POCZĄTKI PAŃSTWA POLSKIEGO
I
To nie przypadek wcale, że Gniezno i Kijów - stolice dwóch największych i najmocniejszych państw słowiańskich: Polski i Rusi - leżą na ziemiach plemion bardzo od siebie oddalonych, ale noszących jedną i tę samą nazwę Polan.
Najpóźniej w początkach VIII stulecia przestały u nas dymić lasy. Mówiąc inaczej - rolnictwo wypaleniskowe ostatecznie ustąpiło wtedy miejsca orce sprzężajnej.
Nie wszędzie dokonało się to jednocześnie. Na Kurpiach bardzo długo trwało wypalanie łazów, w zapadłych stronach północno-wschodniej Rosji jeszcze w XX wieku puszcze dymiły. Ale historię państw zaczynały tworzyć plemiona najdalej posunięte w rozwoju cywilizacyjnym.
Technika wypaleniskowa posiada liczne odmiany. Ich cechą wspólną jest celowe podpalanie przez ludzi podszycia boru, puszczanie ognia między pnie drzew, niekiedy uprzednio odarte z kory. Płomień wygasał, na ziemi zostawała gruba warstwa popiołu. Teraz zjawiał się rolnik. Rzucał ziarno wprost w zgliszcze, częściej jednak dziabał przedtem grunt motyką lub bruździł radłem. Czasami raz tylko zbierał plon i następnego lata szedł z pożarem dalej, kiedy indziej obsiewał wypaloną przestrzeń dłużej, odbywał nawet pięć żniw, zanim ją porzucił. W tym ostatnim wypadku popiołu dostarczały uschłe już tymczasem drzewa. Odziomków pni oraz korzeni nikt nie karczował i nie usuwał.
Prof. Henryk Łowmiański obliczył, że przy tym systemie pracy na utrzymanie jednego człowieka trzeba było około 30 hektarów lasu, a wieś zamieszkana przez jedną wielką rodzinę, złożoną z dwudziestu do trzydziestu głów, musiała gospodarzyć na obszarze 6 do 9 kilometrów kwadratowych. Jeśli ponadto wziąć pod uwagę bagna, wody, nieużytki - wypadnie, że w dobie rolnictwa wypaleniskowego na jednym kilometrze kwadratowym mieszkał jeden człowiek. Przy tak nieznacznej gęstości zaludnienia nie może powstać państwo zdolne do obrony swych terytoriów, które właśnie przy tym systemie uprawy siłą rzeczy musiałoby być rozległe.
U schyłku pierwszego tysiąclecia po Chrystusie gęstość zaludnienia wynosiła w Polsce 4 do 5 ludzi na jednym kilometrze kwadratowym. Sprawiła to orka sprzężajna. To ona stworzyła podstawę materialną, na której zbudowano państwo polskie.
Nazwa Polan, nadana plemionom zamieszkałym nad Wartą i środkowym Dnieprem, oznaczała ludy od dawna władające obszernymi łanami na dobre wydartymi lasom. Obecna Wielkopolska już w VIII wieku nie znała uprawy wypaleniskowej.
Zachodnia Europa żyła wtedy pod znakiem zdecydowanej przewagi państwa Franków, rządzonego przez dynastię Karolingów (dziedziczącą tron po jeszcze starszej rodzinie Merowingów). 9 października 768 roku rozpoczął rządy Karol Wielki, władca, który przeszedł do legendy i od którego imienia wiedzie się sam tytuł króla. Zjednoczył w swym państwie dzisiejszą Francję wraz z Korsyką, całe niemal Włochy - oprócz Sycylii i skrawków najdalszego południa - oraz ziemie plemion germańskich, z wyjątkiem Jutlandii i Skandynawii. 25 grudnia 800 roku w rzymskiej Bazylice Św. Piotra papież Leon III włożył mu na głowę koronę cesarską. Sama forma ceremoniału wywołała zresztą żywe niezadowolenie Karola, który wolał uniknąć nawet cienia zależności od Kościoła. Dał to wyraźnie poznać, kiedy trzynaście lat później własnoręcznie, bez udziału duchowieństwa, ukoronował swego syna i następcę, Ludwika.
