Rozdział 1
1
Jej krzyki, w których fizyczny ból mieszał się z psychiczną udręką,
rozbrzmiewały pośród ruin berlińskiego zoo, a towarzyszyły im pijackie
śmiechy rosyjskich żołnierzy, niecierpliwie czekających na swoją kolej.
Rozebrali ją do naga i przywiązali z rozłożonymi ramionami i nogami do
martwego wielbłąda. Widok ten tak rozbawił rosyjskich zdobywców, że
sfotografowali go aparatem znalezionym w opuszczonym biurze sektora
administracyjnego ogrodu.
- Jedno ruchanko czy dwa? - ryknął jeden z nich, opuszczając spodnie i przygotowując się, by wejść na kobietę.
- Ilia, w twoim wypadku jedno, więcej nie dasz rady!
Rosjanin uniósł karabin maszynowy i wystrzelił kilka serii w pobliskie
drzewo, rozpędzając stadko małp, które przeżyły wcześniejszy ostrzał
miasta.
- Te małe sukinsyny nie będą się gapić na moją owłosioną dupę, gdy
nadejdzie moja kolej.
- Ej, Jarosław, wezmą cię za swojego kuzyna i może zechcą się
przyłączyć! To dopiero byłaby fota: ty ruchasz kurwę, a małpa rucha
ciebie!
Pozostali mężczyźni roześmiali się rubasznie, gdy Ilia zrobił swoje i zszedł z kobiety, a Jarosław szykował się do akcji. Ci, którzy wciąż
czekali w kolejce, pili, dopingowali kolegów i prymitywnie okazywali
swój entuzjazm.
Tak mijała noc po poddaniu przez Niemców tego, co pozostało z Berlina:
Rosjanie świętowali w jedyny znany sobie sposób. Po raz pierwszy od,
zdawało się, lat w mieście panowały bezruch i niemal upiorna cisza.
Ziemia przestała dudnić, ustał ostrzał, czołgi nie toczyły się z łoskotem po ulicach, serie z karabinów maszynowych nie terkotały w zrujnowanych budynkach. Słychać było jedynie krzyki i jęki kobiety,
które umilkły dopiero wtedy, gdy Rosjanie przestali sobie używać.
Wcześniej tego dnia żołnierze Armii Czerwonej znaleźli się w ogrodach na
tyłach gmachu Kancelarii Rzeszy, tam, gdzie Eva Braun spotykała się
dawniej z innymi kobietami na pogawędkę i papierosa. Odkryli wyjścia z bunkra Führera. W ciągu godziny splądrowali schron, a później któryś ze
zwierzchników przerwał grabież, zdano sobie bowiem sprawę z wagi
znaleziska.
W trakcie przeczesywania labiryntu pomieszczeń natknęli się na skuloną w kącie dawnego gabinetu Martina Bormanna kobietę, kurczowo ściskającą w ręku gestapowski dokument.
- To Niemka, zastrzel ją i chodźmy dalej. W zoo mają wódkę, świętują,
nie chcę, żeby ominęła mnie zabawa - powiedział jeden z Rosjan.
- Nie jestem Niemką - wymamrotała kobieta w nadziei, że zrozumieją. -
Gestapo powiedziało, że jestem Polką. Polką!
Z wyrazem udręki na twarzy pokazywała im dokument.
- Niemka... Polka... Mnie tam wsio rawno, i tak same kurwy. Co tutaj robisz,
dziwko?
- Ukrywam się. Drzwi były otwarte, pomyślałam, że pod ziemią będę
bezpieczna.
Dwóch Rosjan naradzało się po cichu.
- Można ją kropnąć od razu albo najpierw się zabawić, a później kropnąć.
Co ty na to, towarzyszu?
- Dawno nie miałem kobiety...
Decyzja zapadła bez trudu, wywlekli dziewczynę z bunkra, siłą wepchnęli
do ciężarówki i powieźli przez spustoszone miasto do ruin berlińskiego
ogrodu zoologicznego w Tiergarten. Ziemia była zasłana trupami zwierząt,
wszędzie znajdowali się Rosjanie świętujący zwycięstwo. Kilka żołnierek
o prostackich twarzach wykrzykiwało sprośności, gdy ich towarzysze broni
wyciągali z ciężarówki broniącą się kobietę i przywiązywali ją do
padłego wielbłąda.
W innych częściach Berlina noc upływała w ciszy - miasto od dawna nie
zaznało takiej martwoty. Armia Czerwona praktycznie okrążyła stolicę,
rzucając niemieckie wojska na kolana po miesiącu zaciętych walk. W ciągu
pierwszych sześciu dni bitwy wystrzeliła w Berlinie milion dwieście
trzydzieści sześć tysięcy pocisków, równowartość stu tysięcy ton stali.
Teraz wstrzymała bombardowania, Brytyjczycy i Amerykanie też ich
zaprzestali. Odgłosy wojny przetoczyły się przez miasto falą eksplozji i ognia, pozostawiając ruiny i nędzę. Fasady bardziej wytrzymałych
budynków ocalały, płomienie wciąż lizały tu i ówdzie okopcone i roztrzaskane okna, z innych zabudowań unosił się dym, wszystkie
wyglądały tak, jakby lada chwila miały runąć. Gruzy, połamane meble,
cegły i szkło wysypywały się na chodniki, na ulicach dopalały się powoli
porzucone ciężarówki, tramwaje i pojazdy wojskowe, wstęgi gryzącego dymu
wiły się na ciemnym nocnym niebie. Wokół leżały zastygłe w dziwacznych
pozycjach pokurczone i połamane ciała żołnierzy, cywilów, upiorne pyski
martwych koni. Krajobraz jak po apokalipsie.
Poprzedniego dnia rzesze niemieckich żołnierzy wypełzały ze swoich
kryjówek, wymachując białymi flagami: mieszanina zaprawionych w boju
esesmanów i przerażonej młodzieży, która walczyła u boku wyczerpanych
emerytów z Volkssturm - Szturmu Ludowego Józefa Goebbelsa. Rosjanie
zaatakowali Berlin sześciuset czołgami, siedmioma tysiącami samolotów,
czterdziestoma jeden tysiącami dział artyleryjskich oraz wojskiem
liczącym dwa i pół miliona żołnierzy. Niemcom udało się zebrać milion
żołnierzy i osiemset czołgów. Doszło do krwawej rzezi, wkrótce układano
zwłoki na ulicach, rząd za rzędem. Miasto wydzielało odór śmierci i rozkładu, ocalałych niemieckich żołnierzy zbijano w ciasne grupki i odbierano im broń, która leżała teraz w wielkich, niepilnowanych przez
nikogo stertach: karabiny, działa przeciwczołgowe, lornetki, hełmy,
sztylety. Oficerów SS oddzielano od szeregowych żołnierzy i przesłuchiwano, z wieloma rozprawiano się na miejscu: Rosjanie ich
rozstrzeliwali. Pozostali jeńcy stali w grupach, obserwując, jak
żywiołowa Armia Czerwona świętuje zwycięstwo osobliwym tańcem: spleceni
ramionami przykucali, wyrzucali do przodu nogi i podskakiwali w rytm
śpiewu i klaskania swoich towarzyszy. Kto jak kto, ale Armia Czerwona
bez wątpienia umiała się bawić.
Wojna była długa, ciężka i straszna, a noc po zwycięstwie przeznaczono
na fetowanie, choć Stalin wydał już surowe ostrzeżenie marszałkowi
Żukowowi, rosyjskiemu dowódcy odpowiedzialnemu za zdobycie Berlina.
Churchill i prezydent Truman mieli poważne obawy co do ewentualnego
odwetu Rosjan na niemieckiej ludności cywilnej, Stalin zaś chciał być
postrzegany jako dostojny mąż stanu.
Żukowa nie interesowała polityka.
- Towarzyszu Stalinie, w tej jednej bitwie moja Armia Czerwona doznała
strat w liczbie trzystu sześćdziesięciu tysięcy zabitych i rannych.
Podobno cały konflikt będzie kosztował Rosję dwadzieścia siedem milionów
ludzkich istnień, cywili i żołnierzy. - Żukow rozmawiał przez telefon,
miał szczęście, że Stalin nie widział gniewu w jego oczach. - Liczba
ofiar przekroczyła nasze najśmielsze wyobrażenia. Niemieckie hordy
zaatakowały naszą ojczyznę w roku tysiąc dziewięćset czterdziestym
pierwszym, mordując, gwałcąc i plądrując nasz wspaniały kraj, nie
okazując żadnego szacunku ludności cywilnej oraz naszej historii, a wy
chcecie, by teraz moi ludzie grzecznie ich traktowali?
- Wasi dzielni żołnierze nie muszą być grzeczni, towarzyszu Żukow, muszą
jedynie się tacy wydawać. - Stalin okazywał swojemu dowódcy niezwykłą
cierpliwość. Ostatecznie wojna się skończyła, a zwycięstwo przypadło
Rosjanom. - Wydam pisemny rozkaz zabraniający odwetu na cywilach i przyjmę ostrą krytykę Churchilla i Amerykanów, gdyby doszło do
pogwałcenia zakazu. Znakomicie rozumiemy się z Churchillem. Ten człowiek
potrafi pić, myślę, że ma w sobie domieszkę rosyjskiej krwi. Zrozumie,
że wasi ludzie muszą się rozładować, a ja załatwię to tak, by na
wszelkie, nazwijmy je, "incydenty" zareagowano w sposób, który
usatysfakcjonuje naszych sojuszników.
* * *
Gdy Rosjanie poużywali sobie z dziewczyną, część z nich rozpaliła
ognisko i pozbierała kilka martwych sztuk bydła Hecka ze zbombardowanego
wybiegu. Rozczłonkowali jedno ze zwierząt, upiekli mięso na otwartym
ogniu i zachłannie jedli.
