Wielki Czwartek, 28 marca 2024 roku
MIKAELA
Mały różowy plecak leżał już spakowany. Saga była ubrana i gotowa do wyjścia do przedszkola. Mikaela po raz ostatni sprawdziła, czy zabrała wszystkie rzeczy potrzebne na zajęcia plastyczne w przedszkolu, na które zaproszono rodziców: rolkę papieru toaletowego, patyczki do lodów, kłębek starej zielonej włóczki i słoik. Chciała uczestniczyć w warsztatach, ale tym razem nie mogła się zerwać z pracy. Po południu w bibliotece zaplanowano spotkanie autorskie, a ona miała je moderować.
Zostawiła Sagę w rękach kompetentnych wychowawców i udała się do biblioteki miejskiej, gdzie od ponad dziesięciu lat pracowała jako bibliotekarka. Zwykle zostawiała samochód obok przedszkola córki, by nie tracić czasu na szukanie miejsca parkingowego w centrum miasta, i szła pieszo do pracy. Nie miała daleko.
Chodnik był śliski. Musiała ostrożnie stawiać kroki w wysokich obcasach, żeby się nie przewrócić. Choć dni były coraz dłuższe, wiosna wydawała się odległa. Mikaela jeszcze raz owinęła się szalikiem wokół szyi i wyjęła rękawiczki z kieszeni. Zanim je włożyła, upuściła jedną z nich na ziemię. Kiedy się schyliła, by ją podnieść, dostrzegła samochód jadący tuż za nią - ten sam, który rano stał przed jej domem. Poruszał się powoli, mimo że droga była niemal pusta. W ciągu ostatnich dni widziała to auto kilkakrotnie, nie miała co do tego wątpliwości. Znów ogarnęło ją nieprzyjemne uczucie.
Rozejrzała się. Poza starszą panią z psem, która właśnie skręcała za róg, w pobliżu nie było żywej duszy.
Mikaela przyspieszyła kroku. Samochód również zwiększył prędkość. Odwróciła lekko głowę, próbując dostrzec tablicę rejestracyjną. Ostatnim razem zapamiętała cyfry i litery. Było to rzeczywiście to samo auto.
Już prawie ją dogoniło. Jechało tak blisko, że przez lekko przyciemniane szyby widziała sylwetkę kierowcy. Opuścił szybę. To, co zobaczyła, zmroziło jej krew w żyłach. Mężczyzna miał kominiarkę zakrywającą niemal całą twarz, a na rękach czarne rękawiczki.
Serce podeszło jej do gardła.
Nie mogła pozwolić, by ogarnęła ją panika. Prawdopodobnie przesadzała. Naoglądała się w telewizji za dużo filmów z gatunku true crime. Vaasa było małym miastem. Często wpadało się na znajomych. Widywało się te same samochody.
Być może kierowca chciał tylko zapytać ją o drogę? Wolała jednak nie ryzykować.
Szybko skręciła w jednokierunkową ulicę, dzięki czemu czarny samochód nie mógł za nią pojechać. Prawie biegła. Z trudem łapała oddech i co chwilę zerkała za siebie. Budynki stawały się coraz mniej wyraźne, drzewa i krzewy zlewały się ze sobą.
Wygrzebała z torebki telefon, by mieć go pod ręką na wypadek, gdyby musiała wezwać pomoc.
Kiedy dotarła do skrzyżowania na końcu ulicy, stanęła jak wryta.
Czarne auto czekało na nią na rogu.
Odwróciła się i puściła biegiem w przeciwnym kierunku.
SUSSI
Stukot jej obcasów po błyszczącej podłodze rozbrzmiewał w hali odlotów lotniska Arlanda. Rosły mężczyzna w koszulce piłkarskiej wszedł prosto na nią. Upuściła telefon, który potoczył się kilka metrów po posadzce. Facet nawet nie przystanął, żeby przeprosić, tylko szedł dalej w kierunku wyjścia, ciągnąc za sobą dużą walizkę na kółkach. Sussi odetchnęła z ulgą, widząc, że urządzenie się nie zepsuło. Znowu wybrała numer Luny, chyba po raz setny od poniedziałku, ale teraz dziewczyna także nie odebrała.
