Polscy pisarze wobec faszyzmu - Paweł Maurycy Sobczak
0.00 zł

Reflow text when sidebars are open.
Nic, co minione, nie jest przeszłością ostatecznie zamkniętą. Przeszłość trwa w teraźniejszości, uczestniczy też w kształtowaniu przyszłości.
[...] Goetel stając przed moim stolikiem w "Ziemiańskiej" pouczał mnie wyniośle: "A pan, panie Słonimski, przed faszyzmem nigdzie się nie skryjesz. Faszyzm pana wszędzie dogoni. Popęta się pan rok czy dwa w Londynie, ale i tam Mosley wygra". Odburknąłem, że jeszcze ani on, ani Mosley nie wygrali.
Uczestnikami tej barwnej sceny, rozgrywającej się pod koniec lat trzydziestych w modnej warszawskiej kawiarni, byli dwaj uznani pisarze, z których jeden był ponadto cenionym felietonistą "Wiadomości Literackich", drugi zaś członkiem Polskiej Akademii Literatury. Zarówno Antoni Słonimski, jak Ferdynand Goetel uznawani byli za niepoślednich aktorów na literackiej scenie Drugiej Rzeczypospolitej, cytowane wspomnienie uzmysławia, jak znaczącą rolę w ich życiu i wzajemnych relacjach odgrywała polityka. Uwaga ta nie dotyczy jednak wyłącznie tych dwóch konkretnych pisarzy. Jak napisał Maciej Urbanowski,
[ż]ycie literackie w II Rzeczypospolitej toczyło się pod ogromnym ciśnieniem wypadków politycznych, a związki między literaturą a polityką były wówczas częste i bardzo silne. Stąd fenomen zaangażowania politycznego pisarzy, przenikania dyskursu politycznego do dzieł literackich, a także budowanie grup literackich na podstawie wspólnoty przekonań i celów politycznych.
W latach trzydziestych istotnym elementem obecności polityki w życiu literackim stał się stosunek pisarzy i publicystów względem ideologii faszystowskiej. Kwestia ta polaryzowała środowisko, stając się powodem ważkich przesunięć na literackiej mapie międzywojnia. Plastyczny obraz dyskutujących w kawiarni Słonimskiego i Goetla - których nazwiska powrócą w tej książce wielokrotnie - może posłużyć jako punkt wyjścia do refleksji nad tymi zagadnieniami.
* * *
Celem niniejszej książki jest prezentacja postaw polskich pisarzy wobec ideologii i praktyki politycznej faszyzmu (przede wszystkim niemieckiego) w latach trzydziestych XX wieku. Interesuje mnie literacka recepcja faszyzmu (traktowanego jako termin możliwie jak najbardziej neutralny) w Drugiej Rzeczpospolitej, przeobrażenia, którym podlegały na polskim gruncie idee wywodzące się z Niemiec oraz dyskusje toczące się wokół doktryny i praktyki politycznej narodowego socjalizmu. Zamierzam przyjrzeć się temu, jak polscy pisarze ustosunkowywali się do wydarzeń rozgrywających się w Europie (przede wszystkim w Trzeciej Rzeszy), odpowiedzieć na pytania, czym była dla nich ideologia faszystowska oraz czy potrafili rozpoznać jej totalitarny i modernistyczny charakter (faszyzm jako "modernizm alternatywny", wykorzystujący warunki funkcjonowania nowoczesnego społeczeństwa), jakiego języka używali do jej opisu. Zastanawiam się także, czego pisarze mogli spodziewać się w zamian za rezygnację z wartości demokracji liberalnej, indywidualizmu, ograniczonego państwa; wreszcie - jak ustosunkowywali się względem autorytarnej polityki obozu sanacyjnego (szczególnie po śmierci Piłsudskiego) oraz środowisk narodowo-radykalnych, kreujących "polską odmianę faszyzmu". Problematyka ta nie doczekała się dotychczas gruntownego zbadania. O ile bowiem kwestia zaangażowania polskich twórców w komunizm budziła duże zainteresowanie (owocujące licznymi i zróżnicowanymi publikacjami - wystarczy przywołać takie pozycje, jak Hańba domowa Jacka Trznadla czy Kawior i popiół Marci Shore, nie pojawiła się dotychczas monografia podejmująca temat: pisarze międzywojnia wobec faszyzmu.
Ramy czasowe pracy wyznaczone będą przez okres dwudziestolecia międzywojennego, ze szczególnym jednak uwzględnieniem lat trzydziestych (zwłaszcza ich drugiej połowy). Nie przytaczam zbyt wielu tekstów literackich i publicystycznych powstałych po 1945 roku (wyjątek czynię jedynie, z oczywistych względów, dla utworów stricte wspomnieniowych), ponieważ - jak zauważa w swej monografii Michał Musielak - "wszystko to, co ukazało się po wybuchu drugiej wojny światowej, jest obciążone innego typu doświadczeniem, zmieniającym często w sposób zasadniczy dotychczasowe widzenie nazizmu". Podejmowanie takiej tematyki wymaga niekiedy czasowego zawieszenia wiedzy odnośnie do późniejszych wydarzeń historycznych. Zadanie to może okazać się niełatwe, powinno jednak stać się owocne poznawczo. Pozwoli bowiem uniknąć, podczas odtwarzania intencjonalności analizowanych utworów, ewidentnych uprzedzeń, które sprawiają, iż
[w] opiniach nie tylko potocznych, ale i historyków przeważa patrzenie na faszyzm przez pryzmat doświadczeń drugiej wojny światowej. Charakteryzuje się ono przenoszeniem powojennych ocen i sporów, często w postaci stereotypów bądź uproszczeń opartych na badaniach cząstkowych, na opinie międzywojenne.
Nieuczciwe i sprzeczne z zasadniczym celem książki byłoby ignorowanie faktu, że w latach trzydziestych faszyzm stanowił legalną - choć kontrowersyjną - opcję ideowo-polityczną. Wypadki lat drugiej wojny światowej trudne były wówczas do przewidzenia (choć niektórzy obserwatorzy byli na tyle przenikliwi, by dostrzec nieuchronne konsekwencje rozkwitu potęgi Trzeciej Rzeszy), masowe ludobójstwo przekraczało wyobraźnię zarówno sympatyków, jak i zdecydowanych przeciwników ideologii faszystowskiej. Trudno jednoznacznie obciążać polskich twórców fascynujących się faszyzmem odpowiedzialnością moralną za zbrodnie nazistów, z drugiej jednak strony nie sposób przyznawać im prawo do całkowitej niewinności. Niewinny z pewnością nie był międzywojenny antysemityzm, zaś korzystający z jego retorycznych zasobów pisarze - tak jak Adolf Nowaczyński - przyczyniali się do "demonizowania istniejącej w dwudziestoleciu kwestii, postrzegania jej w sposób wyolbrzymiony, jątrzenia, które doprowadziło do tragedii".
Zdecydowałem się w niniejszej rozprawie na przyjęcie perspektywy personalnej (pozwalającej na ukazanie szerokiego spektrum możliwych postaw pisarskich). Proponuję studium stawiające w centrum zainteresowania polityczne i artystyczne decyzje twórców, ukazujące różnorodność i wielowarstwowość postaw pisarzy, konfrontujących się z ideologią na poziomie poetyki oraz stylu. Zajmuję się kilkoma autorami, których zróżnicowane postawy uważam za reprezentatywne i charakterystyczne dla polskiej inteligencji międzywojnia. Aby je znaleźć, sięgam zarówno do tekstów stricte literackich, jak i reportaży, esejów, felietonów, wywiadów oraz artykułów publicystycznych drukowanych w międzywojennej prasie (szczególnie w tygodnikach "Wiadomości Literackie" i "Prosto z mostu" oraz kilku dziennikach). Korzystam także obficie z konfrontowanych i wzajemnie zestawianych zapisów zaczerpniętych z korespondencji, pamiętników i tekstów wspomnieniowych. Pomocne okazały się również interdyscyplinarne prace umożliwiające przybliżenie międzynarodowego (rumuńskiego, francuskiego, niemieckiego) tła postaw i zachowań rodzimych intelektualistów. Jednym z najważniejszych czynników wpływających na dobór autorów, którym poświęcam poszczególne fragmenty książki, było zróżnicowanie ich życiorysów i twórczości. Pragnę ponadto przypatrzeć się tekstom nieco zapomnianym, lecz zróżnicowanym pod względem gatunkowym. Przede wszystkim zależy mi jednak na ukazaniu możliwie szerokiego spektrum postaw politycznych i artystycznych, na przyjrzeniu się zarówno pisarzom, którzy expressis verbis formułowali przekonania ideowe (Goetel, Słonimski), jak i tym, u których trudniej tak jednoznaczne deklaracje odnaleźć. Jestem bowiem przekonany, że także polityczna aktywność Gałczyńskiego czy Sobańskiego była istotnym, a częstokroć niewystarczająco podkreślanym, elementem ich biografii literackich.
W latach trzydziestych ukazały się w Drugiej Rzeczpospolitej dwie książki, współtworzące sposoby myślenia polskich intelektualistów o faszyzmie - Cywil w Berlinie Antoniego Sobańskiego oraz Pod znakiem faszyzmu Ferdynanda Goetla. Pierwsza z tych pozycji prezentowała wiele reporterskich - niekiedy dość powierzchownych ("snobowanie się na obiektywizm") - detali dotyczących życia społeczno-politycznego oraz kulturalnego Trzeciej Rzeszy, zapisanych przez zdeklarowanego liberała, światowca i okcydentalistę, miłośnika niemieckiej kultury, przejętego zachodzącymi w tym kraju zmianami. Druga stanowiła rodzaj traktatu (lub eseju) pisanego przez nacjonalistycznego modernistę (a byłego socjalistę), którego zamiarem było przekonanie czytelników do ustanowienia w Polsce ustroju faszystowskiego. Goetel opowiedział się za faszyzmem jako młodym, świeżym i oryginalnym prądem myślowym, zarazem racjonalizował dokonany wybór ideowy poprzez podkreślanie bezalternatywności opozycji faszyzm - komunizm. Książki te dostarczają także materiału przydatnego do podjęcia bardziej specjalistycznych rozważań dotyczących chociażby dostrzeganego przez Sobańskiego podskórnego homoerotyzmu ruchu faszystowskiego (relacja między młodością i męskością a skrajnym ideologicznie ruchem masowym), czy też widocznego w publicystyce Goetla sposobu konceptualizacji faszyzmu jako prądu oryginalnego, europejskiego i nowoczesnego (każde z tych trzech określeń ma dla autora Z dnia na dzień określoną wagę i znaczenie).
Panorama życia literackiego międzywojnia byłaby z pewnością niepełna bez uwzględnienia postaci Stanisława Piaseckiego oraz środowiska skupionego wokół tygodnika "Prosto z mostu". Założone i redagowane przez Piaseckiego "Prosto z mostu" stało się ważną instytucją życia literackiego, realną konkurencją dla "Wiadomości Literackich" (względem których stanowiło częstokroć - jak zauważa Małgorzata Szpakowska - "odwrócone lustro"). Było także pierwszym czasopismem kulturalnym związanym z obozem narodowym, któremu udało się uzyskać szerszą poczytność i wpływ wykraczający poza wąskie grono sympatyków partii. Interesujące wydają mi się przede wszystkim koncepcje literatury propagowane przez młodonarodowców, problem ich politycznego zaangażowania oraz odniesienia wobec faszyzmu (krytykowanego, ale także służącego jako źródło inspiracji dla własnych projektów). Na uboczu pozostawiam zatem choćby problematykę ekonomiczną i religijną, także zajmującą poczesne miejsce na łamach tygodnika, odsyłając zainteresowanych do coraz bogatszej literatury dotyczącej środowiska "Prosto z mostu".
Na łamach "Prosto z mostu" wielokrotnie pojawiało się nazwisko jedynego chyba wybitnego poety, oddającego swój talent na usługi faszyzujących środowisk narodowych - Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego. Współpraca z tygodnikiem Stanisława Piaseckiego stanowi kluczowy moment artystycznej biografii Gałczyńskiego (kojarzonego wcześniej z szeroko rozumianym kręgiem "Wiadomości Literackich"), przemieniając w oczach publiczności literackiej "poetę rozwichrzonego" w twórcę zaangażowanego politycznie, identyfikującego i solidaryzującego się z narodową prawicą (choć, jak się wydaje, współpraca ta nie oddziałuje znacząco na jego styl i poetykę, nowe treści wprowadzone zostają bez poważniejszych ingerencji formalnych). Tym istotniejsze wydaje się rozważenie kwestii motywacji kierujących autorem Balu u Salomona i literackich oraz osobistych strategii przezeń przyjmowanych. O współpracy Gałczyńskiego z obozem narodowym przez wiele lat nie pisano zbyt dużo, w znacznej mierze ze względów politycznych. Emigracyjna twórczość Czesława Miłosza (przede wszystkim Zniewolony umysł i Traktat poetycki), do której niejednokrotnie będę się odwoływać, stanowiła w latach Polski Ludowej jedno z niewielu świadectw otwartego podejmowania tej problematyki (ten szczególny monopol wydaje się jedną z przyczyn upowszechnienia się wykreowanego przez Miłosza wizerunku autora Ludowej zabawy). Jeśli już przypominano o tym etapie twórczości poety, traktowano tę kwestię niedbale, lekceważąco i jakby mimochodem, oceniając związki Gałczyńskiego z "Prosto z mostu" jako artystyczne i ideowe nieporozumienie. Przez wiele lat nie przedrukowywano również wierszy powstałych w okresie współpracy z tygodnikiem Stanisława Piaseckiego. Wieloletnie omijanie lub bagatelizowanie drażliwego tematu (nie podjął go nawet Jerzy Kwiatkowski w swojej znakomitej uniwersyteckiej syntezie Dwudziestolecie międzywojenne) sprzyjało popularyzacji ujęć dyskusyjnych (Miłoszowy Delta czyli trubadur ze Zniewolonego umysłu) czy też jawnie nieobiektywnych i krzywdzących.
Wiele uwag, zarówno aprobatywnych, jak i polemicznych, budził wizerunek faszyzmu w twórczości Antoniego Słonimskiego (przede wszystkim Kroniki tygodniowe). Słonimski wydaje się najkonsekwentniejszym i najbardziej zdecydowanym przeciwnikiem faszyzmu wśród pisarzy i publicystów dwudziestolecia, opinię tę podzielali nawet twórcy mu niechętni (np. Stefan Kisielewski i Witold Gombrowicz). Interesujące wydaje się zatem prześledzenie, jak autor Kronik rozumiał wydarzenia rozgrywające się w Trzeciej Rzeszy, jakie wnioski z nich wyciągał, w jaki sposób manifestował swój sprzeciw wobec przejawów ideologii faszystowskiej zauważanych w Polsce. Warto także zastanowić się, dlaczego właśnie Słonimski nie ulegał pokusie, postawić pytanie o wartości i przekonania, które skutecznie chroniły pisarza przed fascynacją nazizmem.
Dopełnieniem sygnalizowanych powyżej zagadnień wydaje się publicystyka polityczna Marii Jehanne Wielopolskiej oraz dwóch wybitnych krytyków literackich: Jana Emila Skiwskiego i Karola Ludwika Konińskiego. Ewolucja drogi twórczej i przekonań politycznych Wielopolskiej (od socjalizmu do sanacyjnej prawicy) stanowi jaskrawy przykład radykalizacji dyskusji publicznej w drugiej dekadzie międzywojnia. Losy Skiwskiego i Konińskiego pozwalają natomiast zauważyć polityczną (choć różnorako ukierunkowaną) aktywizację intelektualistów określanych mianem klerków. W przypadku autora Poza wieszczbiarstwem i pedanterią aktywność ta wyrażała się poparciem dla projektów totalitaryzmu, Koniński wyrażał natomiast zdecydowany sprzeciw względem przejawów politycznego radykalizmu i ich antychrześcijańskiego charakteru.
* * *
W niniejszej książce wielokrotnie - w różnych ujęciach i kontekstach - pojawiać się będzie pojęcie "faszyzmu", rozumiane zarówno "zewnętrznie" (jako szczegółowe określenie systemu politycznego funkcjonującego przede wszystkim we Włoszech i w Niemczech), jak i "wewnętrznie" (jako określenie skrajnie nacjonalistycznej ideologii zdobywającej zwolenników także nad Wisłą). Współczesne nauki polityczne definiują ten termin jako określenie "nacjonalistycznej ideologii lub ruchu o totalitarnej i hierarchicznej strukturze, który jest fundamentalnie przeciwny demokracji i liberalizmowi". Do najistotniejszych składników doktryny faszystowskiej zaliczają się system wodzowski, fanatyczny nacjonalizm, rasizm i antysemityzm, antykomunizm, gloryfikacja wojny i przemocy, totalitaryzm państwowo-partyjny, mistycyzm i irracjonalizm, terror oraz negacja woli jednostki. Jeśli chodzi o historyczno-geograficzny zasięg prawomocnego wykorzystania terminu, politologowie zauważają, iż
został on przyswojony przez Mussoliniego do oznaczenia ruchu, który doprowadził do władzy we Włoszech w 1922 roku, lecz został potem uogólniony do określenia całej gamy ruchów w Europie w okresie międzywojennym. Obejmuje to Narodowych Socjalistów w Niemczech, a także innych, takich jak Action française, Strzałokrzyżowcy na Węgrzech, czy Falangiści w Hiszpanii.
[Reportaże Antoniego Sobańskiego] to wielki głos ostrzeżenia, ale, jak wiadomo, w tamtych latach żadnych ostrzeżeń nie brano na poważnie.
Nie czas się teraz wzruszać, płakać i rozczulać / trzeba coś postanowić.
Zdobycie i umocnienie władzy w Niemczech przez narodowych socjalistów przyczyniło się do znaczącego wzrostu - dotychczas i tak niebagatelnego - zainteresowania wydarzeniami rozgrywającymi się za zachodnią granicą Drugiej Rzeczypospolitej. Poruszenie, niepewność, obawa, nadzieja, lekceważenie - oto paleta postaw i emocji, które towarzyszyły polskim intelektualistom w pierwszej połowie lat trzydziestych. Przede wszystkim jednak znamionowało ich pragnienie dowiedzenia się czegoś więcej, poznania nowych szczegółów dotyczących życia społeczno-politycznego w Trzeciej Rzeszy. Trudno zatem dziwić się, że najpoczytniejsze dzienniki oraz czasopisma społeczno-kulturalne (od "Wiadomości Literackich", przez "Gazetę Polską" i "Kurier Poranny", po "Warszawski Dziennik Narodowy" i "Prosto z mostu") regularnie zamieszczały obszerne artykuły poświęcone sytuacji w Niemczech. Teksty Pawła Hulki-Laskowskiego, Tadeusza Katelbacha, Kazimierza Smogorzewskiego, Aleksandra Sendlikowskiego, Jana Hoppego czy Jerzego Drobnika z pewnością poszerzały powszechną wiedzę na temat hitleryzmu, choć wymienieni autorzy nie ukrywali raczej przed czytelnikami osobistych zapatrywań politycznych. Jednak ich artykuły nie zdobyły takiego rozgłosu, jakim cieszyły się dwie książki poświęcone nazizmowi, opublikowane w latach trzydziestych - Cywil w Berlinie oraz Pod znakiem faszyzmu. Były to pozycje bardzo odmienne, zarówno pod względem formy, ujęcia tematu, jak i postawy narratora. Bardzo różni byli także autorzy - jeden to ceniony literat o bogatym dorobku twórczym, należący do grona luminarzy polskiej literatury i szczycący się narodowymi przekonaniami; drugi - dziennikarz, przyjaciel skamandrytów, liberał z krwi i kości. Słowem - Ferdynand Goetel i Antoni Sobański.
Kim był człowiek, który we wspomnieniach przyjaciół najczęściej pojawia się jako "hrabia Tonio"? Niewątpliwie arystokratą (tytuł hrabiowski nadany został przez papieża Leona XIII dziadkowi naszego bohatera), lecz fakt ten dla niego samego nie miał raczej większego znaczenia. Antoni Sobański z rzadka bowiem przebywał w swym majątku w Guzowie (pod Sochaczewem), naturalnym dlań środowiskiem stały się kawiarnie, kluby, salony oraz inne miejsca, w których gromadziła się intelektualna elita Warszawy. Miał pełne prawo zaliczać siebie do tego grona - znał sześć języków obcych (pod tym względem przewyższał Lechonia i Słonimskiego razem wziętych), współpracował z zagraniczną prasą (między innymi z "Timesem"), żywo interesował się współczesną literaturą i sztuką. Oto jaki wizerunek Sobańskiego utrwalili w pamięci jego znajomi i przyjaciele - Witold Gombrowicz wspominał:
Dziwny człowiek ten Tonio Sobański! Jeden z charakterystyczniejszych chyba dla ówczesnej Warszawy i powolnego przewrotu, jaki dokonywał się w Polsce. Hrabia, właściciel wspaniałego Guzowa, był cyganem, wsi nie lubił, z tradycjami zerwał, wsiąkł we wszystkie fermenty intelektualne i artystyczne, był właściwie wydziedziczony, wykolejony nawet, a ciotki swoje rozliczne do szału doprowadzał bluźnierstwami [...]. Talentu nie miał, czy może nie umiał go w sobie uruchomić wskutek nadmiaru krytycyzmu [...]. Był jednym z najbardziej oświeconych arystokratów polskich, a i to coś znaczy.
Gombrowicz zapamiętał Antoniego Sobańskiego jako człowieka "czarującego", Aleksander Janta-Połczyński jako "wytwornego", Jarosław Iwaszkiewicz podkreślał zaś, iż Tonio był "zachwycający", "bardzo elegancki [...], bardzo dowcipny, kulturalny, zainteresowany we wszystkim, zarówno w polityce, jak i w dziedzinie kultury, wyrobiony towarzysko". Nie dziwne zatem, że zdobył sobie przyjaźń tak znaczących w życiu literackim postaci, jak Tadeusz Boy-Żeleński, Irena Krzywicka, Mieczysław Grydzewski, Antoni Słonimski czy wspomniany Iwaszkiewicz. Bywał częstym gościem na Stawisku, jego nazwisko odnajdziemy także w Księdze gości prowadzonej przez Jana Lechonia. Potrafił także nawiązać nić porozumienia z twórcami młodszego pokolenia (Jerzy Paczkowski, Zbigniew Uniłowski, Tadeusz Breza, Światopełk Karpiński, wreszcie Gombrowicz). Nie udało mu się jedynie wkupić w łaski Anny Iwaszkiewiczowej ("mówiła, że ją brzydził" - wspomina mąż), być może źródłem tej niechęci stał się specyficzny sposób bycia Sobańskiego, uchwycony w lakonicznej charakterystyce dokonanej przez Krzywicką ("trochę gnący się pederastycznie"). "Hrabia Tonio" należał do osób znanych i cenionych (o popularności tej postaci przekonuje choćby rysunek Pan Hrabia autorstwa Feliksa Topolskiego), jego pozycja w środowisku literackim była wysoka, mimo iż nie pisywał uznawanych za wybitne wierszy lub opowiadań. Okazało się jednak, że - dzięki pracy korespondenta "Wiadomości Literackich" - udało mu się zdobyć miejsce w historii polskiej literatury. Dziennikarstwo było bowiem jego właściwą profesją, choć etykietowanie Sobańskiego wyłącznie jako żurnalisty zubożyłoby znacznie jego barwny życiorys. Podobny zabieg oburzył Jarosława Iwaszkiewicza, który w roku 1966 zanotował w Dzienniku wrażenia doznane podczas kolacji u Wandy Telakowskiej.
[Telakowska] zaprosiła jakichś okropnych urzędasów, panie ministrze (?), panie profesorze, panie dyrektorze. Rozmowa się nie kleiła, nie miałem z nimi nic wspólnego. Wanda, żeby zabawić, pokazała nam sztambuch. Jest tam uroczy, obszerny wpis Tonia Sobańskiego. Jeden z urzędasów spytał: kto to był Sobański? I Wanda powiedziała: to taki dziennikarz. I kropka. Boże drogi! Powiedzieć o Toniu - taki dziennikarz - i kto to? Wanda. [...] Tonio był niezwykłym człowiekiem. Inteligencja, dowcip, charme, dobroć. Takich dziś nie ma. Powiedzenie ze strony Wandy "to taki dziennikarz" to było straszne.
Antoni Sobański jawił się swym przyjaciołom jako bywalec i światowiec. Regularnie wyjeżdżał za granicę - do Anglii (miał mieszkanie w Londynie), Francji, Niemiec, Austrii, Szwajcarii, później także do Stanów Zjednoczonych (kupił dom w Santa Fe, w stanie Nowy Meksyk). Jako człowiek towarzyski, a zarazem poliglota, wszędzie miał znajomych i kontakty. Nic zatem dziwnego, że "Wiadomości Literackie" jego właśnie uczyniły wiosną i latem 1933 roku swoim berlińskim korespondentem. Reportaże Sobańskiego ze stolicy hitlerowskich Niemiec ukazywały się na łamach tygodnika redaktora Grydzewskiego od czerwca do sierpnia 1933, w następnym roku zaś znalazły się w książce Cywil w Berlinie, opublikowanej nakładem - prężnie wówczas działającego - wydawnictwa "Rój". Wydawca w następujących słowach zachwalał oferowane dzieło:
Książka Antoniego Sobańskiego zasługuje na szczególną uwagę: jest to pierwsza książka dająca istotny, prawdziwy i całkowicie bezstronny obraz dzisiejszej rzeczywistości niemieckiej [...]. Jest przy tym rzeczą niepośledniego znaczenia, iż pisał ją człowiek całkowicie pozbawiony pasji politycznej, która tak często podaje w wątpliwość wiarygodność relacji dziennikarzy, czy polityków. Dzięki temu praca Sobańskiego jest nieocenionym źródłem poznania istotnej, niesfałszowanej żadnym uprzedzeniem prawdy o tym, co się dzieje w Niemczech.
Czy tak jest faktycznie? Zanim spróbuję odpowiedzieć na pytanie o obiektywizm relacji, postaram się pokazać, kim jest Sobański-narrator Cywila w Berlinie. Innymi słowy - jakie są składniki budujące tożsamość reportera wyruszającego w maju 1933 roku do stolicy Trzeciej Rzeszy. Antoni Sobański jedzie do nazistowskich Niemiec jako tytułowy "cywil", "staroświecki liberał", zaprzysięgły okcydentalista ("Nigdy nie zakosztowałem tak często opiewanego uroku Wschodu, przeciwnie, całe życie czułem instynktowny Drang nach Westen" [CwB, s. 135]), filosemita, a także - homoseksualista. Tego ostatniego elementu własnej tożsamości nie formułuje wprawdzie expressis verbis, lecz problematyka związana z sytuacją przedstawicieli mniejszości seksualnych w Berlinie wyraźnie znajduje się w orbicie jego zainteresowań. Ponadto Sobański jest niewątpliwym miłośnikiem kultury niemieckiej, który pragnie zachować sentyment do Niemców oraz pogodzić go z innymi elementami deklarowanego - ale i rzeczywistego - światopoglądu ("Tak bardzo chcę zachować swoje sympatie dla tej dziwnej zbiorowości" - deklaruje na wstępie [CwB, s. 27]). Dlatego wyrusza do Berlina z duszą na ramieniu.
Zanim jeszcze dotarł na miejsce, reporter zapoznał się z wieloma opiniami na temat nazistowskiego przewrotu. Wszystkie te przekonania - czerpane z prasy opozycyjnej (przezornie wyrzuconej przez okno pociągu), a także osobistych kontaktów z ludźmi znającymi nazistowskie Niemcy ("Anglik zamieszkały stale w Berlinie opowiadał rzeczy naprawdę dość straszne" [CwB, s. 27]) - współtworzyły "przedsądy", poprzedzające właściwe poznanie. Sobański wie, dokąd jedzie, spodziewa się, czego może doświadczyć i co zobaczyć. Zna i lubi Niemców, ale rozumie, że rządy narodowych socjalistów mogły bardzo wiele zmienić. Obawia się zatem chwili, w której przekroczy granicę, lęka się pierwszej konfrontacji wspomnień z nową rzeczywistością.
Czy wierzyć tym wszystkim dochodzącym nas wiadomościom? Czy w Zbąszyniu przestraszę się na widok zielonego munduru niemieckiego urzędnika celnego? Od dzieciństwa był to dla mnie symbol zagranicy, wyjazdu, czaru podróży [...]. Czyż to wszystko się zmieniło? Czy wrogość spotka mnie już na samym progu Trzeciej Rzeszy? [CwB, s. 27]
Opisywana sytuacja przypomina rozterki Antoniego Słonimskiego, który rok wcześniej zastanawiał się w drodze do sowieckiej Rosji:
Czy ta doba podróży przeniesie nas do kraju najbardziej różnego od reszty obcego nam świata, do ziemi obiecanej, do ojczyzny wszystkich ludzi pracy, twórczości i sprawiedliwości? [...] Jakie będą twarze ludzi po drugiej stronie granicy, jakie będą ich oczy? Czy będą to twarze zdrowo uśmiechniętych robotników [...] czy zmęczone i wylęknione oczy ludzi stojących w ogonkach po chleb, sól i naftę?
Ta niepewność oraz dualizm obaw i nadziei popchnęły pisarza do rozbicia swojej tekstowej osobowości. Słonimski wykreował postaci Sceptyka i Entuzjasty - nie tylko podwojone porte-parole autora, ale także istoty walczące w swoistej psychomachii o jego duszę. Sobański nie stosuje podobnych, atrakcyjnych chwytów konstrukcyjnych, jego "ja" pozostaje niepodzielne. Unika także charakterystycznej dla pisarstwa Słonimskiego ironii. Łączy go natomiast z autorem Mojej podróży do Rosji inny element - Antoni Słonimski pragnął zobaczyć w Sowietach "naukową organizację życia", realizację bliskiej swemu sercu socjalistycznej utopii. Także jego proniemiecki przyjaciel chciałby "odnaleźć wszystkie dodatnie pierwiastki tego [...] obcego przewrotu", składa nawet deklarację: "Będę szczęśliwy, jeśli mnie choć trochę na swoją wiarę nawrócą" [CwB, s. 27]. W imię podtrzymania duchowego porozumienia z bliskim mu narodem, Sobański byłby zatem gotów trochę w faszyzm uwierzyć, odrobinę się nim zafascynować. Obaj podróżnicy nie zrealizują celu, należą do "śmiesznego, liberalnego, ginącego świata" [CwB, s. 28], więc nie będą mogli uczynić totalitarnego państwa swym domem.
Pierwsze wrażenia z pobytu w Niemczech nie uzasadniają odczuwanego wcześniej lęku: "Na granicy ta sama dobroduszna uprzejmość; na dworcach te same co dawniej, pogodnie uśmiechnięte twarze" [CwB, s. 29]. Na pozór niewiele się zmieniło, faszyzm przejawia się jedynie w zewnętrznych szczegółach, takich jak ozdobiona swastyką szpilka w krawacie kontrolera. Wkrótce też Sobański dostrzega coś, co naprawdę mu się podoba: wszechobecną flagę ze swastyką. Nie kojarzy się ona złowieszczo, budzi wyłącznie pozytywne asocjacje ("To może najbardziej udana flaga, jaką znam. Jest dekoracyjna w duchu chińsko-japońskim" [CwB, s. 32]). Autor Cywila opisuje, w tak niepokojąco estetyzującej manierze, Hakenkreuzfahne - prostokątny kawałek czerwonej tkaniny przystrojony pośrodku białym kołem, w które wpisana została swastyka. W roku 1933 nie była ona jeszcze bynajmniej oficjalną flagą Trzeciej Rzeszy (stała się nią dopiero dwa lata później), lecz jedynie towarzyszyła - jako symbol partii narodowosocjalistycznej - fladze dawnego Cesarstwa Niemieckiego. Jednak to właśnie Hakenkreuzfahne przykuwała uwagę, a nawet budziła uznanie ("kolorystycznie wygląda świetnie" [ibidem]). Dostrzegana zaś przez Sobańskiego ozdobność "chińsko-japońska" wiąże się przede wszystkim z wykorzystaniem swastyki - symbolu wywodzącego się najprawdopodobniej z Indii, lecz identyfikowanego także (a może przede wszystkim) z Dalekim Wschodem. Swastyka używana była jako symbol buddyjski bądź taoistyczny w Chinach, Japonii, Korei, Nepalu czy Tybecie (tradycyjnie rysowano ją tam w formie krzyża prostego).
Jeśli jednak Antoni Sobański spodziewał się, iż faszyzm oddziałuje jedynie na powierzchnię życia Niemców, musiał rozczarować się, kiedy opuścił hotel, aby pospacerować po Berlinie. Zalało go wówczas niezwykłe "morze mundurów" [CwB, s. 39].
Odmian mundurów jest bez końca. Wymagałyby one właściwie obszernej, kilkutomowej publikacji z kilkudziesięciu kolorowymi planszami. Dzieło wypadłoby drogo, no i trochę smutno [CwB, s. 41].
W obliczu tej obserwacji reporter przeistacza się w etnologa, wnikliwie i skrupulatnie badającego ubiory oraz obyczaje krajowców. Obserwuje i klasyfikuje napotykane fenomeny - brązowe koszule członków SA ("Ten specyficzny kolor jest chyba najbrzydszym z rodziny brązowych odcieni" [CwB, s. 42]), "szykowne czarne mundury" esesmanów, wojskowy styl Stahlhelmowców, zielono-czarne stroje Bismarck Bundu, zauważa wreszcie "starsze, przeważnie tłuste, przeważnie brzydkie" [CwB, s. 43] kobiety ubrane w suknie koloru chabru - aktywistki Die Kölubu Damen. Wniosek ze sporządzonego naprędce "opisu obyczajów za panowania Adolfa I" jest klarowny - Trzecia Rzesza jawi się tu jako kraj ogarnięty "fantazją mundurów", niemal każdy obywatel jest gdzieś zrzeszony, przynależy do jakiejś organizacji paramilitarnej. Przyczyną czasem bywa strach, czasem konformizm, nierzadko jednak głęboka, wewnętrzna potrzeba.
Przecież każdy Niemiec jest wychowany w tradycji szacunku i konieczności pracy. Jest przeważnie zdrowy i czynny. Brak zajęcia był dla niego i upokorzeniem, i po prostu torturą fizyczną. Świadomość, że partia, choćby od czasu do czasu, będzie go potrzebowała, że powierzy mu jakąś funkcję, choćby maszerowanie w szeregu, musi grać tu rolę rozstrzygającą [CwB, s. 52].
Naziści kierują swoją ofertę do różnych grup społecznych, stosują zatem rozmaite metody perswazji: znękanym niedostatkiem zapewniają "jedzenie, płacę, mundur prawie darmowy", zapisanym w czasach Republiki Weimarskiej do licznych związków i organizacji grożą zwolnieniem z pracy, zaś bezczynnym oraz bezrobotnym proponują poczucie przynależności, świadomość bycia potrzebnym. Może jednak najistotniejsze, że oferują władzę, "więc cóż dziwnego, że nerwowo i fizycznie wynędzniały bezrobotny, który jeszcze niedawno może nawet żebrał, a dzisiaj nagle ma sposobność rozkazywania i każdy cywil musi go się bać - nie umie oprzeć się tej pokusie" [CwB, s. 54]. Podobnie popularność narodowego socjalizmu wśród warstw drobnomieszczańskich tłumaczyć będzie Erich Fromm: "Setkom tysięcy drobnomieszczan, w normalnych warunkach mających małe szanse zdobycia pieniędzy czy władzy, teraz, jako członkom hitlerowskiego aparatu, dostał się niemały kęs bogactw i prestiżu, którymi wyższe klasy zmuszone były z nimi się podzielić".
Różne są zatem motywacje, podobne natomiast konsekwencje. Sytuacja "narodu w mundurze" rodzi skutki zabawne ("Nieopisanie pocieszny widok przedstawia dwóch krępych starszych panów z tekami pod pachą, którzy krzyżując się na ulicy, z kompletnie obojętnym wyrazem wyrzucają nagle naprzód i w górę rękę zakończoną krótkimi, artretycznymi palcami" [CwB, s. 46]), ale także groźne. Staje się bowiem źródłem sztywnej hierarchizacji ("kwestia kilku miesięcy w różnicy wieku stanowi o tym kto przed kim staje na baczność" [CwB, s. 125]) i uniformizacji, widocznej nawet w sferze prywatnej ("przy kolacji, dość gęsto zakrapianej, znowu zauważyłem kompletne zmechanizowanie ruchu ramion i łokci przy podnoszeniu do ust kieliszka czy kufla" [ibidem]), wreszcie - militaryzmu. Tak spreparowani Niemcy stają się bowiem "narodem przeznaczonym do wojny" [CwB, s. 118], nacją, która pragnie wyzwolić się z powersalskiej niewoli oraz zdobyć "ogromny szmat ziemi [...] ciągnący się od skolonizowanej Syberii po Nancy i Gandawę i od nordyckiego kręgu polarnego po Sycylię Barbarossy" [CwB, s. 144]. Jednocześnie towarzyszy im - intensywnie wpajane przez oficjalną propagandę - niezłomne przekonanie o agresywności innych państw, kontrastywnie zestawianej z pokojową polityką Trzeciej Rzeszy.
Jednym z najistotniejszych zagadnień poruszanych przez autora Cywila w Berlinie jest sytuacja (szeroko rozumianej) niemieckiej kultury. Już pobieżne przejrzenie berlińskiej prasy i zapoznanie się z miesięcznym repertuarem teatralnym uzmysłowiło Sobańskiemu miałkość tutejszych propozycji kulturalnych: "W Berlinie teatry były zawsze tak wybitnie ciekawe, tak śmiałe w dotykaniu najdrażliwszych tematów i w walce z przesądami. Widzę, że to się skończyło" [CwB, s. 31]. Przyczyn takiego stanu rzeczy upatruje w odsunięciu reżyserów oraz aktorów żydowskiego pochodzenia, którzy "teatrem i spektaklem w Berlinie rządzili ze świetnością jakiegoś Ludwika XIV i szerokością poglądów encyklopedystów" [CwB, s. 99]. W efekcie stołeczni widzowie skazani zostali na "szmirę nieprawdopodobną" [ibidem], ale patriotyczną. Reporter dociera wreszcie na niesławną sztukę Hannsa Johsta Schlageter, a jej obejrzenie przenosi Sobańskiego w kręgi infernalne.
Człowiek siedzi podczas tego przedstawienia trochę skulony i nie wie, czy jest bardziej zgorszony, czy zdumiony. Z jednej strony wali się nań niesłychana gloryfikacja brutalności, wstecznictwa oraz pychy i odrębności narodowej, a z drugiej - przeciera uszy słysząc długi monolog prezydenta prowincji, dawnego robotnika-socjalisty, który wstydzi się swych spracowanych rąk [...]. Dawka nienawiści, zaślepienia i brutalności jest tak silna, że przez całą dobę nie mogłem się uspokoić [CwB, s. 101-102].
Także propagandowy film Krwawiące Niemcy ("widowisko długie, na ogół nudne i niechlujnie sklecone" [CwB, s. 103]) staje się koronnym dowodem, pozwalającym na sformułowanie surowego wyroku: "Film niemiecki można uważać za chwilowo [...] nieistniejący w artystycznym tego słowa znaczeniu" [CwB, s. 104]. Przy tej wrażliwości Sobańskiego na wytwory nazistowskiej kultury, dobrze się chyba stało, że nie było mu dane zwiedzić zorganizowanej cztery lata później Wystawy Sztuki Zwyrodniałej. Ta, ulokowana w monachijskim Domu Sztuki Niemieckiej (Haus der Deutschen Kunst), ekspozycja prezentowała dzieła takich artystów, jak Mondrian, Chagall, Kandinsky (oraz ponad stu innych), usunięte z muzeów przez specjalnie do tego celu powołany trybunał weryfikacyjny. Nie była jednak klasyczną wystawą (choć stanowiła wyjątkową okazję obejrzenia dokonań wybitnych artystów awangardowych), lecz panoptikum przygotowanym przez obłąkanego marszanda - obrazy pozbawione zostały ram, powieszono je w przypadkowej kolejności i opatrzono negatywnie wartościującymi komentarzami (np. "Ekspresja żydowskiej żądzy zysku" lub "Niemieccy chłopi widziani okiem żydka"). Z tym dziwacznym chaosem kontrastowała inna - równolegle się odbywająca - wystawa sielankowej i kiczowatej Sztuki Niemieckiej. Trzeba przyznać, iż monachijską prezentacją Sztuki Zwyrodniałej narodowosocjalistyczni specjaliści od kultury przewyższyli dokonania swoich rosyjskich kolegów po fachu. W moskiewskiej Galerii Sztuki Zagranicznej także - jak relacjonował Antoni Słonimski - nie brakowało napisów, które "każdą salę i każdego malarza oświetlają z punktu widzenia materializmu dziejowego". Rozmach Sowietów był znacznie bardziej ograniczony, efekty uboczne jednak zbliżone - Dom Sztuki Niemieckiej odwiedzały tłumy, zaś w Moskwie "nieraz [...] młodzież z najwyższym zainteresowaniem przystawała przed malarstwem gnijącego feudalizmu". Czyżby zatem prawdziwa, niezafałszowana sztuka zwyciężyła ideologów?
Ominęły Sobańskiego spreparowane przez nazistów prezentacje dzieł sztuki, ale reporter stał się świadkiem innego epokowego wydarzenia - palenia książek na Placu Opery Berlińskiej. Warto na chwilę zatrzymać się przy opisie tego fenomenu, gdyż relacja ta różni się tonacją od - obiegających ówczesną prasę liberalną - apokaliptycznych przekazów.
Książki załadowano na trzy ciężarówki, udekorowane hitlerowskimi flagami. Pochód nie był liczny. Składał się z korporacji z orkiestrami i ze studentów niosących pochodnie. Ludność, że tak powiem, cywilna nie brała w nim udziału. [...] Pośrodku stał stos belek, mający trzy metry sześcienne objętości, a na specjalnym podium ustawione były jupitery, aparaty kinowe i mikrofony. Oczywiście i dachy, i okna okalających plac gmachów miały swój komplet publiczności. Jednakże oba końce czworoboku w ogóle się nie zapełniły, tak że nawet ruch kołowy na Unter den Linden nie był ani na chwilę wstrzymany. Gdyby w pogodny letni wieczór zatrzymać ruch spacerujących po Unter den Linden między Zamkiem a Bramą Brandenburską - nie stworzyłoby to chyba mniejszego zbiegowiska [...]. Tłum, wśród którego stoję, nie powitał nawet nadchodzącego pochodu. Jest pogodny, bo niemiecki, bo jest wiosna [CwB, s. 58-59].
Sobański podkreśla, że inicjatorem wypadków była młodzież pragnąca "ogniście i ciepło zamanifestować swoje zwycięstwo" [CwB, s. 56], zaś narodowosocjalistyczna elita wydała jedynie przyzwolenie, chociaż "rząd wolałby, żeby palenie w ogóle nie doszło do skutku". Partyjni notable ustępują zatem rozentuzjazmowanym studentom (podobnie jak profesorowie - świadkami auto-da-fé byli przedstawiciele senatów akademickich odziani w odświętne togi, zaś na czele pochodu szedł i przy podpalonym pochodniami stosie belek przemawiał profesor pedagogiki politycznej Uniwersytetu Berlińskiego Alfred Baeumler). Usiłują również przyłączyć się do nich, bowiem na zakończenie manifestacji (tuż przed chóralnym odśpiewaniem Horst Wessel Lied) przemówienie wygłasza minister Goebbels. Większość berlińczyków pozostaje niezaangażowana, przyjmuje pozycję zdystansowanych obserwatorów ("Zainteresowanie odzwierciedlone na twarzach należy do kategorii letnich" [CwB, s. 59]). Mieszkańcy stolicy nie dali się porwać zapałowi studentów, lecz byli także dalecy od prób protestu - być może brakowało im odwagi cywilnej (według Sobańskiego Niemcy pod rządami nazistów stali się "organicznie niezdolni do wystąpienia z szeregu" [CwB, s. 50]), a może nie odczuwali żalu ani wstydu, który ogarniał przejętego reportera. Autor Cywila w Berlinie czuje, że przygląda się narodowej hańbie Niemców, rozumie jednak także, że uczestniczy w misternie przygotowanym spektaklu, widowisku (podobnym teatrem będą partyjne zloty NSDAP, a nawet igrzyska olimpijskie w 1936 roku). Spalenie książek stało się rytuałem ("Każdy ma książkę w ręku i wymawia po kolei tę samą rytualną formułę" [CwB, s. 59]), symbolem, ale nie rzeczywistym unicestwieniem dzieł wrogich Trzeciej Rzeszy pisarzy. W ogień rzucono "zaledwie" dwadzieścia tysięcy woluminów, dobrowolnie dostarczonych przez aktywistów lub skonfiskowanych z bibliotek należących do instytucji rządowych ("Nie było konfiskat książek ze sklepów [...]. Nie robiono też czystki w bibliotekach instytucji naukowych" [CwB, s. 58]). Wydaje się jednak, że ten "teatr" był konieczny i nieodzowny dla zamanifestowania zwycięstwa. Niszczenie wrogów za pomocą ewokującego oczyszczenie ognia ma bowiem długą tradycję, według Eliasa Canettiego nieprzypadkowo to właśnie ogień stał się głównym symbolem masy.
Ze wszystkich środków niszczących największe wrażenie robi ogień. Widać go z daleka, przyciąga innych. Niszczy w sposób nieodwołalny. [...] Masa, która podkłada ogień, uważa się za niezwyciężoną.
Sobański zapewnia, że jego sprawozdanie - dzieło naocznego świadka, którego bezpośrednia obecność na placu Opery służy jako rękojmia wiarygodności - jest obiektywne i zgodne z prawdą: "Niech nikt nie wierzy histerycznym opisom spotykanym w prasie: bachanalia, sobótka (była to środa), indiańskie tańce, afrykańskie ryki. Nic podobnego" [CwB, s. 62]. Przekonuje, iż wydarzenie to wcale nie zasłużyło na tak olbrzymi rozgłos, jakiego się doczekało. Oddziałało jednak na ludzką wyobraźnię (podobnie jak katastrofa Titanica, bardziej "fotogeniczna" niż bitwy pierwszej wojny światowej, które pochłonęły wszak znacznie więcej ofiar) i stało się symbolem współczesnego barbarzyństwa. Dba zatem o najrzetelniejsze i możliwie bezstronne opisanie oglądanych zdarzeń, zapewnia o swej "uczciwej życzliwości" [CwB, s. 64], pewnie dlatego, iż konsekwentnie "snobuje się na obiektywizm" [CwB, s. 28], chce być wierny wzorcom żurnalistyki angielskiej. Sądzę, że próbuje zaszczepić na polskim gruncie te przymioty dziennikarstwa anglosaskiego, które charakteryzował Ryszard Kapuściński.
Dziennikarstwo anglosaskie wywodzi się z tradycji liberalnej, z przekonania, że prasa jest instytucją ogólnospołeczną, że wyraża interesy i opinie wszystkich obywateli jednakowo, i dlatego musi być niezależna, bezstronna, obiektywna. Stąd od dziennikarza wymaga się tam, aby jego relacja była właśnie niezależna, bezstronna i niejako - bezosobowa. Reporter to ktoś, komu w tekście nie wolno ujawniać swoich poglądów i opinii. Jego zadaniem jest dostarczyć jak najwięcej "czystej" informacji.
Sobański-reportażysta unika bezpośrednich komentarzy do opisywanej rzeczywistości, swój krytyczny stosunek wobec realiów Niemiec hitlerowskich wyraża raczej poprzez ironiczny dystans niż otwarty osąd (w sytuacjach, w których ironia zdaje się niestosowna - jak w przypadku rozdziału poświęconego aparatowi terroru - ogranicza się zaś do relacjonowania wydarzeń). Wydaje się, że te właśnie cechy reportaży "hrabiego Tonia" przyczynią się do negatywnej - choć wyłącznie prywatnej, bo sformułowanej w liście do żony - opinii Jarosława Iwaszkiewicza, zarzucającego autorowi Cywila w Berlinie nadmierną powierzchowność. Niewykluczone, iż według skamandryty relacje z Trzeciej Rzeszy były nie tylko zbyt mało dogłębne, ale także niewystarczająco "zaangażowane", zatem niezgodne ze standardami prasy kontynentalnej. Anna miała chyba odmienne zdanie. Odpisała bowiem mężowi: "Nie uważam, żeby Tonio był aż tak powierzchowny, mówił o faktach, ale fakty są nieodparte". Teksty Sobańskiego charakteryzuje dążenie do katalogowania obiektywnie opisywanych faktów, liberalny światopogląd skłania reportera do skupiania uwagi na możliwie bezstronnej informacji i skutkuje wstrzymywaniem się od pogłębionej analizy zjawisk. Sobański stara się zatem, by jego własne przekonania nie wpływały zniekształcająco na dokonywane obserwacje. Tendencja ta nie mogła spotkać się z powszechną aprobatą, autor Cywila w Berlinie ganiony był przez krytyków zarówno prawicowych (Jan Emil Skiwski), jak i lewicowych (Bolesław Dudziński, który zastanawiał się, "czy można pomówić pana Sobańskiego o jakieś sympatie prohitlerowskie"). Anonimowy autor recenzji w "Kurierze Literacko-Naukowym" dowodził natomiast ideologicznego uwikłania rzekomo "neutralnej" relacji. Być może w obliczu zetknięcia się z państwem faszystowskim szlachetny liberalizm anglosaski okazał się bronią obosieczną, chwilami utrudniającą intelektualną refleksję nad obserwowanymi wypadkami. Trzeba bowiem zauważyć, iż Sobański na Operaplatz nie zadaje sobie (oraz czytelnikom) fundamentalnego pytania: czy w ślad za niszczeniem dzieł sztuki nie podąża pragnienie fizycznego unicestwienia ich twórców (a przecież musi znać słynny aforyzm Heinricha Heinego sprzed ponad stu lat: "Gdzie się pali książki, dojdzie w końcu do palenia ludzi"). Dostrzega natomiast, iż "w czasie pochodu studenci na ciężarówkach gorączkowo wyszukiwali i odkładali dla siebie na bok co pikantniejsze dzieła" [CwB, s. 62]; z anegdoty tej wyciąga banalnie optymistyczny wniosek ("i hitlerowska młodzież jest ludzka"). Skupia się także na tropieniu paradoksów obserwowanego rytuału (pali się książki antysemity Marksa, zaś oszczędza teksty pornografa Pitigrillego - "najwybitniejszego humorysty zaprzyjaźnionego narodu włoskiego" [CwB, s. 60]), nie zauważając, że ideologia nazistowska oparta jest na wielu sprzecznościach, które bynajmniej nie podkopują jej władzy.
Antoniego Sobańskiego interesowała nie tylko oficjalna sfera kultury, ale także ta na pierwszy rzut oka niedostępna, skrywana. Pragnął dowiedzieć się, w jaki sposób rządy narodowych socjalistów wpłynęły na nocne życie Berlina, czyli miasta, które Mark Twain określał mianem "Chicago Europy". Okazuje się, że i ten obszar ogarnęła stagnacja - kawiarnie są otwarte, ale puste. Zapewne dlatego, że w zasięgu regulacji totalitarnego państwa znalazły się również kluby nocne: "Muzyka jazzowa jest źle widziana w sferach narodowych socjalistów. W mojej obecności członek partii zażądał zaprzestania fokstrota i rozkazał grać marsza" [CwB, s. 35]. Przy takiej muzyce trudno byłoby się bawić, tym bardziej że pojawienie się gościa ozdobionego partyjną odznaką wnosi w atmosferę lokalu "pewien chłód". Zamknięte zostały nie tylko kawiarnie i restauracje prowadzone przez Żydów, lecz także "bary uczęszczane przez pederastów i lesbijki, te tak typowo berlińskie instytucje" [CwB, s. 106] (Berlin lat dwudziestych uważa się dziś za "homoseksualną stolicę Europy" tamtych czasów). Sobański przekonuje jednak, że niektórzy berlińscy homoseksualiści bynajmniej nie ucierpieli, schronili się bowiem blisko samej wierchuszki NSDAP.
Wśród ludzi stojących najbliżej Hitlera jest kilku takich, których brak instynktu "podtrzymywania rodzaju" jest notorycznie znany. Tym panom nie dzieje się żadna krzywda. Chodzi o to, aby mocno siedzieć w partii i głośno wykrzykiwać na cześć Führera i das Deutschtum, a poza tym wolno się kochać choćby w kaczce, byle kaczka była zupełnie prawomyślna [CwB, s. 106].
Z dzisiejszego punktu widzenia można zapewne zarzucić Sobańskiemu naiwność oraz opresywny język opisu - choćby przy okazji sugestii głoszącej, iż skłonności homoseksualne charakteryzują przedstawicieli ras nordyckich, zaś Żydzi są "jednym z najbardziej płciowo zdefiniowanych narodów świata" [ibidem] (opinia ta służy odrzuceniu poglądu nazistów, jakoby to "Żydzi zaszczepili pederastię" w Niemczech). Istotniejsze wydaje się jednak, że autor Cywila w Berlinie wyczulony był na specyficzną atmosferę, erotyczną woń przenikającą zdrowe, narodowosocjalistyczne powietrze.
W ogóle dużo jest mowy "o naszych pięknych dziewczynach i kobietach, o naszych dorodnych chłopcach, o naszej pięknej rasie blondynów". Jest w tym wszystkim jakiś niepokojący, zmysłowy, narcyzowsko-kazirodczy posmak, który dziwnie odbija od jednocześnie głoszonej pruderii [CwB, s. 105].
Sobański zauważa w życiu Trzeciej Rzeszy zaskakujący i dziwaczny podskórny homoerotyzm. Najbardziej widoczny był on w dwóch przejawach: kulcie młodości, zdrowego i wysportowanego ciała (ponoć "z powodu święta gimnastyki w Stuttgarcie kolej musiała wydrukować trzy miliony biletów dla wycieczek udających się na to święto" [CwB, s. 127] oraz w oficjalnym nabożeństwie wobec koleżeńskich relacji, męsko-męskiego "braterstwa broni" (temu ostatniemu poświęcony był niemalże osobny nurt w kinematografii "goebbelsowskiej fabryki snów"). Podobną intuicję przejawiał Jarosław Iwaszkiewicz, któremu erotyka zdawała się wręcz kluczem do interpretacji fenomenów nazizmu: "To jest wszystko na tle seksualnym [...] "sakralny charakter związku mężczyzn", [...] moim zdaniem chodzi tutaj o sakralny charakter pederastii".
Warto zatrzymać się chwilę przy tym szczególnym splocie młodości, męskości oraz politycznego ruchu masowego, tym bardziej że dalsza kwerenda pozwala odnaleźć więcej tekstów zawierających sugestie o homoerotycznym potencjale faszyzmu. Na przykład Antoni Słonimski pisał w jednej z Kronik tygodniowych o "zapaszku erotycznym" unoszącym się nad opowieścią "jakiegoś młodzieńca buszującego po Paryżu" przy okazji kongresu pisarzy w obronie kultury.
Jedyną rzeczą konkretną [w artykule - dop. P. S.] był podziw dla przyjaciela, młodego nazi, który dumnie ze swastyką hitlerowską paradował na kongresie [...]. Dawniej poszukiwacze nowinek przechodzili od neokatolicyzmu via pederastia do komunizmu [czyżby Słonimski antycypował drogę, którą podąży Jerzy Andrzejewski? - dop. P. S.]. Dziś przybył jeszcze mistycyzm narodowy i rasowy.
Natomiast Witold Gombrowicz w swojej włoskiej korespondencji opublikowanej na łamach "Czasu" (i o wiele bardziej niejednoznacznej niż pisarz gotów był przyznać po latach) w taki sposób formułował oczekiwania związane z przyjazdem do kraju rządzonego przez Duce:
Do tego stopnia wrażliwą poetycką duszę podbija mit młodości tej krainy rozpędzonej w przyszłość, że jadąc ku niej sądziłem nieomal, iż zastanę tu tylko Młodość i to Młodość zdrową, gibką, wysportowaną oraz rozpędzoną, gotową bez przerwy na śmierć za ojczyznę. Tyle dziś słyszymy o odmłodzeniu Włoch, o młodych Włoszech faszystowskich i o nowej erze, tak często na koniec zdumionym naszym oczom ukazują się po czasopismach zwarte falangi w mundurach, lub też w sportowych majteczkach, iż słaba myśl nasza upija się tym obrazem i poczyna mniemać, że gołe sportowe kolana są tu istotą życia, że w ogóle nie ma tu innych kolan jak gołe, sportowe.
Ku rozczarowaniu autora młodość nie opanowała całkowicie codziennego życia Italii, tym większe jego zadowolenie, kiedy żywione przezeń gorące pragnienie "zahaczenia tych młodych synów magicznego Duce i wejścia z nimi w kontakt osobisty" wreszcie może zostać zaspokojone. Oto bowiem pisarz spostrzega "młodego, śmiałego syna stabskiego odzianego w mundur" oraz jego towarzysza, z którymi wdaje się w dłuższą pogawędkę.
Po chwili byłem już pod urokiem spółczesnej młodzieży włoskiej. Cóż za świetność! Jaka uprzejmość i grzeczność! Ileż zwykłej prostoty i naturalności! A z tym wszystkim ileż bystrości, giętkości, szybkości i gładkości w odpowiedziach, ile beztroskiego śmiechu, ile doskonałej kultury towarzyskiej, nieco łobuzerskiej, lecz w rozwydrzeniu swoim zawsze dobrej! [...] Jeśli mogę wyznać, wyglądali raczej na dwóch przyjemnych łobuzów opiętych mundurem wojskowym, nie było w nich marsowej krzepy, ani reprezentacyjnego Drillu, ani dystansu do cywila, ani też nic z tego, co u nas zwiemy fasonem.