Półświatek. Ofiary półświatka - Stanisław Antoni Wotowski

Kup ebooka

11.00 zł
9.46 zł (9,40 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZDZIAŁ II. Zagadkowa panna.

 

Fred nie skłamał siostrze twierdząc, że śpieszy na spotkanie ze śliczną panną. Nie skłamał również, że jego znajoma jest osóbką wielce tajemniczą. Właśnie ta tajemniczość dręczyła go najbardziej. Gdyby miał więcej czasu, opowiedziałby wszystko siostrze - byle się wywnętrzyć - boć, znając dobrze jej charakter, mądrej rady nie mógł się spodziewać.

A dużo dałby za nią...

Korski, całkowite przeciwieństwo Lenki - chłopak prawy i energiczny - bodaj po raz pierwszy w życiu znalazł się w duchowej rozterce przez niewiastę. Czuł, że wpadł i to po uszy. Całkowicie dotychczas pochłonięty pracą, aby zarobić kilkaset złotych miesięcznie, dopomóc matce i wyżywić siebie, mało uwagi zwracał na kobiety. Czas dzielił pomiędzy studja w uniwersytecie, parę lekcji i pracę u adwokata. Choć do przystojnego i wesołego chłopaka niejedna panienka "sypnęła" ogniste "oko", za miłostkami się nie uganiał, będąc zbyt zajęty i nie mając na lekkomyślne znajomości chęci...

"Nieszczęście" spotkało go dopiero przed miesiącem i jak zazwyczaj w podobnych wypadkach bywa niespodzianie.

Powracając kiedyś, dość późnym wieczorem Miodową, z kancelarji adwokata w której dłużej pozostał zatrzymany dodatkową pracą, natknął się na rogu Krakowskiego Przedmieścia na następującą scenę. Jakiś pijak - niewiadomo dla czego, w tej dzielnicy miasta kręci się stale najwięcej pijaków - korzystając z nieobecności przechodniów, natrętnie zaczepiał skromnie wyglądającą panienkę. Uciekała coraz śpieszniej przerażona, lecz opój nie dawał za wygraną, doganiał ofiarę i brutalnie szarpał za ramię.

Wystraszone oczy dziewczyny, w których kręciły się łzy, z niemą prośbą spoczęły na Fredzie. Ten, nie namyślając się długo, pchnął napastnika tak, że opój spoczął w rynsztoku, poczem przedstawiwszy się zaproponował panience, iż ją odprowadzi do domu. Propozycja przyjęta została z wdzięcznością.

Po drodze, dowiedział się Fred, że nieznajoma zamieszkuje na ulicy Długiej i nazywa się Hanka Gliniewska. Dalej dowiedział się, że jest całkowicie samodzielna, gdyż rodzice jeszcze przed wojną umarli, że studjowała za granicą, w Szwajcarji filozofję i od niedawna bawi w Warszawie, zamieszkując ze starą ciotką. Że niewielu posiada znajomych w stolicy, a czas spędza na uzupełnianiu swych studjów. Przyjęłaby chętnie posadę bibljotekarki, sekretarki, lub nauczycielki, gdyż choć posiada po rodzicach pewien kapitalik, zabezpieczający od życiowych trosk, uważa, że każda kobieta powinna pracować i wstrętne jej jest życie bezczynne.

Panna Hanka Gliniewska wywarła na Fredzie od pierwszej chwili wrażenie wielkie, a przypadkowe spotkanie zapoczątkowało trwałą znajomość.

Poprosił o pozwolenie odwiedzenia nazajutrz - na co panienka zgodziła się chętnie, snać chcąc zaznaczyć swą wdzięczność wybawcy - i odtąd Fred stał się na Długiej prawie codziennym gościem...

Dotychczas nic w tej historji nie było niezwykłego, prócz trochę romantycznego początku i sama panna Hanka nie otaczała się tajemniczością - zagadkowe dopiero nastąpiło później.

Właściwie z początku cieszył się Fred. Gliniewska przedstawiała typ panny całkiem odmienny od współczesnych "chłopczyc". Aczkolwiek bardzo przystojna - wysoka, szczupła brunetka o dużych, wyrazistych oczach - stroniła od zabawy, wiodąc skromne prawie odosobnione życie. Książki wystarczyły jej za wszystko i czasem tylko Fredowi udawało się wyciągnąć ją na spacer lub do kina. Natomiast nigdy do cukierni, a gdy wspomniał kiedyś o dancingu, spojrzała nań z oburzeniem, jak się spogląda na człowieka, proponującego zwiedzenie piekła. Coraz więcej zachwycał się Fred swą nową znajomą i coraz bardziej lgnął do niej sercem.

Takiej, jemu człowiekowi pracy, potrzeba było towarzyszki. Nie lalki, a kobiety - energicznej i rozumniej. Taka, gdy poda rękę mężczyźnie, potrafi walczyć przy jego boku nawet o chłodzie i głodzie. W domu Hanki odnajdywał to, czego mu brakło w własnym domu. Inteligencję i serdeczne ciepło. Tej atmosfery nie mogła mu dać matka, kobieta niezbyt mądra i prosta, wdowa po skromnym kolejarzu, wiecznie narzekająca na biedę i ciężkie czasy, dla której małżeństwo Lenki było wielkim zaszczytem, jaki spadł na ich rodzinę...

Och, gdyby inaczej wychowała siostrę i wpoiła w nią jakie takie zasady, miast twierdzić, że ładnej dziewczynie nauka nie potrzebna, bo prędzej czy później dzięki urodzie złapie męża i zrobi "karjerę".

Tego serdecznego ciepła nie mogła mu dać również Lenka. Oburzał się na jej zamążpójście, nazywał je zwykłym "handlem" a starego sknerę Okońskiego nienawidził i rzadko ich odwiedzał. Od czasu do czasu, przeważnie kiedy "gmyrek" bywał nieobecny. Aczkolwiek bardzo kochał siostrę, nie zwierzał się jej ze swych kłopotów, a nierzadko starał się zbuntować przeciw "staremu", aby go porzuciła i wzięła się do jakiej pracy - przeważnie jednak ustępował, zrażony lenistwem i bezdusznością Lenki. To więc, czego dać mu nie mogli najbliżsi, odnalazł w domu Hanki....

Lecz....

Początkowo radość Freda przyćmiło w ostatnich czasach dziwne zachowanie się panny...

Właściwie od tygodnia....

Ona, taka dotychczas szczera i naturalna, zmieniła się nagle nie do poznania. Nachodziły na nią jakieś dziwne zadumy, w czasie których milczała, patrząc przed siebie tępym wzrokiem, lub raptem bez powodu, w oczach kręciły się łzy. Cóż to miało znaczyć? Zaniepokojony zapytywał o przyczynę smutku - i zapytania pozostawały bez odpowiedzi.

Więcej jeszcze. Jeśli przedtem wydawało się Fredowi, że nie jest Hance obojętny i na jego uczucie odwzajemni się uczuciem - obecnie tracił nadzieję. Nie tylko unikała go przed dni ostatnie, często wychodząc z domu, lecz gdy napotkał ją przypadkiem wczoraj na ulicy i żartobliwie zapytał z jakiej "randki" powraca - tak się zaczerwieniła i zmięszała, że przystanął zdumiony. Czyżby odgadł trafnie? Czyżby serce Hanki żywiej zabiło dla kogoś innego, z kim biedny student Fred, nie mógł iść w zawody? Prawdopodobne, choć niezrozumiałe... Toć Hanka prócz niego nie widuje nikogo...

Energiczny charakter Freda, nie znosił niewyraźnych sytuacji.

Wszystko wyjaśnić!

W tym celu biegł śpiesznie Marszałkowską na Długą, gdy przypadkiem, po drodze, napotkał siostrę. Ale, jeśli rozmawiając z Lenką, udawał dobry humor i twierdził, że oczekuje go spotkanie z piękną panną, w gruncie drżał z obawy, jak wypadnie odpowiedź tej "cudnej panny", od której zawisły dalsze losy.

Pożegnawszy Lenkę, wskoczył do tramwaju i rychło znalazł się na miejscu.

O, jakże drżało mu serce, gdy trawiony nieokreślonem, złem przeczuciem, szybko przeskakiwał po trzy stopnie naraz, dobrze znajomych schodów. A nuż nie zastanie Hanki? Wszak nie uprzedził o dzisiejszych odwiedzinach. Idzie, wiedząc, iż zazwyczaj około piątej bywa w domu. A pragnąłby ją ujrzeć koniecznie, rozmówić się szczerze, posłyszeć decyzję ostateczną...

Zadzwonił...

Za drzwiami rozległo się człapanie pantofli. Rychło rozwarły się one i ujrzał starą, pomarszczoną twarz ciotki Hanki.

- Czy zastałem panną Gliniewską?

- Jest... Niech pan wejdzie...

Wpuściła go do mieszkania. Więc jest! Z radością niemal, za tę dobrą nowinę, ucałował rękę starszej pani, która natychmiast potem podreptała do kuchni. Była to osoba naprawdę mało krępująca, ta ciocia Klara, w rzeczywistości, zdaje się, daleka kuzynka Gliniewskiej. W pokojach ukazywała się rzadko, stale zaprzątnięta nakładaniem korniszonów do słoików, smażeniem konfitur, lub drobnemi utarczkami ze służącą. Czasem tylko zjawiała się niespodziewanie, niosąc na spodku znakomite maliny, czy truskawki. Wtedy jej wzrok surowo zatrzymywał się na Fredzie, jakby mówiąc: - "Oceń ciotkę Hanki!" Z tą damą, w czasie całej znajomości, Fred zamienił najwyżej słów setkę, a wśród nich nie było innych wyrazów, niźli: "Dzień dobry", "dowidzenia", "dziękuję".

Fred znał dobrze rozkład mieszkanka. Składało się ono z trzech niewielkich pokoików, tworząc amfiladę. Pierwszy stanowił coś w rodzaju salonu i tam nocowała ciocia Klara. Drugi był stołowym, zaś ostatni - sanktuarjum Hanki.

Raźno przebiegł, zasłaną czerwonym chodnikiem drogę, dzielącą go od ukochanej i spostrzegłszy, że drzwi od jej pokoju są otwarte, śmiało zajrzał.

- Ach to pan! - zawołała, powstając z miejsca i czerwieniąc się trochę na widok niespodziewanego gościa - Nie oczekiwałam...

- Idąc tędy za sprawami mego mecenasa - skłamał - ośmieliłem się wpaść na chwilę!... Jeśli przeszkadzam...

- Wcale pan nie przeszkadza!... Proszę usiąść...

Przysunąwszy sobie krzesełko, zajął miejsce, uradowany pomyślnym wstępem.

- Co pani porabia? - rzucił niby od niechcenia, medytując w duszy, jak przyjść najzręczniej do palącego tematu... - Nie widzieliśmy się dawno...

- Tylko wczoraj na ulicy!

