Ogarnęło mną dziwne uczucie, gdym poraz pierwszy posłyszał,
jak naród niemiecki rozpoczął mówić o swej wojnie, jako o wojnie
"świętej".
Utajony instynkt narodu zdołał tem dostojnem określeniem wyrazić
treść i istotę tej swojej wojny przeciwko niesłychanej,
przerażającej wprost przemocy i gwałtu. Bo im głębiej wnika się w istotę obecnej wojny wszechświatowej,
tem błachsze i niklejsze wydają się być przyczyny, które ponoć jej
wybuch spowodować miały: niemiecki militaryzm, angielski
imperializm, cokolwiek spóźnione pragnienie Francuzów, by
zdradziecki łup Króla-Słońca z powrotem posiąść, albo też naiwne i
śmieszne usiłowanie Rosyi, by zaborcze swoje zakusy pokryć
płaszczykiem idei wszechsłowiańskiej to nie przyczyny tego
wszechświatowego pożaru. Muszą one zaiste głębiej tkwić. Z początku, gdy spadł cały grad wypowiedzeń wojennych, miało się
wrażenie, że cała ludzkość została opętaną jakąś gromadną psychozę,
podobną tym, które podczas średniowiecza tak często Europę
nawiedzały - ale nie! Raczej mogło się wydawać, że wojna ta jest
jakąś żywiołową katastrofą, coś w rodzaju trzęsienia ziemi, wybuchu
wulkanów, nagłego przelania się morza poprzez brzegi, rozrywającego
najpotężniejsze tamy, - a przecież to niedawno temu, jak powstało
jezioro Zuider - a wreszcie: dla czegoby ziemia, ta wielka potężna
ziemia - miała spokojnie znosić, by jakieś natrętne robactwo, które
się ludzkością zowie, miało ustawicznie jej skórę rozraniać, pod
nią się wgrzebywać, urągać jej tunelami, kopalniami, wszystkie jej
ukryte skarby w bolesnych torturach z jej łona wyrywać? Więc cóż dziwnego, że ziemia raz poraz się wstrząśnie, by się tego
plugawego robactwa pozbyć, a w kilku godzinach w niwecz obraca
kilkusetletnią ludzką pracę, zatruwa ludzkość truciznami, w które
jest przeobfitą - przecież nawet z tego, z czego człowiek chleb
piecze, pędzi równocześnie najstraszliwszą truciznę, - nawiedza
ludzi ostrym szalem, wzbudza w nich wojnę, w której ludzkość
nawzajem się wytępia, z chorą wściekłością niszczy wszystko, z
czego dumną była, nad czem wieki pracowała, i czem się już z Bogiem
równać chciała. Ale i to nie! Całkiem coś innego! "Masowa psychoza", "żywiołowa katastrofa", "objawy zatrucia",
"intoksykacya całej ludzkości", to tylko próżne kategorye werbalne,
któremi tak olbrzymie zjawisko Duszy, jakie się w Wojnie objawia,
zaledwie określić, ale nigdy ani go wytłómaczyć ani ująć nie można. I było to jakby wyzwolenie, to określenie "święta", jakiem
instynkt narodu tę swoją wojnę obdarzył i przeświadczenie o
"świętości" swej sprawy na cały świat w uniesionem natchnieniu
wykrzykiwał. Określeniem tem powitał naród niemiecki budzenie się wiosny Duszy
ludzkiej, onej Duszy, która spowita błogim snem długiego pokoju,
przędła rozkoszne marzenia, nie wiedząc o tem, że wszystko wokół do
tego się przygotowywało, by jej piękność i wolność plugawem błotem
cynicznego materyalizmu obklajstrować. Tym przydomkiem "święta" wyraził naród wielki gniew i groźne
oburzenie Duszy, w której panowanie wkraczała ordynarna przemoc
Materyi. A w miarę jak tygodniami całymi widziałem szeregi i coraz
nowe zastępy bojowników, kroczących ku aż nadto gościnnemu państwu
Śmierci z wesołym śpiewem na ustach, hulaszczymi okrzykami gorącego
