Polski przedsiębiorca. Pamiętnik - Michał Adam Miszyk-Miński


Reflow text when sidebars are open.
Od Autora
Przedmowa
Część pierwsza. Administracja RP w realiach
Geneza przedsiębiorstwa Ebimex
Przygoda I. Dostawa towaru do UE
Przygoda II. Podwyżka ceł poza RP
Przygoda III. Służba celna
Przygoda IV. Transport TIR
Przygoda V. Kabotaż
Przygoda VI. Eksport do Afryki
Przygoda VII. Banki
Przygoda VIII. KOWR – Krajowy Ośrodek Wsparcia Rolnictwa
Przygoda IX. Tereny rolnicze. Dotacje. Muzea
Przygoda X. Atrybuty z okazów chronionych
Przygoda XI. Profesjonalizm – sport i muzea poza biznesem
Przygoda XII i XIII. Jak to miasta dbają o mieszkańców. Waśnie i spory – smutny efekt słabości edukacyjnej
Przygoda XIV. Przepisy drogowe. Reżim czy ochrona?
Przygoda XV. ZUS. Fundacje. Przejrzystość. Kombinacje
Przygoda XVI. Podatek akcyzowy – paliwa
Przygoda XVII. Urząd Skarbowy
Przygoda XVIII. Podatki, opłaty, cło – transakcje w EOG
Przygoda XIX i XX. Gospodarka odpadami
Przygoda XXI. Biznes i Rosja w realiach UE
Przygoda XXII. Biznes na stepach
Przygoda XXIII. Wojna na Ukrainie, czyli jak nas dobić
Konkluzje dla małego biznesu w RP
Epilog
"Polska w raju i raj w Polsce" – sen przedsiębiorcy RP
Część druga. Warunki pracy i rozwoju dla przedsiębiorstw, czyli oblicze polityczno-gospodarcze w RP
Rozdział I. Skutki ideologicznej interpretacji Konstytucji RP
Rozdział II. Podziały, zwady i waśnie
Rozdział III. Polexit. Wychodzimy z UE?
Rozdział IV. Protesty, strajk kobiet, strajk nauczycieli
Rozdział V. Gospodarka w okowach administracji
Rozdział VI. Rzecznik Praw Obywatelskich (RPO). Rzecznik Małych i Średnich Przedsiębiorców (RMŚP). Konstytucja dla biznesu. Umowy śmieciowe. Cel ustawodawczy
Rozdział VII. Ochrona i degradacja środowiska
Rozdział VIII. Warunki gospodarczo-fiskalne w RP
Rozdział IX. Instytucje finansowe w RP i fundacje
Rozdział X. Inflacja. Uległość wobec koncernów
Rozdział XI. Zarządzanie miastami
Rozdział XII. Odbudowa stref historycznych i ochrona środowiska w podatku katastralnym
Rozdział XIII. Monopol w gospodarce rynkowej
Rozdział XIV. Niemcy. Roszczenia. Wojna z Rosją. Wygnańcy z kamienic – czyli stan gospodarczy i społeczny jako efekt wiodącego światopoglądu i geopolityki milczącej
Epilog .Czyli pieniądze nie są z bankomatu
Część trzecia. Podziały, czyli efekt słabości edukacyjnej – szkolnej i społecznej
Podziały
1. Radykalizm
2. Warunki propagandowe w RP
3. Stereotypy
4. Historia i teraźniejszość
5. Historia Polski
6. Jugosławia
7. "To było dawno" – czyli kończymy z wojnami, a prosimy się o więcej?
Epilog. Tożsamość narodowa. Zjednoczenie albo śmierć
Polska przedsiębiorczość jest bardzo skutecznie tłamszona przez administrację od wielu lat, przez co bardziej męczy się na rynku niż rozwija, a jej perspektywy na większy rozkwit są raczej marne.
Podejmujecie właśnie książkę, która poprzez zbiór zdarzeń i zagadnień, ukazuje nasze polskie realia w działalności typowej polskiej firmy. Niemal każde z nich mówi o czymś innym, ale każde z nich to dramat zwarcia z administracją, niejako odsłaniając, dlaczego nie możemy liczyć diametralny rozwój biznesowy, a zatem i bliższy zachodowi poziom świadczeń – choć nam się to należy.
Przeczytacie także o społeczno-politycznych okolicznościach i przyczynach tych zdarzeń. Wyjaśniają one dlaczego tak się dzieje, że osiągnięcie wyżyn biznesowych to dla nas statystyczna rzadkość, a takie perełki sukcesu jak CD Projekt, CCC czy brytyjski już LPP, pozostaną pośród nielicznych. Finalnie książka jest jedną z przyczyn, dzięki której zadajecie sobie w podświadomości pytanie: "Dlaczego nie mam więcej pieniędzy?" Myśli czarne, Anna Sowińska,
W części trzeciej przedstawię zależność, w jakiej zarówno biznes, jak i społeczeństwo, za sprawą słabej edukacji szkolnej i społecznej, skazane są na stosowanie przeciwko nam zaawansowanej propagandy i pozbawiania przysługujących nam praw; a jako przedsiębiorca oparty całkowicie o rynki wschodnie, ukażę wojnę ukraińską w jej genezie oraz problem Ukrainy – w sposób zgoła odmienny, niż ukazują to media.
Społeczno-polityczne przyczyny naszych problemów, wyjaśniam w sposób tyleż kontrowersyjny, co nieznany i zakłócający sposób myślenia. Sprowadzanie problemów życiowych (aborcji, strajku kobiet czy wojny ukraińskiej) do ideologii powoduje, że kluczowe kwestie w tych zagadnieniach są przez odbiorcę pomijane oraz ignorowane przez media, które uwielbiają walki w kisielu, więc zapraszają do siebie tylko polityków (im krzykliwszy, tym lepszy). Nigdy nie zapraszają przedsiębiorców, więc rzeczowe dyskusje bez wymachiwania rękami niemal się nie zdarzają, a prowadzą programy tak, iż rzetelność przekazu jest najmniej ważna. Każda materia sprowadzana jest do polityki, co w połączeniu z przemianą mediów informacyjnych w propagandowe, wszystko zawęża do jednego wielkiego przekłamania.
Ja nie twierdzę, że media robią z nas małpy. Twierdzę, że tam gdzie nas ogłupiają, czynią to głównie poprzez zawężanie nam horyzontów, choć rolą mediów jest ich poszerzanie. Bardzo się starają, aby wszystkie aspekty dotyczące inflacji, podatków, wojny ukraińskiej czy innych medialnych tematów cechowało zawężanie do takiego minimum, które nie pozostawi miejsca na myślenie, a pozwoli oprzeć na nich ideologię.
W świecie napiętnowanym ideologią treść książki może być trudna do akceptacji, o tyle że całkowicie zmienia istotę wielu sporów i przekazów. Rzadko kiedy adresat mediów posiada zdolności, które umożliwiłyby mu przyjąć do wiadomości zawarte w niej wyjaśnienia, choć ja podejmuję jedynie kwestie publicznie przemilczane i niczego nowego nie wynalazłem. Książka nie marnuje waszego czasu, dublując komunikaty telewizyjne, a stanowi o rzeczach, z których jesteście medialnie ograbiani i jest jedynie uzupełnieniem przekazów o informacje powszechnie ukryte.
Niestety konsekwencją transformacji, która ogarnęła większość rynku medialnego, jest społeczna destrukcja. Nie tylko w przedsiębiorczości. Takie podłoże mają także antagonizmy i spory w rodzinach, między kolegami, sąsiadami i ludźmi na forach internetowych. Wszystkie eskalują, mimo że wszyscy wydają się być walkami zmęczeni. Podziały polityczne o podejście do imigrantów, pandemii, Unii Europejskiej czy wojny ukraińskiej to dopiero początek, ponieważ miejsca na kolejne podziały jest sporo. Które kwestie będą następne? Nie wiem na pewno, ale się domyślam. O niektórych tu przeczytacie, ale powstrzymanie tego regresu możliwe jest już tylko, przez zdolne do oportunizmu nowe pokolenie.
Finalnie adresuję książkę do postaw szukających prawdy i gotowych do rebelii przeciwko agresji gospodarczej, kulturowej, prawnej i propagandowej, a ponieważ podważanie wprzód nakreślonych założeń zwykle nie jest mile widziane, będę dla czytelnika raczej wrogiem niż jednym z setek drogowskazów, które codziennie usiłują do niego dotrzeć, aby poszerzyć mu horyzonty i zwrócić uwagę na rzeczy, których dotąd nie dostrzegał. Dzisiaj aby nie być wrogiem, trzeba wpasować się dokładnie w wąską ideologię odbiorcy, co jest zupełnie wykluczone, jeżeli chcemy spojrzeć na jakąś sprawę bez klapek ideologicznych i nieco od konia zaprzęgowego szerzej.
Zwracam także uwagę na ryzyka, które mogą sprawić, że nasza obecność w Unii Europejskiej jaką dotąd znaliśmy, może zakończyć się w każdej chwili. Staram się to wyjaśnić, gdyż lepiej się z problemem zapoznać niż go ignorować, skoro w eurosceptyków się uderza, zamiast udzielić im odpowiedzi. Obecne łamanie naszych praw obywatelskich, brak logiki w działaniach czy agresja polityczna i gospodarcza narzucają konkluzję, że żyjemy w czasach, kiedy może wydarzyć się wszystko i zawsze.
Pozornie wydawałoby się, że w takich okolicznościach zawarte w książce kwestie oparte o Unię Europejską stracą na aktualności. Tak się jednak nie stanie, jeżeli zachowam ponadczasowość. Będę także posługiwał się określeniami Unia Brukselska lub Unia Bałtycka, a w każdym przypadku, kiedy piszę o Unii Europejskiej, sprawa może dotyczyć każdego rodzaju Unii – gospodarczej, politycznej czy militarnej. Brukselskiej, Europejskiej, Bałtyckiej lub jakiejkolwiek. Świat nie kończy się ani za sto lat, ani za tysiąc. Jeżeli go nie zniszczymy, będzie trwał znacznie dłużej. Nie wiadomo, do jakiej jeszcze Unii się zapiszemy.
