NOTA OD AUTORKI
Naród, który zapomina swoją historię,
jest skazany na zagładę.
Jan Paweł II
Na Ural pojechałam z potrzeby serca. To była niezwykle piękna i wzruszająca podróż. Chciałam odnaleźć miejsce zesłania mojego Ojca, który w dniu wywózki w styczniu 1945 roku nie miał nawet osiemnastu lat i nie był jeszcze moim Tatą. Chciałam odnaleźć szachtę numer cztery, kopalnię węgla kamiennego - łagier, do którego został zesłany przez połączone siły NKWD
i UB
. Moim celem była Połowinka na środkowym Uralu.
Wyprawę zorganizowałam w sześćdziesiątą rocznicę powrotu mego Ojca z zesłania, w drugiej połowie lata 2006 roku. Uczestniczyły w niej trzy nieznające się wcześniej (sic!) osoby: Agnieszka Koper z Poznania, Tomasz Świątek z Krosna nad Wisłokiem i ja, pisząca te słowa, Agnieszka Martinka, lublinianka i tomaszowianka. Na Ural pojechaliśmy szlakiem powrotu Taty z radzieckich łagrów, kolejno przez: Lublin, Ogrodniki, Wilno, Moskwę, Niżny Nowogród, Perm, Kizieł, Połowinkę, Gubachę, Nagorną, Białą Podlaską. Trasę na wschód zakończyliśmy po drugiej stronie Uralu, w Azji. I tym sposobem ziściło się również marzenie Agnieszki Koper - młodziutka studentka architektury chciała bowiem przekroczyć granicę Europy i Azji. Z Jekaterynburga do Terespola przyjechaliśmy pociągiem - nie dlatego, że nie mieliśmy już sił pedałować, ale dlatego, że nasze rosyjskie wizy utraciły ważność. Przez Rosję i Białoruś przejechaliśmy nielegalnie. Do Polski nas nie wpuszczono, a dokładnie mówiąc, białoruscy celnicy nie wypuścili nas z Brześcia.
Dla nas, Agnieszek, wyprawa ta miała przede wszystkim wymiar duchowy. Naznaczona była spotkaniami z ludźmi - otwartymi i serdecznymi. Związane z nimi przeżycia i emocje spróbowałam opisać w tej książce - czy się udało, oceńcie, proszę, Państwo sami...
Zobaczyłam o wiele więcej, niż mogłam się spodziewać. Rzuconych na ziemię i skutych ludzi w łachmanach, ujadających nad nimi psów i karabinów przy ludzkich skroniach nie zapomnę do końca życia. Zdjęcia z konwojowania więźniów zrobiły później na moim Ojcu jeszcze większe wrażenie niż wysadzona w powietrze "jego" kopalnia.
O Uralu, Wołdze i Kamie słyszałam równie wcześnie jak o Tatrach, Bieszczadach, Wiśle czy Tanwi. Ural był w naszym domu od zawsze - odkąd sięgam pamięcią - ale... o tym, żeby pojechać tam i zobaczyć na własne oczy miejsce zsyłki, nigdy nie myślałam, aż do tego momentu, do tej jednej sekundy...
Po moim powrocie do Polski planowaliśmy wspólnie z Tatą napisać książkę. Niestety los zadecydował inaczej...
W Środę Popielcową 2013 roku postanowiłam zrobić w końcu to, co obiecałam Tacie osiem lat wcześniej, to, co również obiecałam Państwu. Postanowiłam zrzucić z siebie ciężar danego słowa - napisać książkę o chłopcu na wojennym szlaku i jego córce, która ten szlak poznawała w odcinkach, na różnych etapach życia, o naszych innych, przeważnie skrajnie różnych przeżyciach w drodze na Ural.
Nie zaczęłam pisać ani w środę, ani w czwartek, chociaż bardzo chciałam. Pierwsze słowa skreśliłam w sobotę, w dniu, w którym nasi dziadowie zaczynali żniwa. I pisałam dzień i noc, dzień i noc, aż do rezurekcyjnych dzwonów. Pogoda tego roku, na przełomie zimy i wiosny, sprzyjała wielkopostnemu postanowieniu, pracy i wenie - mrozy i śniegi nie odpuszczały.
