Polowanie na fortunę Rosewoodów - Mackenzie Reed

Kup ebooka

39.90 zł
31.92 zł (29,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1

SO­BOTA, 15 CZERWCA, 19.52

Z rze­czy, które można usły­szeć o mo­jej ro­dzi­nie, ta jedna jest prawdą - do­sko­nale wiemy, jak urzą­dzić do­brą im­prezę.

Ubrany na czarno kel­ner prze­dziera się przez hordę go­ści upchnię­tych w sali wi­zy­to­wej po­sia­dło­ści babci. Biorę z tacy kie­li­szek szam­pana, a ja­sny płyn drży pod wpły­wem cięż­kich ba­sów pły­ną­cych przez gło­śniki za­mon­to­wane w ro­gach po­miesz­cze­nia. DJ w foyer gra wszystko, od ABBY po Harry'ego Sty­lesa. Mo­gli­śmy oczy­wi­ście wy­na­jąć ja­kiś ze­spół, ale bab­cia nie lubi wy­da­wać wię­cej pie­nię­dzy, niż musi.

Pod­no­szę kie­li­szek do ust, spo­glą­da­jąc na tłum. Sie­dzę na pod­ło­kiet­niku mo­jego ulu­bio­nego fo­tela ze skóry w ko­lo­rze ko­niaku. To ide­alne miej­sce do ob­ser­wo­wa­nia zna­jo­mych twa­rzy. Jak za­wsze zja­wiło się całe mia­steczko.

W po­bliżu słod­kiego stołu dzien­ni­ka­rze z "Kro­niki Ro­se­town", na­szej ga­zety, w któ­rej ju­tro znaj­dzie się za­pewne prze­gląd naj­waż­niej­szych zda­rzeń z im­prezy, ze śmie­chem za­nu­rzają owoce w cze­ko­la­do­wej fon­tan­nie. Bez­po­śred­nio pod po­ły­sku­ją­cym ży­ran­do­lem z krysz­ta­łów Swa­ro­vskiego za­jął miej­sce ko­mi­tet Mu­zeum Sztuk Pięk­nych w Ro­se­town, z An­ge­line Mur­phy na czele. Ra­zem ze swo­imi ko­le­gami fa­na­ty­kami sztuki praw­do­po­dob­nie oma­wia ko­lejną wy­stawę, która zo­sta­nie za­pre­zen­to­wana w mu­zeum.

Na im­pre­zach babci zja­wiają się na­wet przed­sta­wi­ciele prawa. Szef po­li­cji Bla­ine Cla­re­mon wraz z dwoma za­stęp­cami kręci się wo­kół stołu peł­nego wło­skich wę­dlin i doj­rze­wa­ją­cych se­rów. Mun­dury i kaj­danki męż­czyzn zo­stały za­stą­pione ele­ganc­kimi smo­kin­gami i po­zła­ca­nymi spin­kami do man­kie­tów. Zu­peł­nie jakby po uli­cach mia­sta roz­szedł się szept: "Nie wy­głu­piaj się pięt­na­stego czerwca. Wiesz, co to za dzień".

I rze­czy­wi­ście, wszy­scy wie­dzą. To dzień uro­dzin babci, znany też jako ofi­cjalne roz­po­czę­cie lata, czyli se­zonu im­prez Ro­se­wo­odów.

Poza tym to nie tak, że w Ro­se­town pa­nuje wy­soka prze­stęp­czość. Je­śli nie li­czyć kilku zbun­to­wa­nych na­sto­lat­ków, któ­rzy od czasu do czasu za­kra­dają się do opusz­czo­nej fa­bryki na obrze­żach mia­sta, jest tu dość spo­koj­nie. A każdy, kto mógłby zro­bić coś, czego nie po­wi­nien, i tak tu jest. Na tym po­lega piękno i prze­kleń­stwo im­prez w po­sia­dło­ści Ro­se­wo­odów. Wszy­scy otrzy­mują za­pro­sze­nie opa­trzone wo­skową pie­czę­cią.