Rozdziały opatrzone są kodem QR, odczytanie ich za pomocą nośnika jak smartfon, umożliwią otwarcie strony lub felietonu, który dodatkowo nakreśli obraz sprawy w danym rozdziale omawianej.
Poniższy kod QR to przykładowy odczyt i wyjaśnienie jednego z tysięcy elementów życiowych, którego nikt nie raczył Wam wyjaśnić. Właśnie tego rodzaju przekazem przepełniona jest ta książka.
Stworzyłem całkiem pokaźną firmę, biorąc pod uwagę, że startuję bez pomocy i od zera – po czym upadłem. Na samo dno, czyli z długami wykluczającymi nawet myślenie, że kiedykolwiek będą spłacone. Potem latami, pracą od rana do wieczora i nocnymi jazdami, udało mi się podnieść i d o poprzedniego poziomu biznesowego powrócić – tylko co z tego, skoro nigdy z dzieckiem na wakacjach w ciepłych krajach nie byłem, a po każdym powstaniu, upadałem jak poprzednio. I tak w kółko, co kilka lat. Dobrze, że nie żyjemy zbyt długo, bo ta karuzela zaczyna być nudna.
Nigdy nie upadłem z przyczyn rynkowych czy własnych zaniedbań. Za każdym razem za sprawą działań administracji, której mentalność i głęboko zakorzeniona cecha naczelna nakazuje każdego przedsiębiorcę niszczyć, a nie pomóc mu pracować. Punktem wyjścia ku rzetelnemu określeniu tego, który rujnuje nam życie, aby potomni nie powtarzali naszych błędów, jest pełna świadomość tego, co i kto stoi za wprowadzaniem destrukcji w naszym życiu. I o tym jest ta książka.
Na samym początku zrozumienia dzisiejszych realiów, jest przyjęcie do wiadomości jednej rzeczy:
Władza to ten, który zaprowadza prawa. Większość praw w Polsce ustanawia Bruksela.
Ogólne wrażenie jest inne, ponieważ prawo i specyfika wymagają od Rządu RP poukładania dozwolonych przez UE podatków i opłat, ale system fiskalny w Polsce buduje UE. To Bruksela jako pierwsza ustanawia prawa, które układają, budują lub niszczą nam życie. Rozwiązywanie każdego problemu, od dawna wymaga, zapoznania się najpierw z treścią dyrektywy, a codziennie uczestniczymy w dyskusjach politycznych, nie rozróżniając kwestii, za które odpowiadają władze RP, od tych za które odpowiadają władze UE. Oczywiście Bruksela pozostawia społeczeństwom poczucie decydowania o sobie, aby ewentualnym niezadowoleniem obciążyć władze poszczególnych krajów, choć zazwyczaj, rola tych władz w prawodawstwie ogólnym czy podatkach jest czysto kosmetyczna. Ocena dotycząca warunków naszego funkcjonowania czy wyrażenie niezadowolenia z działań władz, aby przełożyły się na poprawę naszego życia, musi mieć właściwego adresata. Jeżeli w życiu kierujemy się poprawą standardu życia, a nie ideologią, to najpierw musimy zrozumieć, w jakim żyjemy świecie.
Nasz świat jest taki, że władza w Polsce nie ogranicza się do wyboru jednej z dwóch partii, gdyż władza to zdolność do ustanawiania praw. Władzę w Polsce w roku 2022/2023 pełnią więc tak samo zjednoczenie prawicowe, jak i liberalno-lewicowa władza Unii Europejskiej. Czasem łącznie, czasem oddzielnie – ale w kwestiach elementarnych np. systemu fiskalnego, władzę w Polsce sprawuje UE. Często władza faktyczna jest w ręku opozycji, ponieważ w sensie faktycznym tylko oni mogą ograniczyć np. skalę umów śmieciowych poprzez zmiany w kodeksie pracy (o czym dalej).
Należy pamiętać, że opozycja to również władza. Nie jest decydująca co do treści ustanawianych praw, ale nikt ich z odpowiedzialności, w zakresie w jakim mogą interweniować, nie zwalniał. Jeżeli mamy rząd konserwatywno-prawicowy, a władza UE jest liberalno-lewicowa, to spory na poziomie poglądów są oczywiste. W takich okolicznościach wszystko, co można załatwić w kuluarach i w relacjach z UE, jest w ręku PO-lewicy RP.
Posługując się przykładem importu niespełniającej norm i certyfikatów zdrowotnych pszenicy z Ukrainy (a zatem tańszej) – obowiązkiem władz RP jest zgłosić problem do Komisji Europejskiej, a obowiązkiem opozycji interweniować, aby KE zajęła się sprawą jak najszybciej i najkorzystniej. Jeżeli władze RP blokują import, to zadaniem liberalno-lewicowej opozycji jest dopilnować, aby elementy prawa UE, które nam na to pozwalają, były stosowane. Nie jesteśmy gorszym sortem, dlatego że jesteśmy Polakami. Przynajmniej teoretycznie.
Rolą władzy opozycyjnej nie jest cieszyć się z tego, że rolnik wszystko stracił i może zagłosuje przeciwko władzom, tylko pokazać skuteczność poprzez udzielenie pomocy. Nam, przedsiębiorcom byłoby znacznie lżej, gdybyśmy mogli na kogoś liczyć. Nie poprzemy opozycji, jeżeli władza UE lub RP nas wykończy, a opozycja nam dokopie.
Oczywiście kluczową kwestią w sprawie jest to, że kryzys na rynku pszenicy spowodowały regulacje UE. Skoro jesteśmy obywatelami Unii Europejskiej, to Komisja Europejska ma działać w najlepszym interesie swoich obywateli. Przypadek pszenicy dowodzi, że poszkodowani obywatele UE są ostatnim podmiotem, którym KE mogłaby się przejąć, a los poszkodowanych spoczywa na sile lobbingu władz lub opozycji krajowej. Mamy władze w UE, które mają w nosie swoich podopiecznych – co oznacza, że kolejne nasze prawa zapisane w Konstytucji RP szlag trafił. Innymi słowy:
jeżeli nie rozumiemy, czym i kim jest władza RP,
jeżeli nie rozumiemy roli i obowiązków każdej składowej tych władz od opozycji, sądownictwa i władz UE poczynając,
jeżeli nie rozumiemy, że zakres władzy jest ograniczony,
jeżeli my, obywatele, nie wymagamy od wszystkich władz sprawowania swojej władzy zgodnego z ich rolą,
...to ani my, ani te władze, ani opozycja, nie posiadamy żadnej zdolności do funkcjonowania w takim projekcie jak Unia Europejska.
W Polsce 2022/23 mamy nieuzasadnione, acz ludzkie i naturalne dla każdej władzy, poszerzanie zakresu władzy sprawowanej w Rzeczypospolitej Polskiej, jak i w Unii Europejskiej. Zapisy ograniczające te władze w zapędach są martwe. Nasze chodzenie do urn wyborczych, z każdym rokiem traci na znaczeniu. Tak było za każdej władzy, tak jest i teraz. Jeżeli choć części naszych praw dla siebie nie uratujemy i nie zaczniemy walczyć o ich przywrócenie, to będą one odbierane nam nadal. Takie jest zbójeckie prawo tych, którzy na swoją rzecz nas tych praw pozbawiają.
W każdym przypadku, przystępując do związku państw, należy zwrócić szczególną uwagę na prawa obywatelskie. Musimy założyć, że każda władza – unijna, demokratyczna czy inna, dąży do ograniczania naszych praw, a zatem interpretowania Konstytucji RP sposobami, które te prawa ograniczają. Dlatego znaczna część naszych praw wydaje się wręcz nie istnieć, mimo że wcale nie mamy ich tak wiele (wielu praw typowych dla cywilizacji demokratycznych w ogóle w Konstytucji RP nie ujęto).
Budżet RP okresu 2022/23 wygląda dobrze – PKB w Polsce rośnie, dług publiczny spadł z 54 do 49% PKB, wpływy budżetowe roku 2023 rosną w porównaniu z rokiem 2015 aż do ca 100% lub więcej zwyżki, a wszystko przekłada się na poprawę statusu i zabezpieczenie socjalne obywateli – z czego można i należy się cieszyć, a nie piętnować, bo nam to nie pasuje pod ideologię. Jednocześnie należy jednak pamiętać, że demokracja wymaga poszanowania praw dla wszystkich. Ignorowanie destrukcji w małej przedsiębiorczości z powodu dobrego bilansu, to nie jest demokracja.
Źródłem mojego ostatniego upadku była dyrektywa recyklingowa, ale także komunistyczne nawyki administracji RP, która przepisy wdraża. Wprowadzono regulacje, które teoretycznie mają chronić środowisko, a niczego nie chronią, tylko sprawiły, że produkty, dotąd wykorzystywane ponownie, są wyrzucane. Przy tym zupełnie zignorowano moje prawa konstytucyjne, przez co zbudowana z tak wielkim wysiłkiem firma leży i nie wstanie.
Punktem wyjścia do ogarnięcia rozumem tego, co się wokół nas dzieje, jest zrozumienie ułomności ludzkiej, która polega m.in. na tym, że dla każdej władzy demokracja jest problemem, ponieważ znacząco ogranicza ona zasięg sprawowanej przez nich władzy. Co więcej, jeżeli demokracja funkcjonuje w warunkach rynkowo-kapitałowych, jak to jest zazwyczaj, to demokracja jest także problemem dla kapitału. Pieniądze dają władzę i kapitałowi zazwyczaj wydaje się, że jak ma pieniądze, to może wszystko. W tym samym przekonaniu żyje większość przygniecionych przez agresywność kapitału obywateli RP, a tu okazuje się, że tak nie jest. Kapitał i zasięg jego działania jest ograniczony demokracją i prawami obywateli zapisanymi w konstytucji. Niestety, my obywatele RP nie mamy tej świadomości, gdyż jej obecność wymaga, aby wyrabiać w nas świadomość obywatelską na poziomie szkolnym i dbać o nią poprzez edukację społeczną na każdym etapie życiowym, szczególnie gospodarczym.
Finalnie nie ma szansy na to, aby wcześniej czy później, ludzie którzy dorwali się do władzy, nie podejmowali starań ku poszerzeniu zakresu tej władzy przy jednoczesnym ograniczaniu praw naszych.
