Mimo swoich lat SS-Brigadeführer Karl Maria Wiligut, mag i okultysta, a także naczelnik Wydziału Prehistorii i Wczesnej Historii Głównego Urzędu Rasy i Osiedlenia, wyjątkowo dziarsko zmierzał w stronę głównego wejścia do zamku. Tego dnia gmach wydał mu się niezwykle głośny, jakby nagle wszystkie duchy nieżyjących już jego mieszkańców na czele z Henrykiem I Ptasznikiem powstawały z grobów. Za każdym razem, kiedy przyjeżdżał do Wewelsburga, czuł niemal fizyczną obecność króla Franków Wschodnich, który ten zamek przed wiekami pobudował. Od trzech lat za poradą Wiliguta zarządzał nim Reichsführer SS Heinrich Himmler, będący inkarnacją tego wybitnego średniowiecznego władcy z dynastii Ludolfingów. Tak przynajmniej sam twierdził, a Wiligut nie miał żadnych podstaw, by szefowi SS nie wierzyć. Przecież w jego z kolei ciele odrodziła się dusza Weisthora, legendarnego króla, kapłana i maga, obdarzając przy tym Karla Marię nie tylko pamięcią przodków, lecz także zdolnością jasnowidzenia i telepatii. Z tego też powodu, wstępując do SS, przyjął pseudonim "Weisthor".
Teraz przybył do Wewelsburga, by przekazać Himmlerowi pewne niezwykle ważne informacje. Zanim zapukał do drzwi gabinetu Reichsführera, obciągnął poły czarnego munduru, ozdobionego licznymi naszywkami odwołującymi się do run i legend, z czarną swastyką na rękawie. Zdjął z głowy czapkę i dłonią przygładził już nie tak gęste jak przed laty i na dodatek szpakowate włosy.
Himmlera zastał siedzącego za biurkiem, na którym piętrzyły się liczne dokumenty. Jeden z nich trzymał w ręce i pilnie wpatrywał się w treść. Z uwagi na szkła krótkowidza, jego oczy wydawały się znacznie mniejsze, niż były w rzeczywistości. Jak zawsze włosy miał bardzo krótko ostrzyżone, a na karku i nad uszami starannie wygolone. Ubrany był w czarny mundur, a pas z bronią i koalicyjkę przewiesił przez poręcz krzesła. Wiligutowi nagle przyszło na myśl, że dygnitarz w niczym nie przypomina Henryka I Ptasznika, którego pomnik miał okazję oglądać na miśnieńskim rynku. Również obrazy przedstawiały władcę jako mężczyznę postawnego o władczych rysach. Himmler zaś był niezbyt wysoki, szczupły i jakiś niepozorny, żeby nie powiedzieć cherlawy, czego SS-Brigadeführer o sobie nie mógł powiedzieć. Był bowiem mężczyzną postawnym, a z wiekiem jeszcze bardziej nabrał ciała, zwłaszcza w pasie. I choć liczył sobie o wiele więcej lat niż Himmler, szkła zakładał tylko do czytania. Wiligut miał też za sobą służbę wojskową, i to podczas Wielkiej Wojny, szefa SS natomiast do armii przyjąć nie chcieli.
- Dobrze, że już pan jest, doktorze - ucieszył się Reichsführer SS i wstając zza biurka, nerwowym ruchem przygładził utrwalone brylantyną włosy. Gdy jej nie używał, zawsze kilka kosmyków sterczało mu na czubku głowy na kształt koguciego ogonka. - Proszę spocząć. - Wskazał przybyłemu obity ciemnobrązową skórą klubowy fotel, stojący w towarzystwie trzech pozostałych, rozdzielonych okrągłym mahoniowym stolikiem. - Napije się pan czegoś mocniejszego?
- Z przyjemnością - pośpieszył z odpowiedzią Wiligut, zagłębiając się w fotelu. Od rana nie miał w ustach kropli alkoholu, bo cały zapas zdążył wypić, zanim wyjechał z Berlina. - Łyk koniaku dobrze mi zrobi, bo podróż miałem wyczerpującą - wyjaśnił dla porządku, wpatrując się jak sroka w gnat w pękatą butelkę, którą z bogato wyposażonego barku wyjął Himmler i zmierzał z nią do stolika.
