Czwartek, 2 maja 2024 roku
GISELA
Technicy kryminalistyki przybyli do domu rodziny Thelanderów wczesnym rankiem.
- Nie mogę uwierzyć, że Dan nie żyje - powiedziała Carina, stojąc obok Giseli przy kuchennym oknie i patrząc na zaparkowane przy ulicy radiowozy.
Wielu sąsiadów wyszło na schody i z zaciekawieniem obserwowało wydarzenia rozgrywające się w tej zazwyczaj spokojnej dzielnicy.
Carina zwróciła się do Giseli:
- Zniknął z mojego życia raz na zawsze. - Na jej twarzy pojawił się szeroki uśmiech, który zniknął, gdy zobaczyła poważną minę siostry.
- Technicy przeszukają cały dom, żeby znaleźć dowody, które wyjaśnią okoliczności śmierci Dana, kto go zamordował i dlaczego - zauważyła Gisela.
- Ale przecież zamordowano go na plaży - zdziwiła się Carina.
- To nic. Policja i tak będzie szukać śladów w domu, a już na pewno przejrzą jego komputer. Wtedy znajdą mojego pendrive'a, więc będą próbowali znaleźć odciski palców i DNA u niego w gabinecie i w innych pokojach, o ile już tego nie zrobili.
Carina wzruszyła ramionami.
- Włamanie to nie to samo co morderstwo - stwierdziła.
Gisela starała się nie denerwować. Siostra nie była policjantką. Nie miała pojęcia, w jaki sposób pracuje policja.
- Rozumowanie policji będzie wyglądać następująco - zaczęła tłumaczyć. - Osoba, która włamała się do Thelanderów, żeby wgrać zdjęcia pornograficzne na komputer Dana, mogła mieć powód, żeby go zabić.
Carina zakryła usta dłonią.
- Myślisz, że będą cię podejrzewać o zabójstwo Dana?
- Tego się właśnie boję. Muszę coś szybko wymyślić.
- Tylko co? - spytała zrezygnowana Carina.
Gisela wpatrywała się w okno. Technicy włożyli kombinezony.
Podjechał kolejny radiowóz i zaparkował przed domem Thelanderów. Z samochodu wysiadł Joakim Borgström, dawny kolega Giseli ze szkoły. Podszedł do techników i zamienił z nimi kilka słów. Włożył ochraniacze na buty i gumowe rękawiczki. Następnie wszedł do środka.
Gisela musiała odzyskać pendrive'a. I to jak najprędzej.
- Już wiem - rzuciła, po czym wybiegła na zewnątrz.
Mignęła legitymacją policyjną technikom stojącym przy bramie.
- Pracuję z inspektorem Joakimem Borgströmem - powiedziała.
Zerknęli przelotnie w jej stronę, nie zwracając uwagi, że legitymacja nie była wydana w Szwecji.
- Jest w środku - odparł jeden z nich.
Gisela weszła do domu Dana Thelandera. Słyszała, jak Joakim rozmawia z kimś w kuchni. Szybko wślizgnęła się do gabinetu zamordowanego. Komputer wciąż tam był. Całe szczęście jeszcze go nie zabrali. Zrobiła parę długich kroków i znalazła się przy dysku twardym. Pochyliła się i wyjęła pendrive'a. Ręce drżały jej tak bardzo, że niemal go upuściła. Jednak się udało. Odzyskała go, zanim Joakim i jego funkcjonariusze zabrali sprzęt do laboratorium. Z ulgą ścisnęła mały nośnik pamięci w dłoni. Wzięła kilka wdechów, by uspokoić rozszalałe bicie serca.
Następnie zdecydowanie ruszyła w stronę kuchni. Zapukała we framugę drzwi, by zwrócić uwagę Joakima.
- Gisela?! Co tu robisz?
Joakim spojrzał na nią, nie ukrywając zdziwienia.
- Szukałam cię.
