Polowanie na prezydenta - Dan Smith

-
Proszę czekać

 

Pierwsze łowy

Kucając w cieniu kępy białych brzóz, uniosłem głowę i wciągnąłem powietrze niesione przez lekki wietrzyk. Nozdrza wypełnił ziemisty zapach mchu i wilgotnej ściółki, ale była też nuta czegoś innego, ciepłego i dzikiego.

Nie ruszałem się, nasłuchując szelestu zdradzającego ruch.

Jest.

Coś było przede mną. Ukryte wśród zieleni lasu.

Nie spuszczając wzroku z drzew, schyliłem się i uniosłem garść liści pozostałych po jesieni. Brązowe i brudne pofrunęły na mnie, gdy rozsypałem je w powietrzu, wiedziałem więc, że to, co jest z przodu, nie może mnie wyczuć. Wiatr wiał w moją stronę.

Moja lewa ręka mocniej zacisnęła się na łuku. Prawą sięgnąłem do tyłu, by wysunąć strzałę z kołczanu. Grot był ostry i czysty.

Zakładając pocisk na cięciwie, bezszelestnie zrobiłem krok do przodu. Zatrzymałem się, po czym powoli przeszedłem kolejny. Leśną ściółkę przede mną pokrywały suche liście i gałązki. Ale byłem myśliwym. Najlepszym w wiosce. Wiedziałem, że przemknę ponad nimi jak duch.

Stawiałem stopy płasko na pomarańczowordzawym cętkowanym dywanie liści. Czas stanął w miejscu. Moje tętno zwolniło, mięśnie rozluźniły się, a umysł opanował spokój.

Wtedy go zobaczyłem. Niezbyt daleko. Kształt majaczący za gałęziami.

Było to największe zwierzę, jakie dotąd widziałem. Stało prosto i dumnie ze skierowanym w moją stronę łbem. Poroże miało ogromne - nie wiem, czy mógłbym sięgnąć obu jego krańców rozłożonymi ramionami.

Prostując plecy i biorąc głęboki wdech, uniosłem łuk i przyciągnąłem cięciwę do policzka. Zamknąłem jedno oko i wycelowałem, wypuszczając równy strumień powietrza z płuc.

Teraz.

Kiedy zwolniłem cięciwę, strzała śmignęła przez las. Przecięła powietrze, w mgnieniu oka pokonując krótką odległość: śmiercionośny pocisk z drewna i piór został wystrzelony prosto i celnie.

Ale strzała musnęła rozkołysaną gałąź, przez co zeszła na prawo. Przechyliła się i skręciła, a potem stuknęła bokiem o pień brzozy. Spadła na liście jak niegroźna gałązka.

- Szlag.

Natychmiast sięgnąłem po następną, nałożyłem ją na cięciwę, naciągnąłem łuk i wystrzeliłem.

Tym razem pocisk pokonał zasłonę gałęzi, ale zanim dotarł do jelenia, stracił całą energię. Gdy trafił w jego zad, odbił się i przepadł wśród poszycia.

- Niemożliwe!

Podszedłem bliżej i znów wypuściłem strzałę, trafiając niemal w miejsce, w którym powinno być serce byka, ale i tym razem nie przebiła jego skóry.

- To koniec - powiedziałem, opuszczając łuk. - W życiu nie przejdę Próby.

Rzeczywistość zwaliła mi się na głowę. Nie byłem najlepszym myśliwym we wsi. Nie byłem nawet najlepszym myśliwym wśród moich rówieśników. Miałem słabszy łuk niż inni chłopcy, bo brakowało mi siły, żeby naciągnąć coś solidniejszego, a poza tym gorzej celowałem.

Westchnąłem i podreptałem w stronę majaczącego za drzewami kształtu. Po przeciśnięciu się przez gałęzie stałem tuż przy nim. Z daleka wyglądał jak należy, ale teraz było widać, że jest to jedynie sterta patyków i mchu przykryta brązowym kocem. Miesiąc temu zbudowaliśmy ją z tatą w kępie drzew za naszym domem, abym miał na czym ćwiczyć.

Zakląłem, założyłem kolejną strzałę i strzeliłem do kukły z najbliższej odległości. Grot przeszył koc i utkwił w sercu sztucznego zwierzęcia.

Pokręciłem głową. Może uda mi się do czegoś blisko podejść. A może będę miał szczęście, albo...

Usłyszałem kroki.

Odwróciłem się i czekałem, wiedząc, że to tata, bo rozpoznałem rytm i ciężar jego stąpnięć. Był dużym mężczyzną, miał długi krok, ale poruszał się lekko.

- Oskari - powiedział, rozgarniając gałęzie i zaglądając zza ich zasłony. - Ostatnie ćwiczenia?

Odsunąłem włosy znad oczu i wzruszyłem ramionami, próbując ignorować przerażenie opanowujące mnie na myśl o tym, co miało nadejść. Nazajutrz kończyłem trzynaście lat, ale by stać się mężczyzną, musiałem przejść Próbę.

- Cóż... - Tata zawahał się, jakby niezupełnie wiedział, co powiedzieć. - Pewnie wszyscy czekają. Jesteś gotów?

- Chyba. - Ale nie ruszałem się z miejsca.

Przyglądał mi się przez chwilę, potem podszedł i wziął mnie pod brodę, unosząc moją głowę tak, że musiałem na niego spojrzeć.

- Wszystko w porządku - oznajmił. - Dasz sobie radę.

Skinąłem głową i próbowałem się uśmiechnąć. Ale nie miałem wrażenia, że dam sobie radę.

 

Polana Czaszek

Z żołądkiem podchodzącym do gardła oparłem łuk w rogu łóżka i wyszedłem z domu.

Tata zdążył już włączyć silnik terenówki, w której na mnie czekał. Bębnił palcami o kierownicę.

- Pospiesz się! - krzyknął przez otwarte okno. - Musimy jechać.