- Zdrowie Hitlera! - Szef SS wzniósł toast, gdy napełnił kieliszki bursztynowym płynem. Jeszcze dziesięć lat temu nie tylko nie było go stać nawet na pośledni koniak, ale bywało, że nie miał na chleb, mieszkanie zaś zapewniała mu uliczna prostytutka. Gdy przymknął powieki, by wlać do gardła odrobinę alkoholu, ujrzał pod powiekami jej ciało leżące w kałuży krwi. Aż się wzdrygnął na samo wspomnienie nędzy, w jakiej wtedy żył. Swój życiowy awans i zawrotną karierę zawdzięczał Hitlerowi.
- Pańskie zdrowie, Reichsführer! - rzekł "Weisthor", unosząc kieliszek. On z kolei wszystko zawdzięczał Himmlerowi, choć był Austriakiem jak Hitler. Rozwijającą się na polu okultyzmu karierę Wiliguta brutalnie przerwała żona, zamykając go na kilka lat w szpitalu psychiatrycznym. Kiedy go wypuścili, uciekł do Niemiec, gdzie trafił przed oblicze Himmlera. Ten natychmiast docenił jego nadprzyrodzone zdolności i wiedzę okultystyczną. W krótkim czasie Karl Maria stał się nie tylko doradcą szefa SS, lecz także jego przewodnikiem duchowym.
- Musimy przyśpieszyć nasz projekt wysłania ekspedycji do Tybetu. - Himmler od razu przeszedł do rzeczy. - Rosjanie już wiedzą o naszych planach. Wszędzie mają swoich szpiegów, nawet w Berlinie. Pod płaszczykiem towarzystwa buddyjskiego o nazwie Stowarzyszenie Zielonych Ludzi działała komórka szpiegowska i udało im się zwerbować jednego z naszych. Ten na szczęście doniósł na gestapo. Proszę, niech pan zobaczy... - Wręczył jasnowidzowi otrzymane poprzedniego dnia pismo.
Wiligut, tytułowany na wyrost i w zasadzie bezprawnie doktorem, nałożył na nos okulary i zagłębił się w czytaniu. Z pisma wynikało, że w Związku Radzieckim od dłuższego czasu działa zespół, w którego skład wchodzi Aleksander Barczenko oraz Gleb Bokij, wysoko postawiony w szeregach OGPU oficer. Przedmiotem ich zainteresowania jest podziemna kraina Szambala. A to oznaczało, że weszli w paradę Himmlerowi i jego ludziom działającym w organizacji badawczej Ahnenerbe, a zmierzającym do odszukania aryjskich przodków, jakoby zamieszkujących w tym podziemnym państwie. Jak twierdzili niektórzy, w tym Wiligut, grupa kapłanów ocalałych z kataklizmu Atlantydy podporządkowała sobie tysiące riszich, jak zwano indyjskich magów. Dysponowali oni nie tylko starożytną boską technologią, ale przede wszystkim super mocami psychicznymi. A te Himmler zapragnął wykorzystać do stworzenia aryjskiej rasy nadludzi. Jego zainteresowanie budziły też pogłoski o trwających w laboratoriach Szambali pracach nad superbronią, która miała przynieść zagładę przeciwnikom.
Planowana przez III Rzeszę wyprawa do Tybetu miała na celu odszukać wrota prowadzące do tej podziemnej krainy. A te znajdowały się w Lhasie, jak zgodnie twierdzili Wiligut oraz Günther Kirchhoff, badacz od jakiegoś czasu rezydujący w Wewelsburgu, zajmujący się pradziejami Germanów i utrzymujący stały kontakt, jak twierdził, z duchami przodków za pomocą wibracji z pobliskiej puszczy schwarzwaldzkiej.
