Położne - Sabina Jakubowska

Kup ebooka

64.90 zł
44.58 zł (44,68 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Kraków, 13 maja 1940, poniedziałek, Zielone ŚwiątkiMłody księżyc przechodzi w pierwszą kwadrę, co nam przyniesie?

Regina

Kobieta klęczała w ciemnym kościele, opierając czoło o kratki konfesjonału. Było chłodno, a przy tym dziwnie duszno. A może tak było w jej duszy. Cisza tego miejsca przytłaczała. Mrok zasnuwał sklepienie, cały ten gotyk nagle nie miał znaczenia.

Opowiadała kratkom konfesjonału o tęsknocie za odczuwaniem Bożej Obecności.

Mówiła, lecz myśli zaczęły jej uciekać, coraz bardziej przytłoczone poczuciem, że mówi do ściany. Jej niski, cichy głos przeszedł w szept. Wreszcie zamilkła i trwała sama ze swymi wątpliwościami. Kolana, przyzwyczajone do klęczenia na zimnej podłodze, już się nie buntowały. Ale dusza - tak.

Czekała z rozpaczliwą nadzieją, że usłyszy dziś cokolwiek, co pozwoli jej przetrwać kolejny dzień.

- Panna, wdowa, mężatka? - spytał nieuważnie mężczyzna. Niecierpliwość psuła ten głos, przeznaczony do lepszych celów, wbijając zgrzytliwe tony w jego głębię. Kobieta westchnęła. Więc to jednak był człowiek. A tak potrzebowała Ducha.

- Nie wiem - odpowiedziała.

- Jesteś matką?

- Mam nadzieję.

- Wyznaj swoje grzechy.

Kobieta milczała, pogrążając się w zwątpieniu, czy warto iść dalej.

- Przed chwilą urągałaś wierze. Co dalej?

- Urągałam?

- Czy wystawiasz Pana Boga swego na próbę, wzywając go nadaremno?

- To nigdy nie było nadaremno.

- Czy święcisz dzień święty powstrzymaniem się od pracy?

- Każdy dzień jest święty.

- Pracujesz w niedziele?

- Tak.

- Czy czcisz ojca i matkę? Przełożonych?

- Ja jestem przełożoną.

- Czy zabiłaś, kradłaś, kłamałaś?

- Nie. Tak.

- Cudzołożysz?

- Nie.

- A może grzeszysz w samotności?

Kobieta milczała.

- Czy dotykasz swego ciała, aby zaznać grzesznej przyjemności?

- Chciałbyś! - powiedziała wreszcie, głosem ciężkim jak kamień młyński. - O mojej wierze słuchać nie warto, a o moim ciele już tak? - Ostatnie zdanie powiedziała z nietłumioną wściekłością. - Ale tego nie dostaniesz! - krzyknęła, zrywając się z kolan. Jej głos odbił się echem od mrocznych zakamarków. Miała wrażenie, że gorąco ją rozerwie, chyba że uda jej się rzucić nim w kogoś. Więc jej gniew uderzył spowiednika w policzek, pozostawiając tam czerwoną plamę. Wyszła szybko z kościoła, trzaskając drzwiami przedsionka. Gniew krążył jeszcze chwilę, gasząc maleńkie ogarki, pozostawione w pobożnych intencjach przez wiernych. Duchowny chwilę siedział ogłuszony emocjami, aż zerwał się z konfesjonału i pobiegł najszybciej, jak potrafił w tym plątającym się wokół nóg habicie, podążając za odgłosem wściekłości, wybijanej obcasami o posadzkę.

- Kim jesteś? - krzyknął za oddalającą się kobietą. Bo przecież to jej szukał całe życie.

Nie obejrzała się za nim. Gdy wychodziła przez wielkie wrota na jasny świat, błysnął w słońcu jej kasztanowy warkocz z siwymi pasmami, ale zaraz widok tej kobiety został przesłonięty przez tramwaj, który nadjechał ulicą Zwierzyniecką. Wstrząsnął duchownym, jak zwykle, napis "Nur für Deutsch"1. Mężczyzna wstrzymał oddech i posmakował kwaśno-gorzkiego sosu swych emocji, a potem wypuścił powietrze z płuc i pozwolił, by odeszły, nikomu niepotrzebne. Wrócił do konfesjonału, pochylony pod ciężarem narzuconej sobie pokory. Wiedział, że jest fatalnym spowiednikiem.

Ona szła szybko, energicznie, zaciskając pięści. Nie zatrzymała się aż dopiero przy krzaku bzu na Plantach. Zanurzyła twarz, głodna tego zapachu, gotowa zapamiętać się w nim, utopić - choćby na parę sekund.

To powinno być święto wiosny.

Bez oszałamiał, nic sobie nie robiąc z wszechobecnej biedy, szarości i odoru miasta, tego odoru, jaki brał początek z przesyconego strachem potu tysięcy mieszkających tu ludzi.

Ona potrzebowała celebrować zapach bzu jak najdłużej. Szła do pracy powoli, wydychając resztki gorącego gniewu, pozwalając mu się rozpłynąć w majowym powietrzu, skroplić w pocie osiadłym na twarzy i szyi. Dlatego zamiast skręcić od razu do szpitala, skierowała się do Ogrodu Botanicznego i usiadła na ławce wśród zieleni, jedząc kupionego w drodze obwarzanka.

Sól przylepiona do twardawej skórki była jej ulubioną częścią. Ale czasami trzeba było dla równowagi ugryźć też ten słodkawy kawałek z przeciwległego końca. Wystawiała twarz ku słońcu i cieszyła się byciem i tylko byciem, kurczowo trzymając się tu i teraz, zanim wstąpi w cień panujący w pracy. Siłą woli powstrzymywała rozum przed myśleniem. Przeżuwanie było możliwe tylko w warunkach bezmyślności. O to zawsze jest trudno. Myśli zaciskają gardło i koniec jedzenia, choćby się było nie wiadomo jak głodnym. Więc wystawiała twarz ku słońcu, smakowała sól i jadła, słuchając ptaków w drzewach i szumu wiatru, przynoszącego zapachy z odległych części Ogrodu.

Do jej stóp doskoczył kos. Rzuciła mu parę okruszków i obserwowała, jak tańczy wokół nich.

I tyle było z tej bezmyślności. Bo Julian tak lubi kosy. Gdy przychodziła z nim tutaj, to była jego ulubiona zabawa, obserwowanie przyrody. Nie biegał z braćmi wokół klombów, nie bawił się w chowanego ani w podchody. Po prostu patrzył, chłonął, a w jego oczach odbijał się zachwyt. Wspomnienie tego zachwytu, rozświetlającego buzię chłopca, ścisnęło jej serce bolesną tęsknotą. Dziś były jego urodziny. Może dlatego tu przyszła. Nie odpocząć przed pracą, jak jej się wydawało. Wcale nie nacieszyć się słońcem. A spotkać się z nim. Pokonać bariery, jakie wznosiła wokół tęsknoty. Dać się sobie wyszlochać.

Powiedziała spowiednikowi prawdę. Nie wiedziała, czy nadal jest matką.

Nie widziała swoich dzieci już tak dawno. Starszych, od kiedy z końcem sierpnia wyruszyli na wojnę. Młodszych od Bożego Narodzenia. Tęskniła za każdym z osobna i brak wiadomości łamał jej serce poczwórnie. Ale dziś całą sobą zapłakała po prostu za Julianem. Za niemożnością przytulenia trzeciego syna w jego dwunaste urodziny. Łaknąc doświadczania przepływu tego niezwykłego spokoju, jaki się dostawało od Juliana. Zawdzięczała mu siedem lat wspólnej medytacji nad dziełem Stworzenia. Kiedy urodził się najmłodszy, Paweł, kontemplacja stała się towarem limitowanym. Bo Paweł był jęczydupą. Tak nazywali brata jej synowie pierworodni, bliźniacy Jan i Wawrzyniec, a każdy z nich powinien mieć raczej na imię Leonidas. Byli twardzi, szybcy, bitni do końca, byli zdeterminowani w dążeniu do celu, zarazem zdyscyplinowani i zbuntowani. Tworzyli całość. Niemal od urodzenia mieli swoje tajemnice, do których matki nie dopuszczali. I byli patriotyczni aż do wyrzygania.

Wstrząsnęła nią ta myśl. Taka myśl w czasie wojny, okupacji, gdy ojczyzny już nie ma.

Taką myśl mogła niepostrzeżenie urodzić tylko matka, która sama ich do tego patriotyzmu wychowała, która pozwoliła ich ojcu wykierować chłopców na żołnierzy, która obwiniała o to wszystko tylko siebie, bo jak mogła obwiniać człowieka, przebywającego gdzieś w obozie jenieckim, jeśli w ogóle jeszcze żył.

Poszła dziś do spowiedzi, bo pragnęła zapłakać. Cóż, no chyba ze złości.

Teraz była pora na prawdziwą spowiedź. W świetle dnia, w zapachu bzu, w czułości wobec czarnych paciorkowatych oczek kosa i jego pomarańczowego dziobka, w uczciwości wobec siebie.

Tak. Była dobrą matką dla bliźniaków, nawet jeśli to ona pierwsza kupiła im zestaw ołowianych żołnierzyków i pozwalała na bitwy w salonie. Nawet jeśli to ona dopakowała im do wojennych plecaków dodatkowe pary skarpet, gęste grzebienie i cudem zdobyte środki opatrunkowe, wysyłając ich na wojnę. Tak, była dobrą matką dla Pawła, nawet jeśli w duszy zgadzała się z opinią, że jest jęczydupą. Kochała każdego z synów całym sercem. Ale prawdziwą falę bliskości i zrozumienia czuła tylko z Julianem. Może dlatego, że miał oczy jak jej własny ojciec, najlepszy przyjaciel. Może dlatego, że miał oczy jak ona sama. Jedno niebieskie, a drugie zielone. I podobnie jak ona patrzył nimi na świat, racjonalista, a jednak nieobojętny na niewidzialne.

Łzy kapały na obwarzanek, rozpuszczając sól. Gdy się zorientowała, zapakowała go w czystą chusteczkę. Będzie musiał starczyć na całą dobę.

Była stale głodna. Naprawdę nie wiedziała wcześniej, że można być tak głodną. Pierwszą wojnę spędziła na wsi, z matką. Tam głód miał inne oblicze, zawsze udało się go jakoś oszukać, choćby gorącym wywarem z ziół, choćby jagodami czy grzybami uzbieranymi w lesie, no i nigdy im nie brakło ziemniaków w piwnicy. Tu, w Krakowie, człowiek był bezradny. Podobno Błonia krojono właśnie na działki pod uprawę ziemniaków dla ubogich mieszkańców, ale ona, żona oficera w niewoli, nie zgłosiła się po przydział, aby nie rzucać się władzom w oczy. Właśnie dlatego młodsze dzieci były teraz daleko, po to, by pozostać bezpiecznymi i nie umrzeć z głodu. Jak też sobie radzi pięcioletni Paweł, wolała na razie nie myśleć.

Teraz już łzy bez trudu nadeszły same, piekąc pod wpływem promieni słonecznych. Zamknęła powieki i trwała, pozwalając im płynąć. Gdzieś tam w mieście toczyło się życie. Ogród także nie był pusty, po alejkach chodzili ludzie, słyszała zwiedzających oraz dyskusje pracowników. Nie zwracała na nie uwagi. Przegapiła też odgłosy cichych kroków. Dopiero, gdy zapachniało bzem tuż przed jej twarzą.

- Dla mojej ulubionej pani położnej - powiedział głos, który poznałaby wszędzie. Zgrabną wiązankę białych i liliowych kwiatów podał jej Władysław Szafer, dyrektor Ogrodu Botanicznego.

- Dziękuję! Skąd pan wie, dyrektorze, że ogromnie lubię bzy? Są tak piękne, że aż żal zrywać!

- To lilak, proszę pani. Syringa vulgaris - sprostował przede wszystkim. - Muszę zaznaczyć, iż fachowe przycięcie gałązek nie niszczy krzewu. I może skończmy już z tymi tytułami, bo dyrektorem to ja długo nie pobędę. Nie wiem, jakim cudem jeszcze żyję, po tym, co się stało w listopadzie z profesorami Uniwersytetu. Gubernator lubi się bawić w kotka i myszkę. Przekręca moje nazwisko. Mówi i pisze do mnie Schaefer, jakby mi chciał zasugerować, żebym się przebrał za Niemca. Od początku marca nagabywano mnie kilkakrotnie o przejście na niemiecką tożsamość narodową. Ale z tego nic nie będzie. Właśnie się z nim targowałem o rośliny. Te najlepsze chce wywieźć do swojej rezydencji w Krzeszowicach.

- Postawi na swoim - powiedziała ponuro.

- Czy to będzie po moim trupie? - zastanawiał się, jakby zgłębiał teoretyczny problem. - No ale nic, na razie żyjemy. A co z Tadeuszem? - zniżył głos. - Internowany?

Pokiwała głową.

- Wiadomo, gdzie są chłopcy?

Rozejrzała się uważnie. Nikogo w pobliżu.

- We Francji - wyszeptała.

Dyrektor westchnął. Z Tadeuszem znali się jeszcze z Legionów. A teraz tak dobrze ją rozumiał. Sam miał syna w kampanii wrześniowej. I właśnie dlatego nie mógł jej powiedzieć tego wszystkiego, czym przechwalał się przed nim niemiecki gubernator Hans Frank. Od trzech dni Francja tonęła w błyskawicznym ataku Trzeciej Rzeszy. Gdzieś tam byli jej synowie.

- Droga koleżanko! - powiedział ze współczuciem. - Tyle lat pracujemy w sąsiedztwie. Jeśli tylko będę mógł w czymś pomóc, proszę mówić.

Zegar na wieży kościelnej wybił godzinę piątą. Podniosła się z ławki.

- Przejdę się jeszcze po alejkach, zanim rozpocznę dyżur.

- Oczywiście! Trzeba się nacieszyć, zanim zamkną i ten ogród. Pani słyszała, że Park Jordana tylko dla Niemców? Pani Regino, proszę nie zapomnieć o kwiatach! Umilą życie albo przydadzą się na herbatę. Po prostu je suszymy, zaparzamy w imbryczku. Na przeziębienia i inne dolegliwości. A gdyby bolała głowa, przykładamy do skroni całe liście.

- Dziękuję. Proszę pozdrowić żonę.

Skąd się znały? Oczywiście z porodu.

Wkraczając w bramę szpitala, ciężko westchnęła. Wiatr uniósł jej oddech daleko. Tu należało dobrze panować nad emocjami, nad ciałem i głosem. Gdyby w gestii człowieka było władać jeszcze nad zapachem, także i to należało mieć pod kontrolą, żeby nie ujawniał strachu. Ale tę jedną sferę można było odpuścić, całą robotę odwalał wstrętny lizol.

Regina była córką i wnuczką wiejskich akuszerek. Pierwszą przeczytaną przez nią prawdziwą książką była "Nauka położnictwa dla użytku położnych" Henryka Jordana, bo trudno liczyć wczesnoszkolne czytanki i katechizm. Jednak zanim jeszcze nauczyła się czytać książki, potrafiła odczytywać rzeczywistość. Dobrze wiedziała, jakie plamy moczyć w zimnej wodzie, a co wygotowuje się we wrzątku. Ze spódnic matki mogła odtworzyć przebieg porodu - czy wody płodowe znienacka chlusnęły na ubranie, czy była w nich smółka, a może na odzieży wyczuwalny był słodkawy zapach krwi, świeży, z trzeciej fazy porodu? Jeśli zasychający i przechodzący w smród, to znaczy, że poród trwał długo, może był niebezpieczny. Sama Regina czuła się akuszerką od piętnastego roku życia, kiedy to przyjęła na świat młodszą siostrę. Teraz miała lat czterdzieści cztery. Tyle, ile matka wtedy, rodząc bliźniaczki - dziś również akuszerki, szczęściary, z mamą w domu, na wsi, w Jadownikach. Ale ona sama była tu, w Szpitalu Uniwersyteckim. Powiedzieć, że tak jej się życie ułożyło, byłoby tchórzostwem. Tak wybrała.

Przyjmowała konsekwencje swojego wyboru. Co nie znaczy, że nie tęskniła. Za matką, której powierzyła swoje młodsze dzieci. Za ojcem, spoczywającym na cmentarzu. Za rodzeństwem, rozproszonym po świecie, tym i tamtym. Za dzieciństwem i młodością, która wtedy nie była łatwa, ale teraz jawiła jej się jako źródło nieskończonych możliwości, jakie człowiek przed sobą miał, z edukacją, wsparciem bliskich, pracą, która miała sens, w kontakcie z przyrodą i z dobrze znaną społecznością wokół. Zostawiła to wszystko, by iść przez życie z Tadeuszem. I przecież warto było.

Ponadto - była taka dobra w tym, co potrafiła. Każdy awans podejmowała jak wyzwanie. Na wszystko była prosta rada udzielona przez babkę Reginę Perkową, jej imienniczkę i wzór. Nil admirari. Nie dziwić się niczemu. Wszystko przyjmować ze spokojem godnym stoików. Oczywiście babka Perkowa nigdy tego nie ujęła tymi słowy, albowiem z łaciny znała tylko formułę chrztu i przekleństwa. Ona mówiła po prostu, że nic jej nie jest dziwne. Z niejednego pieca chleb jadła. Dosłownie i w przenośni. Wiejskie położne były często opłacane w naturze. Także ludzkimi emocjami.

Praca akuszerki to było przyjmowanie nowego życia, opieka podczas chorób kobiecych, a czasem towarzyszenie w stracie i odchodzeniu. Dlatego właśnie czy to w wiejskiej chacie, czy w klinice położniczej Reginie były całkowicie obojętne wszelkie wydzieliny ludzkiego ciała, bo były ludzkie. Z tym się łączyło całe jej życie zawodowe, w służbie życia właśnie. Aż do teraz.

Bo wojna obronna Polski zmieniła wszystko także w Szpitalu Uniwersyteckim przy ulicy Kopernika 23. Porodówka stała się szpitalem dla ciężko rannych żołnierzy, a położne - pielęgniarkami na niekończących się dyżurach. Szybko im brakło podstawowych środków do opatrywania ran i zażegnywania bólu. Mogły tylko współczuć tym młodym chłopcom i starym ochotnikom, którym odejmowano kończyny i nadzieję na dobre jutro, których twarze bały się myć z zakrzepłych strupów i kurzu, w obawie, że ujrzą w nich swoich synów, mężów, ojców, narzeczonych i przyjaciół z dzieciństwa. I współczując samym sobie, gdyż ogromny wysiłek sanitariuszek był tylko kroplą w morzu potrzebnej pracy.

A potem do Krakowa weszli Niemcy, 6 września 1939 roku, w środę. Kalendarz szpitalny wskazywał imieniny Germana. Było w tym coś gorzkiego. I zaraz się okazało, że te łóżka szpitalne są potrzebne dla niemieckich żołnierzy.

