Polskie biesy. Tom I. Wiek XVIII - Grzegorz Braun, Jan Tatura

Kup ebooka

34.99 zł
30.44 zł (34,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Zagajenie - od autora

A

Ta książka nie powstała po to, aby kogokolwiek pocieszać ani utwierdzać w znanych i jedynie słusznych przekonaniach. Jej celem nie jest dostarczenie kolejnej, wygodnej narracji o polskiej historii - takiej, która poprawia samopoczucie i podnosi na duchu, pozwala kultywować tradycje narodowego harakiri jako rzekomo bezalternatywnego wzorca polskiego patriotyzmu, bez konieczności myślenia o konsekwencjach; pozwala czuć się moralnym zwycięzcą, pozostając realnym bankrutem.

Przypuszczalnym efektem lektury nie będzie zatem stan patriotycznej nirwany - autokonsolacja poprzez egzaltację. Naszym zamiarem jest raczej gruntowna rewizja stereotypowych ujęć losów państwa i narodu w czasach "awarii", rozbiorów i powstań - do czego niezbędne są inwentaryzacja podstawowych faktów i weryfikacja utrwalonych ocen, a także, może przede wszystkim, istotne uzupełnienie obrazu dziejów ojczystych o element obcej prowokacji - stanowczo niedowartościowany, ba, wręcz nieobecny w głównym nurcie patriotycznie poprawnej historiografii ad usum Delphini. Nie ciekawi nas tu historia jako ustalony zbiór wiekopomnych dat i panteon chwały niekwestionowanych bohaterów - interesuje nas mechanizm, sposób działania i myślenia o polityce, państwie i wspólnocie, który kształtował się przez stulecia i który, mimo zmieniających się dekoracji, pozostaje zaskakująco trwały. Punktem wyjścia jest proste, uczciwie stawiane pytanie: dlaczego Polacy, mimo nieprzerwanego i szczególnie wybujałego kultu patriotyzmu, tak często ponoszą klęski polityczne? I dlaczego klęski te bywają następnie traktowane nie jako błędy wymagające korekty, lecz jako dowody moralnej wyższości?

Odpowiedzi udzielane w ojczystej literaturze i historiografii okazują się raczej pokrętne i mało przekonujące - sprowadzają się albo do całkowitej eksterioryzacji zła, wskazywania winowajców wszędzie dookoła, z jednoczesnym samoubóstwieniem narodowym, albo do masochistycznego samobiczowania i uznania de facto chronicznej i organicznej niezdolności Polaków do suwerennego politycznego istnienia. Jedno i drugie jest nieprawdą i niczego ostatecznie nie wyjaśnia. Prawdą jest natomiast uleganie przez polską elitę państwową wielorakim złudzeniom, zwidom i prowokacjom - co na przestrzeni trzech ostatnich stuleci prowadziło do wrogiego przejęcia polskiej państwowości i trwałego "przechwycenia" idei narodowej, poprzez zredukowanie polskiego patriotyzmu do insurekcjonizmu. Z tym właśnie prowokatorskim insurekcjonizmem i fałszerskim redukcjonizmem niniejsza książka nawiązuje nierówną walkę.

b

Nasza teza jest jednoznaczna: od połowy XVIII wieku w Polsce wykształcił się i utrwalił model myślenia, w którym emocjonalny gest zastępuje realny rachunek polityczny, a kosztowna, najlepiej daremna ofiara jest zawsze wyżej ceniona niż jakiekolwiek praktyczne osiągnięcie. Komisja Edukacji Narodowej, oświeceniowe intrygi i romantyczne spiski, cudze wojny i własne powstania, Wielka Emigracja - to była, poza całym bohaterstwem, wzniosłością doświadczeń i pięknem kultury narodowej, prawdziwa szkoła patologii oraz intensywny kurs autointoksykacji i autodestrukcji, na którego efekty nie znalazła skutecznej odtrutki ani Druga, ani Trzecia Rzeczpospolita. Czasy sanacji, okupacji, komuny i eurokomuny - wszystkie te epoki, mimo zasadniczych różnic ustrojowych, reprodukowały identyczny schemat. Schemat, w którym kluczową rolę odgrywają "postępowe" przesądy polskiej inteligencji: demokratyzm, etatyzm, modernizm, pacyfizm, a jednocześnie judeoidealizm (anty-antysemityzm) i insurekcjonizm. Z drugiej strony działa ukryty mechanizm politycznej prowokacji jako narzędzie wielkiej gry mocarstw, z Polską jako pionkiem podstawianym do zbicia - raz z jednej, raz z drugiej strony. Zaś polscy patrioci w kolejnych pokoleniach pozostają wobec tego mechanizmu prowokacji kompletnie bezbronni - między innymi, a może przede wszystkim dlatego, że mimo zmieniających się reżimów nie zmienia się zasadniczo fałszywy wzorzec polskiego patriotyzmu. Skład naszego narodowego panteonu pozostaje w zasadniczym składzie niezmieniony. Przykładowo: Tadeusz Kościuszko okazuje się równie dobrze nadawać na patrona brytyjskiego dywizjonu i sowieckiej dywizji; pozostaje niezmiennie otoczony patriotycznym kultem - pod zaborami i okupacjami, i w "wolnej Polsce"; utrzymywany na piedestale zarówno za Piłsudskiego, jak i za Bieruta, w czasach Polski Ludowej i Polski eurokołchozowej. To prawdziwy fenomen - darzony szczególną estymą przez Feliksa Konecznego i Helenę Michnik, Jerzego Roberta Nowaka i Andrzeja Nowaka. Kościuszko oczywiście pars pro toto, a trochę qui pro quo - służy tu jako przykład poważnych problemów z rzetelną oceną faktów w patriotycznie poprawnej narracji. Nie ma co ukrywać, że naszym zamiarem jest poważne nadwątlenie renomy całego szeregu etatowych "bohaterów bez skazy" i "wielkich Polaków". W łże-panteonie narodowej chwały ostatnich stuleci chcemy przeprowadzić audyt i remanent - i przynajmniej niektóre fałszywe monety wycofać z obiegu.

c

A jeśli tak wstępnie zaanonsowany zamiar autorski kogoś zaniepokoił - jeśli został odczytany, ni mniej, ni więcej, jako plan zamachu na narodowe świętości etc. - najlepiej po prostu odstąpić od dalszej lektury. Kontynuowanie jej bowiem sprawi, że nic nie będzie już takie samo jak na rocznicowej akademii - i wypada nam o tym Szanownego Czytelnika uprzedzić. A jednocześnie, dobra wiadomość, możemy Go uspokoić: proponujemy rzetelny "rewizjonizm", a nie nihilistyczny "negacjonizm". Nie jest to bynajmniej książka "przeciwko bohaterom" ani "przeciwko ofierze". Jest to książka przeciwko bezrefleksyjności - przeciwko przekonaniu, że dobre intencje zwalniają z odpowiedzialności za skutki, oraz przeciw narracji, w której każde pytanie o sens i koszt decyzji politycznych bywa uznawane za przejaw zdrady, wynarodowienia i braku patriotyzmu.