Na treść niniejszej relacji składają się między innymi wspomnienia mojego Taty, Zdzisława Martinki, Ja, deportowany... - opracowane i opublikowane w "ReWizjach Tomaszowskich" na przełomie lat 1997 i 1998. Dziennikarzem i Redaktorem, który przed laty zainteresował się historią uralczyka, a następnie wsłuchiwał się w jego opowieści, nagrywał je, przepisywał, redagował, przekazywał do autoryzacji, jest pan Wojciech Dziedzic z Tomaszowa Lubelskiego. Panu Dziedzicowi zawdzięczam też kolejny niezwykle cenny materiał - jego rozmowy z Ojcem, które w żadnej formie i nigdzie wcześniej nie zostały opublikowane
. Słuchając ich, śmiałam się i płakałam na przemian. Nie wszystkie jednak dialogi - z różnych przyczyn - wykorzystałam w książce.
Po śmierci Taty znalazłyśmy z siostrą Magdą Monolog - rozrzucone dwustronnie zapisane kartki, które leżały na stole w pokoju gościnnym. Pisał na dzień, dwa przed nagłą śmiercią, chciał wyrzucić z siebie, a może prędzej przekazać potomnym to, co czuł, co go bolało, czego nigdy nie mógł zrozumieć, co było na dnie jego serca od tragicznego dnia, w którym odwróciły się miliony ludzkich życiorysów, od 1 września 1939 roku. To nie są tematy, których nie znałam, wręcz przeciwnie - Tata swymi przeżyciami i myślami dzielił się zawsze i ze wszystkimi. Monolog, a dokładnie mówiąc, trzy Monologi - po trzykroć bowiem Tata zaczynał pisać podobnie, ale jego myśli biegły potem w różne strony - zostały tu w całości przytoczone, stały się kanwą całej opowieści.
Te trzy, tylko pozornie odrębne Monologi, niczym trzy niezależne szczyty Kilimandżaro
, opowiadają niespokojną historię życia, oddają głębię myślenia, gorące i wrażliwe serce, piękno duszy i siłę charakteru mego Taty. I te trzy Monologi, podobnie jak trzy bazaltowe trzony Kilimandżaro, dopiero zebrane razem tworzą potężny monolit.
Chociaż mój Tata często był osamotniony w swych poglądach, w swoim przeżywaniu i widzeniu świata, to - niczym ten jeden z samotnych masywów naszego globu - niewątpliwie góruje nad "bagnami" i "nizinami", podobnie jak najwyższy szczyt Afryki góruje nad wypalonymi słońcem sawannami.
W plemiennych językach nazwy trzech wulkanicznych szczytów mają różne znaczenia, jednak określenie tego najwyższego - Uhuru - w języku suahili oznacza "wolność".
I podobnie jak masyw Kilimandżaro - samotny, ale niezłomny i wielki - życie Taty widoczne jest z każdej strony i z bardzo daleka.
Tam, gdzie w Monologu miałam problem z odczytaniem kilku słów albo pojawiła się przypadkowa nieścisłość czy szczelina w chronologii wydarzeń, pomoc otrzymałam od cioci Leny. Eleonora Montewka, dla rodziny Lena, Lenka, z domu Martinka, jest siostrą Taty, starszą od niego o kilkanaście miesięcy. Osiemdziesięcioośmioletnia pamięć byłej sanitariuszki AK jest bezbłędna, doskonała i niezastąpiona!
Kolejną osobą z rodziny, która ma pamięć do pozazdroszczenia i która tymże darem natury chciała się ze mną dzielić
, jest dziewięćdziesięcioletnia ciocia Taty, żona sybiraka, Konstancja Skibicka, dla rodziny Kostka.
