Polska czy Polin? - Krzysztof Baliński

Kup ebooka

39.90 zł

-
Proszę czekać

OD BANKSTERA DO PREMIERA

Przeżywamy trudne czasy. Skaczą na nas jak koza na pochyłe drzewo, rodzimi zaprzańcy wyją z radości, polskie ustawy pisze Mosad, a polskich ministrów zatwierdza ambasador Izraela. Dlaczego udostępniono Wawel na obrady Knesetu? Dlaczego prezydent nie ma czasu dla Kresowiaków, a nie wytrzyma dnia bez spotkania z rabinem Schudrichem? Gdzie jest ośrodek, w którym podejmuje się decyzje? Na Nowogrodzkiej czy na szabasowych kolacjach? Skąd sprzeciw wobec wznowienia ekshumacji w Jedwabnem? I wreszcie - dlaczego premierem w trybie nadzwyczajnym, ocierającym się o groteskę, zrobiono bankiera, a żydowskie gazety powitały go nagłówkiem - "świetny bankier na czele rządu"?

Sromotna klęska Polaków to prosta konsekwencja operacji nazwanej "rekonstrukcją rządu". Przeprowadzona, przy ewidentnym udziale zagranicy, kombinacja kadrowa nie była przypadkowa. Wybrano jedynie dogodny moment. A jaki był bardziej dogodny, niż przejęcie pełni władzy w Polsce przez piewców "Ziemi Polin"? Cała kombinacja zaczęła się dużo wcześniej i została starannie przygotowana, a jej finałem zmiana, z woli Netanjahu, ustawy o IPN. Gdy Żydzi opluwali i lżyli Polaków, prezes PiS pouczał: "dzisiaj diabeł podpowiada nam pewną bardzo niedobrą receptę, pewną ciężką chorobę duszy, chorobę umysłu - tą chorobą jest antysemityzm". W sierpniu Kaczyński spotkał się z przedstawicielami polskich środowisk żydowskich. Oficjalny komunikat mówił o spotkaniu "pełnym wzajemnego zrozumienia" oraz że uczestnicy "byli pod wrażeniem głębokiego rozumienia historii, zwyczajów i religii żydowskiej przez prezesa PiS". Sednem było jednak coś innego. "Narastaniu postaw antysemickich w ostatnich miesiącach towarzyszy agresywna mowa nienawiści i nacechowane przemocą zachowanie, skierowane przeciwko naszej społeczności. Nie chcemy powrotu do 1968 roku" - alarmowali, domagając się od Kaczyńskiego "zdecydowanego potępienia antysemityzmu". Spotkanie i opublikowany po nim manifest to preludium kombinacji kadrowej wymyślonej przez "genialnego stratega", wierzącego, że tylko drogą ustępstw zachowa - z woli bliskowschodniego anonimowego mocarstwa - władzę, i że to Żydzi mają wyłączność na decydowanie, kto jest, a kto nie jest antysemitą. Nie trudno było dostrzec, dokąd zmierza, i czym zapłacimy za jego polityczny geszeft. Na prawdziwą uwagę zasługują tu słowa prezydenckiego doradcy od wszystkiego Andrzeja Zybertowicza, który sprawę wyłożył jasno: "Prawda bardzo często w polityce przegrywa. Aby polityk mógł zabiegać o prawdę, musi zachować władzę, ażeby zachować władzę, często musi ulegać siłom zewnętrznym, które na to pozwolą i w tym pomagają". Czyli: najważniejsze jest zachowanie władzy, nawet za cenę zdrady interesów własnego państwa. Gazety wyborcze nieprzerwanie piętnują polskich antysemitów, którzy wszędzie widzą "żydowską rękę". Ale czy spiskowych teorii nie wsparł sam Kaczyński? Jak doniosły media izraelskie porozumienie w sprawie ustawy o IPN uzgodniono w siedzibie Mosadu. Co więcej, nie było żadnych negocjacji, lecz zwykła kapitulacja i czarno na białym dowód, kto stoi za stanowionym w Polsce prawem. Przypomnijmy - gdy diaspora żydowska nakręca antypolską kampanię, gdy Gross pręży pierś z polskim orderem, w odpowiedzi Sejm modyfikuje podyktowaną przez Netanjahu ustawę, a uniwersyteckie manufaktury antypolonizmu dostają kolejne granty badawcze. Nie chodzi przy tym o samą ustawę, lecz o pewien modus operandi, który będzie z powodzeniem stosowany - uczynienie premiera Izraela najwyższą instancją odwoławczą w Polsce.

Szydło weszło do worka

Autorzy kombinacji operacyjnych, którzy rozgrywają scenę polityczną w Polsce, wiedzą, co jest piętą achillesową prezesa PiS i uderzają celnie. Ustalmy fakty i harmonogram kombinacji. W kilka dni od powołania rządu Beaty Szydło okazało się, że ministrem jest antysemita. Szef Ligi Antydefamacyjnej Jonathan Greenblatt w liście do premier wypomniał Antoniemu Macierewiczowi antysemickie komentarze: "Ufamy, że nie pozwoli nikomu o takich przekonaniach być członkiem rządu". "Polski minister obrony wychwalał antysemickie Protokoły mędrców Syjonu" - taki tytuł nadała informacji nowojorska "Forward" - zarzucając Macierewiczowi, że na antenie "znanego z antysemityzmu Radia Maryja", na pytanie słuchacza, co sądzi o Protokołach, odpowiedział: "czytałem". O jadowitym antysemityzmie świadczyć miała jego wypowiedź, że sześciu polskich ministrów spraw zagranicznych, w tym dwóch Żydów, to sowieccy agenci. Sprawa nie była nowa. Kiedyś wykryło to radio TOK FM, dlatego, że "większość nazwisk z jego "listy agentów" pokrywa się z tzw. "listą polskich Żydów"". Od tego dnia zachodzimy w głowę, co miało na myśli "Słowo Żydowskie", porównując ustawę lustracyjną do ustaw norymberskich. Czyżby wśród lustrowanych był Żyd na Żydzie? Przesłanie w mig zrozumiał Macierewicz - kupił niedopracowany izraelski system antyrakietowy "Proca Dawida", zatrudnił żydowskich doradców zza oceanu, przekazał Gołdzie Tencer scenę garnizonowego klubu. Dał się przekonać, że aby być ministrem trzeba mieć certyfikat koszerności wystawiony za oceanem. Co przypomina list Greenblatta? Czy nie rekonstrukcję rządu, czyli przekaz, że bez aprobaty ADL w Polsce nie może być powołany żaden rząd? Znamienne, że gdy nadszedł rozkaz o odwołaniu Macierewicza z przedstawicielem Ligi spotykał się Andrzej Duda.