Można było ich nienawidzić, spacerujących po mieście w świetle dnia, kupujących pocztówki, wieszających flagi czy wykłócających się o otwarcie bordeli. Ale gdy się widziało bredzących w malignie cudzych synów, mężów, ojców i słyszało się, jak wołają w gorączce mamę, to jakby się swoich słyszało. Wzywali tego samego chrześcijańskiego Boga, owszem, po niemiecku, ale przecież i po czesku, słowacku, po polsku - ilu było tu Polaków z Pomorza czy Śląska, siłą wcielonych do armii Trzeciej Rzeszy, zmuszonych do poboru szantażem wobec rodzin. Hitlera jakoś nikt nie wołał, za to powietrze było gęste od imion kobiet, wykrzykiwanych w ostatnim tchnieniu. Dlatego wykonywała przy rannych pracę pielęgniarską najspokojniej, jak potrafiła.

I właśnie wtedy skontaktował się z nią ktoś, kto przyniósł jej wieści o mężu i synach.

Żyją!

Nigdy więcej nie spotkała tego człowieka i nawet nie umiałaby powiedzieć, jak wyglądał ten, który szeptał jej poufne informacje w mrocznej, zatęchłej bramie podniszczonej kamienicy. Ale Niemcy musieli go rozpracować, bo nie pojawił się więcej.

Dwa tygodnie później na ulicy zastrzelono jej teścia. Nie wierzyła, że to był przypadek. Obawiając się o życie dzieci, wysłała je na prowincję, powierzając opiece zaufanego przyjaciela, Kazimierza. Powiedziała synom, że jadą na Boże Narodzenie na wieś do babci Franciszki. Nie umiała wyjawić, że wrócą, gdy skończy się wojna. A może nie wrócą nigdy, jeśli i jej coś się stanie. Pożegnała się z nimi w domu, nie na dworcu, bo gdyby ktoś ją śledził, niech nie wie. Kazimierz był niepozorny, nie rzucał się w oczy, wierzyła więc, że bezpiecznie przewiezie chłopców pociągiem te sześćdziesiąt kilometrów, nie aż tak daleko, a jednak dla niej odległość niemożliwa do przebycia.

Kazimierz powrócił i przywiózł ziemniaki oraz parę luksusowych wiktuałów: masło, jajka, ser. Żywili się tym długo. Był on w tym czasie jej jedynym współlokatorem. Zaprosiła go do siebie, gdy stał się bezdomny. Wyrzucono go z mieszkania zajętego przez urzędników niemieckich. Oficjalnie zaanektowana kamienica należała do męża Reginy. A zatem to też nie był przypadek, tylko kara. A ją już wkrótce zdegradowano do roli salowej. Ryżowa szczotka, mokra ścierka i kilometry kwadratowe podłóg do szorowania, oto były jej nowe obowiązki. Wynoszenie odpadów medycznych i odchodów rekonwalescentów. Miało zaboleć w ambicję, ale nie zabolało. W tym punkcie również nie skłamała marnemu spowiednikowi. Bo personel nadal traktował ją jak przełożoną, czekając na jej skinienie w drobnych i ważnych sprawach.

Ten szpital, zbudowany z takim trudem finansowym przez władze Drugiej Rzeczpospolitej, nadal zachwycał ją swoją urodą. W ciągu ostatnich lat stanowił jej królestwo, ostoję codzienności. Przemierzała stylową i dopracowaną w drobnych szczegółach krętą klatkę schodową, ozdobioną drewnianymi boazeriami i witrażami, stawiając na każdym ze schodów tylko przednią część stopy, tak aby obcasy nie tupały. Dawniej robiła tak dla zasady, aby nie dopraszać się większego poważania samym tylko efektownym wkraczaniem do pracy, skoro i tak stanowiła autorytet dla całego personelu. Ale teraz cisza miała większe znaczenie niż kiedykolwiek. Nie rzucać się w oczy, robić swoje - oto były jej nowe zasady. Robić swoje dobrze, choćby i szorowanie podłóg. Bo szkoda spędzać życie na robieniu czegoś byle jak. Żadna godzina już nie wróci, wszyscy idziemy naprzód, w codziennym trudzie. Więc niech ten trud daje przynajmniej odrobinę satysfakcji.

Idąc w tej ciszy, po raz kolejny doświadczyła żalu, że w spadku po lepszych czasach zostało jej tylko kobiece obuwie. Podczas pierwszej wojny nosiła rozczłapane buciory, które się jednak lepiej nadawały do cichego przemieszczania się. Pozazdrościła samej sobie tamtych możliwości. Ostrzyżone włosy, męski ubiór, to było z pewnością bezpieczniejsze. Może trzeba do tego wrócić. W domowej szafie nadal wisiała wysłużona ojcowska kapota.

Cicho wsunęła się do przebieralni i zmieniła ubiór na szpitalny. Schludnie poskładała bluzkę, spódnicę, żakiet i schowała je do swojej szafki. Obok postawiła buty z obcasami. Upięła warkocz. Jeszcze tylko czepek na głowę i oto była gotowa.

Nim zegar wybił szóstą, minęła się z kończącą dyżur salową, cicho wymieniając uwagi. Potem szybki obchód, aby opróżnić nieczystości.

Szpital Uniwersytecki powoli wracał do swego pierwotnego charakteru. Ostatni żołnierze, leczący długotrwałe rany po pierwszych bitwach tej wojny, zostali wypisani już parę miesięcy temu. Teraz większość sal zajmowały przeróżne przypadki chirurgiczne i zakaźne, jednak niemiecki dyrektor, profesor Walter Schaefer, systematycznie odwracał proporcje przyjęć. Miał być tu szefem szpitala, na tym się znał, nie na polityce, z tego chciał się wywiązać, ku chwale Trzeciej Rzeszy. Dyrektor charakteryzował się umiarem. Personel traktował profesjonalnie, z pozoru nie zwracając uwagi na to, kto jest jakiej narodowości. Ale przecież jego polecenia, przekazywane spokojnym zwięzłym tonem, były wydawane po niemiecku. Ani jednego zbędnego słowa. Masz rozumieć i wykonać swoją pracę natychmiast. Więc jeśli się było Polakiem, to trzeba było być też wykształconym Polakiem. Albo Auf Wiedersehen2.

Mijając go dziś wieczorem, powiedziała odruchowo: - Guten Abend3.

Stały za tym lata pozdrawiania ludzi na szpitalnych korytarzach, a jednak złamała niepisaną zasadę, że salowa ma być niewidzialna.

Schaefer odpowiedział. Zawsze patrzył na nią tak uważnie. On wiedział. Że jest żoną internowanego oficera. Że była przed wojną nadpołożną i kształciła kadry. Że z powodu zewnętrznych rozkazów ma wykonywać najniższe prace. Że szkoda jej potencjału.

Więc szanował ją. Szanowali się nawzajem. I mieli przecież wspólnego wroga numer jeden. Epidemie wśród wojska i ludności cywilnej. Jeśli się rozwiną, ludzie będą padać jak muchy. Słysząc wypowiedzi dyrektora, zgadzała się z każdym jego zdaniem co do diagnozy. Tylko ze środkami naprawczymi się nie zgadzała. Bo tyfus, dur brzuszny i wszystkie inne choroby można było leczyć, a epidemie ograniczać zwyczajnym prostym zwiększeniem przydziału mydła na osobę i przede wszystkim opału, by dało się czasem w gorącej wodzie uprać i wygotować odzież i pościel. I należało powiększyć ilość pożywienia, bo głodny prędzej traci odporność. Ale dyrektor, tak jak i wszyscy naziści, uparcie twierdził, że wystarczy pozbyć się Żydów, którzy są siedliskiem wszawicy i zarazków. Na początek wygnać ich za miasto. A co do kiły i rzeżączki, to leczyć i zgłaszać, zgłaszać i leczyć. Kontrola była łatwa w przypadku zarejestrowanych prostytutek. Profesor Schaefer czuł się dumny z wprowadzonych środków zaradczych. O wiele gorzej sprawy się miały z obywatelami niemieckimi, żołnierzami i cywilami. Chorowali, zarażali i nie zgłaszali, obawiając się kar za kontakty seksualne z Polkami. I tak to szło.

Mężczyznom z kiłą i rzeżączką zakazywano wyjazdu na urlop, a już zwłaszcza do rodzin w kraju. Profesor leczył bezwzględnie, bo chciał szybko przywrócić szpital funkcjom ginekologicznym. Na razie pół oddziału zajmowały osoby zarażone wenerycznie, leczone sulfonamidami. Osobno Polacy, w zatłoczonych pokojach. Osobno folksdojcze, w nieco lepszych warunkach. Osobno reichsdeutsche, jak w hotelu. Był wśród nich jeden, który nie rozumiał powagi swej sytuacji zdrowotnej. Zaczepiał pielęgniarki i salowe, zwłaszcza te młodsze. Musiał być kimś ważnym, przyzwyczajonym do samolubnego brania wszystkiego, co mu się podobało, i tylko z trudem powstrzymywał się od przechwalania urzędem lub stanowiskiem, bo jednak nie przybył tu z powodu ran wojennych. Ciągle były z nim problemy. Teraz też jedna wyszła od niego roztrzęsiona.

Regina spojrzała na twarz tej miłej blondynki i poszła za nią do pomieszczenia zwanego brudownikiem. Znała dobrze tę dziewczynę, niegdyś ją uczyła w Szkole Położnych, a potem przez lata pracowały razem. W dodatku pochodziły z tych samych stron. Marynia Bujakówna miała trzydzieści lat, lecz wyglądała na dużo mniej, drobna z postury i dziewczęca w wyrazie twarzy. Była pilna, uważna, bardzo pomocna. Z sercem dla pacjentek, ale przecież nie histeryczna. W takim stanie, jak teraz, nikt jej nigdy nie widział. Młoda kobieta siedziała na podłodze, dygocąc wśród stosów przeznaczonej do prania pościeli szpitalnej. Po nodze, obleczonej w podartą pończochę, spływała niewielka strużka krwi, znacząc białe kafelki nieregularnym wzorem czerwieni. Regina usiadła obok niej i objęła ramieniem drżące ciało. Trwała w milczeniu, przerywanym tylko szczękaniem zębów młodej położnej.

- Wsadził mi paluchy - powiedziała wreszcie Marynia i zaszlochała. - I mówił, że jakbym się nie szarpała, to by nie bolało.

W pierwszym odruchu Regina zesztywniała i poczuła ból skrzywdzonej kobiety całym swoim ciałem. Co mogła tej dziewczynie powiedzieć mądrego? Odpowiedniego? Czy to był właściwy moment, aby wyznać, że doświadczyła tego samego w czasie poprzedniej wojny i że zabiła tamtego mężczyznę? Nie przyznała się do tego nigdy nikomu. Ale co miała wtedy zrobić samotna w pustym jarze, znacznie młodsza od obecnej tu Maryni? Nie wiedziała, jak to się stało, skąd wzięła na to siłę, czy to ten gniew, który czasami wymykał się jej spod kontroli? - ten żołnierz został tam na zawsze, z opuszczonymi spodniami, z głową roztrzaskaną kamieniem, z nożem wbitym gdzieś w serce, dzikim zwierzętom na pożarcie.

A może wcale nie doświadczyła tego samego. Bo jednak ona była już wtedy mężatką. Napastnik nie zabrał jej niewinności. Zabrał co innego. Ale o tym naprawdę nie chciała teraz myśleć.

- Przecież trzeba krzyczeć o pomoc! - szepnęła ze współczuciem.

- Jak? Ten drugi zatkał mi usta, a ten trzeci... ten trzeci... on sobie w tym czasie... - I zwymiotowała.

Regina poniosła się z podłogi. - Leż tu spokojnie, nie ruszaj się, nie sprzątaj. Zrobię ci irygację, żebyś nie złapała choroby.

- Nie wolno pani robić rzeczy medycznych! - przestraszyła się Marynia. - Wyrzucą panią! Nie może pani przeze mnie tak ryzykować! Co my tu bez pani poczniemy? - Rozpłakała się.

Regina wzruszyła ramionami i bez słowa poszła przygotować odpowiedni roztwór, aby zapobiec chorobie. To prawda, obecnie nie miała uprawnień do wykonywania tego typu prewencyjnych działań. Ale nadal wiedziała, co gdzie leży, w której szafce i jakie proporcje przygotować. Zrobiła to cicho i sprawnie. Z napełnionym irygatorem przemknęła do brudownika. Rozłożyła na podłodze nowe prześcieradło, prosto z pralni. Kazała dziewczynie podciągnąć nogi, napotkała pewien opór przy odsuwaniu bielizny. Westchnęła.

- No już, Maryniu. Jak chcesz być zdrowa, to współpracuj. Czym prędzej.

Przytrzymała ciepłym ramieniem drżące uda roztrzęsionej kobiety. Pogłaskała ją po głowie, z której spadł na podłogę śnieżnobiały czepek, odsłaniając wijące się jasne włosy w całej ich krasie. A potem uprzedziła, że poda irygację. I podała. Marynia zatelepała się tylko raz, i zemdlała. Regina spokojnie ułożyła stopy młodej kobiety na stosie bielizny do prania. Jedną z poszewek użyła do wytarcia wymiocin i krwi. Nawykowo umyła ręce, a potem zimną wodą spryskała twarz podopiecznej. Marynia otwarła oczy i zalała się łzami.

- Już nie jestem.... Już nie jestem... dziewicą.

Regina pogłaskała ją po głowie jeszcze raz, a potem mruknęła:

- A jakie to ma znaczenie? To wyłącznie twoja sprawa. Niczyja więcej. - Ale ponieważ młoda kobieta nadal rozpaczliwie płakała, potrzebne były dalsze słowa otuchy. - To była przemoc, okropne przeżycie, i trzeba coś z tym zrobić, żeby się nie powtórzyło. Ale co do reszty, wszystko zależy od ciebie. W sercu jesteś niewinna. Stan cywilny - nadal panna. A ciało, moja kochana, ciało jest wyłącznie twoje.

- Ale jak ja teraz za mąż wyjdę? - wyszeptała Marynia.

- A będzie za kogo? - mruknęła Regina. - Jeśli ta wojna dłużej potrwa, to nie zostanie nikt do poślubienia, co najwyżej sami starcy i kaleki. Albo szuje.

- Racja - uspokoiła się nagle Marynia. Chwilę milczała, potem otarła łzy i rzekła: - Ta irygacja tak oczyszcza człowieka. Czuję, że cały brud z nią wypływa.

- Tak to właśnie działa - odparła uspokajająco dawna nadpołożna.

- Ale co też Profesor o mnie pomyśli, jak się dowie?

- Schaefer?

- Nie! Bujak!

Regina westchnęła. No tak. Jak Marynia mówiła "Profesor", to myślała zawsze o swoim dobroczyńcy, Franciszku Bujaku, profesorze uniwersyteckim, a nawet przez chwilę ministrze rolnictwa. Ten chłopski syn, który zaszedł tak daleko dzięki swej energii i inteligencji, nigdy nie zapomniał o rodzinnych Maszkienicach i pomagał krajanom, którzy także chcieli się kształcić. Marynia była jego krewną. Zapewniał jej środki na edukację w Szkole Położnych. Dla tej młodej kobiety Profesor był jak Bóg Ojciec. Dobry, sprawiedliwy, daleko.

- Napiszemy do niego pocztówkę do Lwowa, że cię Szwab napastował?

Marynia, słysząc ten absurd, uśmiechnęła się niewesoło.

- Jak pani już zażartuje, to człowiek by się uśmiał nawet nad grobem. Wiadomo, że do niego nie napiszemy. Ale co on by pomyślał? Czy by nie żałował, że mnie wykształcił? Że ręczył za moją moralność? - zamyśliła się. - A Jakub? - I znów zadrgały jej usta.

Jakub, którego najbliżsi nazywali Kubą, był jedynym żyjącym synem Profesora. Marynia kochała go wielką, idealną, bałwochwalczą miłością. Bardzo na odległość.

- Jakub jest żonaty - przypomniała jej Regina. - On jest nie dla ciebie, tyś jest nie dla niego, Maryniu. Przyjmij to wreszcie do wiadomości.

Młoda kobieta pociągnęła nosem: - Chwała Bogu, że chociaż cało z Himalajów wrócił.

Zadumała się, rozluźniła. Chwilę powspominała swoje dawne marzenia, od początku niemożliwe do spełnienia. Widziała Jakuba tylko parę razy w życiu. Zawsze w otoczeniu rodziny. Mądrego, życzliwego. Szczęśliwie ożenionego. Westchnęła współczująco nad losem jego żony i dzieci, mających więcej praw do tęsknoty. Bo z tych Himalajów nie zdążył wrócić na czas. Pierwsza polska wyprawa w najwyższe na świecie góry, i strasznie krótka chwała. Wybuchła wojna, Jakub rozminął się z rodziną. Z zachodu szli Niemcy, ze wschodu Ruski. Jedni i drudzy polowali na wykształconych. Jakub przedostał się na Węgry przez Karpaty Wschodnie, przemykając najdzikszymi połoninami, aby umknąć prześladowcom i na coś się jeszcze Ojczyźnie przydać. A dalej wojna popchnęła Jakuba do Francji, i tyle o nim wiedzieli, że żyje.

- To co teraz będzie? - spytała Marynia, zbierając się do dzielności.

- Teraz to trzeba będzie powiedzieć dyrektorowi o tym napastowaniu. Ażeby się to nie powtórzyło. I niech tam chodzi Diana. Ona sobie z nimi poradzi.

Diana von Graf była folksdojczką z podupadłego arystokratycznego rodu z Górnego Śląska. A może nawet była reichsdeutschem. Nikomu nie chwaliła się swym statusem i może tylko dyrektor widział jej dokumenty. Mówiła po niemiecku po prostu znakomicie, język jak u Goethego. Żadnego akcentu, żadnej naleciałości regionalnej czy społecznej. Jak to się stało, że ta kobieta została położną, gdy mogła być hrabiną, tego nie wiedział nikt. Trudno ją było lubić, nieprzyjemnie oschłą, na równi wszystkich traktującą wrogo: zdrowych i chorych, kobiety i mężczyzn, Polaków, Żydów i Niemców. Była wszakże znakomitą pielęgniarką. Wysoka, silna, trochę koścista i nieco wyzywająca w swojej aryjskiej urodzie przenikliwych ogromnych niebieskich oczu w oprawie jasnych brwi i grzywki. Można pomyśleć, że w ciągu swoich trzydziestu pięciu lat życia nie postarzała się wcale. Ona zastygała w pomnik. Nikt nie ośmieliłby się wobec niej nie tylko na napastowanie, ale nawet na wykonanie jakiegokolwiek ludzkiego gestu.

- Nie! - szepnęła z przestrachem Marynia, sama nie wiedząc, czy gorszą perspektywą jest dla niej zasłużyć na niezadowolenie dyrektora, czy Diany. - Nie może pani tego zrobić!

- Już czas, Maryniu, żebyś mówiła do mnie po imieniu. Jestem Regina - powiedziała nadpołożna w odpowiedzi.