Czasy "lwowskie" powspominałam z kuzynką Zosią Kruczko. Trzynastoletni chłopak, po dwudziestu jeden latach mój Tata, wypuszczony z więzienia w Samborze, przed zimą 1940 roku doszedł do przedmieść Lwowa. Tam, u swej ciotki Stefy Kruczko, znalazł schronienie. Tam też był świadkiem rozpoczęcia wojny sowiecko-niemieckiej oraz walk Ukraińców przeciwko Sowietom. Mała Zośka miała wtedy sześć lat.
Historię wyprawy rowerowej tworzą nie tylko przeżycia związane bezpośrednio z drogą do celu, ale i inne przygody - puzzle, które gromadzone latami złożyły się na obraz tej niezwykłej pielgrzymki do kopalni węgla w Połowince na środkowym Uralu. W książce wykorzystałam rówmież wcześniejsze zapiski, takie jak reportaż z podróży do Odessy, poetycki tekst o Podlasiu, luźne notatki, fragmenty tekstów pisanych na różne konkursy i do magazynów podróżniczych, wywiady, a także pamięć w rzeczy samej, wiedzę, którą nabywałam latami przed wyprawą i wciąż uzupełniam dzięki literaturze i spotkaniom z publicznością oraz napotykanym na swej drodze bezskrzydłym aniołom.
Kopalnią informacji stały się zdjęcia i dziennik podróży - z nostalgią przewracałam karty papieru, które przeżyły niejedną ulewę, uśmiechałam się do nieudolnych rysunków. Przez czterdzieści dni Wielkiego Postu zamiast obrusu na stole leżała mapa wschodniej Polski i Eurazji. Przemoczona deszczem, spalona słońcem, "wylatana", poklejona, jedyna, którą mieliśmy ze sobą. Dodatkowo w prezencie od kuzynki Zosi otrzymałam plan Lwowa z 1938 roku
, a od brata Taty, mego stryja Franka, niemiecką mapę Polski z roku 1935
.
Mija siedem lat od naszej rowerowej włóczęgi na krańce Europy. W tym czasie dziesiątki razy opowiadałam tym z Państwa, którzy mnie zapraszali i chcieli słuchać - w Polsce i za granicą - o celu i przebiegu wyprawy. W blasku przywiezionych z Syberii cerkiewnych świec i w rytmie muzyki ze szlaku oglądaliśmy zdjęcia z drogi na wschód. Czasem po spotkaniu zanotowałam jakąś myśl, zdanie, słowo i włożyłam do szuflady biurka, ale widocznie trzeba było jeszcze wiele doświadczyć, aby w końcu solidnie przysiąść i uporządkować wspomnienia. Wspomnienia, bo myślę, że od tamtego lata 2006 roku, oprócz otwartych ludzkich serc, wiele zmieniło się na trasie, po której toczyła się nasza mała karawana. Z dniem 21 grudnia 2007 roku na mocy układu z Schengen zlikwidowano przejścia graniczne między Polską i Litwą oraz Litwą i Łotwą. Mnich Andriej opuścił klasztorne mury na wyspie Stołbnyj na jeziorze Seliger, z pewnością wiatr rozdmuchał popiół z ognisk, trawa podniosła się po obozowiskach, a złomiarze wybrali resztki drutów i kabli z kopalnianych hałd. Pewnie, a czasem na pewno, niektóre ze wspomnianych tu osób już nie żyją. Agnieszka, Tomek, ja - każde z nas idzie własną drogą. Mało prawdopodobne, aby udało nam się wspólnie raz jeszcze przeżyć coś równie pięknego.
Mam nadzieję, że Czytelnik nie odczuje niedosytu, lecz zapragnie udać się w podobną podróż. Historyk nie zarzuci nieścisłości, bo nie jest to książka naukowa, aczkolwiek Tata był świadkiem wydarzeń, o jakich historycy rzadko piszą. O Tacie, jego rodzinie, przyjaciołach, naszym kochanym domu, ogrodzie, zwierzętach, jego pracy dla najbliższych i dla innych - bo zawsze chcial coś zrobić dla innych - o życiu w Tomaszowie Lubelskim czy w Lublinie mogłabym pisać jeszcze długo, ale wszystkiego nie da się przelać na papier. Nie o wszystkim też wiem. Tata zabrał ze sobą do grobu nazwiska i mroczne przeżycia, o których nigdy nikomu nie opowiedział. Pomimo tortur i szykan nikogo nie zdradził. Nigdy nie zmienił zdania, postawy, myśli, światopoglądu. Nigdy nie zaprzedał duszy diabłu.