- Jak widzisz, jesteśmy w trakcie rewizji, więc nie możesz tu być. Nie muszę chyba tego mówić tak doświadczonej śledczej jak ty.
- Oczywiście, że nie. Po prostu Carina się martwi, że ona i jej rodzina też mogą być w niebezpieczeństwie. Obiecałam, że zrobię, co w mojej mocy, i dowiem się jak najwięcej.
- Czy ma powody, żeby się martwić? - spytał Joakim.
- Nie, skąd. Ale wiesz, jaka ona jest.
Twarz inspektora złagodniała.
- Powiedz siostrze, że może być spokojna. Traktujemy to jako odosobniony przypadek. Morderca Dana nie stanowi raczej zagrożenia dla kogokolwiek innego.
- Skąd ta pewność? - dociekała Gisela.
Joakim uśmiechnął się krzywo.
- Nie mogę ci powiedzieć. Dobrze o tym wiesz. Zachowujesz się jak nachalna reporterka. Idź już do domu. Mamy tu robotę do wykonania.
- Dobra, w porządku. Daj znać, jeśli będę mogła w czymś pomóc.
W drodze do wyjścia Gisela schowała pendrive'a do kieszeni spodni.
Miała jedynie nadzieję, że Dan Thelander nie zdążył uruchomić komputera, gdy nośnik pamięci był podłączony. Freddy twierdził, że nie da się powiązać pliku z nią. Ale czy na pewno?
CHRYSTAL
Chrystal Fisher jeszcze się nie przyzwyczaiła do jasnych nocy w Finlandii. Ani do życia z rodziną Ingvesów w Kr?klundzie, które tak bardzo różniło się od jej codzienności w Sydney. Choć przecież właśnie po to tu przyjechała - żeby doświadczyć czegoś nowego.
Wstała z łóżka i rozsunęła zasłony. Wyjrzała przez okno i się cofnęła.
W ogrodzie stał mężczyzna. Patrzył w górę, w stronę jej sypialni.
Szybko zaciągnęła zasłony i zrobiła duży krok do tyłu. Przez dłuższą chwilę stała pośrodku pokoju, nie wiedząc, co robić. Czy to ten sam człowiek, który stał na drodze przed domem tydzień wcześniej? Nie miała pewności. Wtedy widziała go niewyraźnie w gęstej mgle. A teraz tylko przelotnie na niego zerknęła. Powoli podkradła się z powrotem do okna. Wsunęła palce wskazujące pomiędzy materiał i wyjrzała na zewnątrz przez niewielką szparę.
Nieznajomy nadal tam stał.
Miał na sobie czarną bluzę z kapturem naciągniętym na głowę, rzucającym ciemny cień na twarz. Budził w niej strach. Ciężko oddychała. Serce waliło jej w piersi jak oszalałe. Czy powinna powiedzieć Ingvesom, że w ogrodzie jest obcy mężczyzna? Czy ją wyśmieją? Może miał prawo tam być? Na przykład przyszedł, żeby umyć okna lub przyciąć żywopłot. Chrystal nie chciała wyjść na bojaźliwą. Była w Finlandii dopiero od niecałych dwóch tygodni i nie znała zbyt dobrze Ingvesów ani okolicy.
Zawsze uważała, że warto byłoby zobaczyć, jak wygląda życie w innej części świata. Dlatego po ukończeniu studiów zgłosiła się do agencji au pair i wybrała Finlandię, ponieważ ten kraj od wielu lat uznawano za najszczęśliwszy na świecie. Jak dotąd nadal nie potrafiła zrozumieć, dlaczego tak uważano. Było tu zimno, a pogoda co chwilę się zmieniała. Mieszkańcy Kr?klundy wydawali się ponurzy i małomówni, choć mogło to mieć coś wspólnego z morderstwami, o których opowiadał policjant. Zapytała Veery i Thomasa Ingvesów o te zbrodnie, ale nie chcieli o tym rozmawiać. Powiedzieli tylko, żeby nie wspominała o tym przy dzieciach, bo mogłyby się przestraszyć.