Jeżeli ma ona spełnić swoją rolę, to nie przez dostarczenie nowego kompletu gotowych odpowiedzi, lecz przez zainspirowanie czytelnika do stawiania kolejnych nieoczywistych pytań. Być może najważniejszym z nich jest to, czy jesteśmy gotowi traktować historię jako surową nauczycielkę odpowiedzialności, a nie jako dostarczycielkę wygodnego alibi? Czy może wolimy już na zawsze pozostać więźniami labiryntu, lokatorami gabinetu krzywych luster, historycznych mitów i politycznych miraży? Azyl jest bezpieczny, bo swojski; jego schemat przyswojony i uwewnętrzniony od pokoleń - ale niepokojąco przypomina oddział zamknięty, do którego klucze trzymają w kieszeni etatowi pielęgniarze, panie i panowie "od historii", pilnujący, by polski inteligent łykał te same zatrute pigułki o właściwej porze.

Czas najwyższy opuścić ten szpital, w którym nikogo się nie leczy - zwłaszcza młodemu pokoleniu nie aplikujmy już więcej tych recept, które przez stulecia potwierdziły swą trucicielską skuteczność. Ta książka jest w pewnym sensie "produktem ubocznym" autoterapii przez autokorepetycje z historii ojczystej, których podjęcie warto polecić każdemu, kto w swojej formacji patriotycznej zdecyduje się przejść z pokoju dziecinnego do pokoju "dla dorosłych".

d

Gdybyśmy nawet sami nie dostrzegali celowości i pilności przyspieszenia procesu narodowej rekonwalescencji i spóźnionego dojrzewania, ponaglają nas do tego klasycy - najdobitniej chyba Eric Blair [George Orwell] ze swoim memento: "Kto panuje nad przeszłością, ten panuje nad przyszłością"; i może jeszcze Józef Szujski, którego kapitalną diagnozę: "Fałszywa historia jako mistrzyni fałszywej polityki", chętnie parafrazował Benjamin Lewartow [Bronisław Geremek]: "Zła historia jest matką złej polityki".

Zapis zrazu całkiem niezobowiązujących pogawędek o historii Polski XVIII i XIX wieku, które okazjonalnie prowadziliśmy z Panem Redaktorem jeszcze przed końcem poprzedniej dekady, po latach poddany niezbyt ostrym rygorom edytorskim, przekazujemy Szanownemu Czytelnikowi w nadziei, że nasze spostrzeżenia mogą być pomocne w rozumieniu nie tylko przeszłości, lecz także tego, co dopiero przed nami. Forma dialogu, tu zastosowana, nie jest zabiegiem literackim z wyboru, lecz metodą przyjętą z konieczności - w ogólnym "natłoku nawału", wśród innych prac i nowych zobowiązań, także politycznych, niewykonalne okazało się dokończenie kwerend bibliotecznych i archiwalnych rozpoczętych wcześniej na potrzeby prac scenariuszowych czy dorywczej publicystyki prasowej. Z wątków podjętych przed laty jeden tylko został wstępnie spuentowany osobnymi publikacjami książkowymi i filmem dokumentalnym: Gietrzwałd 1877. Wojna światów. Resztę zechce może pogłębić i rozwinąć jakiś inny badacz czy reżyser, którego zainteresują urwane tropy i ledwie napoczęte śledztwa historyczne, których uzbierało się całkiem sporo - akurat na ten zbiór pogawędek.

e

A skąd i dlaczego "biesy"? Oczywiście z najlepszej powieści politycznej Teodora Dostojewskiego, którą za młodu czytałem z autentyczną pasją, ale i z poczuciem niejakiej wyższości - zdawało mi się bowiem, że takie potworności i niegodziwości, jakie na kartach powieści wyrządzają sobie wzajemnie jej zaczadzeni ideą "postępu" bohaterowie, przydarzać się mogą tylko wśród tych nieszczęśników Rosjan, ale nie pośród nas, Polaków, po katolicku jednak cywilizowanych, więc i (tak mi się zdawało) z natury niezdolnych do tak daleko posuniętej politycznej degeneracji i zbrodniczego w skutkach doktrynerstwa. Intensywne, choć niesystematyczne autokorepetycje z historii ojczystej - podejmowane zwłaszcza w interwałach okresowego bezrobocia, które jako reżyser-wolny strzelec starałem się jakoś zagospodarować, przesiadując w bibliotekach - wyprowadziły mnie z tego błędu. Skoro zacząłem zauważać i rozważać stałą, a momentami dominującą rolę rewolucyjnych "biesów" w wątkach i epizodach powstańczych, które w dzieciństwie miały dla mnie charakter czysto heroiczny - teraz, nie ma co ukrywać, również demoniczny - to też nagle stracił dla mnie walor wyłącznie wzruszającej niewinności dialog z III aktu Wesela Wyspiańskiego, gdzie "do Polski" wiozą Pannę Młodą właśnie jakieś "biesy". Prawdę mówiąc, w mojej dziecięcej i młodzieńczej edukacji historycznej i formacji patriotycznej - a obie otrzymywałem w rodzinnym kręgu w silnych dawkach - nie było miejsca na takie niuansowanie, które zwracałoby uwagę na takie pułapki polityczne (i zagrożenia duchowe), jakie czekają nas po drodze do Polski w towarzystwie "biesów".

A skoro już przyznaję się do tej młodzieńczej naiwności i zadufania jednocześnie, to wyznam od razu, że potrwało to również nieco dłużej - a konkretnie: aż do czasu deziluzji okresu tzw. transformacji ustrojowej, czyli przepoczwarzania się PRL w post-PRL - by dotarło do mnie, że Do przyjaciół Moskali Mickiewicza równie dobrze przeadresować możemy teraz do samych siebie - zwłaszcza finałową wzmiankę o psie, "który tak się wdroży / Do cierpliwie i długo noszonej obroży, / Że w końcu gotów kąsać - rękę, co ją targa".

Grzegorz Braun

Stara Wieś, 2019/2026

Polacy w większości nie odrobili dotąd tych paru zasadniczych lekcji z własnej historii, niczego nie nauczyli się na własnych błędach, więc też mają ogromną łatwość ich powtarzania. A tymczasem nasi zewnętrzni kuratorzy i obcy moderatorzy naszego życia narodowego mają niczym nieograniczone możliwości wpuszczania nas w ten sam kanał, sadzania na te same lewe sanki.

JAN TATURA: W naszych niezobowiązujących i bynajmniej nie aspirujących do syntezy pogawędkach o historii i polityce, które okazjonalnie napoczynamy, nigdy przecież nie kończąc - stale wracaliśmy do kontekstu "wielkiej gry" mocarstw i tropiliśmy wątki "mafii, służb i lóż", które należą do genezy naszych powstań narodowych - czy nie popadamy przypadkiem na tym punkcie w obsesję?

