Polski Paryż. Śladem malarek, pisarzy, kreatorów stylu - Adam Chowański

-
Proszę czekać

Przypisy

WSTĘP

1 Zob. O. Zdrojewski, Pamiątki polskie w Paryżu, Polska YMCA, Paryż 1946.

PARYŻ WYGNAŃCÓW

1 M. Mochnacki, Listy Maurycego Mochnackiego i brata jego Kamila wyszłych z wojskiem polskim do Francji w r. 1831. Pisane z Paryża, Metz i Awinion do rodziców swoich w Galicji, [w:] tenże, Dzieła, t. 1, Poznań 1863, s. 21, cyt. za: M. Iwańska, Paryż w oczach polskich uchodźców u progu Wielkiej Emigracji, "Acta Universitatis Lodzinsis. Folia Historica" 1998, nr 63, [online] https://czasopisma.uni.lodz.pl/historica/article/view/21850 [dostęp: 14 maja 2026].

2 Zob. M. Iwańska, Paryż w oczach polskich uchodźców u progu Wielkiej Emigracji, dz. cyt.

3 Zob. I. Domeyko, Moje podróże. Pamiętniki wygnańca I, Zakład Narodowy im. Ossolińskich, Wrocław-Warszawa-Kraków 1962, s. 102-222.

4 Tamże, s. 118.

5 Zob. M. Iwańska, Paryż w oczach polskich uchodźców u progu Wielkiej Emigracji, dz. cyt., s. 7-8.

6 I. Domeyko, Moje podróże, dz. cyt., s. 117.

7 M. Iwańska, Paryż w oczach polskich uchodźców u progu Wielkiej Emigracji, dz. cyt., s. 9-10.

8 I. Domeyko, Moje podróże, dz. cyt., s. 127.

9 M. Pawlikowska-Jasnorzewska, Paryż, [online] https://poezja.org/wz/Maria_Pawlikowska-Jasnorzewska/25486/Paryz [dostęp: 14 maja 2026].

10 Zob. E. Papalski, Z Polonią i Polską w sercu, Wydawnictwo Nord Avril, Bouvignies 2016.

Trudny związek

To nie była miłość od pierwszego wejrzenia. Paryż, w swojej dumie i wyniosłości, najwidoczniej nie zwykł pokazywać się w pełnej krasie tym, którzy widzą w nim jedynie kolejną pocztówkową dekorację do odhaczenia. Dopiero później pojąłem, że jego ukryte oblicze zarezerwowane jest dla tych, którzy sprostają temu, co miasto dla nich przygotowało.

Przez lata traktowałem stolicę Francji jak obowiązkowy punkt na mapie. Przyjeżdżałem tu jako turysta i przemierzałem ulice z tą samą gorączkową skrupulatnością co tysiące innych odwiedzających. Najczęściej wpadałem w weekendy, gdy miasto pękało w szwach, a moja agenda, napięta do granic możliwości, przypominała raczej listę zadań do wykonania niż zaproszenie do celebracji życia. Pamiętam ten chaos. Przesuwałem się w gęstym morzu ludzi, z których każdy miał ten sam desperacki plan: zobaczyć wszystko w czterdzieści osiem godzin. Frustracja i znużenie narastały z każdą minutą spóźnienia autobusu i straconą szansą "zaliczenia" kolejnej atrakcji. W tamte dni Paryż wydawał mi się głośny, przeładowany bodźcami i brutalnie obojętny.

Wejście na Most Aleksandra III

Byłem gotów uwierzyć w autentyczność syndromu paryskiego. Media uwielbiają o nim przypominać, zwłaszcza w sezonie ogórkowym, i karmić czytelników opowieściami o turystach, którzy na widok brudnego metra czy po spotkaniu z gburowatym kelnerem popadają w obłęd. W rzeczywistości nie jest to choroba, lecz reakcja organizmu, od zawrotów głowy po stany lękowe, wywołana stresem i zderzeniem wyidealizowanych wyobrażeń z twardą europejską rzeczywistością. Zdarza się zaledwie garstce ludzi, głównie przybyszom z Japonii, dla których szok kulturowy okazuje się zbyt silny. Choć to zjawisko rzadkie i nader rozdmuchane, wtedy, w tłumie pod Wieżą Eiffla, czułem, że rozumiem jego mechanizm. Paryż był jak koszmar odziany w eleganckie szaty.