Sussi spędziła cały tydzień w biurze w Sztokholmie, pracując nad wspólnym planem komunikacji dla nowego projektu, który firma miała jesienią wprowadzić w krajach nordyckich. Oprócz niej byli tam również specjaliści do spraw komunikacji z Oslo, Malmö, Reykjaviku i Kopenhagi. Zespół pracował całymi dniami, a wieczorami odbywały się kolacje i inne wydarzenia firmowe, w których Sussi musiała uczestniczyć. Dopiero teraz mogła wyjechać ze Sztokholmu. Właściwie tego wieczoru też miała pójść na kolację zorganizowaną przez firmę z okazji świąt wielkanocnych. Byłaby to dobra okazja do omówienia strategii produktowej z prezesem. Sussi jednak zrezygnowała, tłumacząc, że musi wcześniej wrócić do domu ze względów rodzinnych.
Miała nadzieję, że Lunie nic się nie stało.
Kolejka do kontroli bezpieczeństwa wiła się bez końca i posuwała bardzo wolno. Wielu ludzi wybierało się na Wielkanoc do swoich bliskich. Sussi przeklinała w duchu, gdy utknęła za dużą rodziną obładowaną bagażami. Miała wrażenie, że minęły całe wieki, zanim wszystkie walizki dzieci odjechały na taśmociągu i wreszcie mogła położyć na nim swój laptop i torbę podróżną. Już wcześniej przygotowała się do kontroli, zdjęła kurtkę i wyjęła plastikową torebkę z kosmetykami. Gdy tylko zgarnęła swoje rzeczy z taśmy, ponownie zadzwoniła do Luny.
Tym razem też odezwała się poczta głosowa. Sussi poczuła narastający niepokój. Choć Luna często chodziła z głową w chmurach, zazwyczaj można się było z nią bez trudu skontaktować. Minęło już kilka dni, od kiedy ostatnio rozmawiały. Obawy Sussi przybrały na sile.
Chodziła tam i z powrotem przy bramce, czekając na wejście na pokład samolotu, i omal nie straciła panowania nad sobą, gdy się okazało, że lot jest opóźniony z powodu problemów technicznych.
Przez całą podróż do Vaasy myślała tylko o Lunie. I o tym, że pewnie coś jej się stało.
LINUS
W drodze na komisariat Linus zajechał do szpitala centralnego w Vaasie, by zamienić kilka słów z postrzelonym panem młodym, zanim poszkodowany dostanie wypis. Kiedy wszedł do sali, młody mężczyzna siedział na łóżku. Był półnagi i miał duży opatrunek na klatce piersiowej. Zaschnięta krew zabarwiła bandaż na rdzawobrązowy kolor.
- Jak się pan czuje? - spytał Linus.
- Ja świetnie, moja narzeczona ma się gorzej. Jest wściekła na moich kumpli. Uważa, że to ich wina, że musieliśmy przełożyć ślub - wytłumaczył przyszły pan młody.
- W sumie ma rację - stwierdził policjant, który wyobraził sobie, jak Josefin zareagowałaby w podobnej sytuacji. - Wybraliście już nową datę?
- Ślub odbędzie się jesienią.
- Może następnym razem niech pan sobie odpuści wieczór kawalerski - zasugerował Linus.
Mężczyzna się zaśmiał, ale zaraz przerwał, gdy ból w klatce piersiowej dał o sobie znać. Skrzywił się i zmrużył oczy.
- Pewnie tak będzie najlepiej - zgodził się. - Myślę, że moja narzeczona sama wyciągnęłaby strzelbę, gdybym znowu wpadł na ten pomysł.
Linus się uśmiechnął.
- Przyjechałem tutaj, żeby zapytać, czy chciałby pan wnieść oskarżenie przeciwko osobie, która pana postrzeliła.
- Nie. To był wypadek. Prawdopodobnie sam jestem sobie winien. To ja chciałem polować na prawdziwego zająca.
- Dobrze, wobec tego zamkniemy dochodzenie.
Przyszły żonkoś skinął głową.
- W takim razie życzę szybkiego powrotu do zdrowia. I następnym razem proszę ostrożniej obchodzić się z bronią - rzekł Linus i wyszedł na korytarz.