- Tego Barczenkę to ja znam... - zaczął konfidencjonalnie "Weisthor", odkładając urzędowe pismo na blat stolika. - Oczywiście nie osobiście, lecz że tak powiem, korespondencyjnie, jeszcze z czasów sprzed Wielkiej Wojny. To wszechstronnie wykształcony człowiek. Już wówczas był znanym w Rosji hipnotyzerem i okultystą, a nawet założył jakieś bractwo skupiające wyznawców teorii głoszonych przez madame Helenę Bławatską, rosyjską arystokratkę obdarzoną pozazmysłowymi zdolnościami, znawczynię nauk Kalaczakry, uznawanej za najbardziej zaawansowaną tantrę w buddyzmie. W Tajemnej doktrynie, przedstawiającej nauki, które otrzymała ponoć drogą telepatyczną od mistrzów w Tybecie, Bławatska umiejscawia Szambalę w Mongolii - ciągnął tak podekscytowany tematem, że nawet nie poczuł pieczenia policzków. - Byli też tacy, którzy wręcz uważali to babsko za posłanniczkę Białego Bractwa z Szambali. Do zwolenników tych teorii należał również badacz, pisarz i malarz Mikołaj Roerich oraz jego żona, jasnowidząca mistyczka. W swoich książkach Roerich wyraźnie pisze o królestwie Szambali, gdzie włada Rigden-Jyepo, bacznie przyglądający się ludzkości, a jego oczy nigdy się nie zamykają i gotów jest nieść pomoc ludziom tego godnym. Mało tego... - Wiligut przepłukał gardło koniakiem - Roerich wskazuje na związki Szambali z Aghartą, do której można się dostać za pomocą tuneli znajdujących się pod Himalajami. Jakiś czas temu Roericha i jego małżonkę poznałem osobiście. Mieli już wówczas za sobą, nieudaną zresztą, wyprawę do Tybetu. I co ciekawe, sfinansował ją właśnie Związek Sowiecki za namową owego Gleba Bokija.
- Taaak, to daje do myślenia... - mruknął Himmler, nieco skołowany mnogością egzotycznych teorii. - Czyżby zostali zwerbowani przez Stalina? - podsunął bardziej przyziemne rozwiązanie.
- Tego bym nie wykluczał - przytaknął Wiligut. - Być może właśnie dlatego, że Roerich miał krytyczny stosunek do Dalajlamy, i opowiadał się za wywołaniem rebelii Czerwonych Czapek przeciwko panującej doktrynie Gelugpa, czyli Żółtych Czapek, nie wpuszczono ich do Tybetu. Niewiele brakowało, by z wyczerpania, zimna i głodu przypłacili wyprawę życiem.
- Czy zatem można wierzyć ich zapewnieniom, że to właśnie w Tybecie znajdują się wrota do Szambali? - upewnił się szef SS, z trudem nadążając za teoriami przedstawianymi przez jasnowidza. - Może jednak oni mają co innego na myśli. Odkrycia Hermana Wirtha w Karelii, a zwłaszcza odnaleziony tam magmatyczny cokół, zdają się potwierdzać jego koncepcję, że właśnie tam znajduje się Królestwo Thule.
- Owszem - przyznał kwaśno Brigadeführer SS, nie mając zamiaru negować wprost koncepcji geografa, a nade wszystko szefa Ahnenerbe. - Ale te tereny już wielokrotnie badał Aleksander Barczenko i żadnego wejścia nie znalazł, bo ono znajduje się w Tybecie - zdecydował się dopowiedzieć.
- Nie uważa pan, że mnogość koncepcji o tej podziemnej krainie tylko poświadcza, że głoszona przez amerykańskich i żydowskich naukowców teoria, jakoby Ziemia była w środku pełna i na dodatek gorąca, jest z gruntu fałszywa i ma na celu jedynie wprowadzić nas, Niemców, w błąd?
- Ma pan całkowitą słuszność - przytaknął ochoczo Wilgut. - Według mojej wiedzy wewnątrz Ziemi istnieje olbrzymia sieć tuneli i kanałów, którymi to Miasto-Świątynia połączone jest z innymi kontynentami - ciągnął coraz bardziej zaaferowany, aż mu krople potu zrosiły czoło. - To tam, dzięki potężnej sile Vril, uciekinierzy z Atlantydy zdołali przetrwać późniejsze kataklizmy i to tam rozwinęli swoją wysoką technologię...
- Ufam, że nasza ekspedycja do Tybetu nie tylko ponad wszelką wątpliwość udowodni tę tezę, lecz że zdoła również nawiązać kontakt z mieszkańcami Szambali - rzekł Himmler, a widząc, jak jego duchowy przewodnik wymownie zerka na swój pusty kieliszek, dolał mu koniaku.
- Ja właśnie w tej sprawie przyjechałem - rzekł szeptem Wiligut i podejrzliwie zerknął na boki.
- W tym miejscu, doktorze, może pan mówić śmiało - zapewnił Reichsführer SS, nie kryjąc satysfakcji, że wprowadzone przez niego metody selekcji personelu okazały się skuteczne. On był mistrzem selekcji. Już wkrótce miał nadejść czas, kiedy doprowadzi ją do perfekcji.
- Otóż musi pan wiedzieć, że Rosja jeszcze za cara interesowała się Szambalą - zaczął tajemniczo "Weisthor", sięgając po alkohol. - Bodajże w tysiąc dziewięćset czwartym roku carska ochrana wysłała z misją specjalną do Tuwy, wówczas należącej do Chin, niejakiego Feliksa Kona, późniejszego bolszewika, w celu zbadania pewnej jaskini, do której pielgrzymowali buddyści, a która nosiła nazwę Wrota Agarthy. Ale widać nic nie znaleźli, bo do sprawy jakiś czas później wrócił wielki książę Michał Aleksandrowicz Romanow. Już wówczas wszedł on w posiadanie jakichś map i dokumentów opisujących Szambalę oraz jej cywilizację. Car jednak projekt ekspedycji do Tybetu odrzucił, być może pod wpływem Rasputina. Mimo to w ścisłej tajemnicy został wysłany tajny agent, baron Ungern von Sternberg...
- Niemiec? - zdziwił się Himmler.
- Niemiec, i to ze znamienitego rodu Niemców bałtyckich - przytaknął specjalista od magii i pociągnął spory łyk z kieliszka. - Oni od wieków służyli carom Rosji. Ungern ze swoją dywizją zdołał wyprzeć z Mongolii Chińczyków, a władcą kraju uczynił duchowego przywódcę lamaizmu mongolskiego Ósmego Dżebcundambę Chutugtu z tytułem Bogd Chana, będącego wcieleniem poprzednika. A musi pan wiedzieć, Reichsführer, że zgodnie z tradycją każdego odnajdywano wyłącznie w Tybecie, a to mówi samo za siebie. - Spojrzał wymownie na nazistowskiego dygnitarza, wsłuchującego się w jego słowa z uwagą. - W podzięce ów Dżebcundamba, uważany za świętego władcę, czyli bogd gegeena, uczynił Ungerna chanem. Podarował mu także pewną księgę, zawierającą mądrości przekazane przez Buddę królowi Szambali. Jedną z tych, które guru Rinpocze ukrył dla przyszłych pokoleń. Po tybetańsku noszą one nazwę terma, co znaczy skarb, i właśnie w posiadanie tej zawierającej formułę-klucz do run oraz instrukcję, jak używać strasznej siły Vril, wszedł ów generał Ungern.
- Istotnie, brzmi interesująco - przyznał Himmler, czując mrówki na plecach. - Gdzie obecnie znajduje się ta księga? - spytał z nadzieją, że jego duchowy przewodnik taką wiedzę posiada.
- I to jest właśnie ta cenna wiadomość, z którą do pana przyjechałem - pochwalił się Wiligut. - Jak pan wie, zostałem obdarzony jasnowidzącą pamięcią przodków, a to pozwala mi znać ich dzieje i doświadczenia na przestrzeni tysięcy lat. Okazuje się, że jestem z owym Ungernem spokrewniony. Wystarczyło, aby nasz nieoceniony Wilhelm Wulff wprowadził mnie w trans, a zaraz nawiązałem z baronem kontakt. Bo musi pan wiedzieć, Reichsführer, że został on schwytany przez bolszewików i rozstrzelany. Kiedy wieść ta dotarła do Tybetu, został przez Dalajlamę pośmiertnie uznany za inkarnację Mahakali...
- A ten Mahakala to kto? - wtrącił Himmler nieco przytłoczony mnogością obcych, a nade wszystko egzotycznych nazw.
- W sanskrycie oznacza Czarnego Węża - pośpiesznie wyjaśnił Wiligut, oblizując wysuszone usta. - Ten posiadający sześć ramion demon uważany jest w buddyzmie tybetańskim za najpotężniejszego Strażnika Dharmy i jest jednym z trzech korzeni buddyzmu Wadżrajany... - Przerwał, widząc, że szef SS zaczyna się gubić w zawiłościach lamaizmu. - Otóż duch barona Ungerna - wrócił do meritum sprawy - przekazał mi informację, gdzie ta niezwykle cenna księga została ukryta, by nie wpadła w łapy czerwonych...
- Niechże pan mówi, gdzie ją ukrył? - ponaglił go schrypniętym głosem Himmler i poluzował krawat pod szyją. Za każdym razem, gdy mag i jasnowidz dzielił się z nim swoją wiedzą, Reichsführerowi SS po plecach przechodziły ciarki.
- W stepie. Jakieś osiemdziesiąt kilometrów przed Tamsagbułag, na drodze do Hajłaru. W niewielkiej rozpadlinie nieopodal wzgórza o nazwie Cagaan Tołgoi, czyli po naszemu Biała Głowa.
Na twarzy Himmlera pojawił się wyraz głębokiego zawodu, a ogromna nadzieja związana z księgą zgasła niczym płomień świecy zdmuchnięty przez oszczędną niemiecką gospodynię.
- Nie wiem, czy pan zdaje sobie sprawę z rozległości mongolskich stepów i mnogości występujących w tym kraju wzgórz - prychnął zawiedziony. - Szukanie czegoś tam ukrytego to jak szukanie igły w stogu siana. Już pomijam kwestię, że to kraj nie tylko całkowicie podporządkowany Moskwie, z którą my nie mamy przyjaznych relacji, ale właśnie trwają tam czystki na niespotykaną skalę. Posłanie jakiejkolwiek ekipy pod płaszczykiem badań pustyni Gobi czy wyprawy wysokogórskiej jest ogromnie ryzykowne, bo nasi ludzie mogą wpaść w łapy NKWD.
- Nie ma potrzeby szukać po omacku - zapewnił go Brigadeführer SS. - Otóż istnieje pewna mapa. Sporządził ją jeden z oficerów Ungerna. Brał udział w ukrywaniu skrzyń, i na tej mapie zaznaczył interesujące nas miejsce - ciągnął rozgorączkowanym tonem. - Już pomijam fakt, że ów Hajłar obecnie należy do Mandżukuo i znajduje się w rejonie nadgranicznym, skąd wysłanie ekspedycji nie będzie nastręczało żadnych trudności.
Nadzieja na nowo zawitała w sercu szefa SS. Wejście w posiadanie zawartych w tajemniczej księdze informacji mogło dać narodowi niemieckiemu przewagę nie tylko nad Francją, Anglią czy Rosją, mogło mu zapewnić panowanie nad całym światem.
- I gdzie jest teraz ta mapa? - dopytał schrypniętym z emocji głosem.
- Nadal w rękach tego oficera. Ponoć po wojnie wrócił do Niemiec - zapewnił "Weisthor". - Ale to nie wszystko... - Zawiesił głos, sięgając do kieszeni munduru. - Jest jeszcze coś. - Wręczył Himmlerowi list, który otrzymał kilka dni temu, i teraz czekał cierpliwie, co powie szef SS.
- Czy ten Konstanty Ungern von Sternberg jest krewnym naszego generała Ungerna? - upewnił się Himmler, odkładając pismo na stół, gdy zapoznał się z treścią.
- To jego rodzony brat. Niestety nie wiem, kim jest ten Polak, porucznik Wiktor Madejski, o którym on pisze, że zna miejsce ukrycia należącego do barona kufra zawierającego jego osobisty dobytek.
- O to proszę się nie kłopotać, drogi doktorze - rzekł Himmler, nie kryjąc uśmiechu zadowolenia. Po przeczytaniu pisma już się poczuł władcą świata. - Teraz wszystkim zajmą się moi ludzie, a oni potrafią z każdego wycisnąć interesujące mnie informacje.