Café gourmand, czyli kawa i małe co nieco

Jak każdy surowy mentor postanowił wystawić moją wytrwałość na próbę. Jakby chciał sprawdzić, czy pod płaszczem pośpiechu kryje się ktoś wart jego prawdziwych tajemnic. Postanowiłem dać mu drugą, a potem nawet trzecią szansę. Tym razem przyjechałem poza sezonem, w środku tygodnia. Wszelkie plany zostawiłem w hotelowej szufladzie. Główne zabytki miałem już za sobą - nie musiałem walczyć o ich uwagę, nie byłem ich dłużnikiem. I wtedy zadziałała magia: czas przestał gonić i zaczął się sączyć.

Dokładnie pamiętam ten moment. Zupełnie przypadkiem trafiłem na Wyspę św. Ludwika (Île Saint-Louis), kilka kroków od najbardziej zatłoczonej części miasta, a jednak odciętą od jej zgiełku. Uderzył mnie jej spokój, niemal senny, kojący; jakbym znalazł się w małym, prowincjonalnym miasteczku, a nie w sercu Paryża. Usiadłem w ogródku - a mówiąc po parysku: na tarasie - restauracji Le Flore en l'Île, tuż przy moście. Zamówiłem café gourmand, tę genialną w swojej prostocie "kawę łasucha": espresso, któremu towarzyszą trzy bądź cztery miniaturowe desery, za każdym razem inne, będące popisem cukierniczej inwencji. W oddali majaczył monumentalny zarys Panteonu, z sąsiedniej wyspy Cité wychylały się fragmenty Katedry Notre-Dame, a na pobliskim moście saksofonista snuł melodię, która zdawała się unosić nad nurtem Sekwany. To była uczta dla wszystkich zmysłów! Kwintesencja paryskości: nieuchwytna mieszanka melancholii i absolutnego zachwytu nad chwilą.

Wówczas też po raz pierwszy w życiu przez głowę przemknęła mi nieśmiała myśl: a gdyby tak stać się częścią tego miejsca? Nigdy wcześniej nie planowałem życia za granicą, ale tam, na Île Saint-Louis, przestałem czuć się gościem - i nie potrafiłem tego wtedy wyjaśnić. Niedługo potem zacząłem zgłębiać historię okolicznych kamienic i odkryłem, że spokój, który mnie otoczył, utkany jest z losów moich rodaczek i rodaków. To właśnie tutaj przez wieki splatały się losy Paryża i Polski. W murach Biblioteki Polskiej biło serce polskiej myśli i kultury, a w pobliskiej rezydencji Wielka Emigracja próbowała poskładać swoje życie na nowo. Tędy spacerowała Maria Skłodowska-Curie. Tu swoje imperium budowała niezwykła Helena Rubinstein. Może to ta niewidzialna energia dawnych dziejów sprawiła, że poczułem się tu jak w domu?

Moja miłość, która zaczęła się na tym skrawku lądu, wkrótce rozlała się na całe miasto, odkrywając przede mną kolejne warstwy polskiego Paryża. Miasto przestało być dla mnie jedynie tłem, a stało się żywą, szeptaną do ucha opowieścią, którą postanowiłem się podzielić ze wszystkimi.

Jak pisał Olgierd Zdrojewski w pierwszym powojennym przewodniku (z 1946 roku) po polskich pamiątkach w Paryżu, to właśnie tu "wgryźliśmy się mocno w życie stolicy Francji i zostawiliśmy na nim ślady"1. Ślady te nie układają się w linearną historię. Paryż nie jest jednowymiarowym obrazem. Rozsiane po mieście tworzą raczej splątany wzór.