Jedna z pielęgniarek pchała wózek inwalidzki z wątłym staruszkiem. Lekarz pocieszał młodą kobietę, najwyraźniej tuż po przekazaniu jej złych wieści. Linus szybko się stamtąd oddalił. Nie lubił szpitali. Ponieważ miał czworo dzieci, które z różnych powodów ciągle trafiały na pogotowie, pobyt w szpitalu kojarzył mu się z poczuciem silnego lęku i bezradności.
Na parterze prawie wpadł na Stefana, nowego chłopaka Giseli. Choć chyba już nie tak nowego. Stefan i Gisela spotykali się od przeszło pół roku i, z tego, co Linus się orientował, ich związek stawał się coraz poważniejszy. Martin, mąż Giseli, kilka lat wcześniej zmarł na raka. Linus go nie poznał, jednak widział, że bardzo przeżyła jego śmierć. Tuula opowiadała, że kiedy Martin żył, Gisela była zupełnie inną osobą, i odkąd pojawił się Stefan, ta dawna Gisela powoli wracała.
- Cześć, Stefan - przywitał się Linus.
Pielęgniarz aż podskoczył, spoglądając na Linusa w taki sposób, jakby nie miał pojęcia, kim on jest, mimo że już wielokrotnie się spotkali.
- Ach, Linus! - odezwał się w końcu. - Nie poznałem cię! Nigdy nie widziałem cię w mundurze. Wybacz mi.
- Wszystko w porządku?
Stefan sprawiał wrażenie bardzo zabieganego.
- Tak, tak. Po prostu mamy lekkie urwanie głowy. Niestety nie mam czasu, żeby pogadać. Muszę lecieć - odparł, po czym szybko się oddalił.
Nie skręcił jednak w stronę oddziału ratunkowego, gdzie pracował, tylko przeszedł przez hol i wyszedł na parking.
Linus uniósł brwi w zdziwieniu, ale nie zastanawiał się dłużej nad dziwnym zachowaniem Stefana.
MIKAELA
W pracy Mikaela ochłonęła i nie czuła już paniki. Coraz bardziej była przekonana, że po prostu uroiła sobie poranne wydarzenia. Odbieranie książek i pogawędki z innymi pracownikami biblioteki pozwoliły jej niemal zapomnieć o tym strasznym doświadczeniu. Rano przyszła tu cała klasa, by wybrać książki do czytania na lekcji języka szwedzkiego. Mikaela pytała dzieci o ich zainteresowania i o to, co lubią robić w wolnym czasie, żeby polecić im lektury, które jej zdaniem mogłyby im się spodobać. Po południu zabrała się za przygotowania do wizyty pisarza. Sala nie była używana od czasu, gdy lokalny weterynarz odwiedził bibliotekę, by porozmawiać o tym, jak najlepiej dbać o czworonożnych członków rodziny. Wyrzuciła stos ulotek po tym spotkaniu i wyłożyła nowe z informacjami o dzisiejszym gościu. Popołudnie minęło szybko i zanim się spostrzegła, ściskała dłoń zaproszonego autora, brodatego pana w tweedowej marynarce. Podobnie jak w poprzednich książkach, akcja jego najnowszej powieści historycznej rozgrywała się podczas fińskiej wojny domowej. Wojna, zwana również wojną o wolność, rozpoczęła się piętnastego maja tysiąc dziewięćset osiemnastego roku i toczyła pomiędzy siłami "czerwonych", socjalistów, i "białych", konserwatywnych ugrupowań wspierających rządzący senat.
Na sali siedziało kilku emerytowanych wojskowych i dziennikarzy kulturalnych, a także przyjaciele i rodzina pisarza. Rozmowa z autorem była interesująca, a publiczność zadawała wiele pytań.
Kiedy ostatnia książka została podpisana, Mikaela zaczęła sprzątać krzesła. Jedna z bibliotekarek zaoferowała, że pomoże.
- Udało się? - spytała.
- Tak, zdecydowanie. Sala była prawie pełna. Myślę, że zaproszę go również jesienią.
- Czyli powtarzamy całą akcję? - dopytywała koleżanka.
- Koniecznie.
- To dzisiaj idziesz na tę randkę?
- Tak, spotykam się z nim zaraz po pracy.
- Super. Nie mogę się doczekać, jak mi jutro o wszystkim opowiesz.
- Dziwnie umawiać się z kimś, kogo się nigdy nie widziało - stwierdziła Mikaela.