Biorę łyk szam­pana tylko dla­tego, że mogę. Opróż­niam pra­wie cały kie­li­szek jed­nym hau­stem, pod­czas gdy mu­zyka mie­sza się z ka­ko­fo­nią gło­sów roz­ma­wia­ją­cych go­ści, ob­my­wa­jąc mnie ni­czym jedna wielka, cha­otyczna fala. Kiedy opusz­czam rękę, za­uwa­żam, że przy­gląda mi się ko­men­dant Cla­re­mon, a ka­wa­łek pro­sciutto pra­wie spada mu z kra­kersa. Nie jest przy­zwy­cza­jony do tego, że sie­dem­na­sto­latki jaw­nie sprze­ci­wiają się jego au­to­ry­te­towi, zwłasz­cza w mo­rzu lu­dzi, któ­rych oboje znamy.

Marsz­czę brwi, trzy­ma­jąc wy­zy­wa­jąco kie­li­szek, na któ­rego kra­wę­dzi zo­stał od­cisk mo­jej ru­bi­no­wej szminki. Co za­mie­rzasz z tym zro­bić?

Od­wraca się, wkła­da­jąc kra­kersa do ust. Ab­so­lut­nie nic.

Po­zwa­lam, by na mo­jej twa­rzy za­go­ścił na chwilę cień uśmieszku. Oczy­wi­ście, że nic z tym nie zrobi. Nie może, bo je­stem...

- Lily Ro­se­wood!

Moje na­zwi­sko jest za­bar­wione sła­bym an­giel­skim ak­cen­tem, a głosu nie da się po­my­lić z żad­nym in­nym. Mia­łam na­dzieję, że dziś go nie usły­szę. Nic dziw­nego, że ko­men­dant Cla­re­mon mnie ob­ser­wo­wał. Zbliża się do mnie jego córka.

- Ell, cześć!

Od­wra­cam się, przy­kle­ja­jąc do twa­rzy naj­bar­dziej olśnie­wa­jący uśmiech, ale po chwili z niego re­zy­gnuję, gdy przy­glą­dam się Ell Cla­re­mon i - je­śli nie li­czyć pie­przyka nad wargą - le­dwo ją roz­po­znaję. Ma na so­bie olśnie­wa­jącą czarną su­kienkę kok­taj­lową i szkar­łatne szpilki, a świeżo ufar­bo­wane pla­ty­nowe włosy opa­dają ka­skadą na jej prawe ra­mię. Jest za­le­d­wie cztery lata star­sza ode mnie, ale czas spę­dzony w Lon­don Col­lege of Fa­shion zmie­nił ją w ko­goś w ro­dzaju mo­delki. Ma wy­datne usta i tak białe zęby, że mo­głaby re­kla­mo­wać pa­stę Col­gate. W ni­czym nie przy­po­mina skrom­nej bru­netki, za którą włó­czy­łam się ni­czym szcze­niak, kiedy do­ra­sta­łam.

- Tak się cie­szę, że udało ci się do­trzeć. - Kłam­stwo po­zo­sta­wia w mo­ich ustach go­rycz.

Ell ca­łuje mnie w oba po­liczki. Rzecz w tym, że chcę się cie­szyć z jej po­wrotu. Gdy łą­czyło nas za­mi­ło­wa­nie do mody, a ona trak­to­wała mnie jak młod­szą sio­strę, by­łam zroz­pa­czona na myśl o jej wy­jeź­dzie na stu­dia. Ale te­raz za każ­dym ra­zem, gdy jest w domu, roz­ma­wia z bab­cią o Ro­se­wood Inc., na­szej fir­mie z luk­su­so­wymi płasz­czami, za­ło­żo­nej po­nad sto lat temu przez moją pra­bab­cię. Kiedy Ell wy­ra­ziła za­in­te­re­so­wa­nie stu­diami w Lon­dy­nie, za­warła z bab­cią umowę, że je­śli bę­dzie pra­co­wać w na­szej lon­dyń­skiej fi­lii pod­czas stu­diów, po ich ukoń­cze­niu bę­dzie na nią cze­kało miej­sce w Ro­se­wood Inc.

Od tego czasu bab­cia z za­pa­łem prze­ka­zuje jej na Zoo­mie taj­niki pro­wa­dze­nia firmy. Czę­sto­tli­wość ich roz­mów wzro­sła w ostat­nim roku, od­kąd co­raz mniej czasu dzieli Ell od ukoń­cze­nia stu­diów. No i faj­nie, ale bab­cia miała w tym roku przy­go­to­wy­wać mnie do roli pre­ze­ski za­rządu Ro­se­wood Inc.

