Położna. O mojej cioci Stanisławie Leszczyńskiej. Pierwsza pełna biografia położnej z Auschwitz-Birkenau - Maria Stachurska

-
Proszę czekać

Prolog

Miałam pięć, może sześć lat.

Mama zabrała mnie do filharmonii na koncert muzyki Straussa, podczas którego na cytrach grali moi wujkowie Bronisław i Henryk Leszczyńscy.

Byłam bardzo przejęta, ściskałam kurczowo jej rękę.

Tuż przed rozpoczęciem spektaklu podeszła do nas ciocia ze swoimi wnuczkami, a moimi kuzynkami - Sylwią, Anią i Elżunią, zwaną w rodzinie Ziunią. Pamiętam ich ubrania: biało-czerwone sweterki z kapturkami i fikuśnymi pomponikami do zawiązania pod brodą.

Stanisława Leszczyńska.

Pięknie się wówczas do mnie uśmiechała. Z tego wspomnienia zachowałam głównie obraz jej uśmiechu i moich trzech małych kuzynek, które natychmiast mnie otoczyły i powiedziały: "Jesteś naszą siostrzyczką". Tak jest do dziś.

Wspomnień o cioci pozostało mi bez liku, jednak tamto w filharmonii zawsze pierwsze przychodzi mi na myśl.

Drugie to jej mieszkanie przy ulicy Zgierskiej 99.

Tam widziałam ją głównie w kuchni. Albo gotowała, albo sprzątała, albo się modliła, albo zaganiała do nauki czy sama uczyła się portugalskich słówek, bo do końca życia marzyła o ponownej wizycie w Brazylii. Nigdy nie siedziała bezczynnie.

Będąc uosobieniem miłości, była jednocześnie surowa i wymagająca. Sama doświadczyłam jej żelaznej ręki, kiedy wypytywała mnie o postępy w nauce i grze na fortepianie. Nie było przebacz, musiałam przejść przez te egzaminy.

Przez tę surowość trochę się jej bałam, zwłaszcza w okresie nastoletnim. Nie rozumiałam wówczas, że to tylko powłoka. Za nią kryła się dobra dusza, która niczego nie pragnęła bardziej niż szczęścia drugiego człowieka. Również mojego.

Uwielbiałam zaczarowany świat moich wujków, synów Stasi. Świat sztuki, poezji, muzyki, historii, nauki i wiary. Szczególnie bliski był mi wujek Bronek. To on inspirował mnie i zachęcał, żeby nigdy nie przestać marzyć i być ciekawym świata. Żeby uczyć się całe życie.

On z kolei nauczył się tego od swojej matki.

Kiedy dorosłam, a wujkowie byli już w poważnym wieku, opowiadali mi o swojej mamie i o historii naszej rodziny. Bronek i Staszek byli cierpliwymi i frapującymi gawędziarzami, którzy zaszczepili we mnie miłość do rodzinnych dziejów. Byli też niezwykle skrupulatni, dlatego ich świadectwo i opowieści traktuję jako najlepsze źródło wiadomości o cioci i naszej rodzinie.

Po ich śmierci otrzymałam od ich dzieci, a moich kuzynów i kuzynek, większość dokumentów po wujkach i cioci Stasi - listy z obozu, kartki z wakacji, dokumenty z PCK i ubezpieczalni. Stos pożółkłych świstków, które wyrywkowo opowiadały o jej życiu. "Ty będziesz wiedziała, co z nimi zrobić", usłyszałam wówczas.

Przyznam, że wtedy jeszcze nie wiedziałam...

Nie miałam żadnego pomysłu, ale potraktowałam te zapiski jako swoisty testament, którego treść kiedyś będę musiała wypełnić.

Wielu cennych informacji na temat cioci i całej rodziny Zam­brzyckich dostarczył mi bratanek Stasi, dr Jan Zambrzycki. To on niestrudzenie podążał tropem swoich korzeni, przekopując archiwa parafialne, diecezjalne i państwowe. Gdy dzielił się ze mną kolejnymi odkryciami, rozbudził we mnie zainteresowanie genealogią. Teraz losy rodziny śledzimy oboje.

Zrządzeniem losu w 2009 roku dostałam możliwość nakręcenia filmu o cioci. Film nie ujrzał wtedy światła dziennego, a ja na kilka lat odłożyłam historię Stanisławy Leszczyńskiej na półkę. Może to nie był odpowiedni czas? Może trzeba było, z wielu względów, jeszcze poczekać?

Jednak po kilku latach ta historia do mnie wróciła. Nie starałam się o to, nie wydeptywałam ścieżek. Tym razem się udało, film skończyłam. Ale temat widocznie był nieskończony, bo podczas pracy nad nim pojawiła się kolejna propozycja - napisanie biografii Stanisławy Leszczyńskiej.

"Ciociu, dlaczego ja? Dlaczego mnie wybrałaś?!", pytałam wielokrotnie w myślach.

Muszę przyznać, że trochę się bałam. Wszak w biografii trzeba było odtworzyć siedemdziesiąt osiem lat historii kobiety, która żyła na przełomie wieków. Siedemdziesiąt osiem lat życia kobiety znanej na świecie jako legendarna położna z Auschwitz-Birkenau. Wiedziałam, że opowieść z obozu jest powszechnie znana, jednak miałam też świadomość wielu przekłamań do dziś funkcjonujących w przestrzeni publicznej. Czułam, że muszę je sprostować.

Historia obozowa, choć tak wzniosła i ważna, zamyka się w dwóch latach życia Stasi. A co z jej wcześniejszymi losami? Co z czasem, kiedy była mała? Kiedy mieszkała w Brazylii? Co z latami pierwszej wojny światowej? I z narodzinami dzieci? Wiedziałam, że muszę pokazać ciocię w pełni. Czułam, że to mój obowiązek. Przecież naocznych świadków jej życia jest coraz mniej.