- Zdzieńska - odezwał się męski głos w drzwiach. - Was ist denn hier los?4

Dyrektor Walter Schaefer w białym kitlu, starannie zapiętym na koszuli z eleganckim krawatem, ogarnął jednym spojrzeniem całe pomieszczenie, zatrzymując dłużej wzrok na bezużytecznym już irygatorze. Regina zdumiała się tylko tym, że on zna jej nazwisko i potrafi je bezbłędnie wymówić. Zazwyczaj zwracał się do niej bezosobowo - Pflegerin!5 - Salowa!

Wstała więc i spokojnymi słowy wytłumaczyła dyrektorowi, dlaczego użyła irygatora. Patrzył na nią nieruchomo. A potem odwrócił wzrok.

- Gehen Sie Ihren Aufgaben nach, beide6 - powiedział tylko i poczekał, aż wyjdą z brudownika i rozejdą się w dwie różne strony. Zamknął za nimi drzwi i poszedł do sali zajmowanej przez chorych wenerycznie Niemców. Po kwadransie wrócił do swego gabinetu i coś tam pisał na maszynie. Ani razu nie podniósł na nikogo głosu.

Regina zapakowała zużytą pościel, aby rano wynieść ją do pralni. Następnie posprzątała brudownik, a potem umyła korytarz mokrą szmatą owiniętą wokół miotły. W czasie, gdy wygotowywały się i dezynfekowały narzędzia użyte na wieczornym obchodzie, zajęła się porządkowaniem szafek. W jednej z szuflad znalazła związany sznurkiem plik miesięcznika "Położna". Pogłaskała te przybrudzone papierzyska. Same miłe wspomnienia. Nieśmiało poczęła przeglądać numer pierwszy z listopada 1928 roku, ale za moment zdyscyplinowała się, by odłożyć pismo, aby tych wspomnień nie rozbudzać, nie zanurzać się w nich teraz.

Po północy zrobił się ruch, przyjęto dwie ciężarne. Pierwsza z nich, w średniej jeszcze ciąży, miała twarz bladą z bólu. Trzymając dłoń na prawej części podbrzusza, jęczała nieustannie przenikliwym, ostrym głosem człowieka, który nie udaje, że cierpi. I to nie był poród.

Tej nocy lekarzem dyżurnym był sam dyrektor. Prędko zadzwonił po pomoc. Natychmiast przybył doktor Stefan Schwarz, specjalizujący się w leczeniu i operowaniu przypadków zapalenia wyrostka u kobiet w ciąży. Towarzyszyła mu Diana, która często asystowała przy operacjach, porodach zabiegowych i aborcjach. Nikt nie miał tak stalowych nerwów jak ona.

Schaefer i Schwarz wymienili tylko kilka zdań. Mimo różnicy światopoglądowej rozumieli się w sprawach medycznych. Lepiej mogłoby być tylko wtedy, gdyby Stefan Schwarz zgodził się wreszcie wpisać się na folkslistę. Ale uparcie nie chciał, choć przecież był świadom, że w każdej chwili może zapłacić za to życiem.

Dyrektor, wychodząc na salę operacyjną, obejrzał się jeszcze na drugą pacjentkę i nakazał położnej, by się nią zajęła. A pacjentka była Niemką. Marynia wcale nie umiała z nią rozmawiać. Za dużo było tego wszystkiego jak na jeden dzień. Widok śladów krwi na bieliźnie tej kobiety przypominał jej własne trudne przeżycia. I ten niemiecki. Dziś nie potrafiła wykrztusić z siebie słów w tym języku, zawołała więc salową do pomocy. Regina tłumaczyła cicho i powściągliwie.

Marynia zdezynfekowała ręce i bardzo ostrożnie zbadała pacjentkę, najpierw zewnętrznie, potem wewnętrznie. Krótkie było to badanie. Regina obserwowała ją i wiedziała już dobrze po wszystkich tych drobnych wskazówkach, co zaraz usłyszy.

- Łożysko przodujące - wyszeptała młoda położna. - Co ja mam teraz robić? Tak, żeby ona przeżyła? Lekarze operują!

- Trzeba im będzie przeszkodzić.

Marynia zbladła jak ściana.

- Jak mu to powiedzieć? - przeraziła się, bojąc się wszelkich konsekwencji. Z dokumentów wynikało, że ta kobieta była żoną ważnego niemieckiego urzędnika.

- Powiedz: Placenta praevia7 - zasugerowała cicho Regina. Pacjentka jednak usłyszała to i zaczęła histerycznie krzyczeć. Z sali operacyjnej wyszedł zaniepokojony dyrektor. On także wiedział, kim jest mąż tej pacjentki. Na jego widok ciężarna uspokoiła się, ale to niewiele zmieniało.

Marynia drżącym głosem opowiedziała swoją obserwację. Jak się spodziewały, dyrektor ruszył, aby osobiście to sprawdzić. Regina była świadoma, że każde kolejne badanie pogorszy sprawę. A jeśli ta sytuacja skończy się zgonem, to wszyscy za to zapłacą: Marynia, Regina, dyrektor. No i jeszcze do tego ta kobieta, Niemka czy nie, i jej dziecko. A one ślubowały nieść pomoc w każdych okolicznościach.

- Herr Direktor8 - powiedziała Regina, zanim uświadomiła sobie, co właściwie robi. - Sie dürfen nicht die Placenta praevia durch die Vagina untersuchen, das ist gefährlich9.

- Darf ich nicht?10 - powiedział tylko. Patrzył w jej oczy, upewniając się, że to się dzieje naprawdę, salowa mówi, co wolno jemu - lekarzowi, dyrektorowi szpitala w Generalnym Gubernatorstwie, mężczyźnie z rasy panów. Niesamowite były te jej oczy. Niebieskie oko spoglądało na niego tak, jakby był powietrzem, i dyrektor poczuł, że to spojrzenie rzuca mu wyzwanie, że nie chce być dla niej powietrzem, za chwilę wygra w nim głęboka potrzeba zachowania hierarchii, w której to on jest autorytetem. Ale to drugie, zielone oko mówiło mu: trzymaj się gruntu pod nogami, trzymaj się prawdy. Profesor Walter Schaefer przypomniał sobie, że wcale nie jest specjalistą ginekologiem. I że tu się ważą losy wielu osób. Więc aby zachować w tym wszystkim Ordnung11, wskazał salowej miejsce w kącie, gdzie stanęła skromnie.

- Ich frage Hebamme Bujak nach dem Bericht, nicht eine Pflegerin12 - powiedział surowo.

Marynia nerwowo pokiwała głową i spojrzała na Reginę, która zapytała dyrektora cichym głosem, czy może tłumaczyć, ponieważ położna z powodu przeżytej dziś napaści i szoku ma problemy z językiem niemieckim. Oboje wiedzieli, że ona krok po kroku przesuwa granicę w stronę kompromisu niemożliwego do zaakceptowania. Ale dyrektor skinął głową. Regina dyskretnie podała Maryni "raport", którym okazał się pierwszy numer miesięcznika "Położna" z listopada 1928. Młoda kobieta nie dała po sobie poznać zaskoczenia, po prostu przeczytała:

Przodujące łożysko przedstawia jedno z najgroźniejszych powikłań ciąży i porodów. Przy porodzie prawidłowym najprzód pękają błony, rodząca wydala płód, a potem dopiero odkleja się łożysko i zostaje wydalone na zewnątrz. (...) Nawet i przy prawidłowo usadowionem łożysku, może się przytrafić jego odklejenie przedwczesne, to znaczy wtedy, gdy płód nie opuścił jeszcze wnętrza macicy, gdy ona nie może skutkiem tego należycie się ściągnąć. Naczynia krwionośne stoją otwarte, krew zbiera się między łożyskiem a macicą i zarówno matce, jak dziecku grozi śmierć.

Toteż dawniej, nawet pomimo pomocy lekarskiej, zdarzało się, że zmierali obydwoje, matka i dziecko. Gdy chodzi o dziecko, to my, lekarze, już z góry często poświęcaliśmy je, by ratować życie kobiety, dla tych dzieci, co je już ma, i dla tych, którym ona jeszcze życie dać może. Robiliśmy obrót i dziecko służyło niejako za tampon, który przyciskał łożysko do ścian macicy tak długo, dopóki to łożysko po porodzie płodu nie mogło wyjść na zewnątrz. A i tak niejednokrotnie, pomimo tej ofiary, kobieta ginęła.

Trzeba więc było obmyśleć taki sposób, by poród przy łożysku przodującem szedł tak, jak prawidłowy, to znaczy, by się wpierw rodził płód, potem łożysko i by płód gwałtem przez łożysko nie przechodził. Jak się dostać do płodu, nie rozdzierając łożyska? Przez pochwę, ujście zewnętrzne i wewnętrzne to się zrobić nie da, bo łożysko tam siedzi. Trzeba więc iść przez powłoki brzuszne, to znaczy trzeba zrobić cięcie cesarskie.

Marynia zrobiła przerwę, wzięła głębszy oddech, przebiegła wzrokiem tekst, nabrała odwagi, samodzielną decyzją pominęła kilka zdań, ponieważ dobrze znała ten tekst, polecany za czasów szkolnych przez panią nadpołożną, i przeczytała jeszcze jeden fragment, aby już nie było żadnych wątpliwości.

Czy położna ma taką chorą przedtem badać i z powodu krwotoku tamponować? Otóż nie wolno ani badać, ani tamponować. A dlaczego? Już tam, gdzie kobieta z powodu ciasnej miednicy jest przeznaczona do cięcia cesarskiego, nie wolno jej badać wewnętrznie. O co tu chodzi?

Idzie o to, aby przez badanie nie wyprowadzać do pochwy bakterii, któreby się stamtąd dostały do macicy i spowodowały zakażenie. Te bakterje to nasz wielki nieprzyjaciel. (...)

Jeszcze jest to ważniejszem przy łożysku przodującem. Tu szczególnie łatwo o zakażenie, bo wprowadzone bakterje idą od razu do otwartych naczyń krwionośnych, przechodzą od razu do krwi, gdzie im się świetnie powodzi, gdzie się rozmnażają w miliony, zakażając cały organizm, i sprowadzają śmierć rodzącej.

Ledwo Regina skończyła tłumaczyć ostatnie słowa, profesor Schaefer spytał, kto jest autorem tego artykułu.

- Profesor doktor Ada Markowa - odpowiedziała Marynia.

Tego nie trzeba było tłumaczyć. Autorka była powszechnie znaną lekarką, położną i społeczniczką. A do tego żoną charyzmatycznego chirurga, Wielkiego Maksa Rutkowskiego. Dla Reginy była kimś więcej, kimś niezwykle ważnym. Ale nie pora była teraz o tym myśleć.

Profesor Schaefer otworzył drzwi do sali operacyjnej i poinformował doktora Schwarza i Dianę, aby przygotowali się do cesarskiego cięcia. Przechodząc obok szafki, wrzucił do kosza plik miesięczników "Położna". Zaszurały miękko. I to był jego jedyny komentarz w tej sprawie.

Położna i salowa dołączyły do operujących, bo personelu było za mało. Na pierwszym stole operacyjnym spoczywała nieruchoma postać znieczulonej kobiety, której dopiero co zaszyto rany po wyciętym wyrostku robaczkowym. Paradoksalny brzuch rozlewał się ponad tym stołem jak spłaszczony pagórek. Regina pomyślała, że ma kształt dokładnie taki, jak góra Bocheniec w jej rodzinnej wsi, Jadownikach. Na Bocheńcu była kapliczka św. Anny, i Regina mimowolnie westchnęła, powierzając w tym westchnieniu intencję, skoro nie było czasu ni warunków na myśli i słowa.

Brzuch jak Bocheniec poruszył się w odpowiedzi. Dziecko żyło, mimo podanych środków. Przecież eter musiał działać także na nie. Może drgnęło przez sen.

Eter jest płynem. Wodojasnym, bezbarwnym, o charakterystycznym zapachu, przy temperaturze 35 stopni wrzącym, przez co bardzo szybko się ulatnia. Już przy zwykłej ciepłocie pokoju, w sali operacyjnej paruje. Eter jest w wysokim stopniu środkiem łatwo palnym, pary eteru, zmieszane z powietrzem, dają mieszaninę wybuchającą. Eter powinien być przechowywany w ciemnem miejscu i w zamkniętej flaszce, a co najważniejsze, zdala od ognia, gdyż łatwo zapala się i wybucha. Rozbicie flaszki przy płomieniu otwartym, nawet gdy on jest oddalony, może spowodować wybuch. Od razu w tem miejscu chcę przestrzec przed niebezpieczeństwem zetknięcia się z ogniem, czy to będzie zapałka, świeca czy lampa naftowa. Bezwarunkowo wiec należy unikać stosowania eteru przy otwartym płomieniu, nawet zamkniętym w latarni, podobnie ma się rzecz z gazem, zupełnie bezpieczną jest elektryka. Najczęstsze oparzenia i śmierć, nie mówiąc o szkodach materjalnych, są skutkami nieostrożności. Zwłaszcza więc położne, o ile mają w swej praktyce z eterem do czynienia, pomagając lekarzowi przy operacji, w tak niekorzystnych warunkach, jakie są po wsiach i małych miasteczkach, muszą być bardzo ostrożne - pisał doktor Leon Steinberg w drugim numerze miesięcznika "Położna" z grudnia 1928 roku. Żydowski ginekolog, przyjmujący przed wojną przy Starowiślnej 77 w Krakowie. Co robił teraz, gdy stracił prawo do wykonywania zawodu? Czy żył jeszcze?

Cały szereg bowiem zabiegów porodowych i poporodowych, wymagających obecności lekarza, musimy nieraz wykonywać w uśpieniu. W tych musi położna dać sobie radę z narkozą, jednym słowem musi umieć chorą uśpić, musi znać przebieg i skutki narkozy, a przez to pomaga lekarzowi.

Diana dyskretnie czuwała nad tą kobietą, dodając następną dawkę eteru, bo za wcześnie było jeszcze na obudzenie po operacji. W tym czasie salowa i położna przygotowały środki dezynfekujące i wszystkie potrzebne narzędzia do drugiej operacji, a dyrektor osobiście wprowadził na salę Niemkę, w spokojnej rozmowie wydobywając z niej wszystkie potrzebne informacje. Doktor Schwarz telefonował na górne piętro, by przysłano jeszcze jedną pielęgniarkę do pomocy, i niedługo potem do ekipy dołączyła zakonnica, pracująca na oddziale dziecięcym. Wszyscy byli już osłonięci bawełnianymi maskami Mikulicza, więc niewiele było widać z twarzy, ale oczy tej zakonnicy patrzyły na Reginę z tak szczególnym wyrazem, że było jasne, iż coś jej powiedzieć mają. Lecz nie pora była na domysły. Dawna nadpołożna przez lata ćwiczyła trzymanie emocji i umysłu w dyscyplinie. Skupić się na operacji znaczyło siebie odłożyć na później - ciało i rozum uczynić tylko narzędziem, które miało pomóc drugiemu człowiekowi w przeżyciu. To się bardzo dobrze sprawdzało. Trzeba było tylko pamiętać, aby do siebie potem wrócić. Po wyjściu ze szpitala najpierw pozwolić sobie na te wszystkie myśli, zatrzymane, ale przecież cierpliwie napływające. Dlatego Regina zawsze chodziła wszędzie pieszo. Potrzebowała czasu, by dogonić samą siebie i pozostać spójną.

Więc te oczy to były oczy Bronki Cebuli, tak dobrze znajome, od pierwszych lat życia. Bronki, która urodziła się w tej samej wsi, w tym samym dniu co Regina, dokładnie w Boże Ciało roku 1896, na ręce ciężarnej matki Reginy, która już wtedy odczuwała własne porodowe skurcze. Bronka była przyjaciółką Reginy w czasie ich wspólnej nauki w szkole powszechnej. Później wybrała klasztorne życie. A teraz była tu, więc odeszła od sądeckich klarysek albo zmuszono ją do tego w ten czas wojenny. Lecz jej oczy nie skrzyły się radością spotkania. One wyrażały ostrzeżenie.

Przed czym ostrzegała Bronka? Co mogła zobaczyć, idąc schodami i korytarzem na salę operacyjną? Spojrzenie zakonnicy przeniosło się znacząco na brzuch ciężarnej Niemki, którą Diana przygotowywała do znieczulenia, podczas gdy lekarze sposobili już narzędzia i po raz kolejny odkażali ręce w płynach antyseptycznych.

Chcę tu zwrócić uwagę na niezmiernie ważną sprawę, jaką jest uzębienie chorej. Odnosi się to do protez, czyli sztucznych szczęk, które są tak bardzo rozpowszechnione. Te muszą być przed narkozą bezwzględnie usunięte z jamy ustnej, przytem obowiązkiem położnej jest nie tylko zapytanie, czy niema sztucznych zębów do wyjmowania, ale stwierdzenie tego, jeżeli nie chce narazić się na bardzo niebezpieczne powikłanie narkozy, jakiem może być połknięcie sztucznej szczęki lub wpadnięcie do tchawicy w czasie usypiania. Często chore, wstydząc się, zatajają posiadanie obcych szczęk, przezco wprowadzają nas w błąd.

Więc oczywiście w programie przedoperacyjnym była jeszcze obowiązkowa kłótnia położnej z pacjentką, że wcale nie ma żadnej protezy. Ale to była Diana, z którą nikt nie ośmielił się dyskutować. Kobieta wreszcie zdecydowała się powierzyć położnej swoje sztuczne zęby najdyskretniej, jak potrafiła, i przystąpiono do znieczulenia.

Zadaniem położnej będzie pouczyć chorą, jak się powinna zachować w czasie usypianiu i tu zwrócenie uwagi na to, że nie należy się bronić przed wdechiwaniem narkotyku, lecz wykonywać głębokie wdechy pod maską. Niekiedy bowiem wystarczy kilka głębokich wdechów, aby sprowadzić głęboki sen. Dalej powinna położna tam, gdzie może się spodziewać nieprawidłowego przebiegu porodu i konieczności uśpienia, przestrzec rodzącą przed piciem i jedzeniem, aby uniknąć w czasie i po uśpieniu przykrych wymiotów.

Ostatnia przed operacją chwila na napływ myśli. Niemka nie dotarła tu sama. Pewnie gdzieś na korytarzu czekał jej mąż. Kim mógł być? To pytanie odbiło się widocznie w oczach Reginy. Widząc lekarzy pochylających się nad obnażonym brzuchem nieprzytomnej już kobiety, zakonnica dyskretnie w powietrzu narysowała palcem coś, co wyglądało jak spirala. A może litera G?

Zatem gestapo. Zrozumieniu towarzyszył nieco głębszy oddech Diany, która także to zobaczyła. Dobrze, że doktor Schwarz nie wie. Jego dłoń była pewna, przechodząc skalpelem przez kolejne warstwy skóry pacjentki. Regina pomyślała z mimowolnym uznaniem i wdzięcznością o dyrektorze Schaeferze. Przecież musiał wiedzieć. W żaden sposób nie okazał pracownikom, że to cięcie cesarskie jest obarczone aż takim ryzykiem.

