Polska i święta wojna - Stanisław Przybyszewski

Kup ebooka

12.49 zł
10.24 zł (9,79 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Przedmowa

Niniejsza broszura była przeznaczona wyłącznie dla społeczeństwa niemieckiego i pisana była w języku niemieckim pod tyt. "Polen und der heilige Krieg". Niech zatem polskiego czytelnika nie zdziwi, że daję w niej najelementarniejsze zarysy z dziejów Polski i jej kultury - całkiem Niemcom obce i nieznane.

Cel i potrzebę tej broszury wyjaśnia przedmowa moja do niemieckiego wydania, która brzmi, jak następuje: Broszura ta, która powstała z kilku artykułów, jakie podczas obecnej wojny pomieściły rozmaite dzienniki niemieckie, nie jest bynajmniej wyrazem politycznych widoków na przyszłość ze strony Polski, zamilcza pragnienie i nadzieje narodu polskiego co do odbudowy i wskrzeszenia dawnej Polski - jedynym jej celem, to rzucić pomost porozumienia między dwoma sąsiadującymi z sobą i na równej kulturalnej wyżynie stojącymi narodami, które w biegu czasu coraz więcej powaśnione, całkowicie obce dla siebie się stały. Broszura ta jest równocześnie orędziem do narodu niemieckiego i apelacyą do jego poczucia prawności i sprawiedliwości wobec narodu, którego cały niesłychany tragizm odsłoni się oczom ludności niemieckiej może dopiero po ukończonej wojnie - apelacya, poparta wyłuszczeniem prawa, jakie sobie Polska na przyszłość zdobyła i je słusznie rościć może przez swój współudział w tej świętej wojnie przy boku narodu niemieckiego daleko poza granice tego, co obowiązek i mądrość polityczna wskazywała. "Weit über das Pflichtmass hinaus" tymi słowy określił cesarz Franciszek Józef obecną, czynną akcyę Polski. Kanclerz Rzeszy niemieckiej zasię, Bethmann von Hollweg wyraźnie zaznaczył w swej dostojnej mowie z dnia 19-go sierpnia r. b., że obecna okupacya ziem polskich oznacza początek onego rozwoju, który położy koniec waśniom i przeciwieństwom Polaków a Niemców. A, aby ten idealny postulat istotnie mógł się urzeczywistnić, zachodzi konieczna potrzeba obustronnego, gruntownego i poważnego wypowiedzenia się, wolnego od wszelkiej małostkowej, z góry już uprzedzonej złośliwości i nienawistnego obniżania się - zachodzi gwałtowna potrzeba, by wyznaczać drogę, na której obydwa narody w wzajemnem zaufaniu i wzajemnem szacunku zetknąć się mogły. I jeżeli danem mi będzie tą małą broszurą w grubym murze zaobopólnej nieufności i niechęci choć mały wyłom zrobić, jeżeli uzyska znaczenie choćby pierwszego kroku na żmudnej drodze wzajemnego porozumienia, to cel jej w całości osiągnięty. Monachium, w październiku 1915 r.

Autor.