GRZEGORZ BRAUN: Ależ nic podobnego, bez powstań się nie da - to znaczy: nie da się niczego zrozumieć z ojczystej historii bez porządnej dekonstrukcji mitu insurekcyjnego. Bo mitem jest powszechne wyobrażenie powstań jako swojskich, spontanicznych i samoistnych "zrywów", a faktem pozostaje stały element zewnętrznych inspiracji i prowokacji. Innymi słowy, to nie my sami z siebie, w przypływie zbiorowego szaleństwa, popełnialiśmy to narodowe samobójstwo na raty, ale byliśmy do tego popychani przez stosunkowo nieliczne obce agentury oddziałujące na nieco szersze kręgi pożytecznych idiotów - w wyniku czego cały kraj i cały naród stawiany był wobec moralnego szantażu powstańczego, do czego następnie wszyscy patrioci przez pokolenia, chcąc nie chcąc, czują się w obowiązku dorabiać rozmaite rzewne teorie. Polscy patrioci gremialnie i totalnie odmawiają konfrontacji z rzeczywistością.

TATURA: A jaka jest ta historyczna rzeczywistość?

BRAUN: Insurekcjonizm nie był nigdy zdrowym produktem organicznym, rodzimym, patriotyczną opcją z wolnego wyboru ogółu Polaków - był zawsze śmiertelnym wirusem wyhodowanym przez obcych, podrzucanym do nas w ramach "wielkiej gry" imperiów, dla których jesteśmy warci tyle, co zwierzęta laboratoryjne, psy Pawłowa, poddawane wciąż tym samym dręczącym eksperymentom, ale zawsze przyjaźnie merdające ogonem do dręczyciela.

TATURA: To śmiała teza - powstania narodowe, otoczone przez Polaków szczególnym kultem i zajmujące poczesne miejsce w polskiej pamięci historycznej, miałyby być szczególnie niezrozumiane i fałszywie interpretowane?

BRAUN: Tak jest, nie inaczej - Polacy w większości nie odrobili dotąd tych paru zasadniczych lekcji z własnej historii, niczego nie nauczyli się na własnych błędach, więc też mają ogromną łatwość ich powtarzania. A tymczasem nasi zewnętrzni kuratorzy i obcy moderatorzy naszego życia narodowego mają niczym nieograniczone możliwości wpuszczania nas w ten sam kanał, sadzania na te same lewe sanki.

Jeśli więc o czymkolwiek chcemy rozmawiać poważnie, musimy najpierw wyjść z tego domu wariatów - albo nieco oględniej: z pokoju dziecinnego przejść do pokoju dla dorosłych - i powiedzieć sobie szczerze, że nasze narodowe powstania to seria poronionych spisków i wyrachowanych prowokacji. Całkowicie, notabene, przeciwskutecznych, jeśli chodzi o polski interes i polską rację stanu.

Insurekcjonizm podciągnięty do rangi bezalternatywnego wzorca polskiego patriotyzmu - to jest właśnie skrajna obsesja, to jest zespół urojeniowo-uroszczeniowy, na którym bazując, można co najwyżej doprowadzić do kolejnej powtórki z historii, to jest do spektakularnej katastrofy, hekatomby i utraty własnej państwowości.

My zatem dążąc do dekonstrukcji tego mitu, nie popadamy bynajmniej w obsesję, ale wykazujemy się zdrowym instynktem samozachowawczym. Po prostu trafnie diagnozujemy przyczynę narodowej niemocy i autodestrukcji.

TATURA: Jeśli istotą sprawy jest narodowy mit i autoszantaż insurekcyjny, to co ma tu do rzeczy Komisja Edukacji Narodowej? Skoro mamy odsłaniać mechanizmy prowokacji powstańczych, to dlaczego zaczynamy od reformy szkół i uniwersytetów?

BRAUN: Bo nasze polskie "biesy", proces wrogiego przejęcia państwa i podstępnego "przechwycenia" idei narodowej, to jest operacja polityczno-propagandowa. Ta operacja rozgrywa się na poziomie politycznym, geopolitycznym, ale jednocześnie metapolitycznym. Światowa rewolucja dokonuje wrogiego przejęcia państwa poprzez rozbiory i podbój terytorialny, za którym idą transformacja prawno-ustrojowa i w konsekwencji również przekształcenia własnościowe, tj. rabunki. Ale temu towarzyszy, a chronologicznie nawet poprzedza - mówiąc współczesnym żargonem akademicko-bezpieczniackim - wielka operacja z zakresu strategicznego zarządzania percepcją. Innymi słowy: działania o wymiarze militarnym czy ekonomicznym są a vista "legendowane" - rewolucyjne eksperymenty, jakim poddawane są kolejne pokolenia Polaków, są im na bieżąco przedstawiane w optyce "znieczulającej". Rewolucja samą siebie opowiada, zachwala i reklamuje za pomocą "postępowych" narracji, które sprawiają, że pacjent (naród Polski) pozostaje zdezorientowany do tego stopnia, że sam przyjmuje na siebie koszt i ciężar rewolucyjnej destrukcji, ba, nawet prosi o więcej. Tego skutkiem po dwustu, trzystu latach jest fakt okupowania polskiego panteonu narodowego przez typy spod ciemnej gwiazdy i pożytecznych idiotów, których narracje rewolucyjne rekomendują Polakom jako bohaterów narodowych, bezalternatywne wzorce patriotyzmu. A gdzie się to formatowanie zaczyna (i częstokroć kończy)? Oczywiście w szkole. A skoro szkoła, to trzeba pytać o początki tego szkolnictwa, które mimo zmieniających się reżimów wyposaża kolejne pokolenia młodych Polaków w ten sam fałszywy system miar i wag, wręcza busolę z nieusuwalną anomalią i wskazuje fałszywe punkty odniesienia.

TATURA: Jakiś przykład?

BRAUN: Oczywiście, lepszy przykład niż wykład. Zaraz będą przykłady, zaraz wyjdą, wypełzną z kątów naszego "narodowego panteonu" te "biesy", które nim zawładnęły. Bo trzeba też trzymać się przyjętego tytułu, tzn. skoncentrować uwagę na diabelskich figurach, na tych upiornych moderatorach polskiego życia narodowego w tamtych epokach. I wydaje mi się, że sporo się wyjaśnia, kiedy przechodzimy do personaliów - kiedy np. zaczynamy mówić o Kołłątaju i jego pojedynku z biskupem Sołtykiem i o Kuźnicy Kołłątajowskiej, która nas wyprowadza na szeroką europejską scenę. Bo ja tu mam w zanadrzu oryginalną hipotezę badawczą, że Kuźnica Kołłątajowska jest ni mniej, ni więcej jakobińską jaczejką finansowaną wprost z Paryża.