Zakonnica odwróciła wzrok od operowanego ciała. Regina także nie lubiła asystować przy tak głębokich ingerencjach, ale cóż, taka praca. W końcu jednak lekarze wyjęli dziecko, oblepione mazią płodową i krwią. Nie wykazywało oznak życia. Po natychmiastowym przecięciu pępowiny położna i pielęgniarka zajęły się resuscytacją noworodka i po chwili z kąta sali dało się słyszeć subtelne odgłosy życia. Regina podstawiła lekarzom naczynie na łożysko i dyskretnie podawała narzędzia, starając się być niemal przeźroczysta, aby nie zdenerwować dyrektora tym, że salowa asystuje. Lecz kto inny miał to robić? Bronka wygarniała śluz z ust dziecka, Marynia znalazła się u wezgłowia pacjentki wcześniej operowanej na wyrostek robaczkowy, która wykazywała pierwsze oznaki powracania do przytomności, a Diana czuwała nad podażą eteru znieczulonej Niemce, doskonale wiedząc, o co toczy się gra.

Szkodliwość eteru od chloroformu jest dla ustroju ludzkiego znaczniejsza, śmiertelność wynosi przy eterze 1 na 5000, a przy chloroformie 1 na 2000.

Czy ta kobieta obudzi się do życia? Czas bywa wiecznością. To była jedna z takich chwil. A może nigdy nie było żadnej innej chwili, tylko ta jedna, gdy razem trwali, pacjenci, lekarze, położne, pielęgniarki, salowe, zjednoczeni wspólnym celem, aby po prostu przeżyć, przetrwać każdą minutę, bez strat.

Regina doskonale wyczuwała bliskość Śmierci. Jej babka Regina Perkowa i matka Franciszka Diabelec kłaniały się Łaskawości, Śmierci, widząc zagęszczoną ciemność. Tak po prostu.

Regina Zdzieńska postrzegała Śmierć na biało. Może to ten oślepiający blask szpitalnych kafelków, które przecież sama obecnie szorowała do lśnienia, i to jasne, bolące w oczy światło. Szyby pomalowane na śnieżną biel, aby świat tu nie docierał, by ta sala operacyjna była całym światem.

A lekarze zszywali już ciało kobiety po cesarskim cięciu, nie pozwalając sobie na otarcie potu z czoła, bo to by było niehigieniczne. Regina myślała o tym dniu, kiedy zszywano tak jej ciało, gdy urodzili się Jan i Wawrzyniec, bliźniacy poprzecznie ułożeni, jeden nazwany na cześć jej młodszego zaginionego w wojnie z bolszewikami brata, a ten drugi - po ukochanym ojcu, którego zabrała pierwsza wojna. Czy wtedy też po śnieżnobiałej sali przechadzała się Śmierć?

Regina poczuła zniecierpliwienie. Te myśli, one są teraz zbyteczne. Wygnała je wielkim wysiłkiem woli, a potem przyjęła z rezygnacją swoją część rachunku za to stałe napięcie - ciągły ból głowy. Och, z jaką chęcią właśnie teraz poszłaby do kuchni, gdzie wstawiła kwiaty do słoika, i przykładałaby do skroni te liście lilaka, które miały pomóc w migrenie. Liście na skronie, kwiaty na oczy, na usta, całą twarz zanurzyłaby w bukiecie, niech jej zazdroszczą albo współczują ci, którzy mają katar od zapachu bzu.

Pozostała przez resztę nocy z tą jedną jedyną myślą. Że tam w kuchni czekają na nią kwiaty. Świtało już, gdy obie pacjentki odzyskały przytomność. Więc jednak żadna z nich nie była przypadkiem jednym na pięć tysięcy.

Regina pospiesznie sprzątała salę operacyjną, czując przy tym luksus swobodnego przepływu refleksji. Z dnia na dzień coraz bardziej doceniała pracę salowej, a zwłaszcza w porównaniu z wyczerpującymi nerwy operacjami czy porodami zabiegowymi, w których uczestniczyła prawie od początku pracy akuszerskiej.

Najważniejsze było życie, i tego się trzymała. Człowiek. Spojrzenie w oczy, potraktowanie z szacunkiem, to było priorytetem, a nie sala szpitalna. Jako nadpołożna nie pozwalała przyspieszać porodu różnymi ingerencjami tylko po to, żeby szybciej opróżnić i posprzątać salę, aby czekała ona nieskazitelnie czysta na następną pacjentkę. Ale jako salowa dostrzegała związek lśniącej sali z życiem. Musiała taka być, aby zachować stałą sterylną gotowość do ratowania kolejnych istnień, jak nieustająco myte dłonie akuszerki, jak wieczny ogień podtrzymywany w starożytnej świątyni Westy. Inaczej upadnie Rzym.

I znów pozazdrościła matce, siostrom, a nawet sobie samej - z czasów, gdy była młodziutką początkującą akuszerką - tej swobody, jaką było przyjmowanie porodów w domach rodzących, czasem w stodołach, a czasem nawet w polu. Ze wszystkimi niedogodnościami i z całym ryzykiem, jakie się z tym wiąże. Jednak życie przyniosło jej inne wyzwania. Radziła sobie z nimi, jak umiała najlepiej. Cel był ten sam, żywa i zdrowa matka, żywe i zdrowe dziecko. Jeśli jednak te kobiety ktoś kierował do kliniki uniwersyteckiej, to oznaczało brak normy, komplikacje, przeróżne patologie. Rozwiązywanie ciąży za pomocą operacji lub zabiegów. Niektóre były bardzo drastyczne. Regina często uważała, że przy innym postępowaniu, przy cierpliwości, spokoju, dobrej akuszerce, która wierzy w ten poród, niejedna pacjentka mogłaby urodzić w domu. Ale skoro już trafiła do szpitala, nie wolno było takiej pacjentki wypuścić.

Można czasami bez badania niepotrzebnie odesłać kobietę do zakładu - pisała profesor doktor Ada Markowa w pierwszym numerze miesięcznika "Położna". To może się zdarzyć, że czasami położna odeśle pacjentkę bez koniecznej potrzeby, ale to jej nie przyniesie ujmy. Lekarze i pacjentki będą więcej szanować takie położne, które przejęte troską o życie ludzkie skierują do nas o jeden przypadek za dużo, aniżeliby kierowały o ten jeden za mało, w którym przyjdzie śmierć.

Wobec sumienia swojego będzie położna przy takiem postępowaniu w porządku i powie sobie: powierzono mi dwa pokolenia naraz: pokolenie dojrzałe, mam je przed niebezpieczeństwem chronić i przy życiu utrzymać, i pokolenie przyszłe, które oby w zawiązku nie zginęło. Oddałam te dwa życia na czas pod opiekę powołanych do tego lekarzy - więc spełniłam należycie swój obowiązek.

Reginie brakowało spotkań z Adą. Potrzebowała kogoś, przy kim nie musiałaby być tak opanowaną, zawsze mocną, tylko po to, aby dbać o słabsze nerwy i podstawowe potrzeby wszystkich wokół. A zwłaszcza teraz.

I rozmyślając o swoich autorytetach, sama nie wiedziała kiedy wyczyściła toalety i opróżniła wszystkie nocniki u osób przewlekle leżących. Właśnie szorowała i dezynfekowała dłonie, aby czystymi dostarczać pacjentom śniadanie, gdy ktoś ją nagle cichutko zawołał po imieniu i zaraz wpadła w gorące uściski przyjaciółki z dzieciństwa.

- Regina! Nie wiedziałam, że ty tu nadal pracujesz, mówiono mi...

- Bronia! Nie wiedziałam, że ty tu tutaj!

- Teraz jestem Ewa - powiedziała poważnie zakonnica. - Siostra Ewa.

- Ewa? - Niedowierzająco spytała Regina. - Myślałam, że tam w zakonie to same Marie i Klary, albo Immakulaty i Innocencje.

- A ja jestem Ewa - ucięła krótko dawna Bronia, i dodała serdecznie - ale kocham cię po dawnemu! Moja pierwsza przyjaciółka! I jedyna. - Znów spoważniała.

Tak. To dawne imię nie pasowało już do zakonnicy. Bronia była zawsze pogodna, choćby nie wiadomo, co się działo. I tej dziewczyny już tu nie było. Zamiast niej Reginę uściskała raz jeszcze okrągła osoba o bardzo poważnym spojrzeniu. W zmarszczkach na jej czole była cała historia do opowiedzenia, ale ona musiała zaczekać. Ruszyły do swoich obowiązków, zakonnica do pielęgniarskich na oddziale dziecięcym, a salowa Regina Zdzieńska z posiłkiem do pacjentów.

Gdy weszła do sali, z której wczoraj Marynia Bujakówna wyszła z płaczem, wszyscy trzej chorzy wenerycznie Niemcy czekali już na nią z obnażonymi przyrodzeniami. Zatrzymała się, w pierwszym odruchu zaskoczenia. A potem, nadmiernie nie rozważając, czy nie przypłaci tego życiem, powiedziała do nich po niemiecku, że ekshibicjonizm jest kwalifikowany jako choroba psychiczna i że będzie musiała to zgłosić, bo takie są zasady. Panowie zbledli. Wszyscy znali rozkazy führera na temat chorych psychicznie. Regina wycofała się z tacą, mówiąc im, że jeżeli chcą śniadanie, to najpierw muszą umyć i zdezynfekować ręce. I naprawdę tego dopilnowała.

Kiedy wreszcie wyszła, zamykając za sobą drzwi, taca o mało nie wypadła jej z rąk. Za jej plecami stała Diana i zaśmiewała się z tej sytuacji, starając się nie wydawać żadnego odgłosu, bo ci Niemcy to jednak były szychy.

Z daleka usłyszały podniesiony głos dyrektora Schaefera. Urywki słów po niemiecku nie układały się w żadną całość.

Diana złapała ją za rękę i wciągnęła do toalety.

- Mamy w budynku gestapo - powiedziała cicho. - Placenta praevia to żona jednego z nich.

Regina spojrzała na nią, niepewna, co tak naprawdę Diana miała na myśli. Przecież była folksdojczem. Na ile można jej zaufać?

Diana spojrzała wymownie na ostatnie drzwi korytarza. W tej sali doktor Stefan Schwarz ukrywał chore Żydówki, oddzielając je od świata dużą kartką z napisem "ACHTUNG13, TYFUS".

- Schwarz z Bujakówną mają teraz poród kleszczowy - powiedziała z pozornym spokojem.

Czyli Diana wiedziała bardzo dużo, i mimo wszystko sprawiała wrażenie, że to zostanie bezpieczne. Tajemnicza z niej była osoba. Może ten status folksdojcza miał działać równie ostentacyjnie, jak kartka "ACHTUNG, TYFUS" na drzwiach.

Popatrzyły na siebie. Czy to wystarczy? Kartka na drzwi, żeby ich zatrzymać?

- Czy Schwarz wie? Że tu są?

Diana pokiwała głową.

Regina jęknęła w duchu. Byle nie zadrżały mu dłonie.

No i ten poród kleszczowy. Marynia Bujakówna nie miała w tym wprawy. Kiedy procedura zmusza położną, aby do tego zabiegu solidnie nacięła krocze rodzącej, trzeba nade wszystko spokoju - a jeszcze bardziej przekonania, że to właściwa decyzja, takie okaleczenie kobiety. Skoro ratuje się życie albo dwa, to czasem trzeba coś poświęcić i nie wolno, absolutnie nie wolno w tej chwili zastanawiać się, czy ta kobieta pragnęłaby to poświęcić. Czy dziecko w miłości było poczęte, czy w przemocy? Czy matka przyjęła dziecko wdzięcznym sercem, czy modliła się o poronienie? Nie. Kiedy położna w klinice asystuje lekarzowi, podając mu kleszcze Madurowicza, nie wolno jej myśleć o tym, że ta kobieta, pacjentka, może już nigdy nie zaznać przyjemności z mężczyzną, jeśli blizna będzie rozległa i będzie spinać i uwierać jej ciało. Ratując życie, myśli się o życiu, ale nikt się nie zastanawia nad jego późniejszą jakością.

Z drugiej strony, jeśli poród nie szedł, jeśli dziecko uwięzione w ciele naciskało, gniotło, nie dawało się urodzić, potęgowało cierpienie rodzącej - ogromne, bezradne, podszyte lękiem cierpienie, takie, w którym jest tylko ból pomnożony do potęgi, to czy człowiek nie pragnie przede wszystkim uwolnienia od tego bólu? Kobiety, które z jakiegoś powodu nie mogą urodzić, dałyby sobie zrobić absolutnie wszystko, by ktoś zakończył ich tortury. By wyjść wreszcie z tej chwili swego życia, przeskoczyć do innej, zamknąć ten rozdział na zawsze.

Regina odetchnęła. Marynia Bujakówna nie ma takich dylematów, nie myśli o niczyich utraconych przyszłych przyjemnościach, jest niewinna jak święta z obrazka. A przede wszystkim - to ona sama ją uczyła, nadpołożna Regina Zdzieńska, wykształciła swoje panie uczennice na profesjonalistki. Marynia się pomodli i uczyni wszystko, co doktor Schwarz każe, i zrobi to spokojnie, z wyczuciem, kierując się dobrem pacjentki i jej dziecka. Nawet gdyby w kącie stało gestapo.

A Stefan Schwarz? Ten to miał stalowe nerwy. Z pola bitwy, jakim była praca asystenta ginekologii i położnictwa na III Oddziale Szpitala Uniwersyteckiego w Krakowie, we wrześniu 1939 przeniósł się do wojskowych szpitali, gdzie niósł pomoc rannym. Gdzieś pod Zamościem został wzięty do niewoli, ale zdołał z niej zbiec, jakim cudem? Powrócił do Krakowa, ponownie podjął pracę w szpitalu i udawał, że był tu cały czas. Pomagał Żydom, współpracował z ukrywającymi się władzami Uniwersytetu Jagiellońskiego, nauczał studentów na tajnych kompletach. Może było mu łatwiej, ze względu na niemieckie nazwisko. A może wcale nie. Nie było tygodnia bez nacisków. Konsekwentnie odrzucał propozycje współpracy z nazistami i pracował dalej tak, jakby jutra miało nie być.

To była całkiem dobra filozofia życia. Epikureizm pracy. Co innego się ma, jeśli nie to?

Diana von Graf widziała te zmagania, ale nie doradzała ani nie odradzała. Aż tak blisko z doktorem nie byli. A że ona oficjalnie była folksdojczem? Widać każdy tu toczył jakąś własną grę.

Głosy w gabinecie dyrektora nasiliły się jeszcze, a potem nastała cisza. Dało się słyszeć kroki, jedne energiczne, nauczone do wybijania marszowego rytmu, a pozostałe ciche. Zza zakrętu korytarza wyszło trzech mężczyzn: dyrektor Schaefer w towarzystwie cywila w garniturze, a za nimi mundurowy. Dyrektor podał temu cywilowi śnieżnobiały fartuch z własnej kolekcji, a potem obaj skierowali się do pokoju, w którym spoczywała operowana wczoraj kobieta, żona gestapowca, pozostawiając żołnierza na korytarzu.

Oficer w mundurze nawet nie usiłował iść cicho. Zmierzał prosto ku sali z napisem "ACHTUNG, TYFUS", lecz musiał najpierw minąć obie położne. Kobiety wstrzymały oddech. Diana już otwierała usta, by go jakoś zatrzymać, lecz oficer zwrócił się do Reginy.

- Zdzieńska. Folgen Sie mir14.

Kraków, 14 maja 1940, wtorekKsiężyc w pierwszej kwadrze, trudno o spokój

Erzsébet

Poszła za nim. Gdyby nie była przesycona lękiem, musiałaby podziwiać jego chód i sylwetkę. Prawdopodobnie nigdy w życiu nie widziała zgrabniejszego mężczyzny. Otworzył przed nią drzwi do gabinetu dyrektora, poczekał, by weszła, i starannie zamknął je za sobą.

Tak dobrze znała ten gabinet. Lata pracy, współpracy. Dla niej, nadpołożnej, to było po prostu miejsce, jedno z wielu, gdzie spotykała personel medyczny, aby wspólnie rozwiązywać jakiś problem czy usprawniać system.

A teraz siedziała tu, na krześle, które on jej wskazał, czekając na rozwój wydarzeń. Czego mógł chcieć oficer SS od zwykłej salowej? W której części jej życia się poznali? Bo przecież znał jej nazwisko.

Nie spieszył się, by usiąść naprzeciwko niej. Chwilę stał za jej plecami i czuła na sobie jego twardy wzrok. Czy to wstęp do bolesnych przesłuchań? Kogo z jej otoczenia miałyby dotyczyć? W końcu jednak mężczyzna zajął krzesło i skupił się całkowicie na jej teczce osobowej. Przeglądał każde zaświadczenie, każdą pieczątkę. Najpierw pomyślała, że to taka gra, pozorne ignorowanie przesłuchiwanej. Potem przyszła następna myśl: on musi znać język polski. Naprawdę czytał jej dokumenty. Zaczęła mu się przyglądać, a w jej wzroku nie było już lęku, tylko całkowite skupienie na tej twarzy. Kim on jest, by się nią interesować?

Młody był. Nie mógł mieć więcej niż jakieś dwadzieścia pięć lat. Twarz miał bystrą, rysy regularne, wysokie czoło i prosty nos. Gładko ogolone, zaciśnięte szczęki zdradzały upór i silną wolę. Jego usta były idealne. Ale nie jest dobrze wpatrywać się w usta esesmana, więc Regina przeniosła wzrok na jego włosy, jasne, gęste, starannie przystrzyżone i uczesane nienagannie, gdyby nie jeden nieposłuszny kosmyk w kącie czoła. Na wsi mówiło się o takim zawirowaniu włosów "kogutek".

Tadeusz miał identycznego "kogutka", który zniknął, gdy z wiekiem tracił włosy. Ten szczegół, wydobyty ze wspomnień wczesnych lat małżeństwa, rozczulił Reginę. Mimowolnie się uśmiechnęła.

Tego już było oficerowi za wiele. Nie zdołał jej zastraszyć metodami, które zwykle skutecznie działały. Zniósł jej taksujący wzrok, nadal udając, że tylko dokumenty go interesują. Ale uśmiech?

Spojrzał na nią ostro. Zalśniło jego zimne niebieskie spojrzenie, jak ostrza noży.

O jej rodzinnej miejscowości mówiono "Jadowniki-nożowniki".

Ta myśl dopiero wstrząsnęła nią tak bardzo, że wciągnęła głośno oddech.

Ten "kogutek" we włosach, rysy jego twarzy tak podobne do młodego Tadeusza, wszystko nałożyło się na siebie, i już wiedziała. To był Rudi Kobler - człowiek, którego rodzinne losy splatały się na wiele sposobów z losami jej własnej rodziny.

Mąż Reginy, Tadeusz, był synem Pawła Zdzieńskiego, a Rudi - wnukiem Albiny, siostry Pawła. Co więcej, tego właśnie Rudiego przyjęła na świat mama Reginy, Franciszka Diabelec, w przededniu bitwy gorlickiej 1915 roku. Znała jego matkę od urodzenia, była jej piastunką, wykarmiła Olimpię własną piersią. Zanim podzieliły ich granice i odmienne definicje patriotyzmu, przez chwilę byli poddanymi tego samego cesarza Austro-Węgier. No i było coś jeszcze. Czy on o tym wiedział? Czy Koblerowie mówili o tym ze sobą w dalekim Wiedniu, czy też wstydliwie trzymali w ukryciu tajemnicę rodzinną, że Franciszka była przyrodnią siostrą Albiny, a także Pawła i Józefa Zdzieńskich? A zatem, w pewnym stopniu, płynęła w nich ta sama krew. Te Jadowniki-nożowniki.