- Ilia, to lepsze od koniny!
- Koń, pies, szczur, kto by się przejmował? Mięso to mięso. Za to wódka
to co innego, do niej trzeba podchodzić poważnie.
- Przyjacielu, nie odróżniłbyś dobrej wódki od oślej szczyny!
- E, odróżniłbym, gdybym widział, że to ty ją butelkujesz!
Po godzinie wszyscy najedli się do syta i zebrało się im na figle,
strzelali więc w powietrze, próbowali też trafić kilka wiewiórek
buszujących w pobliskich drzewach. Później wrócili do libacji - pili
wszystko, co udało im się znaleźć w okolicznych ruinach. Śpiewy i tańce
trwały w najlepsze, póki nie padli, szczerząc zęby jak banda głupków i klnąc jak szewcy. Zasypiali tam, gdzie upadli, w gruzach wspaniałego
niegdyś berlińskiego zoo, szczęśliwi, że przeżyli wojnę, śniąc o żonach
i dzieciach. Niedługo powrócą na ojczystą ziemię.
Młoda kobieta ocknęła się następnego dnia rano, posiniaczona i zakrwawiona. Małpa badała jej twarz, wsuwała do uszu miękki, skórzasty
palec. Uświadomiwszy sobie, że nie ma już skrępowanych rąk, kobieta
zdołała odsunąć ciekawskie zwierzę ku jego wielkiemu niezadowoleniu - z wrzaskiem czmychnęło na drzewo. Na miejscu zjawiło się dwóch młodych
Kozaków na koniach, zaalarmowanych piskliwym krzykiem małpy.
Rosyjscy żołnierze opuścili zoo o świcie, natomiast Kozacy należeli do
jednostki patrolowej przeczesującej miasto w poszukiwaniu ewentualnych
pozostałych ognisk oporu i meldującej o obszarach wymagających pilnego
oczyszczenia. Przy tak wielu zwłokach leżących na ulicach i uwięzionych
pod gruzami istniało ryzyko rozprzestrzeniania się chorób. Na każdym
najmniejszym choćby skrawku trawy albo podwórka stał przynajmniej jeden
biały krzyż, trzeba było zebrać resztę ciał i jak najszybciej je
pogrzebać. Dotyczyło to również martwych zwierząt, stąd obecność dwóch
Kozaków na terenie ogrodu zoologicznego.
Jeden z nich zsiadł z konia i obejrzał kobietę, przecinając resztę
krępujących ją więzów.
- Ona żyje, Aleksiej, ale dość z nią kiepsko.
- Dziwka dostała to, na co zasłużyła. Zresztą mamy ważniejsze sprawy na
głowie: jak, do cholery, usunąć te trupy zwierząt? Grób dla słonia to
jedno, wystarczy wykopać dół, no dobra, duży dół, ale co z żyrafą?
Dobrze, że nie musimy zbijać trumien!
Drugi z mężczyzn nadal przyglądał się kobiecie.
- Jest bardzo młoda, Aleksiej, coś mamrocze, nie mogę zrozumieć. Znasz
niemiecki? Wydaje mi się, że mówi po niemiecku. Co robić?
- Wrócić do sztabu i poprosić o buldożer i grabarza, żeby uporać się z tymi wszystkimi truchłami.
- Pytam o dziewczynę, co mam z nią zrobić?
- Co chcesz. Zabaw się, jeśli masz ochotę, byle szybko. Mamy robotę.
Dziesięć minut później Kozak truchtał zrujnowanymi ulicami Berlina z nagą kobietą przewieszoną przez siodło z przodu. Z piwnic zaczynali
wyłaniać się brudni, obsypani pyłem ludzie o szarych twarzach i przerażonych, zapadniętych oczach. Na wielu ulicach wyrosły hydranty,
cywile cicho ustawiali się z rondlami i wiadrami w kolejce, ze
zdziwieniem spoglądając na Kozaka i jego pasażerkę.
W pierwszych dniach po bitwie o Berlin zaprowadzenie porządku
publicznego było decydującą kwestią, biurokraci już rozglądali się za
miejscem pracy, taszcząc ulicami sfatygowane szafy na dokumenty, biurka,
starali się znaleźć miejsce na założenie biura. Na gumowe pieczątki i firmowy papier przyjdzie jeszcze poczekać, odręczne notatki i zaufanie
muszą na razie wystarczyć. Trzeba było wydrukować kartki żywnościowe -
zapewnienie wystarczających racji podstawowej żywności, wody oraz
środków medycznych stanowiło priorytet. Splądrowano każdy bank w mieście, a mimo to kilka z nich wznowi działalność w ciągu zaledwie
tygodnia.
Miejscowi urzędnicy wypełniający rosyjskie rozkazy zorganizowali już
kobiece brygady uliczne do usuwania gruzu z dróg i chodników -
rozpoczęło się wielkie sprzątanie. Podłączenie elektryczności i wody
miało potrwać jeszcze chwilę, ale część piekarzy z odległych przedmieść
pracowała już nocami w pocie czoła, by dostarczyć miastu chleb i nakarmić bezdomnych oraz pozbawionych środków do życia.
Dzieci poszukiwały w ruinach zagubionych zabawek i domowych pupili,
stare kobiety pchały przed sobą dziecięce wózki, wypatrując drewna na
opał oraz resztek jedzenia, dziesiątki tysięcy pozbawionych dachu nad
głową ludzi gromadziły się wokół małych, nędznych ognisk, spoglądając na
siebie nawzajem, czekając na zagotowanie wody i zagajenie rozmowy. Gdy
uprzątnięto ulice, pojawiły się na nich furmanki i wozy, ciągnięte
zwykle przez konie, czasem przez starszych mężczyzn. Dzieci siedziały na
stosach mebli i innego dobytku, obok nich błąkały się leciwe kobiety,
zmierzając nie wiadomo dokąd - cały kraj legł w gruzach.
Kozak jechał powoli, koń od czasu do czasu podrzucał głową,
przestraszony walącym się znienacka budynkiem. Towarzyszył temu huk jak
podczas trzęsienia ziemi, powietrze wypełniał duszący pył, sypały się
iskry i popiół, koń i jeździec omijali pobojowisko.
W końcu dotarł pod szpital Charité Universitatsmedizin na berlińskim
Uniwersytecie Humboldta. Większa część szpitala i sąsiedniego wydziału
ucierpiała od bomb, ale lekarze i personel Armii Czerwonej przenosili
się już do kilku nienaruszonych budynków, by zająć się spodziewanym
napływem pacjentów.
Zawaliła się większa część sektora administracyjnego szpitala, ale
oddziały aż tak nie ucierpiały. Ludzie uwijali się jak w ukropie,
niektórzy w białych kitlach, rozładowywali ciężarówki, nosili sprzęt
szpitalny na oddziały i sale operacyjne. Nad miastem przelatywały nisko
samoloty, ryk silników odbijał się pośród ruin, ludzie instynktownie
kulili się i kryli. Koń znów stanął dęba. Kozak chwycił kobietę za
włosy, by nie spadła na ziemię.
- Co tu macie, towarzyszu? - zapytała pielęgniarka.
- Znaleźliśmy ją w zoo. Nasi żołnierze zabawili się w nocy. Jest w złym
stanie, prawdę mówiąc, nie wiem, czy w ogóle jeszcze żyje.
- Niech no rzucę okiem. - Pielęgniarka uniosła powiekę kobiety, po czym
orzekła: - Żyje i tym gorzej dla niej. Nie utworzyliśmy jeszcze oddziału
dla ofiar gwałtu, Bóg jeden wie, gdzie ją położyć.
Kozak zsiadł z konia, ściągnął kobietę z siodła, trzymając w ramionach
bezwładne ciało.
- Gdzie ją zanieść?
Pielęgniarka poszła przodem, wdając się po drodze w rozmowę.
- Mieliście z kolegami rozrywkę, jak widzę?
- Nie ja, byłem na patrolu od północy, kolega został w zoo i próbuje
rozwiązać problem martwych zwierząt. Straszne tam pobojowisko. Jeśli ich
szybko nie pogrzebiemy, w całym mieście będzie cuchnąć rozkładającym się
mięsem.
- Wiedzieliście, że rano łaził tu lew?
- Lew?
- Tak, musiał uciec z zoo i się tutaj zabłąkać. Strażnik oczywiście go
zastrzelił, nikomu nic się nie stało, ale nie mamy pojęcia, co to
zwierzę zmajstrowało po drodze. Dowiemy się, jeśli ktoś został
poturbowany.
Zatrzymała się pod drzwiami prowizorycznego oddziału.
- Na razie połóżcie ją na jednym z tych łóżek. Później do niej zajrzę.
* * *
Młoda kobieta leżała samotnie przez kilka godzin, nim ponownie zjawiła
się przy niej pielęgniarka. Nie zrobiła nic poza przeniesieniem jej na
inny oddział, gdzie na drzwiach wywieszono napisaną odręcznie kartkę:
"Gwałty".
Ponieważ nie spodziewano się, że ofiary gwałtu zaczną tak szybko
napływać, oddział był niegotowy - rosyjskich lekarzy bardziej
interesowało leczenie bohaterów Armii Czerwonej niż niemieckich dziwek.