TATURA: No to teraz ruszamy z Komisją Edukacji Narodowej i muszę powiedzieć, że jako absolwent Szkoły Podstawowej im. Grzegorza Piramowicza, a potem Liceum im. Hugona Kołłątaja, z wielką radością wsłucham się w te informacje, które rzucą nowe światło na te pomnikowe postaci. Czy można powiedzieć, że sprzed Komisji Edukacji Narodowej w ogóle w Polsce nie mieliśmy szkolnictwa - bo tak nas za młodu uczyli?

BRAUN: Tak głosi narracja rewolucyjna. Jak komuniści sowieccy po II wojnie światowej, którzy w miarę upływu czasu coraz mniej mieli już werwy w dorabianiu teorii do tego gwałtu na Polsce, którego dokonywali z nadania sowieckiego - więc już nie obnosili się z tym, że Stalin jest chorążym postępowej ludzkości, ani nie chwalili się specjalnie zażyłością z następnymi sekretarzami kremlowskimi - no to zawsze jeszcze, i nawet do dzisiaj postkomuna, kiedy się wystrzela z wszystkich argumentów, wówczas mówi: " tak, ale myśmy zlikwidowali analfabetyzm po wojnie, a chłopi dostali ziemię". No oczywiście tak to przedstawiają, żeby nie przypominać, że chłopom owszem ziemię rozdano po to, żeby zaraz im ją odbierać i zapędzać do kołchozów, a o likwidacji analfabetyzmu potrafią mówić tak, jakby zakładali, że bez sowieckiego terroru Polacy nie będą chętni, żeby swoje dzieci kształcić i uczyć je czytać i pisać. I podobnie, wręcz ściśle analogicznie, oświeceni rewolucjoniści tak rzecz przedstawiają, jakby przed nastaniem Komisji Edukacji Narodowej w Polsce nie kształcił się nikt i jakby nikt usług edukacyjnych nie oferował. Otóż to jest oczywista nieprawda, wystarczy sięgnąć do - notabene wydawanych jeszcze za PRL-u - opracowania i przyczynki do dziejów Komisji Edukacji Narodowej, ot, choćby do zbioru tekstów źródłowych, wzorowego, bo wydanego w cyklu Biblioteki Narodowej Ossolineum. I tam, czytając przykładowe mowy poselskie wygłaszane na sejmach i sejmikach w ostatnich dekadach istnienia Rzeczypospolitej, możemy się dowiedzieć, że zaprowadzenie Komisji Edukacji Narodowej i jej nowych, rewolucyjnych porządków - jeśli chodzi o statystyki - oznaczało ewidentny regres ilościowy i jakościowy.

TATURA: Dobrze słyszę: "regres" - nie rozwój, a upadek?

BRAUN: Nie inaczej. Konkretnie: mniej dzieci i młodzieży kształci się w szkołach Komisji Edukacji Narodowej niż przed jej ustanowieniem. A jednocześnie poziom tego nauczania radykalnie obniża się, m.in. z uwagi na rugowanie języków klasycznych, klasycznej filozofii i teologii, których miejsce zaczyna zajmować quasi-religijna doktryna "oświecenia" i "postępu" w opozycji do "ciemnoty" i "wstecznictwa"; rugowany jest język i kanon cywilizacji łacińskiej, a dominować zaczyna język i celebra lóż masońskich. Warto odnotować, że to właśnie na tamten okres, między pierwszym a drugim rozbiorem, przypadają początki na pół konspiracyjnego szkolnictwa domowego, prowadzonego w polskich domach w opozycji do reżimowej państwowej indoktrynacji.

TATURA: No ale dlaczego rodzice nie ufają Komisji Edukacji Narodowej, przecież nawet ci wspominani patronowie szkół to byli duchowni, księża i zakonnicy? Pomijam już fakt takiego zdziwienia: dlaczego komunistyczne władze, które na ogół niechętnie przyjmowały na sztandary takich bohaterów noszących koloratki, w przypadku Komisji Edukacji Narodowej bardzo chętnie budowały im "izby pamięci" i podtrzymywały wielką legendę?

BRAUN: Owszem, w wykładzie szkolnym i akademickim, czy to za sanacji, czy za komuny, metodycznie przypominano, że Kołłątaj, Staszic, a później w XIX wieku Ściegienny, Mikoszewski czy Brzóska to księża katoliccy. Paradoksalnie antyklerykalna i aktywnie zwalczająca Kościół propaganda zmieniających się reżimów używała autorytetu władzy duchownej, by - poprzez podkreślanie katolickich afiliacji i proweniencji duchownych-rewolucjonistów - osiągać efekt legitymizacji rewolucyjnej praktyki i doktryny.

TATURA: A przykładowo wymienieni wyżej to bynajmniej nie tomiści, raczej "sandiniści"?

BRAUN: Dobra analogia - jeśli pamiętamy latynoamerykańskie realia walki klas w drugiej połowie XX wieku - tak jest, u nas w XVIII i XIX wieku mamy takich księży "sandinistów", rewolucjonistów, "teologów wyzwolenia" w polskim wydaniu. W połowie XX wieku komuna sowiecko-ubecka jednocześnie walczyła z katolikami, niektórych sadzając do więzień, a nawet posyłając na stracenie, wielu prześladując, więżąc i torturując - księży biskupów Kaczmarka czy Baraniaka, aresztując prymasa Wyszyńskiego - a jednocześnie starała się inspirować rozłam wśród duchowieństwa i laikatu. I temu służyła m.in. kreacja ruchu księży patriotów, księży "postępowych" w odróżnieniu od "reakcjonistów".

A ci księża, o których teraz mówimy, ci antybohaterowie naszej historii XVIII i XIX wieku, są przez komunistyczną propagandę mianowani takimi "księżmi patriotami" pośmiertnie, są inkorporowani do tej rewolucyjnej, oświeceniowo-masońsko-komunistycznej legendy narodowej, właśnie po to, żeby tym skuteczniej wmawiać ludziom, że ideologia rewolucyjna jest do pogodzenia z ich tradycyjną formacją - katolicką formacją większości Polaków. I temu służy podkreślanie, że Kołłątaj i Staszic to księża, chociaż ich formacja katolicka wiele pozostawia do życzenia, a także ich praktyka życiowa zbliża ich raczej do medialnych kreatur, kieszonkowych księży "Gazety Wyborczej" czy TVN, oczywiście niesięgających dzisiaj tego samego poziomu wpływów politycznych.

TATURA: Jakieś konkretne analogie personalne?

BRAUN: Ścisłych analogii nie ma, ale samo ich poszukiwanie może być pomocne w zrozumieniu fenomenu Hugona Kołłątaja, którego portrety i tablice zdobią u nas gmachy i ulice, a którego postać po bliższym poznaniu jawi się jako skrzyżowanie Józefa Życińskiego z Bronisławem Geremkiem, świeć Panie nad ich duszami, gdziekolwiek się one podziewają.