I tę krew, wcale o tym nie wiedząc, Regina tamowała w październiku 1939 roku, w tutejszym Szpitalu Uniwersyteckim. Unieruchomionego rannego przywieziono z frontu z malutkim odłamkiem w udzie. Jakim cudem się nie wykrwawił, tego nie wiedział nikt. Do zgorzeli był tylko krok. Nie rozumiała, dlaczego chirurdzy walczą o niego - ale operował Maks Rutkowski i jego wielkie dłonie, no i tutaj koniec pytań, bo Wielki Maks nie pytał o przynależność narodową, partyjną, religijną, on pomagał. Zupełnie jakby był akuszerką, która ma przyjąć poród, absolutnie nie zważając na uwarunkowania rodzącej. Było mu wszystko jedno, o czyje życie walczy. Tak robił w czasie pierwszej wojny, tak robił i w drugiej. Więc nie odjęto nogi temu młodemu żołnierzowi. Nie pozwolono mu zdechnąć jak rannemu, wściekłemu, atakującemu psu. Przywrócono go do życia. Może wbrew niemu? Skąd ta myśl? Ale była jej pewna. On by wolał umrzeć. Ta wojna szła naprzeciw jego potrzebom.

Widziała w nim kogoś niewiele starszego od swoich pierworodnych synów. Opatrując rany, a było więcej tych ran, usuwano mu przecież odłamki z całej klatki piersiowej, modliła się o to, by ktoś z równym samozaparciem zadbał o jej synów w potrzebie. A że miała na wojnie dwóch, starała się w dwójnasób.

Z początku nie było wiadomo, jak się kto nazywa, nie było czasu na taki Wersal z przedstawianiem się, pisaniem kart pacjenta. Były tylko numery sal i łóżek. Szybka akcja, Życie, Śmierć, i połowa drogi, czyli życie bez jakiegoś kawałka siebie, bo z takim uczuciem budzili się ci młodzi żołnierze, którzy ostatnie, co pamiętali, to wielki huk i dym, i ból, a gdy wracali do przytomności, to byli zupełnie inni, okaleczeni i wyli całymi dniami z żalu za utraconym sobą.

Ale ten był pacjentem przewlekłym, naprawdę wszystko na nim goiło się tak ciężko. Gdy Niemcy przystąpili do "inwentaryzacji", jak złośliwie mówiła o tym Diana, pojawiać się zaczęły tabliczki na łóżkach pacjentów, których tożsamość udało się ustalić od nich samych, od ich znajomych czy z ocalałych dokumentów.

A ten pacjent na dłużej pozostał bezimienny. Leżał nieprzytomny, chory na zapalenie płuc. Na bakterie szpitalne zawsze można liczyć, prędzej czy później zrobią swoją robotę, zwłaszcza gdy ktoś nie chce żyć. Ale i jego gdzieś tam w świecie szukano, z pewnością był kimś istotnym, i w końcu potwierdzono jego tożsamość. Więc pewnego ponurego listopadowego dnia Regina zobaczyła na karcie tego pacjenta już nie tylko wykresy z temperaturą i inne parametry, ale i nazwisko. To był ten dzień, gdy jego gorączka była tak wysoka, że wydawało się, że chłopak dopnie swego i wreszcie umrze. Był tak rozgrzany, że sam dyrektor zagryzł usta i rozkazał zwiększyć ilość zimnych okładów, bo już niewiele więcej można było zrobić. Czoło, kończyny, wreszcie całego mężczyznę przykryto mokrym prześcieradłem, które aż parowało. Potrzeba było dwóch osób, by robić mu regularne zastrzyki z antybiotykiem, bo tak się prężył i rzucał.

I wtedy zaczął mówić przez sen. Ale z jego ust padało tylko jedno słowo.

- Erzsébet - powiedział teraz i spojrzał prosto w oczy przesłuchiwanej.

Regina się zmieszała. Dotknął wspomnienia, które parzyło ciągle od nowa.

- Erzsébet - szeptał ochryple, gdy Regina zmieniała mu przesiąknięte potem prześcieradła. Między atakami kaszlu. Tylko imię.

- Erzsébet - błagał, szukając jej dłoni, gdy przynosiła lodowaty okład na czoło. Powtarzał jej imię w dzień i w nocy, rzucając się, płacząc, zgrzytając zębami. W każdym z nieprzytomnych, rozgorączkowanych snów widział swą węgierską ukochaną.

- Erzsébet - zawołał chrapliwie, gdy w środku nocy położna podeszła do jego łóżka. Leżał rozkopany, całkiem nagi, a przez jego muskularne ramiona przetoczył się kolejny dreszcz. Kiedy schyliła się po prześcieradło, aby go przykryć, złapał ją za rękę i przyciągnął do siebie, a uścisk jego dłoni był gorszy niż żelazne imadło. Tym imadłem ją zmusił, by ulżyła mu w bolesnej erekcji.

- Erzsébet! - wykrzyknął, eksplodował, zapłakał i zemdlał. A Regina uciekła, aby szorować dłonie przez trzy kwadranse.

A teraz miała policzki czerwone ze wstydu. Ponieważ zostawiła pacjenta w agonii.

Po tym incydencie Rudi zaczął jednak przychodzić do zdrowia. Temperatura spadała bardzo powoli. Równie wolno nastąpiła zmiana kaszlu w mokry i jego stopniowe odkrztuszanie. Z każdym utraconym stopniem gorączki Rudi zaczął więcej mówić przez sen. Kłócił się z Erzsébet i wzdychał do niej. Regina już wkrótce mogłaby ją opisać jego słowami, po niemiecku. Jej włosy i rzęsy jasne jak kremowa firanka, powiewająca romantycznie w rześkim wiosennym wietrze. Jej oczy, tak bladoniebieskie, że aż bladoróżowe, jak kwiaty niezapominajek. Jej mlecznobiała skóra, pośladki, które mieściły się w jego dłoniach. Drobne piersi, kiedyż one wyrosły? - a przecież znali się od dziecka. Rudi przegapił ten moment, gdy wyrosły jej piersi, bo był wtedy w szkołach, na ćwiczeniach, wszędzie, gdzie gnał go obowiązek i miłość do Ojczyzny. A jednak zapomniał o Ojczyźnie, kiedy maszerując wśród innych chłopaków z Hitlerjugend, zobaczył ją, stojącą na balkonie, córkę szanowanego kupca z sąsiedztwa, Węgra osiadłego w Wiedniu z dziada pradziada. Rudi wzdychał do niej przez kolejne lata, zabierał na spacery, zalecał się zgodnie z etykietą przyjętą w arystokratycznych kręgach wiedeńskich, tańczył z nią walce, tańczył z nią tango, posyłał drogie kwiaty i kradł z klombów niezapominajki. Zapomniał, co jest winien swojemu Narodowi, gdy zanurzał twarz w mlecznobiałych piersiach Erzsébet, smakując ją tak, jakby to były lody śmietankowe, chwytane spragnionymi ustami. Nieprzenikniony mrok, w którym utopił swoją duszę, gdy dotykał jej, a ona dotykała jego, i on dał jej siebie, a ona dała mu siebie - i tym samym zafundowała mu niekończący się prywatny Ragnarök, Zmierzch Bogów, straszliwą walkę bez zwycięzców, a po niej tylko nicość. Bo Erzsébet była Żydówką.

Nie wiedziała o tym. Prawda wyszła na jaw, gdy na wieść o mobilizacji pognał z nią do urzędu, aby ją poślubić, zamknąć w ramionach na zawsze. Odmówiono mu tej kobiety. Prawo zabraniało mężczyźnie z rasy panów poślubić kogoś, kogo nigdy niewidziana na oczy babka macierzysta pochodziła z Żydów, kogo krew była skażona, brudna, obrzydliwa, lepka i śmierdząca. On miał tę krew na sobie, dotknął tej krwi swoim ciałem, gdy zabierał jej dziewictwo. Tak naprawdę ona zabrała to jemu. Niewinność, wierność wpojonym ideom, wiarę w wielką przyszłość. Nie czułby się bardziej chory nawet, gdyby robił to z trędowatą. I nie czułby się tak oszukany. Białe włosy? Mlecznobiałe ciało? Przejrzystoniebieskoróżowe tęczówki, a w źrenicach mrok, mrok, mrok. Wybiegł z tego urzędu jak oparzony, ostatnie, co zobaczył, to jej twarz zastygłą w szoku, ona o tym nie wiedziała, a powinna! Powinna trzymać się swojej rasy, nie udawać kogoś, kim nie jest! Jej usta otwarte w niemym krzyku, te piękne usta, a jednak zbezcześciła jego święte aryjskie ciało także swymi żydowskimi ustami. Nie słyszał, jak ona płacze. Nie był w stanie jej wybaczyć tego, że oszukała go swoją niewiedzą, zmyliła miłością, wzbudzając w nim już tylko niezaspokojoną płonącą nienawiść - i wzgardę do siebie samego.

Pewnego dnia pacjent wyzdrowiał i został wypisany ze szpitala. Tego samego dnia nadpołożna Regina Zdzieńska została zdegradowana do salowej. I taki był koniec tej znajomości. Tak sądziła.

- Finde15 Erzsébet - powiedział teraz Rudi Kobler, oficer SS, a jego słowa wybrzmiały dziwnym echem w gabinecie dyrektora szpitala. - Sie ist hier16, in Kraków.

Nie powiedział "Krakau". On zna polski.

- Po co? - zaryzykowała.

- Nie mogę bez niej żyć - stwierdził najciszej, jak się da. Patrzył w oczy Reginy prosto i bez zażenowania. Jego otwartość była porażająca, w tym spojrzeniu było wszystko. Świadomość każdej chwili, która się wydarzyła między nim a Żydówką Erzsébet, między nim a polską pielęgniarką Reginą Zdzieńską. Cały ten jego prywatny Ragnarök.

- Potrafisz ją znaleźć - powtórzył, starannie dobierając słowa.

- Jak mam tego dokonać, skoro nie znalazło jej gestapo? - szepnęła.

- Użyj innych metod. Intuicji. Mocy. Jesteś jedną z tych, które...

Powoli pokręciła głową. Cokolwiek o niej myślał, mylił się, to nie była jej sprawa, to nie był jej ból. Miała własny. Niemało.

- Nie wiem, gdzie ona jest.

- Dowiesz się. Bo nie chcesz, żebym znalazł tych twoich. Dla mnie to nie będzie trudne.

Wskazał jej drzwi. Wyszła na trzęsących się nogach. Spotkany na korytarzu doktor Schwarz spojrzał na nią z troską, a potem ją objął i zaprowadził do kuchni. Drżała na całym ciele jeszcze wiele godzin. Napięcie schodziło z niej falami, gdy nachylała twarz nad kwiatami lilaka. Dyrektor Ogrodu Botanicznego sam nie wiedział, jakie lekarstwo ofiarował jej tym jednym bukietem bzu.

Gestapowcy opuścili szpital, nie zahaczając o salę z przyczepioną do drzwi kartką "ACHTUNG, TYFUS". Diana poinformowała ją o tym, kiedy po południu przyszła zrobić dla niej kawę zbożową. Regina słuchała tych wieści z zaskoczeniem. Jak to było dawno, gdy tym właśnie zajmował się jej umysł. Obie operowane kobiety czuły się dobrze, noworodek też. Wszystko w tym dniu potoczyło się w szpitalu dobrze, bezpiecznie, spokojnie - oprócz tego, co dotyczyło jej samej. Spróbowała wstać z ławy, ale kręciło jej się w głowie.

- Kiedy ostatnio pani coś jadła? - spytała Diana von Graf.

Do kawy wrzuciła jej kawałki przemyconej ze śniadania bułki. Zanim rozmiękły, były równymi kostkami. Taka była Diana, z niemieckim porządkiem kroiła nawet bułkę, którą każdy inny człowiek po prostu wdrobiłby, rwąc na kawałeczki.

- Dlaczego my nie mówimy sobie po imieniu? - spytała retorycznie Regina Zdzieńska.

- Nie śmiałabym, w stosunku do pani nadpołożnej - odparła Diana.

- Jestem teraz salową.

- Już nie. Dyrektor pod naciskiem gestapo awansował panią na położną - po tym, jak wcześniej zdegradował panią pod naciskiem gestapo. Za chwilę sam panią wezwie, aby poinformować. Czekał, aż pani poczuje się lepiej - wyjaśniła spokojnym tonem Diana, a Regina pomyślała, jak bardzo to jest wszystko niejednoznaczne, i sama Diana, opanowana, troskliwa, tak dobrze poinformowana o tym, co robi gestapo.

- Zanim pani pójdzie do domu, mam do pani prośbę - kontynuowała Diana. - Muszę tu zostać na drugi nocny dyżur, ponieważ zlecono mi osobistą opiekę pooperacyjną nad żoną tego gestapowca w cywilu.

- Placenta praevia? - zapytała Regina słabym głosem.

Diana potwierdziła skinieniem głowy:

- Ale równocześnie mam dziś sprawy do załatwienia w mieście. Trzeba tam doglądnąć paru kobiet. To jest naprawdę bardzo pilne. Czy pani tam za mnie pójdzie wieczorem? Przygotuję pani potrzebne środki medyczne. - I podała jej adres.

To nie była prośba z rodzaju tych, którym można odmówić. Już druga dziś.

Wychodząc ze szpitala, na ciągle słabych nogach, w jednej dłoni niosła bukiet kwiatów, a w drugiej kuferek akuszerski i wyjęte ze szpitalnego kosza egzemplarze pierwszych miesięczników "Położna". Znalazła pojedynczą pustą ławkę na Plantach i usiadła, bo uczuła, że energii nie ma już absolutnie na nic. Wyjęła z kieszeni resztę obwarzanka i zjadła go, obserwując zachód słońca. To był naprawdę długi dyżur.

Zanim doszła do domu, szarzało. Kamienica stała ciemna. Pokoje na dole straszyły swą pustką. Weszła powoli po ciemnych schodach na górę. Krok za krokiem. Znała je na pamięć. Po omacku otworzyła drzwi, tyle lat wracała tutaj po wieczornym dyżurze, stęskniona do dzieci, nad których snem zbyt często czuwał ktoś inny niż mama.

W kuchni czekał na nią Kazimierz z gorącymi ziemniakami. Zdobył skądś szczypiorek. Kiedy zobaczył, w jakim jest stanie, na wierzch parujących kartofli położył malutką odrobinkę masła.

Miał siedemdziesiąt siedem lat i siwe loki. Zapuścił wąsy, by udawać chłopa. Nie dopadł go już obowiązek pracy, więc spędzał czas, pisząc książki, które miał nadzieję kiedyś wydać, i robiąc podejrzane interesy. Szmuglował ze wsi do miasta żywność, a niekiedy tytoń w liściach. Czasem przewoził też jakieś towary z miasta na wieś. Nie wnikała. Była mu ogromnie wdzięczna, że dotrzymuje jej towarzystwa, że o nią dba. Jedyny przyjaciel, jaki jej pozostał. Jedyny lokator. Był jak rodzina.

W istocie znała go od zawsze. Jeśli przedstawiała go komuś, mówiła o nim "przyjaciel moich rodziców", czasem "chrzestny ojciec moich młodszych sióstr", i to była oczywiście prawda. Kiedy mieszkała na wsi, jego wizyty zawsze wiązały się z czymś ciekawym. Przywoził dzieciom łakocie, Franciszce - książki, a wujowi ludowcowi - gazety. Wspaniale umiał spierać się z babką Perkową. Tak pięknie rysował. Gdyby mógł - narysowałby całe Jadowniki, w ogóle i w szczególe, każdą twarz, każdą miedzę, każdą strzechę i każdą jabłonkę. Ale nie umiałby tam żyć, inteligent ze szlacheckiej rodziny, elegant w każdym calu, delikatny i kruchy, jak jej się wtedy zdawało. Czasem towarzyszył mu w tych wyprawach Józef Zdzieński. Ich wierna i piękna przyjaźń trwała od wczesnej młodości aż do nagłej śmierci Józefa. Rozumieli się bez słów, ufali sobie we wszystkim. Miło się patrzyło na nich razem, na ich wzajemny szacunek i dbanie o siebie nawzajem.

Kiedy Regina poślubiła Tadeusza i zamieszkała w krakowskim domu Zdzieńskich, zrozumiała, że ta przyjaźń jest głębsza, niż do tej pory myślała. Jej teść, Paweł, nie miał wprawdzie osobistych powodów, by nie lubić Kazimierza, ale bardzo mu przeszkadzało, że panowie przez wiele lat mieszkali razem w kamienicy należącej do Józefa. Kiedy Paweł miał zły dzień, utyskiwał na obrazę moralności. Dopiero potem miała się dowiedzieć, co naprawdę miał na myśli.

Jako dziecko Regina zwracała się do Kazimierza "wy", tak jak się na wsi mówiło do osób starszych. Kiedyś, gdy była już nadpołożną, odruchowo powiedziała do niego "pan". Spojrzał na nią oburzony, jakby go zdzieliła siekierą przez łeb. Nie spodobało mu się to. Lubił te wiejskie klimaty, mówienie do niego "po jadownicku". Więc pewnego dnia jej teść usłyszał, jak Regina zwróciła się do starego przyjaciela "Kaźmierzu", a dalej już przez "wy". Spojrzał na nią oburzony, jakby mu przypalała skórę cygarem. Nie spodobało mu się to. Lecz gdy hitlerowcy eksmitowali mężczyznę z kamienicy, której mieszkania natychmiast przydzielono niemieckim urzędnikom, Paweł nie miał żadnych wątpliwości. Natychmiast zaoferował Kazimierzowi dom. Przyjął go i nigdy tego nie pożałował, pewnie dlatego, że nie zdążył. Może przeczucie śmierci kazało Pawłowi zapewnić ochronę Reginie i dzieciom, choćby w osobie tego człowieka.

I teraz, gdy Regina i Kazimierz żyli sami w pustym mieszkaniu rodziny Zdzieńskich - teraz mówili do siebie na ty i wreszcie wszystko było normalne.

Mężczyzna dopilnował, by zjadła. Kazała mu się budzić, żeby nie zawieść Diany. Gdy się pracuje w tak różnych porach dnia i nocy, to nic już nie jest pewne. Wyczerpany organizm walczy o regenerację. A najwięcej kosztują emocje, których człowiek nie pozwoli sobie odczuwać.