Władza deprawuje nawet najlepszych.
Errico Malatesta
Każda władza degraduje człowieka.
Oscar Wilde
Każda władza ma zapędy ku zwiększaniu zakresu władzy i ograniczaniu praw obywateli.
maksyma własna
Wyznacznikiem przewagi siłowej jednych państw nad innymi, jest ich zdolność wpływania na ustanawiane u nich prawa.
teza własna
Unia Europejska w żaden sposób od tego schematu nie odbiega. Nie ma i nie będzie niczego, co mogłoby to zmienić. Szczególnie że to jest władza, która funkcjonuje pod nadzorem światowych mocarstw. Skoro dzięki władzy autorytarnej stały się mocarstwami, trudno aby skutecznie zaczęły stosować demokrację. Spadła im ta demokracja na głowy, to się w niej muszą odnaleźć. Będą ją naginać, przedefiniowywać i kręcić jak tylko się da, aby ją ograniczyć.
W jakiej chcemy być UE, skoro nie potrafimy wybrać takich władz dla własnego kraju, które zabezpieczą nam stosowanie praw podstawowych zapisanych w Konstytucji? W roku 2023, Rzecznik Praw Obywatelskich jest gorącym zwolennikiem UE, czyli instytucji ustanawiającej prawa – to niby jakim cudem miałby zabezpieczyć on prawa Polaków, skoro częściej lobbuje za ograniczaniem naszych praw przez UE, niż je chroni. Czy kiedykolwiek zwrócił uwagę na choćby jeden przykład ograniczania naszych praw w UE? To tak, jakby zarządzać firmą, a wokół siebie mieć ludzi, którzy tylko przytakują. Władimir Putin, przez ignorancję dla tej prostej zasady unikania w otoczeniu "przytakiwaczy", być może wojnę wywołał lub co najmniej pogorszył jej przebieg ze szkodą dla wszystkich, a na rzecznika naszych praw wybrano człowieka, który osłania działania Brukseli, a nie obywateli. W takiej sytuacji nasza zdolność do funkcjonowania w ramach UE jest zerowa.
Sama skala waśni wewnątrznarodowej, spowodowana naszym uczestnictwem w UE, już dawno powinna nas z tej UE wypisać choćby po to, aby skasować przyczynę sporów i ku jakiemuś rozlewowi krwi nie brnąć. Co najmniej 30% obywateli uważa, że UE nie zabezpiecza naszych praw i dopóki obywatele nie będą posiadali poczucia bezpieczeństwa, nikt nie ma prawa ich do obecności w tej UE przymuszać – co również wynika z definicji demokracji.
Ewentualny Polexit (faktycznie wcale nie trzeba ku temu nawet uchwały sejmowej) jest na samym początku wszystkich naszych sporów i nieporozumień. Wygrywa naciągany pragmatyzm bezpośredni, czyli kwoty, które akurat teraz wpłacamy i otrzymujemy przy obecności w UE, przy jednoczesnym zignorowaniu faktycznych kosztów, jakie ponosimy będąc w UE. Część z nas uważa, że UE to największy dramat początku XXI wieku, część uważa, że UE to cud tysiąclecia, inni – że realia są gdzieś pośrodku. Wszyscy mają prawo do swojej opinii, ale każda tego rodzaju dyskusja poglądowa jest uwarunkowana. Najpierw muszą być zabezpieczone prawa obywatelskie, a nie zabezpiecza ich nawet Rzecznik Praw Obywatelskich. Czy Polska w jakikolwiek sposób zabezpiecza prawa swoich obywateli i broni ich przez tego rodzaju zapędami władz do ograniczania obywatelom demokracji?
Skoro antagonizmy zwykle zaczynają się od pozbawiania praw, gorąca niechęć przedsiębiorców do niereformowanej administracji (z gorącą wzajemnością) jest gdzieś pośrodku przyczyn polaryzacji społecznej, ale jest faktem od dawna – tylko nieco ukrytym medialnie. Tymczasem, źródłem większości zwarć są patologie urzędnicze, powszechne radykalizmy i brak wzajemnego poszanowania praw.
Fakt, że społeczeństwo nie jest w zasadniczych kwestiach edukowane. Ludzie nie rozumieją słów, postaw i określeń, więc i nie potrafią ich prawidłowo wykorzystywać nawet w dyskusjach grillowych. Nie są świadomi stosowanych radykalizmów ani u siebie, ani przez siebie – choć często twierdzą, że radykałami się oburzają. W takich warunkach nie da się uniknąć napięć społecznych.
Dlaczego tak się dzieje? Ponieważ nie da się dotrzeć informacyjnie do nikogo, kto szuka wyłącznie przekazu pasującego pod ideologię.
Aby żyło się swobodniej, trzeba podpinać sobie podszepty zgodnie z założoną z góry ideologią.
Jack London
Obecna propaganda osiągnęła apogeum, gdyż liczy się jedynie to, aby nakarmić czymś elektorat. Skala przekłamań i głupoty przekazywanych treści, od dawna nie ma znaczenia. Sedno tkwi w mentalności i historii, więc tego rodzaju skali propagandowej nie da się zastosować w wielu innych częściach świata, ale problem oczywiście narasta. Siłowa egzekucja radykalizmów i agresja, powoli acz stale przeradza się w ekstremizm, choć tego rodzaju postawa nie osiągnęła w historii świata niczego prócz wojen. Notorycznie pozbawianie nas praw nie skończy się inaczej i tym razem. Wojna na Ukrainie to tylko jedna z kolejnych, a nie ostatnia z wojen. Aby tak nie było, zasady i wartości, jakich oczekujemy, musiałyby obowiązywać wszystkich i być stosowane ponadczasowo, a nie wybiórczo i akurat teraz, bo tak pasuje jakiejś ekipie wierzącej w swą nieomylność (co wyjaśniam dalej).
Każdej władzy demokracja przeszkadza, dlatego notorycznie jesteście pozbawiani swoich praw, choć, co ciekawe, większość łamanych praw jest wołami zapisana w Konstytucji RP. Wystarczy ją poczytać i chcieć zrozumieć. Oczywiście zgodnie z celami konstytucyjnymi, a nie ideologicznymi. Stosować ją, a nie nawzajem się opluwać. Przy obecnej skali gwałtu na tejże Konstytucji ja bym nie szukał tego, kto jest kłótliwy a kto nie, ponieważ reakcja na pozbawianie praw to nie jest kłótliwość, tylko obrona. Raczej bym się zastanawiał, w jakim punkcie skala nieporozumień przeleje czarę goryczy i doprowadzi do rozlewu krwi w Polsce, gdyż doszliśmy już do szczytu tych nieporozumień, czyli stopniowego ograniczania naszej niepodległości. Parafrazując słowa Winstona Churchilla:
"Jeżeli mając do wyboru hańbę i wojnę, wybierzesz hańbę, wojnę będziesz miał tak czy inaczej".
Trudno oczekiwać, żeby wszyscy i wszędzie wybierali hańbę, akceptując pozbawianie obywateli RP i ich prawa do niepodległości. W okolicznościach wojny ukraińskiej media notorycznie straszą nas Rosją, choć tak naprawdę sukcesywnie tracimy niepodległość i to nie Moskal póki co tej niepodległości nas pozbawia. Elektorat liberalno-lewicowy potrzebował trochę czasu, aby z akceptacją dla utraty niepodległości psychicznie się oswoić i uzasadnić ją "dobrem", jakim jest Unia Europejska, ale się oswoił, choć taka postawa to również powszechnie piętnowany radykalizm.
Znaczna część społeczeństwa zaczyna się jednak przed takową postawą bronić, gdyż w demokracji nie można pozbawiać obywateli posiadanych praw podstawowych, w tym prawa do ojczyzny. Nawet jeżeli ci obywatele stanowią promil całości społeczeństwa. Nasze prawo do bezwzględnej ochrony tych praw, wynika m.in. z definicji demokracji.
Innymi słowy:
Nie można demokratycznie wymordować wszystkich rudych, garbatych albo kulawych.
To oznacza także, że nie można demokratycznie pozbawiać ludzi niepodległości, ojczyzny i tożsamości – tylko dlatego, że subiektywnie uważa się to za korzystne, fajne albo pasujące komuś pod ideologię. Takiego działania nie da się uzasadnić pieniędzmi z UE, abstrahując od tego, że te pieniądze UE pochodzą od nas. Jak głosi stara maksyma nieznanego mi autora:
Dobrobyt bez wolności i niepodległości to tylko odmienna postać ubóstwa.
Nie każdy musi, ale każdy ma prawo żyć według tej maksymy. Nie dla każdego demokracja jest wartością i czymś pożądanym, ale ona jest (przynajmniej teoretycznie), a w demokracji nie ma miejsca na siłowe odbieranie niepodległości czy innych praw konstytucyjnych. Na rzecz czegokolwiek. Nie można nikogo pozbawiać tych praw, uzasadniając takie działanie dobrem i korzyściami, szczególnie materialnymi, gdyż demokracja nie umożliwia siłowego narzucania poprzez większość niczego, co podważa prawa konstytucyjne, również bogactwa materialnego.
Łamanie praw zapisanych w Konstytucji i uzasadnianie ich lepszością czy dobrem, jakim jest cokolwiek (nie tylko UE), to także radykalizm. Samo stosowanie takich radykalnych pomysłów w sposób siłowy, czy zmuszanie nas do podporządkowania pod ich stosowanie to ekstremizm. Opór przeciwko temu jest więc rzeczą naturalną.
Część społeczeństwa, oburzona siłowym odbieraniem swoich praw, szuka ratunku w postawach narodowych. Czy słusznie? Moralnie na pewno. Wręcz wydawałoby się, że wojna domowa z ekstremizmem i ludźmi, którzy go popierają, wisi na włosku, a jednak jako naród jesteśmy jednym z najbardziej rozbrojonych społeczeństw w Europie i do zbrojenia domostw się nie garniemy.
A jak wygląda umocowanie narodu polskiego w naszym świecie w sensie prawnym? Rozmawiałem o tym z dzieckiem, uczniem II klasy technikum, lat 16:
Tata, czyż to nie jest tak, że obce państwa za pomocą narzędzi brukselskich odbierają Polsce niepodległość?