- E tam, wszyscy tak robią w dzisiejszych czasach, poza tym przecież piszecie ze sobą od jakiegoś czasu, prawda?
- Tak, od kilku tygodni. Wydaje się bardzo miły, ale oczywiście nigdy nic nie wiadomo. Poprzedni facet, z którym się umawiałam, też na początku wydawał się sympatyczny, a potem okazał się wyjątkowo odpychający.
- Tamtego też poznałaś przez internet?
- Nie, w knajpie - odparła Mikaela.
- Będzie super, zobaczysz. Jeśli ten koleś okaże się słaby, to przecież masz całą masę innych facetów do wyboru - przekonywała koleżanka, która była na tyle młoda, że bez problemu nawiązywała nowe znajomości za pośrednictwem różnych aplikacji.
Mikaela nagle poczuła się potwornie stara. Ostatni raz była singielką, kiedy miała jakieś dwadzieścia lat. Stefana, swoją pierwszą wielką miłość, poznała już na studiach. Byli ze sobą piętnaście lat. Niemal zaraz po rozstaniu zaczęła się spotykać z innym mężczyzną, który potem został jej mężem. Od rozwodu z Johanem minęło raptem sześć miesięcy. Dla świeżo rozwiedzionej samotnej matki poszukiwanie miłości stanowiło nie lada wyzwanie. Już prawie zapomniała, jak to jest chodzić na randki, i była tak samo zdenerwowana jak wtedy, gdy Stefan po raz pierwszy zaprosił ją na kolację.
Cały dzień biła się z myślami, czy nie odwołać tego spotkania. Doszła jednak do wniosku, że pójdzie, skoro załatwiła już opiekunkę do dzieci.
Włożyła kurtkę i razem z koleżanką wyszły z biblioteki.
- W którą stronę idziesz? - spytała Mikaela.
- Jadę autobusem z Bangatan.
- Ja idę w drugą stronę. Do zobaczenia jutro.
Koleżanka ją uściskała.
- Baw się dobrze dziś wieczorem - rzuciła i pospieszyła w kierunku przystanku, przy którym właśnie zatrzymywał się autobus.
Mikaela już wcześniej postanowiła zostawić samochód na parkingu przed przedszkolem, wiedziała bowiem, że na pewno skusi się na lampkę wina lub dwie. Do domu mogła wrócić taksówką. A jeśli randka się uda, kto wie, może nawet pójdzie do niego do domu. Saga miała nocować u jej siostry, więc nie musiała się spieszyć.
Jeśli nie wróci wieczorem do domu, nikt nie będzie jej szukał.
LUNA
Zimna woda wdarła się do gardła. Wypełniła płuca aż po brzegi. Wodorosty oplotły jej stopy, usiłując wciągnąć ją w głębinę. Sól drażniła nos, paliła w przełyku.
Luna obudziła się, nie mogąc złapać tchu. Usiadła na brudnym materacu. Prześcieradło było przesiąknięte potem. Wzięła kilka głębokich wdechów, wciągając zatęchłe powietrze, cuchnące strachem i odchodami.
We śnie o mały włos nie utonęła. Teraz była w pełni przytomna, jednak czuła się niemal tak źle jak podczas snu. Oddychanie stawało się coraz trudniejsze. Oczy ją swędziały, jej ciałem szarpał uporczywy kaszel. Gdyby tylko miała leki na alergię...
Spojrzała w ciemność, mrużąc powieki. Czuła ciężar kajdanek na nadgarstku. Z każdym dniem jej zmysły coraz bardziej się wyostrzały i zdała sobie sprawę, że znajduje się pod ziemią. Najdotkliwiej odczuwała przytłaczającą, gęstą ciszę. Brak odgłosów, wilgoć, zapach gleby. Ilekroć otwierały się drzwi do jej podziemnego więzienia, do środka docierały dźwięki z zewnątrz. Szum drzew na wietrze, ćwierkanie ptaków. Raz usłyszała nawet szczekanie psów w oddali.
Luna wołała o pomoc. Krzyczała tak, że aż bolały ją płuca. Jednak nikt nie przychodził jej na ratunek. Na próżno próbowała stłumić panikę i podtrzymywać nadzieję. Nieustannie czuła strach. Stopniowo traciła wiarę w to, że wszystko dobrze się skończy, ale jeszcze nie mogła się poddać.