Obudził ją zegar na kościelnej wieży. Wstała, skorzystała z toalety i umyła twarz. Spała o wiele za krótko, ale zawsze to coś. Kazimierz w kuchni czytał przy świeczce. Podniósł na nią spojrzenie człowieka przywoływanego z innego jakiegoś świata. Oto, co z człowiekiem robi literatura. Zerknęła mu przez ramię i parsknęła śmiechem. Studiował rubrykę "Rzeczy praktyczne i ciekawe" z miesięcznika "Położna" z grudnia 1928 roku. Tyle że to były instrukcje, jak przygotować łóżko poprzeczne albo skośne do zabiegowego porodu domowego. Te trudne, zmedykalizowane porody, z nacinaniem i zszywaniem krocza rodzącej, nierzadko z użyciem kleszczy, z ręcznym wydobyciem łożyska lub prowadzeniem porodów miednicowych, wymagały przestawiania mebli, podwyższania którejś części łóżka za pomocą cegieł podkładanych pod nogi mebla, przygotowywania się na duże krwotoki przez zabezpieczanie sienników specjalnymi prześcieradłami, a jak ich nie było, to choć czystym papierem pakunkowym. No i przygotowania samej rodzącej. Mężczyzna czytał o szerokim rozkładaniu jej nóg, myciu krocza lizolem i skracaniu nożyczkami włosków łonowych. On, który nie zaznał kobiety, czytał to z takim etnograficznym zacięciem, jakby to był artykuł o życiu plemiennym w Australii albo w ogóle na innej planecie. Bardzo to było egzotyczne.

- Nie śpisz? - spytała, bo jakoś trzeba było zacząć.

- Czuwam, aby cię obudzić - odparł całkiem przytomnie. - Jeszcze czas, mogłabyś pospać. Znalazłem te "Rzeczy praktyczne i ciekawe", no i ciekaw byłem, co jest takiego ciekawego.

- Nie zawiodłeś się, co? - ziewnęła, nalewając sobie herbatę z opatulonego ręcznikiem imbryka, zanim pójdzie w świat.

- "Wywabianie plam z kału, moczu, potu i krwi" - przeczytał Kazimierz z tym swoim starannym akcentem.

- No, no - parsknęła Regina, bowiem zabrakło jej słów.

- W zasadzie znalazłem się tu przypadkiem - wyznał ten schludny starszy pan, który przez większość życia nie skalał się kłamstwem. Dopiero na stare lata nauczył się kombinować i szmuglować, no ale była wojna. - Myślałem, że przyniosłaś to na podpałkę. Sprawdziłem. Otwarło mi się na przepisach kulinarnych. Karp po polsku. A te wszystkie zabiegi były zaraz obok. Posłuchaj tego - i kontynuował jak gdyby nigdy nic: - Oczyszczoną i pokrajaną na dzwona rybę zalać wrzącym octem, przykryć i zostawić, niech tak postoi pół godziny. Nastawić w rądlu wody, z kwaterką czerwonego wina, dodać jarzyn dla smaku, cebulę, kilka ziarnek pieprzu i angielskiego ziela (3-4), parę goździków, listek bobkowy, trochę skórki cytrynowej, osolić i gotować, jak zawrze, kilka razy odcedzić i na wrzący smak włożyć rybę, dorzucić garść tartego piernika. Podpalić trochę cukru dla nadania koloru, gotować, aż ryba będzie miękką. Na ostatku dać łyżkę masła, odstawić, nakryć papierem na kilka minut, następnie wyłożyć na półmisek i podać. (Jeżeli kto lubi, można dodać rodzynek).

- Ach, rodzynki - rzuciła lekko Regina, bo lepiej się śmiać, niż płakać.

- Chyba musimy odpuścić także wino, cukier, skórkę z cytryny i garść tartego piernika. Bo karpia mamy, wiesz? - roześmiał się, widząc zszokowaną minę kobiety. - Nie pytaj, i tak ci nie powiem skąd.

Ona także się zaśmiała i zajrzała mu znów przez ramię.

- To może teraz ambitniej. Widzę tu przepis na tort Dobosz.

Podszedł do tego całkowicie serio, uważnie przeczytał instrukcję i pokręcił głową: - Masło, cukier, jaja, czekolada, woda, andruty. Nie mamy ani jednego składnika.

- Nieprawda - odparła z bardzo poważną miną. - Mamy wodę.

Wypili herbatę, gawędząc swobodnie. Regina otworzyła szafę, by wyjąć z niej sukmanę ojca i możliwie najmniej stukające buty. Właśnie szła łamać godzinę policyjną.

- A gdzie właściwie wychodzisz?

- Nie jestem pewna, ale mam wrażenie, że to bordel.

Zamilknął na chwilę, porażony jej słownictwem, a może tylko wizją Reginy w takim miejscu.

- Wróć przed północą - doradził.

- Raczej nie ma szans - odparła Regina, ucałowała jego zafrasowane czoło i wyszła w ciemną noc.

Kraków, 15 maja 1940, środaKsiężyc w pierwszej kwadrze powoli rośnie ku pełni, a świat taki ciemny

Sefora

Chwilę błądziła, nim dotarła pod wskazany adres. Ciemna ulica, ciemna brama. Na drzwiach szyld. Kino? Niemożliwe, tutaj? Uchyliła drzwi, owionął ją dym papierosów i przyciszone dźwięki pianina. Solidnej postury portier zagrodził sobą wejście na salę, przysłonięte kotarami z bordowego pluszu, i pytająco spojrzał jej w oczy.

- Przysyła mnie Diana - powiedziała, bo co miałaby rzec innego. Może powinna podać jakieś hasło.

- Pierwsze drzwi od podwórza - powiedział i zamknął, tuż przed jej nosem.

Podwórze było ciche, ciemne i wilgotne. Ktoś w głębi oddawał mocz. Gdzieś tam darł się kocur. W którymś z mieszkań toczyła się awantura. W innym płakało dziecko.

Bez większych wątpliwości skierowała się w stronę odrapanych drzwi prowadzących do tej części oficyny, w której oknach stały czerwone latarnie. Przeczucie jej nie myliło. Bordel. Jakoś to wszystko niezbyt pasowało do Diany.

Weszła do środka. Skrzypiące drewniane schody prowadziły w górę odrapanej, ciemnej klatki schodowej, rozjaśnionej tylko stojącą na półpiętrze małą lampą, przysłoniętą czerwonym kloszem.

Na parterze było dwoje drzwi. Zza jednych dochodziły sugestywne jęki. Na drugich widniała tabliczka "BIURO". Zapukała do biura.

- Wejść - usłyszała.

Otworzyła i wobec widoku, jaki ukazał się jej oczom, nie ośmieliła się już uczynić ani kroku. Wzdłuż wejścia stał solidny stół, na nim umiejscowiona była kasa. Bokiem do stołu siedziała stara kobieta ze schludnie uczesanym, gładkim siwym kokiem, pijąc czarną, gorzko pachnącą, prawdziwą mieloną kawę, skąd taki rarytas? - ach, pewnie kino jest połączone z kawiarnią. Z niejakim znudzeniem obserwowała wyczyny pary kotłującej się w łóżku ozdobionym baldachimem. Przeniosła wzrok na wchodzącą.

- Czego? - spytała nieśpiesznie.

Regina drgnęła, zaskoczona tym, co zobaczyła. Nigdy nie była w domu publicznym.

- Przysyła mnie Diana. - Pokazała akuszerski kuferek.

- No wreszcie - powiedziała stara. - Ale nie mogę teraz odejść, klient zapłacił za numerek z patrzeniem, wersja de luxe.

- Co za różnica, zajęci są - ośmieliła się zauważyć Regina.

- Etyka zawodowa - odparła z powagą kobieta. - Ma być patrzone, będzie patrzone. Trzeba dbać o klienta. A ty nie trać czasu, zacznij od Bogny, zdaje się, że rodzi. Potem idź do Sissi, choć nie jestem pewna, czy sama czegoś nie zażyła. - Tu głos jej drgnął, można było poznać, że nie mówi prawdy. - Szefowa by wiedziała, ale występuje. Nie będziemy jej przeszkadzać. Na górę idź, drugie piętro. Pamiętaj, że na pierwszym nic nie widzisz, nic nie słyszysz. Pierwsze piętro nie istnieje, jeśli ci życie miłe.

W co ta Diana ją wpakowała?

Regina zamknęła za sobą drzwi, cicho, żeby jednak nie przeszkadzać tej parze w amorach, i poszła. Schody skrzypiały, i wszędzie trochę śmierdziało kocim moczem, ale najbardziej dymem z papierosów.

Niewidzialne pierwsze piętro stanowiło pewne wyzwanie, bo tam naprawdę było ciemno. Należało iść powoli, trzymając się barierki. Zza zamkniętych drzwi dochodziły dźwięki tanga z gramofonu. Jednak kiedy minęła ten poziom, wspinając się po kolejnych tonących w mroku schodach, pierwsze piętro rozbłysło nagle światłem z otwartych drzwi, a muzyka eksplodowała głośnym dźwiękiem. Ukryta w ciemności Regina obejrzała się za siebie, spostrzegając, że całkowicie naga kobieta przechodzi z jednego pokoju do drugiego, niosąc butelkę wina i kilka kieliszków. Pchnęła drzwi łokciem, jednak w obawie o stłuczenie szkła pozostawiła je za sobą otwarte. Można było zobaczyć wielkie łoże, na którym zajmowały się sobą trzy nagie kobiety. Dwie inne, także nagie, tańczyły tango w kącie pomieszczenia.

Regina już zrozumiała ryzyko. Hitler nienawidził homoseksualnej miłości.

Jaki cel miała Diana, by ze wszystkich bordeli świata przysłać ją właśnie tu?

I byłaby się wycofała. Ale skoro ktoś rodzi...

Na drugim piętrze mieściło się parę klitek i jakieś boczne schody, pewnie żeby klienci korzystający z usług drugiego piętra wchodzili bezpośrednio tędy i nie spoglądali nawet na niewidzialne pierwsze piętro. Weszła do najbliższego pomieszczenia.

Taki maleńki pokoik na strychu, jedynie łóżko i czerwona latarenka. W kącie umywalnia i nocnik pod krzesłem. Rodząca miała umalowane na czerwono usta i frywolną wieczorową sukienkę w stylu lat trzydziestych, z głębokim wycięciem z przodu i na plecach. Dość mały brzuch jeszcze się mieścił, bo sukienka była za duża i dekolty także miała za duże. Czyżby ta kobieta jeszcze dziś pracowała? Siedziała na krześle z mocno rozchylonymi nogami, i zawzięcie poruszała biodrami.

- Gdzie jest Diana? - spytała, gdy skończył się skurcz.

- Musiała zostać w pracy - odparła Regina. - Jestem ja.

- Znasz się na tym? - spytała rodząca.

- Tak - odparła. - Jestem położną.

I głęboko odetchnęła. Nie wiedziała, co to za akcja, w jakiej właśnie uczestniczy, ale to jedno było pewne. Wreszcie znowu była położną. Co za ulga, robić to, co się potrafi.

Kolejny skurcz zabrał oddech tej kobiecie. Przez chwilę zacisnęła wyszminkowane usta na swojej dłoni, ale poza tym radziła sobie naprawdę dobrze, kręcąc biodrami w takt wewnętrznego tanga.

- Umyłam się już po ostatnim - powiedziała, gdy ból minął.

- Przyjmowałaś dziś klientów? - zapytała Regina, kryjąc szok.

- Tak. Zdziwiłabyś się, jakie jest zapotrzebowanie na mamuśki. Poza tym szefowa mówiła, że poród pójdzie szybciej od współżycia.

I pokazała jej stronę wyrwaną z gazety. Tej samej, którą już dziś Regina miała w dłoniach. Miesięcznik "Położna", 2/1928, z tekstem podkreślonym ołówkiem. W świetle czerwonej latarni przeczytała:

Jak zacofane i niczem nie uzasadnione były ówczesne zabobony, może posłużyć bodaj ten fakt, że nawet profesorzy ówczesnej medycyny polecali, jako środek ułatwiający przebieg porodu, stosunek z mężczyzną w czasie tego aktu - Myśl, przed którą dzisiaj wzdrygnąć się musi każdy człowiek, mający jakie pojęcie o czystości i kulturze.

Regina westchnęła. Doktor Samuel Liebeskind. "Kilka stron z historii położnictwa". Znała ten tekst bardzo dobrze. Nie zgadzała się z oceną Samuela.

- Odkażę sobie dłonie i zbadamy się za chwilę. Proszę mi w tym czasie wszystko o sobie opowiedzieć.

- Ale że wszystko? - spytała kobieta zdziwiona. - Możemy nie zdążyć do porodu.

- Imię, nazwisko, wiek, wyznanie, mężatka czy stanu wolnego, które to dziecko, data ostatniej miesiączki, czy choruje pani na coś, kiedy ostatnio badał panią lekarz - powiedziała Regina głosem nawykłym do wydawania tego typu poleceń. Ta rutyna bardzo dobrze podziałała na rodzącą.

- Bogna Legutko, ale zapisz Białoń, lat trzydzieści sześć, chrześcijanka, mężatka - zapisz stanu wolnego, trzecie dziecko, ostatnia miesiączka dokładnie dziewięć miesięcy temu, jakimś cudem całe życie jestem zdrowa, lekarza na oczy nie widziałam, chyba że wśród klientów, oni lubią się bawić w medycynę - odparła zadziwiająco składnie, zanim przyszedł skurcz.

- Skąd Diana wiedziała, że będziesz dziś rodzić? Dała ci coś na przyspieszenie? - zapytała Regina po skurczu.

- Sama wzięłam. Wypiłam na wieczór ćwierć butelki oleju rycynowego. Obrzydlistwo.

- A wystarczyłaby łyżka - mruknęła położna. - I co, wypróżnienie było?

- Było, było. Ledwie do roboty zdążyłam - odparła Bogna. - Dziś to się głównie myję. Najpierw po tym wypróżnianiu, potem po każdym gościu.

I znów zagryzła dłoń.

- A wiesz, że naprawdę nie musisz rodzić w ciszy?

- Nie chcę przeszkadzać dziewczynom w pracy.

- To są zupełnie podobne odgłosy - odparła Regina. - A dlaczego piłaś ten olej właśnie dziś?

I znów skurcz. Na tym skurczu Bogna postukała dłonią w artykuł w gazecie.

Pytania i odpowiedzi. Położna Janina K. zapytuje w sprawie przenoszenia dzieci i przypomina o przypadku obserwowanych dwóch przenoszonych porodów z nieżywemi dziećmi u tej samej osoby.

Odpowiedź: Wiadomo, że nadmiernie długi czas trwania ciąży, przypadki te jednak zdarzają się dość rzadko (znane są przypadki trwania ciąży 330 dni), stwarza niebezpieczeństwo dla dziecka i matki. Przenoszone dzieci mimo dużej wagi są chude i często wykazują nieprawidłowości rozwojowe, częściej spotykamy to u płodów męskich. Dziś nie jest jeszcze sprawą rozstrzygniętą, co jest powodem, a co następstwem, czy zaburzenia rozwojowe płodu prowadzą do przenoszenia, czy przenoszenie wywołuje zaburzenia rozwojowe. Fakt jest, że dzieci przenoszone rodzą się najczęściej nieżywe z powodu zaburzeń w krążeniu łożyskowem i łożyska w tych wypadkach wykazują zmiany wsteczne w swem utkaniu. Wiemy dalej, że poród dziecka przenoszonego może stworzyć trudności porodowe, przy normalnych warunkach ze strony matki (prawidłowe drogi porodowe). Stwierdzoną jest również rzeczą, że przenoszenie zdarza się nawykowo u tych samych osób, tzn. u tej samej osoby mogą się powtarzać. Rodzące, u których termin porodu przeciąga się, należy oddać pod opiekę lekarza lub odesłać do szpitala, gdzie cięcie cesarskie może dziecko uratować.

- To mój przypadek - powiedziała Bogna. - A chyba rozumiesz, że nie mogę mieć cesarskiego cięcia. Na ciężarną popyt jeszcze będzie, zwłaszcza jeśli ma gładką skórę i nabite cycki. I wiesz, jak się klęczy, to przecież od tyłu brzucha nie widać. Ale na bliznowatą popytu nie będzie. Nie chcę mieć cięcia, więc coś trzeba było zrobić. No i Diana miała dzisiaj przyjść. Zawsze przychodzi we wtorki. Chciałam się wyrobić, aby poród wypadł w jej wizytę.

- Skąd się znacie?

- Ze spotkań komunistów - odparła Bogna, nie zdając sobie nawet sprawy, ile zdumienia musi teraz taić jej gość. Zapadła krótka cisza.

- Stań spokojnie, zbadam cię w tej pozycji - powiedziała wreszcie położna, patrząc wymownie na łóżko, raczej nie było ono czyste. - Jak przyjdzie skurcz, oddychaj, dmuchaj, gwizdaj, rób, co chcesz, tylko się nie zaciskaj. No i nie przedstawiłam się jeszcze. Jestem Regina Zdzieńska.

Położna uklękła i delikatnie wprowadziła palce w drogi rodne kobiety, starając się nie myśleć o tym, ile cudzych płynów ustrojowych może tam spotkać. Ciało rodzącej zareagowało na ten dotyk miękkim rozluźnieniem, widać było, że Bogna jest bardzo świadoma każdego swojego mięśnia w kroczu i umie nimi zarządzać. Jednak gdy przyszedł skurcz, kobieta zacisnęła się, a przy tym złapała Reginę za kark i trzymała tak mocno, że wypadły szpilki podtrzymujące warkocz upięty w koronę wokół głowy. Opadł na plecy całym swym ciężarem. Rodząca uchwyciła się go ze wszystkich sił.

- Tak. Idzie bardzo dobrze, ale jeszcze potrzebujemy trochę czasu - orzekła Regina, myjąc ręce. - Czy dałoby się pościelić to łóżko na czysto?

- Nie ma czym. Zresztą wolę stać, ile można leżeć? Człowiek czasami chce odpocząć od pracy.

Co można powiedzieć na takie dictum. Samo życie.

- W takim razie pójdę teraz do tej drugiej pacjentki.

- Nie zostawiaj mnie - przestraszyła się Bogna. - Nie chcę rodzić sama.

- Daleko nie idę. Sissi pewnie jest obok.

- Tak. Ale już nie ma po co. Diana obiecała jej jodynę, ale nie przyszła, i stara sprowadziła kogoś do skrobanki.

Regina poderwała się do wyjścia.

- Obok?

- Tak.

- Rób dalej tak, jak robisz. To, co ci przynosi ulgę. Jakby było bardziej, zastukaj w ścianę.

Sissi leżała bez sił na wymiętym łóżku, w identycznym pokoiku na poddaszu, przy jednej świeczce. Była tak blada, że można by pomyśleć, iż dawno już nie żyje, gdyby nie te oczy, szeroko rozwarte, płonące gorączką.

- To już? Jesteś śmiercią? - zapytała.

- Jestem położną, od Diany. Co ty zrobiłaś?

- Nie mogłam już wytrzymać.

Mizerna kołdra ledwie zakrywała przesiąknięty krwią siennik.

- Mój Boże - westchnęła Regina, gdy zobaczyła jej poranione drogi rodne. Wiele w życiu widziała, ale ten widok był po prostu straszny.

- Umrę, prawda? - spytała młoda Żydówka. Musiała nią być. Ten nos, to spojrzenie.

- Wszyscy kiedyś umrą - odparła Regina. - Po co się śpieszyć?

- Nienawidzę tego dziecka, nie mogłabym żyć w ciąży ani dnia dłużej - wyszeptała. - Diana to rozumie. Ale i tak nie przyszła.

- Przysłała mnie - powiedziała położna, a w myśli dodała "I nie uprzedziła ani słowem, że chodzi o nielegalną aborcję". - Sissel, prawda? Musimy cię zabrać do szpitala. Nie jestem w stanie w niczym ci pomóc.

- Nie pójdę do szpitala! - zaparła się głośno. - Wiesz, jakie tu wszyscy będą mieć przeze mnie kłopoty? Szefowa była dla mnie bardzo dobra. Dała mi osobny pokoik. I nie musiałam pracować w szabat. Nie pójdę, nie warto! Przecież ja i tak dziś umrę.

- Ale nie musi tak być - załagodziła Regina. Położyła dłoń na gorącym czole Sissi. Drugą ręką zaczęła mierzyć tętno. Spojrzała w jej rozszerzone źrenice...

...i wtedy to się stało. Ich spojrzenia spotkały się, w oczach Sissel zajaśniał jakiś punkt i poczęła mówić zgrzytliwym niskim głosem:

- Nie zaoszczędzisz mi życia. Będzie tylko płacz i jęk, dolina Joszafat już czeka, będą umierać z głodu, staną się pokarmem wszy i szczurów, wyjmą z ich ciał zęby, przetrwają tylko włosy. Zamknięci w miastach bez wyjścia, zamknięci w pociągach, zamknięci w łaźniach, wyfruną w niebo. Ten czas już nadchodzi. Biada, Izraelu.

Regina stała przez chwilę, wstrząśnięta. Kto przemówił przez umierającą? W powietrzu unosił się kwaśny, metaliczny zapach. Można było sobie tłumaczyć, że to woń krwi, ale jeszcze przed chwilą go nie czuła. Z trudem oderwała oczy od drobnej Sissel, która leżała wyczerpana, ledwo łapiąc świszczący oddech. Rozejrzała się, czy w pokoju dostrzeże choć odrobinę wody. Nalała z dzbanka do małego kubka i podała dziewczynie, która wypiła chciwie, a potem zaczęła płakać. Położna zmoczyła niewielki ręcznik i położyła zimny okład na głowę chorej. Usłyszała cichy stukot drzwi i była pewna, że nadchodzi Łaskawość, Śmierć.

A to był tylko zakonnik, franciszkanin, który na jej widok głęboko wciągnął powietrze.

- Zawołano mnie do chorej - powiedział.

- To tutaj. Ale czyż nie jest religii mojżeszowej? - spytała Regina.

- Wszystko jedno - powiedział duchowny. Było to dość zdumiewające wyznanie.

Rozmowę przerwało stukanie w ścianę.

- Więc proszę z nią zostać - odparła. - Ja muszę wrócić do rodzącej.

Tylko dwa, może trzy kroki. Inna kobieta, inny wszechświat.

Bogna zaciskała dłoń na poręczy jedynego w pomieszczeniu krzesła. Gdyby stała prosto, musiałaby schylić głowę, ale trwała w pochyleniu na miękko uginających się kolanach. Drugą dłonią gładziła swoje piersi, uwolnione w tej pozycji z głębokiego dekoltu sukienki. U jej stóp wsiąkała w deski świeża kałuża wód płodowych.

- Czujesz napieranie? - spytała Regina.

- Jeszcze nie.

- Masz jakiekolwiek pieluszki?

- Nie, bo myślałam, że dziecko umrze.

- Nie pozwolę na to - rzekła położna. - I nie wierzę, by Diana na to pozwoliła.

Bogna przetrwała kolejny skurcz, pojękując gardłowo, a potem powiedziała zupełnie przytomnie:

- Możesz wziąć moją niedzielną półhalkę. Jest zupełnie nowa.

Mała komoda w kącie nie zawierała zbyt wielu rzeczy. Regina uznała, że zdąży wyjąć zawartość w ostatniej chwili.

- Zaraz wrócę. Rób dalej to, co ci pomaga.

Dwa, trzy kroki do krainy Śmierci. Dziewczyna jeszcze żyła, ale jej oddech był bardzo delikatny. Duchowny siedział przy łóżku i trzymał Sissel za rękę, śpiewając żydowską pieśń. Jego łysa czaszka zalśniła w świetle świeczki, którą Regina zbliżyła do twarzy umierającej. Położna chciała przemówić do niego - tak bardzo potrzebowała, aby ktoś pomógł jej przekonać chorą, aby pozwoliła na transport do szpitala. Zakonnik spojrzał ostro i wymownie położył palec na usta, zabraniając jej przerywać. Chwilę stała, nie mogąc się zdecydować. Pokręcił głową. To nie był już czas na jakąkolwiek inną pomoc niż w przejściu na tamten świat.

Rozległo się pukanie w ścianę. Regina pobiegła, a jej jedyną myślą był psalm pogrzebowy: Oplotły mnie więzy śmierci, dosięgły mnie pęta Otchłani, ogarnął mnie strach i udręka. Ale wezwałem imienia Pana: Panie, ratuj moje życie! W krainie Życia będę widział Pana.

Bogna zaciskała dłoń na poręczy krzesła, a drugą dłonią czyniła sobie, cytując słownik profesora Kurkiewicza, płciową błogość.

- Przepraszam cię - wyjęczała. - Tylko to mi pomaga.

- Nie przyszłam tu, aby oceniać - odparła położna i zaczęła pospiesznie wyjmować na komodę potrzebne sprzęty z akuszerskiego kuferka. Nożyczki, tasiemkę, zapas sterylnych opatrunków. Gdy skurcz się skończył, Bogna spytała:

- Czy umiesz odebrać poród w taki sposób, żebym nie musiała leżeć na łóżku?

- Umiem przyjąć każdy poród - stwierdziła Regina, i nie było w tym żadnej przechwałki, tylko prawda wielu lat pracy.

Kobieta rodziła tak jak tysiące pokoleń przed nią. Stała, jej ramiona były napięte, dłonie kurczowo zaciśnięte na poręczy krzesła, ale za to kolana zupełnie miękkie. Stopy mocno i szeroko wspierały się o podłogę. Biodra kołysały się wytrwale, czasem przyginała się ku przodowi, pchała oddechem, skupiona całkowicie na byciu bramą między światami. Nowy człowiek podążał nią, zstępując z wysokości na ziemię.

Regina właśnie po to przyszła na świat. Aby przyjmować w swe dłonie nowe życie. W tej chwili, w ubóstwie i smrodzie tego małego pokoiku, na poddaszu domu publicznego, błogosławiła każdą chwilę, bo czuła jej świętość. Bardzo dobrze wiedziała, że głównym narzędziem jej pracy jest po prostu wdzięczność za to, że może w tym uczestniczyć.

Bogna podciągnęła sukienkę i Regina z przyklęku zobaczyła stopniowe wynurzanie się głowy, obrót, teraz przerwa na regenerację sił rodzącej, i rodzenie się po kolei obu barków.

Zapach krwi, wód płodowych, zapach ciała rodzącej mieszały się ze sobą w trudne do zniesienia trio, a jednak to wszystko było o niebo lepsze od pracy w klinice, od bycia asystentką podającą narzędzia czy zarządzającą personelem podającym narzędzia. Nie tego chciała, wybierając tę drogę, nawet jeśli uratowała życie ogromnej liczbie kobiet i dzieci. Brakowało jej ciszy, spokoju i poszanowania dla drugiego człowieka

a na świat właśnie przyszedł mały chłopczyk wprost na ręce klęczącej położnej. Podała go matce pomiędzy jej nogami. Był żywy, choć faktycznie przenoszony, różne tego były symptomy. Chociażby łożysko z oznakami zwapnienia, które za chwilę samo się wysunęło i pacnęło na podłogę z mokrym plaśnięciem. Regina już wcześniej zatknęła sobie za pasek spódnicy tę niedzielną półhalkę i teraz owinęła nią noworodka. Z antyseptyką to nie miało nic wspólnego.

- No dobra, teraz się położysz - powiedziała do Bogny.

- Teraz już mogę - zgodziła się. Nie wydawała się bardzo zmęczona. Na taksujące spojrzenie Reginy odparła: - Czuję, że mogłabym od razu iść w tango.

- Ale nie pójdziesz. Będziesz karmić dziecko.

- Nakarmię je, a potem oddam do zakonnic - stwierdziła Bogna.

- Czy to jedyna droga? - spytała Regina.

Położyła malucha na łóżku między nogami kobiety, aby spokojnie zająć się jego dość długą pępowiną, prowadzącą do łożyska, nadal spoczywającego na ziemi. Sprawnie podwiązała jej sznur w dwóch miejscach, i wtedy noworodek zacisnął paluszki na wielkim palcu stopy swojej matki. Trzymał go podczas przecinania pępowiny. Nie wypuścił, gdy Regina schyliła się, by wyrzucić wreszcie łożysko do nocnika, ani gdy myła potem ręce, aby obejrzeć krocze rodzącej. Oględziny wypadły pomyślnie, więc położna postanowiła wreszcie odkleić malucha od stopy kobiety. Oboje zaszlochali, kiedy to zrobiła. Po chwili chłopczyk przyssał się bez większego problemu do piersi, a matka głęboko westchnęła.

- Chciałabym, żebyś zaniosła go do zakonnic dziś w nocy - powiedziała złamanym głosem. Regina pomyślała, że tak, rzeczywiście, jeszcze tylko brakuje do wydarzeń dzisiejszej nocy wędrowania po mieście po godzinie policyjnej z cudzym noworodkiem, zawiniętym w niedzielną półhalkę, z bordelu prosto do zakonnic.

- I chciałabym, żebyś powiedziała zakonnicom, że on będzie mieć na imię Stanisław - kontynuowała młoda matka.

- Dlaczego Stanisław? - Regina uchwyciła się pierwszej kwestii, aby od czegoś zacząć rozmowę o innych możliwościach.

- Och, u nas w Szczepanowie chyba każdy chłopiec ma na imię Stanisław, po świętym biskupie.

- Jesteś ze Szczepanowa? - Niemal wykrzyknęła położna. - A ja - z Jadownik, za lasem.

Chwilę trwały w zdziwionym milczeniu.

- Co ty tutaj robisz? - spytała wreszcie Regina. - Pytam o to, skąd się tu wzięłaś - doprecyzowała, bo już poznała dosłowny sposób myślenia swojej pacjentki.

- Och, długa historia. Odeszłam od męża. Poczciwiec był, ale nie dało się go szanować, głupiutki trochę, a wobec swoich rodziców strasznie pokorny. I tego samego żądał ode mnie. Średnio mi to szło, bo ja byłam... jak by to rzec... inna, z innej rodziny, nie takiej spokojnej i bogobojnej. Jedyne, na co się w życiu uparł, to na mnie, trudno go było zbyć, trudno odgonić, zakochany ciaptuś, uchowaj Panie. I te oczy, jak zraniony kundelek. Wszyscy mu odradzali, ale on się uparł, ten jeden raz. Znamy się od dziecka, razem żeśmy się chowali... w pewnym sensie. Późno się pobraliśmy, długo rodziców przekonywał. Ale wreszcie postawił na swoim, bo był jedynakiem i nigdy mu naprawdę niczego nie bronili - oprócz mnie. No to w końcu wyszłam za niego. A potem ze trzy razy od niego odchodziłam. Zawsze mnie odnalazł i uprosił. Pierwszy raz - po ślubie. Drugi raz - jak się nam martwe dziecko urodziło. Mało mu było, ubłagał, zrobił mi nowe. Ale i ono przetrzymane. Teraz ten poród to całkiem inny był, przy tobie to można rodzić. A tamta akuszerka mnie nie lubiła, bardzo była nieprzyjemna, wyzywała od włóczęgów, nie chciało mi się przy niej rodzić.

- Taka blokada, co? - domyśliła się Regina.

- A żebyś wiedziała.

- A dlaczego wyzywała od włóczęgów? - spytała położna, bo coś jej już zaczęło świtać.

- Ano bo ja się urodziłam w lesie, a moja rodzina to naprawdę banda włóczęgów. Ale to nie byli źli ludzie. Lojalni, zaradni, a niektórzy to nawet kształceni. Jeden mnie nauczył tyle, że mój mąż po szkole nawet połowy tego nie wiedział. Uwierzysz?

- Tak. Bo to moja matka na świat cię przyjęła. Franciszka Diabelec.

- Niemożliwe! - wykrzyknęła Bogna.

Regina uśmiechnęła się krzywo: - Mów dalej.

- A o czym tu mówić. Teściowa mi cięgiem wypominała, że jej synkowi zawiązałam świat, i nawet dzieci mu nie dam, żeby miał kto w polu robić. Całkiem mi się żyć odechciało, nie miałam też do mojego męża żadnej cierpliwości, już bym też jego amorów dłużej nie zniosła, nic mnie z nim nie trzymało. Wsiadłam w pociąg, przyjechałam do Krakowa. Na dworcu mnie od razu uratowały panie z towarzystwa ratującego wsiowe dziewczyny przed upadkiem w mieście. Straszyły i straszyły tą prostytucją, a przy tym straszeniu podały tyle szczegółów, że bez problemu tu trafiłam.

- Mogłabyś mieć inną pracę. Mówisz i wyglądasz jak wykształcona osoba.

- Może tak, ale potrzebowałam pieniędzy od razu. Na życie i na prawnika, żeby się rozwieść. No i nie chciałam być służącą, dość się namęczyłam w domu przy teściach, człowiek ani na chwilę nie miał spokoju, zrób to, zrób tamto. A tutaj? Między klientami to i poczytać można, i zaplanować, co dalej, i ludzi się poznaje na stanowiskach. Wiem, że to grzech, ale lubię to robić, zwłaszcza z mężczyznami. Z mężem się czułam jak mumia.

- Ale to dziecko? Nie jest twojego męża?

- Może i jego. Nie wiem doprawdy, co to za różnica? Ja już tam nie wrócę, chcę zostać w mieście.

- A on by nie przyjął dziecka?

- On by pewnie przyjął, ale jego rodzice straszny by raban zrobili wokół tego. Nie chcę, by to dziecko tak samo jak ja całe życie słyszało od ludzi, że jest przybłędą i tylko czyha na ich majątek.

Zaległa cisza, tylko mały ssał i przełykał.

- Szkoda mi go oddać - powiedziała Bogna. - Ale co ja mu mogę dać?

- Możesz mu dać matkę - odparła Regina i pozwoliła kobiecie przetrawić tę myśl. - Poza tym, powiedzmy sobie to szczerze, teraz jesteś w połogu i nie możesz, jak to powiedziałaś? - pójść w tango - jeszcze kilka tygodni. Bo masz otwartą ranę i ona musi się zagoić.

Cisza się przedłużała. Bogna pociągnęła nosem: - I co, dziecko będzie mieszkać w bordelu?

- A nie. Oboje przeniesiecie się do mnie. Przecież ja cię tu nie zostawię.

Kobieta jeszcze raz pociągnęła nosem i nagle gwałtownym ruchem objęła i przytuliła noworodka, śpiącego na jej piersi. Jeszcze nie umiała uwierzyć w tę wersję swojej przyszłości, jeszcze nie umiała podziękować, więc szepnęła tylko:

- Szkoda, że Sissi nie spotkała w porę tych pań z towarzystwa ratowania przed prostytucją. Ona się nie nadawała do tej roboty.

- Sissi! - powiedziała tylko Regina.

Przeszła prosto do drugiego pokoju. Zakonnik trwał, nadal trzymając za rękę młodą kobietę. Świeca wypaliła się i zgasła. Sissel już nie żyła.

- Jestem położną i potrzebuję pomocy w przewiezieniu położnicy i noworodka. Trzeba też zgłosić zgon Sissel. Czy zna pan tutejszą szefową?

- Tak. Chodźmy. - A po chwili: - Jestem ojciec Serafin.

Coś w tonie jego głosu sprawiło, że Regina spojrzała na niego z zaskoczeniem.

- Czy to właśnie ty, ojcze, spowiadałeś mnie - kiedy to było? - przedwczoraj?

- Ano tak - westchnął.

Pokręciła głową, bo nie chciało jej się wchodzić z nim w dialog. Mężczyzna poprowadził ją przez zupełnie już ciemne schody drugiej klatki schodowej, a potem przez jakieś ukryte przejście do innej części domu. Znał te wszystkie labirynty dość dobrze, Regina wolała się nie zastanawiać, z jakiego powodu. Znaleźli się wreszcie na niewielkiej galeryjce. Kobieta zamarła, gdy ojciec Serafin oparł ciężko dłoń na jej ramieniu, zmuszając ją, aby na chwilę usiadła w fotelu wyściełanym bordowym pluszem. Widziała stąd dobrze cały lokal.

Była to właściwie kinokawiarnia. Przy okrągłych stolikach siedziało mieszane towarzystwo, choć więcej kobiet. Pito alkohol, palono papierosy, ich dym unosił się do góry, szczególnie widoczny w strumieniu światła, którym wyświetlano film. Był to stary, niemy film. Taśma musiała być uszkodzona, wskazywały na to nieregularne, urwane krawędzie, widoczne na brzegach ekranu. W rogu pomieszczenia stało wysłużone pianino, na którym z werwą przygrywała ta sama kobieta, która uprzednio pouczała Reginę o etyce pracy. Jej dłonie w szalonym tempie grały fokstroty, ilustrując muzyką opowieść na ekranie. Obok pianina czekała na rozwój akcji jakaś postać, cała w zasłonach i welonach. Zakonnik wskazał ją palcem, i nachylając się do ucha Reginy, powiedział przyciszonym głosem:

- To ona. Ale musimy zaczekać. Teraz nie możemy jej przerwać. Ludzie kupili bilety.

Kobieta bardzo dziwnie się poczuła, gdy tak znienacka przekroczył granicę, którą wolałaby między nimi zachować. Ładnie pachniał, ale miała wrażenie, że jego habit elektryzuje jej włosy, nawet te delikatne i niewidoczne. Z każdą kolejną minutą tego występu czuła się coraz bardziej dziwnie i niepewnie. Gdzie ona, do cholery, trafiła?

Film opowiadał o dwóch dżentelmenach w podróży do egzotycznych krajów Bliskiego Wschodu. Fokstroty świetnie pasowały do wątku wchodzenia na pokład statku i do ich wielkiej morskiej wyprawy, ale gdy podróżnicy przybili już do brzegu i przesiedli się na wielbłądy, pianistka wprowadziła repertuar nieco bardziej pasujący do wyobrażeń o muzyce Orientu. W porośniętej palmami oazie wśród pustyni przybyszów otoczyły tancerki z twarzami ukrytymi pod zasłonami, kusząc ich swymi powabnymi oczyma podkreślonymi mocnym makijażem. Skąpe staniczki i przewiewne szarawary uwypuklały ich kształty. Tancerki rozpoczęły pląsy, na ekranie pojawił się napis "nadchodzi piękna Sefora", i w tym momencie taśma urwała się, ukazując ukośny, postrzępiony brzeg. Jednak światło reflektorów nie zgasło, nikt nie obruszył się za przerwanie pokazu, przeciwnie - publiczność zaczęła klaskać, wykrzykując imię "Sefora". Widocznie większość była tu stałymi bywalcami i dobrze wiedzieli, co będzie dalej - że ktoś bardzo pomysłowy przemienił zniszczony film w niezły interes. Światło ukazywało teraz niewidoczne wcześniej boczne fragmenty dekoracji sceny, palmy naszyte na kotary, piasek rozsypany na deskach podłogi. Do dźwięków pianina przyłączył się fagot, czarując słuchaczy obietnicą egzotyki i umiejętnie stopniując napięcie oczekiwania.