Chrystal się ubrała i zeszła do kuchni. Wszyscy już siedzieli przy stole, na którym czekało śniadanie. Sok pomarańczowy, chleb żytni, kefir, ser i szynka. Chrystal od wielu lat była weganką, ale w Finlandii poszła na kompromis w kwestii diety. Uznała to za najprostsze rozwiązanie. Nadal unikała mięsa oraz ryb, lecz zdarzało jej się zjeść jajka i nabiał, jeśli nie miała innego wyjścia.
- Dzień dobry, Chrystal - przywitała się Veera z silnym fińskim akcentem. - Dobrze spałaś?
Dziewczyna skinęła głową.
- To świetnie. Dzieci chciały pójść na górę cię obudzić, ale powiedziałam im, żeby dały ci jeszcze trochę pospać. Chodź, zjesz z nami śniadanie. Thomas już pojechał do pracy, ja też muszę niedługo wyjść. Najpierw jednak chciałam omówić z tobą plan dnia chłopców.
Chrystal usiadła i nalała sobie kawy do kubka. Próbowała zapamiętać wszystko, co musi zrobić. Odwieźć dzieci do szkoły i przedszkola, potem je odebrać. Młodszy syn Ingvesów miał iść po południu do kolegi, a starszy na lekcję gry na flecie i trening hokeja. Usiłowała sobie przypomnieć, gdzie się znajduje lodowisko. Już raz tam była, ale jechała z Thomasem i nie zwracała uwagi na drogę.
- Pomyślałam, że kiedy dzieci będą w szkole, mogłabyś posprzątać w domu i zrobić zakupy na weekend. Fajnie mieć to wcześniej z głowy - zauważyła Veera.
Chrystal planowała pobiegać w lesie, jednak bez słowa przyjęła listę zadań do zrobienia. Będzie musiała się wybrać na jogging wieczorem. Zmrok zapadł dopiero około dwudziestej drugiej.
Veera wstała od stołu.
- Posprzątasz, proszę, po śniadaniu? Trochę się spieszę - rzuciła.
- Nie ma sprawy - odparła Chrystal.
- Czy chcesz jeszcze o coś zapytać, zanim wyjdę? W razie czego po prostu do mnie zadzwoń. Mam telefon cały czas przy sobie.
Chrystal zawahała się przez chwilę, po czym się odezwała:
- Jak się obudziłam, wyjrzałam przez okno i widziałam w ogrodzie jakiegoś mężczyznę. Wiesz, kim on jest?
- Mężczyznę w naszym ogrodzie? - Veera zmarszczyła czoło. - Jak wyglądał?
- Nie przyjrzałam mu się zbyt dokładnie, ale wydawał się raczej młody, w moim wieku albo ciut starszy. Był ubrany na czarno.
- Hm, w okolicy nie ma zbyt wielu młodych chłopaków. To mógł być Robin Snellman, z pobliskiego gospodarstwa, choć nie bardzo rozumiem, co miałby robić u nas w ogrodzie. Może szukał swoich psów? Przeważnie biegają luzem i ciągle uciekają.
Nic nie wskazywało na to, by mężczyzna szukał zbiegłych czworonogów, lecz Chrystal zachowała to spostrzeżenie dla siebie.
Veera ściągnęła brwi.
- Na twoim miejscu trzymałabym się z daleka od Robina Snellmana. Coś z nim jest nie tak.
CARINA
- Kto dzwonił? - spytał Jonny, gdy Carina się rozłączyła.
- Policja. Chcą, żebyśmy przyszli jutro na przesłuchanie. Gisela też ma przyjść.
- Dlaczego chcą z nami rozmawiać? Przecież nie znaliśmy Dana.
- Wiem. Ale byliśmy jednymi z ostatnich ludzi, którzy go widzieli.
