniowego stosunku czasownika i jego dopełnienia, przyimek bowiem jest dodatkowym elementem precyzującym i cieniującym, który specjalizuje ogólną zawartość dopełnienia przypadkowego przez poddanie jej zabiegowi analitycznemu.
A przecież trudno się pogodzić z wieloma zachowaniami gramatycznymi, w których omija się celownik - typu "dzień dobry dla państwa" czy "przypominam dla państwa" - zamiast dzień dobry państwu, przypominam państwu.
Cokolwiek by zrobił
Oto fragment pewnego doniesienia prasowego: "Bo w Moskwie są takie zasady, że czego by Putin nie zrobił, musi się to okazać sukcesem". A teraz cytat z jednego z tekstów prof. Michała Głowińskiego: "Jakkolwiek by się rzeczy układały, fakt wart jest zasygnalizowania". I jeszcze wypowiedź Václava Havla z jednego z jego esejów w tłumaczeniu Andrzeja S. Jagodzińskiego: "Jakkolwiek bym na to patrzył i z kimkolwiek bym rozmawiał, coraz bardziej sobie uświadamiam, że w dużej mierze nadzieja na jakąś sensowną przyszłość nas wszystkich zależy właśnie od Pańskiej decyzji". Dlaczego odradzam tworzenie konstrukcji na wzór pierwszego wypowiedzenia, zalecając zarazem branie przykładu z konstrukcji drugiej i trzeciej?
Mówiąc najprościej, dlatego, że zdanie z Putinem jest niezgodne z normą gramatyczną, dwa pozostałe zaś owej normie odpowiadają. Ale wyrażenie takiego stanowiska to stanowczo za mało. Nigdy zresztą nie uprawiałem tego typu językowego poradnictwa!
Polecając natomiast wszystkim gramatyczny wzór, którym w naszym dzisiejszym odcinku są zdania drugie i trzecie, zachęcam do jego aprobaty z powodów logicznych. Przecież tak bardzo niestety rozpowszechnione wśród użytkowników współczesnej polszczyzny połączenia typu "czego by nie zrobił", "jakkolwiek by się nie układały", "jakkolwiek bym na to nie patrzył", "z kimkolwiek bym nie rozmawiał" kryją w sobie w gruncie rzeczy znaczeniową sprzeczność samą w sobie, wprowadzoną przez partykułę przeczącą nie, dopuszczalną w składni rosyjskiej - dopowiem (nie dlatego, że w pierwszym zdaniu mowa jest o Putinie!!).
Jeśli początkowy człon tego rodzaju konstrukcji zapowiada objęcie swym zasięgiem wszystkich możliwości (przypadków) - cokolwiek, jakkolwiek, ktokolwiek - logiczny jest przecież nie element zaprzeczający tymże członom, lecz czasownik potwierdzający ową znaczeniową całość: cokolwiek by zrobił (a nie "czego by nie zrobił"), jakkolwiek by się rzeczy układały (a nie "jakkolwiek by się nie układały"), jakkolwiek bym na to patrzył (a nie "jakkolwiek bym na to nie patrzył" czy bijące wszelkie rekordy popularności "jak by na to nie patrzeć"!), z kimkolwiek bym rozmawiał (a nie "z kimkolwiek bym nie rozmawiał" albo "z kim bym nie rozmawiał").
Coraz bardziej irytujące mi
Wariantami nagłówkowej konstrukcji tego odcinka mogłyby być też postacie: "Coraz bardziej denerwujące mi", "Coraz bardziej działające na nerwy mi", a nawet "Wywołujące coraz większą wściekłość (furię, złość, gniew) mi".
Przywołałem je wszystkie, bo w jednym z artykułów publicystycznych znalazłem zdania: "Narracje te przywracają wkurzenie na świat" i "Wkurzenie to jest chyba już całkiem niepolityczne". Są one potwierdzeniem postępującej neutralizacji stylistycznej formy wkurzać się, a zarazem pogłębiającej się potocyzacji publicznych zachowań komunikacyjnych. Należę do pokolenia, które w wypowiedziach oficjalnych zdecydowanie to wkurzanie się odrzuca, bo jest ono przecież tylko nieco złagodzoną wersją wkurw... się. Na wykorzystanie czekają - celowo przeze mnie wymienione wyżej - zirytowanie, zdenerwowanie, wściekłość, furia, złość, gniew, też przecież wystarczająco ekspresyjne, ale nie będące złagodzonymi brzmieniowo wulgaryzmami.
Niestety, coraz większa liczba Polaków mówi i pisze o wkurzaniu się bez żadnych zahamowań, a młody dziennikarz w wywiadzie potrafi tę formę włożyć w usta starego profesora (nie moje - informuję dla porządku), chociaż ten ani razu w życiu jej nie użył (znany wypadek sprzed lat).
A dlaczego w tytule dzisiejszego odcinka irytację (złość, nerwy, furię, wściekłość) połączyłem z zaimkiem mi? Ano dlatego, że epidemia gramatyczna umieszczania go na początku zdań - pod akcentem - utrwala się w zastraszającym tempie. Oto "wkurzający się" autor w tym samym artykule napisał: "A mi moment oburzenia powrócił". Chwaląc go za oburzenie, dzięki któremu uniknął jeszcze jednego wkurzenia się, powiem ze smutkiem, iż nie jestem w stanie pojąć, jak można nie słyszeć, że na początku zdania - powtórzę: pod akcentem - musi się znaleźć forma pełna mnie: "A mnie moment oburzenia powrócił" - tak jak "Mnie zabrakło wyobraźni", "Mnie się wydaje, że...", "Mnie Jurek powiadomił, że wyjeżdża", "Mnie się to należy" itp.
Gdy jednak patrzę na hasło jednej z krzyżówek: "Już mnie kukułka nie zakuka", upominam się o krótsze mi: "Już mi kukułka nie zakuka" - tak jak jedynie poprawne są konstrukcje typu "Proszę o przyznanie mi urlopu od 1 do 31 lipca" czy "Proszę o przydzielenie mi garażu".
Dać Grand Pressa
Pan Karol Z. z Wrocławia w pewnym tekście publicystycznym znalazł zdanie: "Trudno dać Grand Pressa tabloidowym mediom". "Czy nie powinno być dać Grand Press? - pyta. I dodaje: - Przecież rzeczowniki nieżywotne mają czwarty przypadek gramatyczny równy pierwszemu, a nie drugiemu". A ja syntagmę dać Grand Press mogę zasilić zwrotami dać medal, dać order, dać dyplom, dać krzyż - też z biernikami rzeczowników żywotnych równymi mianownikom, a nie dopełniaczom. Solidaryzuję się więc z odczuciami gramatycznymi czytelnika, wyznając, że na pewno napisałbym i powiedział: "Trudno dać Grand Press tabloidowym mediom".
A przecież nie można nie analizować zacytowanego fragmentu gazetowego w oderwaniu od aż nadto wyraźnej tendencji do posługiwania się biernikiem równym dopełniaczowi nawet wtedy, gdy rzeczownik jest nieżywotny. Dzieci - gramatycznie także zawsze szczere, wyprzedzające przyszłe stany językowe - nagminnie tworzą połączenia w rodzaju "zawiąż buta", "wytrzyj nosa", "kup komputera", a nie zgodne z normą zawiąż but, wytrzyj nos, kup komputer. Od lat status postaci poprawnych mają syntagmy palić papierosa, tańczyć walca, tańczyć twista, kupić opla, dostać mercedesa, wygrać gema, przegrać seta, grać w tysiąca, grać w brydża, grać w remika, wziąć pilota (urządzenie do przełączania kanałów telewizora), a dopuszczalnych wariantów - także "dopełniaczowe" bierniki zjeść sznycla, kotleta, banana, ananasa, wysłać esemesa, dostać maila (obok postaci z biernikiem równym mianownikowi, czyli zjeść sznycel, kotlet, banan, ananas, wysłać esemes, dostać mail). Zdecydowana większość rozmawia już też przez Skype'a i prowadzi bloga - tak jak mówi i pisze zdobyć hat tricka, uzyskać walkowera, choć jeszcze niedawno temu słyszało się i widziało prawie wyłącznie formy zdobyć hat trick, uzyskać walkower. Ja ciągle polecałbym bestseler, tymczasem na okładce pewnej książki zobaczyłem zdanie: "polecamy następnego bestselera".
Przykłady mógłbym mnożyć. Wypada mi dlatego powtórzyć: przywołane zdanie z syntagmą dać Grand Pressa to doprawdy gramatyczny znak czasu.
Ku takiemu stanowi zmierza zresztą ewolucja biernika liczby pojedynczej rzeczowników męskich. Proszę sobie wyobrazić, że na początku był on równy mianownikowi i w odniesieniu do rzeczowników nieżywotnych, i do żywotnych: widziało się na przykład nie tylko dom, stół, wóz czy piec, ale i ojciec, syn, brat, pies, kot, szczur. Później uruchomiono fleksyjnie rzeczowniki żywotne, które przyjęły biernik równy dopełniaczowi. Od tego czasu widzi się ojca, syna, brata, psa, kota, szczura. Ale i zaczyna przybywać rzeczowników nieżywotnych z czwartym przypadkiem równym pierwszemu, że raz jeszcze przywołam połączenia palić papierosa, tańczyć walca, kupić opla itd. Jak się zachowują dzieci i my wszyscy, ludzie współcześni, już pisałem.
Dla porządku tylko dopowiem, że śladem pierwotnych bierników - nawet rzeczowników żywotnych - równych mianownikowi są konstrukcje na koń! (stara komenda ułańska) i wyjść (wychodzić) za mąż (bo poza nią mamy bierniki "dopełniaczowe": kryć się za męża, chować się za męża, odpowiadać za męża, ręczyć za męża itp.).
Grać w hokeja
Z listu pana B.W. z Gdańska: "Przed paroma dniami przeczytałem w jednym z tekstów prasowych: "Grał w piłkę, w hokej na trawie i w hokej na lodzie". Coś mi nie brzmią te bierniki równe mianownikowi. Powiedziałbym i napisałbym: "Grał w hokeja na trawie i w hokeja na lodzie"".
I ja stworzyłbym takie postacie, Szanowny Czytelniku: grał w hokeja - tak jak grał w tenisa, grał w ping-ponga, grał w golfa, grał w pokera, grał w brydża, grał w tysiąca, grał w remika, grał w skata, grał w cymbergaja, grał w palanta, grał w berka, grał w szczypiorniaka, grał w kosza (= w koszykówkę). Od czasu do czasu jednak użytkownicy polszczyzny przypominają sobie jedną z pierwszych przyswajanych w szkole reguł gramatycznych - o bierniku nieżywotnych rzeczowników rodzaju męskiego równym mianownikowi i o bierniku żywotnych rzeczowników rodzaju męskiego równych dopełniaczowi. Skoro hokej należy do pierwszej z przywołanych wyżej kategorii, należy "grać w hokej" - rozumują. Podporządkowując się tej samej regule, niektórzy sprawozdawcy sportowi powiedzą: wygrać (przegrać) set, wygrać (przegrać) gem.
Tymczasem w wypadku połączenia wyrazowego z hokejem status jedynie poprawnej konstrukcji ma syntagma grać w hokeja (na trawie, na lodzie), składniowo uzupełniająca przytoczony wyżej - jakże liczny - szereg "grać w + biernik równy dopełniaczowi", a i za naturalniejsze uznaje się zwroty wygrać (przegrać) seta, wygrać (przegrać) gema, choć dopuszcza się warianty wygrać (przegrać) set, wygrać (przegrać) gem.
Z pierwszego szeregu długo wyłamywał się bilard, bo wszystkie wydawnictwa poprawnościowe kazały nam grać w bilard. Śmiem twierdzić, że ten składniowy wyjątek nie miał prawa się ostać i bardzo rozsądnie uczynił prof. Andrzej Markowski, dopuszczając w swym Nowym słowniku poprawnej polszczyzny PWN z roku 1999 - na razie z kwalifikatorem potoczności - syntagmę grać w bilarda. Ona już dzisiaj jest prawie wyłączna!
W języku sportowym za mojego życia doszło także do zastąpienia pierwotnych połączeń zdobyć (strzelić) hat trick, zdobyć (uzyskać) walkower postaciami z biernikiem równym dopełniaczowi: zdobyć (strzelić) hat tricka, zdobyć (uzyskać) walkowera.
Już bardzo mało osób zachowuje się w zgodzie z normą i wyrywa ząb, usuwa ząb. Zdecydowanie częściej widzi się i słyszy połączenia wyrwać zęba, usunąć zęba.
No a już dzieci, których zachowania komunikacyjne są swoistą projekcją języka jutra, tworzą prawie wyłącznie bierniki równe dopełniaczowi: "zawiąż buta", "wytrzyj nosa", "kup komputera" - na razie dalekie od statusu normy (zawiąż but, wytrzyj nos, kup komputer). Ale czy tak będzie zawsze? Przecież już od dawna kupujemy tylko opla, fiata, mercedesa, trabanta, wartburga, poloneza!
Jest 500 milionów, 3 miliony korzystały
Spytała mnie ostatnio pewna lektorka języka polskiego, jak ma wytłumaczyć cudzoziemcowi uczącemu się naszego języka ewidentną nielogiczność liczebnikowo-czasownikową tkwiącą w takim chociażby zdaniu z wywiadu prasowego: "Jest nas w Europie 500 milionów, a tylko 3 miliony z programu Erasmus korzystały"? Przy związku wyrazowym 500 milionów mamy czasownik w liczbie pojedynczej jest, przy syntagmie 3 miliony - pluralną postać korzystały. Doskonale ten dydaktyczny ból rozumiem, bo stykałem się z nim bez przerwy przez dwa lata swojej pracy dydaktycznej na Uniwersytecie Wilhelma w Münster (w latach 1975-1977).
By tę dziwność wytłumaczyć, musimy nawiązać do historii języka. Otóż liczebniki to kategoria gramatyczna, która ostatecznie ukształtowała się dopiero w XIX wieku. Proszę zatem spróbować sobie wyobrazić, że jeden to był najpierw zaimek (dlatego i dziś jeszcze możemy powiedzieć "jeden chłopiec na ciebie czeka", "to jedna dziewczyna zrobiła", "jednego razu odwiedzili mnie nieznani ludzie", a w zdaniach tych forma jeden jest oczywistym zaimkiem nieokreślonym!), dwa, trzy, cztery - to dawne przymiotniki, a pięć, sześć, siedem, osiem, dziewięć, dziesięć oraz sto - to prymarne rzeczowniki.
Jeśli zatem dwa, trzy, cztery to dawne przymiotniki, to tak jak mówimy na przykład ładne domy (stały), powiemy także dwa, trzy, cztery, domy (stały) - z czasownikami w liczbie mnogiej, te liczebniki natomiast, które kiedyś - jak powiedzieliśmy wyżej - były rzeczownikami, czyli pięć, sześć itd., zachowują się w zdaniu jak rzeczowniki: gdy towarzyszy im drugi rzeczownik, to występuje on w drugim przypadku (dopełniaczu) - jak na przykład w połączeniach grupa kolegów (wyjechała), zespół uczniów (wyjechał), a w składniowy związek z tymi wyrażeniami wchodzą czasowniki w liczbie pojedynczej.
Jeśli sobie to wszystko uświadomimy, a - powtórzę - wymaga to pewnego wysiłku, łatwiej zaakceptujemy konstrukcje z przywołanego wywiadu prasowego - typu jest 500 milionów, 3 miliony korzystały.
Identycznie jak siedem czy czternaście - dopowiedzmy dla porządku - zachowują się w zdaniu wyrazy dużo, mało, kilka, kilkadziesiąt itp. - wymagają one dopełniacza i czasownika w liczbie pojedynczej (dużo osób przyszło, mało uczniów wyjechało, kilka domów stało przy tej ulicy, kilkadziesiąt domów stało przy tej alei).
A że kluczem do zrozumienia wszelkich stanów językowych jest frekwencja, powiedzmy na koniec i to, że ponieważ połączeń typu pięć, sześć, siedem, osiem osób przyszło jest więcej od tych z liczebnikami z przedziału od dwu do czterech (dwie, trzy, cztery osoby przyszły), bardzo często i te ostatnie traktujemy jak związki rządu - z rzeczownikiem w dopełniaczu i czasownikiem w liczbie pojedynczej, na przykład "padło cztery bramek" (dosłowne przytoczenie wypowiedzi jednego z naszych trenerów piłkarskich) - zamiast padły cztery bramki.
Proszę się także przyjrzeć gotowym formułom na różnego typu drukach urzędowych, blankietach, świadectwach szkolnych - typu: "przybyło ... osób", "bieg ukończyło ... zawodniczek" "opuścił ... godzin szkolnych". Jak widać, otwarte są one na przyjęcie tylko liczebników od pięciu wzwyż, tworzących z tymi formami związki rządu, a wywołujących - zwłaszcza u cudzoziemców - tyle kontrowersji.
Mieć pecha i fart
W znanej powieści Petera Esterhazyego Harmonia caelestis, przetłumaczonej z języka węgierskiego przez Teresę Worowską, znajduję zdanie: "Jeden miał pecha, a drugi farta". Wszystkie słowniki języka polskiego informują, że pech ma biernik równy dopełniaczowi: mieć pecha, fart natomiast - pochodzący z niemieckiego Fahrt - 'jazda', potoczne określenie 'sprzyjającej okoliczności, powodzenia, szczęścia' - w czwartym przypadku równy jest mianownikowi: mieć, stracić fart, w drugim natomiast - ma końcówkę -u: fartu (nie mieć fartu).
Jak więc widać, tłumaczka zdecydowała się na całkowite fleksyjne zrównanie rzeczowników pech i fart: jeden miał pecha, a drugi farta. Pozostawałaby w zgodzie z normą, gdyby się zdecydowała na konstrukcję jeden miał pecha, a drugi fart. Ja jednak nie zżymam się na jej postępowanie gramatyczne, owszem - jestem pewien, że tak samo zachowałaby się przy budowie przytoczonego zdania absolutna większość rodaków. A dlaczego?
Przypominając o ciągle obowiązującej regule, która mówi, że biernik rzeczowników żywotnych równy jest dopełniaczowi (widzieć brata, ojca, syna, psa, kota, lwa), a nieżywotnych - mianownikowi (widzieć dom, słup, wóz, płot), nie mogę nie powiedzieć, że liczba form nieżywotnych, które mimo takiego charakteru mają czwarty przypadek równy drugiemu, wzrasta w bardzo szybkim tempie i to one przyciągają w sferę swego oddziaływania inne formy. Od dawna przecież status normy mają takie połączenia, jak właśnie mieć pecha, palić papierosa, kupić opla (fiata, wartburga, mercedesa, poloneza), tańczyć walca (kujawiaka, mazura, krakowiaka, twista), wygrać gema, przegrać seta, grać w tysiąca (w brydża, w pokera, w remika, w berka), strzelić gola, położyć pilota (na stole), jeść arbuza (melona, kotleta, sznycla) - obok jeść arbuz (melon, kotlet, sznycel). Za poprawne uznaje się już także syntagmy wysłać SMS-a (albo esemesa) - obok wysłać SMS (esemes); dlatego również dopuszczam połączenia wysłać maila//mejla - obok wysłać mail//mejl.
W aspekcie historycznojęzykowym zaś ewolucja biernika liczby pojedynczej rzeczowników rodzaju męskiego zmierza ku stanowi, którego przejawem są wszystkie syntagmy przywołane w poprzednim akapicie. Początkowo czwarty przypadek wszystkich rzeczowników rodzaju męskiego - żywotnych i nieżywotnych - równy był przypadkowi pierwszemu (z tego okresu zachował się - dlatego że jest bardzo często używany - zwrot wyjść, wychodzić za mąż). Potem uruchomiono fleksyjnie rzeczowniki żywotne, które w bierniku stały się równe dopełniaczowi (kryć się za męża, ręczyć za męża, odpowiadać za męża). A jeszcze później zaczęły do tej grupy dołączać rzeczowniki nieżywotne (patrz wyżej - mieć pecha, palić papierosa, kupić opla itd.). I ten proces trwa, stąd - mieć farta!
Najspontaniczniej ulegają mu dzieci, których język - jak wiadomo - jest swoistą projekcją języka jutra. Wszyscy rodzice mogą to potwierdzić przeogromną liczbą przykładów - typu "wytrzyj nosa", "zawiąż buta", "kup komputera" itp.
O ruchomym się
Przed paroma laty spotkałem się w kawiarni Czytelnika w Warszawie z Januszem Głowackim. Powiedziałem mu wtedy, że przy każdej nadarzającej się okazji zachęcam wszystkich, by brali przykład z jego bardzo dobrego nawyku składniowego, jakim jest wysuwanie zaimka zwrotnego się przed czasownik: "Ale żeby się tam dostać, trzeba było mnóstwa zezwoleń", "Zapytali, jak się nazywał", "Więc Anita w mojej sztuce ma się na co powołać i może się kierować tylko własnym moralnym instynktem" (Z głowy, Świat Książki, Warszawa 2004). Pisarz z uśmiechem dopowiedział, że umieszcza się nawet na początku zdania, co i ja zauważyłem, a czego polecać już nie mogę, skłonność tę traktując w konwencji stylistycznego żartu.
Wracając zaś do przykładów z książki Janusza Głowackiego, dodam, że jestem przekonany, iż absolutna większość współczesnych Polaków umieściłaby się po czasownikach ("Ale żeby tam dostać się, trzeba było mnóstwa zezwoleń", "Zapytali, jak nazywał się", "Więc Anita w mojej sztuce ma na co powoływać się i może kierować się tylko własnym moralnym instynktem"), czego nie można uznać za gramatyczny błąd, ale co trzeba nazwać wyborem gorszego wariantu (bardzo niefortunne jest się zwłaszcza na końcu wypowiedzi - typu "Po odejściu od kasy reklamacji nie uwzględnia się"; od dzieciństwa przestawiam zawsze w myślach ten szyk wyrazowy: "Po odejściu od kasy reklamacji się nie uwzględnia").
W językach ruskich (białoruskim, rosyjskim i ukraińskim) ten zaimek zwrotny obligatoryjnie występuje po czasowniku, co doskonale zauważył Krzysztof Gedroyć w swej wystylizowanej na język polsko-białoruskiego pogranicza książce Piwonia, niemowa, głosy (Wydawnictwo Nowy Świat, Warszawa 2012): "I tak nie dowiesz sie, jak ze Stasio było", "Ty w ogóle nie spodziewasz sie", "A wszystko, co zaczyna sie, skończyć musi sie", "Nikt nas nie spytał sie", "Piwonia z rozpięto koszulo wychylała sie", "Tak i my zeszli sie", "Wszystko wtenczas dziwne wydaje sie", "A u mnie także samo dziwne rzeczy w życiu powydarzali sie", "Ja nie móg od jej odczepić sie". To przykłady z jednej tylko strony książki, przytoczone w oryginalnej pisowni. Pomnożyć je można przez 270, bo tyle stron ma książka Gedroycia.
Pisarz doskonale uchwycił też kolejną cechę gwar tamtego językowego pogranicza - składniową nieobecność celownika: "Nie dowiesz sie, póki ja dla ciebie nie powiem", "Starsze zawsze dla mnie podobali sie", "Kto dla nas nakazał, żeby my tu rodzili sie?", "Nie pisane było dla Tolika spokojnie z matko pożyć", "Wtenczas dla jego pierwszy raz w głowie zaświtało", "On, Tolik, lubi dla Zubrzyckiego podobać sie?", "Na złość dla ich do PZPR zapisał sie", "Daj ty dla dzieciaków spokój!", "Ojca dla ich odbierzesz", "Dla Leona niczego zrobić nie mogli, bo on do niczego nie przyznał sie", "I po ciemku pod blokiem manto dla jego spuścili". Oczywiście, zgodne z normą są syntagmy z trzecim przypadkiem: póki ja CI nie powiem, zawsze podobali MI się, kto NAM nakazał?, nie pisane było TOLIKOWI, pierwszy MU raz w głowie zaświtało, lubi się ZUBRZYCKIEMU podobać, na złość IM, daj DZIECIAKOM spokój, ojca IM odbierzesz, LEONOWI niczego zrobić nie mogli, manto MU spuścili.
Zachowując odpowiednie proporcje, trzeba przy tej okazji powiedzieć, że i w języku ogólnym frekwencja celownika w bardzo szybkim tempie maleje. "Przypominam dla państwa", "będą służyć na wsparcie", "należy się dla niego" - zamiast przypominam państwu, będą służyć wsparciu, należy mu się - to przykłady pierwsze z brzegu, zanotowane dosłownie w ostatnich dniach.
Odnośnie do czegoś
Za każdym razem wyrażam wielką radość, kiedy uczestnicy telewizyjnego programu Słownik polsko@polski zwracają się do mnie ze słowami: "Mam pytanie odnośnie do..." - z zastosowaną w takich konstrukcjach składnią odnośnie do czegoś.
Także w książce Odkrywając wolność. Przeciw zniewoleniu umysłów (Zysk i S-ka Wydawnictwo oraz Forum Obywatelskiego Rozwoju, 2012) - fascynującym zbiorze tekstów w wyborze i ze wstępem prof. Leszka Balcerowicza - znajdowałem fragmenty z tą właśnie syntagmą: "Nie daje żadnych precyzyjnych wskazówek odnośnie do sposobów i natężenia socjalnej interwencji państwa", "Trwają fundamentalne spory odnośnie do tego, jaki moment należy przyjąć za początek istnienia człowieka", "Fundamentalne spory teologiczne i ideologiczne odnośnie do tego, kto powinien rządzić, prowadzą wyłącznie do katastrofy", "Taki pogląd wywoła często wyrażane zastrzeżenia odnośnie do systemu dwupartyjnego".
Wyrażona zaś na początku tego odcinka radość bierze się stąd, że absolutna większość użytkowników polszczyzny posługuje się wyrażeniem "odnośnie czegoś" - ciągle jednak uznawanym za błędne. Źródłem zaś mojej radości jest logiczne myślenie tych wszystkich, którzy wybierają zgodną z normą składnię odnośnie do czegoś: skoro wszyscy posługujemy się zwrotem odnosić się do czegoś, racjonalna i funkcjonalna jest obecność przyimka do w pokrewnej syntagmie odnośnie do czegoś.