I

Ogarnęło mną dziwne uczucie, gdym poraz pierwszy posłyszał, jak naród niemiecki rozpoczął mówić o swej wojnie, jako o wojnie "świętej". Utajony instynkt narodu zdołał tem dostojnem określeniem wyrazić treść i istotę tej swojej wojny przeciwko niesłychanej, przerażającej wprost przemocy i gwałtu. Bo im głębiej wnika się w istotę obecnej wojny wszechświatowej, tem błachsze i niklejsze wydają się być przyczyny, które ponoć jej wybuch spowodować miały: niemiecki militaryzm, angielski imperializm, cokolwiek spóźnione pragnienie Francuzów, by zdradziecki łup Króla-Słońca z powrotem posiąść, albo też naiwne i śmieszne usiłowanie Rosyi, by zaborcze swoje zakusy pokryć płaszczykiem idei wszechsłowiańskiej to nie przyczyny tego wszechświatowego pożaru. Muszą one zaiste głębiej tkwić. Z początku, gdy spadł cały grad wypowiedzeń wojennych, miało się wrażenie, że cała ludzkość została opętaną jakąś gromadną psychozę, podobną tym, które podczas średniowiecza tak często Europę nawiedzały - ale nie! Raczej mogło się wydawać, że wojna ta jest jakąś żywiołową katastrofą, coś w rodzaju trzęsienia ziemi, wybuchu wulkanów, nagłego przelania się morza poprzez brzegi, rozrywającego najpotężniejsze tamy, - a przecież to niedawno temu, jak powstało jezioro Zuider - a wreszcie: dla czegoby ziemia, ta wielka potężna ziemia - miała spokojnie znosić, by jakieś natrętne robactwo, które się ludzkością zowie, miało ustawicznie jej skórę rozraniać, pod nią się wgrzebywać, urągać jej tunelami, kopalniami, wszystkie jej ukryte skarby w bolesnych torturach z jej łona wyrywać? Więc cóż dziwnego, że ziemia raz poraz się wstrząśnie, by się tego plugawego robactwa pozbyć, a w kilku godzinach w niwecz obraca kilkusetletnią ludzką pracę, zatruwa ludzkość truciznami, w które jest przeobfitą - przecież nawet z tego, z czego człowiek chleb piecze, pędzi równocześnie najstraszliwszą truciznę, - nawiedza ludzi ostrym szalem, wzbudza w nich wojnę, w której ludzkość nawzajem się wytępia, z chorą wściekłością niszczy wszystko, z czego dumną była, nad czem wieki pracowała, i czem się już z Bogiem równać chciała. Ale i to nie! Całkiem coś innego! "Masowa psychoza", "żywiołowa katastrofa", "objawy zatrucia", "intoksykacya całej ludzkości", to tylko próżne kategorye werbalne, któremi tak olbrzymie zjawisko Duszy, jakie się w Wojnie objawia, zaledwie określić, ale nigdy ani go wytłómaczyć ani ująć nie można. I było to jakby wyzwolenie, to określenie "święta", jakiem instynkt narodu tę swoją wojnę obdarzył i przeświadczenie o "świętości" swej sprawy na cały świat w uniesionem natchnieniu wykrzykiwał. Określeniem tem powitał naród niemiecki budzenie się wiosny Duszy ludzkiej, onej Duszy, która spowita błogim snem długiego pokoju, przędła rozkoszne marzenia, nie wiedząc o tem, że wszystko wokół do tego się przygotowywało, by jej piękność i wolność plugawem błotem cynicznego materyalizmu obklajstrować. Tym przydomkiem "święta" wyraził naród wielki gniew i groźne oburzenie Duszy, w której panowanie wkraczała ordynarna przemoc Materyi. A w miarę jak tygodniami całymi widziałem szeregi i coraz nowe zastępy bojowników, kroczących ku aż nadto gościnnemu państwu Śmierci z wesołym śpiewem na ustach, hulaszczymi okrzykami gorącego zapału i pewności zwycięstwa, uświadamiała mi się głębia tego instynktu narodu, który tę wojnę "świętą" obwołał. Potęga Śmierci przezwyciężoną została - ponad jej wielkowładztwem, przed którem niedawno jeszcze ludzkość się trzęsła i drżała, zatryumfowała teraz święta Mania, boski gniew Duszy, której boskością przepojoną moc brutalne, hycelskie ręce nadkruszyć chciały. Jak przepotężnie zerwała się Dusza z długiego uśpienia, ja olbrzymią mocą wyrosła w niebo w swem przebudzeniu! Nigdym nie zadrżał z taką pokorą przed jej Mocą, jak wtedy, gdym dniem i nocą widział przeciągające bezustannie pochody szeregów wojsk - bez końca, bez końca, uwieńczonych kwiatami, strojnych w odświętne szaty, wśród gorących, wawrzynu chciwych pieśni bojowych - za "świętą" sprawę, - kroczących bez końca w państwo Śmierci! Ale niema już Śmierci! Moc Duszy skruszyła w proch najstraszniejszą zmorę ludzkości. Katafalk i karawan stał się laurem chwały uwieńczonym rydwanem - trumna rozkosznem łożem ślubnem, a pogrzebne pienia rozbrzmiewają radosnem weselem epithalamii. Śmierć ponętna i kusząca przodownica stanęła z kosą, kwieciem strojną, powiewającą wstęgami wieńca żniwnego przy uroczystej bramie tryumfalnej i zaprasza nieprzeliczone szeregi poprzez gościnne progi w gospodarza dom. A oni idą ochoczo i wesoło, a każdy z nich z najbogatszym plonem, jaki w swem życiu zebrać zdołał, a wśród nich wszystkich ujrzałem nagle gromadkę najbiedniejszych ofiarników, których nie starczyło na daninę w dobytku i bogactwie, więc każdy z nich wyrwał z swej piersi mocarną krwią ociekające serce i takież je złożył na ofiarnej miseczce i świętym ogniem płonące niesie je w bogaty i zbyt gościnny Gospodarza dom: To bracia moi! I właśnie przed tymi ubożuchnymi ofiarnikami rozstąpiły się szeregi w bogaty plon zasobnych i puściły ich w kornej pokorze naprzód - bo zaiste ci najubożsi wydali się najdostojniejszymi - a może mi się to tylko tak wydawało? Ależ nie! Miałbyż to być tylko sen, że ta garstka, która już od półtora wieku stacza "święte" boje i "święte" krwawe wojny o byt swej Duszy, miałaby być niedosyć poważaną przez wielki i silny naród, którego Dusza teraz również walczy w zaciekłej świętej wojnie przeciwko, dziesięciorakiej przemocy o byt swój?! Ale spostrzegam się, że mimowoli popadłem w "patos", który przecież może tylko stać na przeszkodzie trzeźwemu roztrząsaniu sprawy, ale trudno wyzbyć się patosu, którego zresztą czas nasz bardzo potrzebuje i doskonale znosi, jeżeli się zważy, że niesłychane ofiary, jakie Polska w ciasnych ramach tego, co dla żyjącego narodu wogóle jest możliwem, w krwi i dobytku na ołtarzu ojczyzny wśród nieopisanych trudów i zaparcia się siebie ponosi, mniej mają dowodowego znaczenia, aniżeli niechlujne pomyje, jakiemi wroga Polsce prasa naród nasz oblewa. Polska w obecnej wojnie wyszła poza obręb własnych sił - w tej "świętej" wojnie środkowej Europy o supremacyę Duszy nad brudną, chciwą zachłannością, nienawiścią zazdrości, rozpasaniem najniższych instynktów grabieży, poniosła Polska może daleko większe ofiary, aniżeli w onym, w chwałę i męczeństwo przeobfitym roku 1831-ym, onym dostojnym, podziwianym i wawrzynem najwyższego męstwa wieńczonym roku. Wtedy jeszcze miała Polska swoje własne, w żelaznym, barbarzyńskim rygorze księcia Konstantego doskonale wyćwiczone wojsko - nie trzeba zapominać, że Konstanty chciał je już wtedy przeciw Prusakom poprowadzić - miała Polska własnych, w setkach bitew poci Napoleonem wypróbowanych generałów, a przedewszystkiem świetny stan majątkowy, który nie dozwalał Aleksandrowi I znieść danej Polakom Konstytucyi pod pozorem, że sami się rządzić nie umieją. W stosunku do środków, jakimi Polska w 1831 r. rozporządzała, jest obecna Polska żebraczo biedna, i tem donioślejszą i świętszą jest jej ofiara, którą w tej wojnie składa, a zdaje się, że dusza niemieckiego narodu, która przecież zawsze umiała bezstronnie wyłuszczyć z duszy obcej narodowości wszystko, co w niej wielkie, piękne i ofiarne, i skarb ten oceniać i podziwiać, nie zmieniła się w przeciągu kilku biednych lat dziesiątek do tego stopnia, by się wypierać i wstydzić tego uwielbienia i tej głębokiej sympatyi i podziwu, jaką miała dla narodu, który swego czasu miał przecież małe szanse zwycięstwa, teraz wobec wnuków i prawnuków tego samego narodu, którzy ostatni swój grosz na ołtarzu "świętej" sprawy składają i za nią ostatnią kroplę krwi przelać gotowi?! Pewno, że czasy i stosunki tysiąckrotnie się zmieniły, tysiące nieporozumień w międzyczasie powstało, brak zaufania i pług nieufnych podejrzeń wyorał głęboki rów między tak blizko z sobą sąsiadującymi narodami, a wspólna nienawiść wzeszła trującym zielskiem na sąsiednich polach - ale w tej wielkiej godzinie, która teraz wybiła - wspólna Dola, wspólny Bój o najświętsze ideały skojarzyła, - przecież się nie mylę? dusze obydwóch powaśnionych sąsiadów. Polscy legioniści, których odwagę, bezgraniczną ofiarność, bezwzględną pogardę śmierci, dwóch cesarzów w zaszczytnych słowach podnosiło, walczą ramię przy ramieniu z austryackim i niemieckim żołnierzem w serdecznem zbrataniu przeciwko wspólnemu wrogowi - i wierzę, że teraz nadeszła chwila, w której możliwem jest zawarcie sojuszu między dwoma, na tej samej kulturalnej wyżynie stojącymi narodami, Polakami i Niemcami, - duchowy sojusz, polegający na wspólnej wierności - i to nie zawarcie, ale odnowienie onego sojuszu, który datuje z 1831 roku, a który będzie najpiękniejszym dowodem stałości i wierności duszy niemieckiej. Jakżeż to wtedy było? Nikt z współczesnych onych czasów pamiętać nie może, a Bismarck był może ostatnim wśród Niemców, który, jak to sam przyznaje, w roku 1848 na ulicach Berlina wyśpiewywał popularną podówczas piosenkę o bohaterskim Łagience, więc zdaje mi się, że jeżeli kiedyśkolwiek, to teraz na czasie przypomnąć narodowi niemieckiemu chwile jego najgorętszych uniesień dla świętej sprawy Wolności, chwile, może najpiękniejsze obok tych, które przeżywała dusza narodu niemieckiego, gdy się z pod jarzma napoleońskiego wyzwalała - przypomnąć jej ekstatyczny wprost zapał, z jakim brała duchowo udział w bohaterskich zapasach narodu o byt swej Duszy. - A czyż teraz Niemcy o co innego walcz? A więc niech ta niemiecka, ta stała, ta wierna, ta wszelkiej piękności spragniona, ku wolności rwąca się dusza posłucha pięknej bajki... Bajkaż to? nie! to rzeczywistość, w którą, jeżeli kiedykolwiek to teraz właśnie gorąco i zbożnie wierzyć przynależy po tylu biednych, znojnych, gniewnych lat dziesiątkach.

***

Z głęboką miłością i cichą melancholią przerzucam wciąż od nowa kartki książki, która się właśnie do mych rąk dostała: "Polenlieder deutscher Dichter". Ach! jak je dobrze znam te "Polenlieder" od najrychlejszej mej młodości. W domu moich rodziców leżały całymi stosami na starodawnym klawicymbale, wprawdzie nie w książkowem wydaniu, ale jako luźne zeszyty z tekstem, nutami do śpiewu, a na okładkach widniały piękne litografie, które się głęboko w pamięć dziecka wraziły. Były tam wizerunki polskich generałów, Chłopickiego, Skrzyneckiego, Umieńskiego, pomnę Poniatowskiego, który na swej siwej klaczy do Elstery wskakuje, kosyniera polskiego, który się zabiera do krwawej kośby i widzę księżyc, który "z za chmury - wygląda ponury" i przypatruje się śmierci zdrajcy ojczyzny i widzę mogiły, nad któremi "lecą listki z drzewa, co wyrosły wolne" - tekstu wtedy odczytać nie mogłem, bom jeszcze wtedy języka niemieckiego nie znał, ale te piękne litografie służyły mi jako wzory do bezlicznych rysunków. To był mój dziadek ze strony matki, Jan Grąbczewski, który był oficerem w wojsku polskiem, a po ukończonem powstaniu, ciężko ranny, wyemigrował do Prus Zachodnich i tu z skrzętną miłością zbierał dowody sympatyi, może niezrozumiałej dla dzisiejszej generacyi niemieckiej, sympatyi i nieomal ekstatycznego uwielbienia dla sprawy polskiej. A wszystkie te pieśni, te litografie były niczem więcej, jak tylko jedną wielką, szczerą gloryfikacyą powstania 1831 r.: entuzyastyczny jego rozpęd w samych początkach, powitany przez najszlachetniej szych w narodzie niemieckim z niesłychanym zapałem, gorączkowy niepokój, z jakim nierównomierne perypetye tych bohaterskich bojów z zapartym oddechem śledzono, głęboki smutek i żałoba, z jaką wraz z Polakami przypadło grześć ostatnie nadzieje wskrzeszenia Polski, to wszystko znalazło w pieśniach niemieckich bardów, których nazwiska dotychczas nie spłowiały, przeciwnie nabrały jaszcze gorętszego blasku, głęboki, przejmujący, grozą i oburzeniem wstrząsający wyraz. Długo, długo tułały się te zeszyty z pieśniami, nutami, apoteozującemi litografiami po dworkach polskich, albo butwiały na strychach, aż wreszcie zostały zebrane w zbożnym pietyzmie w trzech tomach, z których pierwszy się ukazał, jako dług wdzięczności Polaków, spłacony cieniom tych wielkich, gorącą miłością wolności trawionych mężów, dla których sprawa Polski, stała się ich własną sprawą, i nie tylko jako wdzięcznie spłacony dług, ale jako pomnik na cześć tego, co najszlachetniejszem w duszy niemieckiej: jej głębokiej w zbożnem nabożeństwie trwającej czci wobec śmiertelnych zapasów narodu, walczącego o swą wolność. A działo się to roku 1831.

RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.