"Czy podołam?", pytałam w myślach samą siebie.

Ciocia mnie jednak nie zawiodła.

Kiedy stawałam z pisaniem w miejscu, nagle w czeluściach mojego gabinetu podsuwała mi zaginiony dokument, który mówił o danym zdarzeniu. Ni stąd, ni zowąd znajdowałam go na stercie innych papierów. Gdy brakowało mi tła historycznego, niespodziewanie otrzymywałam odpowiedź z archiwum. I tak za każdym razem, aż do ostatniej linijki tej biografii.

Mam nadzieję, że mimo wielu trudności udało mi się opisać życie kobiety niezwykłej, wybitnej, a nadal nie dość dobrze znanej. Że udało się - po raz pierwszy - pokazać Stanisławę Leszczyńską z wielu stron, na wielu płaszczyznach i w wielu rolach. Pokazać od urodzenia aż do śmierci, dzięki czemu czytelnik będzie miał szansę poznać ją prawdziwiej i pełniej. Nie tylko najważniejsze daty z jej życia, heroiczną postawę w czasie drugiej wojny światowej, lecz także życie codzienne, sposób bycia, emocje i pasje.

To nie jest książka historyczna, chociaż historii w niej sporo.

To książka - wspomnienie.

Książka - świadectwo.

Książka - pamiętnik rodzinny, w którym każde zdarzenie rodzi kolejne.

Pisząc biografię cioci Stasi, nie chciałam postawić jej pomnika, a tym bardziej ubrać w aureolę. Zależało mi, żeby pokazać człowieka, jakim była - ze wszystkimi zaletami i wadami.

Wierzę, że mi się to udało.

Na Zgierskiej

Grudzień 1965 roku, dzień przed Wigilią.

Bałuckie ulice spowijał mrok. Prószył śnieg, który litościwie pokrywał brudne podwórka, resztki brukowanych ulic i nowo powstające bloki. Biel śniegu zmiękczała kontury zabudowy, tworząc miły dla oka krajobraz, oświetlony gdzieniegdzie lampami sodowymi.

Nad dzielnicą, przy placu Kościelnym, górowały dwie wieże parafii Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, jak niemy świadek wichury historii, która przetoczyła się przez Bałuty. Wieże widziały napływ z pobliskich wiosek tysięcy ludzi, którzy pozajmowali drewniane klitki w niskich kamienicach i od świtu do nocy pracowali w pyle fabrycznym; widziały żydowskie dzieci spieszące do chederu i ich ojców prowadzących małe geszefty; widziały ścieki kanalizacyjne płynące w rynsztokach obok niewybrukowanego chodnika, których fetor mogli znieść bodaj tylko mieszkańcy tej dzielnicy; widziały druty kolczaste i wychudzone ciała ludzkie, które leżały na ulicach, bo nie było komu ich godnie pochować; widziały, jak Niemcy przechowywali w kościele zrabowany majątek tych, których potem spalili w piecach krematoriów Auschwitz-Birkenau, Mauthausen-Gusen czy Dachau; widziały wreszcie wagony młodych robotników, którzy z odległych polskich wiosek przyjechali budować nową rzeczywistość i tkać materiały w Zakładach Przemysłu Bawełnianego im. Juliana Marchlewskiego.

Kilka przecznic od placu Kościelnego, przy Zgierskiej 99, w niedużej, jednopiętrowej murowanej kamienicy całe pierwsze piętro było rzęsiście oświetlone.

Powojenne mieszkanie Stasi.

Przygotowania do świąt szły pełną parą. Stasia biegała, sprzątała i gotowała. Z kuchni unosił się zapach kapusty z grzybami i wywaru do karpia w galarecie - jej popisowego dania. Cieszyła się, że na wieczerzy będą wszystkie dzieci z rodzinami.

Przy jednym z dwóch fortepianów siedział najstarszy wnuk Bronek, zwany Bojasem. Grał wprawki przed wigilijnym kolędowaniem. Gama cis-moll, E-dur, pasaże. Koło drugiego instrumentu stał zięć Stasi Alek Gross i przeglądał nuty. Jej synowie, Bronek i Heniek, siedzieli przy stole i głośno o czymś dyskutowali. Obaj gestykulowali zamaszyście, a do reszty członków rodziny dochodziły tylko strzępy tej rozmowy - harmonia, konkurs, ekspresja Marthy Argerich w porównaniu z grą Horovitza. No tak, kilka miesięcy wcześniej odbył się Konkurs Chopinowski. Panowie wciąż żyli werdyktem.

Wokół stołu kręciły się wnuczki Stasi - dziewięcioletnie bliźniaczki Ela i Ania chichotały i szeptały sobie do ucha. Starsza Sylwia siedziała zaczytana na kanapie i czekała na dyspozycje babci.

Stasia krzątała się wokół stołu, który był już zasłany białym obrusem z angielskim wzorem. Na kredensie stały przygotowane do polerowania kieliszki z brązowego szkła, porcelanowe talerze z delikatnym złoto-kobaltowym wzorem na obrzeżach i srebrne sztućce. Całe stosy zastawy dla wielkiej rodziny. Światło lampy odbijało się od nich niczym miniaturowa poświata.

Na małym talerzyku leżało sianko przygotowane pod opłatek. Stasia specjalnie poszła po nie do gospodarzy na Dolną.

W kącie pokoju stołowego stała choinka. Była piękna i gęsta, jak zawsze u Leszczyńskich. Spleciona z dwóch świerków związanych ze sobą, z mnóstwem ozdób z papieru, z bibułki, sreberek, koronek, słomek i waty. I dziesiątki światełek - dawniej świeczek, potem kolorowych lampek. Leśny zapach świerku mieszał się z wonią gotowanej kapusty z grzybami.