- Tę­sk­ni­łam za tobą, Lily - mówi Ell i przy­suwa się do mnie, gdy mija nas za­ta­cza­jąca się pi­jana para. Jej oczy błysz­czą tro­ską. - Wszystko w po­rządku? Wiem, że było ci bar­dzo trudno po tym... wszyst­kim.

Nie­do­po­wie­dze­nie roku. Moje gar­dło grozi za­ci­śnię­ciem się, a uczu­cia, które tłu­mi­łam przez cały dzień - wy­pły­nię­ciem na po­wierzch­nię. Kiedy sta­ran­nie na­kła­da­łam ma­ki­jaż, obie­ca­łam so­bie, że dziś wie­czo­rem będę trzy­mać emo­cje na wo­dzy. To tylko ko­lejna im­preza. Mogę prze­trwać jedną noc. Mu­szę ją prze­trwać.

- Nic mi nie jest - wy­du­szam, ir­ra­cjo­nal­nie zła na Ell, że w ogóle po­ru­szyła ten te­mat. - Poza tym z bab­cią świet­nie się mieszka.

To ostat­nie na szczę­ście nie jest kłam­stwem.

Ell roz­pro­mie­nia się i roz­gląda do­okoła.

- A skoro mowa o Iris, wi­dzia­łaś ją?

- Hmm...

Do­bre py­ta­nie. Bab­cia zro­biła wiel­kie wej­ście na po­czątku im­prezy po­nad go­dzinę temu, scho­dząc po wiel­kich scho­dach w foyer w ele­ganc­kiej szma­rag­do­wej sukni się­ga­ją­cej pod­łogi i swoim re­pre­zen­ta­cyj­nym na­szyj­niku z dwu­dzie­sto­pię­cio­ka­ra­to­wym ru­bi­nem w kształ­cie łezki wiel­ko­ści mo­jego pa­znok­cia, wi­szą­cym na de­li­kat­nym zło­tym łań­cuszku. Od tam­tego czasu jesz­cze jej nie wi­dzia­łam, choć bio­rąc pod uwagę, że na te­re­nie po­sia­dło­ści tło­czyli się nie­mal wszy­scy miesz­kańcy mia­steczka, znik­nię­cie było ła­twe. Na­wet po­żą­dane. Bo kiedy je­steś matką rodu naj­bo­gat­szej ro­dziny w po­łu­dnio­wym Mas­sa­chu­setts, każdy chce zwró­cić na sie­bie twoją uwagę.

Roz­glą­dam się szybko, ale jej nie do­strze­gam. Zwra­cam za to uwagę jed­nego z kel­ne­rów, który są­dzi, że szu­kam przy­sta­wek.

- Kre­wetkę, dro­gie pa­nie?

- Nie, dzię­kuję - od­po­wiada szybko Ell, co­fa­jąc się o kilka kro­ków. - Mam aler­gię na sko­ru­piaki.

Zja­dłam już wy­star­cza­jąco dużo, ale i tak biorę kre­wetkę z tacy i wkła­dam ją do ust. Co­kol­wiek, byle mieć tę roz­mowę z głowy. Na­gle wszystko za­czyna mnie przy­tła­czać. Mu­zyka jest zbyt gło­śna, wy­raz twa­rzy Ell zbyt do­myślny, lu­dzie są zbyt bli­sko. Po­trze­buję odro­biny po­wie­trza.

Ell uważ­nie ob­ser­wuje, jak prze­żu­wam i prze­ły­kam. Przy­kle­jam na twarz uśmiech, który to­wa­rzy­szył mi przez cały wie­czór. Czuję się, jak­bym w środku umie­rała, ale nie mogę dać tego po so­bie po­znać.

- Z pew­no­ścią bab­cia gdzieś tu się kręci - mó­wię. - Je­śli chcesz, prze­każę jej wia­do­mość od cie­bie.

- Och, nie ma ta­kiej po­trzeby. Mu­simy prze­dys­ku­to­wać różne fir­mowe kwe­stie.