Nieprzypadkowo sztuka tkania stała się jednym z symboli Paryża. W XV wieku w 13. okręgu, nad brzegami dawnej rzeki Bi?vre, rodzina Gobelinów założyła farbiarnię słynącą z produkcji głębokiego szkarłatu. Blisko dwa wieki później sprowadzono tu flamandzkich mistrzów tkactwa i pod dzisiejszym adresem 42, avenue des Gobelins powstała Królewska Manufaktura Gobelinów.

Tworzenie gobelinu wymaga cierpliwości, precyzji i umiejętności dostrzegania całości w tysiącach pojedynczych nici. Tak właśnie widzę Paryż - jako wielowarstwową tkaninę, w której nakładają się na siebie różne epoki i ślady. To skojarzenie prowadzi mnie do Muzeum Cluny, położonego w samym sercu Dzielnicy Łacińskiej. Dawna posiadłość opata stoi na ruinach starożytnych rzymskich łaźni; ich fragmenty przezierają przez gotyckie mury. Po wejściu uderza mnie zapach starego budynku. Pośpiesznie mijam inkrustowane relikwiarze, zdobione krucyfiksy i witraże mieniące się wszystkimi kolorami tęczy. Czuję na plecach srogie spojrzenia rzeźbionych świętych, najwyraźniej niepocieszonych moją obojętnością. Z lekkim wyrzutem sumienia obiecuję im, że wkrótce wrócę, ale dziś podążam za inną fascynacją.

Wreszcie docieram do sali spowitej kojącym półmrokiem chroniącym tkaniny przed światłem. Przede mną sześć potężnych gobelinów z cyklu "Dama z jednorożcem". Z daleka tworzą elegancką scenę dworską. Im dłużej jednak patrzę, tym więcej dostrzegam detali: spojrzenie jednorożca, gest Damy, herb z trzema srebrnymi półksiężycami rodu Le Viste, powracający na kolejnych tkaninach, oraz drobne kwiaty millefleurs, rozsiane po tle jakby przypadkiem - a jednak każdy z nich każe oku się zatrzymać. I właśnie to utwierdza mnie w przekonaniu, że patrzę nie tylko na średniowieczne dzieło sztuki, lecz także na doskonałą metaforę Paryża.

Polski Paryż nie daje się po prostu opowiedzieć: trzeba go przechodzić krok po kroku, zatrzymywać się przy szczegółach, wracać do miejsc, które pozornie nie mają ze sobą nic wspólnego, dopiero stopniowo układają się w całość. Polskie ślady co jakiś czas wychodzą na powierzchnię miasta - jak nici gobelinu - i tylko od uważności zależy, czy uda się je dostrzec. W tej książce próbuję je wychwytywać i podążać za ich opowieścią.

Nie przedstawiam historii polsko-francuskich relacji jako zamkniętej całości. Traktuję Paryż jak relację - coś, co buduje się między człowiekiem a miejscem: przez doświadczenie, przyzwyczajenie, język i pamięć. I podobnie jak każda relacja, ta też ma swoje fazy: pierwsze zauroczenie, momenty rozczarowania, stopniowe oswajanie, bliskość i chłód. Podążam tropem miejsc i wydarzeń, w których przecinały się losy Polaków i Francuzów, oraz postaci, dzięki którym możemy zobaczyć miasto niemal z bliska. Czasem opowiadam historie, czasem prowadzę jak przewodnik - w zależności od tego, co dane miejsce samo podpowiada. Wszystkie adresy, pod które zaglądam, zbieram na końcu książki.

Zapraszam Cię do wspólnego spaceru. Odrzuć turystyczny pośpiech, zamów kawę i pozwól, by historie zapisane w paryskim bruku opowiedziały nam o nas samych. Bo Paryż, choć francuski, przesiąknięty jest na wskroś polskością.