Jonny posłał jej badawcze spojrzenie.
- Dan był prawie pewny, że już się kiedyś spotkaliście - zauważył.
Carina wiedziała, że musi powiedzieć mężowi o gwałcie. Policjanci prowadzący śledztwo w sprawie morderstwa Dana Thelandera będą grzebać w jego przeszłości i istnieje duża szansa, że trafią na jej dawne zgłoszenie o przestępstwie.
Zebrała się na odwagę i wyznała:
- Muszę ci o czymś opowiedzieć...
Starała się mówić rzeczowo. Tłumiła emocje. Jakby mówiła o kimś innym.
Jonny chodził tam i z powrotem po pokoju. Stawał się coraz bardziej nerwowy. Zacisnął dłonie w pięści. Unikał wzroku Cariny. Ona też nie była w stanie spojrzeć mu w oczy. Bała się, że się rozsypie. Kiedy skończyła, Jonny uderzył pięścią w ścianę tak mocno, że w płycie gipsowej powstała dziura.
- Co za skurwiel! - wrzasnął. - Dobrze, że już nie żyje. Inaczej skręciłbym mu kark!
- Uspokój się, Jonny - przerwała mu Carina, po czym wstała. - Jeszcze, nie daj Boże, dzieci cię usłyszą.
Mężczyzna wziął głęboki wdech. Cały się trząsł.
- Dlaczego nigdy mi o tym nie powiedziałaś? - spytał. - Myślałem, że nie mamy przed sobą żadnych tajemnic.
- Nie masz pojęcia, ile razy chciałam ci o tym powiedzieć. Ale nie umiałam. Poza tym to wydarzyło się tak dawno temu. Naprawdę starałam się zostawić to wszystko za sobą.
Jonny przeczesał włosy dłońmi.
- Wiesz, co to oznacza?
- Co masz na myśli?
- Że oboje mieliśmy powód, żeby zabić Dana Thelandera.
Carina opadła z powrotem na łóżko.
- Przepraszam. To wszystko moja wina.
Jonny usiadł obok niej i ją przytulił.
- To nie twoja wina. Musimy tylko uzgodnić, co jutro powiemy policji.
Przez dłuższą chwilę siedzieli w milczeniu. Potem Carina zapytała:
- Dlaczego robiłeś pranie w środku nocy i wziąłeś prysznic, kiedy wróciłeś z plaży?
Jonny spojrzał na nią z przerażeniem w oczach.
- Chyba nie myślisz, że to ja go zabiłem?
- Oczywiście, że nie. Ale policja prawdopodobnie nabierze podejrzeń, jeśli się o tym dowie.
- Wiesz, że nie znoszę zapachu dymu. Strasznie śmierdziałem po całym wieczorze spędzonym przy ognisku. Nie chciałem się obudzić z tym zapachem we włosach i na ubraniach, dlatego po powrocie się wykąpałem i wyprałem ubrania, które miałem na sobie.
Carina uznała, że wyjaśnienie męża brzmi rozsądnie.
- Lepiej nie wspominać o tym policji - stwierdziła.
- Skoro już poruszyliśmy ten temat, to gdzie byłaś tej nocy? Wyszłaś z domu po moim powrocie? Kiedy się obudziłem, bo musiałem iść do toalety, nie było cię w łóżku. Ani na dole.
- Nie mogłam spać. Wyszłam na zewnątrz zaczerpnąć świeżego powietrza.
- O tym też lepiej nie mówić policji - zasugerował Jonny i mocno przytulił żonę.
LINUS
Zapomniał swojej ulubionej bluzy z mieszkania i w drodze z pracy do domu zajechał tam, żeby ją zabrać. Zanim wysiadł z samochodu, spojrzał na zegarek. Była dopiero szesnasta. To dobrze. Josefin powinna nadal być w biurze, które wynajmowała w mieście.
Jakże się mylił.