Sussi pewnie już za nią tęskniła i musiała zgłosić jej zaginięcie. Policja z pewnością zaczęła jej szukać. Mogła tylko mieć nadzieję, że ją znajdą, zanim będzie za późno.
Wzdrygnęła się, słysząc dochodzący z zewnątrz odgłos. Ciężkie drzwi się otworzyły. Kroki odbijały się echem od betonowej podłogi. To mężczyzna, który ją porwał. Luna rozpoznała go po tym, jak stawiał stopy. Ubrany na czarno, zamaskowany, przychodził raz dziennie, by opróżnić wiadro i dać jej jedzenie i wodę. W ten sposób mierzyła czas. Oprawca był u niej już trzykrotnie. Zawsze, gdy się zjawiał, błagała go, by ją wypuścił albo przynajmniej dał jej tabletki na alergię, które miała w plecaku. On jednak nawet na nią nie patrzył. Bez słowa wykonywał swoje zadania.
Do jej uszu dotarł tupot jego ciężkich butów. Ku swemu przerażeniu usłyszała też coś jeszcze. Zbliżający się w mroku cichy jęk. Jakby mężczyzna coś lub kogoś ciągnął.
Drzwi obok jej celi otworzyły się z głośnym skrzypnięciem. Rozległ się głuchy łomot, gdy coś ciężkiego - być może ludzkie ciało - upadło na beton.
Luna wstrzymała oddech. Czekała na swoją kolej. Kilka minut później klucz w zamku się przekręcił i ktoś nacisnął klamkę. Drzwi powoli się uchyliły i do pokoju wszedł rosły mężczyzna.
- Kogo tam zamknąłeś? Porwałeś kolejną kobietę? - spytała łamiącym się głosem.
Kiedy ją zignorował, rzuciła się w jego stronę, ale nie mogła go dosięgnąć, bo łańcuch był zbyt krótki. Zawyła z bólu, gdy kajdanki wbiły się jej w nadgarstek.
- Co zamierzasz ze mną zrobić?! - krzyknęła.
Porywacz zastygł w pół ruchu. Luna miała wrażenie, że uśmiecha się pod maską. Przez chwilę stał nieruchomo. Potem się zamachnął i kopnął ją w brzuch. Kobieta z jękiem opadła z powrotem na łóżko.
Mężczyzna niskim głosem kazał jej się odwrócić. Miała patrzeć w ścianę, gdzie krwawe ślady od drapania paznokciami tworzyły przerażający wzór. Wykonała jego polecenie, ale nie mogła się oprzeć i dyskretnie się obejrzała. Oprawca stał przy drzwiach jej celi, odwrócony do niej plecami, i majstrował przy czymś na suficie. Luna nie widziała, co robi.
Musiał wyczuć, że go obserwuje. Nie odwracając się, ryknął:
- Oczy w ścianę, suko!
Przerażona odwróciła spojrzenie. Pochyliła brodę ku piersi, objęła nogi rękami i zwinęła się w kulkę. Oddech świszczał i rzęził jej w płucach. Siedziała tak, dopóki mężczyzna nie wyszedł. Dopiero wtedy odważyła się odwrócić, by zobaczyć, czym się zajmował.
Światło żarówki słabło z każdym dniem. Kiedy jednak Luna wytężyła wzrok, dostrzegła małą czerwoną lampkę migającą wysoko pod sufitem. Porywacz zainstalował kamerę.
Gdzieś tam na zewnątrz ktoś ją obserwował.
Zimny dreszcz przebiegł jej po plecach i zadrżała na całym ciele.
Skuliła się jeszcze bardziej.
Nie miała gdzie się ukryć.
TUULA
- Długo jeszcze? - spytała zestresowana Hannele.
Tuula i Hannele stały obok siebie przed lustrem w łazience.
- Daj mi pięć minut - poprosiła Tuula.
Tego wieczoru w sklepie Hannele z artykułami wyposażenia wnętrz odbywał się wernisaż wystawy fotograficznej, będącej częścią cyklu wydarzeń artystycznych w Ostrobotni. Fotografka dzwoniła już trzy razy z pytaniem, czy już wyjechały z domu.