- Nie liczy się podobne spotkanie! - zażartował. - Natomiast od kilku dni nie mogę pani zastać w domu!

- Tak jakoś się składa...

- Zajęta pani?

- Bardzo... bardzo...

Zapewnienie - to zabrzmiało dość słabo w ustach ładnej panny. Fred pochłaniał wzrokiem zgrabną sylwetkę Hanki, miłośnie pieścił oczami delikatne rysy, wyrżnięte, rzekłbyś, w greckiej kamei. Była ona dlań najmilsza i najpiękniejsza ze wszystkich kobiet na świecie. Miałżeby ją stracić? Nagle uderzył go pewien szczegół.

- Źle pani wygląda, panno Hanko!

- Źle wyglądam? - zmieszała się bardzo - Nie... Wydaje się panu...

Odwróciwszy się od Freda, podeszła do stojącego w głębi pokoju tapczanu i usiadła na nim. Październikowy dzień kończył już swój żywot i tam pełzły pierwsze wieczorne cienie. Gdyby nie półmrok, łatwo spostrzegłby, że nietylko jest bledsza niż zwykle, lecz ma zapadnięte policzki, oczy podkrążone, noszące ślady wylanych łez.

Lecz nie mógł tego zauważyć, a zreflektowawszy się że poprzednią uwagą, mimowolnie jej sprawił przykrość, zmienił przedmiot rozmowy.

- Studjuje pani, panno Hanko! - rzekł, wskazując szereg książek, leżących na stole. - Pani pokój, to istna pracownia literatki, czy uczonego.

Powiódł wzrokiem dokoła. W rzeczy samej urządzenie gabineciku Gliniewskiej, choć nosiło piętno kobiecej ręki, dalekie było od niewieściej zalotności. Wzdłuż ścian ciągnął się rząd niskich, drewnianych półek, a na nich stały tomy i tomiki w różnobarwnych oprawach. Nad niemi porozwieszano gustownie kilimy, ozdobione tu i owdzie akwarelą, reprodukcją dzieła sztuki lub gipsowym odlewem. Tak wygląda pokój kobiety, która pracuje i myśli, a nie kokietki, czy modnisi. Parę kwiatów w ceramikowych wazonach ożywiało całość, a stojący pośrodku stół, służył za biurko.

- Ciekaw jestem, co pani studjuje? - powtórzył, podniósłszy się z krzesła i podchodząc do stołu - Pewnie jaka rozprawa filozoficzna! - dodał, biorąc jedną z książek do ręki.

- Niech pan zostawi! - wyrwał się Hance nagle okrzyk.

Fred zdziwiony położył książkę na miejsce. Ale już było za późno. Zdążył przeczytać. Tytuł broszury brzmiał: "Samobójstwo", a na otwartej karcie grubo ołówkiem ktoś podkreślił frazes: "Czy samobójstwo jest bohaterstwem, czy też dowodem słabości?"

- Dziwne? - szepnął.

- Nic dziwnego tu niema! - oświadczyła z rozdrażnieniem. - Może pan sądzi, że pragnę sobie życie odebrać? Nie każdy, kto czyta w tym rodzaju rozprawki żywi podobne zamiary... Ot pociągnął mnie temat...

- Ależ bynajmniej nie posądzam! Tylko pani tak krzyknęła...

- Bo to niedelikatność, szperać po cudzych stołach!

- Dotychczas nie zwracała mi pani uwagi! Ale jeśli zawiniłem, przepraszam... Bardzo przepraszam...

Urwał i w pokoju zapanowało ciężkie, pełne niedomówień milczenie. Fred nerwowo gryzł usta, trawiony dręczącemi przypuszczeniami, a Hanka, opuściwszy oczy na dół, zamyślona, wodziła paluszkiem po kremowej narzucie, zaściełającej tapczan.

Wreszcie Fred pierwszy nie wytrzymał.

- Panno Hanko! - wyrzucił z siebie gwałtownie. - Czy nie uważa pani, że najwyższy czas, abyśmy porozumieli się szczerze?

Spojrzała nań, niby zbudzona z głębokiego snu.

- O co właściwie chodzi?

- Zmieniła się pani od kilku dni... Od tygodnia nie dopoznania!

- Ja... zmieniłam?

- Tak! Chwilami mam nawet wrażenie, że moja obecność jest jej niemiła!

- Pańska obecność niemiła? - w wyrazistych oczach Hanki odbiło się zdumienie, a ładnie zarysowane usta skrzywił dziwny grymas. - Skąd podobny wniosek?

Jeśli Fred zdecydował się rozpocząć drażliwą rozmowę, nic nie mogło go zatrzymać w pół drogi.

- W takim razie zechce pani mi wyjaśnić, co to wszystko znaczy... Pani zazwyczaj energiczna, zrównoważona, jest teraz wysoce zdenerwowana, przybita... nieswoja... Kiedyśmy się spotkali na ulicy i zapytałem, skąd pani powraca, spostrzegłem wyraźnie zmieszanie...

- Nowe przywidzenia!

- Przywidzenia? Czemuż pani dziś taka zmieniona i blada, czemu oczy wydają się zapłakane i naraziłem się na jej gniew, biorąc do ręki książkę, traktującą o samobójstwie.... Pani podkreśliła w broszurze ustęp dwuznaczny ołówkiem!

- Panie Fredzie...

- Wnoszę więc, że dręczą panią jakieś troski... Może poważne zmartwienia, skoro rozpaczliwe myśli przychodzą do głowy... Może waha się pani przed jakimś stanowczym krokiem? A nuż umiałbym doradzić...

- Nie mam żadnych zmartwień!

- Czy to ładnie być tak skrytą, panno Hanko?

Teraz jej oczy zabłysły gniewnie.

- Jakiem prawem pan mnie bada? Skąd ta indagacja?

Fred nie zważał ani na szorstki ton panny ani też na głęboką zmarszczkę, jaka zasępiła jej czoło. Zbliżywszy się do tapczanu, na którym siedziała, wtulona w poduszki, zawołał namiętnie.

- Pani zapytuje o prawo? Czy pani się nie domyśla, że ją kocham!

- Ach! - westchnienie przestrachu wyrwało się z piersi Hanki i nagłym ruchem wyciągnęła przed siebie ręce, jakby broniąc się przed tem wyznaniem.

- Kocham! - powtórzył mocno, a jego głos zadźwięczał ciepłą i serdeczną nutą. - Kocham ponad wszystko w życiu...

- Proszę przestać...

- Nie kochałem dotychczas nigdy! - mówił nie zważając na okrzyk - i dla tego może jest mi pani tak droga.... Raziła mnie większość dzisiejszych niewiast, zalotnych i bezdusznych lalek... Poszukiwałem ideału... aż napotkałem panią... Och, jakże pani niepodobna do innych... Prawa, szlachetna, rozumna...

- Nie... nie...

- Marzyłem zawsze o takiej towarzyszce!... Marzyłem, że jeśli pani poda mi rękę, łatwiejszą stanie się straszliwa walka o byt. Że uwijemy sobie gniazdko, w którem zagości szczęście, i że do tego gniazdka nie dotrą powszednie troski, jakiemi nas obdarza każdy dzień... Pracować umiem i pracy się nie lękam!.. Zresztą nasze potrzeby skromne... Dobrze byłoby nam ze sobą, panno Hanko! Ale... Chwilami wydawało mi się, że nie jestem pani obojętny i na moje uczucie odpowie pani uczuciem... Niestety, wydawało mi się tylko!... Obecnie tracę nadzieję...

- Błagam pana....

Spojrzał na nią z niepokojem:

- Przykrość pani sprawiło moje wyznanie?

Oczy Hanki rozszerzyły się niepomiernie. Niby kamienny posążek, nieruchomo siedziała przez chwilę. Niespodziewanie po bladej twarzyczce przebiegł jakiś tragiczny skurcz, w źrenicach zaszkliły się łzy.

- Mnie... tego... słuchać... nie wolno! - cichutko wyszeptały jej usta.

- Co?.. co... Pani nie wolno?

Serce Freda ścisnęło się boleśnie, jakby kto je pochwycił żelaznemi kleszczami.

- Czemu? - ledwie wyrzucił z siebie przez zdławione niepokojem gardło.

- Bo... bo... nie wolno...

Znać było, że wymawiając te słowa, Hanka czyni niezwykły wysiłek. Nagle, złamana toczącą się w niej duchową walką, osunęła się na poduszki i ukrywszy w nich twarz, głośno załkała.

- Panno Hanko! Pani płacze...

Przypadł do ukochanej i pochyliwszy się nad nią blisko, mówił podniecony:

- Taką sprawiłem przykrość? Przepraszam, bardzo przepraszam... Choć nic nie pojmuję?... A właściwie zaczynam pojmować. Kocha pani innego! Moje wyznanie miłosne rażą...

Łkanie stawało się coraz głośniejsze.

- Więc kogoś innego pani kocha?

Nachylał się coraz bliżej, dotykając prawie jej ramienia i nie otrzymując odpowiedzi. Choć burzyło się w nim wszystko na myśl, że utraci tę najdroższą dziewczynę, rozumiał, iż nie ma prawa czynić wymówek. Była wolna i nic mu nie obiecywała. Łudził się tylko, nadając uprzejmym słówkom Hanki poważniejsze znaczenie.

- Ha, trudno! - rzekł, starając się okazać na pozór spokojnym. - Niepotrzebnie pani płacze... Nie zamierzam dłużej się naprzykrzać... Odchodzę...

Odszedłby może Fred, z rozpaczą w duszy, gdyby w tejże chwili nie nastąpiło coś, całkiem nieoczekiwanie.

Raptem Hanka uniosła, od poduszek twarzyczkę, zroszoną łzami, a wzrok jej z jakimś wyrazem bezmiernej męki, spoczął na Fredzie. Wydawało się, że teraz nie ona działa a działa za nią moc, wewnątrz ukryta, łamiąca wszelkie postanowienia.

- Ja miałabym kochać innego? - zabrzmiał pełny bólu wykrzyknik.

Ramiona Hanki - rzekłbyś - wyciągnęły się same. Ciepłe ramiona oplotły szyję Freda i zacisnęły się dokoła niej kurczowo, a główka przywarła do jego policzka.

- Więc kochasz mnie? - zawołał, oszalały z nadmiaru szczęścia. - Kochasz! Pocóż było dręczyć tak długo...

W milczeniu, tuliła się do Freda coraz mocniej, jak dziecko szukające opieki przed niebezpieczeństwem, lub ktoś, kto żegna drogą osobę, pragnąc się z nią rozstać na zawsze.

- Moja Haneczka! Moja złota, jedyna... - wołał w uniesieniu, osypując jej twarzyczkę i włosy pocałunkami. - Nigdy już nie będziesz smutna... Prawda? Och, jakżem szczęśliwy...

Nagle, równie niespodziewanie, jak przywarła do niego - Hanka odepchnęła Freda. Wyślizgnąwszy się z objęć, odskoczyła w róg pokoju. Oczy jej zabłysły groźnie.