Młody Bronek skończył wprawki i zaintonował kolędę.

- Cicha noc, święta noc, pokój niesie ludziom wszem...

Przy pierwszych dźwiękach Stasia zastygła, trzymając w dłoni widelczyk, który właśnie zaczęła polerować. Podniosła głowę i spojrzała na najstarszego wnuka.

- Bojas, czy mógłbyś zagrać inną kolędę? - zapytała.

Bronek przerwał i popatrzył na babcię zdziwiony.

- Dlaczego? Źle ją zagrałem, babciu?

Kolęda z pięknym tekstem, znana chyba na całym świecie, w przyjaznej tonacji, co tu mogło pójść nie tak?

Stasia odłożyła widelczyk i przetarła dłonią biały obrus, strzepując niewidzialne paproszki do drugiej dłoni.

Podeszła do fortepianu, przy którym siedział Bronek, i oparła rękę, tę bez okruszków, o instrument. Oczy miała smutne.

- Nie, nie, ładnie zagrałeś. - Potarła palcem o politurę fortepianu.

Ważyła słowa.

Po chwili dopowiedziała cichym głosem:

- Tylko... tę kolędę śpiewali Niemcy w obozie.

* * *

Stasia zawsze miała pełne ręce roboty.

Od siebie wymagała wiele i tego samego oczekiwała od innych.

Kuchnia na Zgierskiej była jej królestwem. Położona w centralnej części mieszkania, pełniła strategiczną funkcję obserwatorium, jadalni i miejsca dowodzenia, a później nawet sypialni, bo Stasia zorganizowała sobie tam łóżko, które ustawiła pod oknem. W ten sposób mogła spokojnie oddawać się gotowaniu, jednocześnie obserwując z okna podwórko i ulicę, a zarazem całe mieszkanie.

Na okrągło gotowała. Jedzenia nigdy nie mogło zabraknąć, ale nic też nie mogło się zmarnować. Na Zgierskiej trzeba było zjadać wszystko, co się nałożyło na talerz, bo posiłku się nie wyrzuca. Na słowa: "Już nie mogę" Stasia miała zawsze jedną odpowiedź:

- Trzeba było sobie tyle nie nakładać.

Na każdym bochenku chleba robiła znak krzyża, a jeśli znajdowała na ulicy wyrzucony kawałek, podnosiła go i całowała, po czym zabierała dla ptaków lub paliła w piecu. Latem kupowała dodatkowe bochenki, które kroiła w drobne kwadraciki, wkładała we własnoręcznie uszyte lniane woreczki i suszyła, aby zimą, kiedy przyjdzie mróz i śnieg, karmić wraz z wnuczkami głodne ptaki.

Miała szacunek do każdego okruszka. Chyba wszyscy, którzy przeszli piekło Auschwitz, zostali naznaczeni takim myśleniem.

Posiłki na Zgierskiej były obfite. Na śniadanie owsianka, na drugie śniadanie piętrowe kanapki: masło, wędlina, ser, warzywa. Obiad zawsze był dwudaniowy, a na deser Stasia podawała ciasta, które sama piekła lub przynosił je najmłodszy syn Heniek z ulubionej cukierni na Julianowie. Czasem były lody, które zresztą też robiła własnoręcznie.

Jedzenie przygotowywała hurtem, bo nigdy nie było wiadomo, ile osób przyjdzie na obiad. Mogło być ich nawet kilkanaście.

Kiedy Stasia robiła makaron - w tamtych czasach każda szanująca się gospodyni robiła domowy makaron - suszyła go potem w całym domu. Idealnym miejscem były stojące w salonie fortepiany - na wysokości oczu można było mieć na makaron baczenie, a jednocześnie nie zawadzał tak, jakby mógł zawadzać na stole. Średnio raz na dwa tygodnie instrumenty były obwieszone wysychającymi niteczkami ciasta pokrojonego z iście mistrzowską precyzją.

Makaron na fortepianie. Harmonia dźwięku i smaku.

Kiedy wnuczki były starsze, Stasia zaganiała je do pomocy w kuchni. Musiały z nią kroić ten nieszczęsny makaron jak pod linijkę - wszystkie nitki cieniutkie i równe co do milimetra. Kiedy im to nie wychodziło, babcia zabierała kluseczki, zagniatała ciasto i zaczynały od nowa. I tak do skutku.

Przy tak hurtowych ilościach jedzenia trudno było dbać o linię, nad czym ubolewały zwłaszcza moje kuzynki. Pod względem jedzenia Stasia była nieugięta. Trzeba zjeść, bo kolejnego posiłku może już nie być. Dbanie o szczupłą sylwetkę w wieku nastoletnim na Zgierskiej 99 okazywało się zatem niełatwe.

Pamiętam, że często zjadałam za dziewczyny te piętrowe sznytki... oczywiście po cichu, z dala od czujnego spojrzenia Stasi, w ich pokoju. A że metabolizm miałam wówczas jak koliber, spokojnie mieściłam także to, czym i mnie uraczyła ciocia.

Zgierska pachniała jedzeniem i kiedykolwiek się tam pojawiłam, zawsze burczało mi w brzuchu, nawet jeśli wcześniej już się najadłam.

Do dziś pamiętam popisowe danie cioci - karpia w galarecie. Rybę pokrojoną w dzwonka Stasia gotowała razem z głową, warzywami - cebulą, porem, marchwią, selerem i korzeniem pietruszki - liściem laurowym i zielem angielskim. Pod koniec gotowania soliła i dosładzała do smaku. Po wyjęciu karpia dodawała do wywaru startej skórki i soku z jednej cytryny, by uzyskać słodko-kwaśny smak. Jeśli ryba nie była wystarczająco tłusta, całość zagęszczała żelatyną. Dzwonka układała na specjalnym półmisku, który dekorowała pokrojoną marchewką i pietruszką, sparzonymi migdałami i rodzynkami. Wszystko zalewała odcedzonym wywarem i odstawiała w chłodne miejsce.