W tej opowieści chciałam opisać historię dziecka - trzynastoletniego chłopca, który wyrwał kartkę ze szkolnego atlasu i ruszył na Węgry, bo pragnął, jak jego sąsiad, również harcerz, walczyć o wolną Polskę. Chciałam też opowiedzieć o rowerowej przygodzie trzyosobowej "rodzinki", opisać drogę pielgrzymki poprowadzonej szlakiem zesłania mojego Taty i milionów jemu podobnych - na Sybir. Chciałam "obudzić" młodych ludzi, z których większość żyje tak łatwo i wygodnie, bez świadomości, kim są i po co istnieją, nie odróżniając znaczenia słów "wygodny" i "godny". Pokazać, że nie kupiono nas w sklepie, że warto znać swoje korzenie, że życie jest cudem, darem bezcennym, że ci, którzy ginęli, ginęli także i po to, abyśmy my - ty i ja - mogli żyć, że miłość do jazdy rowerem to nie drogie stroje i kolekcjonowanie pustych kilometrów, ale pasja pozwalająca przenosić góry.
Zbysio Jarmuszyński, serdeczny kolega Taty ze szkolnej ławki, nasz jedyny "przyszywany" wujek, oraz Henio Klimkiewicz - dwaj koledzy z "lasu" - byli częstymi i miłymi gośćmi w naszym domu.
W moich i sióstr szczenięcych latach ze Zbyszkiem "Sokołem" i jego ukochanym wilczurem Kamisem oraz Heniem "Dębowskim" i jego rodziną włóczyliśmy się po lasach Roztocza, po szlakach partyzanckich i nie tylko. Od tamtej pory czasem we śnie gonią mnie Niemcy i widzę trupy wiszące na drzewach, ale to jest ta ziemia, na której rzucone przeze mnie ziarno wykiełkowało. To jest ta ziemia, na której urodziłam się i dojrzewałam, z którą nigdy nie zerwałam więzi, z której czerpię siły do życia i realizacji marzeń po dziś dzień.
Niedziela Zmartwychwstania Pańskiego,31marca AD 2013
* * *
Po upływie pięciu miesięcy od Wielkiej Nocy roku 2013 wyruszyłam w jeszcze jedną podróż śladami Taty. Zabrałam ze sobą kserokopię fragmentu niemieckiej mapy Polski z 1939 roku i wyjechałam w kierunku Węgier... W tej małej wielkiej drodze towarzyszył mi wnuk Taty, a mój siostrzeniec, Tomasz Wawrzyniec Michalski.
Po szczęśliwym powrocie do domu "na gorąco" zdałam Tacie relację z jego chłopięcej marszruty. Przez kilka dni słuchał w milczeniu. Gdy już obejrzał dokładnie wszystkie zdjęcia, nie mógł wprost uwierzyć, że naprawdę dwa pokolenia, i tylko z potrzeby serca, chciały dreptać jego więziennym szlakiem. Zanim doszłam do końca opowieści, zobaczyłam, jak ukradkiem wsunął do kieszeni mapę Polski i ponad osiemdziesięcioletnie doświadczenie - i wyszedł z domu w kierunku Zamościa...
Wówczas przed moje oczy przypłynął kadr z pierwszego dnia malej wielkiej pielgrzymki
. Niedługo po tym, jak kościelne dzwony wybiły Anioł Pański, wjechałam na rynek w Szczebrzeszynie. Gorące wrześniowe słońce zalało domy, ogrody i ulice, mocno grzało policzki mieszkańców i gości zebranych na centralnym placu przed ratuszem, uczestniczących w uroczystej mszy dożynkowej.