- Jak pan śmiał? - zmierzyła go oburzonym wzrokiem.

Fred zachwiał się na nogach i również się cofnął. Doznał wrażenia, że strącają go z górskiego szczytu w przepaść bezdenną. Lub też, że nagle uległ pomięszaniu zmysłów.

- Przecież pani sama... - usiłował tłomaczyć.

- Jak pan śmiał? - powtórzyła z wzrastającym gniewem.

- Panno Hanko...

- Proszę wyjść!

Głos jej zadźwięczał histerycznie, krzykliwie a oczy patrzyły błędnie.

Fred załamał ręce z rozpaczą. Rozumiał, że uległa nerwowemu atakowi. Jeszcze pragnął ją uspokoić.

- Pani Hanko, pani jest chora! Pani nie wie ani co mówi ani czyni... Zaklinam... niechże się pani uspokoi...

- Ja chora? Nie wiem co robię? Ha... ha... ha... Nie mogę się patrzeć na pana!... Czemu pan mnie dręczy i nie idzie?... Chcę, żeby pan odszedł... Odszedł...

Wykrzykniki stawały się coraz głośniejsze i dotrzeć musiały do kuchni, bo nagle rozległ się skrzyp otwieranych drzwi, słychać było pośpieszne człapanie i na progu pokoiku Hanki, ukazała się ciotka Klara. Jedna jej ręka pośpiesznie poprawiała fartuch a druga dzierżyła dużą drewnianą, kuchenną łyżkę, snać w pośpiechu zabraną ze sobą.

Na widok niezwykłej sceny - Hanki wtulonej w róg pokoju, z groźnie podniesioną rączką, wskazującą w kierunku drzwi i stojącego przed nią, zmieszanego Freda, który coś usiłował tłomaczyć, oblicze starej pani przybrało wyraz niezwykłego zdumienia.

- Co się tu dzieje? - zapytała.

- Nic... nic... - zamamrotał.

- Jakto nic? Hanka wystraszona? Woła, zdaje się, o pomoc... Obraził ją pan? Zachował się niewłaściwie? Nie spodziewałam się nigdy... Wstyd! - ręka pani Klary, trzymająca łyżkę uniosła się do góry i łyżka srogo zachwiała się w powietrzu, niczem broń wymierzona przeciw napastnikowi.

Fred oburącz porwał się za głowę.

- Ja obraziłem? Ja zachowałem się niewłaściwie? Nie, to przechodzi wszelkie granice!... Zwariuję....

Pędem wypadł z gabineciku Hanki, o mało nie przewróciwszy ciotki Klary po drodze. W przedpokoju porwał swą czapkę, otworzył drzwi i wielkiemi susami zbiegł po schodach.

Gdy w chwilę później szedł ulicą Długą, liczni przechodnie ze zdziwieniem spoglądali na młodego studenta - który wędrował, rzekłbyś pijany, z gołą głową, mnąc czapkę w ręku i wykrzykując głośno, do siebie, jakieś wyrazy...

 

- - - - - - - - - - - -

 

Długo błąkał się Fred, skręciwszy w Staromiejską dzielnicę, zanim zdążył nieco się uspokoić. Dopiero, kiedy przystanął w jednej z uliczek, wiodących nad Wisłę, a chłodny wiatr, biegnący od rzeki, jął zimnym strumieniem chłodzić rozpalone policzki, oprzytomniał.

Starał się ułożyć rozwichrzone myśli w pewien porządek.

Cóż to wszystko miało oznaczać? Hanka pierwsza zarzuca mu ręce na szyję, a później go odpycha? Hanka wyznaje prawie swą miłość a później twierdzi, że ją obraził. Ona, taka zrównoważona, ulega nagle histerycznym atakom? Każe odejść? Wyprasza z mieszkania? Jakaż przyczyna podobnie dziwacznego postępowania? Kaprysy? Fantazje? Zbyt dobrze zna Hankę, aby mógł choć na sekundę ją o to posądzić! Więc... Jest chora? Ma gorączkę? Nie wie, co mówi, co czyni... Działała w malignie? Możliwe aczkolwiek mało prawdopodobne... Ach!

Raptem, jakto niekiedy w chwilach wielkiego duchowego napięcia bywa, myśl niespodziana uderzyła Freda niczem błyskawica, oświetlająca mroki.

- Tylko to...

Pojmuję! Hanka żywi dlań również uczucie, lecz z jakichś względów złączyć się z nim nie może! Oto powód smutku, trawiącego ją od paru dni... Powód zamyśleń, łez, studjowania książek o samobójstwie... Aż tak dalece?... Biedna Hanka... Biedne złote maleństwo... Tłumiła umyślnie swą miłość dla Freda, wiedząc iż drogę do ich szczęścia przegradzają niezwalczone przeszkody. Teraz rozumie wszystko!... Rozumie, czemu unikała go ostatnio, czemu ogarnął Hankę taki lęk, gdy wyznał, że ją kocha i czemu z jej ust padły słowa: "tego mi słuchać nie wolno"... Jej kochać Freda nie wolno! A kiedy nastawał na odpowiedź jasną, milczała, nie chcąc odrzec, że wbrew jej woli, muszą się rozstać. Ale ta odpowiedź wypadła i tak aż nadto jasno! Bo nagle, ulegając porywowi mocniejszemu, niźli wszelkie postanowienia, przytuliła się do piersi Freda. Och, jakże był wymowny ten niemy uścisk! Mówił on i o głęboko tajonem uczuciu i o konieczności rozłąki... Hanka przywarła rozpacznie do Freda, jak ktoś, co na zawsze żegna się z ukochanym... A potem... Potem umyślnie padły z jej ust słowa szorstkie, brutalne... Umyślnie, aby on, opacznie wytłomaczywszy sobie całą scenę, obraził się - i pomiędzy niemi legła przepaść.

- Boże!

Lecz jakie są przyczyny, uniemożliwiające ich miłość? Tu serce Freda drgnęło gwałtownie. Któż broni Hance w nim się kochać? Jakaż wiąże ją tajemnica? Tajemnica tak groźna, że wyznać mu jej nie może, czy nie chce, zastanawiając się raczej nad samobójstwem.

- Tedy...

Hanka, gdy ją poznał już była zaręczona? Hanka dała komuś słowo? Ależ żaden mężczyzna, prócz Freda, jej nie odwiedzał? Te zaręczyny? Nieznane względy skłaniają do poślubienia wstrętnego Hance człowieka? Jakie względy? Rodzinne? Toć jest całkowicie od nikogo niezależną! Zagadki, same zagadki... Ach, czemuż Hanka nie chciała z nim szczerze się rozmówić...

Lecz, jeśli te wszystkie przypuszczenia są słuszne - Fred nie ustąpi! Nie da sobie wydrzeć, biednej, kochanej Hanki... Pójdzie walczyć o nią, choćby z tytanem, choćby do piekła... Jemu mianoby zabrać najdroższe maleństwo? O nie! Nie taka to natura Freda i nie przerażą go żadne przeszkody.

Energicznie potrząsnął głową, powziąwszy postanowienie.

Czemuż nie domyślił się wcześniej? Zrobił głupstwo, wybiegłszy, jak szalony z mieszkania. Należało pozostać... Lecz nie było mu wszystko tak jasne, jak jest obecnie, nie rozumiał dobrze postępowania Hanki. Natychmiast należy głupstwo naprawić i tam powrócić. Skoro wie, że ona go kocha, zaklnie ją najświętszemi słowami, zmusi do wyznania... Zmusi, aby powiedziała nareszcie, co ich dzieli... Nie istnieją przeszkody, którychby się nie dało usunąć...

Fred zawrócił, i kierując się powtórnie w stronę ulicy Długiej.

- Zwycięży!

Lecz im bliższa przestrzeń poczynała go dzielić od ukochanej, tem mocniej odzywał się niepokój. Niepokój, który pojawił się nagle. Jak go przyjmie? Czy wogóle zechce rozmawiać? A nuż poleci ciotce nie wpuścić do mieszkania, uda, że jest nieobecna, lub znów niegrzecznie za drzwi wyprosi.

Serce Freda biło gwałtownie.

Może teraz nie iść? Zaczekać do jutra, aż Hanka się opamięta?... Wszystko wyjaśnić listownie?

Już dom...

Co zrobić, co postanowić, aby nie pogorszyć sprawy?

Iść, nie iść?

Stojąc przed kamienicą, w której zamieszkiwała panna Gliniewska, biedził się Fred, jakie powziąć postanowienie.

Długo zapewne trwałby ten namysł i nie wiadomo, jak wypadłaby decyzja Freda, gdyby nie nastąpił niespodziewany wypadek...

Przypadek równie nieoczekiwany, że mało głośno nie krzyknął.

Bo oto kiedy tak stał w niepewności, na przeciwległym od kamienicy chodniku, raptem z bramy domu wynurzyła się jakaś postać.

- Hanka...

Rozpoznawał ją jaknajdokładniej. Poznawał z daleka drogie rysy, twarzyczkę zlekka pobladłą, jasny płaszczyk z futrzanym kołnierzem, który zazwyczaj nosiła.

- Podejść?

Jakaś tajemnicza siła przykuła do miejsca Freda.

Już ósma wieczór. Dokąd to udaje się Hanka? Jeśli podejdzie, narazi się łatwo na szorstką odprawę. Zresztą trudno na ulicy prowadzić poufniejszą rozmowę. Natomiast... Gdyby tak nieznacznie pójść w ślad za nią i przekonać się, dokąd śpieszy. Jeśli Hanka wychodzi o tej porze sama z domu, wyciągnąć ją musiała niezwykle ważna przyczyna. A nuż natrafił Fred na wątek tajemnicy? Hanka ma spotkać się z "tym", który ją pragnie Fredowi odebrać?

O ile w innym wypadku śledzenie ukochanej byłoby Fredowi wstrętne - teraz nie wahał się chwili...

Jął kroczyć po drugiej stronie ulicy, umyślnie trzymając się trochę w mroku.

Zresztą, ułatwione miał zadanie.

Hanka szła, opuściwszy na dół główkę, zamyślona, nie rozglądając się dokoła. Wydawało się, że jest tak duchem od otoczenia daleko, iż gdyby nawet Fred koło niej postępował, mogłaby go nie spostrzec.

Tak idzie lunatyczka, lub ktoś, kogo pogrążono w hypnotyczny trans.

Ciekawe? Tu nastąpi spotkanie? Dąży do cukierni?

Lecz rychło poznał, że Hankę oczekuje dalsza droga... Bo doszedłszy do postoju taksówek, zbliżyła się do jednej z nich i do niej wsiadła.

Byle się nie spóźnić!

Fred jednym skokiem dopadł następnego samochodu.

- Za tamtem autem! - szepnął kierowcy. - Płacę podwójnie, tylko niech pan go nie straci z oczu!

Ruszyli z miejsca.