Zamknąłem za sobą drzwi i podbiegłem do pojazdu, ale kiedy go obszedłem, żeby wsiąść od strony pasażera, ojciec pokręcił głową.

- W drodze na Próbę siedzisz z tyłu - powiedział. - Po wszystkim będziesz mógł siedzieć z przodu jak mężczyzna. Tak to jest.

Bez słowa poszedłem zająć miejsce z tyłu auta. Już dawno tam nie siedziałem, przez co czułem się mały.

Tata wrzucił bieg i ruszył. Zerknął na mnie we wstecznym lusterku i przebiegł palcami po brodzie, jakby nad czymś rozmyślał.

- Wiem, że nie masz na to ochoty, ale taka jest tradycja.

- Ale ja mam na to ochotę - odparłem.

Otworzył usta, żeby coś powiedzieć, lecz potem zmienił zdanie i postanowił zamknąć okno. Chłodny powiew natychmiast ustał i z tyłu zrobiło się gorąco. Powietrze było zatęchłe i śmierdziało starymi butami.

Całe pobocze dziurawej drogi przez wieś zastawiały czekające na nas samochody. Kiedy je mijaliśmy, trąbiły i po kolei ruszały za nami. Próbowałem zapomnieć, że właściwie to ruszają za mną. Jechały na moją Próbę.

- Przywab łosia - powiedział tata.

Wziąłem głęboki wdech, złożyłem ręce wokół ust i próbowałem wydobyć dźwięk, którego mnie nauczył.

- Myyh! Myyh!

Zmarszczył brwi.

- No prawie, ale brzmi to bardziej jak chrapanie staruszka. Może jeleń wychodzi ci lepiej?

Jednak kiedy spróbowałem wydać z siebie ten dźwięk, przypominał on raczej głos tonącego kota. Ojciec pokręcił głową i ponownie skupił uwagę na szosie.

Zamknąłem oczy, żałując, iż nie jestem gdzie indziej.

- Przykro mi.

- Dasz sobie radę, Oskari - powtórzył tata piąty już chyba raz. Ale wyglądał raczej, jakby próbował przekonać samego siebie, że go nie zawiodę. - Wszystko, czego potrzebujesz, jest na quadzie. Ale jeśli zapamiętasz to, co ci pokazałem, wcale nie będziesz tego potrzebował. Za moich czasów nie było żadnych quadów, trzeba było chodzić na własnych nogach, a dawaliśmy sobie radę. Dobra, powiedz mi, jakie dwie rzeczy są najważniejsze.

- Hmmm...

- No już, Oskari. Dwie najważniejsze rzeczy.

- Mój nóż.

- Tak.

- I przybornik do ogniska.

- Masz je ze sobą?

- Jasne. - Poklepałem nóż wiszący mi u pasa, a potem dotknąłem kieszeni kurtki z wodoodpornym pojemnikiem zawierającym moje przybory do rozpalania ognia.

- Bardzo dobrze. Tak długo, jak będziesz miał ze sobą te dwie rzeczy, zdołasz przetrwać w każdym miejscu i przeżyć wszystko. Noś je ze sobą bez przerwy, nie wkładaj do plecaka i nie zgub. Tam może zależeć od nich twoje życie.

- Ale to tylko jedna noc - odrzekłem, starając się nadać głosowi odważne brzmienie.

- To bez znaczenia. Jedna noc w puszczy wystarczy. Zawsze coś może pójść nie tak. Nóż i przybornik do ogniska zapewnią ci bezpieczeństwo, ciepło i jedzenie tak długo, jak będziesz potrzebował. I oczywiście będziesz miał łuk.

Łuk. Na samą myśl o nim poczułem ściskanie w brzuchu.

Z westchnieniem odwróciłem się do brudnego tylnego okna, które kołysało się i podskakiwało w rytm ruchów pojazdu. Wieś już zniknęła, zakryły ją drzewa, podczas gdy wspinaliśmy się na wzniesienia przed najwyższym szczytem w tej części puszczy, górą Akka.

Za nami na wyboistej drodze klekotała przyczepa z quadem taty. Pojazd napinał łańcuchy, jakby był żywy i chciał się wyrwać na wolność. Ten stary, duży wszędołaz pokryty łuszczącą się zieloną farbą i błotem należał do nas chyba od czasu, kiedy się urodziłem, a ojciec wciąż go naprawiał albo próbował dostać do niego części, bo nie było nas stać na nowy.

Dalej z tyłu ciągnęła się kawalkada samochodów jadących za nami: zbieranina starych pordzewiałych pikapów i terenówek. Niektóre były zapakowane sprzętem i pokryte trzepoczącymi na wietrze plandekami, inne ciągnęły rozchwierutane przyczepy kempingowe. Patrzyłem na nie przez chwilę i poczułem się słabo na samą myśl o wszystkich jadących w nich mężczyznach: o tych mężczyznach, którzy jechali w góry, aby patrzeć, jak podejmuję Próbę, spodziewających się, że nie dam rady, bo nie byłem ani najsilniejszy, ani w niczym najlepszy.

Mama zawsze powtarzała, że rosnę powoli. Kiedy posiniaczony wracałem ze szkoły, robiła mi gorącą czekoladę i mówiła, że to tylko kwestia czasu, nim stanę się większy i silniejszy niż tacy jak Risto czy Broki, ale oni nigdy nie będą tak mądrzy jak ja. Tata uśmiechał się i potwierdzał.

- Większy, silniejszy i mądrzejszy - mawiał. - Pewnego dnia będziesz kimś więcej niż tylko łowcą.

Jednak po odejściu mamy rzadko się uśmiechał.