- Ja­sne. - Nie prze­staję się uśmie­chać, choć iry­tuje mnie jej wy­mi­ja­jąca od­po­wiedź. Jak­bym nie mo­gła zo­stać wta­jem­ni­czona w "fir­mowe kwe­stie". - Prze­pra­szam, mu­szę spraw­dzić, co się dzieje w kuchni.

- Oczy­wi­ście. Miło cię wi­dzieć, Lily. - Ro­bię dwa kroki, gdy za­trzy­muje mnie jej głos. - A tak przy oka­zji: twoja su­kienka jest prze­piękna.

Drgam, ale zdo­by­wam się na ostatni uśmiech.

Prze­my­kam szybko po­mię­dzy cie­płymi cia­łami, które od­dzie­lają mnie od dwu­kie­run­ko­wych drzwi pro­wa­dzą­cych do kuchni, za­do­wo­lona, że dzięki przy­ga­szo­nym świa­tłom nikt nie może zo­ba­czyć mo­ich pło­ną­cych po­licz­ków. Gdyby po­wie­dział mi to kto­kol­wiek inny, by­ła­bym wnie­bo­wzięta. Ak­sa­mitna su­kienka jest piękna, w głę­bo­kim od­cie­niu tur­kusu. Ku­pi­łam ją w moim ulu­bio­nym skle­pie vin­tage trzy mia­sta da­lej, skró­ci­łam do wy­so­ko­ści ko­lan i ob­rę­bi­łam, two­rząc za­lotną spód­nicę. W biu­ście była tro­chę przy­cia­sna, ale udało mi się to na­pra­wić dzięki za­mo­co­wa­niu z tyłu kre­mo­wego gor­setu kry­ją­cego za­mek bły­ska­wiczny. Po po­praw­kach w ni­czym nie przy­po­mi­nała sukni, którą ku­pi­łam.

Ale Ell żyje i od­dy­cha modą. Za­łożę się, że uznała su­kienkę za pro­jekt w stylu vin­tage, który w jej oczach ze­psu­łam.

Cóż, niech zaj­mie się swo­imi spra­wami.

Chcia­ła­bym jej to po­wie­dzieć, ale wo­kół jest zbyt wiele wścib­skich uszu. Poza tym mu­sia­ła­bym wy­ja­śnić, dla­czego w ogóle prze­ro­bi­łam su­kienkę po swo­jemu. Dla­czego nie mo­głam po pro­stu sko­rzy­stać z ogrom­nej for­tuny Ro­se­wo­odów i ku­pić so­bie zu­peł­nie no­wej.

A to jest py­ta­nie, na które pró­bo­wa­łam od­po­wie­dzieć przez ostatni rok.

Z wes­tchnie­niem ulgi wpa­dam do kuchni, w po­śpie­chu nie­malże po­trą­ca­jąc kel­nera z ka­na­pecz­kami ca­prese.

- Prze­pra­szam - mam­ro­czę.

Gdy w końcu znaj­duję się z dala od oczu go­ści, nieco się gar­bię. Je­stem dumna z przy­na­leż­no­ści do ro­dziny Ro­se­wo­odów, ale cza­sami ko­niecz­ność sta­nia cały czas na bacz­ność przy miesz­kań­cach mia­sta bywa mę­cząca.

- Wy­glą­dasz, jak­byś miała ja­kąś mi­sję. - Sły­szę zna­jomy głos osoby wcho­dzą­cej za mną do kuchni.

- To mi­sja ucieczki od Ell Cla­re­mon. - Od­wra­cam się i pa­trzę na mo­jego przy­ja­ciela Mi­lesa, któ­rego po­liczki są za­ró­żo­wione od wy­siłku. - Ty za to wy­glą­dasz, jak­byś był na mi­sji.

- Tak, żeby cię zna­leźć. - Dy­szy. - Szu­ka­łem cię przez dzie­sięć mi­nut. W końcu cię za­uwa­ży­łem i za­czą­łem wo­łać, a ty przy­bie­głaś tu­taj.