Niemniej Stalin zarządził, że w każdym szpitalu musi powstać taki
oddział, przystąpiono zatem do ich tworzenia po linii najmniejszego
oporu. Miano wykonywać tam aborcje, leczyć rzeżączkę oraz inne choroby
weneryczne, choć brakowało antybiotyków i wciąż czekano na dostawę
narzędzi ginekologicznych. Niebawem zacznie się nawał niemieckich kobiet
i dziewcząt, czasem jeszcze niedojrzałych płciowo, ofiar gwałtów
dokonywanych przez Armię Czerwoną. Rosyjski personel medyczny nie okaże
im żadnego współczucia.
Do pielęgniarki stojącej przy łóżku pacjentki dołączył lekarz.
- Ocknęła się na chwilę, ale teraz znów jest nieprzytomna -
poinformowała pielęgniarka. - Podałam jej wodę. Trzymała w ręku ten
papier, jakiś dokument Gestapo, tak mi to wygląda. Potrzebny nam ktoś,
kto zna niemiecki, by nam go przetłumaczył.
- Podobno wkrótce będą dostępni tłumacze z Czerwonego Krzyża - oznajmił
doktor.
- Jest młodziutka i strasznie ją zmaltretowali, doktorze. Nie podoba mi
się jej stan. Cały czas mamrocze coś o dziecku.
- Było z nią dziecko?
- Nic mi o tym nie wiadomo. Naprawdę z nią kiepsko. Majaczy.
Rosyjski lekarz pobieżnie rzucił okiem na pacjentkę, sprawdził puls,
osłuchał serce.
- Kilka zadrapań i siniaków, rozcięta warga, może złamane żebra albo
nos; z czasem dojdzie do siebie. Widzę, że wciąż krwawi z pochwy.
Pielęgniarka pokiwała głową i wzruszyła ramionami.
- Niech ją siostra jak najdokładniej umyje, a ja wrócę tu później,
sprawdzę, czy nie trzeba szyć. Czasem nasi chłopcy są niepotrzebnie
brutalni, ale mają za sobą ciężką wojnę, zasługują na trochę rozrywki.
Godzinę później pielęgniarka zapukała do gabinetu lekarza, informując,
że kobieta poroniła. Doktor westchnął.
- Więc stąd to krwawienie. Czyli nie muszę jej badać. Skoro poroniła,
nie trzeba przerywać ciąży. Niech ją pani sama pozszywa w razie
potrzeby; praktyka nie pójdzie na marne. Odpocznie parę dni, potem
zwrócę się do Czerwonego Krzyża, żeby znaleźli jej coś do ubrania, i będziemy mogli ją wypisać. - Otworzył kartotekę, zapalił fajkę i położył
nogi na biurku. Nad jego głową zebrał się obłok cuchnącego dymu. - Znamy
jej nazwisko?
Pielęgniarka zerknęła do notatek.
- Znalazłam kogoś, kto zna niemiecki. Według papierów, które miała przy
sobie, nawiasem mówiąc, jest to raport Gestapo, ma na imię Klara. Klara
Filipek, kucharka.
* * *
Trzy dni później stan Klary się poprawił. Nie mogła mówić, ponieważ
zdiagnozowane przez lekarza rozcięcie wargi okazało się złamaniem
szczęki, którą w rezultacie ciasno obandażowano, uniemożliwiając
poruszanie ustami. Karmiono ją przez słomkę. Kilka dni później udało jej
się porozumieć z przedstawicielką Czerwonego Krzyża za pomocą języka
migowego, pisania na kartce i mruknięć.
- Załatwię dokumenty, by mogła pani swobodnie poruszać się po mieście -
poinformowała przysłana przez Czerwony Krzyż kobieta. - Co zamierza pani
zrobić, dokąd ostatecznie chce się pani udać?
Klara wzruszyła ramionami i wymamrotała przez zaciśnięte zęby:
- Chyba do Polski.
- Dlaczego akurat tam? Jest tam równie źle jak tutaj. Kraj w ruinie,
miasta i miasteczka obrócone w gruzy, ludzie bez grosza, bez jedzenia,
pracy czy dachu nad głową. Pałętają się uchodźcy, nie mają dokąd pójść,
nocami okradają się nawzajem, by wyżywić siebie i dzieci. Bezpieczniej
jest w Berlinie niż w Warszawie. Tutaj przynajmniej Amerykanie i Anglicy
próbują zaprowadzić jakiś sensowny porządek.
- Siostra... moja siostra... pomoże. Na pewno.
- Zna pani adres?
- Na początku wojny mieszkała w Krakowie, tyle wiem. Znam nazwisko,
adresu nie.
- Pod koniec tygodnia jedzie transport do Warszawy, a potem do Krakowa.
Jeśli lekarz zezwoli na podróż, mogę załatwić paszport i wizę, zabierze
się pani którąś z ciężarówek. Wiozą zaopatrzenie medyczne i ubrania do
naszych magazynów w Polsce.
Klara z westchnieniem zamknęła oczy, podziękowała przedstawicielce
Czerwonego Krzyża i oświadczyła, że wsiądzie do tej ciężarówki bez
względu na decyzję doktora. Zgodnie z obietnicą Czerwony Krzyż
dostarczył paszport i wizę dla polskiej obywatelki o nazwisku Klara
Filipek wraz z kilkoma w miarę odpowiadającymi rozmiarem ubraniami.
Kilka dni później odebrała ją ze szpitala ciężarówka. Klara siedziała z tyłu pośród pudeł i skrzyń, moszcząc się najwygodniej, jak się dało na
kilku kocach znalezionych w dużej torbie na pranie.
Po długiej i niewygodnej podróży przekazano ją Czerwonemu Krzyżowi w Krakowie, a następnie przewieziono do szpitala. Tam zbadano jej szczękę
i krwawienie z dróg rodnych, które znów pojawiło się po kilkudniowej
podróży. Tym razem opiekował się nią znacznie delikatniejszy amerykański
lekarz, który nakazał co najmniej dwutygodniowy odpoczynek w łóżku.
- Rzeźnik, który zajmował się panią w Berlinie, powinien mieć zakaz
wykonywania zawodu - oznajmił lekarz po badaniu. - Ma pani bardzo dużo
szczęścia. Jestem zaskoczony, że pani przeżyła, ponieważ straciła pani
bardzo dużo krwi. W dodatku krwawienie nadal się utrzymuje. Myślę
jednak, że panujemy nad sytuacją. Co się stało?
- Żołnierze, rosyjscy żołnierze - wymamrotała z zamkniętymi oczami.
- Teraz zapewnimy pani właściwą opiekę, żadni Rosjanie nie będą mieli do
pani dostępu, ani lekarze, ani żołnierze.
- Dziękuję - rzekła Klara z westchnieniem.
- Muszę panią poinformować o pewnej rzeczy... Nie jest to łatwe, proszę
więc wybaczyć, jeśli moje słowa zabrzmią nieco obcesowo. Widzę, że
rodziła pani w przeszłości, obawiam się jednak, że nie będzie pani mogła
mieć więcej dzieci. Tych obrażeń wewnętrznych nie da się naprawić.
- Tak podejrzewałam - odparła, nie otwierając oczu. Drżała jej dolna
warga, z kącika oka spłynęła łza.
- Przynajmniej pani przeżyła.
- Powinnam być za to wdzięczna losowi? - zapytała, odwracając głowę.
Rozdział 2
2
Hermann Göring westchnął, gdy jego limuzyna niespodziewanie zatrzymała
się we wsi Bruck-Fusch w Bawarii. Pochylił się i postukał kierowcę w ramię.
- Hans, co się dzieje, dlaczego stoimy?
- Nie wiem, Reichsmarschallu, ale wygląda na to, że gdzieś przed nami
jest blokada na drodze. - Kierowca wystawił głowę przez okno i zauważył
kilku żołnierzy idących wzdłuż sznura ciężarówek w stronę mercedesa. -
Ktoś tu idzie.
- Mam nadzieję, że nie Rosjanie - powiedział Göring, chichocząc nerwowo.
- Wyglądają na Amerykanów - padła odpowiedź.
Za bocznym oknem z tyłu pojawiła się twarz, uprzejmie zapukały obleczone
rękawiczką knykcie, dając Göringowi znak, by odsunął szybę.
- Ojej, zdaje się, że to może być koniec mojej podróży - rzekł Hermann z ujmującym uśmiechem.
- Zgadza się, Reichsmarschallu - przyznał amerykański oficer, a następnie otworzył drzwi, dając Göringowi znak, by wysiadł.
Zaprowadzono go do znajdującego się w pobliskim budynku biura, gdzie
uroczyście zdał pistolet oraz sztylet generałowi Robertowi Stackowi z Trzydziestej Szóstej Teksańskiej Dywizji Piechoty i gdzie zrobiono
zdjęcia dla potomności. Potraktowano go z godnością, Göring był
zadowolony z okazywanego mu przez Amerykanów szacunku.
- Wolno spytać, Reichsmarschallu, dokąd się pan udawał?
- Do Szwajcarii, szanowny panie.
- Dlaczego towarzyszy panu tak wiele pojazdów? Doliczyliśmy się co
najmniej dwudziestu w pańskiej kolumnie.
- Och, wiozą moje rzeczy osobiste; kilka niezbędnych przedmiotów na
najbliższe miesiące. Poza tym mam obowiązek zapewnienia mojemu
personelowi zatrudnienia. Kucharzom, lokajom, pokojówce i sprzątaczce, a także ogrodnikowi. Z pewnością pan rozumie, generale. Należy zachowywać
standardy.
- Cóż, obecnie jest pan naszym więźniem, przejęliśmy pański dobytek i zatrzymaliśmy służbę do przesłuchania. Ze względu na pańską rangę oraz
status nie wyślemy pana do obozu jenieckiego, co zapewne przyjmie pan z ulgą. O ile mi wiadomo, mamy dostęp do hotelu Palace w Luksemburgu,
gdzie czeka na pana pokój. Będzie pan podlegał aresztowi domowemu i może
pan liczyć na traktowanie z należnym szacunkiem. Nasi ludzie zadadzą
panu kilka pytań, a współpraca z nami leży w pańskim interesie.