Już na klatce schodowej usłyszał muzykę dochodzącą z mieszkania. Josefin puszczała na cały regulator swoją imprezową playlistę, tę, której słuchała, gdy była w dobrym nastroju.
Linus wahał się, czy w ogóle wchodzić. Zależało mu jednak na bluzie.
Nie miał odwagi wejść bez pukania, wiedząc, że w mieszkaniu jest Josefin. Mimo że miał klucze, postanowił zadzwonić do drzwi.
Josefin otworzyła z szerokim uśmiechem. Miała na sobie czarną, obcisłą sukienkę, misternie upięty kok, a usta pomalowane na seksowny rubinowy odcień. Wyglądała tak przepięknie, że zaniemówił.
- Cześć - wydusił w końcu.
Josefin najwyraźniej spodziewała się kogoś innego, bo kiedy zobaczyła, że to Linus, przestała się uśmiechać, a jej twarz przybrała surowy wyraz. Skrzyżowała ręce na piersi.
- Co ty tu robisz? To, że niedawno się ze sobą przespaliśmy, nie oznacza, że możesz przychodzić, kiedy chcesz, bez uprzedzenia. Jeżeli to ma się udać, musimy szanować wzajemnie swoją prywatność.
- Przepraszam. Myślałem, że cię nie będzie. Chciałem tylko zabrać bluzę, którą tu zostawiłem.
- Dobrze, wejdź. Ale na przyszłość będę wdzięczna, jak najpierw do mnie zadzwonisz. Mogę mieć gości.
Gniew Josefin zaskoczył Linusa. Mówiła tak, jakby ich związek naprawdę się skończył. Jakby nie widziała możliwości powrotu do tego, co było wcześniej. Nie docierało do niego, że to koniec ich małżeństwa. Albo po prostu wypierał to ze świadomości.
Wszedł do sypialni i wziął bluzę. Mieszkanie wydawało się znacznie przytulniejsze, kiedy przebywała w nim Josefin. Pachniało świeżością, a na kuchennym stole stał wazon z wielkim bukietem kwiatów. Czy dostała go od jakiegoś mężczyzny? Na parapecie paliła się świeczka zapachowa. Wnętrze po prostu tętniło życiem, kiedy była tu Josefin.
- Znalazłeś to, czego szukałeś? - spytała.
- Tak, dziękuję, że mnie wpuściłaś.
- Nie ma sprawy, w końcu ty też tu mieszkasz - stwierdziła Josefin łagodniejszym tonem.
- Czy nie powinniśmy porozmawiać o tym, co się wydarzyło w noc Walpurgii?
- Słuchaj, nie mam teraz na to czasu. Szczerze mówiąc, myślę, że powinniśmy o tym po prostu zapomnieć.
Jak Linus mógł zapomnieć, że na chwilę odzyskał żonę, po czym równie szybko ją stracił?
Miał wrażenie, że Josefin się spieszy.
Zebrał się na odwagę i zapytał:
- Wychodzisz?
- Tak, idę na kolację z... bliską mi osobą.
Nie dociekał, czy chodzi o mężczyznę. I tak czuł się wystarczająco zdruzgotany.
Josefin przechyliła głowę. Popatrzyła na niego dobrze mu znanym wzrokiem.
Westchnęła i zwróciła się do męża:
- Myślisz, że twoi rodzice mogliby się zająć dziećmi przez kilka godzin któregoś dnia w przyszłym tygodniu? Ty i ja mamy sporo do omówienia. Będzie nam łatwiej, jak dzieci nie będą nam przeszkadzać.
W sercu Linusa zatliła się iskierka nadziei.
- Jasne. Załatwię to. Kiedy?
Przygryzła wargę.
- Muszę sprawdzić w kalendarzu. Dam znać. Tylko nie rób sobie zbyt wielkich nadziei.
Rozłożyła ręce, jakby już przepraszała za to, że zamierza złamać mu serce.