22 listopada 2018 roku B'nai B'rith w liście do Mateusza Jakuba Morawieckiego domaga się dymisji ministra kultury. Chodziło o słowa Piotra Glińskiego: "Język, którym mówi się o PiS, ma wykluczać, unicestwiać, ma nas odczłowieczać, delegitymizować, mamy być tak traktowani, jak Żydzi przez Goebbelsa". W imieniu loży głos zabrał Sergiusz Kowalski: "Oczekujemy, że przeprosi Pan publicznie Żydów za swojego ministra i niezwłocznie zdymisjonuje go, bo przekroczył wszelkie granice przyzwoitości". Głos zabrała także ambasador Azari: "Nie można porównywać sporu politycznego z Holokaustem. Nie oczekuję przeprosin. Ja po prostu nie chciałabym widzieć więcej takich cytatów" - stwierdziła z delikatnością. Do sprawy odniósł się - jak określił dziennikarz nowojorskiej gazety - "konserwatywny doradca rządu" Jonny Daniels, z którym niewiele wcześniej wicepremier spożył szabasową kolację. Skąd tyle tupetu wobec człowieka, który tak wiele zrobił dla Żydów? Skąd tyle pogardy wobec prożydowskiego fanatyka, byłego członka Unii Wolności, mającego chroniczne problemy z lojalnością wobec państwa polskiego? Skąd tyle pogardy wobec ministra, który wyasygnował sto milionów na żydowski cmentarz i drugie tyle na rewitalizację żydowskiego teatru? Wystarczyło jedno zdanie i Gliński, który swoją wypowiedź traktował jako filosemicką filipkę, został obity kijem. Obca organizacja pomiata, upokarza, poniewiera polskie władze, stawia butne żądania. Czemu służy ta ostentacja? Przecież od czasu do czasu wzywają do Jerozolimy rząd in corpore i tam go obsobaczają? Nie łudźmy się, rejwachu nie wszczęli dlatego, że Gliński popełnił świętokradztwo. Nie chodziło też o kolejne sto milionów, ale o praktykowaną od lat kombinację - pokazanie lub przypomnienie, kto w Polsce rządzi. A na koniec podziękujmy przygłupowi, który sprowadził B'nai B'rith do Polski. I jeszcze jedno - Żydzi po raz kolejny pokazali, że filosemickimi pachołkami gardzą.

14 lipca 2016 roku prezes ADL wyraził oburzenie, ponieważ minister Anna Zalewska nie chciała przyznać, że polscy obywatele byli odpowiedzialni za mord na żydowskich sąsiadach podczas antysemickich pogromów w Jedwabnem i w Kielcach. "Uwagi minister edukacji umacniają tych, którzy promują antysemickie teorie spiskowe, że Żydzi dążą do zniszczenia reputacji Polski poprzez fałszywe oskarżenia. [...] Zalewska powinna przestać być ministrem edukacji, bo taki człowiek nie może być odpowiedzialny za propagowanie zasad tolerancji w społeczeństwie [...] a skoro Jarosław Kaczyński jest przeciwnikiem antysemityzmu musi być pewien, że wszyscy jego ministrowie zajmują takie samo stanowisko" - pisał. I... dopiął swego. Nawet Michnik przecierał oczy ze zdumienia, jak łatwo mu poszło. A zastosowali najprostszy modus operandi, sprawę rozegrali tak gładko, że tylko jeden sierżant sztabowy Jojne (i może jeszcze mecenas Lejb vel Lońka) wiedział, o co w tym wszystkim chodziło. Cyberbezpieczeństwo Polski to akcja koordynowana na najwyższym szczeblu w Izraelu. Wysłannicy Mosadu bezskutecznie zabiegali o nawiązanie "współpracy" w tej dziedzinie z poprzednią minister cyfryzacji. I wydaje się, że z tego powodu bezpośredni nadzór nad resortem przejął sam premier, obsadzając jego kierownictwo absolwentami pedagogiki i... menadżerką kultury. Nowa minister Jadwiga Emilewicz-Szyler z impetem rzuciła się do podpisywania porozumień z Izraelem, głosząc przy okazji: "Polska jest największym sojusznikiem Izraela w Europie". Dlaczego do podpisywania porozumień wydelegowano dyletantów? Netanjahu dobija targów z Putinem, a Morawiecki powierza klucze do bezpieczeństwa Polski talentom humanistycznym. Czy to głupota czy działania zamierzone?

Mateusz Morawiecki wygłasza exposé w Sejmie RP, 12 grudnia 2017

Tusk zaangażował "angielskiego ekonomistę profesora Jacka Rostowskiego". Okazało się, że minister nie jest ani ekonomistą, ani profesorem, ani angielskim, a jedynie wykładowcą na Uniwersytecie Sorosa w Budapeszcie, a profesorem to był jego dziadek Jakub Rofhfeld, syn Mojżesza i Lei z domu Broder. Podobną kombinację zdradził Radek Sikorski, wspominając Schnepfa: "powołałem dyplomatę o żydowskim pochodzeniu, żeby przeciwstawić się opiniom o polskim antysemityzmie". Rostowski wydzielił gabinet dla pracującej społecznie "zewnętrznej ekspertki" od podatków Renaty Hayder. Podatkami VAT zajmował się w Sejmie Janusz Palikot, który w międzyczasie wrócił do judaizmu i został członkiem loży B'nai B'rith. Okazuje się, że właściciel Getin Banku Leszek Czarnecki miał kontakty biznesowe z Rothschildem, a wśród darczyńców na Muzeum Polin znajdował się Jan Kulczyk i jego małżonka, którzy zrobili majątek, biorąc udział w złodziejskiej prywatyzacji masy upadłościowej PRL. Niezorientowani mówią, że pieniądze zwracali postpeerelowskim służbom. Ale to niepoważne bredzenie. "Czasy były takie, że każdy brał, ile mógł unieść" - mówił Bieriezowski, bratni oligarcha z bratniej Rosji. Jeszcze lepiej zdiagnozował to Józef Oleksy: "kosmopolityczne gangi rozkradły Polskę". Z tego, co wiemy z knajpianych rozmów, Kaczyński chciał, by Morawiecki został ministrem w rządzie Tuska. Przeciw był Lejb Fogelman. Morawiecki posłuchał, propozycji Tuska nie przyjął i... został premierem w rządzie "dobrej zmiany". Fogelman do szkół chodził z braćmi Kaczyńskimi, a jego nazwisko pojawia się prawie zawsze w związku z największymi transakcjami "polskiej" transformacji, zaś na liście jego klientów są prawie wszystkie ważne spółki Skarbu Państwa. A wiedzieć tu trzeba, że konflikt między Szydło a Morawieckim dotyczył głównie obsady zarządów tych spółek, i wygrał go, dzięki pomocy lobby bankierskiego, Morawiecki.

W roku 2005 "genialny strateg" zrobił ministrem Radka Sikorskiego, osobnika kiepsko wykształconego, o szemranej przeszłości. Kto mu w tej pomyłce pomógł? Dziewięć lat później popełnia kolejną "pomyłkę" - wystrugał z banana Andrzeja Dudę. Kto mu w tym struganiu pomógł? Krótko mówiąc, ministrem i prezydentem w Polsce zostali dzięki instytucji Esterki. Instytucja ta, w połączeniu z formułą, że Żydem jest każda osoba urodzona z matki Żydówki, mocno komplikuje nasze stosunki wewnętrzne. Już w Starym Testamencie mamy wiele przykładów bohaterskich Żydówek, które żeniły się z gojami tylko po to, aby ich zjednać. Przy czym ten, który uszczęśliwił wyborców Dudą i Sikorskim nieodmiennie przedstawiany jest jako polityczny geniusz i jedyna nadzieja Polaków. Korygowanie personalnych "pomyłek" prezesa (lub "akuszerów" rozdań kadrowych?) odbywa się natomiast pod przykryciem "rekonstrukcji rządu" i przedstawiane jest jako "złożona strategia", a głosy powątpiewające stanowią przykład szalonych "teorii spiskowych".

