3
Zaraz. Chciałbym coś...
Słowa Coltera Shawa przerwał donośny huk dobiegający z jednej z beczek, które spadły na podłogę. Uniósł się z niej wielki obłok gęstego żółtego gazu i wypełnił pomieszczenie. Kilka sekund później nie można było zobaczyć wyciągniętej przed siebie ręki.
Mężczyźni zaczęli się krztusić.
- Trucizna!
- Co to jest?
- Jakieś świństwo z fabryki!
Słowa utonęły w kaszlu.
- Ten gość... nie może stąd wyjść. Zatrzymać go! - padło z ust Ahmada.
Rass przy tak złej widoczności nie mógł jednak strzelić.
Shaw przypadł do ziemi i trzymając się za zasłoną chmury piekącego dymu, zataczał szerokie koło.
- Nie widzę go!
- Jest! Tam! Idzie do okna.
- Mamy pod sobą trzy piętra. Niech skacze. - To znowu był Ahmad.
- Nie, idzie w drugą stronę. - W dyszkancie LeClaire'a brzmiała nuta paniki.
- Podusimy się od tego! Trzeba wyjść!
Ich głosy rozpłynęły się w krzykach i przekleństwach, a potem umilkły, gdy przepchali się do drzwi.
Shaw po omacku odnalazł drogę między regałami i dotarł do okna, przez które wszedł do fabryki. Krztusząc się, zszedł schodami pożarowymi na zniszczone, wcinające się w rzekę nabrzeże. Przebiegł po nierównej drewnianej platformie, ciemnej od kreozotu i śliskiej w miejscach, gdzie zostały dawne plamy po oleju, a potem skręcił w uliczkę biegnącą wzdłuż fabryki od rzeki do Manufacturers Row.
Podszedł do pojemnika na śmieci stojącego w połowie długości zaułka i zabrał się do oczyszczania dróg oddechowych: odchrząkiwał, spluwał i robił głębokie wdechy. Kaszel ustał, ale powietrze, jakim tu oddychał, było niewiele lepsze od oparów na górze. Wyczuwał w nim gryzące gazy odlotowe unoszące się znad powierzchni szerokiej rzeki Kenoah, której woda miała żółtawobury odcień. Dość dobrze już poznał ten zapach; charakterystyczna woń unosiła się nad większą częścią centrum Ferrington.
Stojąc przy pojemniku, którego klapa była otwarta, rozejrzał się, ale w pobliżu nikogo nie zauważył. Najpierw wyjął szarą kaburę Blackhawk z glockiem 42 i przypiął ją do pasa od wewnątrz. Potem litrową butelkę wody. Napełnił usta i kilka razy splunął. Potem wypił połowę tego, co zostało, i zebrał swoje rzeczy osobiste.
Z dłonią na rękojeści pistoletu jeszcze raz się rozejrzał.
Ani śladu Rassa i jego małej srebrnej broni ani dwóch pozostałych. Szukali go?
Podchodząc do końca zaułka, Shaw przekonał się, że odpowiedź na to pytanie jest przecząca. Wszyscy trzej wybiegli z fabryki, Ahmad przyciskał do siebie aktówkę. Saudyjczycy wsiedli do swojego mercedesa, LeClaire do toyoty. Samochody odjechały w przeciwnych kierunkach.
Shaw wrócił do pojemnika na śmieci.
Sięgnął do środka, wyjął plecak i wsunął do niego szarą metalową skrzynkę, którą znalazł w aktówce. Zarzucił plecak na ramię i wyszedł z zaułka na ponurą ulicę Manufacturers Row. Skręcił w prawo, wyjął z plecaka telefon i wysłał kilka wiadomości.
Szedł dalej w stronę centrum Ferrington.
Myślał o pułapce.
Rzeczywiście była prosta i skuteczna. Ale zastawił ją Shaw, a nie tamci trzej w warsztacie.
