***
Kłopot polegał na tym, żeArtur zawsze był niewyraźny, niezależnie od tego, czy akurat zarażałjakimś choróbskiem, czy też był zdrów jak ryba. Najbardziejniewyraźnie prezentował się, gdy czymś się przejął, a w przejmowaniusię przeróżnymi rzeczami był z pewnością w naszej kategoriiwiekowej rekordzistą województwa katowickiego i bił mnie w tejpięknej konkurencji na głowę. Być może w Arturze drzemałpotencjał mistrza świata wszechwag w przejmowaniu się? Tak, tobyło całkiem możliwe. Po śmierci Louisa de Funesa nie spał przez trzynoce, po zamachu na Sadata raptem dwie i pół. Gdy Wójcickiwalnął w Chorzowie samobója w meczu ze Związkiem Sowieckim,Arturek zrobił sobie dwudniową przerwę w jedzeniu, a kiedynajzupełniej zasłużenie dostał pałę ze środowiskaspołeczno-przyrodniczego, przez pozostałe cztery lekcje siedziałnieruchomo z językiem wepchniętym w policzeki rozpamiętywał klęskę, chociaż nikt go w domu nie lał zazłe oceny. Nikt go w domu za nic nie lał i może w tymwłaśnie tkwił klucz do rozwiązania jego zagadki. Wytrzeszczone oczymojego kompaniona i nerwowe drapanie się za uchem były niczymotwarta księga, w której wielkimi wołami zapisano prawdęo zjawisku często spotykanym - mój kompanion Arturznowu się czymś przejął. Wyczytałem to bez trudu i delikatnieskłoniłem go do wyznań, bo jak mniemałem, po to przyszedł.
W miaręjak Artur mówił, ja z kolei zaczynałem tracić na jakiejkolwiekwyraźności, z przerażenia pogubiłem się w jego opowieści,a resztki zdrowego rozsądku nakazały mi szukać słabych punktówi nieścisłości w przytaczanej przez niego relacji.
- Chwila,chwila... - Mitygując Artura, z trudem przybrałemlekceważący wyraz twarzy, choć już leciutko trzęsły mi się łydki.- Jak to Matka Boska spadła? W Częstochowie spadła?
- Przecieżmówię, że w Częstochowie. Normalnie obraz zleciał na ziemię, nicsię niby nie stało, ale jak się przyjrzeli, to... - Arturzawiesił złowróżbnie głos.
- Z gwoździaspadła? - Nie dawałem się zbyt łatwo omamić. - Taksama z siebie?
- MatkaBoska nie spada tak sama z siebie - pouczył mnieArtur tonem co najmniej kardynała. - A czyz gwoździa? Hmm, nie wiem... Może z wkrętu kołkowego? Możeze śruby? Czy to coś zmienia?
- No,nie - przyznałem. - I co, blizny się jejprzedłużyły?
- Przecieżmówię, że się przedłużyły. - Artur wpadał już w manieręnieomal prefekta Kongregacji Nauki Wiary. - Mówią, żepierwszy raz przedłużyły się po zamachu na papieża. Teraz jest drugiraz. Jak ta dłuższa dojdzie do serca, będzie koniec świata. A bliznysą od teraz większe na wszystkich obrazach Matki BoskiejCzęstochowskiej. Tak słyszałem.
- Tosię okaże - mruknąłem jak wcielenie niedowiarstwa, aleArtur wyczuł, że przemawia przeze mnie zwykły lęk przed końcemświata.
Wlazłemna krzesło, by ściągnąć ze ściany niewielkich wymiarów wizerunekMatki Boskiej Częstochowskiej, bo w każdym szanującym siępolskim domu powinien być przynajmniej jeden. My mieliśmy dwa, alepod drugim trwała akurat nagonka na wujka Mietka, więc musiałchwilowo wystarczyć mniejszy egzemplarz. Zignorowałem przerażającew proporcjach względem matki dzieciątko Jezus i skupiłemuwagę na bliznach na szyi Maryi Dziewicy.
- Boja wiem - dumałem nad obrazkiem niby rozluźniony, ale niz tego, ni z owego zacząłem się pocić. - Niejestem pewny, ale kurka wodna, jakieś takie dłuższe chyba są.Sprawdzałeś u siebie?
- Bałemsię, ale sprawdziłem. Chyba dłuższe. Do serca za dużo nie brakuje.Jeszcze raz spadnie w Częstochowie i...
- Zamknijsię! - przerwałem brutalnie. - Nic nie mów! Mamnadzieję, że już tam zadbali, żeby ją porządnie zawiesić. Gdzie jakgdzie, ale w Częstochowie powinni mieć najlepszych fachowców.
Arturpatrzył na mnie wzrokiem, w którym politowanie sąsiadowałoz fatalistycznym nastawieniem.
- Jakbędzie miała spaść, to i tak spadnie - zawyrokował.- Choćby była przyspawana. Jak taki koniec świata możewyglądać?