Najpierw zastanów się obiektywnie, czy aby na pewno, prawnie odebrać jej nie mogą?
Nam? Polakom? Niepodległość? Upadłeś na głowę?
A gdzie jest, przepraszam, zapisane, że Polska ma być niepodległa?
???
Powtórzę:
Gdzie jest, przepraszam zapisane, że Polska ma być niepodległa?
W Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej?
W Konstytucji ani słowa.
Więc wynika to z definicji słowa "demokracja" oraz z zapisu, że "...RP strzeże swej niepodległości...".
Ale to jedynie wniosek, a nie jasny zapis, a Konstytucję należy rozumieć wprost. Przy takich zapisach ustawy zasadniczej pozbawienie nas niepodległości z zachowaniem "lipnej" demokracji, to dla Unii Europejskiej żadne wyzwanie.
Konstytucja RP mówi, że jesteśmy państwem suwerennym, tak?
Niestety, niczego takiego w Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej, także nie zapisano.
Byłeś na obchodach święta 3 maja. Prezydent RP wyraźnie mówił o sukcesie Konstytucji RP jak pierwszej w Europie i jej absolutnej nowoczesności rzeczy tam zapisanych – że suwerenem jest naród, a Polska jest niepodległa.
To było 3 maja 1791 roku. Bardzo dawno temu.
A teraz nie ma? To my się rozwijamy czy cofamy?
Wnioski musisz wyciągać sam.
Zaraz, przecież Posłowie i Prezydent przysięgają "strzec suwerenności" – dlaczego więc tracimy ją na rzecz UE?
Ponieważ poza preambułą w Konstytucji nie ma ani słowa o suwerenności Polski – a dla posłów RP, przysięga przypomina bardziej dym z komina niż wartość.
Władze, czyli posłowie i senatorzy, przysięgają "strzec suwerenności", czyli dokładnie, strzec czego?
Nie wiem. W Konstytucji RP nie zapisano kto jest suwerenem w Polsce, nie zapisano więc tym bardziej tego, że suwerenem jest naród.
To wynika z definicji demokracji.
Zgoda, ale to znowu tylko wniosek, a Konstytucję RP należy rozumieć wprost. W Konstytucji nie zdefiniowano "suwerena", ani nie zapisano, co właściwie ta suwerenność oznacza.
Czyli co? Suwerenem w Polsce może być każdy?
Owszem. Niemcy, Rosja, TVN, Izrael, Komisja Europejska, Helga LGBT albo owczarek niemiecki kanclerza Austrii. Dla TSUE udowodnić prawnie, że suwerenem w Polsce, czyli jedynym podmiotem umocowanym do ustanawiania praw w Polsce jest Komisja Europejska – to jak splunąć. Powiedzą, że głosowaliśmy za tym w referendum, więc mamy się podporządkować i cześć. Wydadzą dekret o rozwiązaniu sił zbrojnych w RP (jest to zawarte w rezolucji z czerwca 2022, a Traktat Lizboński UE na samym początku mówi o wspólnej armii), uszyją sztandar z napisem "ratujmy praworządność w Polsce" i po sprawie. Przeszło w roku 1920, kiedy Europa wspierała powiew "wolności" rewolucyjnej z Rosji, przeszło w latach 1938–1939, przeszło w latach 1944–1945, przejdzie i teraz. Myślisz, że niby po co innego chcą nas armii pozbawić? Zmieni się układ sił politycznych, to w ramach ideologii szerzenia miłości, po polskiej armii nie zostanie nawet ślad. Rosja wojną ukraińską oddaliła jej rozbiórkę może o kilkanaście lat.
Czy inne Konstytucje na świecie, prócz polskiej również nie zawierają zapisów o niepodległości?
Z tych kilku, jakie miałem przed oczami, ja takiej nie widziałem.
A naszej Konstytucji nie pisano na podstawie innych Konstytucji?
Niewątpliwie pisano i korzystano z innych doświadczeń. Tak jak inne wzorowały się na naszej z 3 maja 1791 roku.
Inne konstytucje świata wzorowały się na naszej, potem nasza Konstytucja RP wzorowała się na innych, a po drodze zginęły zapisy o niepodległości i suwerenności?
Na to wygląda.
Prezydent mówił o naszym sukcesie – suwerenności i niepodległości w Konstytucji 3 maja. Przysięgał bronić tych cech, a jednocześnie wychwala naszą wielkość w UE, która tych cech nas pozbawia, tak?
Na to wygląda.
A dlaczego nie mamy zapisanego tego co oczywiste?
Dobre pytanie. Możliwości jest kilka. Jak sądzisz?
Albo autorzy to cymbały, albo nas sprzedali.
Tak czy inaczej, nasz kosmopolityzm i słabość konstytucyjna to dla obcych państw złota sposobność. To nie durnie, aby tego rodzaju sposobności i ułomności konstytucyjnych nie wykorzystać. Aktywiści polityczni często dochodzą do wniosku, że Konstytucja RP celowo została tak skonstruowana i trudno zarzucić im złośliwość. Oni po prostu się boją. Ludzie mają prawo się bać.
Zagrożenia z Rosji roku 2023 wydają się beczką śmiechu przy tym, że w Konstytucji RP pod przewodnictwem profesora Bronisława Geremka i Prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego brakuje zapisów o niepodległości i suwerenności kraju, czy wobec faktu ustanawiania praw w Polsce przez zewnętrzny podmiot polityczny, jakim jest UE.
Skoro konstytucyjnie jesteśmy zbyt słabi, aby obronić się sami przed agresywnymi zapędami innych podmiotów, to dlaczego nie opuszczamy Unii Europejskiej, która jest zdolna takie agresywne zapędy wzmacniać? Nie twierdzę, że UE takie mocarstwowe potrzeby czy nawyki realizuje, wnioski wyciągajcie sami. Twierdzę, że UE posiada taką zdolność. A jeżeli tak jest w istocie... czy należy się dziwić, że inne państwa czy podmioty starają się pozbawić nas niepodległości?
Nie ma lepszego źródła bogactwa niż sprawienie, aby inni pracowali na nas. Każdy osioł wie, że największą kasę zarabia się, wykorzystując innych. Wszelkimi możliwymi narzędziami i sposobami, firmy wykorzystują pracowników, a państwa wykorzystują inne państwa. Mocarstwa mają to w genach i na tym opiera się historia najbogatszych. Swoją wypracowaną przez setki lat przewagę wykorzystają bezwzględnie i bez zawahania. Taka była przyczyna kolonializmu, taka jest przyczyna działań obecnych. Tak było, jest i będzie zawsze.
Zapytam dodatkowo inaczej. Czy zgadzasz się z tym, że światem kręcą pieniądze?
Money makes the world go round
śpiewała Liza Minnelli (pierwotnie musical Kabaret Joe Masteroffa)
Czy Ty, drogi czytelniku, zgadzasz się z tą maksymą? Jeżeli tak, to nie ma takiej szansy, aby inne państwa nie wykorzystywały naszej nieudolności na swoją rzecz, jeżeli im tego rodzaju działania umożliwimy. Żyjemy w świecie, gdzie takie działanie, czyli uzależnianie innych od siebie na wzór gazu z Rosji, jakkolwiek jest złe, jest jednocześnie naturalne i ludzkie. Taki negatywny skutek jest też naturalną konsekwencją słabości, amatorszczyzny i nadmiernego czy niezabezpieczonego prawem zaufania.
Co więc przy tak wielkiej słabości konstytucyjnej jeszcze w tej UE nas trzyma? A jesteście pewni, że trzyma i tej UE nie opuszczamy? Wygląda na to, że konserwatywno-prawicowy rząd chce doprowadzić do takiego usankcjonowania UE, które zapewni nam poszanowanie suwerenności i bezpieczeństwa. Ale może i proces opuszczenia Unii Europejskiej przez Polskę już się rozpoczął? A może dzieją się inne rzeczy? Możliwości jest mnóstwo. Ja w każdym razie, w roku 2024, na obecność Polski w UE, takiej, jaką znamy z roku 2022, nie postawiłbym złamanego grosza, ponieważ sens zachowania naszego kraju w UE, takiej jaka ona była w roku 2022, jest co najmniej wątpliwy i pozbawia obywateli RP wszystkich kluczowych zapisanych w Konstytucji RP praw.
***
W takich oto perspektywach i realiach codzienności politycznej, prawnej i gospodarczej musimy odnaleźć się my. Przedsiębiorcy. Jak więc wygląda nasza codzienność biznesowa? Ano tak, że przedsiębiorczość to kolejna płaszczyzna, gdzie przestaliśmy egzekwować nasze prawa. Przyzwyczailiśmy się, że urzędy nas okradają, bo radykalizm polityczny przysłania nam pół świata. Wyrośnięta w stalinizmie administracja wydaje się z tego spadku czerpać garściami, czym wydatnie przyczynia się do antagonizmów i poczucia krzywdy.
"Twarde prawo, ale prawo" – tym zwykle kieruje się urzędnik, administracja, Bruksela. Tak potraktują ciebie, twoją pracę i przedsiębiorstwo, które prowadzisz. Wyjątkowość polskiej administracji, polega na tym, że ta nigdy ani nie uelastyczni stosowania przepisów, ani nie zacznie postrzegać swojej pracy przez pryzmat podmiotu, który ma wam pomóc. Przedsiębiorca, który popełnia błąd administracyjny i nie wie o tym, to zwykle wina administracji, a nie przedsiębiorcy. Urzędy jednak nigdy siebie tak nie postrzegają, będą się raczej cieszyć, że was mają. Zawsze spojrzą na was wyłącznie z pozycji kata, który z błogością przećwiczy swoje dyby, bat, pręgierz i zaprosi na stos. Nie dadzą wam żyć, jeżeli tylko będą mogli. Człowiek, jego rodzina, praca i jego prawa nie mają żadnego znaczenia. Nieistotne, czy to polski urząd, czy administracja w Brukseli. Dla nich liczy się tylko to, co oni uważają za słuszne i pasujące pod ideologię. Dla nich liczy się tylko to, czego oni potrzebują, i na waszych garbach swoje potrzeby zrealizują. Dla nich wasze prawa sprzeczne z ich wydumaną koncepcją są niczym. Zawsze znajdą sobie paragraf, nakreślą własną wizję przekształcania świata albo stworzą własną definicję dla słowa dawno zdefiniowanego, żeby dopiąć celu, a samemu przed sobą swoje draństwo usprawiedliwić. Jak trzeba, to i świńskie odchody miodem nazwą, ale pokażą przed światem, że słusznie czynią "i dobro wszem niesą". Bez względu na to ile krwi spłynie. Stare jak świat. Hitler i Stalin postępowali podobnie, a metoda była, jest i będzie skuteczna.