Po tym, jak wynajął go prezes pewnej korporacji, by znalazł złodzieja rewolucyjnego urządzenia przemysłowego, zaprojektowanego przez najwybitniejszy inżynierski umysł w firmie, i Shaw zawęził listę podejrzanych do LeClaire'a. Cherlawy, nerwowy informatyk - nałogowy i raczej pechowy hazardzista - umówił się z Saudyjczykami, którym zamierzał sprzedać patent swojej firmy. Shaw dowiedział się, że transakcja ma się odbyć tego ranka w fabryce.
Prezesowi zależało tylko na odzyskaniu urządzenia - znanego pod skrótem ADEB - oraz na ujawnieniu tożsamości złodzieja. Shaw pomyślał, że najlepiej będzie zamienić oryginał na falsyfikat wyposażony w lokalizator GPS, który wskaże ostatecznie miejsce przeznaczenia, a jeśli dopisze im szczęście, to ujawni tożsamość kupca.
Pracująca dla Shawa detektyw, która miała biuro w stolicy, znalazła innego prywatnego detektywa w Ferrington, Lenny'ego Castera, a on zorganizował narzędzia, sprzęt do obserwacji i inne niezbędne rzeczy. Poprzedniego wieczoru obaj z Shawem skonstruowali pułapkę z drutem tuż nad podłogą w budynku firmy Welbourne & Synowie. W jednej z beczek na ropę, która miała się stoczyć z półki w chwili, gdy pułapka zadziała, Shaw umieścił bombę dymną w wojskowym stylu.
Caster w zaparkowanym niedaleko vanie monitorował przebieg całego zdarzenia za pośrednictwem pluskwy zamontowanej w warsztacie. Kiedy usłyszał hasło - "Zaraz. Chciałbym coś..." - odpalił bombę i wypełnił pomieszczenie dymem. Jak ją zrobić, Shawa i jego rodzeństwo nauczył ojciec, ponieważ zasłony tego rodzaju również stanowiły aspekt sztuki i nauki surwiwalu. Colter własnoręcznie przygotował mieszaninę z chloranu potasu jako utleniacza, laktozy jako paliwa oraz żółcieni chinolinowej z odrobiną sody oczyszczonej, by obniżyć temperaturę spalania - podpalenie to jednak coś znacznie poważniejszego od wtargnięcia na teren prywatny.
Gdy tylko pomieszczenie wypełniło się dymem, Shaw wyciągnął atrapę urządzenia z szuflady stołu, gdzie schował ją poprzedniego wieczoru, i zastąpił nią oryginał. Następnie przedostał się do okna i zrzucił prawdziwy ADEB do pojemnika na śmieci dziesięć metrów niżej.
Szedł teraz cienistym wąwozem wśród opuszczonych magazynów i fabryk z brudnej od sadzy cegły.
ŚLUSARSTWO NARZĘDZIOWE BRISCOW
HUTA ŻELAZA MARTIN I SYNOWIE
AMERYKAŃSKA KORPORACJA PRODUKCJI GAŹNIKÓW
Pięćset metrów dalej wyszedł z tego przemysłowego cmentarza na rozległy teren pełen zarośniętych chwastami działek - obejmujący dwadzieścia czy trzydzieści akrów - gdzie dawniej stały obiekty przemysłowe, które wyburzono i nie postawiono w zamian nic nowego, zostały tam więc pustaki, kupki cegieł, rur i śmieci, które ludzie wrzucali przez ogrodzenie. W podmuchach jesiennego wiatru tańczyły i goniły się nawzajem ulotki, płachty gazet, zgniecione styropianowe kubki.
Shaw słyszał, że szykuje się przebudowa. Czas spędzony w Ferrington nauczył go jednak, że na każdą cudowną przemianę trzeba tu długo czekać. Jeśli w ogóle do niej dojdzie.
Chodnik skręcał w prawo i łączył się z bulwarem przy Kenoah.