Początkowo na Długiej i Miodowej, gdzie panował ruch mniejszy, łatwe mieli zadanie i taksówka, w której siedział Fred posuwała się bezpośrednio za samochodem, zajętym przez Hankę. Chwilami tak blisko, iż drżał, aby ona obejrzawszy się nie spostrzegła pogoni. To samo na Krakowskiem. Dopiero koło "Bristolu" rozpoczął się natłok wozów. Teraz lęk ogarniał Freda, że w tych licznych zatorach, zgubi ślad ukochanej.

Na szczęście, wyjątkowo sprawny kierowca, zachęcony dodatkowym zarobkiem, prześlizgiwał się śród aut, tramwajów i dorożek, niczem igła i kiedy z Nowego Światu wypadli w Ujazdowskie Aleje, znów, jak przyklejony, podążał za tamtym samochodem.

Wilcza... Piękna....

Jedzie za miasto? O ósmej wieczór?

Nie jechała za miasto! Samochód raptownie skręcił na prawo, w Koszykową.

Koszykowa?

Jeszcze parę sekund niepewności...

- Niech pan się zatrzyma! - nagle zawołał do kierowcy.

Przodujące auto zwalniało biegu, przystając przed jedną z kamienic, w pobliżu Marszałkowskiej.

Przywarłszy twarzą do szyby, widział obecnie Fred, jak Hanka wysiadła z samochodu, niespokojnie rozejrzała się dokoła, niby obawiając się czegoś czy też wstydząc, poczem śpiesznie wpadła do bramy domu i znikła.

Rzucił banknot szoferowi - i drżąc z podniecenia, aby jej nie stracić z oczu, lub nie zostać zauważony, z kolei wślizgnął się za nią.

Na szczęście, gdy się zakradał, zdążył spostrzec, że wchodziła ona na frontowe schody i zdala mignął mu, dobrze znajomy, jasny, obszyty futerkiem płaszczyk.

W sieni domu nie było nikogo. Sekundę przeczekał, później delikatnie pchnął na dole drzwi, które pomyślnym zbiegiem okoliczności nie zatrzasnęły się za Hanką i zajrzał...

Dobiegł go odgłos kroków, lecz kroki te wnet ucichły... Później posłyszał zgrzyt łańcucha i trzaśnięcie drzwiami...

Tak, najwyraźniej! Pierwsze piętro, na lewo! Tam udała się Hanka! Zaraz sprawdzi, czy jest to niewinna wizyta, czy też ta wizyta posiada głębsze znaczenie.

Prędko przebył dzielące go od tajemniczego mieszkania stopnie - i przystanął w zdumieniu.

Na pierwszym piętrze, na lewo, widniała duża mosiężna tabliczka z napisem - "Maison de modes Helwira".

Niemożliwe!

Jego Hanka, jego ukochana Hanka, najdroższa, czysta i prawa dziewczyna, udała się do salonu mód, który cieszył się dwuznaczną opinją, o którym opowiadano, że nie jest niczem innem, niżeli ukrytym domem schadzek?

Pomylił się chyba? Nie, nie mógł się pomylić!

Z tej strony właśnie zatrzasnęły się drzwi...

Lecz w takim razie nie wie ona, gdzie się znalazła... Może zamierza obstalować suknię, sądzi, że tam naprawdę istnieje zakład modniarski? Za wszelką cenę, należy Hankę uprzedzić.

Nie namyślając się długo, trawiony nerwowem podnieceniem, zadzwonił...

Rychło uchyliło się wejście do tajemniczego przybytku, a w wąskiej szparze ukazała się twarz służącej, czy też panny sklepowej.

- Pan sobie życzy?

- Przed chwilą tu weszła moja narzeczona! - skłamał czerwieniąc się trochę. - Pragnąłbym z nią parę słów zamienić!

- Nikt do nas nie wchodził!

- Ależ zapewniam! Słyszałem doskonale...

- Myli się pan! Już po ósmej... Nie przyjmujemy nikogo! Salon jest zamknięty! - niegrzecznie prawie zabrzmiał głos służącej.

- Panienko! Ja wejść muszę! - zawołał. - Nie pozwolę... Wiem, o co chodzi...

- Pan nie pozwoli? Wie o co chodzi? - spojrzała nań z ironją. - Mam wrażenie, że upił się pan i najlepiej zrobi, jeśli pójdzie do domu i się prześpi, zamiast ludzi niepokoić... Inaczej zawołam dozorcę...

Przed nosem zatrzasnęła mu drzwi.

Fred zaklął głośno.

Jak dalej ma postąpić? Jeszcze dobijać się do mieszkania, usiłować wejść siłą, o wszystkiem zawiadomić władze? Cóż powie władzom? Jakie posiada, prócz luźnych opowiadań, na to dowody, że "Helwira" jest domem schadzek? Jak uzasadni swe żądanie i jak wytłomaczy obawy o Hankę? Właściwie Hanka nie jest jego narzeczoną... Szczególnie, po dzisiejszej scenie... A nuż tam wcale nie bawi... a odgłos zamykanych drzwi dobiegał z wyższych pięter?

Chociaż...

Nagle straszliwe posądzenie, zrodziło się w duszy Freda. Posądzenie tak potworne - iż w pierwszej chwili odpychał je z całej mocy od siebie...

- Boże! Hanka? Hanka "tam" dobrowolnie?

Jęknął, doznawszy wrażenia, że ktoś go z całej mocy bije maczugą po głowie... Krople potu wystąpiły na czoło, serce zamarło na chwilę...

- Jego wyśniona, umiłowana Hanka!...

Pochylił się, złamany... Powoli, chwiejąc się na nogach, zstępował na dół ze schodów...

Raptem, niczem szaleniec, począł się śmiać:

- Jego Hanka!....

Och, gdybyż wiedział Fred, że w "salonie mód" bawią niemal jednocześnie dwie najbliższe mu na świecie istoty... Lenka i Hanka...

 

ROZDZIAŁ I. Jak się zostaje kokotą?

 

Pan Ignacy Okoński miał lat pięćdziesiąt, był statecznym urzędnikiem i nie lubił wszczynać dysput, szczególniej pieniężnych, przy obiedzie z żoną.

To też, choć urocza pani Lenka wcale niedwuznacznie napomykała o wydatkach, udawał głuchego. Dopiero, gdy przełknął ostatni kąsek, a służąca postawiła przed nim szklankę herbaty, powoli, z namaszczeniem zapalił papierosa i dość opryskliwie mruknął:

- O co ci właściwie chodzi?

- Zrozum! - jęła nieśmiało tłumaczyć - Mam różne wydatki... Od szeregu miesięcy nie sprawiłam sobie nic...

- Ile potrzeba? - rzucił krótko.

- Z pareset złotych! - wyjąkała.

- Pareset złotych? No... no...

Wykrzyknik zabrzmiał ironicznie. Pani Lenka nie śmiąc nalegać umilkła.

Och, bo w gruncie rzeczy boi się porządnie tego, zasuszonego człowieka, który nazywa się jej mężem. Dzieli ich taka różnica wieku, że raczej wygląda na jej ojca. Są już blisko dwa lata po ślubie, a wciąż doń przywyknąć nie może. Zawsze zimny, nieprzystępny, zmienia się tylko w niektórych chwilach, lecz te są właśnie dla Lenki najwstrętniejsze. Szaleństwo popełniła, ona panna biedna, ulegając namowom matki i wychodząc zamąż za urzędnika z "dobrą pensją". Cóż jej z tego przyszło? Skąpy, do obrzydliwości skąpy, a swe "dobrodziejstwa" wytyka na każdym kroku. Nigdy o nic nie odważyła się dotychczas go prosić i gdyby nie straszliwa sytuacja, w jakiej się znalazła, dziś również nie rozpoczęłaby niemiłej rozmowy... Zresztą trud daremny... Czuje, że zaraz padną słowa, które smagają, niczem uderzenia biczem.

Nie omyliła się. Pan Ignacy zaciągnąwszy się głęboko dymem, powtórzył zjadliwie:

- No... no... pareset złotych...

- Tak - bąknęła cicho.

- Sądzisz, że jestem miljonerem?

- Sądziłam jedynie, że i mnie czasami coś się należy...

- Hm... Oczywiście... Przy posagu, jaki wniosłaś...

- To podłe! - mało nie krzyknęła głośno, lecz wnet się pohamowała.

Z niewypowiedzianem zadowoleniem rzuciłaby mu na głowę wazon z kwiatami, stojący na stole. Lecz w obecnej chwili wszczynać awanturę, kiedy tamci grożą, kiedy on wyłącznie może uratować, kiedy wszystko zależy od jego dobrej woli? A nuż się odezwie ten przeklęty telefon i pozna prawdę, pozna czemu tak o te głupie pareset złotych nalega! Za wszelką cenę należy politykować... Jeśli teraz natrafiła na zły moment, może wieczorem potrafi go udobruchać, wyciągnie pieniądze udaną czułością, pieszczotą... Lenka wie, że jest piękna i jest świadoma potęgi swych dwudziestu czterech lat. Zbyt rzadko używa tego czaru - za wielkie obrzydzenie budzi w niej stary mąż.

Więc przestanie nalegać... A tamtych, jak żądali, odwiedzi. Postara się uzyskać nowy termin... choć na parę dni zwłokę.

Pan Ignacy powstał z miejsca. I on uważał, iż rozmowa została skończona.

- Muszę odejść! - oświadczył - Mam poobiedzie w biurze zajęcie! Zapewne, powrócę dopiero wieczorem...

- Będę czekała z kolacją! - rzekła uprzejmie i zbliżywszy się doń, lekko musnęła wargami czoło małżonka, jako wstęp zapewnie do późniejszych miłosnych ataków.

Lecz pan Ignacy, aczkolwiek odpowiedział na tę pieszczotę głośnem cmoknięciem, zaraz zaznaczył, iż w niczem to nie zmieni jego budżetowych postanowień.

- Niestety - wycedził - nie będę w stanie, w żadnym wypadku spełnić twej prośby... Czasy są ciężkie, wydatków miałem sporo... Daję co mogę, a na kaprysy mnie nie stać...

- Kiedy... - zaczęła.

- Pozatem, jesteś tak wyelegantowana, że dalsze wyrzucanie pieniędzy na fatałaszki nie miałoby sensu... I prosiłbym cię nawet bardzo Lenko, żebyś powtórnie nie powracała do tego tematu... Do widzenia...

- Stare skąpidło... - mruknęła prawie głośno, podczas, gdy mąż nakładał paltot i systematycznie wiązał szalik na szyji w przedpokoju.

Wreszcie rozległo się trzasnięcie drzwi. Pozostała sama.

- Skąpiec przebrzydły! - głośno teraz dała folgę swej złości.

Czy zmiękczy go? Po ostatniem oświadczeniu, wątpliwe! Ach, czemuż dobrowolnie wpakowała się w podobne położenie. W oczach zakręciły się łzy.