Przepis przechodzi z rąk do rąk w naszej rodzinie i zawsze, kiedy ktoś podaje karpia zrobionego w ten sposób, myśli zebranych osób kierują się ku Stasi...

Nie samym chlebem jednak żyła ciocia. Nie mniej ważna była nauka. Zwłaszcza znajomość języków obcych. Sama zakończyła edukację na przedwojennej małej maturze (co na ówczesne czasy było nie lada wyczynem), dołożyła do niej później dyplom zawodowy położnej, ale dla swoich dzieci, wnuków i w ogóle dla całej wielkiej rodziny pragnęła znacznie więcej. Studia to absolutne minimum, trzeba zdobyć wykształcenie.

Pilnowała, zaganiała, nadzorowała, tłumaczyła, odpytywała, a nieraz obsztorcowała. Majątek, pieniądze - to ulotne sprawy. Mogą ukraść, zabrać, przesiedlić, spalić. Wczoraj było, dzisiaj nie ma.

Tego, co masz w głowie, nie zabierze ci nikt.

Wszystkich, w tym mnie, odpytywała z postępów w nauce. Nie powiem, żebym to lubiła. Nie znam dziecka, które zamiast zabawy wolałoby odpowiadać na szczegółowe pytania o szkołę. Dlatego nierzadko zaraz po przekroczeniu progu Zgierskiej czmychałam w lewo do pokoju kuzynek. Żeby tylko uniknąć czujnego wzroku Stasi, która siedziała jak wódz w kuchni i miała baczenie na całe rodzinne plemię.

Kiedyś moja mama wpadła na chwilę na Zgierską i zastała ciocię Sylwię, wówczas już matkę trojga dzieci i lekarkę, która obierając ziemniaki, wkuwała słówka. Na stole miała rozłożony podręcznik do nauki języka francuskiego. Na pytanie zdumionej mamy, co robi, odpowiedziała:

- Mama mówi, żeby nie marnować czasu, a obierając ziemniaki, można jednocześnie uczyć się języka. Na przykład powtarzać słówka. I wiesz, ma rację... lepiej wtedy zapamiętuję.

Ciocia Stasia nie znała górnej granicy wieku do nauki. Wiedzę trzeba zdobywać całe życie!

Kolejne, tak samo ważne miejsce w świecie Stasi zajmowała muzyka. Muzyka, która towarzyszyła jej od zawsze, ponieważ jej ojciec grał na wielu instrumentach, ba, nawet zarabiał na muzykowaniu. Grali również bracia, grał mąż, a dzieci Stasi, cała czwórka, pobierały jeszcze przed wojną lekcje gry na fortepianie i na cytrach.

Skoro muzyka, musiały być też instrumenty. I były - harmonia, cytry i pianino. Po wojnie w salonie pojawiły się wspomniane wcześniej fortepiany - najpierw jeden, potem drugi. Wszak tylu muzyków znajdowało się w rodzinie.

Dobrze, że mieszkanie było obszerne, miało 117 metrów kwadratowych, więc fortepiany bez problemu się zmieściły.

Życie wnuczek Stasi, moje zresztą też, toczyło się zatem wokół triady "szkoła - granie - lekcje". Ania, Ziunia i Sylwia były od najmłodszych lat uczone gry na fortepianie przez swojego ojca, Aleksandra Grossa. Kiedy miałam jakieś osiem lat, a mój brat sześć, moja mama, wówczas już śpiewaczka Teatru Wielkiego w Łodzi, przyprowadziła nauczycielkę fortepianu, panią profesor Zofię Budzynowską, która zgodziła się nas uczyć. To była starsza poważna dama i jak na damę przystało, miała swoje przyzwyczajenia i nawyki. Kawę piła tylko w porcelanowej filiżance. Trzymała ją pięknie długimi palcami pianistki. Pamiętam jej stroje, kapelusze i sposób bycia. Nietamtejsze, nieprzystające do siermiężnego PRL-u. Zwiewne tuniki, brzęczące bransolety, jedwabne szale.

Wprowadzała nas w tajniki muzyki w iście przedwojennym stylu - była surowa i wymagająca. Bez litości. Nieraz dostałam od niej po rękach za źle zagraną gamę czy dłoń niedbale ułożoną na klawiaturze.

Podczas jednej z wizyt u cioci Stasi moja mama powiedziała, że jest szczęśliwa, bo jej dzieci rozpoczęły naukę gry na fortepianie w domu.

- Skoro Marychna i Pawełek mają nauczycielkę gry, to pora, żeby moje wnuki też kształciły się w taki sposób! - skwitowała Stasia.

I tak pani Budzynowska trafiła na Zgierską 99.

Najpierw zastąpiła Alka i zaczęła nauczać młodą Sylwię, Elę i Anię, a potem również synów Bronka, najstarszego syna Stasi. Szło im różnie, nie wszyscy mieli zacięcie do grania. Stasia była jednak nieugięta.

Krążyła więc ta przedwojenna pianistka dzień w dzień tramwajami po całej Łodzi, najpierw na Polesie, gdzie mieszkałam z rodzicami, potem na Bałuty, na Zgierską, do wnuczek Stasi, a na koniec na Przyszkole, gdzie mieszkał Bronek z rodziną.

Nikt lepiej od pani Budzynowskiej nie wiedział, co dzieje się w całej rodzinie, bo oprócz nauczania nas zbierała sobie wszystkie zasłyszane informacje, spostrzeżenia i ploteczki. Chętnie dzieliła się nimi ze Stasią, ale ta nie była zainteresowana. Nie lubiła czczej gadaniny, interesowała się wyłącznie postępami dzieci w nauce.