Miasto hałasu

Stoję na rue du Mail w 2. okręgu i myślę, że to jedno z tych miejsc, które łatwo przeoczyć: nic się tu nie narzuca, nie domaga się zatrzymania. A jednak właśnie w tym punkcie zaczyna się jedna z ważniejszych polskich historii w Paryżu. To tu w 1832 roku wysiadł Adam Mickiewicz. Przyjechał nocą, extrapocztą, razem z przyjacielem Ignacym Domeyką. Zatrzymali się niedaleko stąd, na Placu Saints-P?res, przy Hôtelu du Metz, tuż obok biura zajazdu, mniej więcej tam, gdzie dziś jest komisariat policji. Na przyjezdnych czekał Joachim Lelewel.

Była trzecia nad ranem. Miasto jeszcze spało. Ledwo się zdrzemnęli, a już zbudził ich uliczny hałas i turkot kół. Paris, ville de bruit, Paryż, miasto hałasu, zanotował Domeyko. Niesamowite, że dziś pierwsze spotkanie z miastem przynosi podobne wrażenie. Domeyko nie kryje emocji: "Jestem w Paryżu. W mieście, do którego z najrańszych, a mianowicie z uniwersyteckich moich czasów tak gorąco rwałem się, rojąc sobie, że tu jest ognisko wolności, środek i stolica wyższej cywilizacji"4. Na kilka dni przestało mieć znaczenie, że jest tu emigrantem. Zamiast szukać rodaków czy załatwiać formalności, razem z Mickiewiczem ruszyli zwiedzać Paryż. Zaczęli od Tuileries, nieistniejącego już pałacu, który wyobrażali sobie jako "nadzwyczajnej wspaniałości i uroku". Tymczasem na żywo budynek wydał się Domeyce zaskakująco zwyczajny, niemal koszarowy: na dziedzińcu ćwiczyło wojsko, tłum przypatrywał się muszt­rze zza krat. Kolejne miejsca przyniosły podobne rozczarowania; pojawiały się one także w relacjach innych przybyszów. Łucja z Gierdroyciów Rautenstrauchowa w ogóle nie rozpoznała miasta5. Zniecierpliwiona zapytała woźnicę, gdzie właściwie są, na co ten spokojnie jej odpowiedział, że już od godziny na miejscu. "Jak to w Paryżu?! - zdziwiła się. - To, co widzę, jestże Paryż?". Te kłęby dymu i tumany kurzu, poszarzałe dachy, obdrapane, powpychane na siebie kamienice i rynsztoki pełne nieczystości - to miała być stolica? Pierwsze przykre wrażenie potęgował fakt, że wielu Polaków po drodze do Paryża przejeżdżało przez malownicze, dobrze utrzymane miasteczka niemieckie. Ignacy Domeyko przyznaje, że ogarnęło go "jakieś złe przeczucie po tym pierwszym wrażeniu"6. I można się domyślać, że wielu emigrantów mogło odczuwać podobnie. Zresztą trudno się dziwić: przecież nie przyjeżdżali tu jako turyści. Witali nowe miasto ze ściśniętym gardłem, łzami wygnania, z tęsknotą i niepewnością, która zawsze towarzyszy pierwszym krokom w obcym kraju.

Nienawykłych do wielkich miast Polaków męczyły ciągły ruch i hałas, nieustanne odgłosy ulicy: nawoływania sprzedawców, krzyki przekupek, gwar, który nie milknął od rana do wieczora. "Krzyczą (...), czy ich kto słucha, czy nie - wspomina jedna z emigrantek. - Krzyczą za najmniejszą rzeczą"7. Marzena Iwańska zauważa, że właśnie te krzyki "najbardziej (...) znamionowały i ożywiały Paryż". Wystarczyło przejść kilka kroków, by zobaczyć, jak ten miejski spektakl układa się w kolejne kadry: kominiarz głośno zachwala swoje usługi, woziwodę mija szklarz z szufladą na plecach, piekarz prowadzi wózek zaprzężony w psa. W tym samym momencie zza rogu wyłania się mleczarka - rozśmieszona przez małego sprzedawcę gazet, rozlewa po drodze zawartość kubłów. "Co za ruch, co za rozmaitość scen, jakaż gra dowcipów, roztargnienia i pustych żartów, a zarazem przemysłu i pracowitości"8 - konstatuje Ignacy Domeyko.