Linus przełknął ślinę.
- Jasne. Odezwij się, jak już będziesz znać datę - rzucił, mijając Josefin.
Chciał stamtąd jak najszybciej uciec.
Zastanawiał się, czy mężczyzna, z którym Josefin miała zjeść kolację, był tą samą osobą, która kilka tygodni wcześniej zostawiła w kuchni paczkę papierosów i zapalniczkę.
ROBIN
Ścieżka biegowa w Kr?klundzie przebiegała przez las położony w pobliżu gospodarstwa. Była oświetlona, a zimą służyła jako trasa do narciarstwa biegowego. Kiedy Robin był dzieckiem, w weekendy biegało tam lub jeździło na nartach dużo ludzi. W połowie drogi, na polanie na szczycie wzgórza, znajdowała się wiata z miejscem do grillowania. Robin często chodził tamtędy na spacer z psami wraz z rodzicami. Kiedy docierali do wiaty, mama wyjmowała termos z gorącą czekoladą, a tata rozpalał ogień w palenisku, nad którym piekli kiełbaski. Tamte czasy wydawały się bardzo odległe. Obecnie tylko nieliczni tu przychodzili, a wiata się zawaliła.
Robin zaparkował na parkingu na początku trasy. Przyjeżdżał tu też przez dwa poprzednie dni. Wytypował ofiarę. Codziennie wieczorem biegła tą samą ścieżką i około osiemnastej piętnaście mijała miejsce wybrane przez Robina.
Policja nadal sprawdzała i przetrzymywała ich SUV-y. W tej sytuacji Pia wynajęła jeden samochód, ten, w którym jej syn właśnie siedział: mały, czerwony i nieodpowiedni do tego, co planował, ale uznał, że ofiara powinna się zmieścić na tylnym siedzeniu. Wziął ze sobą koc, żeby ją nim przykryć. Nie chciał, żeby ktokolwiek zobaczył ją przez szybę.
Zza zakrętu wybiegła dwudziestokilkuletnia dziewczyna, ubrana w zielone legginsy i beżową wiatrówkę, lecz to nie na nią czekał Robin. Śledził ją wzrokiem, aż zniknęła w głębi lasu. Zerknął na zegarek. Dochodził kwadrans po osiemnastej. Ofiara miała tu być lada chwila. Wypatrywał jej między drzewami. Nadbiegała. Miała czarny strój sportowy, a na głowie różową opaskę. Kucyk kołysał się w rytm jej kroków. Biegła w słuchawkach na uszach i nie zwracała uwagi na otoczenie. Podobnie jak w poprzednie wieczory, była całkowicie skupiona na trasie, bieganiu i utrzymaniu tempa, które bez przerwy sprawdzała na smartwatchu.
Robin wysiadł z samochodu i schował się za krzakami. Czekał na odpowiedni moment, by zaatakować. Najpierw usłyszał jej kroki na miękkim, pokrytym igłami podłożu. Ciche jak szept. Potem - jej oddech, który stawał się trochę cięższy, kiedy biegła pod górę. Dało mu to dodatkową przewagę. Porywanie jej o tej porze wydawało się ryzykowne, ponieważ na zewnątrz nadal było jasno. W pobliżu nie widział jednak zbyt wielu ludzi.
Przygotował się. Nasączył szmatkę środkiem usypiającym, który zabrał z kliniki weterynaryjnej. Skulił się. Sprawdził, czy żadne auto nie wjeżdża na parking. Wyprostował się. Przyjął pozycję do ataku.
Kobieta była raptem kilka metrów od krzaków, w których się ukrył.
Wstrzymał oddech.
Trzy metry, dwa metry, metr.
Minęła go. Lekkim krokiem przebiegła obok jego kryjówki.
Tym razem też mu się nie udało.
Został za krzakami, dopóki nie uspokoił oddechu.
Następnie wsiadł z powrotem do samochodu i wrócił do domu.