Pani Lenka parę razy przeszła się nerwowo po jadalni. Później przystanęła przed lustrem. Zwierciadło odbiło sylwetkę naprawdę ładnej kobiety. Wysmukłej, złocistej blondynki o nieco rozmarzonym wzroku. Lecz całą postać cechował, jakby brak energji, apatja i lenistwo. Tak, leniwą, trochę apatyczną była pani Lenka i tu należało doszukiwać się przyczyny czemu w ten, a nie w inny sposób potoczyły się jej losy. Pragnęła, aby życie wszystko niosło jej w darze, nie dając najmniejszego wysiłku wzamian. Czyż inaczej wyszłaby zamąż za człowieka, starego i całkowicie obojętnego, li tylko, że miał czteropokojowe mieszkanie i pensję ponad tysiąc złotych? Czyż nie przestraszyła się wróżb matki - wdowy, utrzymującej się z nędznej emeryturki i z skromnych zapomóg syna, który będąc na ostatnim semestrze prawa, lekcjami i dodatkową pracą u adwokata sam nie wiele zarabiał - że dziś najładniejsze panny bez posagu po urzędach za marny grosz więdną, a później za byle kogo wychodzą z rozpaczy? Czyż uzyskawszy własny dom, potrafiła zająć się gospodarstwem, lub zdobyć szacunek męża? Toć mąż, dzięki jej nieradności traktował ją, jak lalkę, lub małe dziecko... Czyż, wreszcie, gdyby nie bezgraniczna lekkomyślność, naraziłaby się na przykrości, jakie dziś tak dręczą? Lecz pani Lenka nie czuła tego wszystkiego!

Pretensje miała raczej do otoczenia, niźli do samej siebie. Do męża przedewszystkiem.

- Gdybym nawet pragnęła, to zdradzić nie mogę starego durnia! - stwierdzała niekiedy z pasją. - Niema z kim!

Stała tedy pani Lenka przed lustrem, przeżuwając niewesołe myśli, kiedy nagle zabrzmiał telefoniczny dzwonek. Oczekiwała na ten sygnał, obawiając się tylko, by nie nastąpił wcześniej, kiedy mąż będzie w domu. Pochwyciła za słuchawkę.

- Mówi firma "Helwira" - rozległ się niewieści głos - czy to pani Okońska?

- Jestem!

- Jakże szanowna pani zadecydowała?

- Będę zaraz u państwa, to wszystko omówimy!

- Pragnie pani zapłacić?

- Hm... nie... tak... Sama wytłomaczę...

- Więc oczekujemy! Lecz uprzedzam, że szefowa nie zgodzi się na żadne ustępstwa... - głos zabrzmiał uprzejmie, ale stanowczo.

- Może ja osobiście...

Chciała jeszcze coś mówić. Próżno - połączenie zostało przerwane.

Pani Lence wystąpiły krople potu na czoło. Na męża daremnie liczyć, tamci występują coraz ostrzej. Boże... Jaka rada? Pozostało zaledwie dwa dni czasu...

Niema chwili do stracenia. Pospiesznie wdziała wykwintny, obszyty skunksami jedwabny płaszczyk, wsunęła na głowę mały kapelusik i wybiegła na ulicę.

Październikowe słońce zalewało ostatniemi, ciepłemi promieniami chodniki, nadając otoczeniu piętno radości i wesela. Lecz nie wiele obchodziło to panią Lenkę. Nie wiele obchodziły ją i spojrzenia przechodniów, z których nie jeden odwracał głowę za jej wysmukłą i elegancką sylwetką...

Ach, ta elegancja...

Tu był początek zguby! Miał rację pan Ignacy, jeśli pogardliwie się wyrażał o sprawianiu nowych fatałaszków i patrząc na swą żonę, uśmiechał się, gdy twierdziła, że chodzi obdarta. Lecz czyż wiedział on, z jakiego źródła pochodzą te stroje?

Bo pani Lenka, po swojemu, potrafiła znaleźć radę na skąpstwo męża. Radę, niestety w skutkach opłakaną. Skoro małżonek, wnet po ślubie począł coraz bardziej zaciskać worka, folgując przyrodzonemu sknerstwu, jęła brać na kredyt. Dobrzy ludzie ułatwili jej to zadanie. Niewytłomaczonym zbiegiem okoliczności zjawiły się różne kupcowe, proponując ta jedwab, ta aksamit, ta bieliznę. Niektóre swą uprzejmość posuwały tak daleko, że prowadziły panią Lenkę do zaprzyjaźnionych sklepów i pozwalały tam wybierać, co dusza zapragnie. Wzamian żądano tak niewiele. Wekslu. I pani Lenka podpisywała weksle, nie wiedząc dobrze, co ten przeklęty papier znaczy. Stawała się zato coraz szykowniejsza, a mąż w zaślepieniu prawdziwego skąpca, nie zwracał na stroje pani uwagi, rad, że ta go o pieniądze nie prosi. Trwał sporo czasu ten błogosławiony stan, dopóki nie nadszedł termin płacenia rewersów. A wtedy stała się rzecz jeszcze dziwniejsza. Wszystkie, bez wyjątku weksle znalazły się w posiadaniu firmy "Helwira" - który sam siebie na blankietach określał, jako salon mód. Może kupcowe były jej agentkami? "Helwira" z początku wystąpiła bardzo grzecznie. Gdy pani Lenka przerażona ogólną sumą długu, wynoszącą tysiąc pareset złotych, oświadczyła, że zapłacić nie może, zjawiła się do niej, oczywiście pod nieobecność męża, przedstawicielka firmy, proponując sprawę nader prostą. Pani Lena wystawi nowe weksle z terminem trzymiesięcznym, oczywiście na sumę wyższą no i... z żyrem męża. A kiedy pani Lena, dzięki lekkomyślności i chęci za wszelką cenę odwleczenia awantury zgodziła się na ten warunek - przedstawicielka "Helwiry" chętnie nazajutrz przyjęła nowe zobowiązanie, opiewające na blisko dwa tysiące i podpisane dwoma nazwiskami. Urzędniczki nie raziło nawet, że podpis "Ignacy Okoński" był całkowicie podobny do podpisu pani Leny.

Lecz trzy miesiące upłynęło. "Helwira" obecnie całkiem zmieniła ton. Albo pani Lena zapłaci, albo weksle zostaną zaniesione do męża.

Straszne! Co robić? Sfałszowany podpis... Gotów, jako oszustkę odwieźć do matki, kto wie, dopuści do sprawy sądowej... Dziś pani Lena czyniła ostatnią próbę. Mąż dwóch tysięcy nigdyby nie dał. Lecz sądziła, że wydostawszy odeń pareset złotych, jakoś "Helwirę" na pewien czas zaspokoi... Tymczasem... Czuła, że jeśli uda nawet najgorętszą miłość - pan Ignacy pozostanie niewzruszony.

Pozostawała ostatnia deska ratunku. Osobista rozmowa. O ile właścicielka "Helwiry" zgodzi się ją przyjąć, może ulituje się nad nią... Cóż jej przyjdzie z głośnego skandalu...

Trawiona podobnemi myślami, biegła pani Lena ze Złotej, gdzie zamieszkiwała, w kierunku ulicy Koszykowej. Tam miała swą siedzibę groźna "Helwira".

Może i rychło nieszczęsna, lekkomyślna niewiasta znalazłaby się u celu, gdyby nie niespodziewana przeszkoda.

Nagle ktoś z tyłu ją zawołał po imieniu.

- Jak się masz, Lenko!

Drgnąwszy, odwróciła się szybko. Przed nią stał brat - Fred Korski - wysoki, dwudziestoparoletni chłopak. Był uderzająco podobny do siostry i jak siostra zgrabny i ładny. Lecz miast pewnej bezduszności i apatji, która cechowała Lenkę, energja złączona z prawością przebijały się w jego rysach. Widać było, że jest to chłopak, który idzie przez życie sam i przed byle jaką przeszkodą nie ustąpi.

- Jak się masz, Lenko! - powtórzył. - Dokąd tak pędzisz?

- Ach, to ty Fredzie! Idę za interesem...

- Do "Helw..." - mało nie wyrwało się jej, lecz wnet się poprawiła. - Do "Helosu"... Jest taka perfumerja... na... Nowogrodzkiej...

Fred zaczął się śmiać,

- Do "Helosu"! - powtórzył. - Na Nowogrodzką! Znakomicie! Zawsze jesteś roztrzepana, siostrzyczko i w pierwszej chwili, wymieniłaś nazwę, żem o mało się nie przewrócił!

- Cóż takiego?

- Zrozumiałem "Helwira"! Ale sądzę, tam nie chadza moja siostrzyczka!

Policzki Leny oblał pąs.

- Jakaż to firma? - stłumiła nerwowe drżenie.

- Jest taka jedna na Koszykowej - mówił. - Pracuje się po kancelarjach adwokackich, to się słyszy to i owo... Otóż opowiadają o tej "Helwirze", że ma tam się znajdować świetnie ukryty dom schadzek.

- Dom schadzek?

- Czemuż się tak przejmujesz, Lenko! Dom schadzek dla bardzo bogatych ludzi i nie każdy ma do niego dostęp... Lecz nie będę dalej gorszył mojej cnotliwej siostrzyczki.

- Okropne.

- Powiadasz... okropne! Ach, ty święta niewinności! Ale przejdźmy na inny temat... Co porabiasz, Lenko? Dawno cię nie widziałem.

- At... nic... - bąknęła, zmieszana posłyszaną wiadomością, która w nią niespodzianie uderzyła niczem grom - Wszystko, jak zwykle...

- Czyli twój pan i władca marudzi, a ty to znosisz w pokorze ducha! Pewnie znów ci dokuczył? - tłomaczył po swojemu jej niewyraźną minę.

- Trochę...

- Domyśliłem się... Dziwię się naprawdę, że możesz wytrzymać z tym starym prykiem! Na twojem miejscu rzuciłbym go dawno a wziął się do jakiej roboty...

- Hm... no... tak...

- Widzę, trudno dziś się z tobą dogadać... Ponure myśli siostrzyczkę trapią! - zażartował - Więc, powiadasz, idziesz na Nowogrodzką?... Niestety, nie będę mógł towarzyszyć.

- Śpieszysz w przeciwną stronę? - wymówiła prawie z radością.

Fred wesoło przymrugnął oko.

- Randka, szanowna Lenko... Maleńka randeczka. Rozumiesz... Z cudną kobietą... a raczej uroczą młodą panienką... Zakochałem się, jak kot w marcu...

- Winszuję...

- Już piąta! Pożegnam cię, bo obawiam się spóźnić... Jutro, pojutrze wpadnę, to szczegóły opowiem... Może, jako niewiasta mi doradzisz... Bo moja flama jest strasznie tajemnicza, jest to chodzący sfinks....

- No... no...

- Dowidzenia, Lenko...

Szybko ucałował jej rączkę i popędził w przeciwnym kierunku.