Szydło wyszło z worka

Najgorzej, kiedy Polak przestaje rozumieć tych, których popiera. A tak było przy odwołaniu Beaty Szydło. W południe w Sejmie zażarta obrona znakomitego rządu z najlepszym w dziejach premierem - wieczorem odwołanie i zastąpienie przez podwładnego. Nawet najwięksi zwolennicy PiS widzieli, że coś jest nie tak. W dodatku ta radość "Wyborczej"! Już wcześniej niepokoiła sekwencja wydarzeń: prezes NBP pochodzenia lichwiarskiego i kapitulacja przed banksterami w sprawie kredytów we frankach; hasło "patriotyzm gospodarczy" i wicepremier wracający z Waszyngtonu z dobrą nowiną - rząd zaciąga kredyty w Banku Światowym; zaklęcia o "polonizacji banków" i sprowadzenie do Polski banku JP Morgan. Już kilka dni po "rekonstrukcji rządu" dochodziły niepokojące wieści - w Radiu Wnet ojciec nowego premiera "palnął": "Osoba premiera całą swoją sylwetką, swoim doświadczeniem zawodowym jest bliższa elektoratu PO niż premier Beata Szydło... a to łagodzi ten najpoważniejszy problem Polski, jakim jest konflikt obu stron. Konflikt emocjonalny, konflikt ideowy, konflikt pomiędzy tymi, którzy rządzili przez osiem lat, a tymi, którzy teraz formalnie rządzą. Dziś to oni też mają tylko częściową władzę, bo tamta strona ma duże stosunki, wielkie pieniądze i zagraniczne poparcie. Ten podział jest istotny, bardzo osłabia nas Polaków. To jest coś bardzo niszczącego. Wybór Mateusza idzie w kierunku redukcji tego niepokojącego zjawiska". Dalej mówił o synu: "[...] jego przeszłość, jego praca w korporacjach, wieloletnie zarządzanie ludzkimi zespołami, był prezesem trzeciego co do wielkości banku polskiego, sytuuje go zasadniczo bliżej tych ludzi, którzy nazywają się totalną opozycją albo tę totalną opozycję popierają. I to jest bardzo korzystny trend, który się zaznacza i coś z tego dobrego wyniknie". Krótko mówiąc - Szydło trzeba było odwołać, bo nie podobała się PO.

Decyzję naczelnika z Żoliborza owiało wiele domysłów. Kto go do tego przekonał? Kolega z ogólniaka Lejb Fogelman czy też poległ w bitwie o "Nasze kamienice, wasze ulice"? A może ktoś inny? Tuż przed zmianą Jojne Daniels wydał szabasową kolację z udziałem izraelskiego ministra. Na kolacji pojawił się Mateusz Morawiecki. Sprawę dodatkowo zagmatwała relacja Jojne ze spotkania środowisk żydowskich z Kaczyńskim: "Omawialiśmy szczególną niezaprzeczalną więź między państwem Izrael i Polską. Osobiście podziękowałam Prezesowi za wszystko, co zrobił i nadal robi dla państwa Izrael. Rozmawialiśmy także o przyszłości, o tym, co więcej można zrobić, aby wzmocnić więź między naszymi narodami, które są oparte na tysiącu lat wspólnej historii [...] Przed nami nowe wyzwania, dobrze wykona je nowy premier". To nie przypadek - we wszystkich działaniach "dobrej zmiany", można wyróżnić wspólny mianownik - szukanie schronienia pod żydowskim parasolem. Nawiasem mówiąc, emocjonujemy się taśmami z knajpy "Sowa i Przyjaciele", a co z taśmami z szabasowych kolacji? Bo co do tego, że są - nie ma wątpliwości. Tak jak nie ma wątpliwości, że gospodarz kolacji jest agentem Mosadu.

Rabin z Chabad-Lubawicz publicznie zwierzył się: "Morawieckiego, ówczesnego ministra finansów do mojego domu przyprowadził mój przyjaciel Jonny Daniels. To właśnie on podczas dwóch spotkań przekonywał Morawieckiego o konieczności zmiany ustawy o IPN". Nie przypadkowo zatem ministerialne stołki zachowali tylko miłośnicy koszernych smakołyków. Jest chyba coś na rzeczy, gdy nikomu nieznany sierżant sztabowy izraelskiej armii bryluje na polskich salonach politycznych. Gdy człowiek znikąd, od którego na kilometr czuć Mosadem, stroi w jarmułkę połowę rządu, organizuje premierowi spotkania z nowojorskimi bankierami, żąda delegalizacji polskich partii, a o wznowieniu ekshumacji w Jedwabnem mówi: "nawet jeśli pod tą inicjatywą podpisze się czterdzieści milionów, ekshumacji nie będzie". A na koniec smutna konstatacja: Dlaczego nie odebrano Grossowi orderu? Dlaczego nie usunięto z Powązek grobu Jakuba Bermana, a blokuje się poszukiwania dołów śmierci, do których Berman wrzucał pomordowanych Polaków?

W stosunkach polsko-żydowskich jest zbyt wiele tajemnic. Nie tylko nie wiemy, jakie majątki zwrócono Żydom i o jakie jeszcze zabiegają. Nie wiemy, co w sprawie lasów obiecał Kaczyński. Nie wiemy, czy program polonizacji gospodarki przy pomocy lichwiarskich kredytów nie ma na celu uzbierania pieniędzy na finansowanie programu pomocy "ofiarom holokaustu". Po czterech latach rządów nadzieja, że podejmą walkę z hałastrą pustoszącą Polskę, słabnie. Mocno trzeba zasłaniać oczy, by nie widzieć szemranych geszeftów, pozorowania działań, spektakli dla gawiedzi, mydlenia oczu, tropienia trzeciorzędnych oszczerców, a obwieszania medalami pierwszorzędnych i wmawiania, że najpilniejszą potrzebą Rzeczypospolitej jest "walka z antysemityzmem". Próg wytrzymałości Polaków jest systematycznie przesuwany. Po serii decyzji mylących polską kulturę z żydowskim cmentarzem wyborca dostał kwiatek - zamianę premiera na bankstera i nowy rząd, bezideową zbieraninę partyjnych aparatczyków i przybłędów z Unii Wolności. Większość Polaków uważa, że mamy nieudanych polityków. Jest to prawda, ale nie do końca. "Nieudani" wiedzą bowiem, że ich losy ważą się w kręgach lobby żydowskiego i "Wyborczej", a nie wśród wyborców. Kaczyński wygra wybory, a Duda zaszczyci nas drugą kadencją. I ma też wątpliwości, co będzie z Polską - Kaczyński już zapowiedział: "jeszcze przed wyborami PiS przedstawi propozycję porozumienia, które miałoby zakończyć wojnę na polskiej scenie politycznej". Czyli zapowiedział złowrogi scenariusz - budowania "porozumienia ponad podziałami". Wracając do pytania: głupota, czy działania zamierzone? Jeśli to pierwsze, to trzeba się "nieudanych" szybko pozbyć. Jeśli to drugie, to Sejm trzeba posprzątać żelazną miotłą. Prawicowy elektorat dostał kilkakrotnie w pysk, ale już wie, że jeśli politycy przyłożą rękę do rabunku Polski, nigdy nie dostaną jego głosu, a głos odda na tych, którzy obiecają powołanie Trybunału Narodowego dla osądzenia zdrajców.