Ulice Paryża potrafiły się zmieniać w prawdziwe widowisko, przypominające jednocześnie cyrk, teatr i galerię sztuki pod gołym niebem. Można było na nich spotkać żonglerów, komediantów, treserów, poetów recytujących wiersze, a nad Sekwaną - malarzy przy pracy. Autorzy wspomnień podkreślają, że w tym mieście nikt nie wstydził się swoich braków. Jeśli tylko miał czym się wyróżnić, robił to bez wahania.

Podobnie wyglądał ruch uliczny. Przez miasto przewijały się pojazdy o najróżniejszych kształtach: od rozwożących pieczywo skromnych wozów zaprzężonych w psy po długie omnibusy, "ostatni wynalazek". Te ostatnie, choć tanie i dostępne, były niewygodne - trzęsły się bezlitośnie, a w środku panował ścisk. Kto mógł sobie pozwolić na więcej, wybierał podróż kabrioletem lub fiakrem, czyli czterokołową karetą zaprzężoną w parę koni, lecz i tam komfort pozostawał złudny: błoto na kołach, twarde siedzenia, zapachy furmanów i wilgotna słoma zastępująca podłogę stawały się częścią podróży. Paryż miał własny, precyzyjnie pulsujący rytm, który dało się odczytać nie z zegarów, lecz z ulicy. Wieczorem słychać było turkot kabrioletów, nocą wracały karety z teatrów i balów, nad ranem zgrzytały rozklekotane fiakry, a wraz ze świtem pojawiały się wozy dostawców chleba i warzyw.

W tym nieustannym ruchu szczególne miejsce zajmowały kawiarnie, które dla emigrantów były najlepszą lożą do obserwacji stolicy. To właśnie tam spotykali się Paryżanie; prowadzili rozmowy, załatwiali interesy albo po prostu uciekali od domowej nudy. Na przybyszach z Polski szczególne wrażenie robiła sprawność paryskich garçons, zawsze eleganckich, opanowanych, poruszających się między stolikami z taką lekkością, że nawet największy tłok wydawał się uporządkowany. Każdy lokal miał przy tym swój własny charakter i własną publiczność: od skromnych, zatłoczonych kawiarni, gdzie siedziało się niemal "łokieć w łokieć", po eleganckie sale przypominające salony, w których rozmowy toczyły się już ciszej, bardziej powściągliwie, jakby pod dyktando etykiety.

Paryski tłum

Ten miejski spektakl, który tak zdumiewał przybyszów z XIX wieku, sto lat później znajduje swoje bardziej nerwowe i nowocześniejsze odbicie w wierszu Paryż Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej. U niej "miasto hałasu" nabiera iście drapieżnego tempa. Tam gdzie Domeyko słyszał turkot kół i nawoływania rzemieślników, Jasnorzewska rejestruje "ryczące stada wozów"9, w które "szybko jak pociski" wpadają midinetki, czyli paryskie dziewczyny pracujące w domach mody, kwiaciarniach i pracowniach krawieckich. Samo określenie powstało z połączenia słów midi (południe) oraz dînette (mały posiłek). Pracownice domów mody, kwiaciarki i szwaczki, mając do dyspozycji jedynie krótką przerwę w pracy, spędzały ją, jedząc skromny lunch na parkowych ławkach czy na skraju fontann. Współcześni Paryżanie i Paryżanki z niemal nabożną czcią kultywują tę tradycję: około południa biura pustoszeją, a parki i nabrzeża wypełniają się ludźmi celebrującymi obowiązkową przerwę z bagietką lub sałatką w dłoni. Wczesnym popołudniem niemal wszystkie kawiarniane tarasy pękają w szwach, a nad ulicami unosi się gęsty, miarowy szum rozmów.