- Bo co? Będziecie mnie torturować?
- Nie jesteśmy z Gestapo, Reichsmarschallu. Na miejscu będą
psychologowie i lekarze praktycy, oczywiście wyłącznie wojskowi.
Zapewniam, że nikt nie zamierza się nad panem w żaden sposób znęcać.
Reichsmarschall z uznaniem pokiwał głową i uśmiechnął się do siebie.
Może Amerykanie zechcą, by pomógł w odbudowie Niemiec. Miało to sens -
przynajmniej zdaniem Hermanna Göringa.
* * *
Hotel Palace w luksemburskim Mondorf-les-Bains był niegdyś
reprezentacyjnym hotelem uzdrowiskowym dla sławnych i bogatych, obecnie
zaś służył za punkt przechodni dla wysokich rangą nazistów pojmanych po
zakończeniu wojny. Imponujący czterokondygnacyjny gmach stał się
faktycznie eleganckim obozem jenieckim otoczonym elektrycznym
ogrodzeniem z drutu kolczastego, z wieżami strażniczymi i ruchomymi
reflektorami. Luksusowe armatury i sprzęty w większości usunięto, pokoje
na piętrach drugim i trzecim zamieniono w cele. Każdy był wyposażony w łóżko, biurko i krzesło. Amerykanie nazywali to miejsce obozem Ashcan -
"Popielniczką".
Cennym więźniom, takim jak Hermann Göring, przydzielano psychologa,
który miał im towarzyszyć w spacerach po terenie obozu, pomagać w codziennych zajęciach i adaptacji oraz rozmawiać z nimi o co ciekawszych
aspektach wojny i odgrywanej przez nich roli.
Już kilka dni po przybyciu do hotelu Göring znalazł się w towarzystwie
innych nazistowskich notabli, takich jak Joachim von Ribbentrop,
minister spraw zagranicznych Hitlera, i wysocy rangą oficerowie
Wehrmachtu - Generalfeldmarschall Wilhelm Keitel oraz Generaloberst
Alfred Jodl. Był tam również Grossadmiral Karl Dönitz, dowódca
Kriegsmarine, nominowany przez Hitlera w testamencie na następcę. Prócz
nich do obozu trafili bankierzy i urzędnicy państwowi wysokiego szczebla
z rozmaitych organizacji nazistowskiego reżimu oraz z rządu Rzeszy. Na
końcu listy, ku wielkiemu zaskoczeniu Hermanna Göringa, figurowała nader
dobrze znana mu postać - jego brat Albert.
Żywiono nadzieję, że umieszczeni w przyjemnym otoczeniu i godnie
traktowani członkowie nazistowskiej elity odzyskają zdrowie i siły,
odpoczną i zaczną otwarcie opowiadać o swoich rolach w wojnie oraz o procesach decyzyjnych i filozofii Hitlera. Zadaniem psychologów było
zaprzyjaźnienie się z nimi i przekazywanie amerykańskiemu dowództwu
naczelnemu wszelkich cennych informacji, które zdołają pozyskać.
Johna Gillena, amerykańskiego oficera wywiadu, przypisano Hermannowi
Göringowi. Reichsmarschall okazał się zaskakująco uprzejmym człowiekiem
i miłym kompanem. Nie było najmniejszych wątpliwości co do jego
inteligencji oraz pragnienia zachowania godności w niewoli. W końcu
ustępował w hierarchii tylko Hitlerowi i zdawał się chętny do współpracy
w zamian za pewne przywileje i swobody podczas pobytu w kompleksie
hotelowym. Był najwyższy rangą spośród pojmanych nazistów. Gillen
zanotował w raportach, że Göring cierpi na urojenia.
- Wie pan, John, rozumiem, dlaczego wszyscy tu jesteśmy: ministrowie
Führera i doradcy wojskowi. Możecie przesłuchiwać nas do woli, ale nigdy
nie zmieni to faktu, że wy wygraliście, a my przegraliśmy; czy to ważne
jak albo dlaczego? Już nigdy nie będzie tak wielkiej wojny, ponieważ
ktoś taki jak Adolf Hitler drugi raz się nie narodzi. Co wy,
psychologowie, powiecie na taki pogląd, na tę dozę rzeczywistości?
- Doskonale, Reichsmarschallu. Zawsze to jakiś początek, który wiele
mówi o pańskim stanie umysłu i przemyśleniach. Okazał pan gotowość do
współpracy, za co panu dziękuję.
- Skoro nawiązaliśmy dobre relacje, John, chciałbym porozmawiać z panem
o czymś, co mnie martwi i co, mam nadzieję, potraktuje pan poważnie.
- Skoro coś pana niepokoi, Reichsmarschallu, naturalnie, że potraktuję
sprawę poważnie.
- Często słyszę rozmowy waszych ludzi, strażników i tak dalej, kiedy
wykonują swoje codzienne obowiązki, a ja siedzę zamknięty w pokoju.
Zupełnie niepotrzebnie są niegrzeczni. Nazywają mnie Fetter Junge, wie
pan.
- Fetter Junge?
- Tak. To znaczy "grubas". Okropnie to nieuprzejme, zbyteczna zniewaga.
Jestem nieco korpulentny, zawsze taki byłem, ale niewiele się zyska,
traktując kogoś mojego pokroju, kto znalazł się w tak niefortunnym
położeniu, z tak zwaną podwórkową ogładą. Szykanują mnie, ja zaś sobie
tego nie życzę!
- Rozumiem.
- Nie uważa pan, że jak dotąd byłem bardziej niż uczynny? Czy nie
przedstawiam wam stosownych faktów i liczb, nie udzielam informacji,
które pozwalają wam zrozumieć tajniki działania gabinetu Hitlera i niemieckiej machiny wojennej?
- Owszem, rzekłbym nawet, że mówił pan o tym dość otwarcie. Zgadzam się
i przyjmuję to z zadowoleniem.
- Proszę więc, John, nie chcę więcej słyszeć o "grubasie", w przeciwnym
razie może przytrafić mi się atak amnezji.
Gillen chciał się wydać życzliwy, lecz musiał również wziąć pod uwagę
realia sytuacji Göringa.
- Całkowicie rozumiem, Reichsmarschallu. Musi pan jednak zmierzyć się z faktem, że wojna się skończyła, a wy, naziści, macie sporo na sumieniu.
Zginęło mnóstwo ludzi, trzeba odbudować cały kontynent, nim będzie można
zacząć życie od nowa. Wychodzą na jaw różne sprawy, potworności, o których dotąd nie słyszano, rzeczy absolutnie niewyobrażalne. Obawiam
się, że ludzie nie mają już szacunku dla pańskiej rangi.
- Och, drogi Johnie... - Z twarzy Göringa znikł uśmiech. - My, Niemcy, co
prawda przegraliśmy tę drobną potyczkę, ale nazistami pozostaniemy po
wsze czasy, proszę nie mieć co do tego złudzeń. Za sto lat ludzie nadal
będą mówić o Hitlerze jako o Führerze, a ja na zawsze pozostanę
Reichsmarschallem Göringiem, drugim najważniejszym człowiekiem Rzeszy.
Powinienem panu powiedzieć, że od początku opowiadałem się przeciwko
wojnie. Nasz naród nie szukał konfliktu, lecz nasz przywódca zagrzał
ludzi do działania. Niby dlaczego jakiś wałkoniący się chłop miałby
ryzykować życie, skoro najlepsze, na co mógł liczyć w tej wojnie, to
powrót do domu w jednym kawałku? Ani Brytyjczycy, ani Amerykanie, ani
Rosjanie nie chcieli iść na wojnę, ale decyzje podejmują przywódcy. Bez
względu na to, czy wybrano ich demokratycznie, czy przejęli kontrolę nad
krajem, wciągnięcie mas do boju zawsze jest prostą sprawą. Wystarczy
powiedzieć, że zaatakuje ich wróg, a tych, którzy wciąż się opierają,
potępić za brak patriotyzmu i narażanie własnego kraju na
niebezpieczeństwo. Tak się to robi. - Wymownie pokręcił głową. - Nic
trudnego.
Göring lubił spacerować z Gillenem po pięknych ogrodach. Dużo rozmawiali
o wojnie i Hitlerze.
- Traktat wersalski był początkiem tego wszystkiego, widzi pan. Gdyby
nie jego drakońskie postanowienia, nie widziano by w Hitlerze zbawcy
kraju. Niemcy tonęły, ponieważ po pierwszej wojnie światowej alianci nas
ciemiężyli. Nasz naród doznał upokorzeń, gospodarka została
sparaliżowana. Miejmy nadzieję, że kiedy dojdzie do ostatecznych
rozstrzygnięć po tej wojnie, alianci nie popełnią tego samego błędu, bo
jeśli tak, pozostawią pomost, na którym zostanie zbudowana Czwarta
Rzesza.
- Ale Niemcom potrzebny jest przywódca, a wasz nie żyje. Hitler zginął w swoim bunkrze trzydziestego kwietnia.
Göring nagle zatrzymał się w pół kroku i z uśmiechem odwrócił do
Amerykanina.
- Niech pan w to wierzy, jeśli chce, John, ale są wśród nas tacy, którzy
wiedzą swoje.
* * *
Klarę trzymano w krakowskim szpitalu jeszcze przez kilka tygodni.