Dzwonek telefonu Hannele rozbrzmiał ponownie. Przewróciła oczami i poszła do kuchni odebrać połączenie.
- Lepiej bądź gotowa, kiedy ja po raz kolejny skończę uspokajać fotografkę. W przeciwnym razie nie ręczę za to, co ona ci zrobi - rzuciła Hannele przez ramię, wychodząc z łazienki.
Rozmowa trwała dość długo, więc Tuula się domyśliła, że jej dziewczyna nie rozmawia z fotografką. Nie docierały do niej słowa, lecz wyraźnie słyszała poważny ton głosu. Kiedy Hannele wróciła do łazienki, Tuula się przesunęła, by zrobić jej miejsce przed lustrem. W odbiciu zobaczyła zmartwione spojrzenie swojej partnerki.
- Kto dzwonił? - spytała.
- Sussi. Podobno Luna zniknęła i martwi się, że coś jej się stało.
Hannele dawniej spotykała się z Sussi, a po rozstaniu nadal utrzymywały kontakt. Tuula raz poszła nawet razem z Hannele, Sussi i jej nową dziewczyną Luną na piwo. Nie mogła pojąć, jak te dwie kobiety na siebie trafiły. Sussi pracowała jako specjalistka do spraw komunikacji w dużej korporacji, z kolei Luna była hipiską bez normalnej pracy. Zajmowała się wszystkim, co wiązało się z medycyną alternatywną i innymi pseudonaukami. Tuula nie darzyła sympatią tego typu ludzi i z trudem przychodziło jej prowadzenie rzeczowej rozmowy z Luną.
- Od kiedy nie ma kontaktu z Luną? - dociekała Tuula.
- Od poniedziałku. Nie odpowiada ani na maile, ani na telefony od Sussi. Połączenia są przekierowywane prosto na pocztę głosową. Sussi obdzwoniła wszystkich znajomych Luny, ale nikt, z kim do tej pory rozmawiała, nic nie wie.
- Pokłóciły się? - spytała, odkręcając nakrętkę podkładu należącego do Hannele.
Tuula rzadko się malowała na co dzień, a kiedy raz na jakiś czas się na to decydowała, pożyczała kosmetyki od Hannele, która kupowała najlepsze marki i najnowsze produkty.
- Sussi twierdzi, że nie. Wyjechała służbowo. Dzisiaj wróciła do domu i spodziewała się, że Luna tam będzie. Ostatni raz rozmawiała z nią w poniedziałek. Wtedy Luna wybierała się do miasta na zakupy przed rytuałem księżycowym.
- Jakim rytuałem? - zdziwiła się Tuula.
- Księżycowym - powtórzyła Hannele, machając ręką, i wyjaśniała dalej: - Ma to coś wspólnego z tym, że Bogini zstępuje na ziemię w czasie pełni Księżyca czy jakoś tak. Nie wiem dokładnie. Nieważne. Sussi nie zmartwiła się specjalnie, kiedy Luna nie odbierała we wtorek. Rytuały księżycowe często trwają całą noc, więc pomyślała, że jej dziewczyna pewnie śpi i ma wyłączony telefon. Jednak wczoraj przez cały dzień też nie mogła się z nią skontaktować, dlatego postanowiła wrócić wcześniej. Właśnie przyjechała z lotniska. Wydaje jej się, że Luny nie było w domu przez cały tydzień. Teraz Sussi naprawdę zaczęła się martwić.
- Czy zgłosiła zaginięcie Luny na policję? - chciała wiedzieć Tuula.
- Jeszcze nie. Chyba chciała najpierw sprawdzić jeszcze w kilku miejscach.
- Czy Luna nie jest przypadkiem czarownicą? Może pojechała na zlot czarownic do Bl?kulli? - zażartowała Tuula.
Hannele szturchnęła ją w bok.
- Jest wiccanką, to nie to samo. Chociaż może tak, nie wiem.
- Ale wiccanie chyba też obchodzą Wielkanoc, prawda?
- Świętują równonoc wiosenną, która często przypada w okresie Wielkanocy. Większość wiccan obchodzi ten dzień po Wielkanocy, żeby spędzić święta z rodziną.
- Matko, ile ty o tym wiesz.
Hannele spojrzała na nią z ukosa.