U Jasnorzewskiej ten radosny niegdyś obraz midinetek zostaje jednak wrzucony w tryby rozpędzonej metropolii, która może być równie zachwycająca co nieludzka. Poetka zauważa też wielokulturowy charakter miasta - dziś oczywisty, ale widoczny także wtedy. Dawne nawoływania przekupek, o których pisał Domeyko, w jej poezji kondensują się w jednym "żałosnym głosiku" gazeciarza, który "jak ptak zgubiony jęczy / wśród tłumów powodzi" swoje "Paris-soir...".

"Rozmaitość scen", która dla jednych stanowi tylko tło życia, dla innych staje się "czarną, pośpieszną, smutną, nieuważną hordą", pędzącą przez miasto niczym mrowisko - symbolem samotności w tłumie. Paryż zdaje się wtedy "za wielki", niedostępny i drogi "jak wężowa skóra". Nawet Wieża Eiffla jawi się jako "grzyb grzechu" tryskający grozą nad miastem. "Bez ciepłego ramienia jakże iść w tym tłumie?" - pada pytanie.

W istocie jednak ogrom Paryża jest w dużej mierze złudzeniem. Jego dzisiejsza powierzchnia jest blisko pięciokrotnie mniejsza niż na przykład Warszawy, odpowiada mniej więcej wielkości Radomia lub Jeleniej Góry.

Domeyko i Jasnorzewska, choć dzieli ich cała epoka, spotykają się w tym samym punkcie: w poczuciu oszołomienia skalą tego miejskiego teatru. Zarówno w 1832, jak i w 1920 roku Paryż trzymał Polaków na dystans swoim blaskiem i hałasem, każąc im szukać własnego miejsca wśród "słów świetlnych, niemądrych". Miasto nie przestało krzyczeć - wciąż domaga się uwagi, wciąż oszałamia rykami skuterów i metra, może budzić ten sam lęk wymieszany z zachwytem. Wciąga nas w swój świet­listy chaos i każe stać się częścią wielkiej, hałaśliwej sceny, na której osoby szukające własnej ścieżki świecą swoim samotnym profilem "jak kameą".

Więzy i więzi

Choć Wielka Emigracja ze swoimi poetami i pianistami ukształtowała naszą wyobraźnię, rzeczywisty rytm polsko-francuskich relacji wyznaczyły tysiące rąk robotników, którzy przybyli tu znacznie później. Dla nich Francja nie była przestrzenią kultury, lecz obietnicą chleba i dachu nad głową. Fala migracji z lat dwudziestych XX wieku - cichsza i mniej widoczna - na stałe wpisała się w pejzaż francuskich kopalń i pól, tworząc warstwę historii, którą dziś odkrywamy głównie z pożółkłych fotografii i wspomnień.

Kiedy myślę o ich pierwszym spotkaniu z tą nową ziemią, widzę je oczami Edwarda Papalskiego, który jako mały chłopiec niemal wiek temu przemierzał tę samą trasę co tysiące innych migrantów, przybyłych na mocy ustawy z 1919 roku. Mogę sobie wyobrazić ten moment: huk stalowych kół, duszny zapach pary, głośny świst lokomotywy i niepewność ściskającą gardło mocniej niż głód. Polacy, gnani demograficznym wyżem odrodzonej ojczyzny i nadzieją na lepsze życie, stali się jedną z najliczniejszych grup imigrantów we Francji. Do 1939 roku przyjechało ich nawet czterysta tysięcy.