Tymczasem nie ma czegoś takiego, że jakiś zapis prawa jest sprawcą waszego nieszczęścia, a jednocześnie wszystko jest w porządku i lege artis. Przynajmniej ja z taką sytuacją się nie spotkałem. Jeżeli taki czy inny krzywdzący was zapis prawny funkcjonuje, to m.in. dlatego, że wy się na taki czy inny zapis godzicie, choć powinniście walczyć. Pewnie i przegrać. OK, ale jednak walczyć.
Aby się bronić, musicie najpierw przestać wierzyć tej szukającej krwi bandzie administracyjnych zwyrodnialców, że zrobiliście coś złego. Nie postępujcie jak kobieta bita przez męża, której wmówiono, iż jest temu winna i potem w to wierzy. Podstawiono wam paragrafy, zinterpretowano według urzędniczej potrzeby ekspresji władzy, żeby można było wam przyłożyć, więc dajecie się okładać. Oczywiście fakt, że ja was teraz uświadomię o swoich prawach, nie wyciągnie z ognia ani mnie, ani was, ani naszych rodzin. Dotychczasowego czy wymarzonego życia dla was i dzieci nie uratuje, ale by podjąć walkę, musicie rozumieć, że macie prawa. Jesteście obywatelami Rzeczypospolitej Polskiej, Konstytucja was chroni i nie pozwalajcie sobie nikomu wmówić, że jest inaczej – ani administracji, ani żadnym siłom politycznym, ani tym bardziej podmiotom zagranicznym jak Bruksela, Izrael, Niemcy, Rosja czy inne.
Podejmę też próbę uspokojenia nastrojów poprzez uświadomienie kwestii, których nikt nie wyjaśnia. Także poprzez wyjaśnienie słów, którymi się na co dzień posługujemy, ale ich nie rozumiemy i błędnie wykorzystując, sami sobie czynimy krzywdę.
Mnie jako przedsiębiorcy w obecnych okolicznościach jest w Polsce wystarczająco ciężko, staram się więc ratować też siebie. Jestem patriotą, marzy mi się, aby nasze prawa były wzajemnie szanowane, aby w końcu pozwolono mi normalnie pracować, a bezpieczeństwo narodowe i środowisko były dla mnie i rodziny zabezpieczone. Aby Rząd RP z roku 2022 umiał spojrzeć na swój dorobek obiektywnie, nie tylko poprzez sukces spółek skarbu i finansów publicznych, ale wyciągnął też negatywne wnioski i naprawił również to, co naprawić dawno powinien. W tym administrację i podejście do przedsiębiorców.
***
Czytelnictwo i media kochają opowieści o łowcach milionów. Wielkich potentatach, którzy wykorzystali moment przemian, pandemii, wojny, tąpnięcia na rynku albo dostępu do władzy i osiągnęli sukces. O wielkich koncernach z ukrytą własnością, które siłą kapitału, korupcją i polityką zmiatają wijącą się w walce o utrzymanie małą i średnią przedsiębiorczość. O tych zmiecionych, małych i średnich, pisze mało kto albo nikt. Wiadomo, mniejsi są mało interesujący. Kogo interesują mali i przegrani. Media piszą o wygranych, tych, którzy zniszczeniem świat wybrukowali. Nigdy o tych, którzy zniszczeni zostali.
W okresie luty–czerwiec 2021 wpłaciłem do Skarbu Państwa ponad 300 tysięcy złotych. W miesiącach lipiec–wrzesień miałem do wpłacenia około 200 tysięcy złotych zobowiązań celnych i ok. 200 tysięcy zł innych opłat. Do tego dochodzą podatki i zobowiązania pracownicze. To jest ponad 1,5 mln zł samych tylko zobowiązań bieżących w roku 2021, których skarb państwa już nie zobaczy, bo administracja postanowiła się wykazać i po raz kolejny mnie wykończyć. Może przez to, że dziennikarze pokazali coś w TV, a może z innych powodów... ale nagonka ruszyła. Dobrano się jednocześnie do bardzo wielu firm. Oczywiście służby nie są w stanie naruszyć interesów tych, którzy parają się np. nielegalnym przewozem odpadów (musieliby się poważnie za pracę wziąć), a liczba takich przypadków jest wręcz śladowa, dlatego trudno je wykryć. Nabierali więc kozłów ofiarnych, zniszczyli firmy pracujące jawnie, zlikwidowali część rynku, a kolejne rodziny pozbawili wszystkiego, czego się przez lata dorobiły.
Oczywiście żadna administracja nie jest jakimś wyjątkiem. Powstało mnóstwo dziwnych tworów urzędniczych, które nie są w stanie racjonalnie uzasadnić ani swojego bytu, ani wydatków budżetowych, przynosząc nam jakiekolwiek korzyści, a z budżetu RP kasę ciągną. Gdyby takie twory powstawały według jakiejś potrzeby – np. straż łowiecka mogłyby swoje funkcjonowanie oprzeć na racjonalności, ale jak rozumiem, wyznaczono im cele finansowe. Wykorzystają każdą okazję, aby się wykazać, choć każdorazowo niszczą jakąś rodzinę. Niczym policjant, który dostał plan dziennego przyznania mandatów, więc zajął się mandatami, a nie bezpieczeństwem. Pamiętajmy, że poszczególne urzędy administracji są tworzone w jakimś celu. A co wtedy, gdy celem jest likwidacja nadużyć, których nie ma? Szuka się fikcyjnych albo popełnianych przez ludzi, którzy nawet nie wiedzą, że przekraczają granice prawa. Jeżeli przestępczość w kraju spada, to ci, którzy ją zwalczają, mają problem, bo tracą pracę. Wówczas administracja szuka przekroczeń tam, gdzie ich nie ma lub robi przestępców ze zwykłych, ciężko pracujących obywateli. Tylko zniszczenie jakiegoś człowieka i rodziny uzasadnia istnienie takiego urzędu.
Zabrać urzędnikowi stanowisko, to jak królowi państwo zabrać. Stare przysłowie chińskie, autor nieznany.
To jest zawsze kluczowe, jeżeli się zastanawiacie, czy czasem administracja nie pozbawi was życia i domu. Takie twory dewastują wszystko, nawet środowisko naturalne. Kogo ono obchodzi albo to, czy jest ono wartościowe i potrzebne? Nie liczy się to, żeby środowisko było ratowane. Liczy się, aby media trąbiły, że środowisko naturalne jest ratowane oraz żeby owo działanie wyciągnęło komuś pieniądze z kieszeni.
Sprawa Optimusa i pana Romana Kluski, czyli zniszczenie przez administrację firmy, która płaciła ze 3% wpływów budżetowych z podatku dochodowego – zwykle jest ignorowana lub odbierana jako patologia postkomuny, przypadek i przykra konsekwencja przemian. To błąd, ponieważ ta sprawa była dla nas, przedsiębiorców, przesłaniem, które mówiło, kim dla nich jesteśmy i co nas czeka przez wiele lat. Media i władze nie garną się do obnażania patologii, które wprowadzają destrukcję w nasze życie. Czytelnicy zwykle przyjmują do wiadomości tylko to, co pasuje im pod ideologię, ponieważ już dawno stracili zdolność weryfikacji przekazu. Odwracają się od rzeczy, które dają im po głowach, zamiast je piętnować. Na pierwszym planie jest zawsze ideologia. Progres społeczny i rozwój cywilizacyjny ograniczają się wyłącznie do technologii, ale w głowach dominuje raczej zaawansowana degresja.
Kryzys popandemiczny, wojenny i sankcje kiedyś przyhamują, ale jeszcze długo będą żywe. Dlatego destrukcja w przedsiębiorczości szczególnie w latach 2021–2023 jest szczególnie marnym ku temu momentem, ale administracja ma to gdzieś. Nasze służby są zawsze gotowe spacyfikować każdego i zawsze, medialnie zabłysnąć i byt uzasadnić. Metoda stara jak świat: "Po co w budżecie RP pieniądze? Po co ludzie mają pracować? Niech siedzą w domach i oglądają seriale".
Administracja rzuci zdjęcia na gov.pl z opisem swojego sukcesu, umieszczą w rocznym raporcie ze swoimi osiągnięciami i okraszą wirtualnymi (czyli nieegzekwowalnymi) korzyściami finansowymi dla budżetu RP. Potem kolejne 50 tys. ludzi wyjdzie na ulice i będą protestować zdziwieni, że więcej pieniędzy na podwyżki nie ma, a urzędnik ciężko się rozczaruje, gdy mu dziecko do szpitala trafi i 4-letni termin operacji otrzyma. Pieniądze na tę operację to z bankomatu nie są, ale kolejny segment rynku dostanie tak po głowie, aby już się nie podniósł. Urzędnicy będą bohaterami, bo media powinny pokazywać działania administracyjne, które niszczą zamiast administrować, a jak zawsze, będą piały z zachwytu nad służbami RP. Niestety każdy, kto występuje z pozycji siły, kieruje się wyłącznie siłą. Tak postępują brukselskie władze UE z Polską, tak postępuje administracja RP i UE z przedsiębiorcami.
Kiedy Wandejczycy zaczęli bronić swoich praw, to Francuzi wymordowali pół miliona i było po sprawie. Włodzimierz Lenin, wzorując się na Francji, zrobił to samo. Czemu administracja RP i UE miałaby postępować inaczej? Kto by liczył podatki, jakie wpłacamy?
Gdy Polacy się stawiają, to Bruksela także wie, jak nam dołożyć. Żadne argumenty nie miały znaczenia przed rzezią Wandei, to niby dlaczego miałyby mieć znaczenie teraz?
