Polska Żydowska - Opracowanie zbiorowe

Kup ebooka

15.33 zł
12.72 zł (13,02 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

słowa pełne miłości

ANKA GRUPIŃSKA

Czasem wstawał z fotela i podchodził do okna. Nieruchomiał w białej firance. I znikał naprawdę. To były, myślę, powroty do świata prawdziwego, do czasu, który w nim tkwił, do spraw, które tylko dla niego się działy. Nikt z nas nie miał tam dostępu.

W ZBIORACH KIBUCU BOJOWNIKÓW GETTA (IZRAEL)

WIELE LAT TEMU ALA MARGOLIS opowiedziała mi o pewnej parze, którą widziała w kotle na Miłej, we wrześniu 1942 r. Ona była pielęgniarką, a on był chyba młodym lekarzem. Stali tam, na tym placu, czekając na werdykt. I on ją tak bardzo mocno obejmował, a ona miała ręce zarzucone na jego szyję. I tak bardzo przytuleni czekali, czy dostaną numerki. To musiała być prawdziwa para. Na progu śmierci tacy byli zespoleni miłością. Ja na to długo patrzyłam - pamiętała Ala.

Marek Edelman zawsze mówił, że miłość jest najważniejsza i że tam też była, a ludzie jej potrzebowali bardziej niż gdzie indziej. Czasem miłość bywa zła, okrutnie krzywdząca i o takiej dużo z nim rozmawiałam. On umiał rozróżnić dobro i zło, przed złem chciał chronić, przestrzegał. Przez ostatnie lata ciągle namawiał, żeby pisać o miłości, film zrobić. Paula Sawicka zdołała zapisać jego opowieści o miłości w getcie. Jola Dylewska zaczęła robić swój film. Ja, wierzę, napiszę książkę o miłości. Bo po Marku mam przekonanie, że miłość jest najważniejsza. W dni po jego śmierci miałam poczucie, że umiem już tę dobrą od złej odróżnić. Doprawdy zawdzięczam mu wszystko.

JEŹDZIŁAM DO MARKA EDELMANA przez ponad dwadzieścia lat. Parkowałam ok. 11.30 naprzeciwko jego okna, najczęściej otwartego, z firanką wessaną do środka. Wysiadając, już czułam zapach przeszłego miejsca i czasu. Dla moich nozdrzy i mojej wyobraźni tylko tam, na Zelwerowicza 34A, w domu po rodzicach Aliny Margolis, ten zapach się zachował. Dzwonek. Czekałam z kwiatami na progu. Jeśli Marek był sam, drzwi otwierały się po dłuższej chwili. A potem był rytuał: kuchnia, kubek, szklanka, rozmowa, stół pod obrazkami, papierosy, rozmowa, gazety, małe serwetki, listy zewsząd, alkohol, ciężka popielniczka, rozmowa, kalafior albo szpinak, czasem ryba, którą Marek lubił, rozmowa, mgielne światło w pokoju, zegarek, niepokój, rozmowa, strach, rozmowa i pożegnanie, ok. 17 najczęściej.

W tych rozmowach Marek siedział w głębokim fotelu po prawej stronie stołu, ja - na krześle obok. Czasem był niecierpliwy, często był niecierpliwy, złościł się, że nie rozumiem albo że nie wiem, złościł się, że ciągle musi tłumaczyć, a i tak świat od tego lepszy i mądrzejszy nie jest. Ja ze swoją potrzebą dociekania irytowałam go, ale tę irytację zawsze rozpoznawałam jako jego troskę i niemoc. Czasem był łagodny. Wtedy mówił: "Ugotowałem ci kalafiora i szpinak". Jak był ciepły i cierpliwy, to opowiadał. Pewnie, że o przeszłości, o sprawach i ludziach, które przez niego znałam. Czasem mnie pytał: "czy Masza od razu poszła do lasu, czy była najpierw w Warszawie?", albo: "od kiedy Marysia Zielona mieszkała na Pańskiej?"; czasem pamiętałam Jego słowa lepiej niż on.

I w tych miękkich rozmowach, cierpliwych Marek wstawał z fotela i podchodził do okna. Nieruchomiał w białej firance. I znikał naprawdę. Nie było go przez dłuższą chwilę. Czekałam i wyobrażałam sobie, gdzież on teraz jest. To były, tak myślę, powroty do świata prawdziwego, do czasu, który w nim tkwił, do spraw, które tylko dla niego się działy. Nikt z nas, którzy wokół niego żyli, nie miał tam dostępu.

Pierwszy raz pojechałam do Łodzi w 1985 r., wczesną wiosną. Z przyjacielem, Włodkiem Filipkiem. Wydawaliśmy pismo w Poznaniu, "Czas" się nazywało. Takie podziemne, ambitniejsze, żeby nie ciągle o Jaruzelskim i polityce. Znaliśmy książkę Hanki Krall i chcieliśmy wiedzieć, co i jak doktor Edelman mówi o naszej rzeczywistości. Jechaliśmy autostopem, żeby było bardziej konspiracyjnie, szliśmy jakimiś polami niby na skróty, a w mieście rozdzieliliśmy się: że jak jedno wpadnie, to drugie dotrze. To nie była rozmowa. Zadawaliśmy naiwne pytania i uczyliśmy się odpowiedzi. Tamte kilka godzin przy stole zmieniło moje życie. Czasem tak bywa (nawet jeśli to brzmi zbyt podniośle - nic nie mogę poradzić).

POTEM POJECHAŁAM DO IZRAELA. Był rok 1988. Wszystkie numery telefonów miałam od Marka i od Hani. Wędrowałam po mieszkaniach pełnych "europejskich" dywanów i europejskiej pamięci. Słuchałam, notowałam, nagrywałam, czasem czekałam, kiedy mój rozmówca wróci - zza łez albo zza firanki. Pojechałam do kibucu Lochamej Hagettaot: to było gniazdo ocalonych z getta warszawskiego. Kilka lat wcześniej tam właśnie zmarł Icchak Cukierman, przedtem zmarła jego żona Celina Lubetkin - przyjaciele Marka z getta, z Pańskiej, z Powstania Warszawskiego, z całego życia. Czułam się trochę jak posłaniec. Przywiozłam nasz podziemny wywiad i bardzo chciałam go przeczytać.

Dorka i Icchak Sternbergowie zaprosili kilkanaście osób do swojego kibucowego domku. Byłam smarkata, przejęta i szczęśliwa. Oni byli ciekawi, podejrzliwi i nieufni. Zupełnie nie rozumiałam, dlaczego. W pewnej chwili Ewa zaczęła krzyczeć do mnie: "A kim on jest? Chrystusem Polaków?!". Jak by to nielogicznie brzmiało, to była reakcja na fragment: "Trzymilionowe państwo w morzu 100 milionów Arabów nie może istnieć. Nie ma żadnych szans. Będą tak samo wyrżnięci i cofnięci do morza. Ameryka będzie tak długo dawała im samoloty, jak długo tam będzie miała swój lotniskowiec".

TO SPOTKANIE BYŁO MOJĄ PIERWSZĄ LEKCJĄ o tym, jak obco i niechętnie Marek jest postrzegany w Izraelu. Spędziłam tam w sumie siedem lat i przykładów niechęci wobec doktora Edelmana nazbierałam w pamięci sporo. A powody tej niechęci? Że został na cmentarzu, że nie był syjonistą, przeciwnie - że był antysyjonistą, bundowcem. Że się wynosił ponad innych, no bo jak rozumieć, że w Polsce był taki ważny? Że pouczał i miał rację, że nie lubił tej historii, którą konstruowali Izraelczycy, że potępiał ich za antypalestyńskość, że ciągle był niepokorny, odważny i wolny. Zapytałam izraelskiego przyjaciela, lewicowca: dlaczego Edelmana nie honorowano w Izraelu. Taka jego odpowiedź: "Edelman nie tańczył w naszym rytmie. Nie zrobił aliji. Był żyjącym dowodem niesyjonistycznej alternatywy. Nie przyjeżdżał tu, żeby przelewać krew na naszych wojnach. Nie dbał o public relations w Izraelu. Był indywidualistą". Myślę, że niewielu odczytywało w Marka izraelskich osądach jego troskę, niepokój, strach... Niewielu rozpoznawało ból skrywany za cynizmem, ironią, za okrucieństwem w słowie.

Nie był bohaterem dlatego, że dowodził w powstaniu. Był bohaterem, bo nigdy nie dał się wepchnąć na beczkę i inni za to właśnie go honorowali. Kiedyś powiedział: "Nie chodzi mi o dawanie świadectwa żołnierskiej dzielności. Ja chcę świadczyć o wartościach, o mężczyznach i kobietach, o miłości i polityce, o braterskich więziach". Umieranie z bronią w ręku nie jest bardziej godne niż umieranie w komorze gazowej, żadna śmierć nie jest mniej godna - często mówił. Był wybranym bohaterem dla wielu, którzy rozpoznawali i cenili jego mądrość oraz prawość. W ważnych sprawach Marek zawsze miał rację. I miał piękne oczy, które jakby wychodziły z duszy, jakby wyrastały z twarzy, jakby były nieśmiertelne.

?- "TP" 41/2009

Biedni Polacy patrzą na getto

JAN BŁOŃSKI

Czytamy czy słuchamy rozważań o żydowsko-polskiej przeszłości i kiedy tylko dojdzie do nas zdarzenie, fakt, który nie najlepiej o nas świadczy, gorączkowo staramy się go pomniejszyć, wytłumaczyć, zbagatelizować. Czujemy przecież, że nie wszystko było w porządku. Jakże zresztą mogłoby być w porządku?

FRANCISZEK PRZYMUSIŃSKI / ODBITKA W ZBIORACH ŻIH

Płonie warszawskie getto. Zdjęcie z albumu komendanta tzw. policji granatowej płk. Franciszka Przymusińskiego. Kwiecień-maj 1943 r.

Czesław Miłosz wypowiedział kilkakrotnie osobliwe słowa o obowiązku oczyszczenia, który ciąży na polskiej poezji. Oczyszczenia rodzinnej ziemi, która jest - przytaczam - "obciążona, skrwawiona, zbezczeszczona"1). Obciążać może tylko krew cudza. Krew własna, krew ofiary podsyca wspomnienie, budzi żal, litość, szacunek.

Domaga się pamięci, modlitwy, sprawiedliwości. Pozwala także na przebaczenie, chociaż przebaczenie to nie przychodzi łatwo. Inaczej już z krwią cudzą, ale przelaną w sprawiedliwej walce. Mamy prawo do obrony koniecznej, ale to prawo już jest ustępstwem, Chrystus kazał Piotrowi schować miecz... Zapewne więc każda przelana krew domaga się refleksji i pokuty, nie można jednak powiedzieć, aby każda obciążała, bezcześciła ziemię.

Miłosz nie myśli ani o krwi rodzimej, ani o krwi najezdników. Jasne, że myśli o krwi żydowskiej, o ludobójstwie, którego naród polski nie jest winien, ale które dokonało się na naszej ziemi i tę ziemię jakoś na wiek wieków naznaczyło. Poezja, literatura - albo ogólniej, pamięć, zbiorowa świadomość - nie może o tym krwawym i ohydnym znaku zapomnieć. Nie może zachować się tak, jakby go nie było... Słychać jednak czasem głosy (zwłaszcza młode), których ten znak nie porusza. Odrzucamy przecie - powiadają - zasadę odpowiedzialności zbiorowej... Jeśli tak, nie musimy wracać do spraw zapadłych nieodwracalnie w przeszłość. Dość będzie, jeśli zbrodnię potępimy in toto, jak potępiamy wszelką krzywdę, wszelką nikczemność.

Odpowiem tak: kraj ojczysty nie jest hotelem, w którym dość sprzątnąć brudy po przypadkowych gościach. Zbudowany jest przede wszystkim z pamięci, inaczej mówiąc, jesteśmy sobą tylko dzięki pamięci o przeszłości.

Tą przeszłością nie możemy dowolnie rozporządzać, chociaż - jako jednostki - nie jesteśmy za tę przeszłość bezpośrednio odpowiedzialni. Musimy nosić ją w sobie, chociaż bywa to przykre czy bolesne. I winniśmy dążyć do tego, aby ją oczyścić.

Ale jak? Oczyścić pole Kaina to - najpierw - pamiętać o Ablu. Ów Abel nie był sam, mieszkał w naszym domu (na naszej ziemi), a więc we wspólnym domu na wspólnej ziemi. Krew została na ścianach, wsiąkła w ziemię, czy chcemy, czy nie. Wsiąkła w naszą pamięć; w nas samych. Więc nas samych musimy oczyścić, czyli zobaczyć siebie w prawdzie. Bez tego dom, ziemia, my sami pozostaniemy zbrukani. Taki jest sens słów poety, jeżeli je dobrze rozumiem. Tak w każdym razie widzi on swój obowiązek, wzywając niejako nas wszystkich, abyśmy także swego obowiązku dopełnili.

Jak to jest trudne, dowodzi znany bardzo wiersz Miłosza, "Campo di Fiori". Opowiada o karuzeli, którą - chciał traf, ale jaki to znaczący, osobliwy traf - zmontowano w Warszawie, na placu Krasińskich, tuż przed wybuchem Powstania w Getcie. Gdy zaczęły się walki, karuzelowy interes nie przestał funkcjonować, gromadził dalej dzieci, młodzież, gapiów.