- Przestań!W ogóle skąd się o tym dowiedziałeś?
- OdPapierskiego.
- Uff,to nie ma problemu.
- AlePapierski dowiedział się od Alberta.
Tozmieniało postać rzeczy. O ile Michaś Papierski to był łgarzi ogólnie osobnik lubujący się w robieniu ludzi w konia,o tyle Albert Sroka był statecznym dwunastolatkiem ważącym słowai ładnych parę kilogramów, w dodatku noszącym okularyo grubych szkłach, które dodawały mu powagi i fasonu.Albert nigdy nie kłamał ani nie rozsiewał informacjiniepotwierdzonych. Jego relacje były rzeczowe, suche i pozbawioneozdobników. Podawał tylko i wyłącznie fakty najistotniejsze,pomijał barwne szczegóły. Złoty chłopak. Tylko jeśli Albertopowiedział tak straszliwą historię w formie przekazanej miprzez Artura, trzeba było wziąć poprawkę na okoliczność, że jest toniezbędny szkic okropności, która się dokonała, a prawdaprezentuje się jeszcze gorzej. Na przykład, że spadająca Matka Boskaprzygniotła jakiegoś biskupa, który zmarł w karetce, która tokaretka na sygnale wjechała w tłum pielgrzymów, zabijając siedemosób, w tym troje dzieci, i poważnie raniąc dwanaście.Z drugiej strony Albert Sroka był w pełni usprawiedliwiony- cóż znaczy jeden martwy biskup i siedem świeckichtrupów, gdy idzie o koniec świata?
- Tojak może wyglądać taki koniec świata? - dopytywał Artur.
- A skądja mam wiedzieć? - Zdenerwowałem się. - Jeszczeżadnego nie widziałem. Zajrzyj do Apokalipsy, tam jest wszystko zeszczegółami, ale słyszałem, że to blaga. Nie, nie zaglądaj doApokalipsy.
Zapóźno ugryzłem się w język i kłamałem jak z nut,twierdząc, że nic nie wiem, przyznaję, ale robiłem to w dobrejwierze. Nie chciałem, żeby mój kompanion Artur umarł z wyczerpaniapo nieprzespanym tygodniu albo żeby się zagłodził na śmierćw przypływie kolejnego przejęcia się. Jeśli koniec świata miałnadejść w nieodległej przyszłości, wolałem wobec tego wydarzeniatrząść portkami nogawka w nogawkę z Arturem i perspektywajego zejścia z tego padołu przed rychłym dniem ostatecznymwydawała mi się cokolwiek przykra i bezsensowna. Za wszelką cenęchciałem oszczędzić mu przedwczesnej śmierci z przejęcia, więcnie wyłożyłem mu ze szczegółami, na co się zanosi, mimo że uzyskałempewną w tym temacie wiedzę, bawiąc z rodziną na wczasachw Kątach Rybackich.
W ramachzasłużonego górniczego odpoczynku mojego ojca oglądaliśmy podlanemazutem morze i zbieraliśmy bursztyny, aż któregoś dnianiespodziewanie wywieziono nas do Gdańska na wycieczkę. W KościeleMariackim wylądowałem przed "Sądem Ostatecznym" Memlingai nie wyglądało to dobrze. Chociaż to była tylko kopia,wyglądało bardzo źle, a na myśl, że kiedyś tam z pokaźnymbagażem grzechów przeważę na wadze jakiegoś bubka, który niewychodził z kościoła przed komunią i nie miewał dziecięcychrozterek duchowych, a włochate diabły zapędzą mnie do grupypotępionych, zrobiło mi się słabo. Mogłem się tylko pocieszać, żei ów anonimowy bubek, którego niezbyt wyraźny kształt majaczyłmi przed oczami, może się na tym ważeniu zdrowo przejechać, booddziałek zbawionych też nie prezentował się specjalnie wesoło. Nie,nie, kompanionie mój, Arturze, nie opowiem ci o tym, jak koniecświata ma wyglądać. Nie zasypię cię detalami wizji pana Memlinga,która być może nijak ma się do tego, co będzie, ale lepiej na zimnedmuchać. Nie pokażę ci nawet maleńkiego fragmentu "SąduOstatecznego", który znajduje się w mojej encyklopedii.
Niepokazałem i Artur przeżył.
- Corobić? - zapytał Artur niczym Lenin.