MODUS OPERANDI, CZYLI JAK SCHWYTAĆ SPRAWCĘ

Modus operandi to charakterystyczny sposób działania lub zachowania się sprawcy czynu zabronionego. Analizując modus operandi, można uzyskać informacje, które ułatwiają jego schwytanie. Bazuje się tu na skłonności ludzkiej do wykonywania takich samych czynności jedną, powtarzaną metodą. Według Wikipedii prawidłowo przeanalizowany sposób działania przestępcy pozwala na zidentyfikowanie winnego. Badając modus operandi, należy sprawdzić, czy sprawca znalazł wspólników, czy się maskował, czy zatarł ślady czy też ostentacyjnie je pozostawił; co zrobił z łupem, czy wracał na miejsce czynu. Ten sam sprawca może zmieniać swój modus operandi w zależności od okoliczności i nabieranego doświadczenia. Dlatego sporządzane są profesjonalne rejestry zawierające opisy sposobów działania przestępców. Rejestr taki miała policja Polski przedwojennej.

Już kilka dni po powołaniu rządu zaczynało się robić ciekawie. Okazało się, że w skrajnie filosemickim rządzie ministrem jest antysemita. Jonathan Greenblatt, szef Ligi Przeciwko Zniesławieniu-ADL w liście do Beaty Szydło wypominał: "Ufamy, że nie pozwoli nikomu o takich przekonaniach być członkiem rządu". "Polski minister obrony wychwalał antysemickie Protokoły Mędrców Syjonu" - taki tytuł nadała informacji wydawana w Nowym Jorku w języku angielskim i jidysz gazeta "Forward". Greenblatt zarzucił Macierewiczowi, że na antenie "znanego z antysemityzmu Radia Maryja" popełnił obrzydliwy antysemicki komentarz, bo na pytanie słuchacza, co sądzi o Protokołach odpowiedział: "czytałem i są ciekawe". O głębokim i jadowitym antysemityzmie Macierewicza ma świadczyć nie tylko to, iż wyznaje teorie spiskowe. Wstydliwą przypadłość ministra ma też potwierdzać zarzut - jest znany z czyszczenia wojskowych służb specjalnych z komunistycznych złogów. Gazeta podpierała się przy tym raportem ADL, który alarmował: poziom antysemityzmu w Polsce jest jednym z najwyższych w Europie, trzydzieści siedem procent Polaków żywi postawy antysemickie w porównaniu z szesnastoma procentami Niemców. Pod Macierewiczem rył też brytyjski "Guardian", powołując się przy tym na opinię Rafała Pankowskiego, aktywisty Stowarzyszenia "Nigdy więcej", czyli swego rodzaju filii i tuby medialnej ADL w Warszawie. Według Pankowskiego: "nastały smutne czasy dla polskiej i europejskiej demokracji, jeśli promocja teorii spiskowych jest wynagradzana wysokimi stanowiskami". Sprawa nie jest nowa. Tropienie "Antka antysemity" ma długą historię. Już w 2007 roku próbowało mu to wmówić radio TOK FM (też, z racji pochodzenia etnicznego jego redaktorów, powiązane z ADL). A to dlatego, że "większość nazwisk z jego "listy agentów" pokrywa się z tzw. "listą polskich Żydów"". Nawiasem mówiąc, do dziś zachodzimy w głowę, co miało na myśli "Słowo Żydowskie", gdy porównało ustawę lustracyjną do ustaw norymberskich. Chyba nie to, że wśród zlustrowanych był Żyd na Żydzie? Dla porządku przypomnijmy, że ADL to polityczne, propagandowe, zbrojne ramię żydowskiej loży masońskiej B'nai B'rith i że do Polski wpuścił ją śp. Lech Kaczyński. Przypomnijmy też, że ni stąd, ni zowąd 12 września 2006 roku ukazało się obwieszczenie ADL (której filię B'nai B'rith Polin reaktywowano w Warszawie kilka tygodni wcześniej). Co w nim było? Nic szczególnego. Tylko tyle, że Liga Polskich Rodzin to partia antysemicka, że Lepper wykazuje antysemickie fobie, że Giertych nie nadaje się na ministra, bo w kanonie lektur szkolnych umieścił dzieła Henryka Sienkiewicza i książkę Jana Dobraczyńskiego. I na koniec znamienne zdanie: "z koalicji usunąć Samoobronę i LPR, bo niedopuszczalne, żeby w kraju członkowskim UE funkcjonowały ksenofobiczne i rasistowskie partie". Co było potem, wszyscy wiemy. Co to przypomina, też wszyscy wiemy - list Greenblatta do Szydło, a później rekonstrukcję rządu. Warto zauważyć, że "mściła się" tu także wypowiedź Macierewicza, który informacje o współpracy polskich służb z Mosadem w sprawach związanych z napływem uchodźców, i to że Polsce bezpieczeństwo zapewni Mosad, określił jako "szaleństwo, które powinno skutkować dymisją osoby, która głosi takie tezy".

Afera się rozkręciła. List Greenblatta w sprawie zmian kadrowych w polskim rządzie był początkiem nacisków na rząd PiS, które narastają, a metody ADL stają się coraz bardziej bezwzględne i gangsterskie. Przesłanie Greenblatta w mig zrozumiał Antoni Macierewicz - kupił niedopracowany izraelski system antyrakietowy "Proca Dawida", przekazał Gołdzie Tencer i Teatrowi Żydowskiemu salę widowiskową klubu garnizonu warszawskiego, zatrudnił w MON żydowskich doradców zza oceanu. Jeden z nich ogłosił: "Jako Żyd amerykańskiego pochodzenia jestem oburzony fałszywymi oraz dziwacznymi pogłoskami i insynuacjami oskarżającymi ministra Macierewicza o antysemityzm. Miałem zaszczyt pracować w jego biurze poselskim jako doradca. Osobiście zabrał mnie do miejsc związanych z Holokaustem i dziedzictwem żydowskim [...]. Byłem pod wrażeniem wiedzy ministra nt. historii żydowskiej i wrażliwości na kwestie związane z judaizmem [...] partia, w której Macierewicz jest wiceprezesem jest jednym z najsilniejszych zwolenników Izraela na arenie międzynarodowej". Na nic to się zdało. Pojawiły się natomiast pytania: dlaczego ADL w osobie ministra obrony interesował wyłącznie stosunek do XIX-wiecznej broszury? Co robić, żeby rząd był oceniany przez Polaków, a nie Greenblattów i czy nie mszczą się zaniechania z lustracją, która powinna była przede wszystkim objąć tych, którzy mieli ojca w KPP, dziadka w Wehrmachcie i oficera prowadzącego w Stasi? Bo w Polsce lustracja jest bardzo potrzebna, ale nie ta podpowiadana przez Komintern, nie z pytaniem, gdzie kto był, tylko co robił? Czy sądził w sądach kapturowych? Czy strzelał w potylicę? Czy torturował? Czy wynaradawiał? Czy fałszował historię?