Na lewo od drogi wznosiły się skalne granie i bezkresne połacie sosen otaczające górę Akka. Bujny wiosenny las był tam gęsty, ciemny i pełen życia. Jednak teraz nie miałem ochoty myśleć o tym, co tam mieszka - niedźwiedzie potrafiące oderwać człowiekowi głowę jednym machnięciem łapy; zadziorne i wielkie niczym psy rosomaki, których zęby mogą zmiażdżyć kość. Mama opowiadała mi też historie o innych stworzeniach, choćby takich jak Ajatar, podobna do smoka Leśna Diablica, na którą wystarczyło spojrzeć, żeby człowiekowi zrobiło się słabo. Był też näkki, zamieszkujący bagna i jeziora różnokształtny potwór, który czekał, by zaciągnąć cię do wody i utopić. Oczywiście, wszystko to były bajki dla dzieci, ale uwielbiałem, kiedy siadała na brzegu mojego łóżka i opowiadała je przed pocałowaniem mnie w czoło i zgaszeniem światła. Znała mnóstwo takich opowieści.

- Myślisz o mamie. - Głos taty był cichy. - Zawsze widzę, kiedy o niej myślisz.

- Nic nie mów.

- Też mi jej brak. - Niemal szeptał, jakby nie chciał tego przyznać.

Po drugiej stronie drogi było urwisko opadające w pustkę. Gdyby tata skręcił zbyt mocno w tamtym kierunku, zsunęlibyśmy się z krawędzi i minęłoby dużo czasu, zanim spadlibyśmy na ziemię.

- Mam coś dla ciebie - powiedział nagle ojciec. Przechylając się i wciąż patrząc na drogę, otworzył schowek w desce rozdzielczej, a potem pogrzebał w środku. Czego tam nie było? Pomięte kartki, naboje do jego sztucera, stary nóż z kościaną rękojeścią, kawałki szpagatu i otwarta paczka papierosów. Jednak wyjął coś innego - pognieciony zwój papieru. Podał mi go, mówiąc:

- Proszę. Dla ciebie.

- Co to? - spytałem, wyciągając rękę i chwytając podarek drżącymi palcami.

Papier wyglądał na bardzo stary, bo miał żółtawy kolor. Był sztywny, pognieciony w kilku miejscach od leżenia w schowku i pachniał olejem.

Tata chwycił paczkę papierosów, wyciągnął jeden, po czym wrzucił ją z powrotem i zatrzasnął schowek. Kiedy zapalił papierosa i uchylił okno tylko na tyle, że powstała wąska szparka, wiatr zaczął nieść dym wprost na moją twarz. Odsunąłem się, żeby mnie nie sięgał.

- No już - powiedział tata. - Otwórz.

Przez chwilę się wahałem, potem wziąłem głęboki oddech, rozwinąłem papier i spojrzałem na stary rysunek.

- Mapa? - Rozpoznałem kilka zaznaczonych na niej miejsc. Widziałem drogę, na której byliśmy, i las ciągnący się na lewo od nas. A w wysokiej części pogórza, u stóp góry Akka, była Polana Czaszek - cel podróży. Na dole mapy znajdowała się nasza wieś.

- Jest tam czerwony krzyżyk - odezwał się tata.

Przesunąłem palcem po mapie, wyczuwając zagięcia i zgrubienia starego, sztywnego papieru.

- Taa. Co tu jest? - Trzymałem palec na czerwonym krzyżyku. Wyglądał, jakby całkiem niedawno zaznaczono go markerem.

- To nasza mała tajemnica - powiedział ojciec. - Miejsce, gdzie na pewno są jelenie. - Puścił kierownicę i szeroko rozłożył ramiona. - Mówię o dorodnych byczkach z takimi porożami.

- Tajny teren łowiecki? - Wpatrywałem się w czerwony krzyżyk, już wyczuwając tajemniczość tego miejsca. Pamiętałem, jak mama mówiła, że jeleń będzie moim zwierzęciem - że to jego dostanę od lasu.

- Otóż to. Więc podejdź blisko, zaczekaj do świtu, i cały czas stawaj pod wiatr.

- Dobra, tato. - Oderwałem wzrok od mapy, by spojrzeć na ojca. - Wiem, jak je wywoływać.

Jednak dostrzegłem jego reakcję. To, jak uniósł brwi i odwrócił spojrzenie, żeby wbić je w drogę.

- Tajny teren łowiecki jest na wielkim płaskowyżu blisko szczytu góry - powiedział. - Odpocznij i zacznij się wspinać na szczyt o świcie. Znajdziesz byka i przejdziesz Próbę.

Odpocznij. W ciemnościach. Sam w puszczy góry Akka przez całą noc. W ciągu ostatnich dwóch tygodni nie myślałem prawie o niczym innym. Widziałem to w snach, z których budziłem się w paskudnym lęku.

Przełknąłem ślinę i spróbowałem wmówić sobie, że jestem silny - dla siebie i dla taty. Było to ważne dla nas obu.

- Tato?

- Hm?

- Chcę, żebyś wiedział... Próba... Dam z siebie wszystko.

- Wiem.

Zerknąłem na mapę, potem ją zwinąłem i wsadziłem do kieszeni. Kiedy znów podniosłem wzrok, ojciec patrzył na mnie w lusterku.

- Ale nie wiesz, czy wszystko, co z siebie dam...

- Wszystko, na co cię stać, wystarczy. - Tata skinął z wymuszonym uśmiechem, ale obaj wiedzieliśmy jedno: mój ojciec był bohaterem, legendą, i w porównaniu z tym nic, co mogłem z siebie dać, choćbym nie wiem jak się starał, nie mogło być wiele warte.

Świat ściemniał się z każdym kolejnym pokonywanym zakrętem drogi prowadzącej ku coraz wyższym partiom pogórza. Po chwili wszędzie wokół eksplodowały brązy i zielenie, otoczyły nas sosny i świerki tak wysokie, że musiałem przyciskać twarz do brudnej szyby, żeby zobaczyć ich czubki. Świeży, słodki zapach wpadający przez okno taty przypominał mi o wczesnych rankach spędzanych w lesie. Przez cały ostatni miesiąc ojciec budził mnie co rano o wschodzie słońca i zabierał do lasu za domem, gdzie ćwiczyliśmy rozpalanie ogniska i budowę schronień. Kazał mi tropić zwierzynę, maskować się i wystrzeliwać ze swojego łuku strzałę po strzale w makietę jelenia. Jednak ani razu nie okazałem się dość silny, żeby do końca naciągnąć cięciwę tej broni, co martwiło tatę tak samo jak mnie.