Nie mogę przecież nie powiedzieć i tego, że autorzy słowników i poradników poprawnościowych, zalecając poprawną składnię z do, uświadamiają rodakom, że można się posłużyć innymi wariantami konstrukcyjnymi to samo znaczącymi. I tak w Nowym słowniku poprawnej polszczyzny PWN z roku 1999 pod redakcją prof. Andrzeja Markowskiego można przeczytać: "Odnośnie do najmłodszego przestępcy (lepiej: w stosunku do najmłodszego przestępcy) sąd złagodził wymiar kary", "Uwagi odnośnie do ostatniego punktu obrad (lepiej: co do ostatniego punktu obrad)". A Mirosław Bańko i Maria Krajewska w Słowniku wyrazów kłopotliwych z roku 1994 piszą: "W wydawnictwach poprawnościowych konstrukcja odnośnie czegoś uchodzi za zbyteczny rusycyzm, który można zastąpić wyrażeniami odnośnie do czegoś, w odniesieniu do czegoś, w stosunku do czegoś, wobec czegoś lub mniej oficjalnymi: w sprawie czegoś i co do czegoś. Czasem zresztą krytykowane wyrażenie daje się w ogóle pominąć, na przykład konstrukcję "Ukazują się dwie lub trzy recenzje odnośnie każdej wystawianej pozycji repertuarowej" można poprawić następująco: "Ukazują się dwie lub trzy recenzje każdej wystawianej pozycji repertuarowej" (lub jeszcze lepiej i prościej: "... dwie lub trzy recenzje każdego przedstawienia")".
Ona mądra jest
Od pewnego czasu obserwuję aż nadto wyraźną skłonność do posługiwania się szykiem przestawnym, odbiegającym od codziennego, naturalnego porządku słów w zdaniu. Szczególnie częstym zabiegiem jest umieszczanie czasownika-orzeczenia na końcu wypowiedzi, na przykład: "Szkoła po reformie. Polacy szaleńczo odważni są!". Z dużym natężeniem takich struktur składniowych zetknąłem się ostatnio w jednym z felietonów mego ulubionego pisarza Janusza Rudnickiego: "Siedzę sobie na Morawach i pięknie jest", "Puszcza do mnie oczka pianka od piwa, cudnie jest", "Zaprawdę, powiadam wam, pierwszorzędnie jest", "Ona mądra jest", "Przez Kędzierzyn, słoiki od mamy wziąć i w domu jeść, a nie po barach się tułać, czas tracić, pieniądze tracić, głupim być", "Mieszane uczucia mam", "Jak kanał odbytu się czuję". Kiedy rozmawiam o tej tendencji z synem, ten mi podpowiada, że takim porządkiem wyrazowym posługiwał się w polskiej wersji językowej jeden z bohaterów Gwiezdnych wojen - Yoda: "Dlatego porażkę poniosłeś", "Zaiste, cudowny umysł dziecka jest", "Wojna nikogo wielkim nie czyni", "Zgodę swoją Rada ci daje, uczniem Skywalker twoim będzie", "Ciemną stronę w tobie wyczuwam", "Śmierć naturalną częścią życia jest", "Potężnym sprzymierzeńcem ona jest". W czasach pogłębiającej się globalizacji wpływu tego bohatera zbiorowej wyobraźni na zachowania użytkowników współczesnej polszczyzny wykluczyć nie można.
Inwersję, czyli szyk przestawny, często stosuje inny mój ulubiony autor - Krzysztof Varga, a potwierdzenie tej skłonności znajdowałem chociażby w każdym jego felietonie "Dużego Formatu Gazety Wyborczej": "Pod osłoną ciemności swoje zbrodnicze plany knuje", "Nigdy nie widziałem, żeby zombi Nocnego Króla po jakieś księgi sięgali", "Jedynie po to, aby ten przed nią na kolana padł i hołdy złożył", "Zapewne przyczyna w tym leży", "Nieustanny taniec trumien się w Polsce odbywa".
Przed paroma laty pisałem w "Orbis Linguarum" i mówiłem w telewizyjnej Ojczyźnie polszczyźnie o inwersji - ulubionym zabiegu stylistycznym prof. Leszka Kołakowskiego (1927-2009), doktora honoris causa naszego Uniwersytetu Wrocławskiego: "To już samo przez się pewne podejrzenie budzi", "W ten sposób następuje kumulacja prawdy lub tego, co za wiedzę prawdziwą uważamy", "Wiele dzisiejszych teorii już to od Hume'a, już to od Nietzschego się wywodzi", "Trudno było utraconą prawdę odtworzyć", "To nas w pychę tylko wbija", "Ktoś mi powiedział, jak moglibyśmy poszukiwanie Boga wykryć", "Świat jest wyposażony w sens, którego my nie możemy z własnych doświadczeń wydobyć", "Ale i życzenia jednostek także są w tych kategoriach wyrażane", "Chodziło o koncesje mniej czy bardziej chętnie przez władców czynione", "Jak to się stać mogło?", "O Bogu nic dosłownie powiedzieć nie można", "Czyż możemy do archiwum pamiątek czcigodnych włożyć?".
W przywołanym na początku tego odcinka felietonie Janusz Rudnicki kapitalnie a dowcipnie posłużył się także fragmentami tekstowymi z piosenek Czesława Niemena: "Ze dwieście osób nas, dużo jak na "miasto moje, a w nim", "Idę na oślep, bo "czas jak ścieki, jak ścieki płynie"" (żartobliwa modyfikacja oryginalnego "czas jak rzeka, jak rzeka płynie"), "Tam dalej jest: "Do dni dzieciństwa wraca moja myśl", ach, ten Niemen...".
Jest i cytat z przedwojennego szlagieru: "Ścieki nagle po szyję, dodaję sobie otuchy, śpiewając "Ach, jak przyjemnie kołysać się wśród fal"".
A mnie łatwiej żyć, obcując z językiem ludzi inteligentnych, obdarzonych wspaniałym poczuciem humoru.
Pełny, pełny, pełny!
Zdecydowałem się na taki tytuł niniejszego odcinka, czyli na trzykrotne powtórzenie wyrazowe, bo wyjątkowo irytujące jest w ostatnich latach błędne posługiwanie się przez rodaków formą pełen zamiast pełny. Tylko ta ostatnia jest poprawna w połączeniach typu pełny komfort, pełny stadion, pełny autobus, pełny dzban, pełny kosz, więc dlatego tak bardzo ją wyeksponowałem w nagłówku. Wariant pełen może się pojawić tylko w takich konstrukcjach, jak komfort pełen elegancji, stadion pełen kibiców, autobus pełen turystów, dzban pełen wody, kosz pełen jagód, w których przydawkowy człon pełen rozwinięty jest rzeczownikiem w drugim przypadku (w dopełniaczu).
Dlaczego użytkownicy polszczyzny tak bardzo upodobali sobie brzmienie pełen? - Wydaje się im ono dostojniejsze, atrakcyjniejsze, bo wyczuwają, że konkurencyjne słowo pełny jest częściej używane, takie zwykłe i normalne, no więc chcą się stylistycznie dowartościować, ale jest to - niestety - zabieg gramatycznie zupełnie chybiony.
Nieszczęsna postać pełen (bo tak ją muszę określić z powodu jej nieznośnego nadużywania) należy wraz z formami godzien, zdrów, wesół, żyw do leksykalnych skamielin po tak zwanej rzeczownikowej odmianie przymiotników. Rzeczownikowej, bo przymiotniki miały w niej takie same końcówki, jak pozostające z nimi w związku składniowym rzeczowniki, na przykład wesół brat - wesoła brata - wesołu bratu, zdrowa woda - zdrowy wody - zdrowie wodzie, żywo dziecko - żywa dziecka - żywu dziecku. Od wieków jako jedyna funkcjonuje w naszym języku - kiedyś wariantywna wobec deklinacji rzeczownikowej - tak zwana zaimkowa albo złożona odmiana przymiotników: wesoły brat - wesołego brata - wesołemu bratu, zdrowa woda - zdrowej wody - zdrowej wodzie, żywe dziecko - żywego dziecka - żywemu dziecku.
Przywołanych form archaicznych możemy użyć tylko w funkcji orzeczników - drugich członów tak zwanych orzeczeń imiennych: brat jest (był, będzie) wesół, pacjent jest (był, będzie) zdrów, Panie, nie jestem godzien, abyś przyszedł do mnie (znana formuła modlitewna), Alleluja, żyw już jest śmierci Zwyciężyciel (fragment jednej z pieśni wielkanocnych). W funkcji przydawek mogą wystąpić tylko warianty wesoły, zdrowy, żywy: wesoły brat mnie odwiedził, zdrowy pacjent mógł opuścić szpital, żywy człowiek pojawił się na horyzoncie.
Pełen, a także godzien to warianty, które mają szersze zastosowanie niż wesół, zdrów czy żyw, bo mogą być przydawkami, ale - powtórzmy to z całą wyrazistością - dopełnionymi rzeczownikami w dopełniaczu: kosz pełen jagód, dzban pełen grzybów, wieczór pełen niespodzianek, człowiek godzien szacunku, szef godzien zaufania itp.
O syntagmach w rodzaju "pełen komfort", "pełen stadion", "pełen salon" zapomnijmy raz na zawsze!!!
Uznany za najlepszego
W jednej z PWN-owskich encyklopedii przy haśle Gerard Cieślik czytam: "uznany za najlepszego polskiego piłkarza pięćdziesięciolecia (1921-1971)", a w innej: "uznany najlepszym polskim piłkarzem pięćdziesięciolecia (1921-1971)". Nie są to równorzędne warianty składniowe! Drugi z nich - nomen omen - uznawany jest za rażący błąd syntaktyczny. Już przedwojenny Słownik ortoepiczny Stanisława Szobera z roku 1937 ostrzegał: uznać kogo, co za kogo, za co (nie: kim, czym - rusycyzm, jako kogo, jako co - germanizm), przywołując liczne przykłady użyć zgodnych z normą: "Hidalgo uznawał pracę za zniewagę dla siebie" (Tadeusz Korzon), "Uznało to za prawdę kilkadziesiąt osób (Bolesław Prus), "Uznali go za prawdziwego boga" (Adolf Dygasiński), "Za jedyną cnotę uznaję męstwo" (Stefan Żeromski). Współczesne ustalenia poprawnościowe są identyczne. Pamiętajmy więc: uznany za najlepszego piłkarza pięćdziesięciolecia, uznany za najlepszego zawodnika meczu, uznany za najdzielniejszego żołnierza, uznany za najpilniejszego ucznia, uznany za najsprawniejszego polityka itp.
Przywołany wyżej słownik Szobera za równoprawne uznawał natomiast warianty wybrać kogo - kim lub na kogo = przez wybór zrobić kogo - kim lub powołać na kogo: "Został wybrany posłem prawie jednomyślnie" (Władysław Syrokomla), "Prezesem tego sądu zostałem wybrany ja" (Bolesław Prus), "Wybrali go na króla albo królem" (Słownik języka polskiego - tzw. warszawski - z lat 1900-1927), "Wybrany na posła" (nie: jako poseł - Stanisław Słoński: Słownik polskich błędów językowych z roku 1947). - Mnie zdecydowanie bardziej odpowiada rygorystyczniejsze ustalenie współczesnych wydawnictw - na przykład Nowego słownika poprawnej polszczyzny z roku 1999 pod redakcją prof. Andrzeja Markowskiego, który zaleca tylko syntagmę z przyimkiem na: wybrali go na przewodniczącego (nie: przewodniczącym) związku. A dlaczego? Ano dlatego, że w historii polskiej składni - w przeciwieństwie chociażby do rosyjskiej - aż nadto wyraźna jest tendencja do wprowadzania do połączeń wyrazowych uprecyzyjniających przyimków - takich właśnie jak na w połączeniach typu wybrać na kogoś, na coś.
Wreszcie - przypominam o poprawności konstrukcji typu powołać kogo - na kogo, na co ("Los powołał go na orędownika" - Jan Parandowski) i przywołać do porządku, a nie "powołać do porządku", jak się czasem słyszy.
Na koniec zaś o jednym z moich "ulubieńców" ostatnich lat - taaak (z wydłużonym a) wieńczącym dosłownie każdy akapit takiej czy innej wypowiedzi. Ostatnio w radiu wysłuchałem kogoś, kto do tego stopnia nie był w stanie zapanować nad tym leksykalnym natrętem, że w pewnym momencie zbudował frazę: "Coś jest nie tak - taaak?!". Nie wymaga ona żadnego komentarza!
Wpłynęły 2244 prace
W jednym z tygodników znajduję fragment: "W tym roku na konkurs wpłynęło 2244 prace". Jest on, niestety, zupełnie rozchwiany gramatycznie. Autor (autorka?) nie poradził(a) sobie ze składnią polskich liczebników z przedziału 2-4 i powyżej 4. W tym pierwszym obowiązuje związek zgody między rzeczownikiem i określającym go liczebnikiem oraz logiczne - chciałoby się powiedzieć - orzeczenie w liczbie mnogiej: dwie dziewczyny przyszły, dwadzieścia trzy dziewczyny wyjechały, trzydzieści cztery dziewczyny siedziały na lekcji, czterdzieści dwie kobiety stały na ulicy, pięćdziesiąt trzy kobiety krzyczały, sześćdziesiąt cztery kobiety płakały. Takie konstrukcje obowiązują oczywiście przy wszystkich liczbach - nawet tych maksymalnie wielkich - jeśli tylko na ich końcu mamy 2, 3, 4.
Od 5 w górę zaczyna się gramatyczny związek rządu liczebnika i połączonego z nim rzeczownika, a orzeczenie przyjmuje formę liczby pojedynczej, co jest swoiście nielogiczne i niezwykle trudne dla cudzoziemców uczących się naszego języka: pięć dziewczyn przyszło, dwadzieścia sześć dziewczyn wyjechało, trzydzieści siedem dziewczyn siedziało na lekcji, czterdzieści pięć kobiet stało na ulicy, pięćdziesiąt sześć kobiet krzyczało, sześćdziesiąt siedem kobiet płakało.
Ponieważ - nietrudno policzyć - przedział powyżej 4 obejmuje nieporównanie więcej form, składnię rządu rodacy notorycznie przenoszą także na związki obejmujące swym zakresem 2, 3, 4. Jeden z trenerów piłkarskich na przykład powiedział kiedyś: "Ciekawy był mecz. Padło cztery bramek" - zamiast padły cztery bramki. A i gotowe formuły w rodzaju zostało, ubyło, przybyło królują w Internecie i w różnego typu drukach urzędowych, choć - dajmy na to - 2 minuty zostały (a nie zostało), 3 centymetry ubyły (a nie ubyło), a 44 osoby przybyły (a nie przybyło).
Przygotowawszy tak obszerne przedpole teoretyczno-praktyczne, możemy teraz wrócić do przykładu zacytowanego na początku. Liczba wszystkich prac, które wpłynęły na konkurs, wynosiła 2244. Dla wszystkich powinno być jasne, że skoro na końcu mamy liczebnik cztery, obowiązuje składnia zgody z czasownikiem-orzeczeniem w liczbie mnogiej. Poprawna konstrukcja powinna zatem wyglądać następująco: "W tym roku na konkurs wpłynęły 2244 prace" - tak jak cztery dziewczyny wyjechały, dwadzieścia cztery auta stały, trzydzieści cztery samochody odjechały, czterdzieści cztery tramwaje stały w zajezdni itp., itd.
Zagramy "mecza"?
Kiedy przed paroma laty w czasie wykładu inauguracyjnego na jednym z uniwersytetów belgijskich charakteryzowałem polszczyznę pod względem typologicznym, doszedłszy do jej fleksyjności, czyli rozbudowanego systemu odmiany wyrazów przez przypadki gramatyczne, związałem ją natychmiast z typowością składniową - dowolnym (swobodnym) szykiem wyrazów w zdaniu. To zrozumiałe: jeśli znakiem funkcji wyrazu w zdaniu jest końcówka fleksyjna takiego czy innego przypadka, możemy sobie pozwolić na dowolny porządek słów w zdaniu: syn kocha ojca - ojca kocha syn, matka kocha córkę - córkę kocha matka.
Tę fleksyjno-składniową współzależność doskonale obrazują dzieje biernika liczby pojedynczej rzeczowników męskich. Otóż na początku wszystkie one miały w czwartym przypadku postać równą mianownikowi: nie tylko na przykład ojciec widział dom (jak jest do dziś), ale i ojciec kochał syn. Wobec dowolności porządku słów w zdaniu w wypadku drugiej konstrukcji można było zapytać: kto kogo kocha?, który wyraz w tymże zdaniu jest podmiotem, a który rozwinięciem czasownika - dopełnieniem? By tę niejednoznaczność usunąć, uruchomiono fleksyjnie w bierniku wszystkie rzeczowniki żywotne - zrównując je z drugim przypadkiem: od pewnego więc momentu dziejów polszczyzny ojciec kocha syna, by można również było powiedzieć syna kocha ojciec i by nie było żadnych wątpliwości, co w tym zdaniu jest podmiotem, a co dopełnieniem.
To przekształcenie okazało się tak atrakcyjne, że coraz większa liczba rzeczowników nieżywotnych także przyjmuje postać równą dopełniaczowi: palić papierosa, wygrać gema, seta, grać w tenisa, brydża, tysiąca, skata, tańczyć walca, mazura, kujawiaka, charlestona, twista, kupić fiata, opla, mercedesa, forda, wartburga, trabanta, wziąć pilota (urządzenie do przełączania kanałów telewizora), a wariantywnie: jeść kotlet//kotleta, banan//banana, ananas//ananasa, arbuz//arbuza, dostać, nadać esemes//esemesa, mail//maila, zdobyć hat trick//hat tricka, uzyskać walkower//walkowera.
A ja ostatni passus rozwinąłem w Belgii, wspominając wakacyjne miesiące, w czasie których bez przerwy grałem z młodymi ludźmi w piłkę nożną - w różnych częściach Polski, na różnych boiskach i placach zabaw. Otóż wszyscy ci młodzi ludzie wszędzie posługiwali się wyłącznie syntagmami "gramy mecza", "zagramy mecza", uruchamiając fleksyjnie biernik nieżywotnego przecież rzeczownika mecz, mającego w dodatku stabilny drugi przypadek (dopełniacz) meczu. Ale to w niczym nie przeszkadza! Ponieważ żywotne formy mają w drugim przypadku końcówkę -a, "zagramy mecza"! - tak jak "pożyczamy rowera" mimo równie stabilnego dopełniacza roweru. Tak silny jest to proces. Czy zdominuje on polszczyznę jutra? - zastanawiam się bez przerwy.
Zrośnięte kręgi - VII i VIII
Oto pochodzący z prasy przykład konstrukcji, która ma status rusycyzmu składniowego: "Miał zrośnięte VII i VIII kręgi kręgosłupa". Jak powinno zatem brzmieć zdanie zgodne z polską normą składniową? Albo "miał zrośnięty VII i VIII kręg kręgosłupa", albo "miał zrośnięte kręgi kręgosłupa VII i VIII" (dobry byłby tu także myślnik przed VII i VIII). I podobnie: "wystąpił na 37. i 38. kongresie" albo "wystąpił na kongresach 37. i 38." (nie: "wystąpił na 37. i 38. kongresach"), "znalazłem ten wyraz w 9. i 10. wersie" albo "znalazłem ten wyraz w wersach 9. i 10." (nie: "znalazłem ten wyraz w 9. i 10. wersach).
Przechodzę do kolejnego typowego uchybienia składniowego - rodzimej proweniencji, a wynikającego z naturalnej skądinąd tendencji do skrótowego wyrażania myśli. Reprezentują je konstrukcje: "uczeń powinien to zgłosić przed i po lekcjach", "zażywać przed i po posiłku", "czuło się ten zapach tuż za i w okolicach domu". Błędność tego rodzaju zapisów polega na niezgodności przypadków gramatycznych, z którymi łączą się występujące w nich przyimki i wyrażenie przyimkowe: przed + narzędnik lekcjami, po + miejscownik lekcjach; przed + narzędnik posiłkiem, po + miejscownik posiłku; za + narzędnik domem, w okolicach + dopełniacz domu. Trzeba zatem wykorzystać albo warianty z powtarzającymi się rzeczownikami, czyli: uczeń powinien to zgłosić przed lekcjami i po lekcjach, zażywać przed posiłkiem i po posiłku, czuło się ten zapach tuż za domem i w okolicach domu, albo sięgnąć po zaimki, które - jak informuje sama ich nazwa - są używane zamiast form imiennych (rzeczowników): uczeń powinien to zgłosić przed lekcjami i po nich, zażywać przed posiłkiem i po nim, czuło się ten zapach tuż za domem i w jego okolicach.
Pamiętajmy: tylko przy tych samych przypadkach gramatycznych można sobie pozwolić na skrócone konstrukcje w rodzaju przed i za domem (bo zarówno przed + narzędnik domem, jak i za + narzędnik domem), tuż obok i w pobliżu domu (bo tuż obok + dopełniacz domu i w pobliżu + dopełniacz domu), raport przygotowany dla i pod kierunkiem ekspertów (bo dla + dopełniacz ekspertów i pod kierunkiem + dopełniacz ekspertów).
Przy okazji zwracam też uwagę na pojawiające się na tabliczkach informacyjnych błędne zapisy typu "sklep (lokal, warsztat) czynny od 10-18". Warianty poprawne to "sklep (lokal, warsztat) czynny od 10 do 18" albo "sklep (lokal, warsztat) czynny w godz. 10-18.
Na koniec - nie po raz pierwszy - przypominam o jedynie poprawnym szyku II Sobór Watykański (Drugi Sobór Watykański). Bardzo często się pojawiający wariant "Sobór Watykański II" ("Sobór Watykański Drugi") jest kalką łacińskiej konstrukcji Concilium Vaticanum Secundum. Po polsku mówimy przecież dziesiąty zjazd absolwentów czy piętnaste sympozjum fizyków, a nie "zjazd absolwentów dziesiąty", "sympozjum fizyków piętnaste". No więc i Drugi Sobór Watykański!
Alba, Albin, Ołbin, Ołpiny
Moja koleżanka z czasów studenckich Maria Marta Gładysz-Korsakowa, zamieszkała w Gaci koło Przeworska, napisała książkę pt. Niedosiane pole. O nadwiślańskim Gandhim - Ignacym Solarzu "Chrzestnym" w 120. rocznicę urodzin. Lektura pracy poświęconej twórcy uniwersytetów ludowych w Szycach i Gaci, urodzonemu w roku 1891 w Ołpinach, zamęczonemu przez gestapowców w roku 1940, uruchomiła w mojej świadomości liczne skojarzenia nazewnicze.
Wiodą one wszystkie do praindoeuropejskich rdzeni bhel, albho, do których nawiązują zarówno nasz przymiotnik biały, jak i formy łacińska oraz grecka albus, alphos. Oczywisty jest zatem rodowód alby - 'długiej białej szaty liturgicznej duchownych katolickich, noszonej pod ornatem'.
Kiedy zaś sobie uświadomimy, że dzisiejszy nasz łabędź to dawny prasłowiański olbąd', nietrudno jego etymologię związać z łabędziem białym - nazwanym tak od barwy upierzenia. Z kolei jako mieszkaniec wrocławskiego Ołbina, najstarszej obok Ostrowa Tumskiego części nadodrzańskiego grodu, łączę tę tajemniczą dla współczesnych użytkowników języka nazwę z tymi właśnie białymi ptakami.
Z bielą kojarzą również historycy języka imię germańskiej proweniencji Albin ('człowiek o jasnych włosach, jasnej cerze'), choć nie jest też wykluczone pochodzenie od staro-wysoko-niemieckiego alb, alp - "elf, sylf", oraz wini - "szlachetny przyjaciel" (por. na ten temat np. Józef Bubak: Księga naszych imion, Wrocław-Warszawa-Kraków 1993, s. 32).
Za bezdyskusyjną nazwę dzierżawczą wywiedzioną od imienia Ołpa, tj. pierwotną 'własność Ołpy', uznaje Stanisław Rospond w swym Słowniku etymologicznym miast i gmin PRL z roku 1984 rodzinne Solarzowe Ołpiny (Olpino 1288, Olpina 1349, Olpin 1384, Hołpin 1465), Ołpa natomiast według mego wrocławskiego profesora, zmarłego w roku 1982, spokrewniony jest z germańskimi imionami Albin, Albrecht.
Przejdźmy teraz do nazw miejscowości Szyce i Gać, z którymi przede wszystkim związana była działalność Ignacego Solarza. Pierwsza z nich (najstarsze zapisy: Sicha 1234, Siche 1254) pochodzi od nazwy osobowej Syk (od sykać) lub Szyk (od Szymona) i oznaczała pierwotnie 'ludzi Syka (Szyka)'. Drugą należy wiązać z dawnym czasownikiem gacić - 'robić tamę, groblę, mościć', i wyrazem gać - 'faszyna, grobla z faszyny, tama, także rodzaj szałasu skleconego z gałęzi' ("Podciąwszy wielki las, gać uczynili" - pisał na przykład Maciej Stryjkowski w XVI wieku, "Na szarwark pod miasto kłaść gaci" - czytamy w XVII-wiecznej fraszce zamieszczonej w zbiorze Polska fraszka mieszczańska).
Na koniec - parę słów o imieniu i nazwisku bohatera książki Gładysz-Korsakowej. Ignacy to forma wywiedziona od łacińskiej postaci Ignatius - od ignis, "ogień", a Solarz - od wyrazów sól, solić (solarz oznaczał w dawnej polszczyźnie 'solnika, handlarza soli': "Do piekła gościniec jako solarzom do Śląska" - napisał Wacław Potocki w XVII stuleciu).
Białystok - białostocki
Wydawać by się mogło, że formy utworzone od nazwy miejscowej Białystok są stabilne i silnie utrwalone w powszechnej świadomości językowej: białostocki (przemysł białostocki, Wysoczyzna Białostocka), Białostockie (nazwa regionu), białostoczanin (mieszkaniec Białegostoku), białostoczanka (mieszkanka Białegostoku), Białostocczyzna, Białostocczanin (mieszkaniec Białostocczyzny), Białostocczanka (mieszkanka Białostocczyzny).
Tymczasem jeden z czytelników wytoczył poprawnościowe działa przeciwko ulicy Białostockiej w jego mieście, określając przymiotnik Białostocka jako nielogiczny i opowiadając się za wariantem "ulica Białystokowa". Nie pierwszy to wypadek upominania się przez współczesnych użytkowników języka o niezmieniony kształt podstawy słowotwórczej w formacji przymiotnikowej. Takim na przykład nazwom miejscowym, jak Wronki, Lipno czy Szczyrk, przez wieki towarzyszyły przymiotniki wronecki, wroniecki, lipieński, szczyrecki - dziś coraz częściej wypierane przez warianty wronkowski, lipnowski, szczyrkowski. Protest czytelnika uznać więc należy za typowy.
Wydaje się jednak, że przymiotnik białostocki jest tak często używany, że jego brzmienie się nie zmieni. Co do obecnej zaś w nim spójki -o-, która też niepokoi czytelnika, warto sobie uświadomić jej przyleganie do długiej serii morfologicznej: białostocki od Białystok - tak jak białobłocki od Białe Błota, białoborski od Biały Bór, białodunajecki od Biały Dunajec, białomorski od Morze Białe (porty białomorskie, Kanał Białomorsko-Bałtycki) czy czarnomorski od Morze Czarne, śródziemnomorski od Morze Śródziemne, staromiejski od Stare Miasto, nowomiejski od Nowe Miasto, starowiejski od Stara Wieś, nowowiejski od Nowa Wieś, górnośląski od Górny Śląsk, dolnośląski od Dolny Śląsk, nowosądecki od Nowy Sącz, zielonogórski od Zielona Góra, jeleniogórski od Jelenia Góra itd., itp.
Białystok leży nad rzeką Białą, lewym dopływem Supraśli. Ale jeszcze w XVI stuleciu rzeka ta nazywała się Biały Stok (stok - od czasownika stoczyć się - w języku staropolskim znaczył tyle, co 'strumień, potok, źródło') i od tego połączenia wyrazowego utworzono nazwę miasta, z punktu widzenia słowotwórczego zwaną zrostem, likwidując akcent z wyrazu stok i przesuwając go w wyrazie biały z sylaby bia na ły.
Identycznie powstały zrosty Krasnystaw czy Wielkanoc: w dwuwyrazowych podstawach słowotwórczych Krasny Staw i Wielka Noc zniknął akcent padający na wyrazy staw i noc, a w przymiotnikach krasny i wielka przesunięto przycisk z sylab kras i wiel na ny i ka.
A dlaczego z punktu widzenia fleksyjnego można przeciwstawić Białystok i Krasnystaw zrostowi Wielkanoc? Ano dlatego, że ten ostatni jest silniejszy: wprawdzie ciągle można odmieniać oba jego człony: Wielkiejnocy, Wielkąnocą, ale o wiele częstsze jest już deklinowanie z unieruchomionym pierwszym członem, czyli Wielkanocy, Wielkanocą. W wypadku nazw miejscowych natomiast zgodne z normą jest odmienianie obu jej członów składowych: (do, z) Białegostoku, Białemustokowi, Białymstokiem, (w) Białymstoku - (do, z) Krasnegostawu, Krasnemustawowi, Krasnymstawem, (w) Krasnymstawie.
Bruno czy Brunon?
Znajomym moich znajomych urodził się chłopczyk. Rodzice zastanawiali się, czy dać synkowi imię Bruno, czy Brunon. Pozostawiając im ostateczny wybór, dałem taką oto wykładnię zaistniałego problemu nazewniczego.
Oba warianty brzmieniowe, czyli Bruno i Brunon - tak jak Hugo i Hugon, Otto i Otton czy Iwo i Iwon, mają status form równorzędnych. Starsze, prymarne są postacie z wygłosowym -o: Bruno, Hugo, Otto, Iwo. Ponieważ po łacinie odmieniano je według III deklinacji, Bruno, Brunonis, Hugo, Hugonis, Otto, Ottonis, Ivo, Ivonis, do dziś w polszczyźnie za wzorcowe, zgodne z normą, uznaje się deklinowanie Bruno, Brunona, Brunonowi, Brunonem - Hugo, Hugona, Hugonowi, Hugonem - Otto, Ottona, Ottonowi, Ottonem - Iwo, Iwona, Iwonowi, Iwonem, a występujące na końcu tematu fleksyjnego -n- bardzo szybko przeniesiono do mianownika i przez wieki żywot wiodły i wiodą do dziś warianty z tymże -n: Brunon, Hugon, Otton, Iwon. Co w tej sytuacji poradziłem rodzicom? Za wariantami z wygłosowym -o przemawia niewątpliwie ich starszość, prymarność. Ale rodacy mają kłopoty z ich tradycyjną fleksyjnością. Pamiętam, że gdy ekranizacji doczekały się dzieła Brunona Schulza, na afiszach filmowych królowało połączenie imienno-nazwiskowe "Bruno Schulza". Kiedy byłem jurorem szkolnych olimpiad polonistycznych, ich uczestników nie raziły błędne zapisy typu "szkoła im. Hugo Kołłątaja", które - oczywiście - należało w teście poprawić na Hugona Kołłątaja. Gdy się opowiadam za odmianą Iwona, Iwonowi, słyszę w takim czy innym towarzystwie, że formy te zderzają się brzmieniowo z żeńskim (ta) Iwona, więc lepsze jest albo niedeklinowanie, albo postacie Iwa, Iwem.
Jeśli się zatem państwo zdecydują na wariant z wygłosowym -n - powiedziałem rodzicom dziecka, czyli na mianownik Brunon (jak Hugon, Otton, Iwon), to pożytek będzie taki, że wszyscy będą się musieli poddać odmianie Brunona, Brunonowi, Brunonem, o Brunonie (tak jak Hugona, Hugonowi, Hugonem, o Hugonie - Ottona, Ottonowi, Ottonem, o Ottonie - Iwona, Iwonowi, Iwonem, o Iwonie). Wybór oczywiście należy do państwa.
Choć przywołałem łaciński sposób odmiany omawianych dziś imion, nie mogę nie powiedzieć, że wszystkie one są pochodzenia germańskiego. I tak Bruno nawiązywał do staro-wysoko-niemieckiego braun - 'brunatny, niedźwiedź', i odnosił się do koloru włosów danego człowieka. Hugo to skrócona forma imion germańskich, które w pierwszym członie mają element hug(u)- (jak Hugubert, Hugbert, Hugbald itp.), pierwotnie znacząca tyle, co 'rozum, umysł'. Otto z kolei jest skróconą postacią imion germańskich z pierwszym członem Ot- (jak np. Otmar czy Otfried), znaczeniowo związanym z wyrazem pospolitym auda - 'dziedzictwo, majątek'. I wreszcie Iwo, którego niektórzy łączą ze staro-wysoko-niemieckim słowem iwa - 'cis, drzewo cisowe', także 'łuk z drzewa cisowego', inni zaś twierdzą, że jest to celtycka (bretońska) forma imienia Jan.
Brzustowianie i brzustowczanie
Czy istnieją morfonologiczne możliwości zróżnicowania form wywiedzionych od par nazewniczych typu Szczecin - Szczecinek, Olsztyn - Olsztynek? Ależ oczywiście! Od Szczecina i Olsztyna stworzymy postacie szczecinianin, szczecinianka, szczecinianie, szczeciński oraz olsztynianin, olsztynianka, olsztynianie, olsztyński, od nazw natomiast zawierających przyrostkowe -k urobimy szeregi szczecinczanin, szczecinczanka, szczecinczanie, szczecinecki i olsztynczanin, olsztynczanka, olsztynczanie, olsztynecki.
Podobnie będzie z parami nazewniczymi Kąty - Kątki czy Bardo - Bardko: kącianin, kącianka, kącianie, kącki, bardzianin, bardzianka, bardzianie, bardzki - kątczanin, kątczanka, kątczanie, kątecki, bardczanin, bardczanka, bardczanie, bardecki.
Jak pisze do mnie pan J.W. z Tomaszowa Mazowieckiego, dzielnicą tego miasta jest obchodząca właśnie 600-lecie swego istnienia Brzustówka (dawniej Brzostówka), wiele zaś osób uważa, że na tejże Brzustówce mieszkają "brzustowianie" - tak jak brzustowianami są mieszkańcy oddalonej o 8 km wsi Brzustów. Korespondentowi wydaje się, że osoby mieszkające w tomaszowskiej dzielnicy Brzustówka powinny być określane jako brzustówkowianie.
Atutem tej ostatniej postaci jest to, że wchodzi do niej cała podstawa słowotwórcza Brzustówka. To dlatego także z tradycyjnymi formacjami tyszanie czy brzeżanie (od Tychów i Brzegu) rywalizują brzmienia tychowianie, brzegowianie - też z całymi podstawami słowotwórczymi bez żadnych wymian głoskowych.
Dopuszczając brzustówkowianina, brzustówkowiankę i brzustówkowian, nie mogę przecież nie powiedzieć, nawiązując do przywołanych na początku par szczecinianin - szczecinczanin, olsztynianin - olsztynczanin, że z punktu widzenia historyczno-morfonologicznego uzasadnione są formy brzustowczanin, brzustowczanka, brzustowczanie.
Pan K.M. z Wrocławia prosi mnie z kolei o derywaty urobione od nazwy hiszpańskiej stolicy Madrytu. Strukturalnie absolutnie poprawna będzie para madrycianin, madrycianka, słowniki proponują jednak - opatrując je kwalifikatorem rzadko używanych - postacie madrytczyk, madrytka.
Dauha - w Dausze
W jednym z artykułów o Katarze przywoływana jest nazwa stolicy tego emiratu - Dauha, i jej szósty przypadek gramatyczny (miejscownik) - w Dausze. Jego poprawności nie jest pewien pan F.R. z Wrocławia - "stary kresowiak", jak się przedstawił w liście. A mnie się od razu przypomniał wieczór autorski sprzed kilkunastu lat, w czasie którego młody mieszkaniec naszego grodu, potomek kresowiaków, zapytał, czy na pewno poprawne jest brzmienie na yamasze - ze spółgłoską sz, skoro w mianowniku jest to yamaha z h.
A jakiż inny dźwięk może się tam pojawić? - zapyta dziś, lekko licząc, ponad 90 procent użytkowników polszczyzny, wymawiających jednakowo bezdźwięcznie zarówno ch, jak i h, tworzących dlatego identyczny ciąg z alternacjami ch : sz, h : sz w formach typu mucha : musze, ropucha : ropusze, wiocha : wiosze, Gadocha : Gadosze, Pietrucha : Pietrusze, Dauha : Dausze, yamaha : yamasze, wataha : watasze, Sapieha : Sapiesze.
Kresowiacy - pod wpływem języków ruskich (zwłaszcza małoruskiego, czyli ukraińskiego) - h wymawiali dźwięcznie i w związku z tym tworzyli wymienne pary ch : sz (jak wszyscy pozostali Polacy), ale h : ż - wataha : wataże czy Sapieha : Sapieże (stąd i postacie Sapieżyna, sapieżyński). Ich potomkowie, wychowani już nie na wschodnich rubieżach, w większości tej fonetycznej cechy nie zachowali (mam uniwersyteckiego kolegę, który często z rozbawieniem wspomina ojca lwowiaka do dziś nie mogącego się pogodzić z faktem, że jego synowie nie słyszą już żadnej różnicy między ch i h). Od czasu do czasu jednak ten fonetyczny kresowy archetyp daje o sobie znać i dlatego nie dziwią mnie pytania o Dauhę czy yamahę w przypadkach zależnych, choć - oczywiście - niezmiennie zapewniam o zasadności brzmień typu w Dausze, na yamasze, owszem - o ich oczywistości dla większości Polaków.
Również w Nowym słowniku poprawnej polszczyzny PWN z roku 1999 pod redakcją prof. Andrzeja Markowskiego przy haśle yamaha jest już tylko wskazanie na yamasze, przy haśle Dauha natomiast (należy je odczytywać "Dau-ha", a nie "Da-u-ha") na pierwszym miejscu zaleca się brzmienie Dausze, a na drugim - jako wariantywne - Dauże.
Skoro zaś parę linijek wyżej użyłem słowa owszem w dawnym znaczeniu 'ba, mało tego', a posługiwał się nim z wyraźnym upodobaniem Jan Paweł II, dodam, że Karol Wojtyła powiedział kiedyś, iż wszystko w swoim życiu zawdzięcza kardynałowi Sapiesze. Powiedział to on, człowiek z Krakowa, jakże temu księciu arcybiskupowi bliski - z Krakowa, w którym do dziś wychodzi teologiczny periodyk "Księga Sapieżyńska". Mimo to nie czuł już Papież typowo kresowej alternacji h : ż i podciągnął morfonologicznie Sapiehę pod Muchę, Gadochę czy Pietruchę: skoro Musze, Gadosze, Pietrusze, to i Sapiesze!
I wszystko jest z punktu widzenia współczesnej motywacji alternacyjnej w największym porządku, choć przywołany wyżej słownik, szanując tradycję, wariant Sapieże na drugim miejscu umieszcza. Na miejscu pierwszym jest oczywiście brzmienie Sapiesze, a w najbliższej przyszłości będzie ono wyłączne.
PS Zadzwonił do mnie kiedyś Mieczysław Hruszowiec, znany telewizyjny operator światła, i użył w rozmowie przymiotnika huczny. A mnie - nomen omen - aż w uchu zahuczało od jego dźwięcznego h! Rodzice Mietka przyjechali na Dolny Śląsk z kresowych Tuligłów, ale on - młodszy ode mnie o sześć lat - jest już dzieckiem powojennego zachodniego tygla etnicznego, w którym wymieszały się wszystkie możliwe regionalne uwarunkowania językowe. A jednak... Co znaczy siła genów - fonetycznych też!
Dlaczego z Ponieca i w Poniecu?
Wyrazy pospolite i nazwy własne z przyrostkowym -ec z reguły gubią w odmianie samogłoskę e: palec - palca, koniec - końca, taniec - tańca, goniec - gońca, padalec - padalca, obrzydliwiec - obrzydliwca, parszywiec - parszywca, wieniec - wieńca, Michalec - Michalca, Pawelec - Pawelca, Kowalec - Kowalca (tylko w podlecu zachowujemy przy deklinowaniu e, bo grupa spółgłoskowa -dlc- bez jej fonetycznego wsparcia byłaby bardzo niewygodna artykulacyjnie). Dlatego w pierwszym odruchu fleksyjnym, gdy usłyszymy brzmienie nazwy miejscowości Poniec, położonej niedaleko Leszna, mamy ochotę na stworzenie postaci z Pońca, w Pońcu. Tymczasem zgodne z normą i tamtejszą odwieczną tradycją są formy z Ponieca, do Ponieca, Poniecem, w Poniecu. Dodajmy, że z punktu widzenia historycznojęzykowego są one bezdyskusyjnie uzasadnione. A dlaczego?
Słownik etymologiczny nazw geograficznych Polski prof. Marii Malec (Warszawa 2003) informuje, że stara nazwa Poniec wymieniana jest już pod rokiem 1108, a od XIII wieku udokumentowana takimi zapisami, jak: Ponez 1277, Ponecz 1315, 1388, granicza miedzy Poneczem, Drzewczem a Oporowem 1424, Ponyecz 1464, 1563. Jak widzimy, zapis z roku 1424 wskazuje, że już w średniowieczu nazwę tę odmieniano z zachowanym w przypadkach zależnych e: Poniecem. Bo też wygłosowa cząstka -ec wcale nie jest przyrostkiem, jak można by przypuszczać!
Bardzo stary Poniec pochodzi od staropolskiego imienia Poniat, a utworzony został archaicznym, nie zachowanym do czasów piśmienniczych przyrostkiem -j, który zmiękczył wygłosowe t: Poniatj zmienił się w Poniec. Imię Poniat natomiast, znane ze średniowiecznych dokumentów, kryje w sobie ten sam rdzeń, który ma w sobie czasownik niecić - 'rozpalać, zapalać'. Wywodzą się od niego takie jeszcze nazwy miejscowe, jak Poniatowa w województwie lubelskim i Poniatowo w województwie mazowieckim (oczywiście, do tej rodziny wyrazowej należy też nazwisko Poniatowski).
A skoro mówiliśmy dziś o Poniecu, wspomnijmy na koniec o formie leszczyński utworzonej od leżącego w jego pobliżu Leszna (por. także nazwisko Leszczyński czy nazwę geograficzną Pojezierze Leszczyńskie), bo i ona budzi u współczesnych użytkowników polszczyzny niemałe kontrowersje: skąd to -cz-?, dlaczego nie można stworzyć postaci lesznieński czy lesznowski - jak gnieźnieński, kutnowski?!
W obowiązującym przymiotniku leszczyński zachowało się -cz- z dawnego brzmienia jego podstawy słowotwórczej, a było nią - utworzone przyrostkiem -no - Leszczno (z tym samym rdzeniem, który kryje w sobie leszczyna). Około XV wieku Leszczno ze zbitką spółgłoskową -szczn- przekształciło się w łatwiejsze do wymówienia Leszno, w przymiotniku leszczyński natomiast cz zostało, bo po nim następowała samogłoska, a nie kolejna spółgłoska!
Godurowo i Godów
Znakomity aktor Franciszek Pieczka urodził się w roku 1928 w Godowie (dziś powiat wodzisławski), a pan R.K. z Wrocławia prosi mnie o etymologię Godurowa - nazwy miejscowości w powiecie gostyńskim. Zacznijmy od tej drugiej.
Godurowo to charakterystyczna dla Wielkopolski forma, utworzona przyrostkiem -owo od imienia Godur, ono zaś urobione jest od podstawy god- przyrostkiem -ur, takim samym jak na przykład zanotowany na Śląsku już w roku 1567 Chodur (miałem w szkole średniej nauczyciela o takim nazwisku), wywiedziony od czasownika chodzić. Godurowo zatem - etymologicznie - oznacza 'wieś, osadę, własność posiadłość Godura'. To typowa nazwa dzierżawcza.
Ów Godur zaś należy do licznej rodziny imion-dziś nazwisk, takich jak Goda, Godacz, Godak, Godal, Godar, Godasz, Godawa, Godek, Godel, Godera, Godik, Godka, Godko, Godla, Godola, Godoń, Godosz, Godoś, Godula, Goduń, Godyl, Godyla, Godyn, Godyń, Godysz, Godzała, Godzek, Godzic, Godzidło, Godziej, Godziek, Godziel, Godzien, Godzień, Godziesz, Godzięto, Godzik. Wszystkie one mogą pochodzić do czasownika godzić - 'jednać', większość wszakże opracowań nazewniczych traktuje cząstkę God jako zdrobnienie-skrócenie od złożonych imion typu Godzimir, Godosław (ten sam rdzeń mają takie formy, jak gody, godny).
Napisałem wyżej, że Godurowo to forma charakterystyczna dla obszaru wielkopolskiego. A także północnopolskiego - można dodać. To tam spotykamy brzmienia z wygłosowymi cząstkami -owo, -ewo (po głoskach miękkich) - takie jak Godurowo, Puszczykowo, Pępowo, Sierakowo, Górowo, Mikołajewo, Kołodziejewo, Golczewo, Mikoszewo, Jeleniewo itp. Na innych terenach ich częstymi odpowiednikami są warianty z przyrostkiem -ów: Pępów, Sieraków, Górów, Mikołajów, Kołodziejów, Jeleniów.
Takim odpowiednikiem Godurowa, tyle że bez cząstki -ur, jest górnośląski Godów Franciszka Pieczki, po raz pierwszy zapisany w roku 1300, nazwa dzierżawcza urobiona przyrostkiem -ów, o etymologicznym znaczeniu 'własność Goda' - tak samo brzmiąca jak miejscowości koło Iłży, Radomia i Rzeszowa.
Wspomniałem także wyżej o obecności rdzenia god- w takich wyrazach, jak gody czy godny. Zauważmy, że na przykład w języku rosyjskim stał się on miarą czasu: god, dwa, tri goda - "rok, dwa, trzy lata", w polszczyźnie natomiast stał się określeniem 'uroczystego czasu': gody weselne, srebrne gody, złote gody, diamentowe gody; przecież i Boże Narodzenie przez wieki określane było mianem Godów albo Godnych Świąt, co podtrzymują jeszcze w swoim języku Ślązacy.
Jana Reszkego czy Jana Reszke?
W wywiadzie z Piotrem Beczałą w jednym akapicie znajduję dwa następujące zdania: "Jest piękną spuścizną po wielkim Janie Reszke" i "Był dla Reszkego komponowany". W pierwszym z nich nazwisko Reszke jest nie odmienione, w drugim - odmienione. Oczywiście, wolałbym w jednym akapicie formy takie same, nie wywołujące u czytelników rozterek poprawnościowych, nie mogę przecież nie powiedzieć, że mamy tu do czynienia z modelową wręcz egzemplifikacją reguły gramatycznej odnoszącej się do nazwisk z wygłosowym -e: otóż należy te nazwiska bezwzględnie odmieniać, gdy występują samodzielnie, a zatem: Reszke, Reszkego, Reszkemu, Reszkem, można je natomiast pozostawić w pierwszym przypadku (mianowniku), gdy jakiś odmieniony wyraz - imię, tytuł lub inne określenie - jest z nim w składniowym związku, tu: (po) Janie Reszke.
Oczywiście nasze zachowania fleksyjne zależą także od popularności poszczególnych nazwisk tego typu: na pewno formy często używane, na przykład Lange, Linde, Dante czy Kolbe, przeciętnemu Polakowi sprawiają mniejszy kłopot niż rzadsze - takie chociażby, jak Reszke, Szerfke, Eliade czy Rummenige. Musi też nieraz minąć jakiś czas, by ten czy inny twór nazewniczy utrwalił się w powszechnej świadomości; na karcie tytułowej pierwszego wydania słownika Lindego z roku 1805 można zobaczyć formułę: Słownik języka polskiego przez Samuela Bogumiła Linde ułożony. Dziś przeciętny polski uczeń nazwisko wybitnego leksykografa bez trudu deklinuje, nawet jeśli ma ono przy sobie jakąś odmienioną "podpórkę".
Konieczność odmienienia nazwiska i możliwość jego niedeklinowania przy odmienionym imieniu czy innym określeniu odnosi się i do takich znanych postaci, jak Albert Camus, Stéphane Mallarmé, August Rodin, Claude Monet, Édouard Manet czy Alain Resnais: tylko twórczość Camusa, "Dżuma" Camusa (wym. kamisa), ale dopuszczalna też twórczość Alberta Camus (wym. kami), identycznie poezja Mallarmégo - poezja Stéphane'a Mallarmé, rzeźby Rodina (wym. rodena) - rzeźby Augusta Rodin (wym. rodę albo roden), pejzaże Moneta (wym. moneta) - pejzaże Claude'a Monet (wym. kloda mone), portrety Maneta (wym. maneta) - portrety Edouarda Manet (wym. eduarda mane), filmy Resnais'go (wym. renego) - filmy Alaina Resnais (wym. alena rene).
Czy Jasło ma związek z jasełkami?
Tytułowe pytanie niniejszego odcinka zadał mi jeden z telewidzów Słownika polsko@polskiego. Kilkadziesiąt lat temu odpowiedziałbym na nie twierdząco, bo i takie były powszechne skojarzenia etymologiczne odnoszące się do nazwy miejscowej Jasło: tak, należy ona do tej samej rodziny wyrazowej, co jasła - 'drabinka zbita z desek, służąca do zakładania paszy dla bydła', jasło - 'stajnia, obora dla bydła', jasełka - 'widowisko sceniczne lub kukiełkowe, mające za treść narodzenie Chrystusa, szopka', 'figurki przedstawiające narodzenie Chrystusa, stawiane w kościele w okresie Bożego Narodzenia'. Według ludowych opowieści, uzasadniających pochodzenie nazwy, właściciele dworu stawiali w tej okolicy jasła, aby zmuszać przyjezdnych do popasu i odpowiedniej za niego opłaty.
Autorzy współczesnych słowników onomastycznych, tacy jak prof. Stanisław Rospond i prof. Maria Malec, a przede wszystkim prof. Władysław Lubaś, autor wnikliwego studium sprzed pięćdziesięciu lat o nazwie Jasło, naprowadzają na zupełnie inną etymologię. Oto pierwotnymi brzmieniami tej nazwy były postacie Jasieł, Jasioł (zapisy: Iasel 1252, Iassel 1284, Iassol, Jassel 1325-1327), przeniesione z nazwy rzeki Jasieł, Jasioł, zwanej dziś Jasiołką. Dopiero od XV wieku pojawia się forma Jasło (Jaszlo 1417, Jasslo 1502), a doszło do tej zmiany w wyniku wyrównania postaci tematu fleksyjnego odmienianego przez przypadki wyrazu: ponieważ w przypadkach zależnych urabianych od mianownika Jasieł czy Jasioł musiały się pojawiać formy do (z) Jasła, Jasłem, w (o) Jaśle, ich temat Jasł- został przeniesiony do przypadka pierwszego, a rodzaj męski nazwy został zmieniony na nijaki.
A skąd pochodzi ów Jasieł, Jasioł, jak już wiemy - prymarnie nazwa rzeki? Oparta jest ona na tym samym rdzeniu, co przymiotnik jasny, nawiązujący do prasłowiańskiego jes-, a ten do praindoeuropejskiego aidh-s - 'jasny, czysty'. Dla górskiej rzeki - o jasnym, kamienistym dnie - był to rdzeń odpowiedni!
Ponieważ na ogół jednym tchem z Jasłem wymienia się Krosno, dopowiedzmy, że to ostatnie było najpierw Krostnem, czyli nazwą utworzoną przyrostkiem -no od wyrazu krosta - 'wyprysk na skórze', ale w dawnym znaczeniu topograficznym także 'pagórek porosły zaroślami'. Grupa spółgłoskowa -stn- uprościła się do postaci -sn- i od wieków funkcjonuje już Krosno.
Oczywiście, identyczną etymologię ma Krosno Odrzańskie (drugi człon tej nazwy został ustanowiony po II wojnie światowej), a w niektórych jego zapisach zachowało się t, na przykład Crosten z roku 1202 (postać zniemczona - substytut Krostna).
Końskie - konecki
Pani Grażyna Stolarska-Dukat, polonistka jednego z liceów w Końskich, przysłała mi taki oto limeryk, czyli żartobliwy wiersz oparty na groteskowym dowcipie, mający charakter igraszki słownej, wiążący się zwykle z jakimś nazwiskiem lub nazwą miejscowości, o stałym układzie rymów a, a, b, b, a (od Limerick, angielskiej nazwy irlandzkiego miasta Luimneach):
Konecczanin, jedząc grecki
ser i pijąc miód dubiecki,
krzyczał z nerwem i w ferworze,
że przymiotnik (żal się Boże!)
nie brzmi koński, lecz KONECKI!!!
Autorka wiersza przypomina, że bardzo silnie utrwaloną tradycję ma przymiotnikowa postać konecki - tak jak rozpoczynająca wiersz i morfologicznie połączona z tym przymiotnikiem nazwa mieszkańca Końskich konecczanin (w rodzaju żeńskim konecczanka, a w liczbie mnogiej konecczanie). Wszystkie te formy polecane są przez główne wydawnictwa poprawnościowe, choć zdarzają się opracowania z wariantywnym brzmieniem koński - obiegową formacją wywiedzioną od rzeczownika koń. Ten ostatni zaś i - bezpośrednio - przymiotnik koński są w oczywisty sposób związane z nazwą miejscową Końskie, kiedyś też Końsko i Końska - etymologicznie oznaczającą 'miejsce, gdzie było wiele pasących się koni' albo 'miejsce będące ośrodkiem hodowli koni' (historyczne zapisy: Konski 1145, Konske 1218, Consca 1222, Conske 1390, Konske, Konskye 1470-1480, Konsskie 1577, Końskie 1789, 1883).
Typowa w zachowaniach nazewniczych ucieczka przed powielaniem brzmień będących w powszechnym użyciu - w tym wypadku przymiotnika koński - na pewno sprzyja postaciom odnoszącym się do nazwy miasta: konecki i konecczanin (choć strukturalnie poprawne są także warianty koński i końszczanin) - tak jak tradycyjnie używa się form z, do Turku (od miejscowości Turek koło Konina), by je odróżnić od Turka - 'mieszkańca Turcji', czy Nowego Światu (nazwa znanej warszawskiej ulicy), bo świata - to drugi przypadek rzeczownika pospolitego świat (np. świata za tobą nie widzę).
Wszystkie te wywody nie osłabią jednak u przeciętnych użytkowników polszczyzny wrażenia dziwności brzmienia konecki - tak jak intrygują formy leszczyński czy niżański odnoszące się do Leszna i Niska. Te ostatnie można wytłumaczyć pierwotnymi postaciami podstaw słowotwórczych: Leszczno (nazwa urobiona przyrostkiem -no na rdzeniu leszcz - tym samym, który mamy w leszczynie) i Niżsko (nazwa urobiona przyrostkiem -sko na rdzeniu niż; niża była kiedyś przeciwieństwem wyszy - pierwotne Niżsko można przeciwstawić Wyszogrodowi). Ponieważ w dawnej polszczyźnie przymiotniki od nazw miejscowych bardzo często tworzono od cząstek rdzennych, a nie od całych postaci, na prymarnych pniach Leszcz i Niż zbudowano przymiotniki leszczyński i niżański. Potem trudne do wymówienia zbitki spółgłoskowe szczn i żsk uproszczono i Leszczno zmieniło się w Leszno, a Niżsko - w Nisko. Przymiotniki natomiast z dawnymi cz i ż się ostały!
A skąd się wzięło brzmienie konecki? - zapytajmy na koniec. Wymiana k z podstawy Końskie na c w pochodnym przymiotniku konecki jest morfologicznie absolutnie uzasadniona (por. ręka - ręce, wnęka - wnęce itp.). Ponadto niektórzy etymolodzy przypuszczają, że u początków intrygującego brzmienia przymiotnika stoi prasłowiański konjed - w polszczyźnie konojad, od którego powstała przymiotnikowa forma konojedzski, a po uproszczeniu grupy spółgłoskowej - konecki.
Małżeństwo i rodzina Januszewiczów
By nikt się nie poczuł urażony, w tytule tego odcinka i w nim samym wykorzystuję panieńskie nazwisko mojej babci ze strony mamy, bo jest ono strukturalnie identyczne z formą, z którą zetknąłem się przed paroma dniami w jednym z wrocławskich kościołów. Intencja mszalna z tymże nazwiskiem brzmiała następująco: "Za małżeństwo Emilię i Jana Januszewicz oraz za całą rodzinę Januszewiczów". Po jej przytoczeniu czekam na wyjaśnienie: dlaczego "małżeństwo Januszewicz", ale "rodzina Januszewiczów"?!! Niezbadane są wyroki boskie - sam sobie odpowiem, nawiązując do miejsca, w którym tę słowotwórczą niekonsekwencję usłyszałem.
Nie po raz pierwszy zresztą, bo przed paroma laty zetknąłem się z takimi oto dwiema intencjami: "za Jana Pawełczyka" i "za Janusza Kowalczyk" - tym razem z niekonsekwencją fleksyjną: odmienionym Pawełczykiem i nie odmienionym, choć formalnie identycznym Kowalczykiem.
Z kolei w gablotce kościelnej jednej z uzdrowiskowych miejscowości województwa dolnośląskiego zobaczyłem kiedyś formuły: "za Jan Kowalskiego", "za Stefan Nowaka", "za Barbara Wiśniewską", "za Teresa Lewandowską", i przeżyłem przy ich lekturze swoistą fascynację: z reguły nie odmieniane jest nawet najprostsze w deklinowaniu nazwisko, tutaj pozostawiono w pierwszym przypadku imię. Niezbadane są wyroki boskie - wypada powtórzyć melancholijnie.
Melancholia zamieniła się kiedyś w złość, gdy jeden z telewidzów z Kielecczyzny poinformował mnie, że jego proboszcz po wysłuchaniu żalów dotyczących notorycznego nieodmieniania nazwisk w intencjach mszalnych wypalił, że to prof. Miodek publicznie się kiedyś opowiedział za takim właśnie traktowaniem gramatycznym tychże nazwisk.
Jak mogłem kiedykolwiek coś takiego powiedzieć, ja - który dostaję gęsiej skórki, gdy słyszę postacie słowotwórczo-fleksyjne w rodzaju wyżej przytoczonych?!
Proszę Państwa, podsumowuję powyższe cytaty zupełnie spokojnie: jestem przekonany, że w codziennych sytuacjach komunikacyjnych wszyscy użytkownicy polszczyzny mówią i o małżeństwie Januszewiczów, i o rodzinie Januszewiczów, o Pawełczyku, o Kowalczyku, o Janie Kowalskim, Stefanie Nowaku, Barbarze Wiśniewskiej, Teresie Lewandowskiej.
Tylko co należy zrobić, by wszyscy oni, dyktując księdzu intencję mszalną, zanosząc do biura ogłoszeń formuły kondolencyjne, sporządzając dedykacje w książkach i na dyplomach, wysyłając zaproszenia na taką czy inną uroczystość, przenieśli do tych tekstów naturalne odruchy i zachowania gramatyczne mowy codziennej? Co zrobić? Czy doprawdy oficjalna sytuacja komunikacyjna musi z nas czynić gramatycznych cudzoziemców?!!
Máraia czy Máraiego?
Sándor Márai (1900-1989) to jeden z najwybitniejszych pisarzy węgierskich. Jak odmieniać jego nazwisko? W jednym z tekstów krytycznoliterackich czytam: "Dziennik Máraiego jest opisem odchodzenia", w innym - "Końcówka dziennika Máraia to już lektura dla samobójców".
Mnie naturalniejsza wydaje się odmiana rzeczownikowa, czyli Máraia, Máraiowi, Máraiem, o Máraiu, odpowiadająca deklinowaniu nazwisk typu Czekaj, Madej, Bugaj (Czekaja, Madejowi, o Bugaju). Tak właśnie - pamiętam - deklinowano nazwisko Budai, które nosił jeden z piłkarzy słynnej drużyny Węgier z lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku. Identycznie potraktowałbym formę Jókai - nazwisko starszego niż Marai pisarza węgierskiego (1825-1904). Ale skoro przy tej ostatniej znajdujemy w słownikach wskazanie: Jókaia, Jókaiowi, Jókaiem, o Jókaiu albo Jókaiego, Jókaiemu, Jókaim, musimy te fleksyjne warianty odnieść zarówno do Máraia//Máraiego, jak i Budaia//Budaiego, dopuszczając też deklinowanie przymiotnikowe, czyli z końcówkami -ego, -emu, -im.
Fleksja nazwisk węgierskich - nie ukrywam - jest w ogóle dość skomplikowana, pełna wyjątków. I tak na przykład nie stosuje się przy niej apostrofu - znaku nie odczytanej głoski-litery. Jeszcze jeden z piłkarzy złotej jedenastki węgierskiej nazywał się Jeno Buzansky, w latach 1919-1944 Węgrami rządził admirał Miklós Horthy, największy reformator węgierski XIX stulecia to István Széchenyi (czyt.: seczeni), a jeden z ich ostatnich premierów to Ferenc Gyurcsany. W przypadkach zależnych ich nazwiska przyjmują postacie Buzánszkyego, Buzánszkyemu, Buzánszkym, Horthyego, Horthyemu, Horthym, Széchenyiego, Széchenyiemu, Széchenyim, Gyurcsányego, Gyurcsányemu, Gyurcsánym, o czym można się przekonać, czytając chociażby fascynującą książkę Krzysztofa Vargi Gulasz z turula.
Zasada zachowania mianownikowego -y przed końcówkami dalszych przypadków nie dotyczy nazwisk węgierskich spolszczonych, takich na przykład jak Batory albo Rakoczy. Należy je więc zapisywać: Batory, Batorego, Batoremu, Batorym - Rakoczy, Rakoczego, Rakoczemu, Rakoczym.
Skoro powoływaliśmy się dzisiaj na Gulasz z turula, przytoczmy jeszcze jeden fragment książki Vargi: "Film Lajosa Koltaia (nadwornego operatora Istvana Szábo) na podstawie książki Imre Kertésza jest tak piękny, że nawet Auschwitz wygląda w nim jak nostalgiczna pocztówka". Jak widzimy, Varga także wybrał naturalniejszy dla mnie rzeczownikowy typ odmiany nazwisk typu Koltai: Koltaia - jak Máraia, Jókaia, Budaia (zob. wyżej).
Wybrałem ten fragment i po to, by przypomnieć jedną z podstawowych zasad odczytywania form węgierskich: oto literę s należy w nich odczytywać jako sz, a dwuznak sz jako s: Lajos i Istvan to zatem w wymowie "Lajosz" i "Isztvan", Szabó i Kertész natomiast to fonetycznie "Sabo" i "Kertes".
Na koniec seria znanych nazw miejscowych i osobowych: Miskolc, Szeged, Esztergom, Miklós, Liszt, Puskás, Kocsis, Grosics. Zgodnie z normą powinny one być wymawiane: "Miszkolc", "Seged", "Estergom", "Miklosz", "List", "Puszkasz", "Koczisz", "Groszicz".
Marcinie, Wiktorze i Hubercie!
Kiedy w pewnym wywiadzie prasowym przeczytałem dwa zdania pytające: "Marcinie, o czym marzyłeś, kiedy byłeś małym chłopcem?" i "Czy ty, Hubercie, od zawsze marzyłeś o wydobywaniu skarbów z Wisły?" - oba z imiennymi wołaczami zaopatrzonymi w końcówkę -e, aż podskoczyłem z radości, gdyby zaś prowadząca tę rozmowę dziennikarka siedziała obok mnie, najgoręcej bym jej pogratulował wyczucia gramatycznego, a zwłaszcza stylistycznego, bo tym uruchomieniem fleksyjnym obu imion pokazała zasadność takich właśnie poczynań w tekstach oficjalnych i pisanych.
Oczywiście, w sytuacjach komunikacyjnych potocznych, rodzinnych, koleżeńskich, nieoficjalnych na ogół pozostawiamy imiona w postaciach mianownikowych: Marcin, podaj!, Hubert, zostaw to!, Patrz, Basia!, Widzisz, Teresa?, Zatrzymaj się, Franek!, Antek, pożycz mi tę książkę!. I nigdy do nikogo o to pretensji mieć nie będę.
Ale, niestety, utrwala się w Polsce zwyczaj używania mianownikowych wołaczy także w tekstach oficjalnych - i mówionych, i pisanych. Przed paroma tygodniami znany felietonista prasowy parę razy użył takiej właśnie formy, zwracając się do swej znajomej: "Justyna!" (a nie Justyno!) - tak jak przed kilkoma laty można było przeczytać w prasie słowa skierowane do Justyny Kowalczyk: "Gratulujemy, Justyna, złotego medalu olimpijskiego". Podobnie potraktowano wołacz imienia Adam, gdy Adam Małysz kończył sportową karierę: "Dziękujemy, Adam (a nie Adamie), za wszystko". Przed ostatnim meczem najlepszego polskiego piłkarza pierwszych powojennych lat Gerarda Cieślika, w roku 1959, gazety sportowe pisały: Żegnaj, Gerardzie!. Gdy w roku 2013 legendarny napastnik chorzowskiego Ruchu umarł, widziało się już wyłącznie zdania: "Żegnaj, Gerard", "Dziękujemy, Gerard!".
W reklamach słyszy się tylko unieruchomione fleksyjnie wołacze: "słuchaj, Barbara!", "patrz, Barbara!", "co oglądasz, Barbara?", "jak myślisz, Marian?", a w pewnej miejscowości rodzice wręcz zażądali od nauczycielki, by zwracała się do dzieci za pomocą mianownikowych wołaczy typu "Madzia!", "Kasia!", "Marysia!", "Janek!", "Robert!", "Tomek!". Brzmienia Madziu!, Kasiu!, Marysiu!, Janku!, Robercie!, Tomku! uznano tam za nieodpowiednie, a ja nawet nie wiem, jak to skomentować - tak jak oniemiałem ze zdumienia, gdy przed kilkunastoma laty usłyszałem w kościele w czasie ceremonii chrztu formułę: "Wiktor, ja ciebie chrzczę w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego". Wołaczowe Wiktorze okazało się dla osoby duchownej gramatyczną zaporą nie do przejścia. Bardzo to wszystko smutne.
Nie byłbym sobą, gdybym na koniec nie wtrącił wątku interpunkcyjnego: pamiętajmy, że wołacz nie wchodzi w relacje składniowe z żadnym wyrazem w zdaniu, jest tylko formą adresatywną do kogoś skierowaną, musi być dlatego w piśmie oddzielony przecinkiem lub wydzielony przecinkami - tak jak we wszystkich przykładach z tego odcinka.
Mieszkaniec Bogatyni to...?
Tytułowe pytanie tego odcinka postawił mi - nietrudno się domyślić - ktoś z Bogatyni pochodzący, prosząc zarazem o wskazanie jednego z trzech używanych tam wariantów: bogatynianin, bogatyńczyk, bogatyniak.
Status postaci oficjalnej ma brzmienie z przyrostkiem -anin, czyli bogatynianin (bogatynianka, bogatynianie), które dołączyć możemy do serii Wrocław - wrocławianin, Chorzów - chorzowianin, Szczecin - szczecinianin, Katowice - katowiczanin, Sieradz - sieradzanin, Opole - opolanin, Gdańsk - gdańszczanin, Wałbrzych - wałbrzyszanin. Polecając je wszystkim, powiem jednak, że nie dziwią mnie formy z wygłosowymi cząstkami -czyk, -ak. A dlaczego?
Ano dlatego, że od dawna łatwo zauważyć pewną słowotwórczą prawidłowość: jeśli jakaś nazwa miejscowa kończy się miękką spółgłoską ń, to użytkownicy polszczyzny - chcąc uniknąć monotonnego fonetycznie połączenia jej z nagłosowym -ań przyrostka - tworzą na przykład od podstawy Poznań nazwę mieszkańca poznańczyk albo poznaniak, od Torunia - toruńczyk, a od Lubania - lubaniak. Poznańczyk był silnie utrwalony w języku mieszkańców nadwarciańskiego grodu. Obecnie przegrywa z poznaniakiem, który zyskał status formy ogólnopolskiej. Poznanianina ani się nie widzi, ani się nie słyszy! O popularności toruńczyka świadczy nazwisko Toruńczyk, mieszkańcy zaś dolnośląskiego Lubania już wiele razy mnie zapewniali, że obok oficjalnego lubanianina w powszechnym obiegu jest lubaniak. A ja, gdy o tym zjawisku opowiadam, zawsze podkreślam, jak istotne w naszych poczynaniach komunikacyjnych jest estetyczne kryterium poprawności językowej. Bo przecież o opisanej wyżej ucieczce od rdzenno-przyrostkowych zbitek ń - ań decydują walory czysto estetyczne, fonetyczne, brzmieniowe.
A jaki jest rodowód nazwy miejscowej Bogatynia? Do roku 1945 było to Reichenau (dawne zapisy: 1262 Richnow, 1485 Rychenaw). Nazewnicza Komisja Urzędu Rady Ministrów, nawiązując do niemieckiego członu reich - "bogaty", zdecydowała się po wojnie na stworzenie postaci Bogatynia, z przyrostkiem -ynia - takim jak w nazwach Gdynia, Lutynia, Kcynia czy Grudynia.
Mieszkańcy Bolesławca to...?
Któregoś dnia rozdzwoniły się moje telefony. Kilka osób pytało mnie, i to bardzo natarczywie, jak powinna poprawnie brzmieć forma określająca mieszkańców Bolesławca. Ponieważ w roku 1968 brałem w tym mieście ślub i bywam w nim często, dobrze znam zarówno kłopoty związane z tym określeniem, jak i lokalną, dość już silnie ugruntowaną tradycję.
Zacznijmy od ogólnej zasady dotyczącej tworzenia nazw mieszkańców od podstaw słowotwórczych, które w odmianie mają znikające e, czyli takich jak Bolesławiec - w przypadkach zależnych Bolesławca, Bolesławcowi, Bolesławcem: Lubliniec - Lublińca, Ostrowiec - Ostrowca, Kamieniec - Kamieńca, Krzemieniec - Krzemieńca, Zgorzelec - Zgorzelca, Grodziec - Grodźca, Grójec - Grójca, Gródek - Gródka, Lwówek - Lwówka, Olsztynek - Olsztynka, Szczecinek - Szczecinka, Głogówek - Głogówka, Milanówek - Milanówka. Otóż wszystkie one - urobione przyrostkiem -anin (pierwotnym -janin i dlatego zmiękczającym poprzedzającą spółgłoskę) - także gubią to e, spółgłoski c i k wymieniając na cz: lublińczanin, lublińczanka, lublińczanie - ostrowczanin, ostrowczanka, ostrowczanie - kamieńczanin, kamieńczanka, kamieńczanie - krzemieńczanin, krzemieńczanka, krzemieńczanie (czytam w książce Reginy Wasiak-Taylor Ojczyzna literatura. O środowisku skupionym wokół Związku Pisarzy Polskich na Obczyźnie, Oficyna Poetów i Malarzy, Londyn 2013: "To wychowanek Liceum Krzemienieckiego - krzemieńczanin jak ja"), zgorzelczanin, zgorzelczanka, zgorzelczanie - grodźczanin, grodźczanka, grodźczanie - grójczanin, grójczanka, grójczanie - gródczanin, gródczanka, gródczanie - lwówczanin, lwówczanka, lwówczanie - olsztynczanin, olsztynczanka, olsztynczanie - szczecinczanin, szczecinczanka, szczecinczanie - głogówczanin, głogówczanka, głogówczanie - milanówczanin, milanówczanka, milanówczanie.
Skoro tak, to bezdyskusyjnie przylegającymi do przywołanego wyżej ciągu morfologicznego postaciami stworzonymi od podstawy Bolesławiec są derywaty bolesławczanin, bolesławczanka, bolesławczanie. Wskazane są one jako jedyne na przykład w Słowniku nazw własnych Jana Grzeni z roku 1998. Ale że nie wszyscy czują w wypadku nazw tego typu konieczność zgubienia przyrostkowego e, pojawiają się też brzmienia bolesławiecczanin, bolesławiecczanka, bolesławiecczanie, zachowujące w dodatku całą podstawę słowotwórczą. Moja Żona, która w Bolesławcu spędziła dzieciństwo i młodość, wspomina, że wiele osób spoza miasta nad Bobrem tak właśnie ją nazywało - bolesławiecczanka. Dopowiada zarazem, że w codziennym obiegu komunikacyjnym przeważali mieszkańcy Bolesławca, formy zaś syntetyczne, jednosłowne, używane były nader rzadko.
Współcześni natomiast mieszkańcy tego dolnośląskiego miasta zdecydowanie najczęściej tworzą serię słowotwórczą bolesławianin, bolesławianka, bolesławianie, pomijającą przyrostkowy wygłos -ec. Historycznie jest to nawet uzasadnione. Według mojego profesora - Stanisława Rosponda (1906-1982) - gród nazwany na cześć założyciela, Bolesława Wysokiego, zwał się najpierw Bolesław, a odmieniano go jak Wrocław, Bytom, Radom, czyli Bolesławia, Bolesławiowi, Bolesławiem, bo jak i te trzy nazwy był utworzony dzierżawczym przyrostkiem j. O tej prymarnej postaci świadczą też zniemczone substytucyjne formy Bonczlaw, Bonzlavia i ostatecznie Bunzlau (S. Rospond, Słownik etymologiczny miast i gmin PRL, Wrocław 1984, s. 34). Dlatego nie wytaczam żadnych poprawnościowych dział przeciw bolesławianinowi, bolesławiance i bolesławianom!
Mieszkańcy Murmańska i Jagodna to...?
Oto fragment pewnego felietonu prasowego: "Pierwszego grudnia w Murmańsku zaczyna się noc polarna. Przez 40 dni murmańczanie nie zobaczą słońca". Czy poprawna jest forma "murmańczanie"?
Ponieważ przyrostek -anin, którym tworzy się w polszczyźnie nazwy mieszkańców, miał pierwotne brzmienie -janin, obowiązuje do dziś zmiękczenie spółgłosek występujących przed tym sufiksem: Chorzów - chorzowianin, Rybnik - rybniczanin, Wałbrzych - wałbrzyszanin, Elbląg - elblążanin, Szczecin - szczecinianin, Sanok - sanoczanin, Puck - pucczanin, Namysłów - namysłowianin, Lubin - lubinianin, Chojnów - chojnowianin, Olsztyn - olsztynianin, Jawor - jaworzanin itp. Miękkość spółgłosek w' czy ń jest tutaj oczywista, natomiast cz, sz, ż, rz to wprawdzie spółgłoski twarde, ale kiedyś i w naszym języku - tak jak zostało do dziś w innych językach słowiańskich - były one miękkie (por. na przykład polskie rzeczowniki czas albo szczupak z rosyjskimi czasy ("zegarek") i szczuka, w których cz, szcz to dźwięki miękkie; słychać je także w mowie Polaków zamieszkujących Rosję czy Białoruś).
Miękkim odpowiednikiem grupy spółgłoskowej -sk- jest -szcz-, dlatego mamy pary wyrazowe wrzask - wrzeszczeć, trzask - trzeszczeć, błysk - błyszczeć, plusk - pluszcze się, Zamojskie - Zamojszczyzna, od Gdańska zaś czy Zagnańska urabiamy nazwy mieszkańców gdańszczanin, gdańszczanka, gdańszczanie i zagnańszczanin, zagnańszczanka, zagnańszczanie.
Taką samą postać powinna przybrać nazwa mieszkańców Murmańska (miasta w Federacji Rosyjskiej): murmańszczanin, murmańszczanka, murmańszczanie (a nie "murmańczanie", jak napisano w przywołanym felietonie). I podobnie: Smoleńsk, Magnitogorsk, Zagorsk - smoleńszczanin, smoleńszczanka, smoleńszczanie, magnitogorszczanin, magnitogorszczanka, magnitogorszczanie, zagorszczanin, zagorszczanka, zagorszczanie.
A mieszkańcy Jagodna to...? - zapytali mnie kiedyś samorządowcy tego osiedla położonego w południowej części Wrocławia. Jagodnianie - odpowiedziałem spontanicznie, ale po sekundzie dodałem, że możliwi są też jagodzianie, bo długowieczną tradycję ma tworzenie nazw mieszkańców nie od całej podstawy słowotwórczej, jaką jest nazwa danej miejscowości, ale od jej części rdzennej. "No właśnie, słyszy się u nas oba brzmienia" - wyznały sympatyczne jagodnianki - jagodzianki. Za pierwszym wariantem przemawia współczesna motywacja słowotwórcza (cała podstawa Jagodno wchodzi bez wymiany głoskowej do nazwy jagodnianin), drugi może się bronić tradycją morfologiczną.
Mieszkańcy Nysy to...?
Kiedy ostatni raz byłem w Opolu, doszły mnie słuchy, że mieszkańcy Nysy bardzo nie lubią brzmienia nysianie. Jakby na potwierdzenie tych odczuć w drodze powrotnej do Wrocławia w jednej z opolskich gazet wypatrzyłem formę "nysanie", za którą żadną miarą nie mogę się opowiedzieć z powodów i formalnych, i historycznojęzykowych. A dlaczego?
Przywołajmy nazwy miejscowości z tematami fleksyjnymi zakończonymi spółgłoskami twardymi: Tarnów, Chorzów, Szczecin, Bytom, Rybnik, Warszawa, Limanowa, Gdańsk, Białystok, Płock, Śrem, Leżajsk, Lublin, Dzierżoniów, Kluczbork. Wszystkie nazwy mieszkańców tych miejscowości przyjmują postacie, w których owe tematyczne spółgłoski twarde obligatoryjnie ulegają zmiękczeniu: tarnowianin, chorzowianin, szczecinianin, bytomianin, rybniczanin, warszawianin, limanowianin, gdańszczanin, białostoczanin, płocczanin, śremianin, leżajszczanin, lublinianin, dzierżoniowianin, kluczborczanin.
Chociaż w żadnym leksykonie nie znalazłem wskazania odnoszącego się do nazwy mieszkańca Nysy, co przyjmuję z ogromnym zdziwieniem, nie ulega wątpliwości, że jedyną formą przylegającą do przywołanego wyżej ciągu słowotwórczego jest nysianin - z miękkim ś.
A dlaczego konieczne jest zmiękczenie tych wszystkich wygłosowych spółgłosek tematycznych? Ano dlatego, że historycznym, pierwotnym przyrostkiem tworzącym nazwy mieszkańców była cząstka -janin, z miękczącym nagłosowym j, dopiero później funkcjonująca pod postacią -anin. Niechże się więc nie zżymają nysianie na fonetyczny kształt takiego określenia. A co mają powiedzieć - dajmy na to - leżajszczanie czy gdańszczanie?! Przecież bardziej skomplikowane są zachodzące w tych formacjach wymiany głoskowe.
W wielu miejscowościach w codziennym obiegu komunikacyjnym pojawiają się struktury wariantywne, na przykład w Lubaniu - lubanianin i lubaniak, w Poznaniu - poznańczyk (w języku starych rodowitych mieszkańców grodu nad Wartą), poznanianin i najpopularniejszy poznaniak, w Warszawie - warszawianin i częstszy warszawiak, w Krakowie - krakowianin i krakowiak, a w Tychach - tyszanin i tychowianin.
Ten ostatni przykład jest bardzo pouczający: by przy tworzeniu nazwy mieszkańca uniknąć historycznie obligatoryjnej wymiany spółgłoskowej ch na sz, do słowotwórczego rdzenia Tych- można dodać poszerzony o cząstkę -ow- przyrostek -owianin i tak powstaje tychowianin.
Nieprzejednanym wrogom nysianina taki kompromis morfologiczny też można zaproponować: niech od Nysy urabiają nysowianina, nysowiankę i nysowian.
Podobno w obu Brzegach - i w tym między Oławą a Opolem, i w Dolnym - oprócz brzeżanina, brzeżanki i brzeżan usłyszeć można brzegowianina, brzegowiankę i brzegowian. W pierwszym z nich ktoś mi kiedyś powiedział, że w ten sposób odróżnia się tamtejszych brzegowian od brzeżan z kresowego miasta Brzeżany (na Ukrainie, w obwodzie tarnopolskim).
O Bazanie i bażancie
Kiedy pan Henryk K. z Będzina pyta mnie o etymologię dość popularnego nazwiska Bazan, muszę powiedzieć, że pochodzi ono od wyrazu pospolitego bażant, w gwarach znanego też w postaci bażanek, i że tworzy jedną rodzinę wyrazową z takimi innymi nazwiskami, jak Bażanek, Bazanek, Bazaniak, Bazanowski, Bażanowski, Bażański, o czym można przeczytać na s. 82 słownika Nazwiska Polaków Kazimierza Rymuta z roku 1991.
W rejestrze przywołanych wyżej form znajduje się również Fazan - od fazana ('bażanta') pochodzący, jak informuje prof. Rymut. Jest to wariant bezpośrednio nawiązujący do średnio-wysoko-niemieckich wyrazów fasan, fasant, te zaś wiodą do późnołacińskiego phasianus i do greckiego oryginału Phasianos ornis ("fazjański ptak") - od nazwy miejscowości i rzeki Phasis w Kolchidzie.
Po tym etymologicznym wywodzie ciśnie się na usta pytanie: dlaczego w naszym języku jako nazwa ptaka ostatecznie utrwaliła się forma z nagłosowym b, a nie z prymarnym f - tak jak nazwiskowe brzmienie Fazan zdecydowanie przegrywa frekwencyjnie z Bazanem, Bazankiem czy Bazaniakiem?
Kluczem do zrozumienia owej różnicy fonetycznej jest uświadomienie sobie, że język prasłowiański i wyrosłe z jego pnia języki - z polszczyzną, oczywiście - nie znały dźwięku f i dlatego zamieniano go na bliskie artykulacyjnie wargowe p bądź b. To dlatego na przykład od łacińskiego czasownika firmo - "umacniam, wzmacniam, czynię silnym" - pochodzą takie wyrazy, jak angielskie i francuskie confirmation, niemieckie Konfirmation - wszystkie z f, a my mamy bierzmowanie (z dawn. birzmowanie) - z b. To dlatego także pochodzący od greckiego słowa stephanos ("korona, wieniec") Stefan przyjął u nas najpierw postać Szczepan, z którą związano osobę pierwszego męczennika Kościoła rzymskokatolickiego, ukamienowanego diakona żydowskiego (wspominanego 26 grudnia), z królem węgierskim zaś - zaadaptowaną później, przyswojoną formę Stefan (po węgiersku István) - już z f (stąd i dwie serie nazwiskowe: Szczepanik, Szczepaniak, Szczepański oraz Stefanik, Stefaniak, Stefański). Także Józef w dawnych tekstach jest Ożepem, Fabian - Pabianem (stąd Pabianice koło Łodzi, a nie "Fabianice"), a Filip - Pilipem (stąd nazwiska typu Pilipów, Pilipiak, Pilipczak).
Z tej samej historycznojęzykowej przyczyny grecki fazjański ptak w łacinie funkcjonował jako phasianus, w średnio-wysoko-niemieckim jako fasan, fasant, w językach słowiańskich natomiast stał się polskim, czeskim, słowackim oraz dialektalnym ukraińskim i rosyjskim bażantem, białoruskim dialektalnym i górnołużyckim bażanem//bazanem.
Na koniec przypomnę starszym użytkownikom polszczyzny, a młodszych o tym poinformuję, że bażant był także przed laty rzadszym wariantem bikiniarza - 'w latach pięćdziesiątych XX wieku młodego człowieka odrzucającego oficjalnie propagowane normy społeczne i obyczajowe, ubierającego się jaskrawo, kolorowo, ekstrawagancko, wzorującego się na stylu młodzieży amerykańskiej'.
O Starym i Nowym Sączu
Krąży w Internecie zabawny komiks-fotomontaż, w którym jakiś Darek pyta mnie, czy mówienie "STARY SĄCZ" jest poprawne, a ja odpowiadam, że lepiej powiedzieć: "Tato, zachęcam cię, abyś pił przez słomkę". Warto przy tej okazji poważnie porozmawiać o pochodzeniu Starego i Nowego Sącza, tym bardziej że do żelaznego repertuaru pytań stawianych przez rodaków należy to, które się odnosi do dziwnego ze współczesnego punktu widzenia d w postaciach przymiotnikowych starosądecki, nowosądecki.
Sygnalizują one, że nasze nazwy kryły kiedyś w sobie spółgłoskę d - tak jak dzięki przymiotnikowi leszczyński uświadamiamy sobie, że dzisiejsze Leszno to pierwotne Leszczno, a dzięki brzmieniu niżański dochodzimy do prymarnego Niżska, później dopiero uproszczonego do postaci Nisko.
No więc był to kiedyś Sądecz, czyli nazwa miejscowa dzierżawcza, utworzona archaicznym przyrostkiem -j od imienia Sądek, Sądko (zapis z roku 1243 - Sandecz, z 1299 - Sandech). Ponieważ w przypadkach zależnych tworzono od mianownika Sądecz formy do Sądcza, z Sądcza, Sądczowi, Sądczem, w Sądczu, a te - jak Leszczno czy Niżsko - uprościły się potem na do Sącza, z Sącza, Sączowi, Sączem, w Sączu, ostatecznie i w pierwszym przypadku (mianowniku) utrwalił się Sącz - już bez etymologicznie uzasadnionego d.
W XV wieku przy naszej nazwie pojawia się przymiotnik Nowy (1470-1480 Nova Sandacz) i tak już będzie stale - do dziś (1581 Sandecz Nowy, 1680 Nowy Sandacz).
Obok Nowego Sącza jest Stary Sącz, występujący w przywołanym na początku odcinka żarcie internetowym. I to był na początku Sądecz (1163, 1288 Sandech), zgodnie z tym samym mechanizmem uproszczony ostatecznie do postaci Sącz. W XV wieku, by go odróżnić od Nowego Sącza, używano też nazwy Stare Miasto.
Jak zaś ów mechanizm fachowo nazwać? To wyrównanie postaci tematu fleksyjnego rzeczownika: temat Sącz- mamy teraz we wszystkich przypadkach - od mianownika do miejscownika.
O Umbercie Eco
Kiedy 19 lutego 2016 roku umarł Umberto Eco, pomyślałem od razu, że jego Pejzaż semiotyczny i Dzieło otwarte to dwie spośród czterech-pięciu książek, które w największym stopniu ukształtowały mnie na całe życie nauczyciela akademickiego. Mój syn z kolei dopowiedziałby, że Imię róży to książka i film jego życia.
Jeśli zaś na młodszego wnuka Huberta lubię czasem zawołać Umberto, a on się wtedy cudownie uśmiecha, to oprócz walorów fonetycznych odgrywa w tym odruchu językowym także imię genialnego włoskiego uczonego i pisarza. Jest ono germańskiego pochodzenia - to skrócona forma postaci Hugbert, Hugubert z członami hug(u)- - 'rozum, umysł' oraz beraht - 'jaśniejący, promieniujący'. Całość imienia można sprowadzić do parafrazy znaczeniowej 'człowiek promieniujący, jaśniejący umysłem, rozumem'. Włoskie warianty Umberto, Uberto, Oberto wraz z niemieckim, naszym i wielu innych języków Hubertem, angielskim Hobartem, łacińskim Hubertusem, holenderskim Hubrechtem, Huibertem, litewskim Hubertasem, Ubertasem czy rosyjskim Gubertem tworzą oczywiście jedną rodzinę wyrazową.
Nazwisko Eco to w dosłownym tłumaczeniu "echo". W pewnym okolicznościowym artykule natomiast, napisanym po śmierci uczonego i pisarza, a zatytułowanym Dar niebios, przeczytałem: "Eco był dla nas darem niebios i nie ma w tym przesady - nazwisko Eco zostało nadane jego dziadkowi przez władze miejskie, a jest to akronim łacińskiego Ex caelis oblatus, czyli "z nieba ofiarowany, dar niebios". Gdyśmy na temat tej nazewniczej koncepcji rozmawiali z moim przyjacielem prof. Wojciechem Solińskim, który o Umbercie Eco wie wszystko, doszliśmy do wspólnej konkluzji, że trzeba ją raczej traktować cum grano salis (dosłownie "z ziarnkiem soli"), czyli z odrobiną rezerwy, sceptycyzmu.
Kiedy natomiast widzą Państwo w tytule dzisiejszego odcinka i parę linijek wyżej połączenie imienno-nazwiskowe (o) Umbercie Eco, do którego dołączam Umberta Eco, Umbertowi Eco, Umbertem Eco - z odmienionym po polsku imieniem i nie odmienionym nazwiskiem, to proszę mi wierzyć, że takie traktowanie fleksyjne zbitki Umberto Eco nakazują wszystkie nasze słowniki poprawnościowe. Dlatego gdy czytam w owym przywołanym wyżej artykule okolicznościowym: "Zawsze chciałam zobaczyć legendarną bibliotekę Umberto Eco", "Ojciec Umberto był jednym z trzynaściorga dzieci", natychmiast przekształcam w myślach te zdania na konstrukcje "Zawsze chciałam zobaczyć legendarną bibliotekę Umberta Eco", "Ojciec Umberta był jednym z trzynaściorga dzieci".
Ormianie i Armenia
Z listu pana J.Z. z Katowic: "Męczy mnie to od lat: skoro mamy Danię - z samogłoską a, to dlaczego w obiegu komunikacyjnym funkcjonuje Duńczyk z u?; skoro jest Armenia z nagłosowym a, skąd się wzięli Ormianie z o na początku?".
Nasi przodkowie posługiwali się najpierw brzmieniem Dunia i od niego zdążyli urobić derywaty Dunin (znane jest do dziś takie nazwisko), Dunka, Duńczyk, Duńczycy, duński. Później ugruntował się i u nas łaciński z pochodzenia wariant Dania - z a, lecz w przywołanych formach pochodnych to u zostało.
Łacińska z pochodzenia jest również nazwa Armenia. Taki sam rodowód ma Armenus - "człowiek narodowości armeńskiej". Ale nasi przodkowie, tak jak z niemieckiego Albrechta zrobili Olbrachta (mieliśmy króla Jana Olbrachta, za którego wyginęła szlachta!), a z litewskiego Algirdasa - Olgierda, identycznie przekształcili Armenusa na Ormianina, z nagłosowym o, a nie a.
W czasie meczów naszej piłkarskiej reprezentacji z Armenią polscy sprawozdawcy mówili nie tylko o Ormianach, ale posługiwali się też wariantem Armeńczyk. Słowniki dopuszczają jego użycie w znaczeniu 'obywatel Armenii' - tak jak rejestrują przymiotnikowy wariant armeński (Wyżyna Armeńska). Wszystkim polecam jednak tradycyjne mówienie o Ormianach polskich, o mniejszości ormiańskiej, o kulturze i historii Ormian (ormiańskiej) ze względu na długowieczną tradycję takich właśnie brzmień - z nagłosowym o.
Uwzględniając ową perspektywę historyczną, opowiadam się także za Azerami i za przymiotnikiem azerski, choć nie wykluczam okazjonalnych wariantów Azerbejdżanin - 'obywatel Azerbejdżanu' - oraz azerbejdżański.
Ludzi narodowości fińskiej od wieków nazywamy Finami, Finkami - tak jak mówimy o narodzie fińskim, języku fińskim, Pojezierzu Fińskim czy Zatoce Fińskiej. Ale i w tym wypadku "wybiły się" na hasła słownikowe warianty Finlandczyk - 'obywatel Finlandii', Finlandka - 'obywatelka Finlandii', oraz przymiotnik finlandzki, a w obiegu politycznym znajdują się terminy finlandyzacja - 'proces lub stan nieformalnego ograniczenia przez mocarstwo suwerenności innego państwa' (termin ten został wymyślony przez jednego z niemieckich dziennikarzy jako opis relacji Związku Radzieckiego i Finlandii w czasie zimnej wojny) i czasownik finlandyzować - 'dokonywać finlandyzacji'.
Na koniec o derywatach od Czarnogóry, bo z nimi też mamy kłopoty. Otóż formami polecanymi przez wszystkie słowniki są postacie Czarnogórzec, Czarnogórka, czarnogórski.
Pietrowiak - Piotrowiak
Kiedy w jednej z księgarń trzymałem w ręce egzemplarz Innych ochot. Jerzy Pilch w rozmowach z Eweliną Pietrowiak. Część 2, jakiś sympatyczny pan zadał mi pytanie: "Skąd się wzięła forma nazwiskowa Pietrowiak - z e? Przecież typowa jest seria Piotrowiak, Piotrowski, Piotrowicz - z samogłoską o".
Historyczny wywód dotyczący nazwisk pochodzących od imienia Piotr warto zacząć od jednej ze scen Ewangelii, w której Jezus, mówiący po aramejsku (jeden z języków semickich, używany od końca II tysiąclecia p.n.e. po VII wiek n.e.), nazywa apostoła Szymona (Symeona) Kefasem - od słowa kefas, "opoka, skała". Znaczeniowymi odpowiednikami tej formy w języku greckim były wyrazy pospolite petros - "kamień", petra - "skała, opoka". Od nich pochodzi greckie imię Petros, które w łacińskiej postaci Petrus przyszło wraz z chrześcijaństwem do polszczyzny. Należy ono do imion najwcześniej poświadczonych i najpopularniejszych. Można je znaleźć na przykład w Bulli gnieźnieńskiej z roku 1136.
W tym momencie chciałbym zwrócić szczególną uwagę na samogłoskę e, tkwiącą w prymarnych brzmieniach greckim i łacińskim. Utrzymywała się ona długo także w polskim wariancie Pietr, Pieter i w rozlicznych jego derywatach, które z czasem zaczęły też pełnić funkcję nazwisk, takich jak Pietrek, Piech, Piecha, Piechel, Piechnik, Piechno, Piecho, Piechota, Piesz, Pieszek, Pieszko, Pietrach, Pietral, Pietrasz, Pietraszek, Pietraszko, Pietrko, Pietrosz, Pietrul, Pietrusz, Pietruszka, Pietrzec, Pietrzek, Pietrzyk, Pietrzak, Pietras, Pietraś, Pietruch, Pietrucha, Pietrus, Pietrusiak, Pietrusek, Pietruszko. W tym morfologicznym ciągu mieści się, oczywiście, nazwisko Pietrowiak, które nosi autorka wydanych w roku 2017 rozmów z Jerzym Pilchem.
Ponieważ to pierwotne e znalazło się w naszej postaci po "miękkim p'", a przed przedniojęzykowo-zębowym t, w sposób naturalny podlegało fonetycznemu prawu tak zwanego przegłosu polskiego, zgodnie z którym w takich pozycjach e przechodziło w o. To dlatego już w przywołanej wyżej Bulli gnieźnieńskiej pojawił się Piotr - ostatecznie oficjalna forma tegoż imienia, a od Piotra - z o - urobiono derywaty, też z czasem nazwiska, takie jak Piotrek, Piotruś, Piotrowiak, Piotrowski, Piotrowicz, Piotrul, Piotrusz, Piotrzec, Piotrzyk, Piotyra, ale jest ich mniej niż tych form, w których mamy e.
W tym samym czasie, kiedy wziąłem do ręki Inne ochoty, przeczytałem Wymazane Michała Witkowskiego, którym - jak podpowiada jedna z recenzji - pisarz "wraca ze wszystkim co najlepsze: humorem podszytym smutkiem, groteską i obrazem Polski prowincjonalnej". Korzystając z okazji, chciałbym autorowi pogratulować kapitalnego pomysłu słowotwórczego: zakładu pogrzebowego "Śmiertex" - z magiczną dla wielu rodaków cząstką -ex, którą dla morfologicznego blichtru dodają oni ciągle do nazw firm, zakładów usługowych itp., itd. Połączenie śmierci z manieryczną cząstką -ex jest językowym dowcipem w klasycznym wydaniu!
Polak z Zębu
Oto fragment pewnego satyrycznego felietonu prasowego: "Skromny Polak z Zęba na Podhalu jest Kamilem Stochem, który pokazuje światu, że jak Polak chce, to skoczy tak daleko, że inni mogą mu skoczyć".
Ciesząc się wraz z innymi czytelnikami dowcipną grą językową słowem skoczyć, nie mogę nie zauważyć naturalnej, wydawałoby się, postaci dopełniacza z Zęba (no bo skoro rzeczownik pospolity ząb ma w drugim przypadku końcówkę -a, na przykład nie wyrwałem zęba!), różniącej się jednak od uzusu, czyli zwyczaju panującego w tej miejscowości i w okolicy, który nakazuje wybór końcówki -u: jestem z Zębu, jadę do Zębu, a zatem i Polak z Zębu. Z punktu widzenia formalnego nie ma tu żadnych przeciwwskazań, bo w odniesieniu do nazw miejscowych wybór bądź końcówki -a, bądź -u zależy wyłącznie od zwyczaju, tradycji: z Gdańska, ze Szczecina, z Chorzowa, z Krakowa, z Berlina, z Paryża, ale z Ełku, ze Szczyrku, ze Śremu, z Londynu, z Madrytu, z Innsbrucku (słyszy się też z Innsbrucka!).
Przyczyną zaś wyboru wariantu Zębu, a nie "Zęba", jest ujawniająca się w polszczyźnie tendencja do ucieczki przed homonimią fleksyjną (jednakowością brzmień) dwóch wyrazów w tym samym przypadku gramatycznym. Wiedziałem więc na przykład od wczesnego dzieciństwa, bo uczyła tam przed wojną moja Mama, że mieszkańcy miejscowości Turek koło Konina tworzą w drugim przypadku postacie z Turku, do Turku, by w ten sposób odróżnić je od dopełniacza Turka rzeczownika osobowego Turek (musiałem kiedyś długo do nich przekonywać młodą żonę rodowitego mieszkańca Turku!).
Warszawiacy od nazwy ulicy Nowy Świat urabiają wyłącznie dopełniacz Nowego Światu - z końcówką -u, by w ten sposób nazwę własną odróżnić od wyrazu pospolitego świat, który ma końcówkę -a.
Do utrwalenia się dopełniaczowych form (do, z) Maczek, Gołąbek, Lasek, Ząbek też się z pewnością przyczyniła opisana tendencja do odróżnienia tychże nazw miejscowych od wyrazów pospolitych: maczków (polnych), gołąbków, lasków, ząbków.
Tradycyjne brzmienia (do, z) Miłosny, Jabłonny, (w) Miłośnie, Jabłonnie również pozwalają uciec od zderzenia brzmieniowego z przymiotnikami miłosna i jabłonna (miłosnej, jabłonnej). Po rzeczownikową odmianę sięgają też mieszkańcy wsi Ciasna między Olesnem Śląskim a Lublińcem, dosłownie ciasno rozlokowanej między rozlicznymi stawami: z Ciasny, do Ciasny, w Ciaśnie (także w Cieśnie), mimo że w leksykonach onomastycznych widzę dopełniacz i miejscownik Ciasnej - identyczny z formą wyrazu pospolitego ciasna (np. ciasnej koszuli).
W moim filologicznym środowisku używa się dopełniacza przypadka gramatycznego, by odróżnić go od przypadku losowego.
Mamy wreszcie zróżnicowaną końcówkowo i ortograficznie serię: Urana (planety) - uranu (pierwiastka chemicznego), Neptuna (boga, planety) - neptunu (pierwiastka chemicznego), Plutona (boga, planety karłowatej) - plutonu (pierwiastka chemicznego, oddziału wojska).
Puławy i Wrzelów
Z wielką radością i z potrzeby serca udałem się pod koniec czerwca 2018 roku do Puław, by świętować 70. urodziny prof. Zygmunta Pejsaka, ikony krajowej weterynarii, mego krajana z Tarnowskich Gór. Ponadto w pobliskim Wrzelowie urodziła się w roku 1911 moja śp. Matka.
Tenże Wrzelów jest topograficzną nazwą miejscową, oznaczającą nadwodne miejsce z wirami, niejako wrzącymi (o "wrzącym stoku", czyli "wrzącym potoku", pisał też Walenty Roździeński w swym wierszowanym poemacie Officina ferraria abo huta i warstat z kuźniami szlachetnego dzieła żelaznego z roku 1612).
A Puławy? Ponieważ jest to nazwa z dzisiejszego punktu widzenia zupełnie nieczytelna, prowokuje do etymologii fantazyjnych, ludowych, nie mających nic wspólnego z prawdą naukową. Jedna z nich opowiada o słynnym rycerzu Zawiszy Czarnym, który znalazłszy się w tej okolicy, był tak utrudzony, że godził się na nocleg w zajeździe nawet "na połowie (na pół) ławy" i stąd się miały wziąć Puławy!
Lecz i językoznawcy mają kłopoty z ustaleniem pewnego pochodzenia Puław, zwłaszcza że ich początki nie są znane, a pierwszy zapis Puławy pojawia się dopiero w roku 1626. Mój profesor - Stanisław Rospond (1906-1982) - widział w tej nazwie pierwotne Poławy, nawiązujące do jakiegoś pobliskiego brodu, czyli ławy (cząstka Po- znaczyła tu tyle, co 'przy, w pobliżu').
Inni onomaści (badacze nazw), jak na przykład prof. Maria Malec, twierdzą, że jest to nazwa związana z ukształtowaniem i właściwością terenu, pochodząca od wyrazu gwarowego puława, w liczbie mnogiej puławy - 'miejsca, łąki bagniste, obfitujące w wodę', będącego najprawdopodobniej przekształceniem starszej formy pulwy o tym samym znaczeniu, a zapożyczonej z języków bałtyckich.
W Puławach trudno się nie zatrzymać nad nazwą najdłuższej polskiej rzeki, Wisły. Pojawiła się ona u autorów starożytnych już w I wieku po Chrystusie, na mapach Agryppy, Meli, Pliniusza, w postaciach Vistla, Vistula, Visculus sive Vistla, w II wieku u Ptolomeusza jako Ovistoula, a później: Visla, Wisla, Wislas, Wysla, Wiszla, Viselam, Wisela, Wisele, Visulam.
Za pierwotną uznaje się postać Ueistla - od indoeuropejskiego rdzenia ueis//uis - 'płynąć' z przyrostkiem -tla. I ja mówię zawsze o niej w czasie spotkań autorskich i przy innych okazjach. Dopowiadam jednak, że nazwy rzeczne są z reguły tak archaiczne, że i w wypadku Wisły nie jest wykluczony jeszcze starszy, przedindoeuropejski jej rodowód.
Trudno także w Puławach nie zwiedzić Muzeum Czartoryskich, a w nim - w moim wypadku - nie zrobić zdjęcia portretu Marii z Czartoryskich Wirtemberskiej (1768-1854), pisarki, autorki Malwiny, najwybitniejszej polskiej powieści sentymentalnej, której życiu i dziełu poświęcona była praca magisterska mojej Mamy - wspomnianej na początku tego felietonu - napisana w latach trzydziestych ubiegłego wieku na UJ pod kierunkiem prof. Stanisława Pigonia. Nazwisko Czartoryski pochodzi od nazwy miejscowości Czartorysk na Kresach Wschodnich, a jego pierwotne brzmienie, potwierdzone zapisem z roku 1445, to Czartoryjski (czart, 'diabeł' + ryjski od ryć).
Sawa to imię męskie!
Niełatwa jest walka z powszechnie utrwalonymi mitami. Ale wszczynam ją od czasu do czasu w imię obowiązku naukowego. I tak na przykład przy każdej okazji zapewniam rodaków, że ortografia polska należy do... najłatwiejszych, że jest o wiele prostsza od ortograficznych norm języków angielskiego, niemieckiego czy francuskiego. Robię też, co mogę, by przeciętny w sensie statystycznym Polak znał prawdziwą etymologię nazwy swej stolicy. Ale to nie takie proste!
Ledwo usadowiłem się w taksówce w czasie ostatniego pobytu w Warszawie, kiedy usłyszałem przez radio z ust jednego z radnych, że do równorzędnego traktowania zamieszkujących stolicę kobiet i mężczyzn zobowiązuje pochodzenie nazwy miasta od imion Warsa i Sawy - męskiego i żeńskiego. A w jednym z tekstów publicystycznych znalazłem ostatnio zdanie: "Jest w głowach dzieci mgliste pojęcie o Piaście Kołodzieju, są myszy zjadające Popiela i państwo Wars i Sawa".
Szanowni Czytelnicy, Sawa to imię męskie!!! Pochodzi ono z języka hebrajskiego, wywodzi się od słowa saba - "zajęcie, niewola, zmiana". W świecie słowiańskim najczęściej występowało ono na ziemiach wschodnich. Liczne klasztory nosiły tam imię św. Saby (Sawy), tak jak wschodniosłowiańska jest proweniencja takich derywatów - dziś nazwisk - jak Sawka, Sawko, Sawin, Sawyn, Sawicki itp. W czasach konfederacji barskiej znany był kozak Sawa. Takie imię nosił też jeden z bohaterów Beniowskiego Juliusza Słowackiego ("Tam młody Sawa żył pośrzód burzanów"). Arcybiskup Sawa to zwierzchnik Kościoła prawosławnego w Polsce.
Od zupełnie innego - jednego - imienia pochodzi Warszawa. Imieniem tym jest Warcisław - fonetyczny wariant, szczególnie częsty na obszarach północnopolskich, Wrocisława (od tego ostatniego pochodzi Wrocław). Zdrobnieniem-skróceniem tegoż imienia była postać Warsz, od której urobiono dzierżawczą nazwę Warszewa, oznaczającą 'osadę Warsza'. Z takim brzmieniem - z pierwotnym e - spotkać się jeszcze można w utworach Jana Kochanowskiego czy Sebastiana Klonowica, autorów XVI-wiecznych, a i mamy do dziś oddaloną o kilkanaście kilometrów od stolicy Warszewkę.
Dlaczego w nazwie tej większej od Warszewki miejscowości e na trwałe zmieniło się w a? Dał tu o sobie znać mechanizm przesadnej poprawności (hiperpoprawności). Ponieważ odwieczną znamienną cechą gwar mazowiecko-północnopolskich było mieszanie samogłosek e i a (słyszało się tam brzmienia: "rek", "reczek", "jebłko", "jegoda", "red" - rak, raczek, jabłko, jagoda, rad), zaczęto traktować Bogu ducha winną Warszewę - chciałoby się powiedzieć - jak formę błędną, gorszą, gwarową i ostatecznie zmieniono ją na Warszawę.
Tyber
Pisał Jan Kochanowski (1530-1584) w wierszu Do Piotra Kłoczowskiego: "Widzieć szeroki Dunaj, widzieć Alpy krzywe/ Albo gdzie wpośrzód morza sławne miasto leży,/ Albo gdzie pod dawny mur bystry Tyber bieży". Kazimierz Brodziński (1791-1835) natomiast w wierszu Cóż to za dzień żałobny na Lechitów ziemi stworzył taki oto "rzeczny" wers: "Widział nas Tag, Dniepr, Dunaj i Tybr zatrwożony". Ja zaś przytoczyłem te dwa fragmenty, by pokazać czytelnikom, że stan wariantywności postaci Tyber - Tybr trwa u nas od wieków.
Mnie ani to nie gorszy, ani nie dziwi. Popatrzmy na jakże często używany sweter. Wydawać by się mogło, że nie może on sprawiać najmniejszych problemów poprawnościowych. Tymczasem utrwalone deklinowanie z e ginącym w odmianie - swetra, swetrowi, swetrem - sprawia, że temat fleksyjny swetr- z dopełniacza, celownika i narzędnika przenoszony jest nagminnie do mianownika, czego efektem są konstrukcje typu "włóż swetr", "ale masz piękny swetr", "kupiłem sobie swetr", z błędną postacią "swetr" zamiast poprawnej sweter: włóż sweter, ale masz piękny sweter, kupiłem sobie sweter.
Zdecydowanie rzadziej od swetra używany Tyber (po włosku Tevere) też gubi w odmianie samogłoskę e: Tybru, Tybrowi, Tybrem. Ale także w efekcie co najmniej połowa Polaków myśli, że przez Rzym płynie Tybr, choć powinien to być Tyber!
Może też zachodzić sytuacja swoiście odwrotna. Moja Żona na przykład, wspominając swoje bolesławieckie dzieciństwo i rzekę Bóbr, mówi, że w powszechnym obiegu był "Bober", brzmieniowo tożsamy z dość popularnym w Polsce nazwiskiem. Znajduje nawet taki zapis jeszcze dziś w różnych szkolno-harcerskich pamiątkach.
Z kolei pochodzący z języka francuskiego gofr - 'rodzaj wafla spożywanego na gorąco, zwykle ze śmietaną, konfiturami lub cukrem pudrem' - rodacy przekształcają w "gofer", na zasadzie analogii do poprawnych relacji fleksyjnych: skoro swetra, swetrowi, swetrem - i mianownikowy sweter, to i gofra, gofrowi, gofrem - "gofer". A tu pułapka - to musi być akurat gofr!
W skali makro najprzykrzejsze jest przenoszenie do mianownika samogłoski y z odmiany w przypadkach zależnych oficjalnej nazwy naszego państwa: ponieważ w dopełniaczu, celowniku i miejscowniku - obok brzmienia Rzeczpospolitej Polskiej - może się pojawić starsze, a i dostojniejsze Rzeczypospolitej Polskiej, użytkownicy naszego języka powtarzające się przy deklinowaniu trzy razy y wstawiają do mianownika i mówią "Rzeczypospolita Polska" (pojawia się też ono w narzędniku w zdaniach typu "cieszę się Rzeczypospolitą Polską"). Tymczasem nasze państwo to Rzeczpospolita Polska - bez y w pierwszym przypadku, a cieszyć się trzeba albo Rzeczpospolitą Polską, albo Rzecząpospolitą Polską, nigdy zaś "Rzeczypospolitą" z błędnym y.
Ulica Radziecka w Łomży
Kiedy przed paroma laty znalazłem się w Łomży, już na pierwszym spacerze po tym urokliwym mieście zetknąłem się z ulicą Radziecką. I od razu chcę wszystkim powiedzieć, że nazwa ta nie ma nic wspólnego ze Związkiem Radzieckim, lecz jest starym przymiotnikiem znaczącym tyle, co 'magistracki, dotyczący rady miejskiej, rajcowski': "I też stracił radziecki stolec" - czytamy w Ortylach magdeburskich z XV wieku (radziecki stolec - czyli 'stanowisko rajcowskie, fotel rajcy'), "Ze skarbu radzieckiego" - w jednej z XVII-wiecznych fraszek zamieszczonych w zbiorze Polska fraszka mieszczańska; jeszcze Maria Konopnicka (1842-1910) pisała: "Tak ciągnął orszak weselny, któremu przygrywały trzy kapele miejskie: radziecka jedna, halabardników jedna i kupiecka jedna".
Znany był też w staropolszczyźnie rzeczownik radziectwo - 'radcostwo, senatorstwo': "U Rzymian nikt radziectwa nie mógł otrzymać przed 43 rokiem" (Sebastian Petrycy, ok. 1554-1626).
Słowem matką całej tej rodziny wyrazowej był oczywiście czasownik radzić. Stał się on podstawą słowotwórczą formacji radźca, którą odnajdujemy w dawnych tekstach: "Odpowie jemu: zaliś ty radźca królów" (Biblia królowej Zofii z roku 1455), "Gdy radźce jęli przysiężnika" (Ortyle magdeburskie z XV wieku). Strukturalnie ów radźca całkowicie przylegał do zdradźcy - wywiedzionego od czasownika zdradzić ("Wszytki zdradźce i lifniki/ Zostawię je nieboszczyki" - Rozmowa mistrza Polikarpa ze Śmiercią z XV wieku; "A ten Waldko radźca, ten niewierny zdradźca" - Wiersz o zabiciu Andrzeja Tęczyńskiego z 2 poł. XV wieku).
Dlaczego formy radźca i zdradźca nie zachowały swych pierwotnych brzmień? Od słowotwórczego porządku (radzić - radźca, zdradzić - zdradźca) silniejszy okazał się fonetyczny proces uproszczenia artykulacyjnego, który się zaczął koło XV stulecia, a polegał na przejściu grupy głoskowej dźc w jc. Właśnie jego efektem są do dziś funkcjonujące postacie rajca i zdrajca.
Gdy mnie zaś pytają Słowianie, czemu w naszym rzeczowniku ojciec obecne jest dziwne dla nich j (bo oni wszyscy mają otca), muszę także opisany wyżej proces fonetyczny przywołać.
Polskim kontynuantem prasłowiańskiej formy otec był długo ociec, w przypadkach zależnych oćca, oćcu, oćcem, o oćcu, oćcze: "Ociec mój jeś ty" - Psałterz puławski z końca XV wieku; "Jeden ociec dziesięć synów wychowa" - Jan Sandecki z Sącza, ok. 1490-ok. 1570; "I młodszy jeśm był w domu oćca mego" - Psałterz floriański z XIV/XV wieku; "Rzekł oćcu swemu" - Biblia królowej Zofii z roku 1455. Tak jak w jc przeszła pierwotna grupa głoskowa dźc - tak samo w jc przekształciło się połączenie ćc (też ćcz). Nietrudno się domyślić, że w tej sytuacji odmiana oćca, oćcu, oćcem, o oćcu, oćcze zmieniła się w dzisiejszą: ojca, ojcu, ojcem, o ojcu, ojcze. A że równie silna jest tendencja do wyrównania postaci tematu fleksyjnego, mianownikowy ociec w swej prymarnej postaci nie mógł się ostać! Wkradło się do niego j z wtórnych brzmień przypadków zależnych i stąd ów ojciec, tak często wprawiający w zdumienie naszych braci Słowian.
W Radomiu i w Skarżysku-Kamiennej
Na jednym z moich szlaków odczytowych znalazł się przed paroma laty gród nad Mleczną - Radom. Gościnni gospodarze pokazali mi między innymi dom, w którym mieszkał wielki uczony ks. prof. Włodzimierz Sedlak (1911-1993), a także miejsce jego spoczynku. Na tablicy nagrobnej przeczytałem: "Honorowy obywatel miast: Radomia i Skarżysko-Kamienna". Aż się prosi w tej inskrypcji o opuszczenie podpórkowej formy dopełniacza liczby mnogiej "miast" i zrezygnowanie z dwukropka, bo mamy tutaj tylko dwa człony wyszczególniające, a także o użycie przylegającej do dopełniacza Radomia formy drugiego przypadka gramatycznego złożonej nazwy Skarżysko-Kamienna, czyli Skarżyska-Kamiennej (tak jak Bielska-Białej). Czyż więc nie byłaby lepsza spójna gramatycznie i prostsza konstrukcja Honorowy obywatel Radomia i Skarżyska-Kamiennej?!
Nazwa miejscowa Radom tworzy jeden ciąg strukturalny z takimi formami, jak Bytom, Stradom, Oświęcim, a także Wrocław czy Jarosław. Wszystkie one zostały utworzone przyrostkiem -j od imion osobowych Radom, Bytom, Stradom, Oświęcim, Wrocisław (Wrocław po skróceniu), Jarosław. Sufiks -j nie zachował się do czasów piśmienniczych, ale zmiękczył poprzedzające go wygłosowe spółgłoski wargowe wszystkich tych nazw: do XVII-XVIII wieku były to brzmienia Radom', Bytom', Stradom', Oświęcim', Wrocław', Jarosław'. Od momentu stwardnienia tychże wygłosów, bo to są dzisiaj Radom, Bytom, Stradom, Oświęcim, Wrocław, Jarosław (ze spółgłoską końcową w taką jak w serii typu Chorzów, Kraków, Tarnów, Sączów, Nałęczów), jedynym śladem ich pierwotnej miękkości są postacie przypadków zależnych: Radomia, Radomiowi, Radomiem - Bytomia, Bytomiowi, Bytomiem - Stradomia, Stradomiowi, Stradomiem - Oświęcimia, Oświęcimiowi, Oświęcimiem - Wrocławia, Wrocławiowi, Wrocławiem - Jarosławia, Jarosławiowi, Jarosławiem.
Ze Skarżyskiem-Kamienną, a ściślej - z pierwszym członem tej nazwy, ludzie wiążą wyrazy skarga, skarżyć się. Tymczasem najstarsze, XIII-wieczne zapisy Karsitco, Karzycsko informują, że było to najpierw Karszycko, utworzone od imienia osobowego Karszyc, wywiedzionego od wyrazu karch - 'karcz, karpa, pniak i korzeń pozostałe po ścięciu drzewa' (por. takie nazwy, jak Karchowo, Karszyce, Karsznice, Karchowice, czeskie Krhovice). Z wyrażenia przyimkowego "z Karszycka", często używanego, wręcz obiegowego, powstała forma Skarszycko, przez skojarzenie z czasownikiem skarżyć i bardzo produktywnym przyrostkiem -isko, -ysko ukształtowana ostatecznie jako Skarżysko.
Człon Kamienna natomiast jest przeniesieniem nazwy rzeki Kamiennej, nawiązującej - nietrudno się domyślić - do kamiennego dna.
Wisława - Wiesława
To nieustanne utrapienie uczniów i nauczycieli: ponieważ powszechnie znane są imię żeńskie Wiesława oraz urobione od niego derywaty Wiesia i Wieśka, zdarza się, że nawet w pracach maturalnych przypisuje się je naszej znakomitej poetce noblistce Szymborskiej, choć była ona przecież Wisławą - bez e! Większość zresztą uznaje Wisławę za udziwniony wariant Wiesławy. Tymczasem etymologia tych dwu postaci nazewniczych - mimo bliskości brzmieniowej - jest zupełnie różna.
Wiesława to oczywiście żeński odpowiednik imienia Wiesław, a ono jest na pewno tworem słowiańskim, z tym że nie ma pełnej zgodności co do jego pochodzenia. Długo utrzymywano, że to pomysł Kazimierza Brodzińskiego, autora sielanki pod tytułem Wiesław z roku 1820, okazało się jednak - o czym informuje chociażby Księga naszych imion prof. Józefa Bubaka z roku 1993 - że imię to ma poświadczenie w średniowiecznych źródłach polskich już w XIV wieku. Byłoby wtedy niewątpliwie formą utworzoną od złożonych tworów nazewniczych, takich jak Więcesław albo Wielisław (Więcesław: więce-, 'więcej' + -sław, 'sława', Wielisław: wieli-, 'kazać' lub 'wielki' + -sław, 'sława').
Wisław natomiast, którego żeńskim odpowiednikiem jest Wisława, to skrócona postać złożonego imienia słowiańskiego Witosław: wito- 'pan, władca' + -sław 'sława', starsza nawet od Wiesława, bo poświadczona w źródłach już od XII stulecia (Wisława ma notowania od wieku XIII).
Skoro zaś pojawił się tu starosłowiański wito- - 'pan, władca', dopowiedzmy, że męskie imię Wit jest z kolei łacińskiego pochodzenia, a łączy się je zwykle z nie poświadczonym wyrazem pospolitym vitus "chętny, ochoczy", bo invitus to po łacinie "niechętny".
Miłośników żartobliwych wierszyków o lisie Witalisie z kolei chcę poinformować, że łaciński rodowód ma także imię Witalis, pochodzące od przymiotnika vitalis - "zdolny do życia, żywotny, pełen życia, silny" (por. siły witalne).
Litewski z pochodzenia jest natomiast Witold, wywiedziony od złożonego imienia Vytautas: Vy- (od czasownika vyti, "gnać") oraz -tń (od tauta, "lud"); całość znaczy więc tyle, co 'prowadzący, wiodący lud' lub 'władający ludem'.
Jak podaje cytowany wyżej prof. Bubak, niezależnie od litewskiego z pochodzenia Witolda istnieje również w języku niemieckim Witold, pochodzący ze staro-wysoko-niemieckiego witu- ("las") oraz walt ("władać, panować"), nie jest zatem wykluczone, że oba te imiona mogły się spotkać w średniowiecznej Polsce.
Wrzosy we Wrześni
Kiedy przed paroma laty w jeden z wieczorów wrześniowych kończyłem z moimi warszawskimi kolegami - profesorami Jerzym Bralczykiem i Andrzejem Markowskim - spotkanie autorskie w wielkopolskiej Wrześni, powiedziałem, że należało tutaj przyjechać w dziewiątym miesiącu roku, bo etymologicznie nazwa tej miejscowości związana jest z wrzosem.
Ale po kolei! Choć wrzesień pochodzi od wyrazu wrzos, a nie odwrotnie, to jednak pierwotne jest e w nazwie miesiąca, a wtórne - o w nazwie rośliny. Że tak jest, informują nas odpowiedniki wrzosu z innych języków słowiańskich, na przykład ros. wieriesk, serbski wrijes, czeski wrzes - wszystkie z samogłoską e.
I w naszym języku był to najpierw wrzes i wywiedziony z niego wrzesień. Ponieważ jednak w polszczyźnie samogłoska e po spółgłosce miękkiej, a przed spółgłoskami t, d, s, z, n, r, ł zmieniała się - na mocy tak zwanego przegłosu polskiego - w o lub w a, wrzes przekształcił się we wrzos - tak jak żena stała się żoną, leto - latem, cies - ciosem, mied - miodem, gwiezda - gwiazdą, les - lasem, strzeła - strzałą, średa - środą, miera - miarą itp.
Przed spółgłoskami miękkimi jednak to dawne e się utrzymuje: żenić się, żeński, w lecie, letni (miękka grupa spółgłoskowa -tń-), cieśla, miedźwiedź (dzisiejszy niedźwiedź), o gwieździe, w lesie, leśnik, leśniczy, strzelić, średni, średnica (miękka grupa spółgłoskowa -dń-), mierzyć, miernik. Tak samo zachowało się e w rzeczowniku wrzesień, bo po nim następuje miękkie ś.
Nazwa miejscowa Września, poświadczona źródłowo od XIII wieku: de Wresc 1256, Wressna 1317, Wrzesna 1357, Wrzessnya 1424, Wrzesnia 1578, Września 1620 (Maria Malec, Słownik etymologiczny nazw geograficznych Polski, Warszawa 2003, s. 269), powtarza nazwę rzeki (jak Nysa czy Wisła), tyle że - dla odróżnienia - nazwę rzeki zmieniono na Wrześnicę (tak jak np. rzeka Biały Stok, od której pochodzi Białystok, jest teraz Białką). Nie ulega przecież wątpliwości, że podstawą słowotwórczą jest tutaj wrzos, bo rzeka płynęła przez teren porośnięty wrzosami.
Wrzesiński to tradycyjny, używany tam przez wszystkich przymiotnik, mieszkańcy Wrześni natomiast to wrześnianin, wrześnianka, wrześnianie.
Miasto to - dopowiedzmy dla poznawczego porządku - przeszło do historii z powodu słynnego strajku tamtejszych dzieci przeciw germanizacji szkoły i protestu rodziców przeciw biciu dzieci przez pruskich nauczycieli (1901-1902). Pisała w roku 1905 Maria Konopnicka, nawiązując do tych wydarzeń: "Tam od Gniezna i od Warty/ Biją głosy w świat otwarty,/ Biją głosy, ziemia jęczy:/ - Prusak dzieci polskie męczy!" (Ludziom i chwilom. O Wrześni).
Z Landshut do Łańcuta
W jednym z numerów "Rewii" - w artykule Urokliwa stolica Dolnej Bawarii Landshut - można było przeczytać: "To spokojne bawarskie miasteczko raz na cztery lata, na przełomie czerwca i lipca, zmienia się w XV-wieczny gród tętniący życiem. W Landshut odbywa się rekonstrukcja historyczna zaślubin bawarskiego księcia Jerzego Bogatego z Jadwigą Jagiellonką, córką króla Polski Kazimierza Jagiellończyka. Uroczystość miała miejsce w 1475 roku, a na trwającym tydzień weselu bawiło się 10 tysięcy gości. Na ślub przybyli władcy z całej Europy z cesarzem Niemiec na czele. Gościli w zamku Trausnitz wzniesionym w XIII wieku na rozkaz księcia Ludwika I z rodu Wittelsbachów, założyciela tego malowniczego miasta nad rzeką Izarą".
Ma też ono swój udział w historii nazewnictwa polskiego, a mówiąc ściślej - w historii Łańcuta, miasta leżącego w województwie podkarpackim. Oto ostatni nasz król z rodu Piastów - Kazimierz Wielki - sprowadził z niego w dolinę Wisłoka kolonistów, a ci przynieśli też do Polski nazwę swego grodu Landshut (Land, "kraj" + Hut, "straż"), co potwierdzają najstarsze zapisy: Landssuth 1381, Landshut 1390, Landishut 1405, Landishute 1424. Proces adaptacji tej nazwy do polszczyzny postępował jednak bardzo szybko. Pod koniec XV stulecia pojawia się już zapis Lanczuth, będący z pewnością graficzną próbą oddania spolonizowanego brzmienia Łańcut, które - jak wiadomo - ostatecznie się przyjęło i utrwaliło. Kiedy więc będziemy podziwiać wspaniały zespół pałacowy w tejże miejscowości i ją samą, nie próbujmy szukać etymologii jej nazwy w łańcuchu, jak to czyni wielu rodaków, lecz skierujmy naszą myśl historycznojęzykową w stronę urokliwego miasta bawarskiego, bo od jego nazwy wszystko się zaczęło.
W tamtych stronach Polski mamy też wiele nazw miejscowych wywiedzionych od imion niemieckich kolonistów, na przykład Albigowa, Giedlarowa, Binarowa (z tej ostatniej miejscowości, upamiętnionej w jednym z wierszy Mirona Białoszewskiego, pochodził legendarny kaznodzieja przemyski i wrocławski ks. prof. Julian Michalec, zmarły w roku 1988, w latach 50. ubiegłego wieku duszpasterzujący w Łańcucie).
Wracając zaś do niemieckiego Landshut, oznaczającego "przygraniczną strażnicę", dopowiedzmy, że nosiła taką nazwę również dzisiejsza Kamienna Góra na Dolnym Śląsku (najstarsze zapisy: Landeshut 1232, Landishute 1249, Camena Gora 1249). Jak zaś informuje prof. Stanisław Rospond w swym Słowniku etymologicznym miast i gmin PRL z roku 1984, podróżnicy polscy w XIX wieku używali także spolszczonej formy Łańcut (1851). Można więc mówić o swoistym powinowactwie nazewniczym dwu miast - podkarpackiego i dolnośląskiego.
Z Truskolas czy z Truskolasów?
W wywiadzie prasowym ze znanym piłkarzem Jakubem Błaszczykowskim pojawiły się zdania: "Z Truskolas do Częstochowy jest tylko 25 km" i "Pomogę komuś z Truskolas". "Czy nie powinno się powiedzieć z Truskolasów - tak jak z lasów?" - pyta pan B.K. z Bolesławca.
Truskolasy wraz z takimi nazwami, jak Maczki, Janki, Marki, Laski, Ząbki, Gołąbki, Trawniki, Piaski, Tychy, Bojszowy, Makoszowy czy Rydułtowy, tworzą typ strukturalny, któremu system gramatyczny języka polskiego oferuje w drugim przypadku albo końcówkę -ów, albo końcówkę zerową, i tylko od uzusu, czyli zwyczaju w danej miejscowości panującego, zależy postać dopełniacza. Nazwę Piaski na przykład nosi w Polsce kilkadziesiąt miejscowości. Część z nich przyjmuje w drugim przypadku formę (z, do) Piasków, część (z, do) Piasek, a na Mazowszu - (z, do) Piask. Górnośląskie Bojszowy, Makoszowy, Rydułtowy mają w tych miejscowościach stabilne brzmienia (z, do) Bojszów, Makoszów, Rydułtów, co wcale nie oznacza, że tu i ówdzie nie można usłyszeć wariantów z końcówką -ów (Bojszowów, Makoszowów, Rydułtowów) - tak jak daleka jeszcze od stabilności jest postać (z, do) Tychów, mimo że funkcjonowała prymarnie, ale od lat 50. ubiegłego wieku, gdy Tychy stały się dużym miastem przemysłowym z wymieszaną etnicznie ludnością, zaczęła przegrywać z wariantem (z, do) Tych - polecanym przez słowniki i używanym w mediach (Kazimierz Kutz mówił mi wiele razy, że w Szopienicach też jeździło się do Tych, czego potwierdzenie znajduję w jego wspomnieniowych Klapsach i ścinkach z roku 1999). Dopiero po roku 1989 zaczyna znów przeważać pierwotny dopełniacz (z, do) Tychów - preferowany zwłaszcza przez górnośląskie środki masowego przekazu.
Wróćmy teraz do Truskolas Jakuba Błaszczykowskiego. Nie bez kozery w przywołanym wyżej strukturalnie identycznym ciągu morfologicznym umieściłem tuż po nich Maczki, Janki, Marki, Laski, Ząbki, Gołąbki i Trawniki, bo wszystkie te nazwy mają stabilne warianty bezkońcówkowe: (z, do) Truskolas, Maczek, Janek, Marek, Lasek, Ząbek, Gołąbek, Trawnik, a stabilność tę na pewno wspiera żywa w językach fleksyjnych tendencja do ucieczki przed jednakowością brzmień nazwy miejscowej i innego wyrazu (pospolitego lub nazwy osobowej). Skoro zatem funkcjonuje pluralny dopełniaczowy szereg z końcówką -ów: lasów, maczków, Janków, Marków, lasków, ząbków, gołąbków, trawników, to identyczne brzmieniowo w pierwszym przypadku nazwy miejscowe w przypadku drugim przyjmują postacie bezkońcówkowe: (z, do) Truskolas, Maczek, Janek, Marek, Lasek, Ząbek, Gołąbek, Trawnik.
A jaka jest etymologia Truskolas? - spytajmy na koniec. Mój uniwersytecki profesor - Stanisław Rospond (1906-1982) - w swym Słowniku etymologicznym miast i gmin PRL z roku 1984 przedstawił dwie hipotezy. Pierwsza z nich kazała mu traktować Truskolasy jako nazwę rodową od przezwiska Truskolas - identyczną z Truskolasami koło Opatowa oraz w dawnym powiecie mazowieckim. Druga upatrywała w tej formie nazwę topograficzną oznaczającą lasy, gdzie opadło dużo igliwia, bo staropolski trusk to 'szelest, trzeszczenie', a później gwarowe 'opadłe igły drzew szpilkowych'. Kim zaś był ów Warcisław-Warsz, nie wie nikt, tak jak giną w pomroce dziejów takie osoby, jak przywołany już Wrocisław, a także Poznan, Luban (z twardym n na końcu), Bytom, Radom czy Częstoch, których imiona są podstawami słowotwórczymi doskonale wszystkim znanych nazw miejscowych Wrocław, Poznań, Lubań, Bytom, Radom, Częstochowa.
Co dalej z keczupem?
Spośród wszystkich doskonałych monologów-parodii moich wykładów, w których specjalizuje się od lat Łukasz Rybarski z Kabaretu pod Wyrwigroszem, największą radość sprawia moim wnukom ten, w którym utalentowany aktor zastanawia się, zasilając tę refleksję odpowiednią gestykulacją, dlaczego - wkraczając na obszar kulinarnych podstaw słowotwórczych - można się do kogoś przychrzanić, można komuś przypieprzyć lub przysolić, ale nie można nikomu przykeczupić czy przykeczapić. Nietrudno się domyślić, że największą radość sprawia wszystkim, nie tylko moim wnukom, ostatnia forma - z samogłoską a. Ja zaś, pokładając się z innymi ze śmiechu, nie mogę nie widzieć w tym brzmieniowym żarcie poważniejszego problemu, związanego ze sposobem przyjmowania do języka wyrazów obcych.
Przez wieki, gdy obce formy docierały do nas za pośrednictwem pisma, utrwalały się one częściej w wersji graficznej: impas, notes, bilet, kabotyn, kowboj, Niagara, Waszyngton, Gwinea (a nie "empas", "not", "bije", "kabotę", "kauboj", "najagre", "łoszinten", "gini"). Business jeszcze 100 lat temu odczytywano literowo "busines"! 50 lat temu - obok Bitelsów żywot pełnoprawnego wariantu wiedli Bitlesi, nawiązujący do zapisanej nazwy The Beatles. Klub jest ciągle klubem w starych połączeniach typu Łódzki Klub Sportowy, Górniczy Klub Sportowy, Klub Prasy i Książki, ale w nowszych pojawia się już klab", na przykład "biznes center klab", "klabing" - tak jak pub stał się od razu w wymowie "pabem", business od dawna jest biznesem (i tak go też częściej zapisujemy), a niektórzy rodacy chcą być tak fonetycznie autentyczni, że w ich ustach pojawia się "byznes", Bitlesi przegrali z wariantem akustycznym Bitelsi, a indiańską z pochodzenia nazwę Chicago coraz więcej osób wymawia "Szikago" - jak na zasadzie wyjątku, bo na sposób francuski, czynią to mieszkańcy Stanów Zjednoczonych. Wariant "Czikago" - bliższy mi od dzieciństwa - jest dopuszczalny, ale wyraźnie się cofa.
Kierunek ewolucji jest bowiem aż nadto wyraźny: coraz lepsza znajomość języków obcych, podróże, kontakty ze światem, elektroniczne środki przekazu sprawiają, że przybywa zapożyczeń akustycznych, mniej lub bardziej zbliżonych do fonetycznego oryginału. Ja do końca życia będę mówił o "keczupie", jak zresztą zalecają wydawnictwa poprawnościowe. "Keczap" jeszcze 30-40 lat temu odbierałbym jako formę brzmiącą snobistycznie, pretensjonalnie. Dziś już tak o nim nie myślę, owszem - nie wykluczam, że w przyszłości może się on stać pełnoprawnym wariantem "keczupu", a może go nawet kiedyś wyprzeć. Zachowania najmłodszych Polaków w tym względzie dają mi wiele do myślenia i podpowiadają takie prognozy.
Czes'c'!
A cóż to za dziwoląg graficzny? - zapytają Państwo, patrząc na tytuł tego odcinka. Odpowiadam jak najpoważniej: to nie dziwoląg, ale fonetyczny zapis artykulacyjnych zachowań dziewczynek, dziewczyn i kobiet polskich z przedziału wiekowego od 5 do 30 lat! Usilnie proszę o nieposądzanie mnie o męski szowinizm, ale - niestety - to tylko one (a nie chłopcy i mężczyźni) od ładnych paru lat - manierycznie i z jakąś mniej lub bardziej świadomą kokieterią - w ten sposób wymawiają miękkie polskie spółgłoski ś, ź, ć, dź: robią z nich dźwięki półmiękkie, jak w innych językach słowiańskich i jak w czasach prasłowiańskich, na przykład "czes'c'", "s'ilny", "z'ima", "z rados'c'i", "dz'iwny". Na miły Bóg, to przecież musi być - zapisuję fonetycznie - "cześć", "śilny", "źima", "z radośći", "dźiwny" - z ś, ź, ć, dź! - chciałoby się zawołać, i to gromkim głosem.
Nastolatki płci żeńskiej raczyły mnie ostatnio w czasie parogodzinnej podróży pociągiem taką właśnie artykulacją, doprawianą w dodatku co parę minut epidemicznym wręcz zaimkiem mi na początku zdania: "Mi takie włosy pasują", "Mi to zupełnie nie odpowiada", "Mi na tym nie zależy".
Przypominam: mi to tak zwana enklityka (od greckiego enklino "opieram się o poprzednika"), czyli forma, która sama dla siebie nie może zyskać akcentu, lecz tworzy jeden zestrój akcentuacyjny z wyrazem poprzedzającym, na przykład PO-daj mi, U-wierz mi, DA-ruj mi (a nie: "po-DAJ-mi", "u-WIERZ-mi", "da-RUJ-mi"). Ponieważ pierwszy wyraz w zdaniu jest zawsze pod akcentem, enklityczne mi pojawić się tam nie może; konstrukcje jedynie poprawne to mnie takie włosy pasują, mnie to zupełnie nie odpowiada, mnie na tym nie zależy.
Moje towarzyszki podróży metodycznie dobijały mnie też przysłówkiem ciężko: "Ciężko się będzie tego pozbyć", "Ciężko jest rzucić palenie", "Ciężko to sobie wyobrazić", "Ciężko powiedzieć", "Ciężko przewidzieć". Żeby znów nie przywoływać imienia boskiego, zapytam tym razem z pijanym hałasem - jak lubił mawiać nieodżałowany Kisiel, czyli Stefan Kisielewski (1911-1991): czy w polszczyźnie zaprzestano już używania takich określeń, jak trudno, niełatwo, nieprosto?! - To nieznośne, potoczne, obciążone tyloma funkcjami znaczeniowymi ciężko (ciężko zachorował, ciężko mu na sercu, ciężko pracuje, ciężko chodzi, ciężko oddycha) zaczyna się już nawet wciskać do prac naukowych: "To ciężki problem badawczy" - przeczytałem przed paroma tygodniami w jednej z prac doktorskich i nie po raz pierwszy w życiu uświadomiłem sobie, jak mądra jest sentencja łacińska o kropli, która drąży skałę nie siłą, lecz ciągłym padaniem (gutta cavat lapidem non vi, sed saepe cadendo).
Dygocące postacie
W pewnym tekście publicystycznym czytam: "Ta bujna panorama powieściowa jest rozprzestrzenionym, dygocącym splotem międzyludzkim. A jej główne postacie nie dzielą się jasno na katów i ofiary". A w innym: "Przedstawiono druzgocące argumenty". Tadeusz Różewicz natomiast w jednym z wierszy tomu Szara strefa napisał: "czasem szepcemy/ wszyscy ludzie będą braćmi".
Powiem od razu: mamy w tych fragmentach wycofujący się z obiegu, choć pierwotnie jedyny i całkowicie uzasadniony szereg morfologiczny ze spółgłoską c - dygocący, druzgocący, szepcemy - oraz wtórną w stosunku do pierwowzoru deklinacyjnego formę postacie - na pewno częstszą od starszego i kiedyś wyłącznego brzmienia postaci.
Dlaczego c pierwszego ciągu słów było racjonalne? Ano dlatego, że właśnie ta spółgłoska od wieków tworzy alternacyjną sekwencję t : c : ć, na przykład kobieta, kobiecy, kobiecie - kmiotek, kmiecy, kmieć - powrót, powracać, powrócić itp. Jej integralną częścią były czasowniki typu dygotać, druzgotać, szeptać, deptać, z odmianą dygocę, dygocesz, dygoce, dygocemy, dygocecie, dygocą i formą imiesłowową dygocący (jak w pierwszym przykładzie dzisiejszego odcinka) czy szepcę, szepcesz, szepce, szepcemy (jak u Różewicza), szepcecie, szepcą i formą imiesłowową szepcący.
Czemu w takim razie prawie powszechne są obecnie postacie z wtórnym cz? Dał tu o sobie znać mechanizm przesadnej poprawności (hiperpoprawności). Ponieważ mazurzenie, czyli wymowa typu "syja", "zyto", "cysty", "zaba" (szyja, żyto, czysty, żaba), jest najsilniej odbierane przez Polaków jako typowa cecha gwarowa, w pewnym momencie ciąg typu dygocę - dygocesz, szepcemy - szepcecie, z pierwotnym i uzasadnionym morfonologicznie c, zaczęto wymieniać na "lepszy" (cudzysłów jest tu znakiem sarkazmu, ironii!) - z wtórnym cz. Dziś jest on prawie wyłączny. Formy z pierwotnym c można jeszcze spotkać w wyrażeniach metaforyczno-poetyckich, takich jak druzgocąca recenzja, druzgocąca klęska albo migocące gwiazdy, chociaż i w nich coraz częściej pojawia się cz, co mnie zupełnie nie zaskakuje - wszak procesy wyrównawcze są w językach fleksyjnych czymś naturalnym.
A skoro pojawiła się wyrazowa zbitka języki fleksyjne, to powiedzmy teraz i to, że działa w nich mechanizm tak zwanej polaryzacji, czyli maksymalnego zróżnicowania poszczególnych kategorii gramatycznych. Rzeczownik rodzaju żeńskiego postać ma w kilku przypadkach zależnych końcówkę -i: (nie ma tej) postaci, (przyglądam się tej) postaci, (myślę o tej) postaci, (nie ma tych) postaci. Jest więc ona aż nadto wyraźnie przeciążona funkcyjnie. A w dodatku jako wyłączna obsługiwała kiedyś także mianownik liczby mnogiej - te postaci. Żeby ją więc choć trochę odciążyć, użytkownicy polszczyzny stworzyli w pierwszym przypadku liczby mnogiej nową formę, postacie - z nie powtarzającą się w żadnym innym przypadku końcówką -e. Tylko tą formą posługuję się przez całe swoje życie, bo nie mam wątpliwości, że jest lepsza. Jestem też przekonany o jej zwycięstwie w przyszłości, mimo że te postaci od kilku lat przeżywają swoisty renesans, ale tylko w wąskich, inteligenckich kręgach użytkowników języka - krytyków teatralnych i filmowych, teoretyków literatury, publicystów.
Jakby - jak by
Przy każdej nadarzającej się okazji uświadamiam rodakom, że powszechne przekonanie o wyjątkowej trudności polskiej ortografii jest jeszcze jednym mitem narodowym, a popularne - mniej lub bardziej nagłaśniane medialnie - dyktanda mit ten utrwalają. Prawda jest taka, że nasza pisownia jest o wiele łatwiejsza od niemieckiej, francuskiej czy angielskiej, bo stanowi rezultat kodyfikacji stosunkowo młodego stanu językowego, podczas gdy normy ortograficzne przywołanych trzech języków europejskich przylegają do ich struktur wczesnośredniowiecznych. W dodatku języki germańskie i romańskie zmieniły się w ciągu wieków o wiele bardziej niż języki słowiańskie, stosunkowo wolno ewoluujące.
Zapewniam też wszystkich, że nie zasady wypływające z historii języka polskiego i z budowy wyrazów, dotyczące chociażby pisowni rz i ż czy u i ó, są najprzykrzejsze w codziennych poczynaniach komunikacyjnych. Najtrudniejsze są normy konwencjonalne, które w każdej chwili można by zmienić, dotyczące dużych i małych liter czy pisowni łącznej i rozłącznej. Z nimi borykamy się najczęściej!
Oto na przykład trzy fragmenty pewnego artykułu publicystycznego: "Wyłania się obraz zaskakujący, jakby to pisał nie ten sam człowiek", "Jakby nie wiedział, jaką drogę życiową przeszedł Sołżenicyn", "Myślał, jak by tu wiązać tę Polskę mizerną ze starą Europą". Czy poprawne ortograficznie są w nich postacie jakby (z dwu pierwszych zapisów) i jak by (z zapisu trzeciego)?
Otwieram stronę 274 Wielkiego słownika ortograficznego PWN pod redakcją prof. Edwarda Polańskiego (wraz ze śp. prof. Bogusławem Kreją byłem jego recenzentem), na której znajduję wskazanie: jakby - pisane łącznie, jeśli jest spójnikiem, odpowiednikiem gdyby, jak gdyby, na przykład jakby mógł, toby wyjechał; mizerny jakby z krzyża zdjęty; jak by - pisane rozdzielnie, jeśli jest zaimkiem, na przykład jak by to napisać?; tak, jak by chciał.
Ponieważ wariantami składniowymi naszych dwu pierwszych zdań mogłyby być konstrukcje: "Wyłania się obraz zaskakujący, jak gdyby to pisał nie ten sam człowiek" i "Jak gdyby nie wiedział, jaką drogę życiową przeszedł Sołżenicyn" - ze spójnikowymi jak gdyby użytymi zamiast jakby - zapisy z artykułu należy uznać za absolutnie poprawne.
W przykładzie trzecim natomiast mamy do czynienia z zaimkiem, dlatego tutaj zgodna z regułą jest pisownia rozdzielna jak by.
Wszystkie zaś trzy zapisy odpowiadają graficznej różnicy jakby - jak by wyeksponowanej w słowniku prof. Polańskiego, a w dzisiejszym odcinku przypomnianej.
Jaki jest koń = koń jaki jest
Dlaczego w tytule tego odcinka znalazło się równanie składniowe? Ano dlatego, że bardzo mi zależy na uzmysłowieniu wszystkim, iż dowolność szyku wyrazów w zdaniu, będąca typologiczną cechą polszczyzny, pozwala używaną na ogół syntagmę typu jaki jest koń zamienić na rzadsze połączenie koń jaki jest. Uczynił tak w swej encyklopedii z roku 1745-1746 Nowe Ateny albo Akademia wszelkiey scyenyi pełna... Benedykt Chmielowski, tworząc sentencję koń jaki jest, każdy widzi, która zrobiła karierę w powszechnym obiegu komunikacyjnym. Przywoływana jest ona w codziennym językowym obcowaniu i w tekstach prasowych. W tych ostatnich bywa często modyfikowana - zamiast konia pojawia się jakiś inny rzeczownik.
Przed paroma dniami zobaczyłem na przykład gazetowy nagłówek: "Świnia, jaka jest, każdy widzi". Chyba wszyscy, którzy zaakceptowali tytułowe równanie składniowe jaki jest koń = koń jaki jest, przyznają, że w zdaniu ze świnią postawiono błędnie przecinek przed formą jaka. Sprawia on, że po odczytaniu wydzielonej przecinkami syntagmy jaka jest otrzymujemy bezsensowną i niegramatyczną całostkę "świnia każdy widzi". A zatem tak jak w skrzydlatych słowach Benedykta Chmielowskiego koń jaki jest, każdy widzi obowiązuje tylko jeden przecinek - przed każdy, tak samo należało napisać w nagłówku prasowym: Świnia jaka jest, każdy widzi.
Bardzo prosty jest rozbiór logiczny tych wypowiedzeń. W obu zdaniem nadrzędnym jest konstrukcja każdy widzi, a zdaniami podrzędnymi rozwijającymi czasownik widzi, czyli dopełnieniowymi, są koń jaki jest i świnia jaka jest. Te ostatnie, powtórzmy, są wariantami częstszych syntagm jaki jest koń i jaka jest świnia.
Jestem pewien, że gdyby Chmielowski posłużył się typowym szykiem i stworzył sentencję jaki jest koń, każdy widzi, następne pokolenia nie popełniałyby błędu interpunkcyjnego. Odwrócony porządek - koń jaki jest - niejako prowokuje do błędnego przecinka przed jaki, bo w świadomości Polaków zakodowane są połączenia z przecinkiem typu ciekawe, jaki będzie urlop, nie wiem, jaki kolor wybrać, czy wiesz, jaki samochód kupił Jurek?. Czym innym są jednak przywołane wyżej zdania, a czym innym konstrukcja koń jaki jest - tożsama, powiedzmy to ostatni raz, z połączeniem jaki jest koń.
Interpunkcja jest szkołą myślenia - powtarzam przez całe swoje zawodowe życie. Także niniejszy odcinek tą swoją ulubioną formułą nauczycielską zakończę.
Kazus czy już "case"?
Czytam w jednym z felietonów prasowych: "Kazus ten jest fascynujący" i "Być może ten "case" stanie się linią demarkacyjną między polityką akceptowalną i polityką jako farsą". Jak widać, autorka angielski wariant case zaopatrzyła w cudzysłów, dając do zrozumienia, że ma do niego stosunek dwuznaczny, mówiąc najdelikatniej, ale już samo jego pojawienie się jest bardzo znamienne, dowodzi bowiem funkcjonowania tej formy w środowisku prawników, o czym się - niestety - mogłem wiele razy przekonać.
Dlatego w czasie jednego z corocznych wykładów dla studentów Wydziału Prawa Uniwersytetu Wrocławskiego zwróciłem się do nich z gorącym apelem, by nie anglizowali w wymowie tego starego łacińskiego terminu - teraz i w przyszłej pracy zawodowej. Jak gramatyka języka staro-cerkiewno-słowiańskiego jest punktem wyjścia studiów nad gramatyką historyczną języka polskiego - perorowałem - tak prawo rzymskie jest odwiecznym przedmiotem dydaktycznym na studiach prawniczych, bo starożytny Rzym z łaciną stoi u źródeł współczesnego, cywilizowanego prawa. Dlatego tyle jego żelaznych zasad i sentencji funkcjonuje na świecie w oryginalnym łacińskim brzmieniu, że przywołam frazy lex dilationes exhorret - "prawo nie znosi zwłoki", lex retro non agit - "prawo (ustawa) nie działa wstecz", in dubio (pro reo) - "w razie wątpliwości, w sprawie wątpliwej (wyrokuje się na korzyść oskarżonego)", aequitas sequitur legem - "sprawiedliwość postępuje za prawem", audiatur et altera pars - "niech będzie wysłuchana i druga strona", nulla potentia super leges esse debet - "żadna władza nie stoi nad prawem", czy dura lex, sed lex - "twarde prawo, ale prawo".
W tym polu terminologicznym mieści się od zawsze łaciński casus - 'przypadek, fakt pociągający za sobą skutki prawne', w języku ogólnym 'zdarzenie, przypadek, traf, zwłaszcza niespodziewane, nieprzyjemne zdarzenie, niekorzystny zbieg okoliczności'. Od wieków funkcjonujący w naszym języku, częściej zapisywany jest w wersji spolszczonej kazus. I niech ona trwa przez kolejne wieki w takiej właśnie postaci fonetycznej! Obym w czasie prawniczych konkursów krasomówczych mógł jak najdłużej słuchać kazusów - podstawy wystąpień uczestników tychże zmagań, a nie koszmarnych "kejsów"!
Toutes proportions gardées (czyt. tut proporsją garde), jak się mówi w języku francuskim, czyli zachowując wszelkie proporcje, wyznam na koniec, że owe nieszczęsne "kejsy" przypominają mi takie groteskowo zanglizowane twory, jak "walka Dejwida z Goliatem" czy "Najke z Samotraki". Zgoda: niech popularny angielski piłkarz David Beckham będzie we współczesnym języku "Dejwidem" (choć Dawid nie jest żadną fonetyczną kompromitacją!) i niech nazwa obuwia sportowego funkcjonuje w brzmieniu "najki", ale, na miły Bóg, nie róbmy "Dejwida" z króla żydowskiego Dawida obecnego od wieków w przysłowiowym wyrażeniu walka Dawida z Goliatem, a z greckiej bogini zwycięstwa Nike - groteskowego tworu, jakim jest "Najke".
A i "si-wi" - powszechnie już używane zamiast życiorysu - jest historycznojęzykowym nieporozumieniem, bo nawiązuje przecież do łacińskiego wyrażenia curriculum vitae (dosłownie "bieg życia") z łacińskimi literami-głoskami c i v od zawsze w polszczyźnie odczytywanymi jako "ce" i "fał". Dlatego bliżej mi uczuciowo do potocznej cefałki, nawiązującej w wymowie do owych "ce" i "fał", niż do podszytego snobizmem "si-wi", którego nie użyłem jeszcze ani razu w życiu!
Kiedy pytajnik?
Piszący Polacy ciągle niezbyt dobrze sobie radzą z pytajnikiem na końcu wypowiedzeń złożonych. Gazetowe przykłady świadczą o tym aż nadto wyraźnie. Oto pierwszy z nich: "Nie wiemy, czy ta rura byłaby dla Polski opłacalna czy nie?". Pytajnik na końcu trzeba bezwzględnie zamienić na kropkę, bo nie jest zdaniem pytającym nadrzędne zdanie "Nie wiemy"; poza tym przed drugim, powtarzającym się czy należy postawić przecinek. Poprawny zatem zapis to: Nie wiemy, czy ta rura byłaby dla Polski opłacalna, czy nie.
Trzeba natomiast posłużyć się pytajnikiem na końcu wypowiedzenia "Ameryka znów staje przed dylematem: czy dla bezpieczeństwa poświęcić część wolności?", bo przed pytającym zdaniem zdecydowano się na dwukropek. Gdyby zmieniono go na przecinek, na końcu całości musiałaby być kropka, ponieważ zdanie nadrzędne - "Ameryka znów staje przed dylematem" - nie jest pytające.
Powtórzmy teraz dwa poprawne zapisy: Ameryka znów staje przed dylematem: czy dla bezpieczeństwa poświęcić część wolności? albo Ameryka znów staje przed dylematem, czy dla bezpieczeństwa poświęcić część wolności.
Dobrze postawiono pytajnik na końcu wypowiedzenia: "Ale czy dzisiejsza Polska jest krajem, w którym o miejscu w strukturze społecznej decydują przede wszystkim osobiste zdolności i zasługi?". Dobrze, gdyż pytające jest zdanie nadrzędne "Ale czy dzisiejsza Polska jest krajem?".
I w ogóle byłbym niesprawiedliwy, gdybym nie przyznał, że poprawność interpunkcyjna w polskich czasopismach niepomiernie się poprawiła. Miodem na moje serce jest na przykład zapis: "Transformacja nie zmieniła tej sytuacji, przeciwnie - utrwaliła strukturę społeczną późnego PRL" - z najlepszym w takich konstrukcjach myślnikiem, interpunkcyjnym znakiem przeciwstawienia - po nomen omen formie przeciwnie (a nie dopuszczalnym w takim wypadku przecinkiem, moim zdaniem - nielogicznym!).
Trudno się też nie cieszyć wzorową interpunkcją w konstrukcjach: "Owe pięć milionów podzieliło się na tych, co zasilili szeregi wczesnych emerytów i rencistów, oraz na tych, którzy stworzyli nową kategorię: bezrobotnych" czy "O miejscu człowieka w społecznej hierarchii decydują praca, jaką wykonuje, i władza, jaką posiada". Radują mnie przede wszystkim przecinki przed oraz (w pierwszej konstrukcji), a także przed i (w drugiej) - świadczące o tym, że rodacy rozumieją składniowe kryterium polskiego przestankowania, które każe bezwzględnie zamknąć przecinkami podrzędne zdania co zasilili szeregi wczesnych emerytów i rencistów i jaką wykonuje, a zupełnie nieistotne są tu następujące po tychże przecinkach spójniki oraz, i.
Muzyka z ładną dziewczyną
Pełen pasji list otrzymałem od pani K.S. z Lubska. Korespondentka prosi mnie o wskazanie przyczyn tak powszechnego błędnego akcentowania przedostatnich sylab w wyrazach typu muzyka, matematyka, fizyka, logika, gramatyka, informatyka, taktyka oraz równie często spotykanych rażących artykulacji samogłoski nosowej ą w takich postaciach, jak "z ładnom dziewczynom" albo "z ładnou dziewczynou", "idom", "chodzom", "robiom" lub "idou", "chodzou", "robiou".
Nietrudno takie przyczyny wskazać - odpowiem od razu. Jeśli w danym systemie gramatycznym jakieś formy funkcjonują na zasadzie wyjątku, ich linia rozwojowa musi być recesywna, a nie progresywna. Jeśli więc na przykład w celowniku liczby pojedynczej rzeczowników rodzaju męskiego zapanowała już prawie jako wyłączna końcówka -owi - Jankowi, Nowakowi, stołowi, dachowi, świerkowi, tygrysowi, kogutowi, długopisowi, regałowi, piórnikowi, domowi, zamkowi, pałacowi, to wyjątki typu panu, bratu, księdzu, lwu, kotu, psu muszą sprawiać kłopot w codziennej komunikacji, a najlepszym tego potwierdzeniem są zachowania fleksyjne dzieci i cudzoziemców przyswajających sobie nasz język. Odnosi się to w całej rozciągłości do narzędnika liczby mnogiej, wyłącznie niemal obsługiwanej przez końcówkę -ami - chłopami, mężczyznami, kobietami, dziewczynami, szafami, kanapami, oknami, dziąsłami, jeziorami, morzami - z jakże nielicznymi i dlatego sprawiającymi kłopot wyjątkami: przyjaciółmi, braćmi, księżmi, gośćmi, końmi.
Skoro po fazie akcentu swobodnego i ruchomego, czyli padającego na różne sylaby i przemieszczającego się w obrębie odmienianego słowa (ma go do dziś np. język rosyjski), i akcentu padającego na pierwsze sylaby wyrazowe (jak w językach czeskim i słowackim) ostatecznie utrwalił się w polszczyźnie akcent paroksytoniczny, padający na przedostatnie sylaby wyrazowe (ko-BIE-ta, męż-CZYZ-na, dziew-CZY-na, Sta-ra-cho-WI-ce, War-SZA-wa, ma-LI-na, po-ZIOM-ka, kar-TO-fel, trus-KAW-ka, skar-PET-ka, no-GAW-ka, spód-NI-ca itd., itd.), to jest rzeczą jasną, że wyjątki z akcentem padającym na trzecią sylabę od końca (MU-zy-ka, ma-te-MA-ty-ka, FI-zy-ka, LO-gi-ka, gra-MA-ty-ka, TECH-ni-ka, in-for-MA-ty-ka, cy-ber-NE-ty-ka, RYT-mi-ka, TAK-ty-ka, wi-DZIE-li-śmy, wi-DZIE-li-ście, śpie-WA-li-śmy, śpie-WA-li-ście, PRZY-szedł-bym, PRZY-szedł-byś) i na czwartą sylabę od końca (PRZY-szli-by-śmy, PRZY-szli-by-ście) coraz częściej przegrywają z akcentem na przedostatniej sylabie, obejmującym swym zasięgiem wszystkie wyrazy codziennego językowego obcowania.
A teraz o samogłoskach nosowych ę i ą. Znów zacznę od ogólnej prawidłowości: jeśli w danej rodzinie językowej jakieś zjawisko ma charakter enklawy, spotykanej tylko w jednym z języków tej grupy, jego linia rozwojowa także musi być zstępująca, regresywna. Skoro więc odziedziczone z epoki prasłowiańskiej samogłoski nosowe ę i ą zniknęły ze wszystkich języków słowiańskich, zamienione na dźwięki ustne, a zachowały się tylko w polszczyźnie, to i w zachowaniach fonetycznych wielu użytkowników tego języka są one dalekie od artykulacyjnego ideału, czego najczęstszym przejawem są, między innymi, postacie tak denerwujące korespondentkę z Lubska, czyli "z ładnom dziewczynom", "z ładnou dziewczynou", "idom", "chodzom", "robiom", "idou", "chodzou", "robiou" - zamiast poprawnych: z ładną dziewczyną, chodzą, robią, idą - z nosowym ą na końcu słów.
Na koniec proszę o zrozumienie: tak samo jak panią K.S. opisane dziś zachowania fonetyczne mnie drażnią, nie mogłem jednak nie wskazać obiektywnych przyczyn ich rozpowszechnienia, skoro korespondentka z Lubska mnie o to poprosiła.
Na agieha czy na agiehu?
Kiedy posługujemy się pełnymi nazwami takich szkół wyższych, jak Wyższa Szkoła Pedagogiczna, Akademia Wychowania Fizycznego czy Akademia Sztuk Pięknych, obowiązuje w połączeniach z nimi przyimek w: studiuję w Wyższej Szkole Pedagogicznej, pracuję w Akademii Wychowania Fizycznego, wykładam w Akademii Sztuk Pięknych. Gdy używamy ich skrótów, zgodny z normą jest przyimek na: studiuję na WSP (wu-es-pe - z akcentem na pe), pracuję na AWF (a-wu-ef - z akcentem na ef) albo na AWF-ie (a-wu-e-fie), wykładam na ASP (a-es-pe - z akcentem na pe).
Jedną z najsłynniejszych i najlepszych polskich uczelni jest krakowska Akademia Górniczo-Hutnicza, w codziennym obiegu komunikacyjnym funkcjonująca w wersji skrótowej AGH (a-gie-ha - z akcentem na ha). Oczywiście, należy studiować (pracować, wykładać) w Akademii Górniczo-Hutniczej, ale na AGH. To ostatnie połączenie - tak jak wyżej przywołany AWF - przyjmuje często odmienioną postać na agiehu, ale jest ona - w odróżnieniu od awuefu - źródłem poprawnościowo-stylistycznych niepokojów, o czym mi donosi środowisko krakowskie.
O wyrażenie stosunku do tego brzmienia poprosiłem więc swych szkolnych tarnogórskich kolegów - absolwentów AGH. Niektórzy z nich powiedzieli mi, że wyrażenie na agiehu w ogóle ich nie raziło i nie razi (jeden z tychże absolwentów wyznał, że z połączeniem nie odmienionym na agieha (z akcentem na -ha) zetknął się o wiele później), inni odbierali je jednak i nadal odbierają jako lekceważące, a nawet obraźliwe.
Myślę zatem, że poprawnościowe wskazanie powinno mieć wymiar stricte stylistyczny. Zakaz posługiwania się postacią odmienioną na agiehu byłby nierealny i gramatycznie zupełnie nieuzasadniony, bo większość tego typu skrótów może być w języku polskim deklinowana: na agiehu - jak na ujocie (od UJ - Uniwersytet Jagielloński), na usiu (od UŚ - Uniwersytet Śląski), na AWF-ie, na KUL-u, na UMCS-ie, w PAN-ie, w SPATiF-ie, w MON-ie, w PAP-ie (na awuefie, na kulu, na uemceesie, w panie, w spatifie, w monie, w papie). Ze względów estetyczno-brzmieniowych natomiast należy zalecać bezwzględne posługiwanie się nie odmienionym wariantem na agieha (z akcentem na -ha) we wszystkich tekstach oficjalnych, w których AGH jest traktowane jako wariant pełnej nazwy Akademia Górniczo-Hutnicza.