Poniżej kalendarium pewnego modus operandi, czyli historia pewnego ciągu przyczynowo-skutkowego rzucającego PiS w objęcia Izraela i diaspory żydowskiej:

10 czerwca 2006 roku David Harris z Amerykańskiego Komitetu Żydów spotyka się z premierem Jarosławem Kaczyńskim. Tydzień wcześniej ADL publikuje alarmujący raport o wzroście antysemityzmu w Polsce i Harris daje wyraz zaniepokojeniu z tego powodu. Jak reaguje szef polskiego rządu? W wywiadzie dla "Rzeczpospolitej" Harris relacjonuje: "zapewnił, że jego celem jest wyeliminowanie antysemityzmu z polskiego społeczeństwa. Zaznaczył też, że on i jego brat zdołali już wymusić na niektórych polskich instytucjach, aby przestały propagować treści antysemickie. W szczególności wskazał na LPR. ADL uważa jednak, że Roman Giertych powinien przestać być ministrem edukacji, bo taki człowiek nie może być odpowiedzialny za propagowanie zasad tolerancji w społeczeństwie. Dalej, Harris lamentował: "Treści antysemickie propaguje też Radio Maryja. Odczułem to na własnej skórze, bo oskarżyło mnie osobiście o wykorzystywanie ofiar Holokaustu do wyciągania z Polski pieniędzy. Tymczasem Polska nie ma większego przyjaciela niż nasz Komitet". Po tak sympatycznym zagajeniu przystąpił do rzeczy: "Polska jest jednym z ostatnich krajów, który nie uregulował problemu zwrotu mienia ofiar Holokaustu. Przedstawiliśmy premierowi prośby w tym względzie". 14 września 2006 roku, po kolejnym spotkaniu, Harris oświadcza: "Rozmawialiśmy o antysemityzmie. Premier sam podniósł kwestię obecności w koalicji rządowej przedstawicieli LPR i Samoobrony. Otrzymaliśmy klarowne i satysfakcjonujące deklaracje w ważnych dla nas sprawach. Wyraziłem przekonanie, że z racji wejścia Polski do UE, Żydzi dostaną skradzione przez komunistyczne rządy mienie, bo Polska będzie zobligowana do uregulowania tej kwestii". A propos, czy w świetle powyższego nie jest żałosnym biadolenie na donosy opozycji do Merkel i na ingerencję redakcji Anne Applebaum w wewnętrzne sprawy Polski?

Rzecz znamienna - gdy z ADL nadszedł rozkaz odwołania Macierewicza z rządu, z przedstawicielem Ligi, czyli organizacji znanej z notorycznego opluwania Polski, spotkał się Andrzej Duda. Co więcej, spotkanie odbył w konspiracji wobec własnego narodu, bo nie chciał ujawnić, o czym rozmawiał. W wypowiedzi dla PAP oświadczył tylko, że przedstawiciele organizacji żydowskich byli wdzięczni za jego zdecydowane deklaracje w sprawie antysemityzmu. "Powiedziałem, że w sposób absolutnie jednoznaczny będę podtrzymywał, że w Polsce antysemityzm, nawoływanie do niego, jest karane i w związku z tym wobec takich osób, kiedy udaje się je zatrzymać, są wyciągane konsekwencje prawne". Z informacji, jakich przedstawiciel ADL udzielił amerykańskim mediom, wynikało natomiast, że rozmawiano głównie o restytucji mienia żydowskiego. Gdy podczas demonstracji we Wrocławiu podpalono kukłę Sorosa, ADL komentowała: "Od przejęcia władzy w Polsce przez PiS antysemickie wystąpienia narastają". Liga wyraziła też oburzenie w związku ze zwołaniem przez Dudę konferencji, na której ktoś mówił o zwalczaniu narracji zniesławiających Polskę, a zapowiedź Ministerstwa Kultury o stworzeniu "polskiej ligi przeciw zniesławieniu, która będzie prezentować własną narrację, że byliśmy krajem i narodem pokrzywdzonym przez historię", oburzyła innego rozmówcę Dudy. 11 lipca 2016 roku ADL wydała komunikat: "Reżim nazistowski nie miał monopolu na morderczą antysemicką nienawiść [...] przyjechaliśmy do Jedwabnego, aby pokazać solidarność ze społecznością żydowską, która zmaga się z narastającym antysemityzmem. 75 lat po Jedwabnem antysemityzm jest ciągle niepokojącym zjawiskiem". Nawiasem mówiąc - wielce zabawnie z perspektywy amerykańskich Żydów wyglądać musi władza w Polsce na wyścigi konkurująca z opozycją o względy organizacji żydowskich. Politycy PiS uznali, że droga do strategicznych relacji z USA prowadzi nie przez Biały Dom, ale przez Nowy Jork i tamtejszych Żydów, i pomylili stosunki polsko-amerykańskie ze stosunkami polsko-żydowskimi. A wiedzieć trzeba, że oprócz Harrisa, który urabia PiS, równolegle inne organizacje urabiają PO. Przypomnijmy tylko, że w marcu 2008 roku na tajnym spotkaniu z przedstawicielami Światowego Kongresu Żydów, Tusk obiecał rozwiązanie problemu mienia pożydowskiego poprzez sprzedaż lasów państwowych. W tym kontekście przywołać trzeba też perypetie, a właściwie cyrk medialny związany z odwołaniem ambasadora Schnepfa z Waszyngtonu - zastosowana wówczas kombinacja operacyjna lub, jak kto woli, modus operandi miała tylko jeden cel - jest rzeczą niedopuszczalną, aby ambasadorem w USA był ktoś o innym niż Schnepf pochodzeniu. Zresztą skuteczność takiego modus operandi zdradził Radek Sikorski: "powołałem do Waszyngtonu dyplomatę o żydowskim pochodzeniu, żeby przeciwstawić się opiniom o polskim antysemityzmie".

W 1996 roku Israel Singer zapowiedział, że Polska będzie upokarzana na arenie międzynarodowej. Efektem tego "upokarzania" była awantura na temat nazistowskiej imprezy w krzakach pod Wodzisławiem, rozdmuchanie incydentu ze spaleniem kukły Sorosa i wielka propagandowa impreza podczas nowelizacji ustawy o IPN. W "upokarzaniu", czyli systematycznej tresurze polskich polityków, ogromną rolę pełnią TVN i "Gazeta Wyborcza", a preteksty do oskarżania Polaków o antysemityzm są coraz bardziej kuriozalne. W sławetnej relacji TVN z Marszu Niepodległości było nim faszystowskie hasło "Bóg, honor, ojczyzna". Stowarzyszenie "Nigdy Więcej" za rasistowskie i antysemickie uznało transparenty: "Chłopak dziewczyna, normalna rodzina", "Śląsk słowiański! Śląsk piastowski! Śląsk na zawsze polski!", "Naszym znakiem orzeł biały". Przyznać trzeba, że w styczniu 2018 roku na łamach gazet i w polskiej telewizji widzieliśmy więcej swastyk, niż w niemieckich mediach od zakończenia wojny. Doszło do tego, że w telewizji niemieckiej odbyła się debata o "narastającej w Polsce fali nazizmu". "Warszawa europejską stolicą rasizmu", "Neonaziści świętują Hitlera", "Polska coraz bardziej brunatna" - tak rozpisywali się dziennikarze zza Odry. Tymczasem w tychże Niemczech w 2016 roku odbyło się, wedle danych policyjnych, 466 legalnych i ochranianych przez policję neonazistowskich manifestacji oraz 41 500 "przestępstw z nienawiści", w tym 3598 kryminalnych, z czego 26 stanowiły zabójstwa o podłożu rasistowskim, a Merkel niedawno oświadczyła, że "to wstyd, że żadna żydowska instytucja w Niemczech nie może istnieć bez policyjnej ochrony". Tym niemniej w Bundestagu na ten temat nie debatowali. W Sejmie natomiast, z inicjatywy PiS, odbyła się debata o neonazizmie.