Komisja Edukacji Narodowej właśnie dlatego jest takim węzłowym momentem w naszej historii, że do dziś stanowi - przepraszam za drastyczność figury - centralny skrzep mózgowy, który paraliżuje umysłowość i zaciemnia horyzonty polskiej elity. Jest to ten "paraliż postępowy", który - cytując klasyka - "najzacniejsze trafia głowy". Tymczasem Komisja Edukacji Narodowej jest pierwszym wielkim aktem rewolucyjnym na ziemiach polskich; aktem obalenia starego porządku. Przy czym rewolucja, jednocześnie niszcząc istotę starego, tradycyjnego porządku, bardzo skrzętnie stara się zachować jego fasadę. I stąd dążenie do tego, żeby księża dalej nazywali się księżmi, chociaż będą w istocie sprotestantyzowanymi, zmasonizowanymi agitatorami, żeby świat akademicki dalej trwał w swych hierarchiach, by w pojęciu należących do niego nauczycieli i studentów nadal był światem elitarnym, w którym wolność słowa i wolnomyślicielstwo jest nie tylko tolerowane, ale wręcz promowane. Gdy tymczasem będzie to świat w coraz mniejszym stopniu poszukujący prawdy, a w coraz większym - odrabiający lekcje zadane przez oficerów frontu ideologicznego, którzy mają siebie samych za filozofów, a są zaledwie politrukami.

Rewolucji zależy na tym, żeby aspirujący do elity adepci nauki i kandydaci do elitarnych ról w strukturze państwowej myśleli o sobie, że są awangardą, że są kreatorami nowych trendów, gdy tymczasem będą coraz bardziej bezwolnym stadem, coraz mniej elitą przywódczą, a coraz bardziej chłopstwem pańszczyźnianym z inteligenckimi pretensjami. KEN nie jest przedsionkiem raju filozofów ani agorą wieczną, po której przechadzają się mędrcy służący ludowi świata radą. To raczej przedsionek piekła biurokratów, ponieważ sama Komisja Edukacji Narodowej to legion urzędników, pierwsza w dziejach Rzeczpospolitej Polskiej tak liczna biurokracja. Rzesze funkcjonariuszy frontu ideologicznego, których po raz pierwszy w historii władza centralna bierze na pensje urzędnicze wypłacane z budżetu państwa.

TATURA: Pierwsza sprawa: dopiero dwa lata po Komisji Edukacji Narodowej została ukonstytuowana Rada Nieustająca, co pokazuje, co było istotne dla nowego porządku. Druga kwestia - w krakowskich "Arcanach" ukazała się kilka lat temu książka brytyjskiego autora, która bardzo mocno akcentuje udział polskich księży w inicjatywach oświeceniowych, właśnie w Komisji Edukacji Narodowej. I na podstawie tej książki wielu katolickich publicystów - nie będę tutaj wymieniał nazwisk, przez życzliwość dla nich wrodzoną - powołuje się właśnie na nią, żeby dowodzić, że nie byliśmy aż tak zmasonizowani, że Polska była zawsze inna, że rzekomo szliśmy jakąś trzecią drogą. Może jest więc inaczej, może "dziedzictwo KEN" jest nie tylko do uzgodnienia z polskim patriotyzmem i do pogodzenia z katolicyzmem, ale jest wręcz integralnym elementem polskiej formacji inteligenckiej?

BRAUN: Owszem, tak jest w istocie: Komisja Edukacji Narodowej to akt założycielski polskiej inteligencji - tej klasy wywodzącej się ze zdeklasowanej szlachty, zasymilowanych czy "sfrankizowanych" Żydów i chłopów pańszczyźnianych "z awansu społecznego" - z szumnymi na swój temat wyobrażeniami, akademików i urzędników, którzy mają wiecznie najlepsze samopoczucie. Integralnym, wręcz rdzeniowym elementem tego najlepszego samopoczucia jest nieustające wrażenie własnego nonkonformizmu, gdy tymczasem podstawowym przedmiotem i celem pedagogicznym w szkołach tradycji kołłątajowsko-stalinowskiej - a zaraz lepiej wytłumaczę, dlaczego wiążę jednym susem Hugona Kołłątaja z Józefem Stalinem - jest w istocie konformizacja względem państwa etatystycznego, scentralizowanego, antyklerykalnego - jak to lubią mówić inteligenci - ale, powiedzmy wprost, państwa wrogiego tradycji i ortodoksji katolickiej.

Im lepiej zwolennicy rewolucji rozumieją, że nie są w stanie wziąć okopów tradycji "z marszu", jednym aktem rewolucyjnym, tym bardziej starają się nadać nową treść formom, instytucjom i urzędom tradycyjnym. Jak się nie da jednym frontalnym atakiem "obalić tronów i ołtarzy" (słownictwo z korespondencji Kołłątaja - sic), trzeba przeprowadzić "marsz przez instytucje". A co robić, jeśli nie ma instytucji? Trzeba je stworzyć.

TATURA: I takim właśnie aktem założycielskim nowego porządku - poprzez stworzenie instytucji, która stanie się inkubatorem nowych kadr biurokratycznych - okazuje się Komisja Edukacji Narodowej.

BRAUN: Tak jest, wcześniej po prostu nie było takich instytucji, przez które rewolucja mogłaby "pomaszerować". Dopiero tzw. kasata jezuitów, czyli urzędowe zniesienie zakonu i konfiskata jego dóbr, radykalnie zmieniła sytuację, dając podstawy materialne do tworzenia KEN. Wcześniej masońska rewolucja oświeconych nie miała u nas bazy instytucjonalnej ani etatów do obsadzania. Notabene po rabunku dóbr jezuickich przyszła kolej na inne zgromadzenia zakonne, przy czym obłowiło się, nakradło wielu zaangażowanych w ten proceder urzędników niższego, wyższego i najwyższego szczebla. To wtedy przygotowany został u nas grunt akceptacji leninowskiego hasła: "Grab zagrabione!".

Wówczas oczywiście nie towarzyszyła temu retoryka tak drastyczna i tak otwarta - oświeconej szarańczy żerującej na rozgrabianym dziedzictwie poprzednich wieków i wielu pokoleń wystarczyło alibi intelektualno-artystyczne dostarczane np. w Monachomachii Ignacego Krasickiego, notabene biskupa warmińskiego, czy w późniejszej Podróży do Ciemnogrodu Stanisława Kostki Potockiego, notabene wielkiego mistrza polskiej masonerii. Nie było u nas wówczas krwiożerczej eksterminacji - wystarczyła szydercza delegitymizacja, czarny PR z literackimi pretensjami.