Korona cesarska na skroniach króla od dawna już chrześcijańskich Franków symbolizowała wielkie zamiary polityczne. Biorąc tytuł cesarski, wskrzesił Karol Wielki tradycje dawnego imperium cezarów rzymskich, które jednoczyło wszystkie ludy kulturalne, obejmowało cały znany wówczas orbis terrarum - krąg ziemski - nosiło charakter państwa światowego, uniwersalnego.
Z tego dawnego imperium przetrwała jeszcze część wschodnia, rządzona z Konstantynopola - Bizancjum - czyli dzisiejszego Stambułu - przez władców, którzy także używali tytułu cesarzy i uważali, że im należy się zwierzchnictwo nad światem.
W 797 roku cesarz bizantyński Konstantyn VI rozstał się z życiem, zgładzony przez własną matkę, Irenę. Takie i jeszcze okrutniejsze wypadki były w Bizancjum zjawiskiem powszednim. Karol Wielki zamierzył skorzystać z wygodnej okazji, poślubić morderczynię i w ten sposób zjednoczyć spadek po dawnym Rzymie. Ale w 802 roku Irena straciła tron, małżeńskie i zjednoczeniowe plany upadły. Cesarstwo zachodnie i wschodnie - Rzym i Bizancjum - trwały obok siebie, uważając się nawzajem za uzurpatorów i wrogów.
Wkrótce zresztą skończyła się i sama jedność rozległej monarchii frankońskiej. W styczniu 814 roku zmarł Karol Wielki. Pochowano go w Akwizgranie, gdzie miejscowa ludność katolicka do dziś otacza grób jego czcią należną świętym (aczkolwiek Kościół nigdy go za takiego nie uznał i godzi się tylko na kult lokalny). Zażarte walki jego spadkobierców zakończył w roku 843 traktat w Verdun. Ziemie Karola podzielono na trzy części. Zachodnia dała początek obecnej Francji, wschodnia - Niemcom. Z pasa środkowego, ciągnącego się mniej więcej wzdłuż Renu, utworzono trzecie państwo. Przez wiele stuleci, właściwie aż do naszych czasów, Francja i Niemcy miały toczyć wojny i spory o to terytorium.
Wkrótce po zawarciu traktatu w Verdun jakiś nikomu z imienia nieznany skryba frankoński spisał w Akwizgranie cenny i tajemniczy dokument, dla którego od dawna utarła się zupełnie nieścisła nazwa Geografa Bawarskiego. Mieszczą się w nim rzeczowe wiadomości o istniejących już wtedy organizmach politycznych na ziemiach polskich.
Państwo Karola Wielkiego całą szerokością swej wschodniej ściany przypierało do krajów słowiańskich. Wojenne wyprawy Franków docierały do rzeki Piany i bardzo możliwe, że podczas wypadów na tereny dzisiejszych Czech i Węgier jeden z zagonów przesunął się gdzieś obok Cieszyna i dotarł aż do górnego biegu Wisły. Einhard, autor dzieła Żywot Karola Wielkiego, wymienił nazwę tej rzeki.
Frankowie musieli żywo interesować się swymi wschodnimi sąsiadami. Zbierali wiadomości od kupców i ludzi bywałych. Rzecz charakterystyczna - obchodziło ich przede wszystkim to, co dotyczyło wojennej i politycznej siły Słowian. Bo też Geograf Bawarski był zapewne dokumentem zawierającym ścisłe dane zdobyte przez wywiad państwa Franków.
Dowiadujemy się, że na Śląsku - w okolicach Krosna i Głogowa - mieszkali wówczas Dziadoszyce, posiadający dwadzieścia grodów. Tyleż warowni mieli Opolanie. Ale Golęszyce, siedzący wokół dzisiejszego Cieszyna, władali tylko pięciu twierdzami. Nad górnym i średnim Bobrem była ojczyzna Bobrzan, koło Legnicy - Trzebowian. Plemię, od którego poszła nazwa całej dzielnicy, czyli Ślężanie, grupowało się około góry Ślęży i zbudowało sobie piętnaście grodów obronnych. Pisze też Geograf o Wiślanach oraz o plemieniu słowiańskim, które mieszkało nad Wartą i miało aż dziewięćdziesiąt osiem twierdz.