Pani Budzynowska była rzekomo skoligacona z Chopinem. W jej domu na fortepianie stała zawsze fotografia jej dziadka, który rzeczywiście wyglądał na niej jak Fryderyk i - jak mówiła - był jego bratem. Czuła z tego powodu ogromną dumę.

Nauka u przedwojennej pianistki trwała kilka lat. Żadne z nas nie zostało zawodowym muzykiem, ale wszyscy do dziś kochamy grać i śpiewać. Muzykujemy przy każdej okazji, zwłaszcza przy spotkaniach rodzinnych.

Stasia nie grała na żadnym instrumencie, ale jej miłość do muzyki była wprost proporcjonalna do wiedzy zdobytej w temacie. Pamiętam, z jakim nabożeństwem słuchała dyskusji synów na tematy muzyczne, przede wszystkim wywodów Henryka, który był z wykształcenia kompozytorem.

Któregoś dnia najstarszy syn Bronek przyszedł odwiedzić Stasię na Zgierskiej. Ciocia jak zwykle krzątała się w kuchni. Na pytanie, co robi, odpowiedziała, że po raz drugi odgrzewa obiad, bo u Henia jest przyjaciel, muzyk, niejaki Miłosz Magin. Rozmawiają w gabinecie już dłuższy czas. "Ależ mamo, ja im zwrócę uwagę. Nie możesz ciągle czekać z podaniem obiadu. Trzeba im powiedzieć, że wszystko stoi już na stole", wzburzył się Bronek. Stasia na to spokojnie: "Bronusiu, nie denerwuj się. A jeśli oni rozmawiają na bardzo ważne tematy, które zrewolucjonizują muzykę? A może właśnie powstaje wielkie dzieło? Nie mogę im przeszkadzać czymś tak prozaicznym jak obiad. Co to dla mnie odgrzać go po raz trzeci?".

Miłosz Magin był ojcem chrzestnym Elżuni. Kilka lat później wyemigrował najpierw do Wielkiej Brytanii, a później do Francji, gdzie mieszkał aż do śmierci. Został światowej sławy kompozytorem i pianistą. Może Stasia miała więc rację i rzeczywiście podczas tamtej rozmowy młodzieńcy debatowali nad czymś, co zrewolucjonizowało światową pianistykę...

Oprócz grania ciocia kochała również śpiew. Sama ładnie śpiewała, miała zresztą słuch absolutny. Natomiast kiedykolwiek Zgierską odwiedzała moja mama, Stasia zawsze prosiła, by ta zaśpiewała jej Leci skowroneczek, wiosnę niesie.

Była to jej ulubiona polska piosenka.

Ponad muzykę, naukę i posiłki Stasia stawiała wiarę. To zgodnie z nią żyła i postępowała. Modlitwa wyznaczała rytm dnia, zresztą nie tylko jej, ale wszystkich domowników i ludzi, którymi w danym momencie była otoczona. Również w Auschwitz-Birkenau.

Pamiętam, że wieczór był na Zgierskiej tradycyjną porą różańca. Wszyscy musieli zebrać się przed ołtarzykiem, w którym na czołowym miejscu stała uratowana z wojny figurka Matki Boskiej. Figurkę zawsze ozdabiały świeże kwiaty, a obok niej paliła się lampa oliwna.

Córka Stasi, Sylwia, i jej mąż, Alek Gross, trochę się buntowali przeciwko tym zasadom. W domu pełnym ludzi mieli ochotę czasem pobyć sami ze sobą, wyskoczyć do kina, na ciastka, na tańce, cokolwiek. Nieraz musieli się wykazać niezłą wyobraźnią, aby przekonać Stasię, że akurat teraz mają niecierpiącą zwłoki sprawę do załatwienia na mieście.

Po latach Alek przyzna się, że to głównie on był autorem koncepcji, które pozwalały grzecznie - bez urażenia uczuć Stasi i wzbudzenia podejrzeń - wymigać się od modlitwy. Niełatwo było ją przekonać. Miała łagodne usposobienie, ale rodzinę trzymała żelazną ręką.

Mieszkanie na Zgierskiej było jej królestwem, w którym panowała przez niemal trzydzieści lat. Rzadko się z niego ruszała - czasem wyjazd do Ciechocinka dla podreperowania zdrowia, niekiedy góry, Szczawnica.

Za granicą po wojnie była tylko raz. Za namową rodziny i po różnych perypetiach z uzyskaniem pozwolenia na wyjazd poleciała z Sylwią do Wielkiej Brytanii na zaproszenie fundacji Sue Ryder. Działaczka charytatywna stamtąd w czasie wojny zetknęła się z ogromem ludzkiego cierpienia, dlatego po jej zakończeniu jako dwudziestopięcioletnia panna z dobrego domu postanowiła nieść pomoc byłym więźniom obozów zagłady. Stasia była bardzo dumna i szczęśliwa z powodu tego zaproszenia.

W polskim sklepie w Londynie kupiła biografię Sikorskiego autorstwa generała T. Kutrzeby oraz książkę Nóż w plecy. Rosja napisaną przez generała W. Andersa, a wówczas obie pozycje były w Polsce zakazane. Razem z Sylwią przewiozły je przez granicę owinięte w zakupioną modną wtedy kremplinę. Dla dobrej książki Stasia była nawet gotowa dać się przesłuchać w siedzibie bezpieki. Przeżyła dwie wojny, obóz, głód - czym przy takich okropieństwach było przesłuchanie? Na szczęście sprawa się nie wydała, a książki bezpiecznie dotarły na Zgierską.