- Prze­pra­szam, po­trze­bo­wa­łam ode­tchnąć. - Moje ob­casy stu­kają na nie­ska­zi­tel­nej pod­ło­dze wy­ło­żo­nej bia­łymi ka­fel­kami, gdy idę w kie­runku prze­suw­nych szkla­nych drzwi pro­wa­dzą­cych na pa­tio przy ba­se­nie. Drzwi są otwarte, znaj­duje się w nich je­dy­nie pa­ra­wan, ale nie ma zbyt wiel­kiej róż­nicy mię­dzy ukro­pem w kuchni a par­nym let­nim po­wie­trzem na ze­wnątrz.

Mi­les po­dąża za mną, wy­gła­dza­jąc spodnie khaki i gra­na­tową ko­szulę. Blond fale opa­dają mu na nie­bie­skie oczy, któ­rych ko­lor pa­suje do od­cie­nia farby na ścia­nie za nim. Spo­gląda na za­peł­nione po­dwórko po­sia­dło­ści, marsz­cząc brwi.

- Lily, co tu wi­dzisz dziw­nego?

Przy­glą­dam się go­ściom plu­ska­ją­cym się w ba­se­nie i wy­le­gu­ją­cym na le­ża­kach.

- Za dużo lu­dzi na dmu­cha­nym fla­mingu?

Mi­les śmieje się lekko.

- Do­bra, to dwie rze­czy. - Wska­zuje na chło­paka w na­szym wieku sie­dzą­cego z boku na drew­nia­nym skła­da­nym krze­śle.

- Kto to? - py­tam.

- Mia­łem na­dzieję, że ty bę­dziesz wie­działa.

- Po­win­nam wie­dzieć - mó­wię.

Jego ciem­no­brą­zowa skóra ma tur­ku­sowy od­cień na tle ba­senu. Chło­pak po­pija wodę z bu­telki, ma na so­bie spodnie w ko­lo­rze khaki i swe­ter. Nie pa­suje do reszty osób na pa­tio, ubra­nych je­dy­nie w stroje ką­pie­lowe.

- Znam tu każ­dego i za­adre­so­wa­łam oso­bi­ście wszyst­kie za­pro­sze­nia. Przez tych lu­dzi mia­łam skur­cze w dłoni.

- Je­ste­śmy wdzięczni za twoje po­świę­ce­nie - mówi uro­czy­ście Mi­les.

Sztur­cham go łok­ciem w bok, kie­ru­jąc wzrok z po­wro­tem na chło­paka. Jego oczy za kwa­dra­to­wymi czar­nymi oku­la­rami zdra­dzają wszystko. Wcale nie ma ochoty tu być.

- Wy­gląda zna­jomo - rzu­cam, pró­bu­jąc go zi­den­ty­fi­ko­wać, ale nie udaje mi się.

- Jest słodki, nie są­dzisz? - pyta Mi­les.

Mru­czę na znak zgody, cie­sząc się z kilku chwil spo­koju z Mi­le­sem, który w ciągu ostat­niego roku prze­jął rolę mo­jego je­dy­nego naj­lep­szego przy­ja­ciela.

Jest pe­łen bez­tro­skiego opty­mi­zmu i z ła­two­ścią roz­pra­sza moją uwagę, tak jak te­raz, gdy rzuca mi kon­spi­ra­cyjny uśmiech.

- Za­ło­żymy się, że do niego za­ga­dam?

- Zro­bisz to i bez tego - wy­ty­kam.

- Ale wtedy nie bę­dzie śmiesz­nie.

- Niech bę­dzie. Za­łóżmy się o to, że zwa­lisz tego ta­jem­ni­czego ko­le­sia z nóg. Do­sta­niesz bo­nu­sowe punkty, je­śli roz­ko­chasz go w so­bie do końca im­prezy.

- A co, je­śli sam się w nim za­ko­cham?

- Nie będę cię bu­dzić rano i sama otwo­rzę sklep. - To ry­zy­kowna pro­po­zy­cja, po­nie­waż de­li­ka­tesy Di­Vin­cenzi są pełne lu­dzi od­wie­dza­ją­cych je w nie­dziele po ko­ściele. Za­zwy­czaj oboje mu­simy się uwi­jać, żeby ich ob­słu­żyć.

Ale nie są­dzę, aby zbyt wielu miesz­kań­ców mia­sta wy­bie­rało się ju­tro do ko­ścioła, bio­rąc pod uwagę, że wła­śnie się tu upi­jają.