Skoro dokument spisany został zaraz po roku 843, to jasne jest, że wszystkie wymienione w nim plemiona musiały się zorganizować i obwarować grubo wcześniej, co najmniej w VIII stuleciu. Na rozległych błoniach pod Łęczycą znaleźli archeologowie ślady fortyfikacji pamiętających wiek VI, a może nawet IV. Wzgórze Zamkowe w Cieszynie zdradziło dowody nieprzerwanego osadnictwa od samych początków naszej ery.
Plemiona słowiańskie VII-IX w.
We wczesnym średniowieczu ziemie polskie gęsto pokryły się grodami. Zwalisk ich, od dawna obrosłych grubą warstwą ziemi, liczymy dziś około dwu i pół tysiąca.
Do najdawniejszych warowni w naszym kraju zalicza się prastary łużycki Biskupin, którego izbicowe wały, częstokoły i palisady chroniły całą ludność osiedla wraz z jej mieniem. Twierdze budowane u nas tysiąc przeszło lat później, we wczesnym średniowieczu, wznoszono według zupełnie innej zasady. Zdarzały się między nimi i obszerne, mogące pomieścić większą liczbę ludzi z okolicy. Przeważały jednak grody potężne, lecz ciasne, będące - widać - siedzibami grup nielicznych, wyróżniających się od ogółu. Do pracy przy ich wznoszeniu zaprzęgani być musieli wszyscy członkowie plemienia - gotowa twierdza służyła tylko rodowi, sprawującemu rządy oraz drużynie wojennej.
Sam wygląd grodów prapolskich wymownie świadczy o przemianach, jakim uległo społeczeństwo, o wykształceniu się warstwy możnych, która zagarnęła władzę.
Niektórzy autorzy, zwłaszcza niemieccy, twierdzili, że ci możni byli obcego pochodzenia, że przybyli z Niemiec lub Skandynawii, podbili miejscowy lud słowiański i nadali mu organizację polityczną. Teoria ta nigdy nie miała rzeczowych podstaw. Wykopaliska, których dokonano po obu wojnach światowych, unicestwiły ją zupełnie. Stanowczo i na mocy nieodpartych dowodów przeczy jej najwybitniejszy archeolog polski, prof. Józef Kostrzewski.
Gdyby polskie możnowładztwo było obcego pochodzenia, to jego siedziby musiałyby być wzniesione na obcy, skandynawski czy jakiś inny ład. Tymczasem sposób budowy naszych grodów jest jak najbardziej rodzimy i o wiele doskonalszy od normandzkiego czy niemieckiego.
Pod Łęczycą rozkopano grodzisko, w którym nawarstwiały się na siebie gruzy aż trzech twierdz. Pierwsza, umocniona tylko zwykłym częstokołem, stanęła w wieku IV-VI, druga - o wiele lepsza - pamięta VII lub VIII stulecie, trzecią zbudował Bolesław Krzywousty w wieku XII. Badając ich szczątki, uczeni stwierdzili nieprzerwany rozwój. Pokolenia późniejsze udoskonalały dzieło wcześniejszych, lecz nie ma ani śladu wtargnięcia obcych wpływów. Wszystko stworzyły tu plemiona mające własną, swoimi drogami rozwijającą się historię.
Druga z twierdz łęczyckich, czyli ta, którą wzniesiono między VI a VIII stuleciem, może nas zapoznać z urządzeniem ogromnie charakterystycznym dla polskiego budownictwa obronnego. Jest to wał o konstrukcji zwanej rusztową lub przekładkową.
Grube bierwiona układało się warstwami ciasno, jedna na drugiej. Kłody pierwszej miały położenie poprzeczne w stosunku do kierunku biegu samego wału, belki warstwy drugiej, wyższej, leżały doń równolegle i tak dalej, i dalej aż do wysokości dziesięciu lub dwunastu metrów. Puste przestrzenie między tramami wypełniało się ubitą ziemią i kamieniami. Na samym wierzchu zwężającego się ku górze wału mógł stanąć szereg skrzyń-izbic, wypełnionych głazami albo zwarty częstokół. Nieprzerwany, a pochyły płot z zaostrzonych pali bronił jeszcze przystępu do umocnienia od zewnątrz. Na samym dole wały mogły sięgać dwudziestu metrów szerokości.
Trudno było ugryźć taką twierdzę. Żadne tarany oblężnicze nie mogły rozkruszyć grubej i świetnie związanej drewniano-ziemnej ściany. Ogień się jej nie imał, bo ziemia trzymała wilgoć. Biegnący nieprzerwanym koliskiem wał opasywały jeszcze od zewnątrz pierścienie fos.
Później - około połowy X w. - wprowadzono dodatkowe udoskonalenie. Polegało ono na tym, że niektóre, w regularnych odstępach umieszczone kłody poprzeczne miały haki-zaczepy, mocno przytrzymujące belki warstwy wyższej i uniemożliwiające ich wysunięcie się. Zaczep powstawał po prostu z odpowiednio przyciętego konara drzewa, zawczasu na ten cel wybranego. Hak nie mógł odpaść ani puścić, bo był przecież zrośnięty z kłodą, stanowiącą część składową samego wału.
Budownictwo wojenne wysoko stało u Prapolaków, świadcząc o dużych umiejętnościach w zakresie taktyki, a także strategii, bo twierdze strzegły ważnych szlaków. Wykopaliska na wyspie Jeziora Lednickiego w Wielkopolsce odsłoniły prastary wał, od którego podnóża wybiegały na zewnątrz mocne i długie ostrogi zbudowane z belek. Urządzenie to utrudniało podtaczanie machin oblężniczych oraz w sposób korzystny dla obrońców rozczłonkowywało szyk nacierającego nieprzyjaciela. Wykonano je na długo przed datą chrztu Polski.
Nie bez racji wywiad państwa Franków poświęcał tyle uwagi twierdzom prapolskim.
Na południowy zachód od Jeleniej Góry, w kierunku na Krosno, ciągną się po obu stronach Bobra szczątki potężnej fortyfikacji, długości przeszło stu kilometrów. Był to ongi silny wał, wzmocniony fosami. Niektórzy sądzą, że usypano go w czasach piastowskich. Istnieje jednak i inny domysł.
Nie jest wykluczone, że wał ten zabezpieczał niegdyś od strony zachodniej wspólne państewko plemienne, jednoczące Ślężan, Dziadoszan, Trzebowian i Bobrzan. Kto wie, czy nie powstał nawet w VIII stuleciu. W każdym razie faktem jest, że mogło go zbudować tylko państwo dość ludne i posiadające sprawnie działającą władzę. Żadne pojedyncze plemię nie uporałoby się z robotą, która wymagała przekopania 750 000 metrów sześciennych ziemi.
Jeśli chodzi o Śląsk, to wczesne zorganizowanie się tam władzy państwowej było tym łatwiejsze, że kraj ma naturalny ośrodek w postaci góry Ślęży, na której już w "łużyckich" czasach odbywały się obrzędy religijne ku czci słońca. Szczyty Ślęży i pobliskiej Raduni (zwanej dziś Górą Sępią), jako miejsca uznane za święte, opasane wtedy były niskimi wałami z kamieni. Władające tu rody wcześniej niż kto inny dojść mogły do znaczenia i potęgi materialnej.
Nazwa Śląska zdaniem niektórych uczonych, przede wszystkim niemieckich, pochodzi od germańskiego szczepu Silingów, rzekomo przebywającego tu w okresie rzymskim. W rzeczywistości jednak wywodzi się z takich polskich wyrazów gwarowych, jak ślągwa - wilgotne, mgliste powietrze, ślęgnąć - moknąć, nasiąkać wilgocią, prześlągły - przemoknięty. Dla poparcia tego twierdzenia warto przypomnieć, że Wrocław, odległy od morza o setki kilometrów, ma klimat morski, a kraj cały aż paruje.
Wały śląskie sprawiają dość imponujące wrażenie, jednak państwo, które je usypało, nie było mocarstwem i nie mogło uprawiać wielkiej polityki. Wszystko w nim musiało być w stosunku do naszej skali jakieś zmniejszone. Sam wał nie zdołałby odeprzeć wojsk silnego wroga, ponieważ nie mógł być obsadzony załogą na całej długości, a ówczesne mizerne środki transportu nie pozwoliłyby na szybkie skupienie rezerwy strategicznej. Za to z powodzeniem potrafiłby zatrzymać małe oddziałki rabunkowe. Istnieje domysł, że wały śląskie zabezpieczały kraj przed łupieżczymi napadami słowiańskich Serbów Połabskich, zamieszkałych na zachód od Śląska. W tych czasach żadne z prapolskich plemion nie graniczyło z Niemcami.
Jeżeli Praślązacy w rzeczy samej posiadali wtedy państwo, to bez wątpienia zaliczało się ono do takich, które nauka zowie plemiennymi. Nie znaczy to wcale, że wszyscy jego mieszkańcy połączeni byli wspólnotą krwi. Mogło się tak zdarzać, owszem, ale w epoce jeszcze wcześniejszej, kiedy tworzyły się same pierwociny organizacji politycznych.
Państwo plemienne obejmujące rozmaite szczepy odznaczało się przede wszystkim niezbyt wielkimi rozmiarami. Wolno powiedzieć, że uformowanie się takich państewek było niejako wstępem, historyczną przygrywką do utworzenia się państwa prawdziwego, jednoczącego ludy tej samej mowy i obyczaju, opartego na naturalnych granicach, słowem - państwa narodowego.
Kiedy Geograf Bawarski spisywał swą notatkę, czyli w stuleciu IX, na ziemiach polskich zapomniano już pewnie o czasach dawnej wspólnoty rodowej. Ludzie inaczej organizowali sobie wtedy życie społeczne. Toczyło się ono w obrębie niewielkich jednostek gospodarczych i administracyjnych. Znamy ich nazwę. U nas brzmiała ona: opole - u Słowian wschodnich: mir lub wierw.
Każde opole stanowiło nieduży okrąg terytorialny zamieszkany przez poszczególne rodziny, gospodarujące odrębnie. Wspólnie korzystano tylko z wód, lasów i pastwisk. Mieszkańców opola - o czym wiemy z czasów późniejszych - jednoczyły też obowiązki wobec władzy państwowej, ciężary podatkowe i robocizny, a także zbiorowa odpowiedzialność, jeśli na ich gruntach ukrył się przestępca. Prawo kazało ścigać go "śladem" i albo schwytać, albo wygnać z granic opola.
Od dawna musiała istnieć w Polsce ta forma organizacji, skoro za czasów Geografa nazwa jej zdążyła już nie tylko głęboko się zakorzenić, ale nawet przenieść na jedno z plemion. Napisano przecież po łacinie w owej notatce: "Opolanie mają dwadzieścia grodów". Nie przesadzimy chyba przypuszczając, że organizacja opolna znana była w Polsce już w wieku VIII.
Jak bardzo zmieniły się od tych czasów pojęcia polityczne i geograficzne, świadczy fakt, że wspomniani przed chwilą Opolanie nie mogli należeć do plemiennego państewka śląskiego, jeśli takie istniało. Prawdopodobnie wchodzili w skład tworu politycznego, który się uformował w późniejszej Małopolsce.
W IX wieku albo na początku X jakiś chrześcijański duchowny napisał Żywot św. Metodego, sławnego apostoła Słowian, który wespół z bratem - Cyrylem - działał na południe od Karpat. Możemy tam przeczytać:
Miał Metody dar proroczy i wiele sprawdziło się z jego przepowiedni, z których tylko jedną lub dwie tu wymienimy. Pogański książę potężny bardzo, siedząc w Wiśle [czy: w Wiślech], urągał chrześcijanom i szkody im wyrządzał. Posławszy więc do niego, kazał mu [Metody] powiedzieć: dobrze by było, synu, abyś się dał ochrzcić dobrowolnie na swojej ziemi, bo inaczej będziesz w niewolę wzięty i zmuszony przyjąć chrzest na ziemi cudzej; wspomnisz moje słowo. Tak się też stało.
Znaczny rozgłos uzyskało w świecie ówczesnym plemienne państwo W i ś l a n, skoro nazwę jego zapisali nie tylko cytowany przed chwilą mnich oraz Geograf Bawarski, lecz również król angielski, Alfred Wielki, panujący od roku 871 do 901.
My dzisiaj niewiele, niestety, wiemy o najdawniejszych dziejach politycznych naszego kraju. Ale z tego wcale jeszcze nie wynika, że ich nie było lub że nie wiedzieli o nich współcześni.
Szczyt potęgi państwa Wiślan przypadał zapewne na sam początek IX wieku. Około 880 roku zza Karpat spadła na nie katastrofa. Świętopełk, wojowniczy władca słowiańskiego państwa wielkomorawskiego, podbił kraj Wiślan, ochrzcił jego lud i wziął w niewolę księcia. Dwadzieścia sześć lat później - w roku 906 - państwo wielkomorawskie zniszczyli Węgrzy. Wiślanie odzyskali wolność, wrócili pewnie do dawnej wiary, ale nigdy już nie odbudowali swej poprzedniej świetności. Jeszcze w tym samym X stuleciu ziemię ich zawojowali Czesi. Prastary okrągły kościółek na Wawelu, zwany obecnie rotundą Feliksa i Adaukta, wzniesiony w latach 973-989, upamiętnia czeskie panowanie na południu Polski.
Uczeni twierdzą, że granice państwa Wiślan w jego najbujniejszym rozkwicie były wcale rozległe. Od południa biegły grzbietami Karpat i Tatr, od zachodu wzdłuż Sudetów. Granica wschodnia szła Styrem i Bugiem niemal aż pod dzisiejszy Brześć, skąd skręcała na zachód. Od północnego zachodu rubież stanowiła Pilica.
Rotunda świętych Feliksa i Adaukta, Kraków - rekonstrukcja
Istnienie państwa Wiślan upamiętniło się w prastarych księgach, nawet osoba i potęga ich bezimiennego władcy zwróciły na siebie uwagę człowieka znającego pismo. Zaniedbał on, niestety, powiedzieć nam, gdzie się mieściła ich stolica. Długo biedzili się nad tym problematem historycy i archeologowie. Nie można twierdzić, że dziś posiadamy już dowody absolutnie rozstrzygające. Coraz więcej jednak rzeczowych i logicznych danych wskazuje na Kraków, a mówiąc ściśle - na sam Wawel. Historyczna kariera wzgórza, które w Polsce piastowskiej rychło zdegradowało prastołeczne Gniezno, nie była dziełem przypadku czy osobistych gustów królewskich. W państwie tworzącego się pomału narodu polskiego wybiła się na czoło ta dzielnica, która najwcześniej weszła w styczność z kulturą zachodniej i południowej połaci kontynentu. Chrześcijaństwo dotarło do Krakowa wcześniej niż nad Wartę.
Kraj Wiślan zetknął się z wyznawcami krzyża w bardzo ciekawej chwili swego rozwoju dziejowego, wtedy właśnie, kiedy zabiegał o nadanie doskonalszych form wierze starej, pogańskiej. W VIII czy IX stuleciu na szczycie Łysej Góry (w dzisiejszym paśmie Świętokrzyskim) dźwignięto z miejscowych gołoborzy trzydzieści dwa tysiące metrów sześciennych kamienia, mozolnie przetworzonego w tłuczeń. Usypany zeń wał wydłużonym pierścieniem opasał sam łysy, niezamieszkany szczyt wzniesienia. Zupełnie wiarygodna wiadomość z roku 1686 mówi o odnalezieniu na nim "osypanego węglami" posągu bożyszcza. Stało się to podczas wymagających pewnie kopania prac przed drzwiami kościoła, na którego miejscu stać ongi musiała świątynia pogańska.
Badania prowadzone na Łysej Górze przez zespół archeologiczny pod kierownictwem Eligii i Jerzego Gąssowskich wiodą do wniosków rewelacyjnych. Same rozmiary wału sakralnego świadczą, że wykonanie go nakazała władza państwa wcale nie lichego, zmierzająca widać do bardziej majestatycznej organizacji starego kultu. W historycznym przededniu inwazji chrześcijańskich Wielkomorawian Wiślanie z własnej woli zaczęli poszukiwać w dziedzinie religijnej nowego i lepszego.
Państwo ich także zaliczało się do plemiennych. I właśnie na jego przykładzie możemy się przekonać, że nazwa ta wcale nie oznacza organizacji politycznej opartej na węźle krwi, wspólnego pochodzenia.
Właściwa ojczyzna plemienia Wiślan - którzy miano wzięli oczywiście od rzeki - to kraj położony między Bytomiem, Oświęcimiem, Nidą i Dunajcem. Tymczasem w skład ich państwa wchodziły ludy zamieszkujące Lubelszczyznę, Sandomierszczyznę, niektóre obszary mazowieckie oraz Opolanie i Golęszyce, siedzący wokół Cieszyna.
Księstwo Wiślan należało więc do tej samej kategorii, co i państewko Ślężan, którego istnienia domyślamy się tylko. Ale w rozwoju historycznym posunęło się dalej, można powiedzieć, że zdobyło rangę dużo wyższą. Zjednoczyło przecież znacznie obszerniejsze kraje i liczniejsze ludy. Jednak nie ono stało się podwaliną narodowego państwa polskiego. Wielka ta rola przypadła w udziale plemiennemu księstwu Polan, położonemu o wiele bardziej na północy, nad Wartą. Było ono tak dobrze ze wszystkich stron osłonięte przez inne słowiańskie i prapolskie szczepy, że wieści o jego stopniowym krzepnięciu w potęgę nie mogły dotrzeć do uszu biegłych w piśmie kronikarzy. Zachód Europy zwrócił nań uwagę dopiero wtedy, kiedy było już rozleg-łe, silne i szykowało się do bardzo ambitnych zadań. To znaczy - dopiero w drugiej połowie wieku X.
II
Jak się już wspomniało, w V i VI stuleciu ludy słowiańskie ruszyły w dalekie i zdobywcze wędrówki. Plemiona prapolskie jednak, te właśnie, które w przyszłości miały uformować nasze państwo, zostały na miejscu, w dawnych siedzibach. Wokół nich wyrósł więc bardzo szeroki wieniec pobratymczych szczepów, prawdziwy wał obronny, tym cenniejszy, że żywy. Mogli się Prapolacy od czasu do czasu wadzić z nimi, a nawet walczyć. Nie mogło im jednak od tych sąsiadów zagrozić niebezpieczeństwo prawdziwe, wynarodowienie lub niewola.
Za Karpatami osiedli Czesi, Morawianie, Słowacy. Od wschodu nic się właściwie w czasie wielkich wędrówek nie zmieniło. Nad Dnieprem mieszkały plemiona ruskie, bliżej zaś - nad średnim Bugiem, gdzie dziś jest Hrubieszów - początki własnej organizacji państwowej tworzyli Bużanie, zwani później Wołynianami. Największe przemiany dokonały się na zachód od ziem prapolskich, czyli między Odrą a Łabą. Stan rzeczy, jaki tam panował w pierwszym tysiącleciu naszej ery, był tak niepodobny do późniejszego, uległ nawet tak głębokiemu zapomnieniu, że w latach poprzedzających drugą wojnę światową przypomnienie o nim, dokonane przez Józefa Kisielewskiego w książce Ziemia gromadzi prochy, wywołało powszechne zdumienie.
Cały kraj między Łabą a Odrą był wtedy słowiański. Najdalej na północnym zachodzie, gdzie dziś jest czysto niemiecka Lubeka, mieli swą ojczyznę Obodrzyce. Na wschód od nich - aż ku Odrze - żyły silne plemiona Wieletów. Najważniejsi wśród nich to Redarowie, w których grodzie - Radgoszczy - oddawano cześć bożyszczu imieniem Swarożyc.
Zarówno Obodrzyce, jak i Wieleci już w VIII wieku tworzyli związki państwowe, i to dość chyba mocne, jeśli Niemcy potrzebowali kilku stuleci, aby się z nimi uporać, co nastąpiło ostatecznie dopiero w wieku XII.
Zachodni Słowianie - IX/X w.
Wspomnieć jeszcze trzeba o Łużyczanach, a to przede wszystkim dlatego, że szczątki ich przetrwały i żyją do naszych czasów w okolicach Budziszyna.
Na samej północy - między ujściem Wisły i Odry - siedziały ludy słowiańskie, których los w odróżnieniu od poprzednio wymienionych związał się ściśle z naszą historią. Byli to Pomorzanie. Przodkowie ich, którzy - jak pamiętamy - grzebali swych zmarłych w urnach ozdobionych wizerunkiem twarzy ludzkiej, jeszcze przed naszą erą podbili i na krótki czas zjednoczyli ziemie późniejszej Polski. I we wczesnym średniowieczu handel morski pozwalał mieszkańcom wybrzeża obrastać w bogactwa. Szczególnie pod tym względem zasłynął w ówczesnej Europie Wolin, położony na północ od Szczecina, nad Dziwną. Jeden z kronikarzy pisał o nim rzeczy pewnie przesadne, ale tak charakterystyczne, że warto się z nimi zapoznać. Co prawda wzmianka pochodzi dopiero z X wieku, ale świetność Wolina nie mogła zabłysnąć od razu, musiała z wolna wzrastać w poprzednich stuleciach.
O sławie tego miasta - pisał kronikarz - wiele rzeczy zaledwie podobnych do wierzenia opowiadają i ja też niektóre przytoczę. Było ono rzeczywiście największym z miast, jakie w Europie się znajdują. Mieszkali w nim Słowianie i mieszanina innych ludów, tak Greków, Rusów, jak i barbarzyńców. Sascy przybysze [Niemcy] otrzymali także wolność przemieszkiwania tam, byle tylko, dopóki tam zostawali, nie wydawali się publicznie ze swym chrześcijaństwem. Wreszcie pod względem obyczajów i gościnności nie było żadnego narodu uczciwszego i dobroduszniejszego. Miasto bogate w towary wszystkich narodów posiadało wiele przyjemności i rzadkości.
Wolin nie był wyjątkiem. W kraju ciągnącym dostatki z morza wyrastały potężne miasta-republiki, jak Szczecin i Kołobrzeg.
Tak się w ogólnych zarysach przedstawiał ów wieniec ludów, który opasywał plemienne państwo Polan znad Warty. Stolica jego mieściła się w Gnieźnie.
Wyniosłość, na której obecnie stoi tam katedra, nazywa się Górą Lecha. Długie badania archeologów dowiodły, że tysiąc kilkaset lat temu postać jej była zupełnie inna.
Wzgórze otaczały podówczas trzy jeziora i tylko od wschodu można było suchą nogą wejść na szczyt. Był on wtedy o całe cztery metry niższy niż teraz i bez porównania bardziej stromy, bo podnóża leżały aż jedenaście metrów pod obecną powierzchnią. Wątpić o tym nie można w żaden sposób, gdyż na tej głębokości odnaleziono wrośnięty korzeniami w ziemię pień ściętej sosny, o który opierała się podstawa wału obronnego.
Spadzisty pagórek, oblany wokół wodami jezior i otoczony istnym lasem trzcin, dźwigał na szczycie drewniany, lecz mocny gród. Ciasna twierdza stanowiła prastolicę Polski. Nazwa jej "w słowiańskim tłumaczy się jak gniazdo" - napisał w wieku XII po łacinie nasz najstarszy kronikarz.
Zanim pomówimy o tym, co się działo w zakolu silnych wałów grodu książęcego, trzeba rzucić okiem na sprawy dotyczące szerszych warstw ludności.
Dalsza część książki dostępna w wersjipełnej