Wtedy do akcji wkroczyła tancerka, cała złocista, migocząca, w aurze tajemniczego blasku. Jej oczy były mocno zaznaczone makijażem nie gorszym niż u gwiazd filmowych, lecz reszta twarzy skrywała się za zasłoną. Choreografia zaczęła się od tańca dłoni rodem z hinduskiej tradycji - i nie miało żadnego znaczenia, na ile układ ten był wymyślony, bo nagie ramiona kobiety były piękne, kształtne, połyskujące złotem i klejnotami. Zanim widz zdążyłby się znudzić tym widokiem, tancerka wprowadziła ruch z powiewnymi chustami. Miała ich na sobie wiele, jednakże jej taniec służył przede wszystkim ich zdejmowaniu. A kiedy z głowy tajemniczej tancerki opadł welon, oczom widzów ukazały się długie kręcone rude włosy, w barwie nieco ostrzejszej, niż natura przewidziała. Umiała wykorzystać je w tańcu jako kolejny atut. Ten pokaz przykuwał uwagę, zachęcał, ekscytował - był przecież przeznaczony dla klientów tego przybytku, miał ich zatrzymać, skłonić do wydawania pieniędzy. Ale pomijając to, tancerka prezentowała tak wielką grację w ruchach, że nie sposób było nie docenić jej jako zjawiska estetycznego, które pozbywało się strojów, by można było podziwiać cudownie ponętne ciało.

W końcu zostały na niej już tylko woalka, złociste szarawary i bluzeczka. Materie te miękko opinały krągłości, których nie cywilizowała żadna bielizna. Pierwsza opadła bluzeczka, i ludzie zbiorowo westchnęli, mężczyźni i kobiety. Tancerka miała najpiękniejsze na świecie piersi, można było na nie patrzeć bez końca - w dodatku hipnotyzowały blaskiem, obsypane złotym pyłem, przywodzącym na myśl złociste piaski pustyni, połyskujące w świetle reflektorów. Sefora tańczyła z widoczną przyjemnością, nagość jej nie krępowała, scena nie onieśmielała, a okrzyki zachwytu czy znaczące gwizdy traktowała z całkowitą obojętnością. To była jej chwila, najlepszy fragment dnia, i przedłużała ją, jak mogła. Wreszcie zdecydowała się odrzucić woalkę, zasłaniającą dolną część jej twarzy. Regina wstrzymała oddech, będąc pewną, że zna tę kobietę sprzed lat. Wtedy, jako młoda dziewczyna, nie była aż tak piękna. Teraz jej dojrzałe ciało emanowało pewnością siebie, przyciągając wzrok. To przecież była jej koleżanka! - uczennica Szkoły Położnych, która z nieznanych powodów odeszła tuż przed końcowym egzaminem.

- Cypa Elran - szepnęła, i przypomniawszy sobie o obecności towarzyszącego jej duchownego, spojrzała mu w twarz. Jakże on sobie radził z tym całym celibatem w obliczu takich sytuacji?

- Moja narzeczona - odszepnął. - Królowa moich pierwszych nocy.

Regina nie dała po sobie poznać zaskoczenia z powodu tak bezpośredniego wyznania.

Sefora zakończyła swój taniec spektakularnie. Zrobiła szpagat, przeturlała się po scenie, uklękła tyłem do publiczności, zakołysała znacząco biodrami w falujących szarawarach, obracając się, wstała i w ramach pożegnania powiodła dłonią w stronę widowni, zastygając w pytającym geście. Pianistka zagrała ostatnie takty i znacząco uderzyła wszystkimi palcami w wykrzykniku, któremu towarzyszył pytajnik fagotu. Zaraz potem zawołała:

- Magiczna noc z Seforą! Kto da więcej?

Rozpoczęła się licytacja. Mężczyźni i kobiety głośno rzucali swoje oferty, a tancerka stała na scenie nieporuszona, lustrując osoby, z którymi przyjdzie jej spędzić ten wieczór. Omiatała wzrokiem całą salę. Ojciec Serafin wykorzystał ten moment, wstał i pomachał jej znacząco. Nie okazała mu żadnej reakcji. Usiadł jednak zadowolony, ze słowami:

- Widziała nas, zaraz przyjdzie.

Licytacja wreszcie się zakończyła. Zwyciężczynią była wysoka blondynka o czerwonych ustach i włosach ufryzowanych w fale. Coś w jej twarzy i postawie sugerowało, że jest Niemką. Postąpiła teraz za siwą pianistką w boczne drzwi. Drugą w kolejności też była kobieta. W półmroku kawiarnianej sali dobijała interesów z fagocistą, w którym Regina rozpoznała wcześniejszego portiera. Sefora ukłoniła się po raz ostatni i powiedziała scenicznym, ciepłym, wibrującym głosem:

- Zapraszamy już jutro.

Dała znać komuś, kto wyłączył wreszcie reflektor i zamiast tego szum sali zalało przytłumione różowe światło i muzyka z gramofonu. Niektórzy widzowie opuszczali już lokal, inni zamawiali kolejne drinki, decydując się kontynuować wieczór w tej kawiarni. Tancerka znikła w bocznym przejściu za sceną, by po chwili pojawić się na galeryjce. Było coś szalenie niestosownego w tym, jak tym samym ciepłym, wibrującym głosem powitała mężczyznę: - Eli! - i pocałowała go w policzek. Jej nagie piersi musnęły jego habit. Z bliska złocisty piasek okazał się pogruchotanym na drobno szkłem, przymocowanym do skóry klejem, może wazeliną. Złote szarawary uszyte były z taniej podszewki do płaszczy. Złote bransolety na obu nadgarstkach z pewnością były tandetną biżuterią, pełną połyskujących kolorowych szkiełek.

Z ciekawością odwróciła się do towarzyszącej zakonnikowi kobiety.

- Regina Zdzieńska?! Sto lat cię nie widziałam!

- Witaj, Cypa - powiedziała z rezerwą położna. - A może wolisz - Sefora?

Tancerka roześmiała się.

- To jest to samo imię. Dla przyjaciół Cypa. Cippora mam w papierach. Dla klientów Sefora. Jak żona Mojżesza. Co ty tu robisz, z Elim?

- Przyszłam zamiast Diany - wyjaśniła zwięźle Regina. - Sissel umarła po krwawej aborcji, którą ktoś wykonał jak rzeźnik. Ciało leży w łóżku, z policją radźcie sobie sami, to nie moja odpowiedzialność. Bogna urodziła, dziecko żyje, zabieram ich do siebie. Niech ktoś wezwie dorożkę.

- Sam konkret, co? Nasza pani nadpołożna w akcji, pogotowie ratunkowe i zero uczuć - powiedziała sarkastycznie Cypa. - Ale nie myśl, że nie jestem ci wdzięczna. Odwdzięczę się, jeśli powiesz jak.

- Nie trzeba.

- Wierz mi, przyjdzie taki dzień - odparła spokojnie Cypa Elran. - Nie bądź wyniosła, nie oceniaj mnie. Robię, co mogę, by przetrwać, i pozwalam przetrwać innym.

- Klientki chyba już czekają - mruknął duchowny, wyczuwając starcie dwóch silnych osobowości.

- No i dobrze. Oczekiwanie wzmaga namiętność. Rozsądna dawka, oczywiście.

- Ale to Niemki. Kazać im czekać - tu - nie jest rozsądnie. Czy wiedzą, kim jesteś?

Cypa wzruszyła ramionami.

- Jeżeli ja wiem o nich, że zapłaciły za współżycie z kobietą, to chyba wszystko jedno, co one wiedzą o mnie. Idźcie już. Powiem, by wezwano dorożkę.

- Uważaj na siebie - powiedziała poważnie Regina i spojrzała dawnej koleżance prosto w oczy. Cypa pod tym całym egzotycznym blichtrem wydawała się bardziej zmęczona niż położna po ostatnim dwudziestoczterogodzinnym dyżurze.

- I zdejmij wreszcie z ciała to szkło - dorzucił ojciec Serafin, delikatnym ruchem obu dłoni usiłując zetrzeć rzekomy piasek z jej piersi.

- Daj spokój, Eli - skwitowała szorstko jego troskę. - Niech zlizują - powiedziała twardo, za nic mając wrażenie, jakie uczyniła tym brutalnym stwierdzeniem.

- Ale to szkło!

- Niech zdychają.

I odeszła.

Ojciec Serafin odruchowo wziął za rękę Reginę, chcąc poprowadzić ją z powrotem.

- Chodźmy - zasugerował, otwierając boczne przejście.

Wyrwała dłoń z jego uścisku. Nie chciała teraz żadnego dotyku. Za dużo już było bodźców.

Zajrzała do Bogny, o której istnieniu niemal zdążyła zapomnieć. Dziecko pochrapywało na jej piersi. Krwawienie było delikatne. Spakowała dobytek kobiety w jeden nieduży węzełek, a potem pozostało już tylko czekać na dorożkę. Duszno jej było w tym malutkim pokoiku na strychu, wyszła więc na klatkę schodową i usiadła na schodach, nie troszcząc się już o czystość ubrania - i tak po tym porodzie wszystko nadawało się do prania. Z cienia wyłonił się duchowny i usiadł obok niej, bliżej, niżby chciała. Powietrze było naelektryzowane. Nadchodziła burza.

- Nadchodzi burza - powiedział.

Nie zareagowała na zaczepkę.

- Lubię burze - kontynuował. - Mają w sobie coś magicznego. Energia krąży w powietrzu, buzuje we krwi. A ty? - spytał w nadziei, że wreszcie zacznie się rozmowa.

- Nie - powiedziała Regina z niechęcią, zadając sobie w duchu pytanie, gdzie jest jej źródło. Czy w ogóle można neutralnie potraktować człowieka, przed którym klęczało się w nadziei, że jest pośrednikiem w drodze do Boga, a on zawiódł?

- Czuję, że nie mówisz prawdy.

- Dziś już nie proszę o spowiedź - mruknęła. - Za późno na nowy początek.

- A ja bym w zasadzie potrzebował porozmawiać - powiedział. - Przecież trochę tu posiedzimy. Nie będziemy przewozić noworodka w czasie burzy, zresztą żaden dorożkarz prędko nie przyjedzie. I jeszcze jestem dość samotny.

- Niezły z ciebie kameleon, ojcze Serafinie - odparła. - Wszędzie się umiesz odnaleźć. Patrzcie go, jaki teraz skromny.

Siedział na stopniach schodów, otaczając ramionami podciągnięte ku brodzie kościste kolana, sterczące pod ciemnym habitem. Błyskawica przecięła niebo, na chwilę oświetlając sinym blaskiem jego zgrabną łysą głowę i ciemną brodę. Regina zadrżała, bardziej w przeczuciu nienazwanego niż w realnej obawie burzy. Napięcie w ciele kobiety wręcz skrzyło się i buczało. Z przyczyn oczywistych wolałaby być teraz sama. Oddychała powoli. Energia burzy płynęła ku niej, jak ćmy do światła, jak pszczoły do kwiatu. Regina siedziała nieporuszona, z ramionami mocno zaplecionymi na piersi, ale to była tylko fasada.

A mężczyzna łaknął tej energii, pragnął wchłonąć moc, która skrzyła się niewidzialna, i buczała niesłyszalna - dla wszystkich, prócz niego. I był jej coraz bardziej głodny. A równocześnie pewien, że już nigdy nie straci tropu tej kobiety, nie pozwoli jej zniknąć.

No i wreszcie zagrzmiało. Z ulgą wypuściła powietrze. Nikomu jeszcze nie powiedziała, co w niej czyni burza. Nawet Tadeuszowi.

- Drżysz - wyszeptał i przysunął się. - Wiem, że to nie z lęku. Czuję w tobie moc.

- Moc! - przerwała brutalnie Regina, z trudem tłumiąc pogardę. - Właściwie to jakiej religii służysz?

- Żadnej - powiedział wprost. - I każdej, która prowadzi do Boga.

- To można tak? Da się to pogodzić z życiem w klasztorze?

- "Cała ziemia jest pełna Jego chwały" - zacytował hymn. - Moje imię zakonne, Serafin, to imię aniołów płonących przed obliczem Najwyższego Boga. I ja też płonę, poszukując. Wiem, że droga do Pana prowadzi przez moc. Ona jest twoim udziałem.

- Błądzisz, ojcze - powiedziała cicho. - A przynajmniej w świetle nauki Kościoła. Może potrzebujesz raczej drogi Kabały?

- Tam już byłem - odparł zupełnie szczerze. Ta jego otwartość była czymś przeciwnym do natury Reginy. - To nie jest to, czego szukam. A w ogóle, wolałbym, żebyśmy mówili do siebie po imieniu, dobrze? Jak starzy przyjaciele.

- Którymi nie jesteśmy.

- Czuję coś dokładnie przeciwnego i nie zamierzam z tym walczyć.

- Jestem wierną żoną i tak pozostanie.

Zakonnik poklepał się po kieszeni habitu i wyjął papierosy.

- Nie pal przy mnie - powiedziała twardo. - Nienawidzę tego.

Siedzieli więc w ciszy, która dłużyła się w nieskończoność. Powietrze pachniało ozonem.

- Jestem Eli Elran - przedstawił się.

- Syn Chawwy? - zapytała z niedowierzaniem.

- Tak. A ojcu było na imię Jehuda - podchwycił ochoczo, rad z jej uwagi, i rozpoczął opowieść. - Matka była akuszerką i dużo pracowała. Ojciec był kantorem w synagodze. Wymyślił, że mam pójść w jego ślady, był dla mnie twardy i bardzo surowy, a ja się buntowałem. Ciągnęło mnie do nauki, poznawania tajemnic świata. Miałem starszego brata, Izaaka. Cypa była jego żoną. Pożądałem jej, ledwie odrosłem od ziemi. Na bar micwie modliłem się o to, by ją mieć. I zostałem wysłuchany. Siedem lat później Icek umarł. Ojciec zdecydował, że z czasem zastąpię brata w jej łożu, tak wypada, zapewnić potomstwo mojemu bratu. Byłem jeszcze młody, ale ona nie czekała. Chciała sprawdzić, czy warto się ze mną wiązać, czy w ogóle może mieć dzieci, bo nie mieli z moim bratem. Przychodziła do mnie co noc przez kilka miesięcy. Roztapiałem się cały w jej ogniu. To było coś, czego nie da się wyrazić słowami. To, czego wtedy doświadczyłem. Wiem, jak to zabrzmi, ale teraz wcale nie jest mi trudno utrzymać celibat. Po prostu przeżyłem już wszystko - z nią. Nikt i nic temu nie dorówna. Mieliśmy się żenić, gdy nagle Cypa przepadła jak kamień w wodę. Ojciec mnie lał całymi dniami, że jej nie zatrzymałem, ledwie się w szabat powstrzymywał, wyzywał od nieudaczników. Bo przeze mnie padł wstyd na rodzinę, synowa zniknęła, on przecież był za nią odpowiedzialny. I właśnie wtedy wybuchła wojna. Uciekłem z domu do Legionów.

Regina znów drgnęła.

- Karpacka Brygada - ciągnął. - A potem Błękitna Armia. Zabijałem, raniłem, przeżyłem. Z generałem Hallerem trafiłem nad Bałtyk. Tam się zakochałem w dziewczynie. Piękna była, taka słodka i niewinna, jej dusza miała kolor biały. Gdy siedziałem z nią nad brzegiem morza, gdy słyszałem fale i trzymałem ją w ramionach, to mój Bóg był tak blisko. Jego złote światło wydobyło mnie z mroku pogardy dla siebie samego, i to było cudowne doświadczenie. Moja Małgosia była chrześcijanką, więc uczyłem się katechizmu, aby przyjąć chrzest, ożenić się z nią i tam pozostać. Ale byłem też żołnierzem, a żołnierz idzie za rozkazem, więc trafiłem na wojnę z bolszewikami. Gdy wróciłem do Władysławowa, ona już nie żyła. Całą rodzinę zabił tyfus. Więc najpierw wpadłem w rozpacz. Chodziłem brzegiem morza, całymi dniami wypatrując jej stóp odbitych na piasku. I nie było ich tam, a ja chciałem umrzeć. Próbowałem osiąść w wiosce rybackiej i żyć bez niej tak, jak bym żył z nią, tam nad morzem, ale to było daremne, nie miałem do tego głowy, byłem tam obcy, i taki głupi. Nic mi nie wychodziło. Nie wiem, co robiłem przez kilka lat. Biblia naucza, że wielkie wody nie ugaszą miłości, a strumienie nie zaleją jej. Ale jednak morze mnie uleczyło, dzień po dniu, wypłukało ze mnie żałobę. Zrozumiałem, że wszystko przemija, i ja też przemijam, i moje uczucia, i w końcu mnie nie będzie, i nie będzie tych uczuć, wystarczy tylko poczekać, i to była wielka ulga.

Milczała, poruszona jego opowieścią. Sama nie wiedziała, kiedy w przepastnej kieszeni kapoty odziedziczonej po ojcu odnalazła dawny skarb, ojcowską fajkę, już dawno bez tytoniu, i teraz gryzła ją, kojąc nerwy starym nawykiem.

On zbierał słowa, wreszcie rzucił tylko:

- "Gdziem potym nie był, czegom nie kosztował".

Zamilkł. Regina spojrzała na niego, nadal podejrzliwa.

- Kosztowałem wszystkiego - zdecydował po chwili. - Najbardziej mi smakowała nauka. Ale i tu doszedłem do kresu. Przyjąłem chrzest, studiowałem głęboko. Aż wreszcie zakon. Wydawało mi się, że stąd mam najlepszy dostęp do niesamowitych źródeł poznania. Ale mimo wszystko, wiesz... ciągle nie dotknąłem tej wielkiej Tajemnicy. A tak w ogóle, to skąd znasz moją matkę?

- Z opowiadań mojej. Razem się uczyły w Szkole Położnych. A teraz idź na dół i sprawdź, co z tą dorożką. Już po burzy.

Kiedy jechali nocą, znacząc ciszę uderzeniami kopyt o bruk, na niebie pojawił się księżyc w pierwszej kwadrze. Nie napotkali żadnego patrolu, i oby tak dalej. Na tylnym siedzeniu wieźli półleżącą, opatuloną w brudny koc Bognę, która trzymała synka w ramionach. Patrząc na nich, Regina myślała, że mimo wszystko jest wdzięczna Dianie. Siedzący przy niej zakonnik trwał zatopiony w myślach. Cieszyła się, że ich nie zna.