- Zgoda. - Mi­les otwiera drzwi, po czym za­trzy­muje się, wy­cią­ga­jąc coś z kie­szeni. - Pra­wie za­po­mnia­łem. Szu­ka­łem cię, bo twoja bab­cia ka­zała ci to prze­ka­zać. Po­wie­działa coś dziw­nego. - Urywa, pró­bu­jąc so­bie to przy­po­mnieć. - Chyba "Nie wszystko na­raz"? i jesz­cze że­byś zja­dła to jak naj­szyb­ciej, żeby się nie roz­pu­ściło.

Kła­dzie na mo­jej dłoni małą kulę owi­niętą w zie­loną fo­lię. Marsz­czę brwi.

- Nie wszystko na...

Mi­les idzie już przez pa­tio, rzu­ca­jąc mi przez ra­mię ostatni pro­mienny uśmiech, i unosi kciuk w górę.

Spo­glą­dam za sie­bie na ku­cha­rzy, któ­rzy wciąż są za­jęci po­da­wa­niem kel­ne­rom no­wych ta­le­rzy. Ota­czają mnie wspa­niałe aro­maty, słod­kie, pi­kantne i wszystko, co po­mię­dzy, gdy pełne i pu­ste tace są wy­mie­niane jedna za drugą, a ogromna kuch­nia wy­daje się ma­lutka przy wszyst­kich pra­cow­ni­kach stło­czo­nych, aby na­dą­żyć za prze­pły­wem je­dze­nia. Nie roz­po­znaję żad­nego z nich. Bab­cia mu­siała dać wolne sta­łym pra­cow­ni­kom.

Ob­ra­cam cze­ko­ladkę w pal­cach, pró­bu­jąc do­pa­trzyć się w niej cze­goś nie­zwy­kłego. Przy ko­minku stoi ta­kich cała taca - bab­cia wie, że sama mo­gła­bym so­bie taką wziąć. Zdej­muję zie­loną fo­lię i od­sła­niam tru­flę z ciem­nej cze­ko­lady. Spraw­dzam we­wnętrzną stronę fo­lii, po­nie­waż by­łoby to w stylu babci, gdyby umie­ściła tam wia­do­mość, ale wi­dzę je­dy­nie błysz­czące sre­bro. Nic nie­zwy­kłego. Wbi­jam zęby w tru­flę, która roz­pada się w mo­ich ustach i topi na ję­zyku. Sło­dycz eks­plo­duje, a za­raz po niej po­ja­wia się roz­koszny gorzki od­cień ciem­nej cze­ko­lady. Lecz wtedy na ję­zyku czuję coś jesz­cze, coś szorst­kiego i...

- Fuj! - Wy­plu­wam to na dłoń. W cze­ko­la­dzie ukryty był ka­wa­łek pa­pieru. No ja­sne. Ty­powa bab­cia.

Chwy­tam ser­wetkę, by wy­trzeć ślinę z kar­teczki, i roz­wi­jam ją, pa­trząc na po­ja­wia­jące się po­woli zna­jome pi­smo babci.

Zni­ka­jący atra­ment - używa go za­wsze do pi­sa­nia ta­kich li­ści­ków. Kie­dyś, w cza­sach przed e-ma­ilami, w ten spo­sób po­ta­jem­nie ko­mu­ni­ko­wała po­ten­cjalne trans­ak­cje biz­ne­sowe, ale te­raz uży­wa­ły­śmy go już tylko my dwie, do zo­sta­wia­nia nie­mą­drych no­ta­tek w ca­łej po­sia­dło­ści, na przy­kład: "Zja­dłaś sama tego ostat­niego eklera?" czy "Pizza i Pro­ject Run­way dziś wie­czo­rem?". Smugi na pa­pie­rze zdra­dzają, że użyto tego atra­mentu. Pi­smo po­ja­wia się po­now­nie, gdy pa­pier jest mo­kry - w tym przy­padku moja ślina za­ła­twiła sprawę.

Po­win­nam się do­my­ślić, że nie za­pi­sze wia­do­mo­ści na fo­lii. To by­łoby zbyt pro­ste.

Droga Li­leczko, czy­tam. Spo­tkajmy się w na­szym miej­scu o dwu­dzie­stej.