Arturzadawał same dobre pytania. Jak wygląda koniec świata? Co robićw obliczu końca świata? Co do czynności, które mogą być podjęte,gdy koniec świata o krok, możliwości było wiele. Iść w końcudo rzetelnej spowiedzi, najlepiej do proboszcza Pasieki, który opróczpokuty zafunduje jeszcze publiczne pośmiewisko - to byładobra opcja. Zwiększała szanse wyjścia z opresji obronną ręką,jeśliby faktycznie Panu Bogu przyszło do głowy rozliczyć nasz pyskowania rodzicom i olewania proboszcza Pasieki. Alew to raczej wątpiliśmy. Ukorzyć się przed proboszczem Pasiekąi w nagrodę spotkać się z nim w Niebie? JezusMaria! To byłby figiel złośliwego bożka, a nie wyrok dobregoBoga, w którego planach fakt istnienia proboszcza Pasieki możedałby się usprawiedliwić jakimś większym dobrem, ale wpuszczenieszanownego proboszcza na salony niebieskie zakrawało na krzyczącąniesprawiedliwość.
Daćsobie spokój i biernie czekać na rozwój wydarzeń - toteż była dobra opcja.
Nieczekać biernie i z nadzieją na bezkarność we wszechobecnejanarchii, która biorąc rzecz na zdrowy rozum, powinna końcowi światatowarzyszyć, ale dać popalić wrogom, od których, kiedy człowiek madziewięć lat, aż gęsto - to była jeszcze lepsza opcja.Gdybyż tak przebić w aucie opony sąsiadowi z dziesiątegopiętra! Kretynowi, ponieważ był wysoki i nie rozpoznawałdrobiazgu moich gabarytów, wydało się kiedyś, że jestem dzieciakiemz innego bloku, przybyłym siać zamęt i zniszczenie nanaszej klatce schodowej. Skurczybyk boleśnie złapał mnie za ramięi poddał szczegółowemu śledztwu, kim też jestem, gdzie mieszkami co tu robię. Odpowiedziałem zgodnie z prawdą, więcłaskawie mnie puścił, ale i tak palantowi nie wybaczyłem. Co jamówię, żeby tylko przebić opony! Napchać kawałków lodu do rurywydechowej, zapaskudzić wycieraczkę, nawtykać zapałek do zamkakomórki, nasikać do woreczka po mleku, oprzeć go o drzwi,zadzwonić i w pośpiechu, ale z godnością, wycofać sięco najmniej na parter. Scenariusze przelatywały mi przez głowę, a cojeden to lepszy, każdego było szkoda.
- Corobić? - powtórzył Artur niczym Lenin, czym wyrwał mniez błogostanu moich widzeń.
Otrząsnąłemsię jak po wyjściu z wody i sam się nieco sobie dziwiąc,wydałem rozporządzenie tyleż zachowawcze, co sensowne i niegłupie.
- Robimytak: ponieważ Papierski jest kłamliwym pajacem, można uznać, że cięokłamał, mówiąc, że powiedział mu to Albert. Chciał ci po prostudokuczyć, bo wie, że wszystkim się przejmujesz. Sam tej historii niewymyślił, na to jest zbyt głupkowaty. Po prostu coś gdzieś usłyszałod takich jak on kłamliwych pajaców, a teraz powtarza i śmiejesię jak głupi do sera, jaja sobie z ciebie i Matki Boskiejrobi, i tyle. Pojedzie do piekła tym samym transportem coproboszcz Pasieka. Na lokomotywie, żeby być tam jak najprędzej. Noi jak? Lepiej ci?
- Chybalepiej. - Artur wyraźnie odetchnął. - Ale cobędzie, jak spotkam Alberta i on mi powie to samo?
Notak. Musiał znaleźć dziurę w całym, zburzyć taką pięknąkonstrukcję myślową. Ale nie dałem się zbić z pantałyku.
- Przedewszystkim rób wszystko, żeby Alberta nie spotkać. A jak już gospotkasz i rzeczywiście powtórzy ci tę samą bajkę, powtarzambajkę, to pomyśl sobie, że Albert Sroka został przez kogoś zrobionyw balona, dał się ordynarnie nabrać. Zawsze musi być tenpierwszy raz, nie? Alberta też można wykiwać, uwierz w to.
Poprawdzie, to sam nie za bardzo w to wierzyłem, ale podbudowałamnie ufność Artura w moje słowa, bo chłopak wyglądał już naniemalże spokojnego, nawet przestał drapać się za uchem.
- Noto fajnie. Skoro mówisz, że ktoś chciał nas wrobić, pewnie tak było.Lepiej, że koniec świata nie nastąpi, bo rodzice chcą kupić we wtorekpralkę. Mają rzucić w sklepie na Trzydziestolecia, wiesz? Na"G".
- Coty powiesz? - Nie okazałem zbytniego entuzjazmu, bojeszcze nie wiedziałem, że uzyskana od Artura informacja narobiwkrótce niemałego zamieszania.
- Powiem,że chyba już pójdę. Jakoś tak lżej żyć z myślą, że to byłabujda.
- Żebyśtylko jadł i spał, rozumiemy się? Nie gap się na Matkę Boską,nie myśl o tym, nie kombinuj, dobra? Do Apokalipsy też niezaglądaj, słyszysz? Pod żadnym pozorem nie zaglądaj do Apokalipsy!A we wtorek wypiorą ci sweter w nowej pralce.
***