Kochała historię, tę prawdziwą. W jej domu często odbywały się spotkania ludzi związanych z nauką i sztuką. Nierzadko rozmowy były burzliwe. Podczas tych spotkań ja i moje kuzynki i kuzyni, wówczas bardzo młode pokolenie, poznawaliśmy historię Polski, o której nie uczono w szkole. Do dzisiaj zachowałam w pamięci wiele z tych rozmów.

O sobie Stasia mówiła niewiele. Wszyscy wiedzieli, że była w Auschwitz-Birkenau. To tyle. Przyciśnięta pytaniami, wykręcała się bądź zajmowała czym innym.

Jej historię z obozu Birkenau poznaliśmy lepiej, dopiero gdy napisała Raport położnej z Oświęcimia. Pytana, dlaczego nie chce o tym mówić, odpowiadała: "Nie chcę wywołać nienawiści do narodu niemieckiego. To byli biedni, skrzywdzeni ludzie, ofiary systemu". Wzmianka o kolędzie, którą śpiewali Niemcy w obozie, była jedyną nawiązującą do jej przeżyć z Birkenau, którą usłyszały wnuki.

Historię jej życia, którą tu odtworzyłam, znam trochę z archiwalnych nagrań Stasi, ale głównie ze stosów zapisków jej synów, świadectw współwięźniarek, które przeżyły Birkenau, i oficjalnych dokumentów urzędów państwowych. Ze starych fotografii i archiwów, gdzie w trakcie wielu spędzonych godzin układałam jej życie krok po kroku niczym puzzle.

A wszystko zaczęło się pewnego mroźnego popołudnia 17 lutego 1895 roku...

Rodzice

Niedziela okazała się mroźna i bezśnieżna.

Na placu Kościelnym, którego centralnym punktem była nowo wzniesiona świątynia pod wezwaniem Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, piach i błoto z ulicy stężały ścięte mrozem, co znacznie ułatwiało przejście bez konieczności starannego czyszczenia obuwia.

Kościół był jedyną przyzwoitą budowlą w okolicy. Otoczony niedużymi, poprzyklejanymi do siebie domami, nierzadko drewnianymi, sprawiał wrażenie, jakby przeniesiono go z innej dzielnicy, a nawet z innego miasta.

Tęgi mróz i światło słoneczne powodowały, że okolica nie wydawała się tak ponura jak podczas roztopów. Z dachów niskich czynszowych kamienic zwisały sznurami sople błyszczące w słońcu. Witryny sklepików pokrywały esy-floresy namalowane przez mróz.

Zimno sprawiało, że krajobraz niemal zastygł w bezruchu i stężał. Nawet ludzie, zakutani w grube palta, poowijani w kraciaste chusty i w baranich czapach na głowach, zdawali się chodzić wolniej i dostojniej.

Było cicho, jasno i iskrząco.

Drzwi do głównej nawy kościoła otworzyły się i pojawiła się w nich nieduża grupa z dwojgiem młodych ludzi na czele, dziewczyną i chłopakiem. Przypadkowi przechodnie mogli dostrzec eleganckie stroje wychodzących. Nietrudno było się domyślić, że to nowożeńcy z rodziną.

Panna młoda była ubrana skromnie w białą satynową sukienkę, na którą zarzuciła płaszczyk z futrzanym kołnierzem. Popielatoblond włosy upięła w wysoki kok. Z czubka głowy spływał jej na ramiona muślinowy welon. Pan młody miał zakręcony wąsik i włosy zaczesane na bok. Nosił czarny wełniany surdut, a na głowie miał melonik.

Oboje wyglądali poważnie i nad wyraz statecznie.

Młodzi właśnie powiedzieli sobie sakramentalne "tak", które błogosławieństwem przypieczętowały obie matki. Świeżo poślubioną małżonką była osiemnastoletnia Henryka Glaesmann, a jej wybrankiem - dziewiętnastoletni Jan Zambrzycki. Młodym towarzyszyły matki i świadkowie - Jakub Zambrzycki i Bronisława Hendrich. Ojców na ślubie nie było.

Oprócz tradycyjnego błogosławieństwa matki musiały wyrazić zgodę na zawarcie małżeństwa, ponieważ w świetle prawa obowiązującego w Królestwie Polskim Henryka i Jan byli niepełnoletni.

Piętnaście miesięcy później na świat przyszło pierwsze dziecko pary, córka Stanisława Zambrzycka.

* * *

Henrietta Glaesmann, późniejsza Henryka Zambrzycka, nie miała łatwego dzieciństwa, dlatego była ponad wiek poważna.

Urodziła się jako dziewiąte dziecko - a pierwsze wspólne - Henrietty z domu Freund i Augusta Glaesmannów. Od wczesnego dzieciństwa była wychowywana pod dyktando sztywnych reguł i zasad panujących wśród olędrów łódzkich wyznania ewangelickiego-augsburskiego.

To środowisko nie sprzyjało wolnomyślicielom i niespokojnym duchom, a rytm życia dyktowały ciężka praca i modlitwa.

Olędrzy - zlepek narodowości niemieckiej, holenderskiej, a czasem i polskiej - byli przyzwyczajeni do dyscypliny i ciężkiej pracy, wszak z tego powodu znaleźli się przed ponad dwustu laty na ziemiach polskich. Mieli powiększać obszar ziemi uprawnej - karczować lasy, suszyć bagna. Nie byli bogaci, ale mieli coś, o czym polski chłop pańszczyźniany mógł tylko pomarzyć - wolność.

W zamian za uprawę ziemi płacili tylko umowny czynsz i mieli do niej pełne prawo. Byli przy tym niesłychanie hermetyczni. Tradycje rodzinne, obrządki, zwyczaje nie zmieniały się tu przez dziesięciolecia. Kurczowo trzymali się swojej grupy etnicznej. Jeśli się żenili, to tylko między sobą, a jeśli wdowieli, to - o ile pozwalało zdrowie - łączyli się ponownie z innymi owdowiałymi. To była dla nich forma wsparcia - nikogo nie pozostawiano samemu sobie.