Politycy Patryk Jaki i Zbigniew Ziobro albo dziennikarze prawicowi prezentują wielkie oburzenie na czynioną Polsce niesprawiedliwość przez brukselskie władze UE oraz świadomość rozpoczętej przeciwko Polsce agresji. Jednocześnie wszyscy ci politycy i dziennikarze traktują przedsiębiorców tak samo jak system, z którym walczą, traktuje ich. Od swoich liberalno-lewicowych poprzedników czy od rzeźników Wandei, nie szczególnie się odróżniają. Interesuje ich tylko wojna na szczytach władzy, choć wojna administracji z przedsiębiorcami jest tak samo żywa, tylko znacznie więcej krwi upuszcza.
W ostatniej przygodzie kończącej moją historię, celnicy zatrzymali jednego z setek TIR-ów jadących na Ukrainę i zawrócili go do Holandii z zarzutem sprowadzania do Polski odpadów bez zezwolenia. Co to zmieniło? Towar trzy dni później pojechał na powrót do Kijowa, co dało 4000 EUR straty, ale firmy nie rozkładało. Dalsze konsekwencje były jednak ogromne. Zatrzymanie biznesu, w procesie grzywna na milion złotych z Inspekcji Środowiska – chodź żadnych odpadów nie przerabiam i nigdy nie przerabiałem. Naloty służb u kontrahentów, jakbym co najmniej broń i narkotyki sprzedawał, nie odzież. Zaczęły się piętrzyć koszty związane z postępowaniem prokuratury, milionowymi karami i ewentualnym więzieniem w procesie. Zmniejszam ilość odpadu na świecie poprzez powtórne ich zastosowanie, a traktują mnie niczym szefa mafii z Kosowa. Co z tego wyniknie?
Kolejne miliony zostaną umieszczone w sukcesach urzędu, za które celnicy zostaną odpowiednio nagrodzeni – choć skarb państwa nie zobaczy nawet grosza. Podobnie jak podatków, które byłbym zapłacił, gdyby pozwolono mi pracować. Niby skąd? Czarodziejskiego osiołka za uszy pociągnę, a ten złotem sypnie? Nikt nawet nie bierze pod uwagę, że sprowadzając nielegalnie odpady, nie robi się tego przez legalnie pracujące firmy posiadające liczny personel i aktywa – tylko poprzez "słupy", sprowadzając zagrożenia do minimum. Takiej przestępczości nie da się wykryć zwykłą kontrolą tranzytu. Tylko po co podejmować większy wysiłek, skoro pojawiłem się ja i mają już komu dołożyć.
Budowałem firmę długo i z mozołem, ale w roku 2009 postanowili ją wykończyć, nakładając "drobny" milion dodatkowego podatku. Grzechy i garb, jakie po takim upadku pozostały, na zawsze już uniemożliwią mi swobodne wykonywanie pracy. Jednakże po dziesięciu latach, startując ponownie od zera, progres odniosłem znaczny... W roku 2018 i 2019 moje nowe podmioty przekroczyły 100 mln zł obrotu, z czego 99,9% to eksport i duma z zajęcia czołowego miejsca pośród tych, którzy przynoszą Polsce pieniądze, a nie wyprowadzają je poprzez import.
Długo to nie potrwało. Nowa władza, nowy ład... i zniszczyli mnie znowu poprzez zmianę interpretacji przepisów, łamiącą moje prawa zasadnicze. Standard. Aby nie rozsadzać firm, zmieniając regulację, wystarczy udzielić każdej firmie roku karencji na dostosowanie warunków pracy do nowych wymagań. Racjonalnym działaniem można uniknąć każdego rodzaju destrukcji, ale wówczas ta banda urzędniczych zwyrodnialców przestanie czerpać przyjemność z najeżdżania nas służbami w domach.
Nawet jeżeli wybrnę z obecnych kłopotów, jestem zbyt wypalony psychicznie, aby stworzyć coś większego ponownie, a i wiek już nie w szczycie produkcyjnym. Mój 16-letni synuś prezentuje bardzo wyraźną smykałkę do interesów, choć w ogóle nie boi się pracy fizycznej, wręcz ją kocha. Zapragnąłem więc zbudować mu bazę, aby było mu łatwiej wykreować coś dużego. Marzyło mi się, że może wspólnie ukończymy z takim wysiłkiem rozpoczętą budowę solidnego muzeum husarii, podpartego teatrem barokowym, piknikami i rekonstrukcjami bitew na 140 koni – czym w sumie również zajmuję się od zawsze.
Moje marzenia szlag trafił. Może mój synuś kiedyś moje marzenie dokończy, może ktoś inny. Może nikt.
W roku zakończenia nauki nie miałem wakacji, ponieważ nie było mnie stać ani na te wakacje, ani na odpoczynek w domu. Tak, tydzień później tj. dnia 1 lipca trafiłem do pracy w jednej z wielkich finansowych spółek akcyjnych. Po przejściu przez kilka biur trafiłem do Biura Kontroli, w którym wszyscy byli po wielu latach pracy w Najwyższej Izbie Kontroli albo po zakończonej karierze pionu politycznego kontroli wojska. Pierwszy szok z pracy był taki, że każda spółka akcyjna to jednak przepełniona biurokracją komuna, a ja trafiłem do biura, w którym nawet kawa parzyła się na czerwono. Drugi szok był taki, że nigdy niczego mi nie brakowało. Na studiach największym moim problemem było gubienie długopisów. Kiedy byłem głodny, pizza w byłym "Zodiaku" była zbyt droga (zdarzała się może 2 razy w roku), chodziłem więc na chińszczyznę z budy. Wówczas najczęściej kupowałem ryż warzywami – 4,50 zł, ponieważ z kurczakiem kosztował 7 zł, a dokupując kajzerkę, byłem najedzony. Zgubienie długopisu mogło oznaczać, że musiałem kupić drugi, czyli tego dnia, jeśli zabrakło kanapek, już nie jadłem.
Gdy poszedłem do pracy, wpadłem w miejsce, gdzie otrzymałem wszystko. Artykułów biurowych, jakich chciałem i ile chciałem. Prawników, materiałów z prasy, książek czy publikacji, polskich czy zagranicznych.... proszę uprzejmie, do wyboru, do koloru. Jeżeli coś mnie ciekawiło, jakiś materiał czy opinia, wcale nie musiało to dotyczyć prowadzonej sprawy – i tak otrzymywałem najpóźniej w ciągu kilku dni, jakby najważniejszą rzeczą w firmie był mój rozwój. Moim bezpośrednim przełożonym był weteran milicji, wieloletni komendant dzielnicy Warszawa-Mokotów. Człowiek bardzo komunikatywny, cechujący się niezwykłą zdolnością zdobywania informacji. Wkładał sporo wysiłku, aby te same umiejętności przekazać mnie. Jedną z ważniejszych rzeczy, których tam się nauczyłem, to poważnego traktowania tego, co mówię lub czytam. Gdybanie to jest dobre pod prysznicem, w burzy mózgów albo przy szukaniu prawdy. Słowo pisane lub mówione ma zawsze odpowiadać faktom. Żadnych wniosków z sufitu. Jeżeli mówisz lub piszesz, to musisz rozumieć, co mówisz lub piszesz, a nie tylko myśleć, że to rozumiesz. Całkowity brak miejsca na własne pomysły, definiujące rzeczy dawno zdefiniowane. Żadnej nadinterpretacji, naciągania, koloryzowania. Żadnej krytyki pisanej. Od krytyki są adresaci przekazu. Krytyka ustna, innych pomysłów czy rozwiązań – w trakcie badań, owszem mile widziana, ale nie bez własnej inwencji. Jakieś rozwiązanie uważasz za złe? Zaproponuj własny pomysł albo się nie odzywaj. Żadnej krytyki dla krytyki. Żadnego bełkotu o niczym. Masz coś do powiedzenia, albo milczysz. Każda wypowiedź ma coś wnosić i rozróżniać argumenty od subiektywnej oceny, a poglądy od faktów – co u moich liberalnych i brukselskich dyskutantów się nie zdarza.
W takich warunkach przepracowałem 6 lat, aż nadszedł moment, kiedy chciałem więcej. Oczekiwania zaczęły rosnąć, gdyż moja praca cechowała się tym, iż widziałem wymierny finansowy efekt tego, co robię. Widok dużych pieniędzy nieco mącił w głowie, ale też i naprowadził mnie na "niezwykle odkrywczy" wniosek: "jeżeli chcesz realizować marzenia – wypracowany przez ciebie dochód musi trafiać do twojej kieszeni, a nie pracodawcy". Jeżeli chcesz mieć chorągiew husarii, odrestaurować pałac, wesprzeć Polaków na obczyźnie, zbudować lodowisko z trybunami i utrzymywać klub hokejowy w 100-tysięcznej aglomeracji z budżetem 20 mln, a powiązań politycznych nie masz – pracuj u siebie. Zresztą... zaledwie kilka razy w życiu spotkałem osoby, które otarły się o politykę. Ich zachowanie, postawa i koncepcja na życie były nie do przyjęcia. Szybko zrozumiałem, że do utrzymywania relacji z takimi ludźmi trzeba mieć specjalne zdolności. Ja nawet do słuchania tego, co oni mają do powiedzenia, raczej się nie nadawałem, więc nawiązywanie z nimi relacji było zupełną abstrakcją. Prowadzenie przeze mnie działalności gospodarczej, wówczas osobę kompletnie bez doświadczenia i podstawowej wiedzy o tym, czym się kierować, budując przedsiębiorstwo; brak kogokolwiek, kto umiałby w kluczowych sprawach realnie doradzić... różny miało przebieg. Najgorsze były błędy związane z wydawaniem pieniędzy na rzeczy, na które pieniędzy nie należało wydawać. Dzisiaj także takie błędy oczywiście popełniam, ale z mniejszymi konsekwencjami. Największym błędem było prowadzenie działalności gospodarczej na siebie. Twoja uczciwość nie ma żadnego znaczenia, zawsze musisz być gotowy, że przyjdą Cię wykończyć, i masz 100% pewności, że takie próby podejmą. Pierwsze, o czym zawsze musisz myśleć, to zneutralizowanie wszystkich zagrożeń związanych z rodziną, bo jak przyjdą cię zniszczyć, to razem z nimi.