Odetchnęła z ulgą, iż nie chciał jej towarzyszyć. Jednocześnie popatrzyła w ślad za bratem z pewnem rozrzewnieniem. Ach, ten Fred! W rzeczy samej kochała go bardzo i zazdrościła mu czasami. Żeby tak mieć jego stanowczy, energiczny charakter - napewno nie spadłoby tyle przykrości. Brała ją nawet w czasie rozmowy ochota wyznać wszystko, prosić o pomoc, o radę, lecz nieśmiałość i fałszywy wstyd położyły ostatecznie pieczęć na usta. Tembardziej, gdy kategorycznie oświadczył, że firma "Helwira" na Koszykowej nie jest niczem innem, niźli świetnie zamaskowanym domem schadzek.

Dom schadzek!

W umyśle Lenki, bardzo dalekiej od wszelkich życiowych spraw i życiowego brudu, dom schadzek łączył się z pojęciem gniazda rozpusty w którem wymalowane i cyniczne dziewczyny sprzedawały za tani pieniądz swe wdzięki niewybrednym mężczyznom. Łączył się z wyobrażeniem na pół pijanej ulicznicy natrętnie w swe sieci wciągającej przechodnia. To też ogarnęło ją nie tylko przerażenie, ale i zdumienie wielkie. Jeśli firma "Helwira" stanowi "zakład" tego typu, o jakim brat wspominał, to czemuż skupuje weksle, czemu wdaję się dodatkowo w lichwiarskie interesy. Cóż to ma znaczyć?

Na sekundę przystanęła w niepewności.

Pójść tam, czy nie iść? Okropne, jeśli tam się znajdzie i zobaczy "to wszystko"! Lecz, jeśli nie pójdzie a "Helwira" zechce wykorzystać przewagę, którą posiada, stanie się rzecz po stokroć gorsza. Cofać się było późno. A może mylił się brat i udzielił fałszywej informacji?

Smagana wstydem, mając wrażenie, że każdy przechodzień odgaduje z jej twarzy dokąd podąża, szybko biegła ku Koszykowej.

Koszykowa...

Ot już numer trzydziesty, za niem jeszcze jeden dom i jeszcze...

Wpadła do bramy.

Kamienica jest nowoczesna, wytworna. Niczem nie przypomina obdrapanych i niechlujnych domostw, w jakich, wedle mniemania Lenki, powinnyby się mieścić jaskinie rozpusty. Tuż przy wejściowych drzwiach maleńka mosiężna tabliczka o wyrytym na niej napisem "Maison de modes Helwira".

Więc tu... Więc jest to naprawdę salon mód?

- Pani kogo uważa?

Lenka wzdrygnęła się przerażona, jakby zabrzmiał nad nią głos anioła na sądzie ostatecznym. Powodu do przestrachu jednak niema. Dozorca uprzejmie otwiera drzwi kluczem.

- Ja... ja... do salonu mód...

- Acha... Wielmożna pani do "Helwiru"! Pierwsze piętro... na prawo...

- Dziękuję! - szepnęła, czerwieniąc się, bo cerber domowy spoglądał na nią dziwnym wzrokiem.

Czemu spoglądał tak dziwnie? Czyżby ją przyjął za jedną z "takich"? Niemożebne! Toć Lenka nie przypomina ulicznicy.

Szerokie marmurowe schody, wysłane dywanem. Pierwsze piętro. Znów tabliczka i napis: "Helwira". Lenka, nie namyślając się, naciska nerwowo dzwonek.

Rychło słychać zgrzyt łańcucha i drzwi uchylają się powoli, ostrożnie. Nazbyt ostrożnie, jak przystało na ogólnie dostępny, salon mód. W szparze widać główkę dziewczyny, ni to służącej, ni to modystki.

- Czy zastałam szefową firmy "Helwira"? - nieśmiało zapytała Lenka.

- Pani w jakiej sprawie? - oczy z za drzwi świdrują podejrzliwie, badawczo.

- Osobistej... weksle...

- Acha... A nazwisko?

- Okońska...

Wzrok podejrzliwy zmienia się na uprzejmy uśmiech. Ostatecznie łańcuch spada z drzwi i Lenka znajduje się wewnątrz mieszkania. Subretka, czy też pracownica firmy oświadcza obecnie grzecznie:

- Pani Okońska! Wiem... Szefowa oczekuje na panią... Zechce pani wejść do saloniku... Zaraz poproszę szefową...

Lenka rozejrzała się ciekawie po saloniku, do którego ją wprowadzono.

Nie, stanowczo musiał mylić się Fred. Był to typowy pokój przyjęć wytwornego domu mód, urządzony bogato i wykwintnie. Pośrodku stał duży stół, zarzucony szeregiem żurnali, dokoła kryte jedwabiem złocone krzesełka. Pod ścianami takież kanapki a na ścianach pierwszorzędne paryskie karykatury i fotografje kobiece, zapewne artystek, z podpisami. W głębi wielka, oszklona szafa, z której wyzierał barwny rząd sukienek.

- Pomylił się... To naprawdę pracownia...

Właśnie chciała podejść Lenka do szafy, aby bliżej obejrzeć porozwieszane tam cuda, gdy za nią rozległ się melodyjny głos.

- Witam panią...

Obejrzała się szybko, spostrzegając na środku saloniku wysoką, nieco już starszą dość tęgą damę. Zapewne szefowa "Helwiry" a puszysty, perski dywan stłumił, odgłos kroków. Słowa nieznajomej potwierdziły przypuszczenia.

- Jestem Elwira Helmanowa, - rzekła, uprzejmie, wyciągając na powitanie rękę. - Pani Okońska? Prawda? Bardzo mi miło... Zechce pani zająć miejsce...

Usiadłszy na złoconem krzesełku, naprzeciw właścicielki firmy, Lenka wpiła się w nią wzrokiem.

Pani Elwira Helmanowa! Stąd zapewne w skróceniu od jej imienia i nazwiska, salon otrzymał miano "Helwiry". Nic w postaci szefowej nie dawało się spostrzec podejrzanego lub dwuznacznego. Przeciwnie tchnęła wytworną godnością. Była to brunetka, blisko pięćdziesięcioletnia, która zachowała jeszcze ślady dawnej urody, ubrana skromnie, lecz wykwintnie. Pełne kształty obciskała czarna jedwabna suknia, z pod której wyzierały zgrabne nogi, w jedwabnych pończoszkach i najmodniejszych pantoflach. Na trochę grubych palcach połyskiwało parę brylantowych kosztownych pierścieni. Tak wygląda właścicielka domu mód, której się dobrze powodzi, dorobiła się w swym fachu majątku i nie potrzebuje się uganiać za względami klijentek. Lecz pocóż, w takim razie, pani Helmanowa zajmowała się skupowaniem wekslów?

Rychło i na to zapytanie biedna Lenka miała otrzymać odpowiedź.

- Więc pani w sprawie swoich zobowiązań? - rzekła szefowa, wyciągając w jej stronę srebrną, pokrytą różnorodnemi, monogramami małą, płaską papierośnicę.

- Może pani zapali?

- Nie palę nigdy... - odparła weselej, ośmielona grzecznym wstępem.

- Szkoda!... Papieros ułatwia rozmowę... Ale powracajmy do tematu... Spodziewam się, że przyniosła pani pieniądze?

- Niestety... - bąknęła Lenka.

- Nie? - twarz Helmanowej, dotychczas uśmiechnięta - przesłoniła chmura niezadowolenia. - Cóż będzie?

- Pani szefowo! - jęła prosić Lenka - Widzę, że jest pani elegancką i miłą kobietą... Niechże mnie pani nie zgubi, niechże się zgodzi na dalszą zwłokę... W przyszłości na pewno zapłacę... Teraz musi pani zaczekać....

- Niemożebne!... - energicznie drgnął "dames" w ubrylantowanych palcach właścicielki "Helwiry".

- Dlaczego niemożebne?

- Z różnych względów nie mogę czekać ani chwili dłużej!

- Pani zamierza? - lęk zdławił gardło Lenki.

- Jeśli dziś nie otrzymam pieniędzy, za dwa dni upływa termin wekslów, jutro nasza firma zwróci się do pani męża, który również je podpisał, uprzedzając go o płatności.

- Boże! - zawołała Lenka.

- Przecież pani małżonek jest chyba na to przygotowany a, o ile wiem, zajmuje niezłą posadę...

- Nie... nie... - zawołała zmienionym głosem - tylko nie to... tylko nie mąż...

- Czemu? - Helmanowa bawiła się swą ofiarą, niczem kot myszą.

- Bo... bo... - jąkała, swym wyraźnym lękiem zdradzając się coraz bardziej. - Nie chcę, żeby on... On taki straszny... Życie mi zamieni w piekło... Pani szefowo, błagam, proszę, niech się pani ulituje nademną. Zgodzę się na wszystko... Na każde wyjście... Toć pani posiada serce...

Helmanowa głęboko zaciągnęła się dymem, poczem rzekła, po namyśle.

- Hm... Istotnie posiadam serce i dla tego pragnę przyjść pani z pomocą... Aczkolwiek nie pojmuję obawy przed mężem, który przecież żyrował zobowiązania... Skoro jednak pani pragnie innego wyjścia, mogłabym je znaleźć, tylko...

- Z góry przyjmuję wszelkie warunki! - westchnienie ulgi wydarło się z piersi Lenki.

Właścicielka "Helwiry" znów zastanawiała się chwilę, jakby dobierając słowa.

- Zaraz... proszę o cierpliwość! - oświadczyła. - Jeszcze pani nie wie jak wygląda ten ratunek....

- Prolongata?

- Wiele pań - mówiła dalej nie dając wprost na zapytanie odpowiedzi - powierzało mi prowadzenie swoich interesów i źle na tem nie wyszło... Zwykle, gdy która pani znalazła się w podobnych tarapatach, wynajdywałam jej bogatego przyjaciela, czasami przyjaciół i rychło długi zostawały zapłacone...

- Co?... co?... - niewyraźnym przeczuciem drgnęło serce biednej ofiary.

- W ten sposób postawiłam na nogi hrabinę Melsztyńską... Wie pani, ta co się rozbija takiemi pięknemi zaprzęgami po Warszawie i posiada stajnię wyścigową... Dalej baronową Della Paux, która jest wyrocznią w stolicy mody i szyku... Również dyrektorową Stalińską... Miała tak skąpego męża, że po uszy grzęzła w długach... Po paromiesięcznej ze mną przyjaźni, sama, bez jego wiedzy, kupiła wspaniałe brylanty... Innych dam z wielkiego świata i artystek to nie wyliczam...

- Pocóż pani mi to wszystko powtarza? - zduszonym głosem zapytała Lenka.

Znów Helmanowa puściła mimo uszu zapytanie.