Po emisji reportażu "Superwizjera" TVN o polskich neonazistach pijących toast za Hitlera, premier Mateusz Morawiecki oświadczył: "Jest przede wszystkim deptaniem pamięci naszych przodków i ich bohaterskiego wysiłku walki o Polskę sprawiedliwą i wolną od nienawiści. Nie ma przyzwolenia na tego typu zachowania i symbole". Prokurator generalny polecił wszczęcie śledztwa w sprawie publicznego propagowania faszyzmu. Minister spraw wewnętrznych na temat "bulwersujących wydarzeń" rozmawiał z ministrem sprawiedliwości, z komendantem głównym policji i prokuratorem krajowym. Koordynatorem akcji antynazistowskiej po stronie rządowej okazał się minister koordynator służb specjalnych Mariusz Kamiński. Pytany o informacje TVN, zapowiedział "szybką i stanowczą reakcję państwa wobec propagujących w Polsce faszyzm". Zapewnił też, że "szybko i stanowczo ten problem będzie zlikwidowany". Przed paru laty Kamiński napadł na organizatorów Marszu Niepodległości w równie kominternowskim stylu (bo w tradycji i nawykach przybyłych w taborach armii sowieckiej komunistów było donoszenie w ambasadzie ZSRR na polskich "nacjonalistów" i oskarżanie swych partyjnych oponentów o faszyzm). Rozczulając się nad spaloną budką i solidaryzując z ambasadorem Rosji, marsz określił jako: "manifestację elementów skrajnych i faszystowskich". I nie pamiętał przy tym jak wcześniej po taki sam argument sięgał Kiszczak, dla którego happeningi Ligi Republikańskiej miały znamiona "faszystowskich wybryków". Nie pamiętał też, jak "Wyborcza" oskarżała Ligę o podpalenie synagogi w Warszawie. Nawiasem mówiąc w podsłuchanej knajpianej rozmowie innego łowcy nazistów Bartłomieja Sienkiewicza, pojawia się na temat Marszu Niepodległości dziwne zdanie: "Czy jest to moment na uruchomienie tego rodzaju rozwiązania czy nie. Bo ja mam poczucie, że jest to wariant OK, World Trade scenario". Czyli chciał coś wysadzić w powietrze w centrum Warszawy i dać pretekst do spacyfikowania "ekstremistycznej i antysemickiej" opozycji? Co zatem tak naprawdę Kamiński "koordynuje" lub czego naprawdę jest "koordynatorem"?

W sierpniu 2017 Jarosław Kaczyński przyjmuje grono przyjaciół

Do zamieszania z "polskimi neonazistami" z krzaków w Wodzisławiu Śląskim dołączył z troską sierżant sztabowy Jonny Daniels. Nad problemem Polaków z troską pochylił się też były prezydent Aleksander Kwaśniewski, według którego "Polacy mają problem z antysemityzmem" (polemizował z nim bloger - nawiązując do troski, z jaką Kwaśniewski pochylił się w Charkowie nad mogiłami Polaków pomordowanych przez żydokomunę, napisał: "Polacy mają problem z antysemityzmem, a Kwaśniewski z alkoholem"). Po kilku dniach zreflektował się nieco inny ważny minister i zaczął uspokajać, że w Polsce są neonaziści i chodzą swobodnie po lesie, ale jest ich "mały margines", czyli pocieszał - są, ale jest ich mało, zbyt mało. Z marginalnego incydentu zrobiono wydarzenie polityczne roku. Gdy 20 stycznia 2018 roku o godzinie 19:00 lektor "Faktów" ogłosił, że w Polsce odradza się faszyzmem, modus operandi TVN odniósł niebywały sukces - jego reportaż zmobilizował prezydenta do publicznych potępień "polskich neonazistów". Na rewelacje redaktor śledczego TVN już następnego dnia, jak nakręcane małpki z pudełka wyskoczyli marszałek i wicemarszałek Sejmu, a jeden z ministrów odgrażał się, że "będzie delegalizował nazistowskie organizacje". Co ciekawe listy kandydatów do delegalizacji nie ograniczył do nazistów z krzaków, ale sięgał aż do "tych nazioli z Marszu Niepodległości". Epizod wart, co najwyżej, odnotowania w kronice wybryków chuligańskich osiedlowej gazetki, całkowicie zdominował polską scenę polityczną. Marginalny incydent komentowały i prześcigały się w buńczucznych wypowiedziach czołowe osoby w państwie. Ambasador Izraela w Warszawie, pytana, czy ustawa reprywatyzacyjna jest jakimś elementem sporu pomiędzy Polską a Izraelem, ripostowała: "Ja mam inną teorię spiskową, że wszystko to było przyjęte, żeby nie było więcej mowy o neonazistach".

Kraj dał się ponieść TVN, z wybryku kilku głupków, jak się dziś okazuje opłaconych przez TVN, zrobiono sprawę wagi państwowej. Cała Polska przez tydzień żyła imprezą, ku rozbawieniu sponsorów i pomysłodawców afery. Czy była to stosowna i adekwatna reakcja? Czy prezydent musiał oznajmiać całemu światu, że nie ma przyzwolenia na propagowanie nazizmu? Czy musiał dawać amunicję zagranicznym lewakom do atakowania Polski? Wyjaśnienie jest tylko jedno - okazali się dyplomatycznymi idiotami skwapliwe odgrywającymi rozpisane z góry role. Innymi słowy - zatańczyli tak, jak im zagrała antypolska orkiestra. Przynętę złapali wszyscy, jeden za drugim, nawet premier dźwigający na swych wątłych barkach zadanie odbudowy narodowej gospodarki nie zajmował się niczym innym. Michnik przecierał oczy ze zdumienia, jak łatwo dali się podpuścić przy pomocy najprostszego, wielokrotnie już przećwiczonego na Polakach modus operandi. Z oczywistych względów Polska na nazizm jest impregnowana. Zagrożona jest natomiast ideologią żydokomuny, która oskarża o nazizm największą ofiarę nazistowskiego okupanta. W czasach stalinowskich obrzucali Polaków wyzwiskami "faszyści" i "kolaboranci Hitlera". Dziś, w siedemdziesiąt lat po wojnie znowu pokornie wysłuchiwać musimy podobnych pomówień. Kto mógł przypuszczać, że dożyjemy czasów, kiedy najważniejsze osoby w państwie na jednym wydechu wymówią słowa "neonaziści" i "polscy"? Nawiasem mówiąc, antykomunistycznemu, przynajmniej w gębie, prezydentowi i premierowi przypomnieć trzeba, że w latach 1968-1989 w żadnej szkole i w żadnej gazecie nie słyszało się i nie czytało o czymś takimi jak "polscy naziści".

W czyim interesie przedstawiono Polskę jako kraj nazistów, i czemu w tym procederze brali udział członkowie rządu? Prowokacja TVN była tak groteskowa, że nie trudno było odgadnąć, co się za nią kryje. Było oczywiste, że padł rozkaz - "wytropić nazistów!". Tym bardziej, że wyczerpało się medialne paliwo z "kukłą Żyda" i transparentami z Marszu Niepodległości. Było oczywiste, że to dalszy ciąg operacji propagandowej z kłamstwem o "60 tysiącach nazistów maszerujących w Warszawie, zaledwie 300 kilometrów od Auschwitz". Joachim Brudziński, zamiast z urzędu sprawdzić, z czyjego polecenia TVN działała i poczekać na wyniki prokuratorskiego śledztwa, z sejmowej trybuny podziękował "dziennikarzom śledczym" TVN. Zaczął też nawoływać do delegalizacji ONR, czyli poparł rozkaz wydany już wcześniej przez rabina Schudricha i Amerykański Komitet Żydów, ze szczególną pilnością podchwycony przez panie Gawin i Gronkiewicz-Waltz (pierwsza to ta, która klaskała tłustymi łapkami, gdy ambasador Izraela, dziękując rządowi za reakcję na reportaż TVN o neonazistach, schlastała rząd za to, że walcząc z określeniem "polskie obozy" zaprzecza holokaustowi; druga to ta, której mąż przywłaszczył sobie pożydowską kamienicę). Zlecenie wystawiła TVN, której korzenie założycielskie prowadzą do Amerykańskiego Komitetu Żydów, czuwającego nad procesem transformacji ustrojowej Polski, którego nie da się skutecznie zakończyć, póki wolność słowa i stowarzyszania przysługuje jawnie i bezczelnie polskim formacjom narodowym. "Chylę czoło przed dziennikarzami #Superwizjera. Dobra robota. Nikt tak nie obnażył załgania tej władzy, która faszystów nazywa patriotami. Teraz rozumiemy, dlaczego KRRiT nałożyła karę na TVN. Tego materiału też nie wybaczą. Będą się mścić" - napisał na Twitterze Jarosław Kurski. Tymczasem władza nie mściła się, dziennikarzy pochwaliła, a w nawiązce umorzyła spółce TVN wymierzoną wcześniej półtoramilionową karę nałożoną za "propagowanie działań sprzecznych z prawem" w związku z blokadą Sejmu przez opozycję. W debacie "Czy Polsce zagraża faszyzm", nie chodziło o odpowiedź na pytanie, ale przećwiczony modus operandi - skoro tyle o tym mówią politycy najwyższego szczebla, to coś musi być na rzeczy. Jest i druga strona medalu - ministrowie przepraszają za wszystko, za antysemitów i za nazistów, i każdą z tych przypadłości traktują jako sprawę wagi państwowej, a ci którzy debatę wywołują kalkulują sobie: przepraszajcie, kajajcie się, my będziemy podrzucać kolejne śmierdzące sprawy, jak nie o rasiście na przystanku we Wrocławiu, to o ciemiężycielu sprzątaczki ukraińskiej. A gdyby i oni zawiedli, zawsze "nazistowską" można będzie nazwać procesję Bożego Ciała.

Nasi politycy, i to zarówno polscy jak i z Polski, mają wyrobiony odruch warunkowy, tzw. odruch psa Pawłowa - na dźwięk słowa "antysemityzm" rzucają się do przepraszania. W Gdańsku wybito szybę w tamtejszej synagodze. Z przeprosinami pospieszył sam prezydent RP. Podczas XI Zjazdu Gnieźnieńskiego, tj. spotkania przedstawicieli kościołów chrześcijańskich z całej Europy, wygłosił podniosłe słowa do kilkuset gości. Połowę swego wystąpienia, w założeniu dotyczącego Gniezna jako źródła historii Polski, chrztu Mieszka, inspirującej mocy chrześcijaństwa i stulecia niepodległości, nasz prezydent poświęcił... antysemityzmowi i barbarzyństwu pleniącym się w Polsce: "Z ogromnym bólem przyjąłem akt barbarzyństwa, do którego doszło w Gdańsku, kiedy ktoś rzucił kamieniem w okno synagogi w czasie modlitwy. Z pewnością nazwą to aktem antysemityzmu, ale dla mnie to barbarzyństwo, które musimy potępić". "Barbarzyński" akt wybicia szyby ze szczegółami opisywały media, mówiły o nim niemal jak o pogromie Żydów i początku nocy kryształowej. Incydentowi nadano niespotykaną rangę, dopóki nie okazało się, że u sprawcy zdiagnozowano chorobę psychiczną i że kilka miesięcy wcześniej analogicznego czynu dopuścił się względem kościoła katolickiego. Reakcja Dudy była tym bardziej absurdalna, gdy porówna się ją z napaścią w Tel Awiwie, do której doszło niewiele wcześniej, gdy na ogrodzeniu polskiej placówki dyplomatycznej sprawcy namazali swastyki oraz napisy "mordercy spieprzajcie" i "polskie gówno". W przypadku wybitej szyby złapanie winnego zajęło jeden dzień. Milicja izraelska nawet nie udawała, że kogoś szuka. W tym samym czasie na publicznej plaży w Ejlacie doszło do obrzucenia kamieniami polskich turystów. Obrzucono ich też wyzwiskami: "Dobry Polak to martwy Polak". I w tym przypadku nikt nie interweniował. Głosu nie zabrał ani Netanjahu, ani Duda.

W lutym 2018 roku Polska padła ofiarą zaplanowanej i skoordynowanej agresji, która obnażyła w sposób bezceremonialny niekompetencje rządzących. Po przyjęciu przez Sejm nowelizacji ustawy o IPN, gdy izraelska ambasador zaatakowała Polskę, do tego w świetle jupiterów i w obecności polskiego premiera, gdy izraelski minister wywiadu obciążył odpowiedzialnością za holokaust cały naród polski, odgrażając się "my, Izraelczycy nigdy nie zapomnimy i nie wybaczymy", gdy przywódca izraelskiej opozycji ogłosił, że "były polskie obozy i żadne prawo tego nie zmieni", jedyną odpowiedzią polskiej dyplomacji było zdziwienie, milczenie i kapitulacja bez najmniejszej nawet próby obrony. Polska dyplomacja nie dała się "sprowokować" nawet wówczas, gdy składający się z marcowych emigrantów, tj. byłych ubeków tłum wdarł się na teren ambasady RP w Tel Awiwie. Nie bacząc na powiewającą nad pałacem prezydenckim ogromną białą flagę, żydowscy politycy, dziennikarze, cała izraelska machina propagandowa masakrowali i opluwali Polskę przez kilka miesięcy z okładem. Gdy w państwie żydowskim grzmiały propagandowe armaty, a lonty podpalał osobiście Netanjahu, idioci dyplomatyczni lamentowali: przecież my robimy to samo co oni! Gdzie tu prawda historyczna, przyzwoitość? No bo jakże to tak? My ratowaliśmy Żydów w czasie wojny, a oni mają nas za pomagierów Hitlera? Przez lata robiliśmy wszystko, by umocnić sojusz polsko-izraelski, a oni niszczą go w tydzień? Uzgodniliśmy wszystko z rządem Izraela, a ten od wszystkiego się odciął? Żebrając o to, by rozgniewani Żydzi nie poniżyli ich do końca, potwierdzali, że Polacy mają nieczyste sumienie i błagają o najniższy wymiar kary. Dezercja rządu zdawała się tym bardziej naganna, że od samego początku widać było modus operandi, który bynajmniej nie miał na celu "prawdy historycznej", lecz maksymalne podgrzewanie konfliktu i maksymalne upokarzanie Polski, a w końcu grabież polskiego mienia. Minister Joachim Brudziński ostrzegł użytkowników Twittera, że mogą wywołać antysemickie ekscesy. W ślad za tym, powodowany panicznym strachem, zarządził ochronę ambasady Izraela przewyższającą ochronę własnego urzędu, a wojewoda mazowiecki wytyczył wokół ambasady zamkniętą strefę bezpieczeństwa i zakazał jakichkolwiek demonstracji, czyli wprowadził punktowy stan wojenny. Kolejny strzał w stopę oddał, powołując rządowy zespół ds. przeciwdziałania propagowaniu faszyzmu, czyli zespół do przekonywania międzynarodowej publiki, że faszyści w Polsce są, a problem z faszyzmem jest tak poważny, że rząd zmuszony jest powołać specjalną instytucję do jego zwalczania. A przecież do tego wystarczyłby dzielnicowy policjant.