Zgniótł niedopałek papierosa w popielniczce i zamknął okno.

- Prawie jesteśmy - rzucił.

Poczułem ściskanie w żołądku, ale zmusiłem się do kiwnięcia głową.

- Taa.

Przesunąłem się, by siedzieć za nim, i wyjąłem zdjęcie, które ukradłem z tablicy w Domku Myśliwskim. Miało wielkość pocztówki, było stare jak mapa, a przez jego środek biegło załamanie. Rozłożyłem je i spojrzałem na wizerunek ojca w dniu jego trzynastych urodzin. Z wielkim łukiem w jednej ręce, garbił się pod ciężarem głowy niedźwiedzia brunatnego, którą niósł na plecach. Nie wydawało mi się, żebym kiedykolwiek mógł być tak silny i odważny jak on.

- Jeszcze im pokażesz - powiedział tata, jakby czytał w moich myślach.

Złożyłem zdjęcie i wetknąłem je do kieszeni akurat wtedy, gdy on zerknął w lusterko.

- Mózg masz po mamie, Oskari. Jesteś mądry. O wiele mądrzejszy niż ja w twoim wieku. Są ważniejsze rzeczy od bycia największym i najsilniejszym, już ci to mówiłem.

A jednak nie przychodziło mi do głowy nic, co było bardziej użyteczne od bycia największym i najsilniejszym. Może bycie najodważniejszym. Albo posiadanie sztucera.

- Pamiętaj o mapie - powiedział tata. - Nie zgub jej.

Prowadziliśmy kawalkadę, więc jako pierwsi pokonaliśmy zbocza pogórza i dotarliśmy do Polany Czaszek u stóp góry Akka. Podskakując na wybojach, wjechaliśmy z klekotem na wielki, płaski i kamienisty teren, którego nigdy dotąd nie widziałem, choć słyszałem o nim od starszych chłopaków. Był niemal zupełnie otoczony przez gęsty las i strome skały, ale z naszej strony urywał się, otwierając przepaść, ponad którą widziałem gęste, skłębione chmury pokrywające odległe szczyty innych gór. Kamienie chrzęściły pod kołami, kiedy podjechaliśmy niemal na sam skraj urwiska, zawróciliśmy i stanęliśmy przodem do Polany Czaszek. Tata zgasił silnik.

Po przeciwnej stronie płaskowyżu od korony drzew oderwała się czarna chmura. Wzbiła się ku sinemu niebu, a potem rozpadła na co najmniej sto wron. Ptaki krążyły i fruwały w różnych kierunkach, aż wreszcie zawróciły i ponownie usiadły wśród drzew.

Kiedy mężczyźni z mojej wsi mówili o tym miejscu, wyrażali się tak, jakby to była święta ziemia. Jakby stanowiła część ich samych. A choć niektórzy z moich przyjaciół mi je opisali, a tata próbował mnie na to przygotować, zupełnie nie wyobrażałem sobie widoku, który miałem zobaczyć.

 

Próba

Na środku Polany Czaszek stał wielki podest zbudowany z sosnowych i brzozowych pni. Przypominał ogromną skrzynię, a przez szczeliny między poczerniałymi, wyschniętymi kłodami widziałem gładką powierzchnię szarych głazów, od środka wspierających budowlę.

Wyglądała, jakby istniała tam od zawsze, niczym szary ołtarz przygotowany na złożenie ofiary. Zastanawiałem się, ilu chłopców dotąd na nią wprowadzono, by oczekiwali tam na rozpoczęcie Próby. Ołtarz otaczał okrąg starych drewnianych żerdzi - wbitych w ziemię dużych sosnowych tyczek, grubych jak moje przedramię, wysokością sięgających moich ramion. Inne pale stały umieszczone bez ładu po całej okolicy. Każdy z nich wieńczyła czaszka. Niektóre były małe, należały pewnie do kuropatw, bażantów albo królików, ale tkwiły tam też inne, znacznie większe czerepy. Widziałem kilka należących do lisów i saren, a nawet ozdobioną rozłożystym porożem pozostałość po łbie wielkiego jelenia. Wznoszący się zaś wprost przed nami najwyższy sosnowy słup wieńczyła czaszka niedźwiedzia.

Pożółkły, pokiereszowany przez działanie wiatru i słońca czerep ogromnego drapieżnika tkwił na czubku pala z otwartym pyskiem, jakby wydawał z siebie przeraźliwy ryk. Jakby jeszcze teraz, tak długo po śmierci, zwierz wciąż wściekał się na to, co go spotkało.

Czaszka była co najmniej trzykrotnie większa od mojej, a olbrzymie zakrzywione zęby miały długość moich palców. Zęby tej wielkości mogą zmiażdżyć głowę dorosłego mężczyzny albo odgryźć mu ramię. Tak ogromny niedźwiedź złamałby ludzką kość z łatwością, z jaką ja łamię brzozową gałązkę.

Zadrżałem, gapiąc się na to niesamowite trofeum.

Puste oczodoły czaszki wpatrywały się we mnie.

- To ten twój? - przerwałem ciszę, wiercąc się na tylnym siedzeniu.

- Tak. - Tata skinął głową i położył dłoń na niedźwiedzim zębie zwisającym z rzemienia u jego szyi. - Ale trofeum to nie musi być niedźwiedź. Hamara wyszedł z lasu z sarną, nawet nie z jeleniem. A Daviemu udało się przynieść tylko parę kuropatw.

Ponownie spojrzałem w ciemne, puste oczodoły nieżyjącego od dawna drapieżnika, zastanawiając się, co las da mnie. Na co zasłużyłem?