Zer­kam na ze­gar nad zle­wem. Dwie mi­nuty. Pra­wie się spóź­ni­łam.

Gdy wy­cho­dzę na ze­wnątrz, oka­zuje się, że im­preza na po­dwórku jest nie mniej ha­ła­śliwa niż ta w po­sia­dło­ści. Wła­ści­wie to tu jest go­rzej przez zgro­ma­dzoną mło­dzież. Scho­dzę po wiel­kich ka­mien­nych scho­dach pro­wa­dzą­cych na pa­tio i mi­jam ba­sen, by do­trzeć do celu. Pra­wie cała moja klasa plu­ska się w błę­kit­nej wo­dzie, a moja młod­sza ku­zynka Da­isy ba­lan­suje boso na końcu tram­po­liny. Dzielą nas za­le­d­wie trzy mie­siące i mo­gły­by­śmy ucho­dzić za bliź­niaczki ze względu na na­szą ja­sną skórę i ciem­no­rude włosy, pod­sta­wowy ze­staw ge­nów w ro­dzi­nie Ro­se­wood. Ale na tym koń­czą się po­do­bień­stwa mię­dzy nami, po­nie­waż ona odzie­dzi­czyła po swo­jej ma­mie brą­zowe oczy i drobną bu­dowę, tym­cza­sem ja mam bla­do­zie­lone oczy i krą­gło­ści babci.

Róż­nimy się nie tylko wy­glą­dem. Pod­czas gdy ja cie­szę się wiel­kim sza­cun­kiem w ca­łym mie­ście jako pier­wo­rodna na­szego po­ko­le­nia Ro­se­wo­odów, kró­le­stwem Da­isy jest li­ceum. Dla na­szych ko­le­gów z klasy rów­nie do­brze mo­głaby być ce­le­brytką. Nie po­maga fakt, że jest gwiazdą Tik­Toka i ma pra­wie pół mi­liona ob­ser­wu­ją­cych. Wy­rzuca ręce w po­wie­trze, jej krótka srebrna su­kienka nie­bez­piecz­nie się unosi, a znad wody do­bie­gają wi­waty. Ktoś po­daje jej kie­li­szek szam­pana. Po­łowa chlu­sta na ze­wnątrz i tra­fia na głowę chło­paka znaj­du­ją­cego się pod nią, gdy ku­zynka udaje, że kie­li­szek to mi­kro­fon.

- Swe­eeeeet Ca­ro­line! - śpiewa, fał­szu­jąc.

- BUM! BUM! BUM! - od­krzy­kują lu­dzie.

- Jezu - mam­ro­czę, przy­spie­sza­jąc kroku. Pier­wo­rod­nym nie uszłoby na su­cho pu­bliczne ośmie­sza­nie się w ten spo­sób. Gdy­bym to była ja, zo­sta­ła­bym zje­dzona żyw­cem w "Kro­nice Ro­se­town".

Czuję ukłu­cie za­zdro­ści. W prze­ci­wień­stwie do mnie Da­isy nie musi się mar­twić o by­cie ide­ałem, ani w oczach babci, ani z pew­no­ścią w oczach mia­sta. To na bank miłe nie czuć ta­kiej pre­sji i za­wsze być oto­czo­nym przez przy­ja­ciół, któ­rzy zro­bią dla cie­bie wszystko.

Mu­zyka i śmiech cichną, gdy okrą­żam po­sia­dłość. Wszyst­kie ro­śliny są sta­ran­nie wy­pie­lę­gno­wane, wszę­dzie kwitną róże, czer­wone kwiaty ja­skrawo kon­tra­stują z nie­ska­zi­tel­nie bia­łymi ce­gla­nymi ścia­nami, które wzno­szą się na trzy pię­tra wzwyż. Ich za­pach jest słodki; za­trzy­muję się na chwilę, by go po­czuć i po­zbyć się za­zdro­snych my­śli. Smugi za­cho­dzą­cego słońca ma­lują niebo na złoty ko­lor, wy­pie­ra­jąc błę­kit. Przez tę jedną chwilę je­stem sama. Tę­sk­ni­łam za tym cały wie­czór.

Spo­kój prze­rywa ak­sa­mitny tembr głosu, który po­zna­ła­bym wszę­dzie.

- Nie­zła im­preza, co?

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki