ROZDZIAŁ 2
Gdy wyszłam z dziedzińca i wróciłam do sali lekcyjnej, ta w niczym nie przypominała pomieszczenia, które opuściłam dziś rano. Ławki zostały wyniesione, a w ich miejsce pojawiły się długie stoły oddzielone stalowymi przegrodami z cienkimi zasłonami zarówno przed stołem, jak i po obu jego stronach. Ponieważ niczego nie zasłaniały, zobaczyłam Gizelę, z którą chodziłam na matematykę, siedzącą na jednym końcu stołu w jakiejś szacie. Miała zgarbione ramiona i opuszczoną głowę. "Musi być chora". Próbowałam sobie przypomnieć rozmowę z rodzicami podczas kolacji, ale nikt nie wspomniał o żadnej chorobie szalejącej w mieście.
Zatrzymałam się na środku klasy, nie wiedząc, dokąd iść, dopóki nie podszedł do mnie mężczyzna w długim białym fartuchu lekarskim. Był wysoki, więc okulary zsunęły mu się z błyszczącego nosa, gdy przyglądał mi się uważnie, potem wziął papierowy numerek spomiędzy moich palców.
- Siebzehn! - wykrzyknął i podeszła do mnie kolejna kobieta z notesem. Przygryzłam wnętrze policzka i nerwowo przeniosłam ciężar ciała z nogi na nogę. Chyba nie wysyłają młodych dziewcząt na wojnę, to przecież absurdalne. "Prawda?"
Ze względu na niepewną przyszłość, jeszcze przed wojną, dzięki przezorności mojego ojca i finansom, mogłam liczyć na najlepszą edukację. Moja szkoła dla dziewcząt była jedną z najlepszych w mieście. Potrafiłam dobrze liczyć, ale też łatwo uczyłam się języków obcych. Poza ojczystym językiem polskim i niemieckim, mówiłam też trochę po rosyjsku, a aktualnie uczyłam się angielskiego od mojego sąsiada.
Choć starsi opłakiwali nadzieję na wolną Polskę, zachęcali mnie do nauki innych języków.
- Znajomość wielu języków, moja mała Aleksandro - powiedziała pani Kalinowska - jest równoznaczna z przetrwaniem.
Upłynęło osiem lat od tego komentarza, a ja zrozumiałam teraz mądrość tego stwierdzenia i ogromnie doceniłam nasze lekcje.
Kobieta machnęła na mnie ręką. Minęłam trzy stanowiska, zanim wskazała mi pusty stolik.
- Siadaj.
Nie mając pewności, czy chodzi jej o stolik, czy o krzesło, wybrałam jedyne krzesło stojące obok. Zrobię wszystko, co w mojej mocy, aby pokazać jej, jaka jestem zdrowa. Może Gizela była chora, ale ja na pewno nie.
- Jak się nazywasz? - Oczy kobiety opuściły notes tylko na chwilę.
- Aleksandra Jaworska.
- Ile masz lat?
- Szesnaście. - Westchnęłam. Już mnie o to pytali. Dlaczego poprzednia kobieta po prostu jej nie przekazała informacji? I gdzie jest moja Kennkarte? Nikt mi jej nie oddał.
- Czy byłaś ostatnio chora?
- Nie.
- Jakieś złamane kości?
- Nie.
- Kiedy ostatnio krwawiłaś?
- Krwawiłam?
- Miesiączka?
Zmarszczyła brwi, a ja po raz pierwszy się zająknęłam.
- W zeszłym tygodniu.
- Czy w rodzinie były przypadki imbecylizmu?
Zamrugałam dwa razy, po czym szybko odpowiedziałam, żeby nie pomyślała, że ja sama jestem imbecylem.
- Nie, nie, nic takiego.
- Masz wszystkie zęby?
Kiwnęłam głową, czekając, aż spojrzy mi w jamę ustną, tak jak zrobiła to tamta żołnierka, ale tego nie zrobiła.
- Zieh deine Sachen aus.
- Co? - Serce mocno waliło mi w klatce piersiowej. Chyba źle ją zrozumiałam. Po co miałabym zdejmować ubranie? "Przecież nie jestem chora!" Powtórzyła to samo zdanie, tylko z nagłym wskazaniem na stół.
Podniosła cienki kawałek tkaniny, który rozwinął się w fartuch.
- Załóż to.
- Dlaczego? - Zacisnęłam szczękę. - Nie jestem chora - odpowiedziałam w języku niemieckim, aby nie było szansy na nieporozumienie.
- Zrób to. - Wpatrywała się we mnie z przerażającą intensywnością. Czekałam, ale ona nie zrobiła żadnego ruchu, by zostawić mnie samą. Odsunęłam się od niej i powoli zdjęłam kołnierzyk i bluzkę. Rozpinając guziki spódniczki, desperacko próbowałam wymyślić sposób na ucieczkę. "Jestem szybka". Mogłabym uciec jej, doktorowi, żołnierce i dowolnej liczbie osób, które tu są. To, przed czym nie mogłam uciec, to kule, a każdy z tych żołnierzy miał broń.
- Szybko - zażądała.
Wskazałam na stanik i majtki.
- To też?
- Ja.
Powoli wydychałam powietrze i ponownie odwróciłam się do niej plecami. Nigdy nie rozebrałam się przed nikim poza moją matką, a i to nie zdarzyło się od wielu lat.
Włożyłam ręce do kieszeni fartucha i szczelnie się nim opatuliłam, stanęłam z rękami skrzyżowanymi na klatce piersiowej. Wystawały jedynie moje skórzane buty i wełniane podkolanówki. Kobieta nie marnowała czasu i chwyciła mnie za nadgarstek, ciągnąc do końca stołu.
- Siadaj - rozkazała.
Zrobiłam to, ale moje policzki zaczerwieniły się z frustracji.
- Doktorze Kraus. - Rozsunęła zasłony. - Jest gotowa.
Szerzej otworzyłam oczy, słysząc tę deklarację. "Gotowa na co?" Spojrzałam w dół i zobaczyłam, że z nerwów trzęsą mi się ręce.
Ten sam lekarz, który przed chwilą wziął mój numer z ręki, wszedł do środka i zasunął za sobą zasłony. Trzymałam głowę nisko i liczyłam czarne odciski na jego brązowych butach. "Cztery, pięć, nie, sześć". Buty zbliżyły się do mnie. Zdradził go pot, zmieszany z ostrym, leczniczym zapachem. Chciałam zatkać nos, ale on chwycił moją dłoń i przesunął ją w górę, w dół, do przodu i z powrotem, po czym przeszedł do mojej drugiej dłoni i powtórzył czynność. Spojrzałam na niego niepewnie. Może to tylko badanie kontrolne, może ktoś w szkole naprawdę ma chorobę zakaźną i wszyscy musimy teraz zostać przebadani.
"Nie mogli nam po prostu powiedzieć?" Wściekałam się. Chociaż miałam robione badania, kiedy zaczęłam uczęszczać do szkoły, nikt wtedy nie wymagał ode mnie, żebym się rozbierała.
Obrócił mnie teraz i stukał palcami po moim kręgosłupie, wykrzykując jakieś kody do kobiety trzymającej notes. Kody, których nie znałam w żadnym z języków. Podskoczyłam, gdy uszczypnął mnie w talii. Zajrzał mi w oczy, nos i poprosił o otwarcie ust. Rozplótł mi warkocz i dokładnie przejrzał skórę głowy, mierzwiąc mi włosy.
Może w szkole panowała wszawica. "Zdarzało się to już wcześniej".
Założył stetoskop i przycisnął go do mojej klatki piersiowej, a następnie pleców, cały czas mówiąc coś kobiecie z notesem, która dokumentowała jego odkrycia.
- Sie ist stark und gesund.
Oczywiście, że jestem silna i zdrowa. Byłam nie tylko najszybszą biegaczką w szkole, ale potrafiłam też skakać wyżej niż ktokolwiek inny.
Mężczyzna włożył ręce do kieszeni białego fartucha i oparł się na piętach. Kiedy to zrobił, zacisnął szczęki.
- Imię i nazwisko?
- Aleksandra Jaworska.
W tym samym czasie co ja, powiedziała to również kobieta z notesem.
Kiedy na mnie spojrzała, wysłała mi jasną wiadomość - lekarz mówił do niej. Zacisnęłam usta, gdy on kontynuował.
- Wiek?
- Szesnaście lat.
- Ostatnie choroby?
- Brak.
- Choroby dziedziczne?
- Brak.
- Miesiączkuje?
- Tak.
Lekarz obrzucił mnie wzrokiem od stóp do głów. Strużka potu spłynęła mu po policzku, ale nie zrobił żadnego ruchu, by ją wytrzeć.
- Czy miałaś już stosunki z mężczyznami?
Oczy prawie wyszły mi na wierzch, a usta same się otworzyły.
Mężczyzna spojrzał na mnie przez grube okulary, a jego głębokie, zielone oczy przeszywały mnie na wskroś. Czekał na moją odpowiedź, jakby był ciekawy. Wstrzymałam oddech. "On pyta poważnie".
Szkarłat na moich policzkach sprawił, że też zaczęłam się pocić.
Niemal niezauważalnie potrząsnęłam głową, zbyt zszokowana, by zareagować w jakikolwiek inny sposób.
- Jesteś pewna, że żaden chłopiec cię tu nie dotykał? - wskazał między moje nogi.
Tym razem mocno potrząsnęłam głową.
- Połóż się.
Zastygłam w bezruchu.
Kobieta położyła dłoń na mojej klatce piersiowej i popchnęła mnie do tyłu.
- Nie, nie, nie! - Zesztywniałam, znowu wędrując dłońmi do talii, obejmując się mocno i walcząc z jej naciskiem, którym chciała utrzymać mnie w ryzach. Odłożyła notes i obiema rękami położyła mnie płasko na stole, moje nogi zwisały bezradnie. "Co oni robią?". Tysiąc myśli kłębiło się w mojej głowie w tym ułamku sekundy, a wszystkie możliwości mnie przerażały.
- Połóż stopy na końcu stołu - odezwał się cicho lekarz, jak gdyby ta cała szarpanina nic nie znaczyła.
Moje serce znowu uderzyło mocniej. Spojrzałam na odsłonięte zasłony. "Może ktoś to powstrzyma". Dostrzegłam żołnierza spoglądającego w moim kierunku z uśmiechem na twarzy.
Przełknęłam ślinę, walcząc z płaczem.
- Zegnij kolana - powiedział lekarz.
Potrząsnęłam głową, czując, jak moja klatka piersiowa się kurczy. "To nie może się dziać naprawdę".
Kobieta nie czekała na moją reakcję i sama przesunęła moje nogi w górę. Dlaczego? Mój oddech znów przyspieszył.
Kiedy pochylił się nade mną na drugim końcu stołu, sapnęłam. Cała dolna połowa mojego ciała była teraz odsłonięta dla niego i każdego, kto przechodził obok zasłon, w tym dla tego okropnego żołnierza. Przeszedł mnie lekki dreszcz, który wywołał gęsią skórkę. Za to po mojej twarzy spływał pot, mieszając się ze łzami. Mimo że zamknęłam mocno oczy, wilgoć i tak się przez nie przedostała.
Przygryzłam wargę, by nie krzyknąć, gdy palce lekarza w rękawiczkach badały moje intymne części ciała. Byłam zbyt zdenerwowana, by walczyć z kobietą, która przytrzymywała mnie za ramiona, wiedziałam, że nie obchodzi jej to, co się ze mną dzieje. Przez kolejne sekundy jęczałam i charczałam.
- No dobrze. - Ponownie się wyprostował. - Nadaje się.
Ledwo mogłam złapać oddech, gdy kobieta przestała mnie przytrzymywać w miejscu, a mężczyzna wskazał na krzesło.
- Ubierz się i czekaj, aż zostaniesz stąd odebrana.
W mojej głowie kotłowało się milion myśli. Czyżby szkoła uważała, że byłam z jakimś mężczyzną? Podejrzewali, że jestem w ciąży? Byłam zawstydzona tym, że ktoś mnie dotykał w miejscu, w którym nigdy wcześniej nie byłam dotykana, i to w mojej szkole!
Ubrałam się szybko, upewniając się, że każdy guzik jest zapięty, a każdy skrawek ciała przykryty. Jednak bez względu na to, co robiłam, aby zapomnieć o tym, co się tu stało, ten incydent mnie prześladował.
Pociągając nosem, usiadłam na krześle. Zakryłam twarz dłońmi, pragnąc po prostu wrócić do domu. Chciałam zobaczyć moich rodziców, moje psy i króliki. Chciałam poczuć komfort mojego łóżka i kochający uścisk mojej matki. Nigdy więcej nie chciałam wracać do tej szkoły.
Kiedy kobieta z notesem weszła z powrotem do sali, chciałam pociąć ją moim spojrzeniem na kawałeczki. Czy ona chciałaby być traktowana w ten sposób? Jakby jej się podobało, gdybym to ja ją przytrzymywała?
Uniosła podbródek w wyzywającym geście.
- Hier.
Wręczyła mi kartkę papieru. Szybko ją przejrzałam, odkrywając, że zawiera moje imię i nazwisko, wiek, szczegóły badań lekarskich, a w narożniku stempel z napisem "Przyjęta" w języku niemieckim.
- Nie zgub tego. To twój paszport.
- Gdzie jest moja Kennkarte? - Spanikowałam, wiedząc, że żaden polski obywatel nie może zostać złapany bez niej.
Podała mi jabłko i wskazała na inne drzwi.
- To jedyny dokument, jakiego będziesz teraz potrzebować. Nie rozmawiaj z żołnierzami, nie śpij z nimi i nie opuszczaj ich eskorty, dopóki nie dotrzesz do celu.
- Chcę tylko wrócić do domu.
Poruszyła uszminkowanymi ustami na tyle wolno, że mogłam dostrzec każdą linię, którą na nich wymalowała.
- Teraz masz nowy dom, Fräulein. Należysz do programu Lebensborn.
Łzy spłynęły mi po twarzy.
- Nie wiem, co oznacza Lebensborn - szepnęłam. - Proszę, chcę tylko wrócić do domu.
Chwyciła mnie za nadgarstek i zaprowadziła do drzwi naprzeciwko tych, przez które weszłam. Na zewnątrz prychnęła wojskowa ciężarówka, inna młoda dziewczyna została właśnie wepchnięta do środka. Zatrzymałam się, ale kobieta mnie popchnęła i poprosiła jednego z żołnierzy o pomoc.
Kiedy pojawił się u mojego boku, jedną ręką stuknął w swoją broń.
- Dalej, za mną - rozkazał. Następnie szturchnął mnie w bok kolbą.
- Do-kąd? - Z trudem rozpoznałam własne zająknięcie.
Żołnierz mnie zignorował i poprowadził na tył ciężarówki, gdzie siedzieli inni żołnierze. Łzy spływały mi po policzkach. "Proszę, nie, proszę, nie. Ja nie mogę być żołnierzem".
Dwie ręce naparły na moje plecy i uniosły mnie do góry, a ja potknęłam się o stopień, nabijając sobie siniaka na goleni. Bez żadnej wrażliwości te same ręce podniosły mnie na nogi, abym ruszyła się z miejsca.
Gdy weszłam do środka, mój wzrok przez chwilę przyzwyczajał się do ciemności. Szybko policzyłam przestraszone twarze, które zwróciły się w moją stronę - "siedem, osiem, dziewięć". Przede mną kuliło się dziewięć dziewcząt. Dwie rozpoznałam z zajęć w szkole, ale pozostałe były obce; wszystkie przywitały się ze mną w ten sam sposób.