Spomiędzy drzew za naszymi plecami zaczęły wyjeżdżać inne pojazdy, które chybotliwie przepychały się w stronę naszego samochodu. Uformowały półokrąg zwrócony przodem do centrum Polany Czaszek i pasażerowie zaczęli wysiadać. W ciągu kilku minut co najmniej dwudziestu mężczyzn zabrało się do roboty, jakby każdy z nich miał jakieś zadanie.

- Zaczekaj tu. - Ojciec nacisnął klamkę i wyszedł na polanę. Przez chwilę wnętrze naszego auta wypełniły dźwięki rozmów, ale tata zamknął drzwi i znów wszystko przycichło. Czułem się przez to inny od pozostałych ludzi. Jakbym nie był jednym z nich.

Ojciec zaciągnął czapkę i zapiął swoją zieloną kurtkę założoną na bluzę z kapturem, a potem poszedł wolnym krokiem do ostatniego z pojazdów. Była to stara, pordzewiała, rozlatująca się terenówka z małą przyczepą kempingową na holu. Hamara, właściciel, stał obok z kciukami wetkniętymi za pas i patrzył, jak inni mężczyźni zabierają się do roboty.

Hamara był największym człowiekiem, jakiego kiedykolwiek widziałem. Przewyższał tatę co najmniej o głowę, większą część jego pomarszczonej twarzy zakrywała kudłata siwa broda, a spod sfatygowanej czapki z czarnej wełny zwisały mu kudłate siwe włosy. Spod jego rozpiętej kurtki maskującej wyzierał brudny beżowy sweter opinający wypukłość brzucha. Na nogach miał wielkie gumiaki, a na ramieniu sztucer, który wyglądał na równie mocno nadgryziony zębem czasu jak jego właściciel.

Ojciec nie przepadał za Hamarą. Mawiał, że to gderliwy staruch, ale był on najważniejszym członkiem naszej wioskowej starszyzny i wszyscy musieli się z tym pogodzić.

Przez chwilę rozmawiali, potem obaj odwrócili się w moim kierunku. Widać było, że tata się denerwuje, bo podskubywał sobie skórę wokół lewego kciuka. Zawsze tak robił, jeśli coś go trapiło. Po raz pierwszy zauważyłem to w szpitalu, kiedy mama zachorowała. Wtedy zdarł sobie skórę aż do krwi. Ale chyba nawet tego nie zauważył.

Hamara przeszył mnie spojrzeniem swoich bladych oczu i zacisnął usta, a potem jeden raz skinął głową. Tata postał przez chwilę, a w końcu opuścił wzrok na swoje buty i wrócił do samochodu.

- No to idziemy - powiedział, otwierając drzwi. - Pomóż mi przy namiocie.

Zanim postawiliśmy namiot, Polanę Czaszek wypełniła krzątanina przygotowań. Jednak nikt nie śmiał się ani nie żartował. Panowała poważna atmosfera, ludzie rozmawiali ze sobą po cichu, podczas gdy Hamara co chwilę wydawał polecenia.

Tata poszedł pomóc Efrze rąbać wielkie sosnowe bierwiona i wrzucać je do ogniska płonącego wewnątrz kamiennego kręgu. Inni budowali szałasy albo przestawiali swoje przyczepy, albo zapalali pochodnie i wbijali je w ziemię, choć do zmroku zostało jeszcze kilka godzin.

Trwała już wiosna, ale znajdowaliśmy się tak wysoko i tak daleko na północy - za kołem podbiegunowym - że powietrze wciąż było zimne. Mężczyźni mieli na sobie po kilka swetrów i kurtek, przez co wyglądali na jeszcze większych niż zazwyczaj. Sprawiali wrażenie włochatych i paskudnych. Chociaż widywałem tych ludzi co dzień, miejsce to przyprawiało ich o jakąś niezwykłą dzikość, jakby dopiero wyszli z puszczy. Mieli strzelby zawieszone u ramion i noże przytroczone do pasów.

Przyjechali tam też inni chłopcy, wszyscy byli starsi ode mnie, ale niewiele. Jednak żaden z nich się nie odzywał. Nawet moi przyjaciele Jalmar i Onni tylko uśmiechali się i kiwali głowami, ilekroć natrafili na mój wzrok. Inni, tacy jak Risto i Broki, patrzyli w moją stronę, szeptali i przeciągali sobie palcami po szyjach.

Nałożyłem wełnianą czapkę i podszedłem do przyczepy, udając, że sprawdzam quada. Razem z tatą już go obejrzeliśmy przed wyjazdem, więc wiedziałem, że działa i że mój ekwipunek jest z tyłu, ale nie miałem pojęcia, co innego mógłbym zrobić w tym krótkim czasie, jaki mi pozostał. Wkrótce Hamara musiał mnie zawołać przed oblicza zgromadzonych i rozpocząć to, czego tak bardzo się bałem.

Jakby na potwierdzenie moich myśli powietrze przeszył nagły wystrzał. Gwałtowny, głośny dźwięk sprawił, że podskoczyłem i obejrzałem się w stronę podestu. Echo niosło się po Polanie Czaszek i rozbrzmiewało pośród gór, aż wreszcie zgasło.

Hamara stał na podwyższeniu ze sztucerem w prawej ręce i spoglądał na wszystkich z góry. Oparł kolbę o biodro, kierując lufę ku niebu. W lewej dłoni miał wielki myśliwski łuk. Teraz wyglądał na jeszcze większego, jakby był jakimś prehistorycznym leśnym zwierzęciem.

Wszyscy przerwali swoje zajęcia i spojrzeli na niego, a on wystrzelił po raz drugi. Nawet się nie poruszył, kiedy kolba kopnęła go w biodro.

Hamara odczekał, aż dźwięk drugiego wystrzału się rozejdzie, po czym wypowiedział jedno słowo:

- Oskari!