Podziwiałam piękno wieńców i usiłowałam wypatrzeć chrząszcza grającego na skrzypcach
, kiedy do mych uszu zamiast muzyki dobiegła prośba celebransa, aby przed siewem przedstawić Bogu ziarno i nasiona, bo muszą one najpierw na długo spocząć w ziemi i obumrzeć, zanim wydadzą nowe rośliny na pożywienie ludzi i zwierząt...
- O, Maryjo, przecież to Twoje święto
! - prawie wrzasnęłam na cały rynek.
Nie miałam ze sobą nasion, o których mówił ksiądz celebrans, nie wypadało też maszerować w kolarskich spodniach wprost pod wodę z jego kropidła, ale błyskawicznie przypomniałam sobie, że w sakwach wiozę ulotki z prawie gotową zapowiedzią wydawniczą Połowinki, a w sercu ważną intencję - no i stałam na ziemi, na której rzucone przeze mnie przed ośmiu laty ziarno wykielkowało w postaci wyprawy do szachty numer cztery; chociaż przysypane wbrew woli na siedem lat, od tegorocznej wiosny z wielkim trudem zaczęło ponownie kiełkować - jako książka. Pomyślałam więc, że pewnie to jeszcze nie czas naszych żniw, że widocznie jeszcze raz muszę wrzucić - chociaż nabrzmiałe już - ziarno w ziemię, na której właśnie stałam, w ziemię, na której urodziłam się i szczęśliwie dorastałam, na której nauczyłam się pisać i czytać, spędzałam najpiękniejsze wakacje, od której nigdy się nie odwróciłam i na którą nieustannie powracam...
Zacisnęłam pięści, otworzyłam serce, spojrzałam w roziskrzone niebo i modliłam się razem ze wszystkimi:
- Boże, Ty sprawiasz, że wszelkie nasiona, wpadłszy w ziemię, obumierają, aby wydać plony, które przynoszą radość siewcy i chleb głodnemu. Prosimy Cię, pobłogosław te ziarna zbóż i inne nasiona. Zachowaj je przed gradem, powodzią, suszą i wszelką szkodą, a ziemię użyźniaj rosą z nieba, aby rośliny z nich wyrosłe wydały obfite plony. Spraw też, abyśmy za przykładem Najświętszej Maryi Panny, która słuchała Twojego słowa i strzegła go owocnie w swoim sercu, przynosili plon stokrotny przez naszą wytrwałość w pełnieniu Twojej woli. Przez Chrystusa, Pana naszego.
Tata, przecież od samego początku chodzi nam o ten plon stokrotny. Amen.
Niedziela, imieniny Tomasza, 22 września AD 2013
***
Kilka dni temu los obdarzył mnie skarbem wyjątkowym - Pamiętnikiem mego Dziadka Eugeniusza Martinki, prowadzonym od początku roku 1929 do marca roku 1968.
Po śmierci Dziadka Gienka (w roku 1969), a później jego żony, Karoliny (w roku 1976), "modlitewnik"
z kronikarskimi opisami pogody, siewów i plonów, radosnych i tragicznych wydarzeń w rodzinie, nierzadko politycznych nastrojów w świecie - przeszedł w posiadanie ich pierworodnej córki Eleonory (Lońci, Lonki, Lenki).
Gdyby mój Tata kiedyś otworzył owe relikwie rodzinne, znalazłby precyzyjne odpowiedzi na wiele nurtujących - nie tylko jego - pytań. Dziś jest za późno, by burzyć długo i mozolnie budowaną konstrukcję książki, toteż tylko maleńkie fragmenty bezcennych zapisków - czynionych ręką kochanego męża, ojca, dziadka i gospodarza... przez blisko czterdzieści lat i "z łaski Bożej" - udało mi się jeszcze w niniejszych wspomnieniach wykorzystać - jako przypisy bądź opisy zdjęć, wyjątkowo jako zdanie rozpoczynające nowy rozdział.
Wigilia Bożego Narodzenia, 24 grudnia AD 2013