Henrietta urodziła się jako córka wdowca i wdowy, którzy odnaleźli się jako trzydziestokilkulatkowie, zamieszkali w niedużym domku w podłódzkim Anielinie i doczekali dwóch córek - Henrietty i Emmy, ta druga zmarła w wieku dwóch lat.

August był rolnikiem w folwarku Zimna Woda i z pierwszego małżeństwa miał troje dzieci: Karola, Juliannę i Natalię. W momencie narodzin Henrietty Karol był już siedemnastoletnim młodzieńcem, a Julianna - piętnastoletnią panienką. Najmłodsza Natalia miała jedenaście lat.

Żona Augusta wniosła w małżeńskim wianie pięcioro dzieci - Krystynę, Krzysztofa, Henryka, Paulinę i Jana. W 1876 roku najstarsza Krystyna miała siedemnaście lat, a najmłodszy Jan - trzy.

Wyżywienie, ubranie i wykształcenie tak licznego potomstwa było dla Augusta i Henrietty nie lada wyzwaniem. Glaesmannowie mieli skrawek ziemi, ale to nie wystarczało. Dodatkowe uposażenie z folwarku Zimna Woda też nie było imponujące. Dlatego dzieci musiały szybko iść do pracy.

Przełom XIX i XX wieku to okres zmian społecznych, które wykształciły nową grupę zawodową - półproletariat wiejski. Zmiany spowodowały masowe migracje ze wsi do miasta za chlebem i były szczególnie widoczne w okolicach Łodzi, gdzie na potęgę powstawały nowe fabryki i manufaktury związane z przemysłem tekstylnym.

Pod wpływem kultury drobnomieszczańskiej ludność napływowa ze wsi powoli nabierała podobnych nawyków, stając się po czasie pełnoprawnymi mieszczanami z dolnych klas społecznych. Na te zmiany załapały się dzieci Augusta i Henrietty. Przyszła mama Stanisławy, dorastając w skromnym domu, musiała sobie zdawać sprawę z braku perspektyw na ojcowiźnie. Od dzieciństwa trzymała się blisko z jedenaście lat starszą siostrą Natalią, która była wzorem i przewodnikiem dla młodej Henrietty. To z nią pojechała do Łodzi.

W 1891 roku obie dziewczyny za chlebem opuściły dom rodzinny i zamieszkały na Bałutach przy placu Kościelnym. Przeprowadzka na Bałuty, które wtedy nie były jeszcze wcielone do Łodzi, miała dla Henrietty daleko idące konsekwencje. Dziewczyna nie tylko rozstała się z wielopokoleniową tradycją uprawy ziemi, lecz także wraz z siostrą przeszła na wiarę rzymskokatolicką i - co istotne - stała się zagorzałą patriotką, głęboko wierzącą w idee wolnościowe Polski.

Jak to się stało, dziś możemy się tylko domyślać.

Plac Kościelny, przy którym zamieszkały młode Glaesmannówny, był położony niewiele ponad kilometr od jednej z największych łódzkich fabryk - pełnowydziałowej fabryki włókienniczej Izraela Poznańskiego. To tam pracę podjęła Natalia, a kilka lat później Henrietta.

Praca była trudna.

Fabryka Poznańskiego była kolosem - w najlepszym okresie zatrudniała niemal pięć tysięcy robotników. Położona wówczas na przedmieściach Łodzi, była obok fabryki Scheiblera największym pracodawcą na tych terenach.

Zarówno lokalizacja, jak i czas pracy powodowały, że ludzie zatrudnieni "u Poznańskiego" byli ściśle związani z miejscem pracy. Trudno się dziwić, gdyż manufaktura zjadała lwią część życia robotników. Czasem "zjadała" w sensie dosłownym - wypadki śmiertelne w miejscu pracy były na porządku dziennym.

Jednocześnie w ciągu zaledwie kilkunastu lat wokół fabryki wyrosły domy mieszkalne - famuły - dla administracji i części robotników. Powstały też sklepy, a nawet żłobki i szkółki elementarne. Wszystko to miało na celu bezwzględne podporządkowanie się robotnika fabryce i panującym w niej zasadom.

Natalia i Henrietta wynajmowały pokoik w jednej z czynszowych kamienic przy placu Kościelnym. Fabryka Poznańskiego zrobiła z nich robotnice, ale tęsknota za wsią i jej urokami pozostała. Ubogi pokoik dziewcząt był czysto utrzymany, łóżka zasłane kolorowymi kapami, a w oknie stały czerwone pelargonie.

Praca po dwanaście godzin dziennie w trudnych warunkach oraz niewielkie dochody powodowały, że oferta kulturalna i handlowa była dla nich niedostępna. Dwie skromne sukienki, sznur szklanych koralików, paletko i botki na zimę oraz czółenka na lato - to cały posag Henrietty. Za rozrywkę służyły podwórkowe spektakle kataryniarzy bądź przedstawienia hauzeraków - wędrownych grajków, których repertuar ograniczał się na ogół do parodii pieśni kościelnych.

Nie był to jednak typ rozrywki, który przypadł do gustu Henrietcie. Ponad uciechy ciała przedkładała rozwój duchowy. Codzienne wspólne modlitwy, celebrowanie świąt kościelnych - to był chleb powszedni panien Glaesmann. Do protestanckiego kościoła Świętej Trójcy mieszczącego się przy Nowym Rynku (obecnie plac Wolności) można było dotrzeć pieszo w dziesięć minut. Z jakiegoś powodu dziewczęta zaczęły jednak uczęszczać na spotkania, a później także na nabożeństwa do kościoła Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny przy placu Kościelnym.

Kościół w tamtym czasie był punktem spotkań i wielogodzinnych debat ludzi, u których rodziło się poczucie patriotyzmu. Wywodzący się na ogół ze środowisk robotniczych, przemęczeni codziennymi trudami, sponiewierani brakiem elementarnego prawa pracy, a do tego przerażeni wizją zaciągu do wojsk carskich i uczestniczenia w wojnach, które miały niewiele wspólnego z ich małymi ojczyznami, szukali w kościele nie tylko modlitwy i wiary, lecz także wsparcia.

I je znajdowali.

Tak jak znalazła Natalia, a chwilę później Henrietta. Ze środowiskiem kościelnym prowadzonym przez charyzmatycznego proboszcza Karola Szmidla obie siostry zżyły się tak mocno, że przeszły na wyznanie rzymskokatolickie. Henrietta, by całkowicie odciąć się od protestancko-niemieckiej przeszłości, przyjęła imię Henryka.

To mogło się nie spodobać Augustowi Glaesmannowi, który - rozeźlony decyzją córek - odsunął się od nich. Gniew związany z porzuceniem rodzinnej wiary był najprawdopodobniej przyczyną nieobecności ojca najpierw na ślubie Natalii w 1889 roku, a później Henryki.

W kościele pod wezwaniem Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny Henryka oprócz wiary katolickiej i wsparcia społecznego znalazła również miłość swojego życia. To tam, gdzieś w okolicach zimy 1893 roku, nieśmiała i skromna dziewczyna wpadła w oko niewysokiemu, acz bystremu i wygadanemu młodzieńcowi, Janowi Zambrzyckiemu.

Dwa lata później byli już małżeństwem.

* * *

W przeciwieństwie do Henrietty, Janek był chłopakiem wesołym, choć stroniącym od rozrywek. Dość egzotyczne zestawienie było wypadkową jego charakteru i doświadczenia - zapewne byłby bardziej skory do zabawy, gdyby nie napatrzył się na jej opłakane skutki w domu rodzinnym.

Jan urodził się 19 grudnia 1875 roku jako piąty z dwanaściorga dzieci Marianny z domu Świderskiej i Tomasza Zambrzyckich. Od wczesnego dzieciństwa był świadkiem beztroskiego podejścia ojca do codziennych obowiązków.

Tomasz Zambrzycki był synem bogatego majstra, co na ówczesne czasy było równoznaczne ze statusem mieszczańskim. Powiększył on swój majątek, żeniąc się z Marianną, córką bogatego rzeźnika z położonego nieopodal Łodzi Konstantynowa.

Niewykluczone, że Tomasz dał się ponieść duchowi ówczesnej Łodzi, który nakazywał nie tylko pomnażać majątek, lecz także go trwonić, chociażby po to, by inni łodzianie mogli napełniać swoje sakiewki złotymi rublówkami.

Władysław Reymont, który przymierzał się do napisania Ziemi obiecanej, w liście do przyjaciela Ferdynanda Hoesicka pisał: "To życie i tamten świat łódzki porywa mnie różnorodnością żywiołów, brakiem wszelkich szablonów, rozpętaniem instynktów, nieliczeniem się z niczym, potęgą żywiołową prawie. Jest to chaos brudów, mętów, dzikości, złodziejstwa, klęsk, ofiar, szamotań, upadków".

Zambrzycki idealnie wpisywał się w ten klimat.

Żyjąc na przyzwoitym jak na tamtejsze czasy poziomie, mógł sobie pozwolić na wypady do fotoplastykonu, zabawy taneczne czy też częste wizyty w szynkach przy Piotrkowskiej.

Gdy Tomasz się bawił, Marianna zajmowała się dziećmi. Między Jankiem a najstarszym Jakubem było sześć lat różnicy. Kolejny po Jakubie był Józef - o trzy lata starszy od Jana, Karol zmarł zaraz po narodzinach. Dwa lata po Janku na świat przyszła Franciszka, potem pojawili się Julian, Helena, Anna, Franciszek Ksawery, Wiktoria, Stanisława i Aleksander. Ten ostatni urodził się w tym samym roku co jego bratanica, przyszła Stanisława Leszczyńska.

Codziennością Jasia Zambrzyckiego był widok umęczonej matki, nienawykłej do tak ciężkiej pracy w domu, oraz wieczna nieobecność ojca. Gdy ten wreszcie się pojawiał, na ogół był pod silnym wpływem alkoholu. Niespecjalnie przykładał się do łożenia na rodzinę, natomiast dość ochoczo trwonił majątek swój i małżonki.

A ten topniał w zastraszającym tempie.

Mały Janek, chcąc uciec od ciężkiej atmosfery w domu, gdzie czekały na niego chmara rodzeństwa, wiecznie umęczona matka i podchmielony ojciec, czas wolny spędzał głównie z okolicznymi chłopakami na przykościelnym placu. Niewiele było wtedy trzeba do dobrej zabawy - kilku kolorowych szkiełek, które służyły jako skarb piratów, albo sprawnego serso, czyli wiklinowej obręczy, którą łapało się na kijek.

Z biegiem lat Zambrzyccy popadali w coraz większe ubóstwo, dlatego kilkunastoletni Janek, chcąc w jakiś sposób wesprzeć matkę, poszedł do pracy. Nie do końca wiadomo, czym konkretnie się zajmował. Był zdolny, szybko się uczył i żadna praca nie była mu straszna, dlatego mógł imać się różnych zajęć. Po pracy uczęszczał na spotkania patriotyczne w sąsiadującej z ich domem parafii Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny.

Henryka i Jan spotkali się w idealnym dla każdego z nich momencie życia. Jedno potrzebowało drugiego, a odmienne charaktery nie przeszkadzały w budowaniu więzi.

Ich małżeństwo było zgodne i przetrwało pięćdziesiąt sześć lat.