Ten sam wygłos ma warszawska SGH, czyli Szkoła Główna Handlowa. Zapytałem więc prof. Leszka Balcerowicza, jak on posługuje się skrótem swej uczelni. Powiedział mi, że zawsze pozostawia jego brzmienie nie odmienione: na esgieha (też z akcentem na ha).
Gdy do roku 1990 była to Szkoła Główna Planowania i Statystyki, pamiętamy dobrze, że skrótowe warianty SGPiS - SGPiS-u (esgiepisu), na SGPiS - na SGPiS-ie (na esgiepisie) wiodły bezkonfliktowy żywot komunikacyjny.
Na przedzie czy na przodzie?
Starsze pokolenia Polaków znają dobrze recytowaną i śpiewaną wersję Krakusów Wincentego Pola (1807-1872) - z pierwszą zwrotką na czele: "Grzmią pod Stoczkiem armaty,/ błyszczą białe rabaty,/ a Dwernicki na przedzie/ na Moskala sam jedzie", upamiętniającą szwadron krakusów im. Józefa Poniatowskiego i dowódcę kawalerii w powstaniu listopadowym gen. Józefa Dwernickiego. Pewnie zna ten fragment także jeden z czytelników, upewniający się, czy wyrażenie na przedzie jest poprawne.
Jeszcze pół wieku temu prof. Witold Doroszewski je dopuszczał, uświadamiając czytelników i słuchaczy radiowych, że historycznie jest ono całkowicie uzasadnione: na przedzie ma się tak do postaci przód, jak na przykład miejscownik o kościele do brzmienia kościół czy w popiele do mianownika popiół. Ale warszawski językoznawca dodawał: "Żadnej obiektywnej potrzeby zachowywania dawnych wymian samogłoskowych, bardzo komplikujących stosunki między formami językowymi, właściwie nie ma, toteż nie warto przeciwdziałać tendencji do wyrównywania postaci tematów deklinacyjnych. Wynikiem działania tej tendencji jest coraz bardziej szerząca się forma na przodzie".
Jeden z uczniów Witolda Doroszewskiego - prof. Andrzej Markowski - w Nowym słowniku poprawnej polszczyzny z roku 1999 przed wyrażeniami na przedzie, w przedzie stawia już przeczącą partykułę nie, zalecając wyłącznie warianty na przodzie, w przodzie. Ja ze względu na tradycję jeszcze bym je dopuścił, w pełni jednak zdając sobie sprawę z tego, że nie mają one najmniejszych szans utrzymania się w przyszłości.
A skoro o wymianach głoskowych mowa... W słownikach znajdują się jeszcze miejscownikowe warianty w oddziele, na oddziele, opatrzone kwalifikatorem rzadkiej używalności. Rzadkiej, bo i one przegrały z brzmieniami w oddziale, na oddziale - z samogłoską a, wyrównaną do postaci wszystkich pozostałych przypadków gramatycznych: oddział, oddziału, oddziałowi, oddział, oddziałem.
Czasem historycznie uzasadniona wymiana samogłoskowa przegrywa z siłą motywacji słowotwórczej. Tak się na przykład stało z kwieciarnią - z umotywowaną historycznie samogłoską e przed miękką spółgłoską ć - taką jak w serii kwiecie, kwiecisty, kwiecień, kwietniowy, kwietnik (miękka grupa spółgłoskowa -tń-). Przegrała ona z kwiaciarnią, bo ważniejsza się okazała relacja między podstawą słowotwórczą a derywatem: skoro idę po kwiaty, kwiatki - z samogłoską a, to idę po nie do kwiaciarni - też z a!
Nonsensowne wielkie litery
W swoich poczynaniach zawodowych związanych z mówieniem i pisaniem o języku staram się o unikanie krańcowo negatywnych ocen takich czy innych zjawisk. Trudno mi jednak nie nazwać nonsensownym coraz powszechniejszego zwyczaju pisania dużymi literami form, w których ta duża litera jest zupełnie nieuzasadniona. Manierę tę upowszechniają przede wszystkim slogany reklamowe, w których pojawiają się ortograficzne "perełki" typu: "W Naszych Sklepach - Codziennie, Zdrowo, Tanio", "Nasza Firma - Pewność, Zaufanie, Bezpieczeństwo". Internet dostarcza kolejnych przykładów: "Gdzie Się Podziały Tamte Prywatki", "Powróćmy Jak Za Dawnych Lat" (to tytuły popularnych piosenek oczywiście). Nawet znany program telewizyjny Kropka nad i przez długie miesiące raczył widzów zapisem "Kropka Nad I", dopóki ktoś nie zwrócił uwagi na jego całkowitą bezzasadność. Manierze nadużywania dużych liter ulegają też ludzie nauki, którzy w swych rozprawach doktorskich czy habilitacyjnych decydują się na konstrukcje w rodzaju "Polsko-Angielski Słownik Terminologii Przedmiotowej" czy "Teoretyczne Podstawy Terminologii".
W wypadku trzech ostatnich przykładów trudno nie dostrzec wpływu angielskich zwyczajów ortograficznych. Autorzy tekstów reklamowych z kolei broniliby się z pewnością chęcią wyróżnienia dużą literą istotnych składników poszczególnych sloganów, takich jak szybkość, taniość czy niezawodność, ci zaś, którzy zapisali Kropkę nad i samymi dużymi literami, argumentowaliby, że to przecież tytuł.
Ale nawet w tytułach czasopism czy programów radiowo-telewizyjnych, w których obowiązują od 8 grudnia 2008 roku same duże litery, wyłącza się z tej reguły spójniki (takie jak i, oraz, więc, albo, lub, czy) i przyimki (nad, pod, w, z, obok, przy, na), a zatem poprawna jest tylko postać Kropka nad i (tak jak "Państwo i Prawo", "Wiedza i Życie", "Listy z Teatru", "Literatura na Świecie", Biblioteka Wiedzy o Prasie, Typy Broni i Uzbrojenia).
W tytułach utworów literackich i naukowych (książek, rozpraw, artykułów, rozdziałów, wierszy, pieśni, piosenek, filmów, sztuk teatralnych), odezw, deklaracji, ustaw, akcji charytatywnych i porządkowych, operacji wojskowych w dalszym ciągu dużą literą należy zapisać tylko pierwszy wyraz: Pożegnanie z bronią, Noce i dnie, Fizyka ciała stałego, Polsko-angielski słownik terminologii przedmiotowej, Teoretyczne podstawy terminologii, Kultura języka w teorii i praktyce, Do prostego człowieka, Bagnet na broń, W żłobie leży, Żółte kalendarze, Gdzie się podziały tamte prywatki, Powróćmy jak za dawnych lat, Sami swoi, Wszystko na sprzedaż, Karta nauczyciela, Kodeks cywilny, Ustawa o wychowaniu w trzeźwości i przeciwdziałaniu alkoholizmowi, Podaruj dzieciom słońce, Telewidzowie powodzianom, Pustynna burza.
Czy zauważyli Państwo, że w całym dzisiejszym odcinku posługiwałem się tylko wyrażeniem "duża litera"? Będę tak robił do końca życia, bo "wielka litera", która wdarła się do słowników i podręczników szkolnych, też mnie wyjątkowo irytuje. Przecież parom przeciwieństw typu zimny - ciepły, niski - wysoki, wąski - szeroki, lekki - ciężki, pionowy - poziomy, prosty - krzywy, chudy - gruby itp. od zawsze towarzyszy przeciwstawna para mały - duży. Wielki to jest duży + nacechowanie emocjonalne (wielkie chłopisko, wielka baba, wielki gmach, wielki zwierz). Jak można określać mianem wielkiej literę?!!
O dyni i cukinii
Z listu pani Ireny T. z Bolesławca: "Na mojej grządce ogrodowej rosną co roku obok siebie dynie i jej botaniczne odmiany cukinie. Nie mogę pojąć, dlaczego w zapisie form liczby pojedynczej nazw tych dwu roślin warzywnych obowiązują różne postacie: dyni - z jednym i, ale cukinii - z dwoma i. Przecież w mianowniku wymawia się te formy jednakowo - z -ńa na końcu".
Moje odczucia - wyznam od razu - są identyczne, więc i ja się buntuję przeciw ustaleniu ortograficznemu, choć muszę się mu podporządkować. Oczywista jest zarazem dla mnie przyczyna owej rozbieżności między regułą pisownianą a przedstawionymi wyżej zachowaniami fonetycznymi pani Ireny T. i moimi.
Dynia, zapożyczenie z greckiego kydonia (mela) - dosłownie "kidońskie (jabłka)" - od nazwy miejscowości na Krecie, jest nazwą funkcjonującą w naszym języku od wielu stuleci, a jej wygłos fonetycznie przylega do brzmieniowych zakończeń takich słów, jak Mania, niania, suknia, kopalnia, tężnia, matnia, szatnia, Siemonia, Orunia, Bochnia: wszystkie mają w piśmie -nia odczytywane jako -ńa, dlatego w przypadkach zależnych obowiązuje jedno i na końcu, czyli dyni - jak Mani, niani, sukni, kopalni, tężni, matni, szatni, Siemoni, Oruni, Bochni.
Co innego cukinia - z włoskiego zucchino. Jeszcze kiedyśmy byli z Żoną pierwszy raz we Włoszech w latach 70. ubiegłego wieku, myśleliśmy, że podano nam do zjedzenia jakieś gotowane ogórki, a to były właśnie cukinie! Możemy zatem przyjąć, że z cukinią obcujemy kulinarnie dopiero od 40-45 lat. Ja i moja towarzyszka życia potraktowaliśmy ją fonetycznie tak jak dynię (nianię, suknię, kopalnię...), ale większość Polaków dołączyła ją do fonetyczno-graficznego ciągu mania (prześladowcza), Dania, Kalifornia, symfonia, kakofonia, filharmonia, harmonia - z -ńja w wymowie, stąd obowiązujące zapisy form przypadków zależnych z dwoma i na końcu: cukinii - jak manii, Danii, Kalifornii, symfonii, kakofonii, filharmonii, harmonii.
Tendencja do takiej właśnie wymowy spółgłosek miękkich jest we współczesnej polszczyźnie bardzo silna. Przywołam znamienny przykład. Oto gdy na ekrany polskich kin weszła pierwsza wersja Opowieści z Narni, mieliśmy w niej Narnię z jednym i w dopełniaczu (widocznie była to raczej jeszcze Narnia z -ńa w wymowie). Kiedy film ten doczekał się wersji drugiej, zobaczyliśmy go już u nas z zapisem Opowieści z Narnii - z dwoma i na końcu, czyli dla większości była to już w wymowie nie "Narńa", ale "Narńja" - jak "Dańja" czy "filharmońja" (w najnowszych słownikach ortograficznych też znajduje się hasło Narnia, Narnii - z dwoma i).
Odbiciem owej tendencji jest również coraz częstszy błąd ortograficzny: ziemii - z dwoma i - zamiast, oczywiście, ziemi, pojawiający się nie tylko w zeszytach uczniowskich, o czym od lat donoszą mi nauczyciele, ale i na paskach telewizyjnych serwisów informacyjnych. Bo w ustach coraz większej liczby rodaków nie jest to "źem'a", ale "źem'ja" - z wyraźnym odrębnym dźwiękiem j po m, a skutkiem takiej realizacji fonetycznej jest błędne podwojenie i w przypadkach zależnych.
"Ona mi szepce"
Oto fragment przejmującego Mojego ulubionego drzewa Wojciecha Młynarskiego: "Upór, co mi z oczu błyska,/ leszczyny dziedzictwo,/ jak mnie do ziemi los przyciska,/ ona mi szepce: nic to". Dlaczego szepce, a nie szepcze, jak mówi dziś większość Polaków? - mógłby ktoś zapytać.
Autor rzeczywiście sięgnął po rzadszy wariant. Rzadszy, ale ciągle dopuszczalny, owszem - pierwotnie wyłączny i w dodatku uzasadniony morfonologicznie (morfonologia to nauka o wymianach głoskowych w obrębie tych samych cząstek wyrazowych). Czasowniki typu szeptać, deptać, chłeptać, druzgotać miały kiedyś odmianę: szepcę, szepcesz, szepce - depcę, depcesz, depce - chłepcę, chłepcesz, chłepce - druzgocę, druzgocesz, druzgoce, w której spółgłoska t wymienia się - zgodnie z prasłowiańskimi jeszcze regułami fonetycznymi - na c, (por. kobieta - kobiecy, gniot - gniecenie, podnieta - podniecony, zgięty - zgniecenie). Na cz wymienia się - również według utrwalonych reguł fonetycznych - tylnojęzykowe k: ręka - rączka, kwoka - kwoczka, wlokę - wleczesz, mrok - mroczny.
A mimo to pierwotne, umotywowane historycznie postacie fleksyjne typu szepcę, szepcesz - depcę, depcesz itd. przekształciły się w szepczę, szepczesz - depczę, depczesz i te młodsze warianty zostały normatywnie zaaprobowane. Obumieranie zaś form z pierwotnym c spowodowała ta właśnie spółgłoska: ponieważ zaczęła być ona odbierana tak jak c w ludowych formach typu "cysty", "capka", "cas" (czysty, czapka, czas), na zasadzie hiperpoprawności (przesadnej poprawności) zmieniono ją na "lepszą", literacką spółgłoskę cz. W dzisiejszym odcinku zobaczyliśmy, że Wojciech Młynarski sięgnął jednak po wariant pierwotny, jak wiemy - kiedyś wyłączny.
Piękna, a i pouczająca gra językowa rozgrywa się z kolei w jego piosence Bynajmniej. Bohater tego utworu szeptał: "Za kim.../ przez tłoczny peron się przepychałem?/ Za panią, bynajmniej za panią!/ Przez kogo płonę i zbaczam z trasy?.../ Przez panią, bynajmniej przez panią!". - "Ta pani tego pana niszczyła/ przez cztery stacje co najmniej,/ zwłaszcza złośliwie zaś wyszydziła/ użycie słowa bynajmniej./ A on - cóż, w końcu nie był zbyt tępy,/ cokolwiek przygasł - to fakt,/ jednak ogromne zrobił postępy,/ mówiąc jej tak:/ Człowiek czasami serce otworzy,/ kto go wysłucha, kto mu pomoże?/ Nie pani, bynajmniej nie pani...".
Na czym polegał poprawnościowy sukces szyderstwa bohaterki tego tekstu? Oto doprowadziło ono pana do właściwego użycia słowa bynajmniej, znaczącego przecież tyle, co 'nie, wcale nie, zupełnie nie': "Człowiek czasami serce otworzy,/ kto go wysłucha? Kto mu pomoże?/ Nie pani, bynajmniej nie pani..." - mówi on w ostatniej zwrotce. We fragmentach poprzedzających użyto bynajmniej błędnie - jakby dla samego brzmienia tego słowa, które pociąga rodaków od zawsze. W dodatku nagminnie utożsamiają oni tę formę z wyrazem przynajmniej i zamiast na przykład logicznie powiedzieć: musisz powiedzieć przynajmniej parę zdań, tworzą zupełnie bezsensowną konstrukcję "musisz bynajmniej powiedzieć parę zdań".
Oops czy ups?, wow czy łał?
"Kiedy cały zespół projektuje sobie przestrzeń, klimat narzucają zachwyt i ekscytacja. Wow i zabawa", "Wow, siedzę obok Spielberga" - czytam w dwu wywiadach prasowych. A w internetowej relacji sportowej: "To jego kolejna bramka w tym sezonie. WOW!". Fragmenty te są potwierdzeniem ugruntowania się w obiegu komunikacyjnym angielskiego wykrzyknika wow (czytaj "łał"), wyrażającego zachwyt, uznanie, radość, często też zaskoczenie, zdziwienie. Słowniki angielsko-polskie informują, że jest to forma slangowa o pierwotnym znaczeniu "świetna, kapitalna rzecz", używana głównie w USA. Choć nie posłużyłem się nią jeszcze ani razu w życiu, ba - ciągle działa mi ona potwornie na nerwy, musiałbym być ślepy i głuchy, by nie dostrzegać jej rosnącej popularności. Na początku obecna raczej w inteligencko-artystycznych kręgach użytkowników polszczyzny, w tej chwili zeszła już w lud i do najmłodszych grup wiekowych z przedszkolakami włącznie. Nie może się również bez niej obejść co druga reklama (przed laty takim reklamowym natrętem był rozkaźnik odkryj!).
Coraz powszechniej mówi się także i pisze o tak zwanym efekcie wow. "Czym jest efekt wow w evencie? - czytam na przykład w Internecie. Efekt wow sprawia przyjemność, wywołuje poruszenie, pobudza wyobraźnię, zapada w pamięć. Mówiąc o efekcie wow, odnosimy się do emocji człowieka. Efekt wow stanowi nadprogramowe spełnienie oczekiwań klienta".
Graficznym zaś potwierdzeniem powszechności i popularności owego wow jest jego coraz częstsza spolszczona - odpowiadająca wymowie - pisownia łał. Oto kolejny cytat internetowy: "Efekt łał ma na celu promocję naszego miasta, a miastu brakuje takiego łał".
Trudno wreszcie na koniec wywodu o wow//łał nie powiedzieć, że w zglobalizowanej rzeczywistości językowo-kulturowej "łałkanie" funkcjonuje na komunikacyjnym obszarze wielu państw i narodowości.
Dlatego aż tak bardzo nie zaskoczyło mnie pozostające w tym samym kręgu tematycznym pytanie polskich dzieci z austriackiego Salzburga skierowane do telewizyjnego Słownika polsko@polskiego, mimo że przywołanej przez nie formy moja świadomość językowa jeszcze nie zarejestrowała: czy należy pisać oops, czy ups? To kolejne wykrzyknienie, które przyszło do nas z języka angielskiego, przywoływane w najrozmaitszych sytuacjach życiowych, a sprowadzające się do szeroko pojętego znaczenia "ojej!".
Powiedziałem młodym polskim salzburczykom, że dopuściłbym oba warianty: zgodny z oryginałem oops i spolszczony - odpowiadający wymowie - ups, przed którym widzę szansę upowszechnienia się, jeśli tylko frekwencja używalności tej formy będzie wzrastać. Jakby na potwierdzenie tej prognozy znalazłem trzy cytaty z akurat czytanych książek - z Żołnierzy grzechu Andrzeja Ziemiańskiego z roku 2010: "Ups. - Skrzywiła się mimowolnie", "Ups. - Znowu wymieniła spojrzenie z Majchrzakiem", i z Dymu w głowach Heleny Saniewskiej z roku 2017: "On ma w dupie nasze referaty! Upsss - Kinga, zawstydzona, zasłoniła usta dłonią".
Powtórzę: ja tego oops//ups nie znałem, ale gdy opowiadałem o nim w domu, Żona poinformowała mnie, że już kilkanaście lat temu słyszała to wykrzyknienie w ustach uczniów, a i niektóre jej młodsze koleżanki z pracy tego ups używały.
Proimienna interpunkcja
W jednym z tekstów publicystycznych widzę taki oto zapis: "Ta kremlowska rozmowa bezwarunkowego pacyfisty, Rollanda, z bezwzględnym terrorystą, Stalinem, zasługuje na pióro lepsze od mojego". A w książce prof. Andrzeja Mencwela Stanisław Brzozowski. Postawa krytyczna. Wiek XX: "Latem 1924 roku ówczesny rząd twórcy przełomowej reformy walutowej Władysława Grabskiego postanowił sprowadzić do kraju zwłoki Henryka Sienkiewicza". Dlaczego muszę powiedzieć, że z pierwszego fragmentu trzeba usunąć cztery przecinki, drugi natomiast jest interpunkcyjnie bezbłędny?
Ano dlatego, że zasady polskiej interpunkcji dotyczące połączeń imion lub (i) nazwisk z dodatkowymi określeniami są, jak to określiłem w tytule, proimienne, czyli w gruncie rzeczy logiczne. Logiczne, bo przecież imię (nazwisko) związane jest z człowiekiem przez całe jego życie, funkcje natomiast, zawody czy pozostałe epitety cechuje zawsze pewna doraźność, czasowa ograniczoność, którą zaznaczają przecinki. A zatem: "Poeta Adam Mickiewicz urodził się w roku 1798", "Autor Grażyny Adam Mickiewicz urodził się w roku 1798", "Dyrektor zakładu Jan Nowak wyjechał służbowo do Francji", "Profesor naszej uczelni Jerzy Kowalski otrzymał nagrodę", ale: "Adam Mickiewicz, poeta, urodził się w roku 1798", "Adam Mickiewicz, autor Grażyny, urodził się w roku 1798, "Jan Nowak, dyrektor zakładu, wyjechał służbowo do Francji", "Jerzy Kowalski, profesor naszej uczelni, otrzymał nagrodę".
Nie ulega więc wątpliwości, że poprawny zapis pierwszej zacytowanej konstrukcji powinien wyglądać następująco: "Ta kremlowska rozmowa bezwarunkowego pacyfisty Rollanda z bezwzględnym terrorystą Stalinem zasługuje na pióro lepsze od mojego". Przecinki należałoby postawić, gdyby szyk nazwisk z ich przydawkami był odwrócony: "Ta kremlowska rozmowa Rollanda, bezwarunkowego pacyfisty, ze Stalinem, bezwzględnym terrorystą, zasługuje na pióro lepsze od mojego" - tak jak potrzebne byłyby te znaki interpunkcyjne przy odwróconym porządku słów we fragmencie tekstu prof. Mencwela: "Latem 1924 roku ówczesny rząd Władysława Grabskiego, twórcy przełomowej reformy walutowej, postanowił sprowadzić do kraju zwłoki Henryka Sienkiewicza".
A teraz fragment przemówienia Jana Pawła II do księży w Szczecinie z roku 1987, przypomnianego polskim biskupom przez papieża Franciszka: "Stylem życia macie być bliscy przeciętnej, owszem, raczej uboższej rodziny". Jego zapis całkowicie odpowiada naszym normom interpunkcyjnym, a przecież od lat mówię i piszę, że po wyraźnie zapowiadających przeciwstawienie formach typu ba, mało tego, owszem, przeciwnie o wiele lepszy jest - przeciwstawiający właśnie - myślnik: "Stylem życia macie być bliscy przeciętnej, owszem - raczej uboższej rodziny".
I jeszcze jedno prasowe zdanie o tymże papieżu Franciszku: "Walczył o tamte życia uparcie a misternie". Mamy tu do czynienia z bezprzecinkową interpunkcją przed spójnikiem a pełniącym funkcję wzmocnionego i: walczył uparcie a misternie - tak jak widok groźny a piękny czy książka piękna a wzruszająca. Nie stawiamy też przecinka przed a w konstrukcjach typu: Oława leży między Wrocławiem a Brzegiem, między tobą a mną nic nie było, Niemcy a Polska, Francja a Stany Zjednoczone.
We wszystkich innych typach składniowych przecinek przed a jest konieczny: "Ty pójdziesz górą, a ja doliną", "Chłopcy grali w piłkę, a dziewczynki bawiły się skakanką", "Siedź tutaj, a ja przygotuję obiad", "O drugiej mam zebranie, a o piątej wizytę u dentysty" itd.
Za granicę wyjeżdżamy - zagranicę podziwiamy
Zwierzała mi się ostatnio jedna ze znajomych, że nie do końca rozumie reguły ortograficzne związane z formą zagranica: kiedy od słowa granica przyimek za odrywamy, a kiedy piszemy go łącznie? Rozterka mojej koleżanki nie jest wśród piszących Polaków czymś wyjątkowym. Przed paroma dniami - jakby na potwierdzenie tej wątpliwości - zobaczyłem zdanie "zagranicę wyjeżdżamy" z rażącym zapisem "zagranicę", a nie jedynie poprawnym za granicę.
Kluczem do właściwych poczynań ortograficznych jest uświadomienie sobie, czym jest zagranica z pisownią łączną: to 'kraje leżące poza granicami danego państwa'. Wchodzić więc ona może tylko w takie związki składniowe, w których występuje w powyższym znaczeniu, na przykład wrócić z zagranicy, stosunki z zagranicą, handel z zagranicą, turyści z zagranicy, towary z zagranicy, reprezentować państwo wobec zagranicy, taka jest zagranica, nie znam zagranicy, należy się zagranicy, podziwiał zagranicę, zachwycała się zagranicą, marzyli o zagranicy.
Nie tworzy bezpośrednich połączeń z zagranicą czasownik wyjeżdżać, można zatem tylko wyjeżdżać za granicę - tak jak być (przebywać) za granicą, mieszkać za granicą, wypoczywać za granicą, spędzać urlop za granicą, dostać wczasy za granicą.
Wreszcie w znaczeniu 'spoza linii granicznej' należy się posłużyć zapisem zza granicy - analogicznym do wyrażeń zza grobu, zza pazuchy, zza winkla czy zza wody.
A skoro o granicy była dzisiaj mowa, dopowiedzmy, że od niej pochodzi niemiecki rzeczownik Grenze. Pisał Aleksander Brückner w swym Słowniku etymologicznym języka polskiego z roku 1927: "Granica, graniczny, granicznik, graniczyć - to pożyczył Zakon pruski od Polaków, a Luter ostatecznie przyjął (Grenze, Grenzer, begrenzen)". Brücknerowską listę polonizmów w języku niemieckim uzupełnić można o takie jeszcze słowa, jak: Wildschur (wilczura - 'futro z wilczych skór'), Stieglitz (szczygieł), Zeisig (czyżyk), Quark (twaróg), Beisker i Peissaker (piskorz).
Opolski filolog dr Adam Wierciński z kolei w jednym ze swych erudycyjnych tekstów przypomniał, że w Wiedniu przed I wojną światową znano takie potrawy, jak Barschtsch i Kascha (przyszły tam z Galicji), a w języku niemieckim zadomowiły się też słowa Borschtsch, Masur (taniec), Masurka (utwór muzyczny), Krakowiak, Ulan (ułan), Ulanenrock (kurtka ułańska; ang. uhlan's jacket), Ulanenregiment (pułk ułanów), Tschapka (czapka ułańska; ang. uhlan's four-cornered cap), Gurke (ogórek) i Pirogge (pieróg).
Wreszcie dawniejsza pożyczka z niemieckiego szlachta (od środkowo-wysoko-niemieckiego slahte) według niektórych etymologów - za pośrednictwem czeskiego (szlechta) - pojawiła się w XIX wieku już jako polonizm i w Wiedniu, i w Berlinie (Adam Wierciński, Polonizmy, "Pamiętnik Literacki", Londyn 2015, t. XLIX, s. 131-133).