Edward Papalski swoje emigracyjne doświadczenia opisał po latach w książce Z Polonią i Polską w sercu10. Jego światem była mała górnicza miejscowość Marles-les-Mines, którą nazywał stolicą Polski we Francji. Krajobraz jego codzienności tworzył labirynt identycznych domków z czerwonej cegły poprzetykany dymiącymi kominami fabryk. Życie towarzyskie - jeśli pozwalało na nie zharowane ciało - toczyło się w orkiestrach, chórach, grupach teatralnych, klubach sportowych i prężnie działających stowarzyszeniach katolickich. Rytm życia wyznaczały przede wszystkim niedziele, święta i msze w miejscowej kaplicy. W tygodniu mężczyźni pracowali w kopalni, a kobiety zajmowały się domem i dziećmi.

Relacje Polaków z Francją w pierwszych dekadach XX wieku rzadko miały romantyczny charakter. Częściej rodziły się w pyle węgla w północnych departamentach Pas-de-Calais lub w smarze w hutach Lotaryngii. To właśnie tam powstawały "Małe Polski" (Petites Polognes) - enklawy, w których polskie słowo mieszało się z dźwiękiem górniczej windy. Na tych osied­lach czas płynął według własnego rytmu: kultywowano tradycje, budowano kościoły i szkoły. Polscy robotnicy stawali się jednym z filarów francuskiego przemysłu. Była to więź trwalsza niż niejeden sojusz polityczny, bo oparta na wspólnym trudzie, ciężkiej pracy i dążeniu do lepszej przyszłości.

Historia nie dała jednak odetchnąć. Wybuch drugiej wojny światowej sprawił, że Francja znów stała się domem dla polskiej myśli państwowej. To tutaj premier Władysław Sikorski próbował poskładać rządy rozbitej Rzeczypospolitej, a w kawiarniach Paryża i konspiracyjnych lokalach rodził się polski ruch oporu. Ten czas naznaczył naszą obecność nad Sekwaną w sposób jednocześnie tragiczny i heroiczny.

Po przejęciu w Polsce władzy przez komunistów część emigrantów wróciła do ojczyzny, często pod wpływem propagandy i nacisków politycznych. W PRL-u wyjazdy były utrudnione, choć wciąż się zdarzały, zwłaszcza w sytuacjach ucieczki przed represjami. Dopiero lata następujące po upadku żelaznej kurtyny przyniosły realne otwarcie granic.

Rok 2004 i wejście Polski do Unii Europejskiej otworzyły kolejny etap tej historii - "Zachód" przestał być przestrzenią konieczności i ucieczki, a stał się miejscem wyboru. Do sporego już gobelinu polsko-francuskich spotkań dołączył nowy wątek - tworzony przez ludzi, którzy przyjeżdżali do Francji z włas­nych chęci i w zupełnie innych warunkach niż wcześniejsze fale migrantów.

Tym razem jednak relację z Francją naznaczył irracjonalny lęk po stronie gospodarza. W mediach, na ulicach i w debacie publicznej narodziła się persona "polskiego hydraulika" - dyżurnego straszaka, symbolu eurosceptycznych obaw przed tańszą siłą roboczą ze Wschodu. Francuscy politycy świadomie podsycali ten obraz, strasząc konkurencją na rynku pracy. Jakże przewrotna okazała się jednak nasza odpowiedź! Polska Organizacja Turystyczna, zamiast obrazić się na ten stereotyp, rozegrała go z błyskotliwym humorem. Adresowana do Francuzów kampania z 2005 roku, przedstawiająca najpierw przystojnego hydraulika, a później także sympatyczną pielęgniarkę z hasłem: "Zostaję w Polsce. Przyjeżdżajcie licznie" (Je reste en Pologne. Venez nombreux!), stała się hitem francuskiej prasy. Było w tym coś odświeżającego - lekkość i autoironia, które potrafiły rozbroić napięcie i pokazać, że nawet komunikacja podszyta uprzedzeniami może się kończyć uśmiechem.