Moją drugą bolączką, która skutecznie wyhamowywała mój rozwój, była marna zdolność do wykorzystywania okazji. Dzisiaj stwierdzam, że zarządzając firmą, zawsze natrafisz na okazje i możliwości bardzo znacznego poprawienia finansów, ale wykorzystasz je tylko wówczas, gdy działasz i wszystko zrobisz prawidłowo. Brak doświadczenia, tudzież doradcy (jakim ja będę dla mojego syna, jeżeli zajdzie taka potrzeba), sprawiło że mimo wielu bardzo udanych transakcji popełniłem zaledwie kilka błędnych, za to kosztownych decyzji, i to na szczeblu elementarnym. Zniweczyły one na zawsze osiągnięcie przeze mnie poziomu przedsiębiorcy na wysokim poziomie. Niemniej w roku 2007 odpowiadałem bezpośrednio za dziesiątki pracowników na Ukrainie i kilkunastu w Polsce. Największe zadowolenie dało mi to, że tak się odbudowałem po klęsce, jaką poniosłem rok wcześniej, gdy straciłem pieniądze przez zbagatelizowanie zasady "cokolwiek robisz, to zawsze profesjonalnie". Potem, w roku 2007, stałem się jednym z tych, dzięki którym deficyt RP był tylko ujemny, ale już nie pikował w dół. Korzyści dla gospodarki z moich firm były bardzo wymierne. Byłem również nieco egoistycznie dumny, że udawało mi się pomóc Polakom na Ukrainie (od których los często wymaga wkładania większej energii w zachowanie tożsamości niż od ich potomków pod zaborami). Dawałem im pracę w dobie największego kryzysu, mogłem kupić organy dla polskiego kościoła albo mieć udział w akcjach jednego z konsulów we Lwowie, który wił się jak piskorz po godzinach pracy, aby organizować naszych rodaków na Wschodzie, pomagać im poprawić status czy wspierać zwykłe poczucie dumy z pochodzenia. Prowadziłem firmę, która się rozrastała, działała międzynarodowo i stała się poważnym graczem na rynku.
Moje szanse na rozwój i realizację marzeń skończyły się z wejściem do firmy Urzędu Celnego w roku 2008. Przyczyną był milionowy "bonus" karny, który oczywiście nigdy nie został przeze mnie urzędowi wpłacony. Przyczyna? Niedopełnienie formalności według nowo wprowadzonych regulacji, o których to nie miałem fizycznej możliwości nawet wiedzieć. Aby wybronić się przed potencjałem takiego urzędu oraz ich nie mniejszą potrzebą zniszczenia – trzeba dużych pieniędzy i znacznego potencjału własnego, na który może sobie pozwolić... powiedzmy 2% małych i średnich firm. Sądownie wygrałem po kilku latach, co nic już nie dało poza satysfakcją. Obciążenia, pomoc prawna, kredyty, których wobec zatrzymania firmy nie było z czego spłacać, koszty i utrudnienia administracyjne – w trakcie wyjaśniania sprawy wykończyły firmę, jej finanse i mnie.
Za żniwem zniszczeń w polskiej przedsiębiorczości przez administrację stoi także polski minimalizm, przez który obywatel RP jest spełniony. Dopełnia swego szczęścia, gdy na chleb mu wystarcza i zdjęcia z wyjazdu na wakacje w Internecie umieści. Szary obywatel nie dostrzega patologii, która przekłada się na jego ubożenie. Przez minimalizm nie jest on nawet świadom, jak wiele stracił, tudzież ile więcej jemu się należy. Naturalnie, wymiernie z tego korzystają mieszkańcy krajów, którzy tego rodzaju świadomość posiadają.
Po upadku w roku 2010 czekała mnie walka o wyjście z bagna i emigracja albo budowa firmy od nowa... co w sumie się udało. Odbudowałem się w roku 2018, opierając się głównie na ogólnie pojętej logistyce między Ukrainą/Rosją a strefą EOG. Kontrahent zgłasza posiadanie towaru w jakiejś części świata i dokumenty do niego, a ja dorabiam dokumenty brakujące. Jeżeli zachodzi potrzeba, dostosowuję towar gdzieś po drodze, podstawiam na wybrane miejsce rosyjskiej strefy wpływów i robię to tak, aby na końcu dostawy nikt nie doszedł, skąd ten towar się w ogóle wziął, ani za ile.
Do realizacji wykorzystuję kilka podmiotów w Polsce i kilka poza nią, które razem tworzą tzw. układ gwiezdny. Typowy twór powstały efektem regulacji UE, dzięki którym mamy 10 razy więcej firm niż ich do obsługi gospodarczej potrzebujemy. Tak, aby od producenta do finalnego nabywcy już w połowie drogi nikt nie doszedł, co to właściwie za towar, skąd i za ile. Zresztą podobnie jest z pochodnymi finansowymi, których już w roku 2010 było na świecie jedenaście razy więcej niż pieniędzy na rynku, a doszły inne i kryptowaluty. Zwykle przebywam w Polsce, ale najchętniej pracuję na Łotwie, a także na Węgrzech, gdzie otwiera się bardzo ładna perspektywa wobec ich neutralnej postawy do wojny ukraińskiej.
Trafiają do mnie również problemy do rozwiązania, jakie w UE napotykają firmy ze Wschodu, a także kłopoty, w jakie wpadają firmy RP na Wschodzie. Z końcem wojny ukraińskiej, spodziewam się, że polskie firmy sporo na Wschodzie zainwestują, czyli Polacy stracą tam ogromne majątki. Dlatego dużo czasu spędzam na Ukrainie, muszę najpierw dopilnować i zadbać o tego, kto płaci. Zarys związku gospodarczego Polska-Ukraina-Anglia-ProBałtyki-USA (połączone z Polexitem lub nie) wygląda dość obiecująco dla osób przedsiębiorczych, choć nie wiem, czy mam jeszcze siłę i potencjał, aby do takowej elity jeszcze predysponować.
Biznes kocha stabilizację – przedsiębiorczość kocha rewolucje. maksyma własna
Wejściem Polski do Unii Europejskiej w roku 2003 Polska połączyła swój obszar celny z pozostałymi krajami UE. Od roku 2004, aby dokonywać transakcji z krajami Wspólnoty, wystarczyło dokonać zgłoszenia skarbowego na specjalnym druku skarbowym w celu oddzielnego rozliczania VAT-u. Druk obejmował wówczas mnóstwo kwadracików, każdy z opisem powołującym się na przepisy, ale z opisem nieprecyzującym kompletnie niczego. Jeden wielki bełkot, którego zupełnie nie sposób zrozumieć. Oddałem więc sprawę księgowej, która zaznaczyła odpowiedni kwadracik i wysłała – jak się okazało - błędnie. Prowadząc dalej działalność gospodarczą, kilkukrotnie sprzedałem towar do Anglii, ale po roku jeden z urzędników dopatrzył się, że według zaznaczonych kwadracików to ja mogę towar z Anglii jedynie kupować, ale nie mogę go Anglikom sprzedawać. Szybko zrozumieli, że mnie mają. Za wysłanie towaru do Anglii doliczono mi VAT do zapłaty. Ogromną kwotę pieniędzy, jaką nie miałem nawet możliwości dysponować, ponieważ podatek VAT jest powiązany wyłącznie z transakcjami na rynkach wewnętrznych i transakcje międzynarodowe są poza VAT-em. Żeby mieć na ten VAT, musiałbym kwotę otrzymać od kontrahenta, ale nie otrzymałem, ponieważ transakcja była wewnątrz UE.
To było moje pierwsze zderzenie z urzędniczą manią egzekwowania niejasnych lub zawiłych regulacji... albo jak ktoś woli - "błędów" przedsiębiorców, poprzez opodatkowywanie transakcji przeszłych, których skutecznie opodatkować się nie da. Jeżeli urząd wyliczy, że masz do zapłaty np. 100 000 zł, ponieważ pobrałeś tę kwotę od klienta (np. w formie VAT-u), ale jej urzędowi nie wpłaciłeś – jest to, co do zasady, zrozumiałe. Naliczanie jednak do zapłaty opłat, jakby pieniądze z bankomatu były, to jakiś polski kretynizm i dramat. Żaden z tych urzędniczych pasożytów, poczynając od tych, którzy tworzą przepisy, nie rozumie kwestii zupełnie elementarnych. Podatek to jest danina, którą pobieramy od kontrahenta, po czym część dokonanej przez niego zapłaty w ramach podatku przekazujemy skarbowi państwa. Pieniądze nie pochodzą z bankomatu.
Administracja, chcąc kogoś obciążyć dodatkowym podatkiem, musi najpierw rozumieć, że on te pieniądze musi w ogóle mieć.
Jeżeli podatek nie został pobrany w zapłacie za towar czy usługę, to nie da się skutecznie nałożyć go do zapłaty, bo tych pieniędzy nie ma.
Najlepsze, że tego rodzaju nałożona opłata jest nazwana podatkiem ale wcale nim nie jest, ponieważ jest niezgodna z definicją podatku. Podatek to danina, która obciąża albo majątek (podatek bezpośredni), albo przedmiot nabycia (podatek pośredni, np. akcyzowy) – a zawsze faktycznie obciąża nabywcę lub sprzedawcę.
Jeżeli obciążono przedmiot nabycia w sposób, który nie obciąża ani środków nabywcy, ani dochodu sprzedawcy – danina nie jest podatkiem, a kara powiększająca daninę jest niezgodna z Konstytucją.
Tylko że podatki egzekwuje administracja, a dla administracji niewiele z tych oczywistości wynika. Mają władzę. Mogą wszystko i z każdym razem. Jak zechcą, to wcisną rolnikowi, że jego kura to osioł z grupy glonów słodkowodnych, po czym nałożą na niego podatek rybny i drogowy za niszczenie asfaltu podkowami z nieekologicznej stali.