Rekonwalescencja przebiegała powoli, a dziewczyna musiała przecież
odzyskać siły przed wyruszeniem na poszukiwania rodziny. Zjawiła się u niej przedstawicielka Czerwonego Krzyża, by zorientować się, czy mogą
jej pomóc. Mieli w rejestrach ogromną liczbę osób przesiedlonych oraz
uchodźców; może jest wśród nich jej siostra? Klara pokazała
przedstawicielce zmięty dokument Gestapo.
- Skąd pani to ma?
Trzeba było skłamać.
- Gotowałam w stołówce Kancelarii Rzeszy, schroniłam się w opuszczonym
bunkrze, a Rosjanie powiedzieli, że był to schron Führera. Ukrywałam się
w pomieszczeniu biurowym i tam się na to natknęłam. Zdaje się, że z jakiegoś powodu prześwietlało mnie Gestapo; może myśleli, że jestem
Żydówką albo szpiegiem. - Klara czuła, jak się czerwieni: nie umiała
kłamać, ale uznała to za bardziej bezpieczne niż przyznanie się, że była
kucharką Hitlera i do niedawna nosiła w łonie dziecko Martina Bormanna.
- Wiem tylko tyle, że moja siostra ma na imię Natalka i że obie nosimy
nazwisko Filipek.
Informacje były skąpe, ale dawały jakiś punkt zaczepienia i Czerwony
Krzyż zgodził się pomóc w szukaniu Natalki. Kraków w przeciwieństwie do
wielu polskich miast nie ucierpiał w wojnie. Był jednym z nielicznych
wspaniałych miast, które zasadniczo pozostało nietknięte, to zaś
oznaczało, że łatwo dało się zlokalizować adres. Za to znaleźć
mieszkające tam przed wojną osoby? To zupełnie inne przedsięwzięcie. Po
Krakowie wędrowały masy przesiedleńców z całej Polski, ciągnących do
miasta w poszukiwaniu pracy, bezpieczeństwa i dachu nad głową.
Odnalezienie w tak dużym mieście osoby o nazwisku Natalka Filipek to nie
lada wyczyn, ale przedstawicielka Czerwonego Krzyża podczas rozmowy z Klarą sporządziła szczegółowe notatki i już następnego dnia rozpoczęto
poszukiwania.
* * *
Mundur SS Ralfa Fuchsa wisiał przez kilka tygodni w cedrowej szafie na
wysoki połysk, starannie wyprasowany, bez plam. Fuchs nie potrafił się
zdobyć na jego zniszczenie, choć wiedział, na jakie naraża się przez to
ryzyko - jednak lada chwila spodziewał się informacji o ucieczce do
Ameryki Południowej. Już wkrótce znów będzie paradował w pełnym
rynsztunku, gdy tylko znajdzie się wśród swoich. Na razie nie martwił
się przesadnie możliwością przesłuchania, gdyby zatrzymano go na ulicy.
Władał polskim bez śladu niemieckiego akcentu, co okazało się pomocne,
kiedy polował na Żydów w Warszawie, z pewnością więc przyda się i teraz.
Jak dotąd wszystko układało się po myśli leutnanta Fuchsa. W czasach
obław na Żydów udało mu się zdobyć kilka nieoprawionych brylantów,
trochę biżuterii i całkiem sporo gotówki - wystarczy na kilka
najbliższych lat. Miał nadzieję dostać się do Ameryki Południowej i rozpocząć nowe życie w kraju, gdzie wszystko jest tanie, łącznie z kobietami - jego największą słabością.
Kiedy nie pił w obskurnych barach Krakowa, czaił się w swoim mieszkaniu
na placu Szczepańskim, korzystając z dobrego jedzenia i alkoholu
kupowanych na czarnym rynku. Ludzie uważali go za polskiego oficera
artylerii na urlopie po zakończonej wojnie, który wróci do domu w Warszawie, gdy miasto znów będzie się nadawało do zamieszkania. Wszyscy
wiedzieli, że co najmniej osiemdziesiąt procent Warszawy leży w gruzach,
zatem nikt nie dziwił się jego obecności w Krakowie. W dodatku był
przystojny, sympatyczny i dobrze płacił - słynął z hojnych napiwków.
Gospodyni była zadowolona z tak porządnego lokatora.
Gdy Fuchs przybył do miasta, znał nazwisko pewnego katolickiego księdza
sympatyzującego z nazistami, który pomógł innym niemieckim wojskowym w potrzebie. Ralf namierzył go bez trudu. Wielebny Draganović napomknął,
że być może zdoła mu pomóc podczas swojego pobytu w Polsce. Wyjaśnił, że
Kościół obawia się bardzo realnej perspektywy aneksji Polski przez Rosję
na wzór aneksji Austrii dokonanej przez Hitlera. Podli nowi rządzący bez
wahania zlikwidowaliby Kościół katolicki. W strukturach kościelnych byli
tacy - mówiło się nawet o stojących w hierarchii tak wysoko jak papież -
którzy ochoczo uwiliby sobie gniazdka, pomagając nazistom rozpocząć nowe
życie. Przysługa za przysługę, powiedział Draganović z błyskiem w oku.
Fuchs czytał gazetę przy lampce wina, gdy usłyszał przekręcanie klucza w zamku. Uśmiechnął się i wstał, by się przywitać. Odebrał od kobiety
płaszcz i zaproponował kieliszek wina. Jedną z największych
przyjemności, jakich zaznawał w Krakowie, było ciało tej kobiety.
Eleganckiej, szczupłej, wyższej od niego o kilka centymetrów, jednak nie
dostrzegał w tym problemu, ponieważ dobrze czuł się w restauracjach,
mając ją u swego boku. Tak wielu mężczyzn z zazdrością pożerało ją
wzrokiem - niektóre kobiety również - co niesłychanie go ekscytowało.
Poznali się ponad miesiąc temu i natychmiast między nimi zaiskrzyło.
Trzy tygodnie później wręczył jej klucz do swojego mieszkania, gdzie
odwiedzała go dwa razy w tygodniu, zostawała na noc, gotowała dla niego
i zaspokajała go tak, jak żadna inna kobieta.
- Ależ miałam dzień, Ralf - westchnęła zmęczona.
- Napij się i wszystko mi opowiedz - poprosił, podając jej kieliszek
czerwonego wina.
- Możemy porozmawiać w łóżku?
- Jest dopiero czwarta po południu.
- Od kiedy to obowiązuje godzina policyjna na miłość? - zapytała,
unosząc piękne łuki brwi i sugestywnie się uśmiechając.
Pojawiła się w jego życiu kilka dni po tym, jak wstępnie zasięgnął u duchownych języka w sprawie wyjazdu do Ameryki Południowej - wyjaśniła,
że jest pośredniczką i robiła to już dla kilku nazistów. Wspomniała o ułatwieniu wyjazdu Adolfowi Eichmannowi, naziście wysokiego szczebla i jednemu z najbardziej poszukiwanych ludzi na świecie, który był już w drodze do Argentyny. Wywarło to na Fuchsie duże wrażenie.
- Byłam dziś rano u pewnego biskupa, Ralf, rozmawialiśmy o twoich
dokumentach. Mówił, że zanim Kościół ci pomoże, musisz udowodnić, że
służyłeś w SS.
Podniósł prawe ramię, pokazując pod pachą tatuaż z grupą krwi - pewną
oznakę jego zaszeregowania. Następnie podszedł do szafy i ją otworzył,
wyjął szary mundur z błyskawicami SS na klapach i go jej zaprezentował.
- Potrzebujesz czegoś jeszcze?
Odparła, że musi dostarczyć Kościołowi dowody w formie fotografii,
ponieważ robią się nerwowi z powodu rosnącej liczby Niemców uciekających
do Ameryki Południowej.
- Skombinuję aparat na przyszły tydzień. Niełatwo zdobyć sprzęt i rolkę
filmu, więc proszę, bądź cierpliwy. Zrobimy zdjęcie do twojego nowego
paszportu, spełnimy pozostałe wymagania Kościoła i w drogę! A, zaraz,
musisz jeszcze wybrać docelowy kraj, bo trzeba załatwić wizę i zezwolenie na podróż. Wszystko da się zrobić, ale nie ma pośpiechu...
Przytuliła się do niego od tyłu, rozmyślnie przyciskając piersi do jego
pleców.
- Ale ja już jestem znudzony i sfrustrowany. Co mam robić z czasem?
- Nie oprowadzam wycieczek po mieście - szepnęła mu do ucha.
- Myślałem o czymś ciekawszym niż szwendanie się po ulicach i gapienie
na stare domy...
Pięć minut później patrzył, jak kobieta powoli się rozbiera, a myśli o Argentynie czy Boliwii zepchnął na tył głowy.
- Na co się tak gapisz? - zagruchała, pozwalając sukience opaść na
podłogę.
- Podziwiam widoki.
Przekrzywiła głowę, jakby zdziwiona jego odpowiedzią, ale uśmiech na jej
ustach dowodził, że dokładnie wie, co robi i czego on pranie.
- Skąd bierzesz tak piękną bieliznę? - zapytał, pociągając duży łyk
wina.
- Kobieta musi mieć swoje sposoby w tych trudnych czasach - odparła,
rozpinając biustonosz. Wiedziała, jak usidlić mężczyznę, jak zarzucić
przynętę, udając nieśmiałą i odrobinę niewinną, ale przyprawiając to
zawsze delikatną zapowiedzią tego, co nastąpi. Kiedy się poznali,
pozowała na osobę skromną i powściągliwą, nie miał jednak wątpliwości,
że za tą fasadą kryje się ciało obiecujące rozkosze, o których większość
mężczyzn z temperamentem może tylko pomarzyć.