zapału i pewności zwycięstwa, uświadamiała mi się głębia tego
instynktu narodu, który tę wojnę "świętą" obwołał. Potęga Śmierci przezwyciężoną została - ponad jej wielkowładztwem,
przed którem niedawno jeszcze ludzkość się trzęsła i drżała,
zatryumfowała teraz święta Mania, boski gniew Duszy, której
boskością przepojoną moc brutalne, hycelskie ręce nadkruszyć
chciały. Jak przepotężnie zerwała się Dusza z długiego uśpienia, ja
olbrzymią mocą wyrosła w niebo w swem przebudzeniu! Nigdym nie zadrżał z taką pokorą przed jej Mocą, jak wtedy, gdym
dniem i nocą widział przeciągające bezustannie pochody szeregów
wojsk - bez końca, bez końca, uwieńczonych kwiatami, strojnych w
odświętne szaty, wśród gorących, wawrzynu chciwych pieśni bojowych
- za "świętą" sprawę, - kroczących bez końca w państwo Śmierci! Ale niema już Śmierci! Moc Duszy skruszyła w proch najstraszniejszą zmorę ludzkości. Katafalk i karawan stał się laurem chwały uwieńczonym rydwanem -
trumna rozkosznem łożem ślubnem, a pogrzebne pienia rozbrzmiewają
radosnem weselem epithalamii. Śmierć ponętna i kusząca przodownica stanęła z kosą, kwieciem
strojną, powiewającą wstęgami wieńca żniwnego przy uroczystej
bramie tryumfalnej i zaprasza nieprzeliczone szeregi poprzez
gościnne progi w gospodarza dom. A oni idą ochoczo i wesoło, a każdy z nich z najbogatszym plonem,
jaki w swem życiu zebrać zdołał, a wśród nich wszystkich ujrzałem
nagle gromadkę najbiedniejszych ofiarników, których nie starczyło
na daninę w dobytku i bogactwie, więc każdy z nich wyrwał z swej
piersi mocarną krwią ociekające serce i takież je złożył na
ofiarnej miseczce i świętym ogniem płonące niesie je w bogaty i
zbyt gościnny Gospodarza dom: To bracia moi! I właśnie przed tymi ubożuchnymi ofiarnikami rozstąpiły się
szeregi w bogaty plon zasobnych i puściły ich w kornej pokorze
naprzód - bo zaiste ci najubożsi wydali się najdostojniejszymi - a
może mi się to tylko tak wydawało? Ależ nie! Miałbyż to być tylko sen, że ta garstka, która już od półtora
wieku stacza "święte" boje i "święte" krwawe wojny o byt swej
Duszy, miałaby być niedosyć poważaną przez wielki i silny naród,
którego Dusza teraz również walczy w zaciekłej świętej wojnie
przeciwko, dziesięciorakiej przemocy o byt swój?! Ale spostrzegam się, że mimowoli popadłem w "patos", który
przecież może tylko stać na przeszkodzie trzeźwemu roztrząsaniu
sprawy, ale trudno wyzbyć się patosu, którego zresztą czas nasz
bardzo potrzebuje i doskonale znosi, jeżeli się zważy, że
niesłychane ofiary, jakie Polska w ciasnych ramach tego, co dla
żyjącego narodu wogóle jest możliwem, w krwi i dobytku na ołtarzu
ojczyzny wśród nieopisanych trudów i zaparcia się siebie ponosi,
mniej mają dowodowego znaczenia, aniżeli niechlujne pomyje, jakiemi
wroga Polsce prasa naród nasz oblewa. Polska w obecnej wojnie wyszła poza obręb własnych sił - w tej
"świętej" wojnie środkowej Europy o supremacyę Duszy nad brudną,
chciwą zachłannością, nienawiścią zazdrości, rozpasaniem
najniższych instynktów grabieży, poniosła Polska może daleko
większe ofiary, aniżeli w onym, w chwałę i męczeństwo przeobfitym
roku 1831-ym, onym dostojnym, podziwianym i wawrzynem najwyższego
męstwa wieńczonym roku. Wtedy jeszcze miała Polska swoje własne, w