Wyczerpująca walka z urzędem w tej sprawie ujawniła tysiące firm, które się borykały z podobnymi problemami. W końcu ktoś dostrzegł kretynizm tej regulacji, a nawet na początku roku 2007 podjęto próbę dokonania zmiany i napisano poprawkę do ustawy. Treść sprowadzała przepis do obowiązku zgłoszenia transakcji międzynarodowych, bez dzielenia ich na dziwne składowe, których efektem były pomyłki w wypełnianiu druku. Tak więc nie zmieniono chorego systemu karania za błąd administracyjny, tylko napisano poprawkę, która likwiduje możliwość popełnienia tego błędu. Wprowadzono uproszczenie: "jeżeli zgłosiłeś, to handlujesz i basta" – ale sprawa utknęła w sejmie. Zerwanie koalicji w roku 2007 zawaliło wszystko. Nowe wybory i nowy premier, który stosując taktykę spalonej ziemi (Bóg wie za co na nas) – choć od Stalina zapomnianą w Europie, wyrzucił do śmieci wszystkie projekty ustaw, bo należały do poprzedników. Niebywałe... a jednak. Mój pracujący w Brukseli przyjaciel stwierdził, że to jest OK, bo nowa władza sprawę wyprostuje, gdyż podkradanie sobie nawzajem ustaw przez różne partie to standard i chleb codzienny naszego życia politycznego. Tylko że do podkradzenia tej ustawy nie doszło, bo zmiany wprowadzone nie zostały.
To było moje pierwsze zderzenie z polskim standardem, który polegał na eskalacji patologii, rozbijaniu przedsiębiorstw i wzmaganiu bezrobocia. Stało się nagle jasne, co mnie czeka przez następne lata. Zrozumiałem, że ta postkomunistyczna banda zwyrodnialców zrobi wszystko, aby mi dołożyć. Ich cel zawsze będzie jeden. Pokazać sukces poprzez zniszczenie przedsiębiorstwa. O ile wiem, żaden rząd europejski, nigdy nawet nie wpadł na pomysł palenia projektów poprzedników, zawsze ma miejsce kontynuacja polityki państwa – przede wszystkim na polu międzynarodowym. Czesi żarli się wówczas niczym psy na dopingu, ale poza granicami byli jak Niemcy. Także w sferach gospodarczych. Donald Trump odszedł, Joe Biden przyszedł, a dostawy broni i F35 do Polski zwiększono, a nie zmniejszono i zainwestowano w przemysł zbrojeniowy RP, aby polskie potrzeby składać w Polsce. Jednak u nas tego rodzaju standardy ciągłości politycznej nie obowiązują. Premier Jerzy Buzek dogadał się z Norwegami w sprawie gazociągu przez Bałtyk, a premierzy Leszek Miller (SLD) z Waldemarem Pawlakiem (PSL) budowę wypowiedzieli. Waldemar Pawlak broni decyzji do dzisiaj, a Leszek Miller gra pierwsze skrzypce w głoszeniu medialnego stanowiska politycznego SLD. Norwegów, mówiąc oględnie, szlag trafił i cokolwiek nas teraz unikają, a my, aż po zakończenie budowy rury przez władze roku 2022, latami płaciliśmy za gaz jak za złoto, wyrzucając ciężkie miliardy w błoto. Dzisiaj mamy pretensje do Rosji, że szturmuje Ukrainę, choć latami pompowaliśmy pieniądze w naszego zadeklarowanego przeciwnika, jakim jest Federacja Rosyjska, która w ramach rekompensaty i za nasze pieniądze, muzułmanów na granicę z Białorusią nam sprowadziła.
Dzisiaj wiadomo, że Rosja zapragnęła, aby Europa zajęta kolejnymi kłopotami z migrantami, nie angażowała się w konflikt na Ukrainie, a potem osiągnęła sukces drastycznych podwyżek cen surowców poprzez doprowadzenie do największego kryzysu energetycznego w historii – a my za sprawą ówczesnej głupoty słono za tę głupotę premiera Leszka Millera, płacimy. Społecznie nadal jednak głosujemy zarówno na SLD (Leszek Miller), jak i PSL (Waldemar Pawlak), a ich partie są z nich dumne jak spadkobiercy UPA z banderowców. Gospodarka czy budżet państwa nikogo nie obchodziły, liczyły się wyłącznie zranione uczucia. Gdyby politycy ponosili konsekwencje swoich decyzji, częściej używaliby rozumów, ale oni tych konsekwencji nie ponoszą – to jest jedną z naszych największych tragedii.
Niedoszła koalicja PO-PiS po wyborach roku 2005, ku radości władzy sądowniczej, legła w gruzach. Umowa koalicyjna obejmowała również reformę sądownictwa systemem dyscyplinarnym i faktyczną likwidacją samowybieralności władz sądowniczych. To co wówczas liberalne PO umieściło w zapisach umowy, dzisiaj w wykonaniu PiS-u nazywa rozmontowywaniem sądów. Okazało się, że wygranie wyborów roku 2005 przez PiS i ordynacja zmuszająca do koalicji była naszym dramatem. Żądania koalicyjne PO, które dawały zwyciężonym większą władzę niżeli zwycięzcom, były więc przez PiS nie do przyjęcia. Niby logiczne... Mówili: "Wygraliśmy wybory, to obejmujemy władzę", tylko czy słuszne?
Sądownictwa nie zreformowano, a lider – Donald Tusk zobaczył władzę w zasięgu ręki i został odrzucony. Dać upust emocjom... gdzie świetnie sprawdziła się koncepcja propagandowa, oparta na negacji. Jak mawia elementarz młodego propagandysty: "antagonizmy dyscyplinują elektorat", co przełożyło się na społeczeństwo, trwa do dzisiaj i przekłada się na nas, przedsiębiorców. Od wygranej liberalno-lewicowej roku 2007 czekało nas 8 lat rządu, którego premierem nie był wartościowy ekonomista, tylko sfrustrowany politruk, który nakazał torpedowanie wszystkiego, co dotyczyło poprzedników politycznych i robienie dokładnie odwrotnie niż poprzednicy. Bez jakichkolwiek analiz, sensowności czy logiki.
Obciążenie narzucone na mnie przez Urząd Skarbowy za nieprawidłowe wypełnienie druku zgłoszenia NIP-VAT-UE było bardzo duże, ale akurat przeze mnie okazało się do pokonania, choć wielkimi wyrzeczeniami i pomocą z zewnątrz. U mnie to było tylko kilka transakcji. Dla innych, znacznie większych często podmiotów, które również zaliczyły tego rodzaju cios... takie nagłe dodatkowe obciążenie kończyło się zwykle ich likwidacją. Dotyczyło to zarówno firm małych, jak i dużych, gdyż wlepione kary były zwykle nieegzekwowalne. Czasem firma może nawet mieć wystarczające pieniądze, ale prowadzenie firmy to często ogromny wysiłek, brak wakacji i brak życia prywatnego. I to w ogóle. A nikt nie pracuje dla idei, tylko dla pieniędzy, nie wyda więc milionów na zapchanie urzędniczego ego. Jeżeli ma możliwość, woli się więc po prostu zlikwidować.
Fiskus, patrząc krótkowzrocznie, być może jest w stanie wyliczyć, że niszcząc 100 firm, wyegzekwuje wielkie kwoty od 5 z nich i będzie miał więcej pieniędzy niż z kilkuletnich podatków od tych 100 – jeżeli pozwoli im nie upaść. Dziwny to kalkulator... ale możliwy, inaczej uzasadnić ich działania nie sposób. Ale skoro już gdybamy, to gdybym już wówczas osiągnął możliwości gospodarcze z roku 2010, byłbym naliczony na minimum 8 milionów. Mogłem je osiągnąć, uniemożliwiło to brak doświadczenia, kilka prostych błędów i brak pomocy, ale wszystko miałem na ręku. Może tu jest sedno, ale także ironia życiowa. Gdybym sukces osiągnął już wówczas i wcześniej pracował w dużej skali (ponad 100 mln obrotów rocznie), zostałbym zniszczony przez Urząd Skarbowy już w roku 2009, a przy takich kwotach, może skończyłoby się to dla mnie więzieniem.
Co ciekawe, wiele z Urzędów Skarbowych samo dostrzegło patologie przepisu i jego destrukcyjny charakter, np. US Piaseczno dawało możliwość wstecznego dokonania poprawek w zgłoszeniu (w końcu chodziło tylko o postawienie "ptaszka" we właściwym kwadraciku), ale nie wszystkie US kierowały się logiką, więc tysiące firm zostało zniszczonych. Ja tym razem, bardzo dziwnym zrządzeniem losu, uniknąłem kata. Wykorzystałem niedoskonałość systemu i zaryzykowałem znacznie więcej, ale się udało. Pomyślałem sobie: "Opatrzność czuwa, tak szybko mnie, Donald, nie wykończysz, musisz mocniej pokombinować". To było dla mnie potężne zderzenie z realiami. Ten czas wywrócił moje podejście do biznesu do góry nogami, choć jak się okazało później... za mało radykalnie. Wtedy zrozumiałem również, że chcąc próbować rozwijać się dalej, nie mogę mieć czegokolwiek. Mogę oficjalnie być posiadaczem, ale nigdy właścicielem domu, samochodu... niczego, co urzędujący w administracji zwyrodnialcy będą mogli mnie pozbawić. Jeżeli tylko zwęszą możliwość pozostawienia mojej rodziny z niczym, z dnia na dzień po prostu to zrobią. Bez mrugnięcia powieką i z uśmiechem na twarzy.
Epilog tej sprawy przyszedł jednak 5 lat później, jakoś w roku 2012/2013. Rzecz niebywała, ale Najwyższy Sąd Administracyjny ostatecznie orzekł, że zgłoszenie transakcji do UE, choć błędnie wypełnione, nie może zostać odrzucone i zinterpretowane na niekorzyść podatnika. Zrobili to po 5 latach i zniszczeniu kilku tysięcy rodzin. Zrobili to po 5 latach, kiedy jednak nowa władza odgrzebała poprawkę poprzedników, wniosła jako swoją – gdzie sposób zgłoszenia handlu w ramach Unii Europejskiej został uproszczony do minimum jak w krajach cywilizowanych. Tysiące firm przestało istnieć, tysiące podatników straciło swoje dorobki, a Państwo tysiące płatników podatku.
Ja póki co przetrwałem. Już wtedy było jasne, że maksyma, jaką należy się kierować, brzmi:
Licz na najlepsze, przygotuj się na najgorsze.
Jack Reacher, parafrazując Ziga Ziglara
Ale ja tej maksymy wówczas jeszcze nie znałem.