- Luna przecież tłumaczyła nam to już tyle razy. Nie słuchasz, jak ktoś o czymś opowiada?
- Przepraszam, skarbie, to wszystko jest dla mnie zbyt odjechane. Jednym uchem wpada, drugim wypada - podsumowała Tuula i odłożyła pędzel do makijażu. - Skończyłam. Idziemy?
Hannele stała, wpatrując się w lustro.
- To do Luny niepodobne, żeby tak zniknąć, nie informując o tym Sussi - stwierdziła zmartwiona.
Tuula zmarszczyła czoło.
- To rzeczywiście niepokojące. Zadzwoń do Sussi i powiedz jej, żeby jutro skontaktowała się z policją i zgłosiła zaginięcie, jeśli nadal nie uda jej się skontaktować z Luną.
GISELA
Gisela odwróciła się, słysząc zbliżające się szybkie kroki. To Stefan próbował ją dogonić.
- Przepraszam za spóźnienie - powiedział zdyszany od szybkiego marszu, kiedy był już przy niej.
Wydawał się dziwnie czymś poruszony. Uciekał wzrokiem na boki, unikając jej spojrzenia.
- Czy coś się stało? - spytała Gisela.
Stefan raczej nigdy się nie spóźniał. Zwykle to Gisela przychodziła zziajana lub odwoływała spotkanie. Tym razem jednak to ona na niego czekała. Przez ponad kwadrans stała przed wielką pisanką na rynku, trzęsąc się z zimna. Nie odbierał telefonu, dlatego postanowiła pójść do restauracji bez niego.
- To tylko praca. Nic się nie martw - rzekł Stefan i pocałował ją w czubek nosa, a nie w usta, jak to zwykle robił.
Gisela uważnie mu się przyjrzała. Osobliwie się zachowywał. Wyglądał na wyjątkowo spiętego. Może po prostu było mu zimno?
- Chodźmy - zarządził Stefan - żebyśmy nie spóźnili się jeszcze bardziej i nie zamarzli na śmierć.
Monica i jej najnowsza sympatia czekali w ustronnym miejscu przy stoliku we francuskim bistro. Kiedy Gisela i Stefan weszli do restauracji, Monica radośnie do nich pomachała, a mężczyzna siedzący obok niej wstał, by uścisnąć im dłonie.
- Cześć, jestem Torbjörn. Cieszę się, że w końcu mogę poznać przyjaciół Moniki - rzekł, odsuwając krzesło dla Giseli.
Torbjörn był po pięćdziesiątce, miał zadbaną brodę i najbłękitniejsze oczy, jakie Gisela w życiu widziała, oraz ciemne włosy przyprószone siwizną na skroniach. Innymi słowy, przystojny mężczyzna, który dodatkowo sprawiał wrażenie prawdziwego dżentelmena.
Stefan i Torbjörn od razu wdali się w dyskusję o piłce nożnej, a Monica skorzystała z okazji i zwróciła się do Giseli:
- No i co o nim myślisz?
- Wydaje się miły. Jak długo się znacie?
- Prawie dwa miesiące.
- Dwa miesiące?! Jak to możliwe, że o nim nie słyszałam?
Monica się zarumieniła.
- Naprawdę go lubię. Nie chciałam nic mówić, bo nie miałam pewności, czy on czuje to samo do mnie. Wiesz przecież, jak było w przypadku Mattiasa...
Ostatni raz, kiedy Monica zakochała się w mężczyźnie, skończyło się to tragicznie. Mattias był jedną z ofiar głośnych morderstw bożonarodzeniowych.
Gisela ścisnęła dłoń przyjaciółki.
- Podziwiam cię. Nie przestałaś wierzyć, że znajdziesz miłość.
- Torbjörn przedstawił mnie nawet swoim dzieciom.
- Brzmi obiecująco. Ile mają lat?
- Och, są dorośli i już dawno wyprowadzili się z domu. Jego córka ma nawet własne dzieci.
- To znaczy, że Torbjörn jest dziadkiem? - spytała Gisela z uśmiechem.
- Czy to dziwne, że wydaje mi się to seksowne?
- Ależ skąd. Ty mnie już chyba niczym nie zaskoczysz.
Dyskusja o piłce nożnej ucichła.
- O czym rozmawiacie? - zagaił Stefan.