Przyglądał się jej piersiom, przełknął ślinę, gdy zsunął się z nich
biustonosz, napawał się tym, jak się kołyszą, gdy oparła stopę o krzesło
i pochyliła się, by odpiąć podwiązki. Powoli rolowała na udzie jedwabną
pończochę i niżej, w dół łydki. Miała gładką, miękką skórę, uwielbiał
wodzić językiem po jej udach, za każdym razem wywołując jęk rozkoszy.
Wkrótce oboje wylądowali w łóżku, nadzy, pod pościelą. Fuchs ciężko
dyszał, gdy wturlała się na niego i wyprostowała ramiona, odchylając się
w tył i wpatrując w jego twarz. Lubiła widzieć tę jego zadowoloną,
próżną minę, arogancję charakterystyczną dla większości esesmanów.
Zamknęła oczy i łagodnie się na niego osunęła. Gdy w nią wszedł,
poruszała biodrami bardzo powoli, zabierając go w to szczególne miejsce,
za które niektórzy mężczyźni daliby się zabić.
Przy ich pierwszym spotkaniu wychodził ze skóry, by się z nią przespać.
Przez kilka dni udawała, że się opiera, mówiła o moralności i roli
kościelnej pośredniczki. Powiedziała, że od tej pory to ona będzie
przekazywać wiadomości, najlepiej więc, by nie odwiedzał kościoła - to
konieczność, by uniknąć podejrzeń. Wiedział, że po wojnie polskie
kobiety mają niewiele do zaoferowania poza swoim ciałem, i chętnie
szastał pieniędzmi. Ostatecznie pieniądze mają siłę przekonywania. Kupił
jej kosztowne prezenty, luksusowe towary praktycznie niedostępne w Polsce w owym czasie. Zdobył je dla niej, była zachwycona, spotkanie
skończyło się w łóżku.
Ujeżdżała go teraz, siedząc na nim okrakiem, powoli unosząc się i opadając, przypatrując się jego twarzy. Nagle przestała się poruszać.
Otworzył oczy.
- Nie przerywaj, co się stało?
- Nic się nie stało, Ralf, po prostu chcę spróbować czegoś nowego.
Wyśliznęła się z łóżka i podeszła do torebki. Uśmiechnął się z zadowoleniem, obserwując, jak przy każdym kroku kołysze jędrną pupą w kształcie gruszki. Co za kobieta! Wróciła równie znienacka, jak się
oddaliła, położyła coś na nocnym stoliku, a potem pokazała maseczkę.
- To opaska zaciemniająca, wiesz, taka dla osób, które mają kłopot z zasypianiem i muszą odciąć wszelkie źródła światła.
- Kto ją zakłada, ty czy ja? I co tam jeszcze masz? Co położyłaś na
stoliku?
- Tyle pytań, Ralf! - droczyła się i uszczypnęła go w nos. - Nie bądź
niegrzecznym chłopcem. Kiedy założysz maskę, nie będziesz widział, co
zamierzam. Czy to nie przednia zabawa? Erotyczna wersja "morderstwa w ciemności"! - Ścisnęła mu prawy sutek i się roześmiała. - Bawisz się czy
nie?
- Dobrze, dobrze, jestem gotowy! Tylko się pospiesz. Nie drocz się tak
ze mną, bo zaraz będzie po wszystkim! I trzeba będzie zaczynać całą grę
od nowa.
Zachowywał się jak dziecko w czasie Bożego Narodzenia, które nie może
zasnąć, bo chce zobaczyć, co przyniósł mu Święty Mikołaj.
- Unieś głowę.
Oderwał głowę od poduszki, a ona zasłoniła mu oczy i zawiązała przepaskę
z tyłu.
- Widzisz?
- Lubię patrzeć, przecież wiesz.
- Ale czy teraz coś widzisz?
- Nie, za to mam fantastyczną wyobraźnię i znakomitą pamięć! - Znów go
dosiadła i zaczęła się wiercić. - No, dalej - niecierpliwił się. - Znam
to aż za dobrze, w opasce czy bez. Nie stać cię na więcej?
- Och, i owszem - zamruczała jak kotka, sięgnęła do nocnej szafki i wzięła do ręki pawie pióro, które położyła tam kilka minut wcześniej.
- Co się dzieje? - zapytał.
Musnęła piórem jego usta, powiodła nim po szyi i piersi, a potem
połaskotała pępek.
- Teraz dużo lepiej! - pochwalił, wijąc się pod jej dotykiem.
- Chcesz jeszcze, Ralf? Chcesz więcej?
- Chcę wszystko! - powiedział zniecierpliwiony niczym rozpieszczone
dziecko.
- I dostaniesz, poruczniku SS, Ralfie Fuchsie.
Pomału wyciągnęła z dudki pawiego pióra metalowy szpikulec do mięsa,
wepchnęła go po skosie w przestrzeń między żebrami, przebijając serce.
Zdjęła mu opaskę. Szeroko otworzył oczy, spojrzał na nią w głębokim
szoku, jak gdyby chciał zapytać: "Dlaczego to zrobiłaś?". Lekko
wierzgnął, jego ciało zadrżało, wyrzęził coś, czego nie mogła zrozumieć,
a potem wyzionął ducha.
Rozdział 3
3
Hermann Göring miło spędzał czas w hotelu Palace. Co prawda na noc
zamykano go w pokoju, za to w ciągu dnia mógł zażywać ruchu w ogrodach,
co pozwalało mu łagodzić objawy abstynencyjne spowodowane brakiem
dostępu do morfiny oraz innych silnych narkotyków. Z początku było
trudno, ale potrafił wykazać się determinacją; Amerykanie wyposażyli go
w materiały piśmienne, mógł więc sporządzać dla nich notatki i wysyłać
listy. I rzeczywiście pisał do swojej żony Emmy na adres domu jej
rodziców w Szwajcarii. Listy otwierano, cenzurowano, a wysyłały je
organy władzy.
Przesłuchania rozpoczęły się wkrótce po przybyciu Göringa do hotelu i odbywały się codziennie, czasem nieformalnie podczas spacerów z Gillenem, innym razem przybierały bardziej oficjalną formę w gabinecie
amerykańskiego majora i w obecności notującej przebieg rozmowy
sekretarki. Hermann traktował te sesje jak rodzaj gry, uważał, że co
najmniej dorównywał intelektem osobom zadającym pytania, a bywało, że je
przewyższał.
- A więc, Herr Göring...
- Reichsmarschall Göring, jeśli pan pozwoli, majorze.
- Wie pan, że po zakończeniu wojny pańska ranga jest bez znaczenia.
Utracił pan swoje tytuły.
- Tylko w pańskiej obecności, majorze. Wystarczy zagadnąć przypadkowego
Niemca na ulicy, a będzie wiedział, kim jestem.
- Pozwolę sobie zapytać o dzieła sztuki, które znaleźliśmy w pańskim
konwoju. Co ma pan do powiedzenia na ich temat, jak pan wszedł w ich
posiadanie?
Göring się uśmiechnął.
- Kupiłem je legalnie.
- Dysponuje pan pokwitowaniami?
- Gdzieś je mam, jak sądzę. Ale doszły mnie słuchy, że mój dom
zbombardowano, ośmielę się więc przypuszczać, że uległy zniszczeniu.
- Te dzieła zostały zagrabione, prawda, Herr Göring? Mamy spis muzeów, z których je zabrano, łącznie z datą i godziną. Pokaźny łup.
- Były przeznaczone dla Führera, miały trafić do jego galerii i służyć
jego osobistej przyjemności, rozumie pan. Ja mam tylko odrzuty. -
Hermann nie potrafił oprzeć się okazji, by pouczyć kogoś w kwestiach
wyrafinowania i dobrego smaku. - Wie pan, moja kolekcja zawiera wiele
sztuki współczesnej, Hitler nią gardził. Uważał, że to styl przejściowy,
chwilowa moda, która zniknie równie szybko, jak się pojawiła.
- Posiada pan kilka prac artystów żydowskich, prawda? Co pan powie na
ten temat?
- Jak już wspomniałem, Führer nie uznawał sztuki zdegenerowanej, ja
jednak dostrzegałem wartość w abstrakcji. I nadal dostrzegam. Picasso
okaże się znakomitą inwestycją, majorze, jeśli to pana interesuje.
- Mamy dział ekspertów zajmujący się poszukiwaniem zrabowanych dzieł
sztuki, Herr Göring. Ogromnie by nam pan pomógł, a prawdopodobnie
również sobie, gdyby wskazał nam pan właściwy kierunek. Wciąż nieznany
jest los bardzo wielu dzieł.
Göring serdecznie się roześmiał.
- Nie sądzę, bym mógł pomóc, majorze! Widzi pan, przejęte przez nas
dzieła sztuki przechodziły pod bezpośrednią kontrolę Führera. To on
decydował, dokąd mają trafić, nie ja. Wiem znacznie mniej o ich miejscu
przeznaczenia, niż pan sugeruje.
- Sądzę, że pan wie, Herr Göring. Zna pan miejsca ukrycia ogromnej
liczby zrabowanych skarbów.
- Drogi majorze, pozwoli pan, że wyjaśnię. W istocie jestem znacznie
lepiej poinformowany, niż mógłby pan sobie wyobrazić, tyle że w innych
kwestiach, niedotyczących skradzionej sztuki. - Göring z ironicznym
uśmieszkiem spojrzał w dal, po czym wymamrotał: - Gdyby pan wiedział
choćby w połowie to, co wiem ja...
Tego samego dnia bracia Göringowie, Hermann i Albert, wypili razem
popołudniową herbatę w ogrodzie.
- Och, Albercie, obawiam się, że czasy świetności familii Göringów
minęły bezpowrotnie. Tamte cudowne dni wina i róż są obecnie odległym
wspomnieniem.