Trójka, którą właśnie wyrolował, w końcu się zorientuje, że dokonał zamiany. Czy będą się chcieli zemścić na osobach z listy jego kontaktów alarmowych? Zmarnowaliby tylko czas. Jego prywatna detektyw, Mack McKenzie, sfabrykowała mu tożsamość. W cienkim skórzanym portfelu, którego pozbawił go LeClaire, znajdowały się fałszywe dokumenty, od prawa jazdy przez karty kredytowe po karty lojalnościowe supermarketów (to było coś nowego; Colter nigdy z nich nie korzystał). Mack wmontowała go nawet Photoshopem do rodzinnej fotografii. Jego żoną była zjawiskowa Latynoska; mieli dwoje czyściutkich i fotogenicznych dzieci.
Prawdopodobieństwo, że Rass czy Ahmad pojadą do Anchorage na Alasce, pod jego fikcyjny adres, Shaw oceniał na jeden procent, a nawet gdyby pojechali, to nie znajdą fikcyjnego Cartera Stone'a ani jego fikcyjnej rodziny.
Spojrzał przed siebie, na cel swojej marszruty, dziesięciopiętrowy budynek z czerwonej cegły, jak większość zabudowań w centrum. Na szczycie wisiała wielka tablica. U dołu ciemnoczerwona, ale gradient kolorów zmieniał się wzwyż aż do jasnej żółci u samej góry, barwy słońca w bezchmurny dzień. Na tym tle umieszczono słowa:
HARMON ENERGY PRODUCTS
LIDER NA DRODZE DO JAŚNIEJSZEGO
I CZYSTSZEGO JUTRA
Rozglądał się po drodze. Nikt nie miał powodów, by przebywać w tej dzielnicy, więc było raczej pusto. Paru wychudzonych chłopaków w bluzach z kapturami i luźnych dżinsach opierało się o pomazane graffiti mury albo siedziało pod nimi, być może licząc na to, że uda się sprzedać czy kupić trochę cracku, mety czy hery. Bezdomny mężczyzna o ziemistej twarzy w nieokreślonym wieku półleżał opatulony w koce, choć jak na porę dnia było już dość ciepło. Za sobą miał skleconą z kartonu budkę, której wejście przysłaniał trapez wycięty z płyty gipsowo-kartonowej. Nie chciało mu się nawet wystawiać kubka na drobne. Prostytutka - o wyglądzie kobiety - w takim samym letargu jak wszyscy inni na ulicy, paliła papierosa i stukała w klawisze telefonu.
Nikt nie próbował nagabywać Coltera Shawa, który ze względu na aparycję przywodził na myśl gliniarza.
Pięćdziesiąt metrów dalej na bulwarze stał wysoki mężczyzna o gęstej blond czuprynie i oparty o metrowy betonowy murek, który oddzielał chodnik od rzeki, pisał wiadomość w telefonie. Był zwrócony twarzą do wody płynącej daleko w dole. Rzeka nie miała tu naturalnego brzegu; jej granice były dziełem człowieka, stanowiły je betonowe mury albo fundamenty budynków.
Zbliżając się do mężczyzny, Shaw uświadomił sobie dwie rzeczy. Blondyn niekoniecznie wysyłał wiadomość, ale z pewnością używał telefonu do innego celu - jako lusterka, w którym obserwował chodnik, skupiając się w szczególności na Colterze.
Zauważył też, że ten człowiek jest uzbrojony.
Nigdy nie patrz na biodro, kiedy szukasz u kogoś broni; patrz na ręce...
Przełożył plecak na lewe ramię, rozpiął kurtkę i podszedł bliżej. Gdy znalazł się przy mężczyźnie, ten schował telefon, odwrócił się i rozpromienił twarz w uśmiechu.
- Ach, oto pan Colter Shaw! - Delikatny obcy akcent. Rosyjski albo ukraiński, albo białoruski. - Nie ma powodu się obawiać. Obserwowałem pana, kiedy pan tak miło spacerował. Nikt pana nie śledzi. Chociaż są trzy osoby, co bardzo by chciały ułożyć panu wizytę.