żelaznym, barbarzyńskim rygorze księcia Konstantego doskonale
wyćwiczone wojsko - nie trzeba zapominać, że Konstanty chciał je
już wtedy przeciw Prusakom poprowadzić - miała Polska własnych, w
setkach bitew poci Napoleonem wypróbowanych generałów, a
przedewszystkiem świetny stan majątkowy, który nie dozwalał
Aleksandrowi I znieść danej Polakom Konstytucyi pod pozorem, że
sami się rządzić nie umieją. W stosunku do środków, jakimi Polska w 1831 r. rozporządzała, jest
obecna Polska żebraczo biedna, i tem donioślejszą i świętszą jest
jej ofiara, którą w tej wojnie składa, a zdaje się, że dusza
niemieckiego narodu, która przecież zawsze umiała bezstronnie
wyłuszczyć z duszy obcej narodowości wszystko, co w niej wielkie,
piękne i ofiarne, i skarb ten oceniać i podziwiać, nie zmieniła się
w przeciągu kilku biednych lat dziesiątek do tego stopnia, by się
wypierać i wstydzić tego uwielbienia i tej głębokiej sympatyi i
podziwu, jaką miała dla narodu, który swego czasu miał przecież
małe szanse zwycięstwa, teraz wobec wnuków i prawnuków tego samego
narodu, którzy ostatni swój grosz na ołtarzu "świętej" sprawy
składają i za nią ostatnią kroplę krwi przelać gotowi?! Pewno, że czasy i stosunki tysiąckrotnie się zmieniły, tysiące
nieporozumień w międzyczasie powstało, brak zaufania i pług
nieufnych podejrzeń wyorał głęboki rów między tak blizko z sobą
sąsiadującymi narodami, a wspólna nienawiść wzeszła trującym
zielskiem na sąsiednich polach - ale w tej wielkiej godzinie, która
teraz wybiła - wspólna Dola, wspólny Bój o najświętsze ideały
skojarzyła, - przecież się nie mylę? dusze obydwóch powaśnionych
sąsiadów. Polscy legioniści, których odwagę, bezgraniczną ofiarność,
bezwzględną pogardę śmierci, dwóch cesarzów w zaszczytnych słowach
podnosiło, walczą ramię przy ramieniu z austryackim i niemieckim
żołnierzem w serdecznem zbrataniu przeciwko wspólnemu wrogowi - i
wierzę, że teraz nadeszła chwila, w której możliwem jest zawarcie
sojuszu między dwoma, na tej samej kulturalnej wyżynie stojącymi
narodami, Polakami i Niemcami, - duchowy sojusz, polegający na
wspólnej wierności - i to nie zawarcie, ale odnowienie onego
sojuszu, który datuje z 1831 roku, a który będzie najpiękniejszym
dowodem stałości i wierności duszy niemieckiej. Jakżeż to wtedy było? Nikt z współczesnych onych czasów pamiętać nie może, a Bismarck
był może ostatnim wśród Niemców, który, jak to sam przyznaje, w
roku 1848 na ulicach Berlina wyśpiewywał popularną podówczas
piosenkę o bohaterskim Łagience, więc zdaje mi się, że jeżeli
kiedyśkolwiek, to teraz na czasie przypomnąć narodowi niemieckiemu
chwile jego najgorętszych uniesień dla świętej sprawy Wolności,
chwile, może najpiękniejsze obok tych, które przeżywała dusza
narodu niemieckiego, gdy się z pod jarzma napoleońskiego wyzwalała
- przypomnąć jej ekstatyczny wprost zapał, z jakim brała duchowo
udział w bohaterskich zapasach narodu o byt swej Duszy. - A czyż
teraz Niemcy o co innego walcz? A więc niech ta niemiecka, ta stała, ta wierna, ta wszelkiej
piękności spragniona, ku wolności rwąca się dusza posłucha pięknej
bajki... Bajkaż to? nie! to rzeczywistość, w którą, jeżeli
kiedykolwiek to teraz właśnie gorąco i zbożnie wierzyć przynależy
po tylu biednych, znojnych, gniewnych lat dziesiątkach.
***
Z głęboką miłością i cichą melancholią przerzucam wciąż od
nowa kartki książki, która się właśnie do mych rąk dostała: "Polenlieder deutscher Dichter". Ach! jak je dobrze znam te "Polenlieder" od najrychlejszej
mej młodości. W domu moich rodziców leżały całymi stosami na
starodawnym klawicymbale, wprawdzie nie w książkowem wydaniu, ale
jako luźne zeszyty z tekstem, nutami do śpiewu, a na okładkach
widniały piękne litografie, które się głęboko w pamięć dziecka
wraziły. Były tam wizerunki polskich generałów, Chłopickiego,
Skrzyneckiego, Umieńskiego, pomnę Poniatowskiego, który na swej
siwej klaczy do Elstery wskakuje, kosyniera polskiego, który się
zabiera do krwawej kośby i widzę księżyc, który "z za chmury -
wygląda ponury" i przypatruje się śmierci zdrajcy ojczyzny i widzę
mogiły, nad któremi "lecą listki z drzewa, co wyrosły wolne" -
tekstu wtedy odczytać nie mogłem, bom jeszcze wtedy języka
niemieckiego nie znał, ale te piękne litografie służyły mi jako
wzory do bezlicznych rysunków. To był mój dziadek ze strony matki, Jan Grąbczewski, który
był oficerem w wojsku polskiem, a po ukończonem powstaniu, ciężko
ranny, wyemigrował do Prus Zachodnich i tu z skrzętną miłością
zbierał dowody sympatyi, może niezrozumiałej dla dzisiejszej
generacyi niemieckiej, sympatyi i nieomal ekstatycznego uwielbienia
dla sprawy polskiej. A wszystkie te pieśni, te litografie były niczem więcej,
jak tylko jedną wielką, szczerą gloryfikacyą powstania 1831 r.:
entuzyastyczny jego rozpęd w samych początkach, powitany przez
najszlachetniej szych w narodzie niemieckim z niesłychanym zapałem,
gorączkowy niepokój, z jakim nierównomierne perypetye tych
bohaterskich bojów z zapartym oddechem śledzono, głęboki smutek i
żałoba, z jaką wraz z Polakami przypadło grześć ostatnie nadzieje
wskrzeszenia Polski, to wszystko znalazło w pieśniach niemieckich
bardów, których nazwiska dotychczas nie spłowiały, przeciwnie
nabrały jaszcze gorętszego blasku, głęboki, przejmujący, grozą i
oburzeniem wstrząsający wyraz. Długo, długo tułały się te zeszyty z pieśniami, nutami,
apoteozującemi litografiami po dworkach polskich, albo butwiały na
strychach, aż wreszcie zostały zebrane w zbożnym pietyzmie w trzech
tomach, z których pierwszy się ukazał, jako dług wdzięczności
Polaków, spłacony cieniom tych wielkich, gorącą miłością wolności
trawionych mężów, dla których sprawa Polski, stała się ich własną
sprawą, i nie tylko jako wdzięcznie spłacony dług, ale jako pomnik
na cześć tego, co najszlachetniejszem w duszy niemieckiej: jej
głębokiej w zbożnem nabożeństwie trwającej czci wobec śmiertelnych
zapasów narodu, walczącego o swą wolność. A działo się to roku 1831.
RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.