Serce na moment przestało mi bić, moje wnętrzności się skurczyły.

Przy ognisku tata rzucił ostatnie polano w płomienie i ruszył biegiem w moją stronę, wskazując na quada.

Wszyscy inni skierowali się ku podestowi.

- Uważaj na niedźwiedzie - rzucił Davi, kiedy przechodził obok, i mocno klepnął mnie w ramię. Był to ojciec Brokiego i nienawidziłem go równie mocno jak jego syna. Klepnięcie wytrąciło mnie z równowagi, przez co musiałem podeprzeć się rękami o quada, żeby nie upaść. Gdy się odwróciłem, zobaczyłem, że tata stoi przed tym facetem z siekierą w ręce.

- O co chodzi? - Davi rozkładał ramiona. - Tylko życzyłem mu szczęścia. I tyle.

Ojciec podszedł jeszcze bliżej i obaj stali teraz nos w nos, mierząc się wzrokiem. Jego pięść zaciskała się na stylisku siekiery tak mocno, że knykcie zrobiły mu się białe.

- Nic mi nie jest, tato - powiedziałem, wycierając dłonie w spodnie. - Naprawdę.

Ojciec wciąż wpatrywał się w Daviego, a jego oddech stał się ciężki.

- Słyszałeś, co powiedział - przekonywał Davi, cofając się. - Nic mu nie jest.

Tata zacisnął szczękę i pokręcił głową. Przez chwilę myślałem, że go uderzy, ale potem rozległ się kolejny wystrzał, a Hamara zakrzyknął po raz wtóry:

- Oskari.

- Dobrze jest, kiedy wszyscy trochę poczekają - powiedział Davi, uśmiechając się znacząco.

Ojciec przełknął złość i minął go, by do mnie podejść.

- Dobra, synu, zdejmijmy go z przyczepy.

Odczepił tylną klapę, zerkając na Daviego, który dołączył do ludzi zebranych przy podeście.

- Nie przejmuj się - rzekł. - On jest nikim.

"Ja też" - pomyślałem, wchodząc na quada i sadowiąc się na jego skrzypiącym siedzeniu. Siadając tam, czułem, że jestem mały i przestraszony. Wyobrażałem sobie, jak po prostu stamtąd odjeżdżam i zostawiam to wszystko.

- Dalej, Oskari, pospiesz się. Wszyscy czekają. I pamiętaj, żeby wszystko robić dokładnie tak, jak ci mówiłem.

- Tak, tato. - Włączyłem silnik i dodałem gazu, a potem zacząłem powoli zjeżdżać tyłem z przyczepy.

- Szybciej.

Dodałem nieco więcej gazu, wszędołaz szarpnął i stoczył się w dół metalowej rampy. Na chwilę straciłem kontrolę i zjechałem z przyczepy tak szybko, że koła zatonęły w rozmiękczonej przez deszcz ziemi i obracały się, pryskając w tył ciemnymi strugami błota. Dodałem jeszcze więcej gazu, żeby się wydostać, ale zyskałem tylko tyle, że koła zaczęły buksować szybciej i zakopywać się głębiej przy wtórze wycia silnika.

- Boże wszechmogący, Oskari! - Ojciec przechylił się, żeby wyłączyć silnik. - Ile razy mam... - Przerwał i zamknął oczy, biorąc głęboki oddech. Kiedy znów podniósł powieki, spojrzał na mnie. - Ile razy mam ci powtarzać? Jeżeli nadmiernie obciążysz silnik, to go uszkodzisz. A jeśli go uszkodzisz, to nie będziemy mieli quada. Nie naprawimy zajechanego silnika, a na nowy quad nas nie stać. Uważaj na niego, Oskari. Dbaj o niego.

- Przepraszam - powiedziałem, schodząc z pojazdu.

Tata westchnął.

- Nie ma sprawy. Tylko... tylko pokaż im, na co cię stać. - Zdobył się na półuśmiech, chwycił za kierownicę i razem ze mną zaczął wypychać wszędołaz z błota.

Gdy skończyliśmy, rozejrzałem się po polanie. Wydawało się, że zatknięte na palach czaszki mnie obserwują.

"Nie uda ci się - szeptały ich martwe głosy. - Nie uda ci się".

Pochodnie płonące wokół podestu migotały na wietrze. Hamara wciąż na nim stał ze sztucerem przy biodrze i łukiem w ręku, jakby czekał, aż zostanie mu złożona ofiara. Wszyscy inni mężczyźni i chłopacy odwrócili się, by patrzeć na to, co robię z ojcem. Niektórzy śmiali się, kiedy ponownie siadłem na quadzie, ale zacisnąłem zęby i nie zwracałem na nich uwagi. Jadąc ku podestowi z chrzęstem toczących się na kamieniach kół, próbowałem wyobrazić sobie, że tamci w ogóle nie istnieją.

- Hej, Oskari! - krzyknął Risto. - Może uda ci się znaleźć trochę żurawiny przy bagnie.

- A jak ci się nie uda, to przynieś ociupinę łosiego łajna - krzyknął Broki, a inni nagrodzili go za to pomrukiem przytłumionej wesołości.

- Jest mnóstwo zajęczych bobków! - dorzucił ktoś inny.

Patrzyłem przed siebie i udawałem, że nic nie słyszę. Próbowałem powiedzieć sobie, że jeszcze im pokażę. Próbowałem powiedzieć sobie, że mam w kieszeni mapę z tajnym terenem łowieckim taty i że wszyscy będą musieli odszczekać swoje docinki, kiedy wrócę z największym samcem jelenia, jakiego widzieli w życiu. Jednak jakoś nie czułem, że jestem odważniejszy ani silniejszy.

Bliżej podestu dostrzegłem, że drewniana rama nie była wypełniona samymi szarymi kamieniami. Wewnątrz były też czaszki - tak jak powiedzieli mi Jalmar i Onni. Leżały ich tam setki, jeśli nie tysiące, a większość była tak brązowożółta, że wyglądały, jakby znajdowały się tam od wieków. Wszystkie te ostre, połamane zęby i puste oczodoły otoczone migoczącymi pochodniami sprawiały, że w tym miejscu wyczuwało się śmierć.

Kiedy byłem tuż przed nimi, zatrzymałem się i wyłączyłem silnik, bojąc się tego, co miało nadejść. Siedziałem przez chwilę, a potem zsiadłem z quada. Zastanawiając się, jak wiele czaszek na mnie patrzy, wszedłem po rozchwierutanej drewnianej drabinie, by stanąć na podeście obok Hamary.

Skierowałem wzrok na poważne twarze mężczyzn pode mną, prawie nikogo nie poznając, bo nie potrafiłem się na niczym skoncentrować. Migotało mi przed oczami. Serce waliło jak szalone.

Bum. Bum. Bum.

Żołądek wydawał się ciężki i mdliło mnie tak samo jak wtedy, kiedy zjadłem coś zepsutego i całą noc wymiotowałem.

Wreszcie dostrzegłem mojego przyjaciela Jalmara, który podniósł kciuk na znak, że dobrze pójdzie. Zaraz potem zobaczyłem tatę, który zachęcająco kiwnął głową, odwróciłem się więc do Hamary.

Ten nieco opuścił wzrok i przeszył mnie spojrzeniem tych swoich zimnych oczu. Dość długo wydawało się, że nic nie zrobi ani nie powie, ale w końcu uniósł lewą rękę, by podać mi tradycyjny myśliwski łuk.

Głośno przełknąłem ślinę i wyciągnąłem rękę, żeby go wziąć, ale Hamara nie puszczał. Spojrzałem na łuk, a potem na mężczyznę i pociągnąłem mocniej. Starzec zmrużył oczy i zwolnił chwyt.

Po tłumie przebiegł pomruk. Ktoś bąknął coś pod nosem, wywołując salwę śmiechu.

Był nawet większy od łuku taty. Jego długość prawie dorównywała mojemu wzrostowi, więc kiedy oparłem dolny koniec broni o podest pod moimi nogami, górny sięgał mi do brody. Drewno było ciężkie i zimne, ale uchwyt zachował ciepło dłoni Hamary. Dostałem do rąk tradycyjny łuk myśliwski naszej wsi, zwykle trzymany w Domku Myśliwskim i używany tylko podczas Próby. Pochodził z dawnych czasów; właśnie za jego pomocą każdy chłopak dowodził swej wartości. Ludzie z naszej wsi przez ponad sto lat polowali z nim, by stać się mężczyznami. Mój tata zastrzelił z tego łuku niedźwiedzia.

Teraz nadeszła pora, żebym to ja pokazał, co potrafię.

Po to były wszystkie te godziny ćwiczeń. Wszystkie te dni, gdy ramiona i palce bolały mnie od strzelania z coraz większych i silniejszych łuków, miały przygotować mnie na tę właśnie chwilę.

"Nie denerwuj się - mówiłem sobie. - Nie denerwuj się".

Na chwilę zamknąłem oczy, a potem odwróciłem się do tłumu i przyjąłem postawę, w której lepiej mogłem wykorzystać swoją siłę, tak jak nauczył mnie tata. Mocno trzymałem łuk w lewej ręce i wziąłem głęboki wdech, unosząc broń, zginając palce prawej dłoni wokół plecionej cięciwy, i zacząłem ją naciągać.

Łuk skrzypiał i wyginał się, ulegając mojej sile.

Lewe ramię miałem sztywno wyprostowane, prawe zginałem, ciągnąc cięciwę coraz dalej i dalej.

Nie było to tak trudne, jak sądziłem. Wszystkie te godziny spędzone na trenowaniu się opłaciły. Udawało mi się. Już wiedziałem, że pokażę im wszystkim, co potrafię. Naciągnę łuk do końca i...

W odległości dwóch palców od mojego nosa łuk zesztywniał, jakby robił mi na złość. Cięciwa nie chciała iść dalej. Zacisnąłem zęby i wycisnąłem z siebie całą siłę, ale dalej nie dało się pociągnąć. Poczułem, że palą mnie ręce. Pieczenie najpierw pojawiło się w przedramionach, a potem ruszyło w górę, opanowując barki. Łuk zaczął drżeć. Ogarnęło mnie przerażenie. Straciłem wiarę. Nie potrafiłem naciągnąć łuku. Nie byłem dość silny.

Zerknąłem na dół i zauważyłem patrzącego na mnie tatę. Dotykał niedźwiedziego zęba, który wisiał mu u szyi, a na jego twarzy malował się wyraz czegoś pośredniego między zawstydzeniem i litością. To dodało mi sił. Wiedziałem, że nie mogę zawieść taty. Że jeszcze im wszystkim pokażę.

Ostatnim wysiłkiem zdołałem naciągnąć łuk jeszcze o cal, tak że cięciwa dotykała mojego nosa... ale już nie dalej. A to nie wystarczyło. Musiałem dotknąć policzka. Cięciwa miała dotknąć mojego policzka.

Wiedziałem już, że mi się nie udało.

Łzy popłynęły mi z oczu. Nie mogłem dłużej utrzymać łuku. Mięśnie wciąż straszliwie mnie piekły, drżały mi ramiona. Tata ze wstydem spuścił głowę.

Zwolniłem cięciwę i stałem z łukiem przy boku.

Niektórzy z chłopaków w tłumie zaśmiali się cicho, ale mężczyźni tylko wiercili się z zażenowaniem. To było najgorsze, co mogło się zdarzyć: nie miałem nawet dość siły, by naciągnąć łuk, więc jak mogłem przetrwać w lesie? I co las mógł dać chłopcu, który nie potrafił naciągnąć tradycyjnego łuku?

Hamara zdjął czapkę i ugniatał ją w zaciśniętej pięści, patrząc na mnie. Jeden raz pokręcił głową, potem się odwrócił, żeby powieść wzrokiem po tłumie. Patrzył na każdego po kolei, aż wreszcie jego spojrzenie spoczęło na oczach taty. Starzec patrzył na niego przez chwilę, aż w końcu wystawił rękę i przywołał go gestem.

Ojciec wszedł na podest. Siffonen i Rysty, dwaj pozostali członkowie naszej starszyzny, zrobili to samo. Obaj, tak jak Hamara, mieli pobrużdżone przez wiatr, ogorzałe twarze, gęste szare brody i worki pod oczami. Podeszli do starca, nie patrząc w moją stronę - jakby w ogóle mnie tam nie było.

- Co powinniśmy zrobić? - spytał Hamara. - Po raz pierwszy ktoś nie potrafił naciągnąć łuku.

- Chłopak wraca do domu. - Głos Rysty'ego był szorstki od wieloletniego palenia papierosów, a jego brodę znaczyły żółte plamy po tytoniu.

- Nie ma mowy - odparł tata, stojąc nieruchomo. - Musi to zrobić.

- Były wyjątki. - Hamara opuścił wzrok i przebiegł dłonią po głowie. - Chłopak Kuusista nie przeszedł przez Próbę.

- Siedział na wózku inwalidzkim - odrzekł ojciec. - Nawet nie próbował naciągnąć łuku. To nie to samo.

Starzec zmarszczył czoło.

- Może tak będzie lepiej. Nie jest dostatecznie silny. Jeśli pójdzie do domu, przynajmniej nie będzie płakał na oczach całej wsi.

- Oskari nie płacze - oznajmił tata. - A wysyłanie go do domu nie oszczędzi mu wstydu.

- Ani tobie. - Hamara uniósł wzrok i spojrzał tacie w oczy.

Ojciec wyglądał, jakby chciał go uderzyć.

- On nie wraca do domu - odparł. - Musicie dać mu szansę. Ćwiczyliśmy, ile się dało. I nie zapominaj, kto go uczył. Kiedy byłem w jego wieku, wyszedłem z lasu z niedźwiedziem.

- On nie jest tobą.

- Jest moim synem.

Mężczyźni na chwilę zamilkli, a potem odwrócili się w moją stronę.

Wytarłem nos rękawem i się wyprostowałem.

Hamara znów pokręcił głową i westchnął ciężko.

- Nie będę jutro go szukał, jeśli się zgubi.

- Nie zgubi się - zaoponował tata. - Potrafi myśleć. Wygłoś przemowę i wyślij go w drogę.

Przez chwilę Hamara nadal mi się przyglądał, a następnie spojrzał na Siffonena i Rysty'ego, którzy wzruszyli ramionami. Starzec skinął głową i ponownie włożył czapkę na głowę.

- No i słusznie. Tradycja to tradycja.

Tata splunął sobie w dłoń i podał ją Hamarze. Ten się zawahał. Przez chwilę wydawało mi się, że zmieni zdanie, lecz po chwili on też splunął w dłoń, a potem obaj jeden raz uścisnęli sobie ręce. Robili to tak, jakby próbowali połamać sobie kości.

Kiedy skończyli, ojciec na chwilę chwycił mnie za ramię, a potem zszedł z podwyższenia i dołączył do pozostałych. Siffonen i Rysty poszli tuż za nim, ponownie pozostawiając mnie sam na sam z Hamarą. Tłum robił się niespokojny, co chwilę dobiegały z niego przytłumione rozmowy.

- Ludzie! - krzyknął Hamara, zaprowadzając tym samym porządek. - W żyłach tego chłopca płynie krew myśliwych. Stoi tutaj tak, jak stał tu kiedyś każdy z was. Gotów strzec naszych tradycji. Ma jedną noc i jeden dzień, by przekonać się, jakim jest człowiekiem. - Zerknął na mnie i odchrząknął. - Jutro przyniesie nam to, co las uzna za warty go dar.

- Łosie łajno - ktoś szepnął, na co starzec przerwał i patrząc spode łba, zlustrował tłum.

- Las jest surowym sędzią - ciągnął, podnosząc głos. - Każdy dostaje odeń to, na co zasłużył. Musimy umieć słuchać i zażarcie walczyć o zdobycz.

Hamara stał prosto i z dumą uniósł pierś.

- Czynimy tak od stuleci i będziemy tak czynić w stuleciach, które nadejdą. Nic nie jest nam dane za darmo. - Przerwał, by ponownie obrzucić spojrzeniem zgromadzonych. - W puszczę wyrusza chłopiec, lecz powróci z niej mężczyzna.

Położył mi dłoń na ramieniu i powiedział:

- A na co ty zasługujesz? - Jednocześnie popatrzył mi prosto w oczy i podał kołczan pełen strzał. Nie czekając na odpowiedź, ponownie uniósł sztucer i wystrzelił w powietrze.

W tym momencie Polanę Czaszek wypełnił huk wystrzałów, bo każdy ze zgromadzonych mężczyzn unosił własną broń i pociągał za spust.

Stojący poniżej tata skinął ku mnie z największą powagą. Zszedłem z podwyższenia i nie patrząc na nikogo innego, wsiadłem na wszędołaz. Teraz chciałem tylko się stąd wyrwać. Chciałem zostawić ich wszystkich. Już nie bałem się samotnie iść do puszczy. Nie mogłem się doczekać chwili, kiedy tam będę.

Jednak gdy przekręciłem kluczyk, nic się nie stało. Głośno przełknąłem ślinę i znów spróbowałem. Wciąż bez rezultatu. Miałem wrażenie, że wszystko sprzysięgło się przeciw mnie. Nawet ten quad próbował...

Silnik ryknął, a ja dodałem mnóstwo gazu. Po raz ostatni spojrzałem na tatę, a potem wrzuciłem bieg i odjechałem z Polany Czaszek ku puszczom góry Akka.

Moja Próba się rozpoczęła.