- Ileż kobiet obecnie się marnuje przez lekkomyślność, lub zbyteczne skrupuły... Ileż kobiet się puszcza... pardon, chciałam powiedzieć, obdarza swemi łaskami mężczyzn za głupią kolację, drobny prezent, lub co gorsza z... miłości... Miłości i wszelkich erotycznych uniesień przedewszystkiem wystrzegać się należy... Te wszystkie panie, które mi zaufały a któremi pokierowałam, za chwilę przelotnych "ustępstw", w moim "salonie", otrzymywały sumy znaczne, pozwalające im całkowicie uniezależnić się od domowego tyrana i zaspokoić swoje kaprysy... Czyż inaczej żony, mało zarabiających mężów mogłyby się tak stroić, jak się stroją w Warszawie i tak się bawić? Czasem nawet, dzięki znajomościom zawartym u mnie, powstają dłuższe związki... Taki hrabia Koniecpolski poznał miejską pannę Mary, mocno trywialną osobę, która przedtem zachowywała się w skandaliczny sposób. Kokota, prawie ulicznica. Przyjmowałam ją przez litość... I co pani powie? Żyje z nią obecnie, kupił wspaniałe mieszkanie i auto... Ale on ma już taki gust, że musi posiadać kochankę, któraby mu wymyślała ordynarnie a czasem nawet rzuciła w głowę kieliszkiem. Na psy schodzi nasza arystokracja...

- Więc pani mi proponuje?... - przerwała z oburzeniem te wywody Lenka, pojmując obecnie czemu brat nazwał firmę "Helwira" domem schadzek - Pani proponuje...

- To samo uczynić, co czyniły tamte panie - odrzekła Helmanowa spokojnie.

- Jak pani śmie?

- Szuka pani wyjścia, oto jedyne wyjście! Innego się nie znajdzie!

Lenka porwała się ze swego miejsca,

- Ależ to hańba!

Wykrzyknik nie uczynił na Helmanowej żadnego wrażenia. Wzruszyła ramionami.

Tymczasem Lenka oburzała się coraz bardziej.

- Pani zapomina... Jestem przyzwoitą kobietą...

Coś na kształt wewnętrznego śmiechu, wstrząsnęło obfitym biustem szefowej, choć twarz pozostała nieruchoma. Każda z niewiast, która "przechodziła" u niej podobną przeprawę, nie omieszkiwała podkreślać, iż jest przyzwoitą kobietą. A później... Później prosiły się same, skamlały niemal o złotodajne "okazje". Jako znakomita znawczyni dusz kobieciątek, w rodzaju Lenki, grając na pewno posiadanemi atutami, postanowiła scenę zakończyć.

- Któż przeczy, że jest pani przyzwoitą kobietą! - rzekła również powstając z miejsca. - Któż przeczy... Prosiła pani o radę, rzuciłam luźną myśl... Tak postępowały osoby z najlepszego towarzystwa, zajmujące stanowiska społeczne znacznie wyższe od niej... Uczyni pani, co uzna za stosowne!.. Nikt nie zmusza... Tylko...

- Tylko?

- Przypominam, że mąż będzie musiał zapłacić za weksle!

Apatyczna natura Lenki zdobyła się na prawdziwy odruch gniewu.

- To podłe!.. - krzyknęła gwałtownie. - Podłe... to szantaż... Namowa do nierządu...

Helmanowa obrzuciła swą ofiarę zimnym wzrokiem, powoli cedząc wyrazy:

- Zechce się pani liczyć ze słowami! Obrażać się nie pozwolę! Któż tu do nierządu namawia? Ustalmy fakty... Znalazłam się w posiadaniu zobowiązań z żyrem małżonka, pana Okońskiego... Nie wiedzieć czemu, strasznie się pani obawia, aby nie dowiedział się o terminie płatności, na który, zdaje się, powinien być przygotowany... Wielce to dziwne, dziś nikogo weksel bardzo nie straszy...

- Bo... bo...

- Dokończę... Dlatego panią ogarnął taki lęk o kieszeń męża, że podpisy na wekslach są sfałszowane!

- Sfał...

- Sfałszowane! - powtórzyła Helmanowa, mocno uderzywszy ubrylantowaną ręką w stos żurnali pokrywających stół. - Wiedziałam o tem od początku... Pani podrobiła podpis... Obecnie, znając dobrze charakter męża, obawia się, że gdy pozna prawdę, a dwa tysiące złotych stanowi dlań sumę znaczną, nietylko zobowiązań nie zapłaci, lecz dopuści do skandalu, sprawy sądowej, rozejdzie się natychmiast... Może się mylę? Nie? Sądzę, iż nie mamy sobie nic więcej do powiedzenia! Pani pragnie odejść?

Każda inna, na miejscu Lenki, wybiegłaby bez wahania spiesznie z saloniku. Każda inna wyznałaby mężowi wszystko, błagając o ratunek. Każda inna, w jakikolwiek sposób postarałaby wyrwać się z sieci, jaką na nią zarzucono. Lecz nie Lenka. Zbyt na to była apatyczna i zbyt ją przerażały sceny gwałtowne. Dobrze umiała Helmanowa wyszukiwać ofiary. Poryw gniewu, jak zwykle u natur mało energicznych, szybko zgasł. Lenkę ogarnęło z powrotem nerwowe drżenie.

- Pani nie odchodzi?

Nie miała siły poruszyć się z miejsca. Wydawało się jej, że jeśli opuści mieszkanie Helmanowej, nie zawarłszy kompromisu, wnet tam za progiem pochwyci ją policja, już powiadomiona o przestępstwie i odstawi do więzienia... Brr... więzienie... sąd.. Och, gdyby wiedziała, że policji i sądów szefowa "Helwiry" więcej obawia się od niej.

W oczach Lenki zakręciły się dwie wielkie łzy i powoli spływały po zaczerwienionych policzkach. Usta zaś wyszeptały cicho.

- Czemu... czemu... ja właśnie...

Helmanowa odetchnęła. Opór ofiary został przełamany. Zresztą, spodziewała się tego od początku.

- Chce pani się zapytać - rzekła już uprzejmiejszym tonem - czemu zajęłam się skupieniem pani zobowiązań? Wyjaśnię... Istotnie, interesują mnie ładne kobiety w Warszawie, takie szczególniej, które znajdują się w niezbyt szczęśliwych życiowych warunkach... Bieda... nędza, lub mąż sknera, tyran... Oczywiście tylko kobiety przyzwoite, bo z byle kim zadawać się nie lubię... Chętnie zdaleka, z ukrycia im pomagam, ułatwiając kredyt... Cóż warta jest piękna niewiasta bez ładnych sukienek, bez jedwabnych pończoszek, bez najskromniejszego klejnociku? Tyleż, co najsmaczniejszy cukierek, zawinięty w brudny papier... Dziś ludzie żenią się zbyt pospiesznie, nie zastanawiając się co dalej nastąpi... On przeważnie zajmuje jakie takie społeczne stanowisko, ale pensję ma tak marną, że żonie uczciwej na bawełniane pończochy starczy... Brnie w długi, później, kiedy trzeba płacić, nie znajduje wyjścia. Otóż w podobnych wypadkach, na horyzoncie ukazuję się ja... i ratuję od nieszczęścia... Postępując w podobny sposób, spełniam dobry uczynek, ocalam rodziny od upadku... Rzecz prosta, osoby na które zwróciłam uwagę są nieliczne i posiadam zamknięte koło przyjaciółek... Są one mi szczerze oddane... O pani dowiedziałam się przypadkowo, iż niezbyt jest szczęśliwa... Mąż brutal, oschły, zimny sknera... Starałam się nieznana, dopomóc, mniemając iż później pani mi wdzięcznością odpłaci. Chciałam jej stworzyć ten dobrobyt, którego małżonek stworzyć nie może lub nie chce... Cóż, odtrąciła pani moje rady... Szkoda!.. Życie ułożyłoby się zupełnie inaczej... stroje, klejnoty, własne pieniądze, niezależność od męża... Ale za to nie trzeba być naiwną i posiadać drobnomieszczańskich przesądów... Pani woli sfałszowane weksle...

- Nie... nie... - bąknęła niewyraźnie Lenka.

- Zastanawia się pani? Hm... Rozum do głowy nigdy nie przychodzi zbyt późno! Proszę, niechże pani z powrotem usiądzie...

W tejże chwili rozległo się pukanie do drzwi saloniku a w ślad za nim rozchyliły się one i ukazała się w nich głowa subretki czy też modystki. Jęła dawać jakieś pospieszne znaki szefowej, coś na kształt sygnalizacji, dostępnej jeno dla wtajemniczonych.

- Zostawię panią na chwilę samą! - rzekła Helmanowa, wychodząc szybko.

Lenka upadła na fotel, tłumiąc chusteczką łkania. W jej duszyczce trwała już nie walka a ogarniała ją coraz większa bezsilność, wstęp do zupełnej kapitulacji. Sfałszowane weksle... Gniew męża... Awantura... Kto jej pomoże? Kto uratuje? Toć nie brat, biedny student, ani matka, żebrząca często parę złotych od Lenki, gdy nie starczała emerytura. W najlepszym wypadku, mąż zapłaci i wyrzuci ją z domu... Powrócić do matki na nędzę, na suchy chleb, słuchać wymówek, mieć piętno fałszerki... A tu ta Helmanowa rysuje takie ponętne obrazy... Spłacenie długów, niezależność, stroje... Twierdzi, że tak postępują i inne kobiety... Wymienia głośne nazwiska... Hrabina Melsztyńska, baronowa Della Paux... Znała dobrze z widzenia Lenka te dumne i wytworne panie i podziwiała je wielce zdaleka na przechadzce, lub gdy siedziały rozparte w lożach w teatrze, podczas kiedy ona z mężem zajmowała, gdzieś ostatnie miejsca... Może łatwo, im dorównać w zbytku i szyku?... Rozpusta nie jest tak straszna? Tak wygląda naprawdę dom schadzek? Ależ ta Helmanowa, choć omotała ją paskudnie wekslami, w gruncie bardzo miła i inteligentna kobieta...

- Więc jakże wypadł namysł? - nieco ironicznie zabrzmiał tuż nad Lenką głos kusicielki...

Właścicielka "Helwiry", powróciwszy niespodziewanie, spoglądała na nią z uśmiechem.

- Jakże wypadł? - powtórzyła.

Lenka uczyniła pierwszy krok do zupełnej kapitulacji. Czerwieniąc się mocno i nie patrząc w oczy Helmanowej szepnęła:

- A jeśli się zgodzę, to...

- To?

- Co... co... mam robić?

Helmanowa zerknęła na swą ofiarę, ubawiona naiwnością zapytania. Wnet jednak tłomaczyła tonem spokojnym, jak gdyby chodziło o sprawę błahą, lub zwykły handlowy interes.

- Wejdzie pani do przyległego pokoju i chwilę zaczeka! Niezadługo znajdzie się tam jeden pan....

- Ach, nie... nie... Zgadzam się, ale nie zaraz! - zawołała Lenka.

- Dziś, albo nigdy! - odparła twardo rajfurka, obawiając się, że jeśli Okońska ochłonie z wrażenia może zmienić decyzję. - Nie lubię odwłoki...