- Nigdy nie uważałem ich za chlubne, Hermannie.
- Bo nigdy nie żyłeś tak dobrze jak ja, drogi bracie. Wiedziałeś, że
trzymałem kiedyś w domu lwiątka? - Albert pokręcił głową. Nie
przypominał sobie. - Tak było. To znaczy dopóki za bardzo nie urosły.
Wtedy musieliśmy się ich pozbyć, ale zawsze zastępowaliśmy je
mniejszymi. Wspaniale było patrzeć, jak te małe bestie wałęsają się po
domu i ogrodach. Emmy je ubóstwiała.
- Czy kiedykolwiek podliczyłeś, ile pieniędzy wydałeś na Carinhall? A raczej zmarnowałeś?
Hermann odparł, że pieniądze nigdy nie stanowiły problemu, po czym nalał
sobie kolejną filiżankę herbaty, choć w rzeczywistości marzył o czymś
mocniejszym.
- Mój drogi bracie, gdybym miał opowiedzieć ci o bogactwach, z których
korzystałem, nigdy byś mi nie uwierzył. Ale coś ci powiem. - Zlustrował
wzrokiem najbliższe otoczenie, by upewnić się, że nikt go nie usłyszy. -
Tyle samo, ile wydałem, jeśli nie więcej, czeka na mnie, kiedy się stąd
wydostanę. A tak między nami... - Ponownie rozejrzał się po ogrodzie. -
Znam miejsce ukrycia pociągu wypełnionego po dach złotem, klejnotami i dziełami sztuki. Czeka na mnie w zamkniętym i zabezpieczonym tunelu,
którego lokalizacja znana jest tylko mnie.
Albert nalał sobie herbaty, Hermann podsunął mu cukiernicę.
- Nie słodzę. Jestem na diecie.
Hermann głośno się roześmiał.
- Ach tak, ja także ograniczam jedzenie, z tą różnicą, że moja dieta
jest przymusowa, podobnie jak odstawienie pewnych substancji, które są
tu niedostępne z jakichś zupełnie niezrozumiałych powodów! - Podał
Albertowi mlecznik z delikatnej porcelany. - Pozwól, że opowiem ci o tym
pociągu. Może cię zainteresować.
Z twarzy Hermanna zniknął charakterystyczny uśmiech, zastąpiony przez
poważną minę.
- Tuż przed końcem wojny Führer wziął mnie na stronę i podzielił się ze
mną nadzwyczaj poufnymi informacjami, Albercie. Muszę przyznać, że o ile
wyraziłem żywe zainteresowanie jego ambicjami nuklearnymi...
- Chciał mieć bombę atomową?
- Owszem, a mówiąc między nami, był na dobrej drodze do zrealizowania
tych ambicji, lecz przeszkodziło mu w tym zakończenie wojny. Wiedział,
że musi mieć plan B, i wtedy pojawiło się zadanie dla mnie, ponieważ on
sam wówczas zaangażował się w bardzo ryzykowny transfer funduszy. Złoto
miało być wysłane do Ameryki Południowej, Hiszpanii, Włoch, wszędzie.
Następnie spieniężone i przekazane organizacjom dostarczającym określone
towary i usługi, które zestawione ze sobą i połączone stworzyłyby broń
zdolną do zniszczenia świata!
Hermann przerwał opowieść i uśmiechnął się jak zaaferowany dzieciak.
Albert patrzył ze zdziwieniem, a tymczasem jego brat najspokojniej w świecie kontynuował opowieść.
- Czy to nie absurdalne? Hitler zamierzał obrócić w perzynę te same
kraje, którymi chciał rządzić: Rosję, Wielką Brytanię i Amerykę!
- Hermannie, nie zaskakuje mnie nic, co ten człowiek zrobił lub o czym
marzył, natomiast wiele z tych pomysłów jeży mi włosy na głowie. Naziści
przeszli od napaści do obrony i, chwała Bogu, przegrali.
Hermann zapewnił Alberta, że jest tego samego zdania. Plan był
absurdalny, strata pieniędzy i zasobów.
- Środki, które w to włożono, nie mieszczą się w twojej wyobraźni,
Albercie! Ba, niemal wykraczają poza moją! A teraz coś, o czym chcę z tobą porozmawiać. Skierowałem pociąg Führera w miejsce, o którym
wiedzieliśmy tylko ja i ten dureń Bormann. Ponieważ Bormann nie żyje,
wyłącznie ja znam współrzędne. Gdybym ci je podał, mógłbyś mnie stąd
wyciągnąć i przerzucić do Szwajcarii? Musiałbyś przekupić kilka osób, to
prawda, ale tobie zaufaliby bardziej niż mnie. Nadal jesteś szanowanym
biznesmenem, podczas gdy ja zwykłym przestępcą. Dlaczego mieliby
uwierzyć w uczciwość moich intencji?
Albert drwiąco prychnął.
- Hermannie, zdaje się, że jak zwykle tracisz czas.
- Ależ Albercie, po prostu rzucam pomysł. Jeszcze nie wiesz, o jakim
majątku mowa. Mogę ci udostępnić... powiedzmy... trzy miliony dolarów
amerykańskich. W gotówce, złocie albo w jednym i drugim. Zorganizujesz
łapówki, wydostaniesz mnie stąd i razem odbierzemy łup. Przysięgam na
życie mojej żony i córki, dam ci wtedy kolejne pięć milionów. Drogi
bracie, to więcej, niżbyś zarobił przez dwa życia.
Albert uprzejmie się uśmiechnął i odstawił filiżankę na stół.
- Nawet gdybym ci wierzył, i tak nie byłbym w stanie pomóc. Widzisz,
Hermannie, poinformowano mnie dziś po południu, że opuszczam to miejsce
jutro o wschodzie słońca. Puszczają mnie wolno, ponieważ nie
przedstawiam sobą nic, co by ich interesowało, poza nazwiskiem. Nie
należałem do partii nazistowskiej i nigdy nie chciałem do niej wstąpić.
Hermann zmrużył oczy, zacisnął usta.
- Czyli szmuglowanie Żydów się opłaciło?
- Skoro chcesz na to patrzeć w ten sposób, to owszem, opłaciło się.
Byłbyś głupcem, sądząc, że zginęli wszyscy Żydzi. Niektórzy z powodzeniem ukrywali się w Berlinie oraz innych dużych miastach. -
Hermann patrzył na brata w osłupieniu. - A ja? Ja w porównaniu z tobą
inaczej patrzę na sprawy. Uczynię, co w mojej mocy, by strząsnąć z siebie klątwę Göringów. Życzę ci powodzenia w mrzonkach i szalonych
złudzeniach, Hermannie. Wracam do codzienności, by znów zbić fortunę, i to w sposób niewymagający korupcji ani krętactw czy też, jak w twoim
wypadku, jawnej kradzieży.
Następnego dnia Albert opuścił obóz Ashcan i wrócił do Niemiec. Już
nigdy nie zarobił majątku, a jego rolę w ocaleniu setek Żydów doceniono
dopiero u schyłku jego życia. Zmarł bez grosza przy duszy.
* * *
Józef Stalin był bardzo zadowolony, gdy ustała presja wojny w Europie.
Kilkakrotnie spotykał się z Churchillem i następcą Roosevelta, Harrym S.
Trumanem, by zdecydować o podziale Berlina. Stalin zawsze pragnął zdobyć
niemiecką stolicę, a Brytyjczycy i Amerykanie mu na to pozwolili -
liczba ofiar była wysoka.
- Niech Stalin ma swoją chlubę; my musimy rozstrzygnąć wojnę na Pacyfiku
- powiedział Truman.
Podczas ostatniego spotkania Truman odciągnął na stronę Stalina i jego
tłumacza.
- Niech mi pan powie, Józefie, co stało się z Hitlerem? Armia Czerwona
zdobyła w Berlinie bunkier Führera pod kancelarią Rzeszy, wszyscy mówią,
że popełnił samobójstwo.
- Hitler? Nie wiem. Mamy za to zwłoki Goebbelsa, tyle mogę powiedzieć.
Jego żona i dzieci? Nie, oni nas nie interesowali.
- Ale co z Hitlerem, Józefie? Z Hitlerem i Evą Braun?
Stalin głośno się zaśmiał. Bardzo mu się podobała ta zabawa w kotka i myszkę.
- Powiedziałem panu: nie wiem, gdzie on jest. Prawdopodobnie mieszka
teraz w Argentynie pod jakąś skałą - rzekł z szelmowskim uśmiechem.
Po kilkudniowych przeszukiwaniach bunkra i przesłuchiwaniach osób
pojmanych w schronie i jego przyległościach Rosjanie w końcu znaleźli
domniemane zwęglone szczątki Hitlera i Evy Braun. Bezpośredni rozkaz
Stalina gwarantował przewiezienie ich do Moskwy. Stalin z upodobaniem
czytał o wysiłkach Amerykanów i Brytyjczyków, czyniących próby
prześledzenia ostatnich ruchów Hitlera. Założenie było proste - ponieważ
brakowało ciała, nie mieli dowodu, że Hitler rzeczywiście nie żyje.
Stalin wiedział swoje.
* * *
J. Edgar Hoover rządził FBI żelazną ręką. Wiedział, co się dzieje w każdym oddziale i z każdym agentem. Teczki z aktami co miesiąc
przechodziły przez jego biurko, a krążące po świecie "pogłoski" i "uliczne plotki" ugruntowały w nim przekonanie, że Hitler prawdopodobnie
żyje. Osobiście wystosował list do prezydenta, który przekazał mu
komentarze Stalina na temat Hitlera i Ameryki Południowej. Było
tajemnicą poliszynela, że widziano U-Booty u wybrzeży Argentyny, rzekomo
neutralnego kraju, co najmniej rok przed zakończeniem wojny. Miejscowi
agenci twierdzili, że Niemcy przerzucają tam złoto i waluty wszelkich
nominałów, torując sobie z pewnością drogę ewakuacji, ponieważ już w roku tysiąc dziewięćset czterdziestym czwartym stało się jasne, kto
wygra wojnę. I nie miały to być Niemcy.
W połowie wojny utworzono Biuro Usług Strategicznych (OSS) w celu
zbierania informacji wywiadowczych o niemieckich działaniach. Agenci
rekrutowani w kluczowych krajach mieli przekazywać informacje
Waszyngtonowi. Prezydent Truman postanowił sformalizować rolę OSS i zmienił nazwę biura na Centralną Agencję Wywiadowczą (CIA), wydział,
który miał działać niezależnie od FBI. FBI z kolei miało na powrót
zajmować się wyłącznie bezpieczeństwem krajowym. CIA powierzono zadanie
dotarcia do prawdy - Hitler żyje czy nie? Gdyby mogli udowodnić, że
faktycznie zginął w berlińskim bunkrze, ta konkretna teczka zostałaby
raz na zawsze zamknięta, ale gdyby jakimś trafem ocalał...
Najpierw należało zlokalizować Hitlera, a potem zdecydować, co zrobić z najbardziej znienawidzonym i nikczemnym człowiekiem znanym ludzkości.
Uważano, że uprowadzenie go wkrótce po zakończeniu wojny będzie
niemożliwe. Ekstradycja również nie wchodziła w grę, zwłaszcza jeśli
przebywał gdzieś w Ameryce Południowej. Pozostawała tylko jedna
alternatywa - skrytobójstwo. Na początku trzeba było dowieść, że Hitler
żyje, lecz wytropienie go nie należało do łatwych zadań, na świecie
znajdowało się bowiem mnóstwo sympatyków nazistów, gotowych udzielić im
schronienia.
- Jeśli rzeczywiście go znajdą - powiedział Truman - lepiej, żeby zabili
sukinsyna.
* * *
Irene, żona agenta Joego Walkera, ogromnie się cieszyła, że jej mąż
przetrwał wojnę bez szwanku. Praca dla FBI i polowanie na ewentualnych
dywersantów w Stanach Zjednoczonych to znacznie bezpieczniejsze zadania
niż znalezienie się w Normandii podczas lądowania aliantów. Ostatnio
jednak przeniesiono go do CIA i wybrano do tajnej misji zagranicznej, z czego Irene nie była zadowolona.
- Muszę to zrobić dla kraju, kochanie, przecież wiesz. Wojna się
skończyła, wysyłają mnie do ścigania nazistów. To jedyna taka szansa w życiu. Żadnego szpiegowania, żadna wielka sprawa. Nazistowscy przestępcy
rozpierzchają się po całej Europie, najwyraźniej są wszędzie, jak plaga
szczurów. Musimy założyć biuro, zidentyfikować kluczowe jednostki, a potem je namierzyć. Będę tam głównie urzędnikiem, obiecuję. Bezpieczna
posadka jak w Empire State Building i mam nadzieję, że kiedy już
wszystko zacznie funkcjonować, będziesz mogła odwiedzić mnie w Berlinie.
Podobno widok tego zniszczonego miasta o zachodzie słońca jest
niezapomniany.
Ta próba rozładowania napięcia nie została doceniona.
- Uciekinierzy bywają zdesperowani, Joe, dobrze wiesz, a przecież mamy
tu do czynienia z bezwzględnymi nazistami. W razie potrzeby zabiją
ciebie czy kogoś innego bez skrupułów. Wystarczy spojrzeć na obozy
koncentracyjne: zgroza, po prostu zgroza. Nie, mam naprawdę złe
przeczucia, a wiesz, że intuicja zwykle mnie nie zawodzi. Zresztą co
będziemy robić tutaj z Cukiereczkiem, gdy wyjedziesz?
Joe popatrzył na swoją czteroletnią córkę, tak słodką, że jej prawdziwe
imię, Isabelle, zastąpiono przezwiskiem Cukiereczek. Wyciągnął do niej
ramiona, a dziewczynka od razu rzuciła się mu w objęcia.
- Jak długo cię nie będzie, tatusiu?
- Nie wiem, skarbie, ale wrócę, nim się obejrzysz.
Zanurzył twarz w gęstych brązowych włosach dziewczynki i poczuł ciepło
bijące z drobnego ciałka. Mocno przytulił córeczkę. Nie wypuścił jej z ramion, gdy zaczęła się wiercić i wyrywać, a Irene ze łzami w oczach
dołączyła do rodzinnego uścisku.
- Nie jedź, Joe, proszę - szeptała mu błagalnie do ucha.
Postawił Cukiereczka na podłodze, jeszcze raz przyciągnął do siebie żonę
i pocałował ją w szyję. Następnie odsunął się, posyłając jej pełne
determinacji spojrzenie. Joe nie dawał sobie w kaszę dmuchać.
Pożegnanie było łzawe, Joe przyglądał się swoim "dwóm ulubionym
dziewczynom" z tylnego okna taksówki wiozącej go na waszyngtońskie
lotnisko w Gravelly Point. Była to jego pierwsza misja zagraniczna i postanowił zakończyć ją sukcesem. Gdyby się udało, istniała szansa, że
po kilku latach czekałaby go lukratywna posadka za biurkiem w Pentagonie, a może nawet w Białym Domu.
Joe otrzymał wcześniej instrukcje, a mówiąc żonie, że ściga nazistów,
nie wyjawił całej prawdy. Poszukiwał bowiem konkretnej osoby na
polecenie samego prezydenta Harry'ego S. Trumana, który miał osobiście
otrzymywać raporty od kontradmirała Sidneya Souersa, nowo mianowanego
dyrektora CIA.
Taksówkarz wysadził Joego przy hangarze American Overseas Airways, gdzie
powitał go drugi agent misji, Paul Rivera. Rivera miał trzydzieści kilka
lat, władał wieloma językami i był kawalerem całkowicie oddanym swojej
pracy - karierze agenta, który uwielbiał ścigać "złych" i działać
potajemnie pod rozmaitymi przybranymi nazwiskami, posługując się
fałszywymi dokumentami. Ponieważ w czasie wojny z powodzeniem szpiegował
w Europie dla OSS, po wezwaniu do Waszyngtonu i osobistej odprawie u Souersa miał objąć stanowisko starszego agenta misji. Powierzone zadanie
nie onieśmielało Rivery. Podobnie jak większość ludzi uważał, że Hitler
nie żyje, cieszył się zatem perspektywą łatwej misji, spotkań z donosicielami i kapusiami wszelkiej maści w podejrzanym przestępczym
światku Europy i Ameryki Południowej. Z pewnością będzie tam mnóstwo
nerwowych nazistów ukrywających się pod kamieniami, w piwnicach i za
zamkniętymi drzwiami. Bardzo możliwe, że w nadchodzących tygodniach lub
miesiącach natknie się na kilku z nich, ale, jak sądził, nic gorszego go
nie czeka.
Przyglądał się Joemu Walkerowi, który stawiał wielkie kroki po płycie
lotniska, zmierzając w jego stronę: młody, równe zęby, które niemal
skrzyły się przy uśmiechu, tani garnitur, biała koszula, czarny krawat i studencka fryzura. Była to jego pierwsza misja, co od razu rzucało się w oczy. Bardziej przypominał jelenia oślepionego reflektorami samochodu
niż agenta CIA.
Walkerowi znana była reputacja Rivery: uchodził za człowieka, który
zawsze doprowadza zadanie do końca, często zostawiając po sobie bałagan,
który inni muszą uprzątnąć - niemniej osiąga wyniki, a w ostatecznym
rozrachunku dla Waszyngtonu liczyły się właśnie one. Hoover go uwielbiał
i Rivera o tym wiedział. W jego słowniku nie występowało słowo
"skromność".
Pierwszym spostrzeżeniem Rivery po uścisku dłoni Walkera było wrażenie,
że ten człowiek zna się na papierkowej robocie za biurkiem. Na niewiele
się zda, gdyby sprawy przybrały ostrzejszy obrót, na co Rivera miał
nadzieję - uwielbiał intrygi oraz chaos i kocioł, które często im
towarzyszyły. Miał w sobie butę i arogancję, dawał tym samym innym jasny
komunikat: "Byłem tam, zrobiłem swoje". Kilkakrotnie okrążył świat,
nie raz wplątywał się po drodze w paskudne sprawy, sumiennie służył
krajowi. Zdaniem Rivery wypadki i potknięcia zdarzały się innym agentom;
on miał zbyt duże doświadczenie, by dać się sfaulować jakiemuś amatorowi
w obcym kraju.
Po wymianie uścisków dłoni Rivera powiedział:
- Miło cię poznać, Joe. Souers mówił, że kiedy pracowałeś w FBI, brałeś
udział w likwidacji komunistycznej komórki na terenie portu w Jersey?
- To było śledztwo zza biurka, nic więcej. Znasz zasadę: podążaj za
pieniądzem. Misja była dość prosta, choć zajęła nieco czasu. Ale w końcu
osiągnęliśmy, co chcieliśmy. Podczas wojny byłeś ponoć w Europie,
głównie pomagając francuskiemu i polskiemu podziemiu?
- I podobała mi się każda spędzona tam chwila, choć straciłem przez
Szkopów kilku dobrych kumpli. Czasem robiło się groźnie, myślę, że ta
misja będzie znacznie mniej ryzykowna.
- Mam nadzieję, że się nie mylisz, Paul.
- Zazwyczaj mam rację.