Zamiast bronić kraju przed antypolonizmem, rząd przystąpił do energicznego zwalczania antysemityzmu. Zamiast walczyć z przelewającą się przez świat falą bezprzykładnego antypolskiego hejtu, zajmował się finansowaniem manufaktur antypolskich oszczerstw, fundowaniem paszkwilantom dostatniego życia i komfortowego warsztatu pracy. Żydowski propagandowy blitzkrieg przeprowadzony został za polskie pieniądze. To nie Żydzi udzielili sobie zgody na powołanie loży B'nai B'rith w Warszawie. To nie Netanjahu wstrzymał ekshumację w Jedwabnem. To nie Izrael wypłacił 400 milionów złotych na Muzeum Polin. To nie Kneset przyznał 100 milionów na renowację cmentarza w Warszawie, mimo że należy on do bogatej, utuczonej na sprzedaży synagog i kirkutów żydowskiej gminy. Kto nie ma czasu na spotkanie z Kresowiakami, a ma czas na szabasową kolację u żydowskiego sierżanta o nazwisku jak tania whisky? Kto odmawia spotkań z Polakami na Litwie i z Polakami na Ukrainie, ale za to nie wytrzymuje dnia bez spotkania z rabinem Schudrichem? Kto zamroził procedowanie ustawy o Polakach ratujących Żydów, "by nie urazić ich wrażliwości"? Ani Netanjahu, ani Michnik, ani Schetyna, tylko marszałek polskiego Sejmu. Jak mówi stare polskie powiedzenie: nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Nadszedł moment prawdy i jak na dłoni widać, kto jest kim w Polsce.

Genialni stratedzy wymyślili, że tylko drogą ustępstw zachowają - z woli bliskowschodniego anonimowego mocarstwa - władzę. Za całą troskę o Polskę wystarcza więc propagandowy bełkot, prymitywna demagogia, łgarstwa i cenzura. A propos zastosowanego modus operandi lub a propos idiotów dyplomatycznych - w wywiadzie dla "DoRzeczy" z 12 lutego 2018 roku na pytanie, czy zaskoczyła go reakcja Izraela i wszystko, co potem nastąpiło, Jarosław Kaczyński rzekł: "Były rozmowy w MSZ z ambasadą [...] i nikt słowa na ten temat nie powiedział. Były inne rozmowy w Ministerstwie Sprawiedliwości i też nic nie wskazywało na to, że jest problem. Wreszcie była serdeczna wizyta przedstawicieli naszego rządu z panią premier Szydło na czele w Izraelu, z półprywatnym spotkaniem z Netanjahu w jego mieszkaniu, z jego żoną itd., podczas której również ten temat się w ogóle nie pojawił. Przecież gdyby to był tak palący problem, to byłby wówczas sygnalizowany".

Cała kombinacja operacyjna zaczęła się dużo wcześniej i była starannie przygotowana - 11 listopada 2017 roku po donosie nowojorskiej gazety o "60 tysiącach faszystów maszerujących w Warszawie". Przypomnijmy jej harmonogram: Sejm nowelizuje ustawę o IPN. Izrael nakręca antypolską kampanię o globalnym zasięgu. Rząd nie reaguje, a kreuje wydarzenia, które wzmacniają żydowski przekaz. Zamiast wydać na oszczerców zaoczne wyroki i aresztować, gdy pojawiają się w Polsce po odbiór kamienic, wdaje się w negocjowanie treści polskiego prawa z zagranicznymi ośrodkami antypolskiej dywersji. Podyktowana przez Netanjahu nowelizacja przechodzi przez polski parlament w błyskawicznym tempie. Nie chodziło jednak o samą ustawę. Chodziło o przećwiczenie znanego już modus operandi - uczynienia premiera Izraela najwyższą instancją odwoławczą w polskim procesie legislacyjnym. Przy czym następny przypadek zewnętrznego arbitrażu dotyczyć będzie ustawy reprywatyzacyjnej, czyli ustawy o zwrocie majątków pożydowskich. Gdy zgodne z wolą środowisk żydowskich Sejm zmienił ustawę o IPN, prezes PiS pouczał: "dzisiaj diabeł podpowiada nam pewną bardzo niedobrą receptę, pewną ciężką chorobę duszy, chorobę umysłu - tą chorobą jest antysemityzm. Musimy go odrzucać, zdecydowanie odrzucać". Przy czym walkę z "ciężką chorobą duszy i umysłu" nakazywał Polakom wówczas, gdy Żydzi opluwali i lżyli Polaków za... antysemityzm. Bohaterskiemu politykowi zabrakło odwagi, by zaapelować do Żydów o odrzucenie "ciężkiej choroby antypolonizmu". Równocześnie forsowano narrację, że konflikt to efekt "zaniedbań polityki historycznej poprzedników".

Tymczasem dość przypomnieć, że w sierpniu 2017 roku z przedstawicielami środowisk żydowskich spotkał się prezes Kaczyński. Oficjalny, natrętnie nagłaśniany komunikat mówił o spotkaniu "pełnym wzajemnego zrozumienia", i o uczestnikach, którzy "byli pod wrażeniem głębokiego rozumienia historii, zwyczajów i religii żydowskiej przez prezesa PiS". Sednem spotkań było jednak coś innego. "Jesteśmy przerażeni najnowszymi wydarzeniami i obawiamy się o nasze bezpieczeństwo, jako że sytuacja w naszym kraju staje się coraz bardziej niebezpieczna" - alarmowali Żydzi w skierowanym do Kaczyńskiego, a opublikowanym przez "Washington Post" manifeście. "Narastaniu postaw antysemickich w ostatnich miesiącach towarzyszy agresywna mowa nienawiści i nacechowane przemocą zachowanie, skierowane przeciwko naszej społeczności. Nie chcemy powrotu do 1968 roku" - twierdzili, domagając się od Kaczyńskiego "zdecydowanego potępienia antysemityzmu". Manifest (i spotkanie Dudy w Nowym Jorku) były preludium kombinacji. I tylko głupiec nie mógł skojarzyć ich związku z przygotowanym przez ministra sprawiedliwości projektem ustawy reprywatyzacyjnej, ograniczającej zwrot żydowskiej własności do tych, którzy w momencie nacjonalizacji żyli w Polsce i posiadali polskie obywatelstwo. Czy to czegoś nie przypomina? Czy nie przypomina ataku na Macierewicza i idącej za nim rekonstrukcji rządu? Zbigniew Ziobro nie wypowiadał się co prawda na temat antysemickiej broszury, ale przygotował ustawę zawierającą antysemickie paragrafy, wysłał list gończy za bratem Michnika i powołał komisję do spraw reprywatyzacji warszawskich kamienic.

Po trzech latach rządów "dobrej zmiany" nadzieja, że podejmie walkę z hałastrą pustoszącą wizerunek Polski słabnie. Mocno trzeba zasłaniać oczy, by nie widzieć szemranych geszeftów z antypolskimi ośrodkami, pozorowania działań, spektakli dla gawiedzi, tropienia trzeciorzędnych oszczerców, a obwieszania medalami pierwszorzędnych, nieustannego bicia się w piersi i tchórzliwego merdania ogonkiem, gdy walą nas w pysk na odlew oraz wmawiania, że najpilniejszą potrzebą Rzeczypospolitej jest "program walki z antysemityzmem". Mimo że widzimy w akcji cały obóz zdrady narodowej, ludzi w ogóle niezainteresowanych istnieniem państwa polskiego, odpowiedzią PiS jest kampania powielająca tezy stalinowskiej propagandy, która wszystko co patriotyczne i narodowe nakazuje identyfikować z antysemityzmem.