- O niczym - odparła enigmatycznie Monica. - Zamawiamy?
Torbjörn zatrzymał kelnera. Poprosili o zestaw dań dla czterech osób z oferty wielkanocnej. W menu najpierw był tatar z łososia, następnie polędwiczka jagnięca w sosie rozmarynowym i pieczonymi ziemniakami. Na koniec - fondant czekoladowy, ulubiony deser Giseli. Cieszyła się, że w tej restauracji nie serwowano nowoczesnej wersji tradycyjnego fińskiego deseru wielkanocnego, mämmi, przyrządzanego z mąki żytniej i podawanego z cukrem i nieubitą śmietaną. Mimo wielu lat spędzonych w Vaasie nadal nie doceniała tego ukochanego przysmaku Finów.
Kiedy kelner się oddalił, Monica nagle zakryła usta dłonią.
- Ach! Zupełnie zapomniałam zapytać, jak poszło z tym programem dokumentalnym.
Gisela odchrząknęła.
- Ostatni dzień zdjęciowy był w poniedziałek. Nareszcie koniec.
- Kiedy premiera?
- Chyba jakoś w maju.
- Nie możemy tego przegapić. Musisz zrobić imprezę, jak wyemitują pierwszy odcinek! - wykrzyknęła entuzjastycznie Monica.
Gisela nie zaprotestowała, choć zdecydowanie nie planowała zapraszać do domu ani kolegów z pracy, ani innych znajomych, żeby oglądali przy niej, jak robi z siebie idiotkę w telewizji.
Podano przystawkę i przy stole zapadła cisza. Wszyscy delektowali się tatarem z łososia, perfekcyjnie zbalansowanym pod względem smaku - kwaskowatym, a jednocześnie delikatnie tłustym.
Nagle Torbjörn pochylił się nad talerzem i wskazał głową w stronę Stefana.
- Już wiem, gdzie cię widziałem! - wykrzyknął.
- Nie sądzę, żebyśmy się spotkali, chyba że kiedyś trafiłeś na SOR. Tylu ludzi się przewija przez szpital, że rzadko ich pamiętam po wypisie.
- Nie, nie, poznaliśmy się na jednej imprezie. Wiedziałem, że cię skądś znam, jak tylko cię zobaczyłem, ale chwilę mi zajęło, zanim sobie przypomniałem skąd.
- Gdzie to było? - spytał Stefan z niepewną miną.
- Na grillu w Västervik, strasznie dawno temu, ale zapamiętałem cię, bo opowiadałeś historię o zabawnym zdarzeniu na SOR-ze. Chodziło o faceta, który zgłosił się z pęcherzami na stopach. Lekarz zalecił mu noszenie sandałów, dopóki pęcherze się nie zagoją, powiedział mu, żeby w drodze do domu zaszedł do sklepu obuwniczego. Byłem wtedy z Lindą.
- Lindą Vainio? Kuzynką Mikaeli? - spytał Stefan.
- Zgadza się - odparł triumfalnie Torbjörn, unosząc widelec.
Stefan niespokojnie wiercił się na krześle, zerkając na Giselę. Nie lubił rozmawiać przy niej o Mikaeli, która wcześniej była miłością jego życia. Początkowo oboje byli bardzo otwarci w kwestii swoich poprzednich związków, ale kiedy zaczęli myśleć o sobie poważnie, zawarli ciche porozumienie, żeby nie wspominać o Mikaeli i Martinie częściej, niż to absolutnie konieczne.
- Kiedy zerwaliście z Mikaelą? Myślałem, że chcieliście się pobrać.
- Nie widziałem jej od lat. Teraz jestem z Giselą - rzekł Stefan przesadnie ostrym tonem.
Położył rękę na oparciu jej krzesła, jakby na potwierdzenie swoich słów.
Uśmiech zniknął z twarzy Torbjörna, a przy stole dało się wyczuć lekkie napięcie. Przez dłuższą chwilę nikt się nie odzywał.
- O, niosą główne danie! - wykrzyknął Stefan, wyraźnie odetchnąwszy z ulgą, że w końcu może przerwać krępującą ciszę.
Reszta kolacji przebiegła spokojnie, a rozmowy ograniczały się do bezpiecznych tematów: planów na Wielkanoc i seriali na Netfliksie.