Dziś, gdy z dystansu przyglądamy się migracjom i splątanym losom Polski i Francji, widać wyraźnie, że ta więź ma wymiar nie tylko polityczny i ekonomiczny, lecz także - a może przede wszystkim - emocjonalny. Kształtują ją wzajemne zauroczenia i rozczarowania, podobieństwa odkrywane z radością i różnice, które nierzadko stają się źródłem napięć.

Szacunki demograficzne wskazują, że obecnie w samym Paryżu i jego okolicach mieszka od stu do dwustu tysięcy osób polskiego pochodzenia. Są wśród nich zarówno potomkowie dawnej emigracji, jak i ci, którzy osiedlili się tu zaledwie kilka lat temu, szukając własnej definicji szczęścia. I wciąż dopisują się nowe historie.

Paryż - miasto pełne miłości

Dalsza część w wersji pełnej

Paryż to cudne miasto, ale to miasto dla emigrantów, albo raczej dla ubogiego człowieka najnudniejsza pustynia1.

Kamil Mochnacki, Listy (...) pisane z Paryża, Metz i Awinion do rodziców swoich w Galicji

Na początek spróbujmy zobaczyć Paryż takim, jakim ujrzały go tysiące Polaków, którzy po klęsce powstania listopadowego znaleźli się na francuskiej ziemi. Tę falę przybyszy i przybyszek z Polski określa się mianem Wielkiej Emigracji.

Francja, zwłaszcza pod rządami Ludwika Filipa, była jednym z nielicznych państw europejskich, które otworzyły swe granice dla polskich uchodźców - z rezerwą ze strony władz, ale z głębokim współczuciem i solidarnością francuskiego społeczeństwa. Szacuje się, że około dwóch trzecich emigrantów polistopadowych osiadło właśnie we Francji. Jednak na samym początku Paryż wcale nie czekał na przybyszów z Polski z otwartymi rękami. Jak pisze historyk literatury Krzysztof Rutkowski w szkicu Paryż. Stolica znaków i polscy romantycy, przyjazd do samego Paryża był problematyczny. Obawiając się politycznego fermentu, francuskie władze wolały rozpraszać Polaków po prowincjach. Tylko nieliczni otrzymywali zgodę na osiedlenie się w stolicy. Regulowała to ustawa o "cudzoziemcach uchodźcach" (loi du 21 avril 1832), która dawała rządowi prawo do wyznaczania uchodźcom miejsca pobytu oraz egzekwowania tego pod groźbą wydalenia z kraju. W tym kontekście przyjazd Mickiewicza do Paryża wymagał nie tylko determinacji, ale i sprytu. Aby wydostać się z Szampanii i uzyskać zgodę na przyjazd do stolicy, poeta musiał "kłamać i udawać bogatego studenta, obywatela ziemskiego, któremu wsparcie rządu francuskiego nie jest potrzebne".

Piknik na Polu Marsowym

Spróbujmy uchwycić moment pierwszego spaceru po mieście, bez pewności, kim się tu będzie i gdzie. Tę chwilę zawieszenia między wyobrażeniem a rzeczywistością: między Paryżem wymarzonym, stolicą wolności i kultury, a Paryżem realnym. Pomogą nam w tym ci, którzy zapisali swoje pierwsze wrażenia. To im na chwilę oddaję głos. Szczególnie cenne są pamiętniki i relacje zebrane przez Marzenę Iwańską w pracy Paryż w oczach polskich uchodźców u progu Wielkiej Emigracji2 oraz zapiski Ignacego Domeyki3.

Zobaczmy Paryż ich oczami: w hałasie ulic i w tłumie, który nie znał ich historii. W tej pierwszej chwili było wszystko naraz: zachwyt i zawód, ciekawość i lęk, poczucie początku i ciężar utraty. To właśnie od tego niejednoznacznego spotkania zaczyna się ich paryska opowieść.