- Straszne! Ja... ja.... obcy mężczyzna...

- Proszę nie być dzieckiem!

- Kiedy... naprawdę... dotychczas... tylko mąż...

- Droga pani! - znów zdania przewrotne popłynęły z ust Helmanowej. - O ile wiem, a jestem dobrze poinformowana, niezbyt pani kocha męża i nie jest on bardzo miły... Gdyby tu o prawdziwą zdradę chodziło? Ale... Toć, wychodząc za mąż nie uczyniła pani nic innego, niźli obecnie zamierza uczynić...

Słowa te, niczem jad, wślizgiwały się do duszy Lenki. Ileż razy znosiła wstrętne pieszczoty starego i obrzydliwego męża? Ma rację, w gruncie, Helmanowa... Zresztą - nagle zawirowała przekorna myśl - może obecnie odpłacić się sknerze za wszystkie poniżenia i przykrości. A nuż to kto młody i przystojny? Tylko... Była pozbawiona zasad moralnych, ale grały w niej resztki wstydu.

- Naprawdę... - bąknęła.

- Jeżeli nalegam - dalej tłomaczyła właścicielka "Helwiry", nie przejmując się protestami Lenki - to dlatego, że nie wolno nam przepuścić znakomitej okazji... Przypadkowo odwiedził mnie pewien znajomy pan, bardzo zamożny człowiek i za godzinkę... rozmowy... z panią ofiarowywuje... pięćset złotych. Z tej sumy zatrzymam trzysta złotych, jako procent za prolongatę długu i o swoje weksle może być pani całkowicie spokojna, resztę pozostawię do jej dyspozycji...

Dwieście złotych! Takiego majątku Lenka nigdy nie posiadała w gotówce! Zobowiązania, ciężące jak kamień, spadają z głowy. Lekkomyślnej kobiety nie uderzył nawet szczegół, że rajfurka lwią część "zarobku", nie dając nic wzamian i nie zwracając rewersów zabierała dla siebie.

- A jak on wygląda? - padło nieśmiałe zapytanie. - Młody?

- W średnim wieku.... Lecz bardzo miły i elegancki...

- Znów stary! - wyrwał się jej okrzyk. - Okropne...

- Niestety, przeważnie starzy mają pieniądze! - odrzekła sentencjonalnie Helmanowa. - Cóż robić.... Więc...

- Czy "tam" będzie ciemno?

- Skoro pani sobie życzy, może zgasić światło!

- I on... on... mnie... nie zobaczy? Nie pozna później...

- Oczywiście!

- Zgodzi się na podobny warunek?

- Potrafię go namówić!

Lenka odetchnęła z ulgą a po twarzy Helmanowej przebiegł cień uśmiechu. Umyślnie nie dodała chytra rajfurka, że "klijent" zdążył Lenkę już obejrzeć jaknajdokładniej. Stało się to wówczas, kiedy powiadomiona o jego przybyciu przez służącą na chwilę opuściła pokój. Wtedy, przez otwór, ukryty znakomicie w ścianie saloniku, "zademonstrowała" swą świeżą zdobycz, nie zapominając zaznaczyć, że jest to nie tylko "nowicjuszka", ale i kobieta z najlepszego towarzystwa, żona wysokiego urzędnika, niemal dygnitarza. Że znajomość z podobną niewiastą stanowi rzadką okazję, którą należy opłacić na wagę złota. Stałego bywalca "salonu" pani Helmanowej uderzyła nieprzeciętna uroda Lenki.

Mogła ona w rzeczy samej bardzo się spodobać, a podniecenie i niepokój, jakie ją trawiły, gdy pozostawała w saloniku sama, dodawały życia i uroku apatycznej zazwyczaj twarzy. To też, albo uwierzył, albo i nie uwierzył, że dzięki pomocy właścicielki "Helwiry" zawrze bliską znajomość z damą z wysokiego towarzystwa, lecz na wygórowaną sumę zgodził się chętnie. Suma ta przenosiła nawet o dwieście złotych cyfrę wymienioną przez Helmanową Lence - lecz był to już jej "osobisty" zarobek. Zamożnemu "klijentowi", w stałej pogoni za niezwykłą przygodą, nie czynił różnicy podobny wydatek, zresztą kiedy spostrzegł Lenkę, zafrapował go pewien szczegół...

- Więc... - nagliła "szefowa".

- Jeśli pani ręczy, że wszystko nastąpi... jak prosiłam...

- Ręczę... ręczę... To, stary przyjaciel...

- Dokąd... mam pójść?

- Zechce pani udać się za mną...

Helmanowa szybko podniosła się z miejsca, obawiając się, że "stary przyjaciel", zrażony długą konferencją, zniecierpliwi się jeszcze i odejdzie. Otworzywszy drzwi, wiodące z saloniku do dalszych pokojów, wskazała drogę.

- Ot... tu...

Nagle, jakby uderzyła ją pewna myśl.

- Czy pani ma jedwabną bieliznę? - padło fachowe zapytanie.

Lenka, zaczerwieniona, skinęła głową.

- Doskonale! - rzekła "szefowa". - Proszę zaczekać... Zaraz "go" poproszę...

 

- - - - - - - - - - - -

 

Lenka znalazła się w niewielkim buduarze, który niczem nie przypominał sypialni.

Widocznie właścicielka "Maison de modes Helwira" umyślnie swe zaciszne gniazdko urządzała w ten sposób, aby w razie niespodziewanej wizyty władz nie miano się do czego przyczepić i nie nosiło ono dwuznacznego charakteru.

Pokój, przeznaczony dla "przymiarek" klijentek został wyposażony w to wszystko co wymaga wykwint, wygoda i zawodowe wymagania - pozatem nic więcej. Tedy wielkie lustro o trzech skrzydłach w którem obejrzeć się można ze wszech stron, szeroka, niska otomana, zasłana skórą białego niedźwiedzia, a pokryta niezliczoną ilością poduszek i poduszeczek, obrazy treści erotycznej na ścianach, lecz nie przekraczające dozwolonej granicy, w rogu szafa, zapewne zawierająca sukienki, lub modniarskie przybory, dalej mały stoliczek, parę krzesełek, za parawanem umywalnia. Tak wyglądał buduarek normalnie przy pierwszych spotkaniach, aby nie zrażać bardziej płochliwych nowicjuszek. Lecz, gdy zachodziła potrzeba a Helmanowa była pewna bezkarności, otomana zamieniała się w wygodne łoże z wykwintną pościelą, umywalnię pokrywał rząd kosztownych flakonów z perfumami a na niskim stoliczku ustawiano butelki z winem, likierem i przybory do czarnej kawy. Trójskrzydłowe zaś lustro służyło li tylko poto, aby odbijając obrazy, potęgować szał.

Lenka niepewnie rozejrzała się dokoła. Zrzuciła płaszczyk i kapelusz, przejrzała się w lustrze, poprawiła włosy, upudrowała twarz - poczem podbiegła do kontaktu elektrycznego, gasząc światło.

W pokoju zapanował prawie mrok, rozjaśniony nieco blaskiem latarń ulicznych, przedzierającym się po przez cienkie sztory.

Upadła na otomanę, ukrywszy twarz w poduszkach.

Za chwilę...

 

ROZDZIAŁ III. Lenka odetchnęła z ulgą... Rychło ją opuści przygodny towarzysz.

 

W pokoju jest nadal ciemno. Nieznajomy dotrzymał słowa. To też Lenka, nie czuje ani strachu, ani wstydu. Wyrzuty sumienia? Daleko jest od nich... W swej tępocie i braku moralnego poczucia nie pojmuje całej ohydy sytuacji, w jakiej się znalazła... Raczej jest zadowolona, że wszystko się skończyło i że z głowy spadną przeklęte weksle...

Jak właściwie wygląda ten nieoczekiwany kochanek? Kto on?

Parokrotnie, przedtem starała mu się przyjrzeć w mroku. Starszy, nieco otyły mężczyzna. Na to była przygotowana. Ale kim jest, jaką posiada socjalną pozycję? Musi być bogaty i pochodzi zapewne z najlepszej sfery, bo zachowuje się, niczem skończony dżentelmen i wyraża w sposób wytworny. Bąknął wprawdzie coś niewyraźnie, gdy wszedłszy do pokoju się przedstawiał, lecz nazwiska, oczywiście nie dosłyszała Lenka. Później usiłował ją wciągnąć w rozmowę, lecz onieśmielona i niewyrobiona towarzysko, odpowiadała tylko półsłówkami...

A potem...

Spoczywając na otomanie, z główką wtuloną w poduszki, z pod opuszczonych rzęs, obserwowała kochanka.

Stał o parę kroków, opodal i niby zastanawiając się nad czemś, umyślnie zwłóczył z odejściem.

- Byle mnie znów nie ciągnął za język! - przemknęła niespokojna myśl. - Doprawdy, nie wiem, jak mam odpowiadać!

Ale nieznajomy widocznie inne żywił zamiary. Postąpił parę kroków w kierunku drzwi.

- Odchodzi bez pożegnania? - zdziwiła się Lenka. - Taki dobrze wychowany człowiek? Ciekawe? Choć może i lepiej!.. Nie zobaczymy się nigdy...

Wtem stała się rzecz straszna.

Nieznajomy, zbliżywszy się do drzwi, zatrzymał się tam na chwilę, niby czegoś poszukując. Rozległ się suchy trzask i snop elektrycznego światła oślepił Lenkę. Zdrada!...

- Jak pan mógł! - zawołała z gniewem. - Co za niedelikatność!... Wyraźnie zastrzegłam sobie...

Nieznajomy spojrzał na nią z uśmiechem.

- Zechce mi pani wybaczyć - rzekł. - Zasłużyłem na jej gniew! Lecz, aby ujrzeć piękną kobietę, popełnia się czasem nietylko niedelikatność, a nawet zbrodnię... Ponad moje siły było pozbawić się widoku tak ślicznej towarzyszki...

Udawał, że Lenki nigdy nie widział, choć przedtem, dzięki pomocy Helmanowej, dobrze ją z ukrycia obejrzał. Wpijał się teraz w "kochankę" wzrokiem, jakby ją z kimś porównywując, czy odszukując zapomniany obraz w swej pamięci.

- Pani taka śliczna!... - powtórzył.

Policzki Lenki oblał pąs. Niemal z nienawiścią wpatrywała się w starszego mężczyznę. Nie zawiodły jej obserwacje, poczynione w półmroku. Był gruby, ubrany starannie, łysy, o nalanej twarzy, ozdobionej wyczernionym wąsikiem, a na jednym z palców połyskiwał duży brylant.

Ogarnęła ją złość i obrzydzenie.

- Natychmiast proszę zgasić światło!

- Już gaszę! - odparł uprzejmie, snać zaspokoiwszy swą ciekawość i przekręcił kontakt.

- Co za bezczelność! Co za podstęp! - oburzała się dalej. - Nie spodziewałam się nigdy po panu...