W Polsce z całą pewnością nie można było od razu liczyć na pełen sukces polityczny, wykładając kawa na ławę program wykuty w lożach masońskich. Dopiero w naszych czasach propozycja apostazji i zniesienia Kościoła katolickiego z powierzchni ziemi znajduje tak szeroki odzew w ćwierćinteligenckich masach - do tego trzeba było właśnie u nas dwóch i pół stulecia obróbki w tym systemie kołłątajowsko-stalinowskim. Ale wówczas nie mówiono o tym tak otwartym tekstem, jak np. w rewolucyjnej Francji. Masoneria miała zawsze skonkretyzowane i doprowadzone do konsekwencji logicznych plany ostatecznego rozwiązania kwestii katolickiej, ale przynajmniej w Polsce ich otwarcie nie głosiła - wszak sam szatan jest marzycielem-ekstremistą, ale w bieżącej działalności skrajnym pragmatykiem. I tak też działa masoneria tamtej doby: nie namawia ogółu do rozbratu z katolicyzmem i nie agituje Polaków, żeby poszli na wojnę z Kościołem, żeby go obalić, podpalić, klechów wymordować, bo w Polsce to się nie sprzeda, w Polsce to się nie uda. Poza pewnymi bardziej drastycznymi epizodami i pewnymi wyjątkowymi postaciami, o których może jeszcze wspomnimy, w XVIII wieku zastosowano u nas rewolucyjne półśrodki. Ale nie przypadkiem listę rewolucyjnych priorytetów otwiera projekt wrogiego przejęcia systemu edukacji, celem "przechwycenia" młodego pokolenia.

TATURA: Ale żeby ten projekt uruchomić, potrzebne były podstawy materialne - baza lokalowa, zasób kadrowy i rezerwa budżetowa - niemożliwe do zapewnienia w tradycyjnych, dotychczas kultywowanych ramach prawno-ustrojowych Rzeczypospolitej. I tu autorom reformy KEN jak z nieba spada zniesienie zakonu jezuitów.

BRAUN: Tak jest - bez tego po prostu żaden sejm nie byłby w stanie zaakceptować nowych wydatków o tej skali. Tak zwana kasata jezuitów rozwiązywała wszystkie te problemy naraz - z zachowaniem doskonałego złudzenia, że dzieje się to zupełnie "bezkosztowo". Złudzenia podobnego do tego, które dziś zachęca elitę polityczną do korzystania pełnymi garściami z tzw. dotacji europejskich - ponieważ koszty operacji są odłożone w czasie, więc jest wielu chętnych, by schylić się po takie "darmowe pieniądze". Kasata jezuitów - za którą pójdzie niszczenie i rabunek kolejnych zgromadzeń zakonnych - dotyczy oczywiście całego chrześcijaństwa. Elity państw, które tę tragiczną decyzję Rzymu tak ochoczo wykonały, powielały przy tym czarny PR antyjezuicki i dorabiały rozmaite "oświeceniowe" legendy. Ale tylko u nas w Rzeczypospolitej groza tego rewolucyjnego aktu zniszczenia i grabieży została tak doskonale przesłonięta właśnie przez "wielki projekt" KEN. Przesłonięta tym skuteczniej, że liderami tej antyjezuickiej krucjaty byli u nas przedstawiciele władzy duchownej.

TATURA: "Okazja czyni złodzieja" - diagnoza trafna także w tym przypadku. Wśród beneficjentów kasat, a jednocześnie krzewicieli i organizatorów KEN mamy przedstawicieli hierarchii katolickiej wszystkich szczebli, z prymasowskim włącznie.

BRAUN: Wykonawcy dekretu kasacyjnego mieli doskonałe, podwójne, ba, nawet potrójne alibi moralne. Po pierwsze - to nie my, to Rzym kazał. Po drugie - ci jezuici to samo zło. A po trzecie - my to przecież robimy nie dla własnego zysku, ale dla Ojczyzny, dla Narodu. A że przy okazji ogromne dobra ruchome i nieruchome zostały zdewastowane i rozkradzione - skarbce, dewocjonalia i archiwalia, biblioteki i dzieła sztuki zostały na masową skalę "sprywatyzowane" - to nic, bo przecież najważniejszy jest szczytny cel całej tej operacji: oświecanie dziatwy i młodzieży szkolnej od najmłodszych lat. Tak to rewolucyjnemu pogwałceniu wolności i zawłaszczeniu własności nadano sankcję wyższą - z góry rozgrzeszając wszystkich, którzy w tym "skoku na kasę" wezmą udział.

TATURA: Kto i ile na całej tej operacji skorzystał?

BRAUN: A na to podstawowe pytanie nasza historiografia nie udziela kompleksowej odpowiedzi, bo jej, prawdę mówiąc, chyba w ogóle nie szuka. A to jest moim zdaniem rzecz kluczowa dla zrozumienia procesu "wrogiego przejęcia" i "podmiany elit" w dobie upadku Rzeczypospolitej. Są różne wzmianki i różne przyczynki, ale nie ma - i chyba nikt nad takową nie pracuje - żadnej syntezy tego zagadnienia: "przekształcenia własnościowe" i "transfery finansowe" w dobie KEN. Ile "starych rodzin" założono wówczas w przyspieszonym tempie?

Tak jak w Anglii, przykładowo, niejedna rodzina arystokratyczna ma wśród swych założycieli "łowców księży" i rabusiów dóbr kościelnych, których w XVI wieku dokonywała ta "oprycznina" Tudorów - tak wśród elity biurokratów Księstwa Warszawskiego i Królestwa Polskiego (Kongresowego) była - zakładam się - istotna reprezentacja, może nawet dominacja tych, którzy albo sami tym "sprywatyzowanym" majątkiem obracali, albo których ojcowie porobili złote interesy na rabunkach dokonywanych pod szyldem Komisji Edukacji Narodowej.

TATURA: W tej hipotezie zawiera się poważne oskarżenie - jakiś przykład?

BRAUN: No chyba nie bierzemy na poważnie oficjalnej wersji, że np. Stanisław Staszic dorobił się majątku, bo z takim sukcesem grał na giełdzie wiedeńskiej? A majątek to był poważny - wszak do dziś stoi w centrum Warszawy Pałac Staszica, wystawiony na miejscu kościoła i klasztoru dominikanów, bodajże. Notabene, w tym Pałacu Staszica zbierały się i do dziś urzędują rozmaite jaczejki masońskie - w latach PRL władze komunistyczne, jakimś szóstym zmysłem właściwie odczytujące genius loci, osadziły tam Instytut Badań Literackich, w którym miała swój półoficjalny matecznik loża "Kopernik" z "wielkim mistrzem" Janem Józefem Lipskim na czele.

TATURA: "Matecznik", owszem - ale i etaty do zagospodarowania, co w rzeczywistości PRL było przecież bardzo poważnym atutem.

BRAUN: Owszem, a jeden z tych etatów przypadał mamie panów Kaczyńskich - co otwiera wdzięczne pole do pogłębionych i poszerzonych badań nad ciągłością i nieciągłością elit państwowych w Polsce. W czym nieodzownie należy uwzględniać kwestie "przekształceń własnościowych", których łańcuch otwiera właśnie wielki akt założycielki polskiej inteligencji, Komisja Edukacji Narodowej, fundowana na gruzach Towarzystwa Jezusowego.

Bo nie byłoby tego flagowego projektu masonerii - która w kolejnych wiekach, z zastosowaniem różnej retoryki, ale koniec końców zawsze podobnych metod, próbuje budować swój "nowy wspaniały świat" - bez tego wielkiego aktu samobójczej autoagresji, jakim było papieskie brewe Dominus ac Redemptor, podpisane przez Klemensa XIV w 1773 roku, zarządzające tak zwaną kasatę jezuitów. Mówię "tak zwaną", bo to jest pewien dodatkowy znak tamtych czasów, że wykształca się wówczas nowy język, rewolucyjna "nowomowa", która jest w obiegu aż do naszych czasów. To charakterystyczne, bo każdy projekt totalitarny ma swoją "nowomowę", proponuje i skutecznie narzuca własne słownictwo - by, maskując, kryptonimując, a nie nazywając po imieniu swoich realnych celów i metod, uzyskać szersze dla nich przyzwolenie. I tak jest właśnie z "kasatami" w XVIII i XIX wieku - to jedno ze słów kluczy do tej rzeczywistości - pierwszą "kasatę" jezuitów zarządza papież z Rzymu, a później już poszczególni władcy, cesarze, królowie i carowie będą sobie wedle własnego uznania "kasować" zakony i konfiskować dobra kościelne pod różnymi pretekstami. Władze świeckie będą chętnie uzurpować sobie prawo do orzekania, które np. zgromadzenia są potrzebne i produktywne, a które nie. Jedne zakony będą kasować od razu i "po całości", a inne będą skazywać "na wymarcie", ograniczając np. przyjęcia do nowicjatu. To są rzeczy niewyobrażalnie tragiczne, których zaledwie blady cień widzimy gdzieś na przyczynkarskich obrzeżach naszej historiografii. Tragedie ludzkie - nie tylko samego duchowieństwa, zakonników i zakonnic, ale całych społeczności, które tracą ni stąd, ni zowąd, częstokroć jedyne podstawy egzystencji, tracą centra życia społecznego, pełniące kluczową rolę w gospodarce, jako ośrodki uprawy, przemysłu, ale także w szpitalnictwie, opiece społecznej, no i, rzecz jasna, w edukacji. To będzie zawsze i wszędzie ta sama praktyka i logistyka - austriacki "józefinizm", bismarckowski Kulturkampf czy potem, w XX wieku, bardziej czy mniej krwawe bolszewickie praktyki, także w Polsce, pod zaborami czy za okupacji, a później pod władzą sowiecką. Będzie się mówiło o "kasowaniu" zakonów - takim właśnie językiem, taką inteligencką nowomową przyswajaną przez kolejne pokolenia od XVIII wieku.

No bo kto uczciwy chciałby mieć coś wspólnego z naruszeniem cudzej wolności kultu i własności prywatnej? Rabunek - to brzmi słabo, a "kasata" - to już znacznie lepiej. A zatem skoku na kasę, rabunku, dzieła zniszczenia nie będzie się nazywać po imieniu, tylko nazywa się to wszystko "kasatami". Sens tej operacji i jej wymiar praktyczny jest ściśle analogiczny do poprzednich ataków rewolucyjnych - rozbójniczych napaści lutersko-kalwińskich czy anglikańskich w XVI, XVII wieku, a wcześniej husyckich w XV i katarskich w XII i XIII wieku.

TATURA: Tak więc w Polsce w XVIII wieku pod oświeceniowymi hasłami "kasat" i "edukacji narodowej" dokonuje się de facto "upaństwowienie" dzieci i młodzieży szkolnej.

BRAUN: Tak jest - to samo dzieło, którego w opanowanych przez siebie krajach dokonali protestanci półtora, dwa stulecia wcześniej. U nas, jak wiadomo, rewolucja protestancka została powstrzymana dzięki kardynałowi Hozjuszowi i właśnie Towarzystwu Jezusowemu. Dzięki ojcom jezuitom, sprowadzonym do Polski przez tegoż kardynała, zakwitło szkolnictwo - dostępne coraz szerzej i na coraz wyższym poziomie - z czego dzisiaj inteligencja polska sprawy sobie nie zdaje, kojarząc wszystkie osiągnięcia w tej dziedzinie wyłącznie z dziełem KEN.

TATURA: No, jest jeszcze jedna jasna karta: szkoły pijarskie i ks. Stanisław Konarski.

BRAUN: Tak, Konarski ma u oświeconych dobrą prasę, a szkoły pijarskie w ich narracji są pozytywnym przykładem, mają niejako "dyspensę" na istnienie - w opozycji do szkół jezuickich. O Konarskim i jego Collegium Nobilium mówi się z szacunkiem, a nawet w superlatywach - żeby tym bardziej z pogardliwą wyższością piętnować mniemane "wstecznictwo" jezuitów. W historiografii "postępowej" ksiądz Stanisław Konarski osobiście "zapunktował" przede wszystkim jako zadeklarowany zwolennik upaństwowienia i centralizacji systemu edukacji. Był oczywiście bardzo wybitnym i bardzo pracowitym człowiekiem, ale naczytał się Johna Locke'a i stał się wyznawcą filozofii zarządzania formacją i edukacją dzieci i młodzieży przez "oświeconą władzę" świecką. Władza duchowna poznała się na nim, a jego nieortodoksyjne poglądy były piętnowane przez nuncjaturę, a nawet stały się przedmiotem postępowania przed Świętym Oficjum w Rzymie. Konarski po prostu w znacznym stopniu przygotował grunt i utorował drogę Komisji Edukacji Narodowej - i dlatego jest chwalony, kontrapunktowo - dla wzmocnienia antyjezuickiego czarnego PR-u.

TATURA: Czarna legenda jezuitów jest do dziś żywa - czym sobie na to zasłużyli?

BRAUN: Skalą swego dzieła, rozmachem działania, systematycznością pracy - to był naprawdę groźny przeciwnik. Przeciwnik numer jeden rewolucji światowej, ma się rozumieć. Towarzystwo Jezusowe zatrzymało pochód rewolucji protestanckiej i zdołało dokonać znacznej "rekonkwisty", doprowadzając do powrotu do Kościoła katolickiego wielu wiernych.

Rzeczywiście, nie ma przesady w twierdzeniu, że polska klasa polityczna - poza enklawami protestantyzmu - była kształcona głównie przez ojców jezuitów. Tyle że w narracji rewolucyjnej bywa to traktowane jako zarzut, ba, nawet inwektywa. Nic więc dziwnego, że tychże ojców jezuitów rewolucja bierze na celownik - to priorytet "reformatorów": wojsko papieskie wystraszyć, rozproszyć i ostatecznie w ogóle skasować.

W XVII wieku rewolucja uprawiała jeszcze polowania na jezuitów - czy to na Wyspach Brytyjskich, czy w koloniach, czy w Rzeczypospolitej. Przypomnijmy, że św. Andrzej Bobola ginie w 1657 roku jako jeden z kilkudziesięciu pomordowanych w tamtych czasach jezuitów. To znamienny przypis do jego biografii, że nie został ogłoszony świętym natychmiast - po prostu dlatego, że jego śmierć nie zrobiła specjalnego wrażenia na jego współbraciach i władzach zakonnych, bo była to epoka, w której polowania na jezuitów były na porządku dziennym. Paradoksalnie to wielkie dokonania w sferze gospodarczej doprowadziły do wydania na Towarzystwo Jezusowe ostatecznego wyroku - jeszcze przed kasatą całego zakonu rozgrywa się sprawa tzw. redukcji jezuickich w Ameryce Południowej, gdzie jezuici tak sprawnie i owocnie gospodarują, że są w stanie zapewnić bezpieczny azyl ludności tubylczej. Jezuici stają się tam cierniem w oku handlarzy niewolników, którym "psują rynek".

 

TATURA: Film Misja, który przed laty robił zasłużenie wielkie wrażenie - dziś by pewnie już taki film nie powstał: o katolikach na poważnie, bez szydzenia i bez urągania - przedstawia realia tej bezwzględnie prowadzonej gry politycznej, w której celem jest zniszczenie samych redukcji, a w perspektywie - całego zakonu i katolicyzmu w ogóle.

BRAUN: Film z De Niro i Ironsem, może nieco melodramatyczny, ale dobrze rysuje napięcia i przedstawia bezwzględną logikę tej walki politycznej. To dobra analogia - rzeczywiście, rozważając genezę KEN, warto obejrzeć Misję. Bo to jest akcja równoległa do tego, o czym tu rozmawiamy, co się wówczas szykuje w Rzeczypospolitej - tam, w Paragwaju, w istocie Brytyjczycy pre procura, rękoma Portugalczyków, realizują projekt "oświecania ludzkości" przez likwidację katolickich enklaw wolności i wtrącanie Indian we wtórną niewolę. Sprawy mają oczywiście swoją odrębną specyfikę, ważne są wątki biznesowe, realia gospodarcze - bo np. gdyby nie likwidacja redukcji jezuickich, to może wszyscy pilibyśmy dziś częściej mate niż herbatę, bo bez "ostatecznego rozwiązania" kwestii jezuitów Brytyjczycy nie mieliby otwartej drogi do quasi-monopolu kolonialnego, który utrzymali tak długo.

TATURA: Tu już analogie do sprawy polskiej mogą być trudniejsze do uchwycenia.

BRAUN: Staną się jaśniejsze, gdy wszystko zobaczymy w szerszym kontekście "wielkiej gry" - geostrategicznej gry wielkich mocarstw, która trwa i dziś, w realiach zmieniających się, ale przecież zawsze znajomych. Wojnę o panowanie nad światem toczy wówczas protestancka Anglia z katolicką Hiszpanią - i ta walka zostanie wygrana, a Hiszpanie zostaną z "wielkiej gry" trwale wyeliminowani. Ich dominia zamorskie wywróci cała sekwencja przewrotów republikańskich inspirowanych w XVIII i XIX wieku głównie z Londynu - tak jak w XX i XXI wieku z Waszyngtonu. W rozgrywce na Starym Kontynencie dla Anglii to Prusy będą ich "proxy" - głównym graczem zastępczym. Bo z Rosją sprawa się skomplikuje - Petersburg, politycznie skolonizowany przez Londyn, będzie jednak zagrażał odwróceniem sojuszy. Wielka Brytania i Imperium Rosyjskie wejdą na kurs kolizyjny z dala od europejskich teatrów wojen - stając sobie wzajemnie na drodze do... Indii. I tu zadziała zasada geopolitycznych naczyń połączonych - bo ciśnienia powstające w Azji i obu Amerykach będą "odbijać" w Europie. Francuzi z Anglikami toczyć będą wojny, owszem, ale wojny indiańskie w Ameryce Północnej, którą zresztą i jedni, i drudzy utracą na rzecz nowego gracza - Stanów Zjednoczonych. Francja, po rozgromieniu protestanckiej rewolucji u siebie, bez skrupułów udzielała wsparcia protestantom - w konflikcie z arcykatolickimi Habsburgami w Niderlandach. "Najstarsza córa Kościoła" zachowywała w ogóle daleko posuniętą bezpruderyjność w stosunkach międzynarodowych - dla zachowania pozycji imperialnej, bez najmniejszych skrupułów, korzystała z każdej możliwości rozgrywania wojen per procura, z dala od własnych granic, w zakulisowych sojuszach a to ze Szwecją, a to z Turcją. Ta Francja zaraz sama się obali, po czym stanie się na następne dekady głównym walczącym "awatarem" rewolucji światowej.

Te przykładowe linie napięć geostrategicznych szkicuję przecież bez pretensji do obrazu całości - tylko po to, byśmy lepiej uświadomili sobie, w jakiej grze w połowie XVIII wieku przestaje być aktywnym podmiotem, a staje się coraz bardziej bezwolnym przedmiotem Rzeczpospolita Obojga Narodów. Sprawa polska będzie istotnym elementem "wielkiej gry" na każdym, dosłownie każdym z tych frontów - tyle że raczej jako karta w cudzej grze, blotka do zrzucenia i pionek podstawiany do zbicia przez imperialnych graczy.

Instrukcja Hugo Kołłątaja dotycząca działania Akademii Krakowskiej.

[Wikipedia]

Hugo Kołłątaj - nasz czołowy, polski, oświeceniowy łże-bohater - jest tak ważną personą, że zasłużył sobie na cyfrową rekonstrukcję wyglądu z użyciem najnowszych technik AI.

Biskup wileński Ignacy Jakub Massalski, pierwszy prezes KEN, portret pędzla Franciszka Smuglewicza.

[POLONA]

Otton Magnus von Stackelberg, rosyjski poseł nadzwyczajny i minister pełnomocny w Rzeczypospolitej, który w imieniu cesarzowej Katarzyny II wyraził zgodę na utworzenie Komisji Edukacji Narodowej.

[Wikipedia]

W 1775 roku KEN ogłosiła Obwieszczenie względem napisania książek elementarnych na szkoły wojewódzkie, czyli zorganizowała przetarg na napisanie podręczników szkolnych. Obwieszczenie opublikowano po polsku, łacinie i... francusku.

[Repozytorium Cyfrowe Instytutów Naukowych]