Polowanie na czarownice. Część 1 - Sara Önnebo

Kup ebooka

44.90 zł
33.68 zł (27,84 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Po­nie­dzia­łek, 25 marca 2024 roku

LUNA

Dzień, w któ­rym po­rwano Lunę M?n­dot­ter, za­czął się jak każdy inny. Rano prze­pro­wa­dziła se­sję uzdra­wia­nia on­line, a po po­łu­dniu po­chło­nęły ją przy­go­to­wa­nia zwią­zane z ob­cho­dami zbli­ża­ją­cej się pełni Księ­życa.

Lunę roz­pie­rała duma, że jest cza­row­nicą, a wła­ści­wie wic­canką, jak wo­lały się na­zy­wać współ­cze­sne wiedźmy. Wy­wo­dziła się z rodu uta­len­to­wa­nych cza­row­nic, któ­rego ko­rze­nie się­gały wielu po­ko­leń wstecz, aż do końca sie­dem­na­stego wieku, kiedy do­szło do jed­nego z ostat­nich przy­pad­ków spa­le­nia na sto­sie ko­biety prak­ty­ku­ją­cej czary, Vil­hel­miny M?ns­son.

O pół­nocy człon­ko­wie ko­wenu zwa­nego Krę­giem Księ­życa mieli od­pra­wić tra­dy­cyjną ce­re­mo­nię zwią­zaną z ce­le­bro­wa­niem pełni Księ­życa i jak zwy­kle było wiele do zro­bie­nia. Luna czuła się tro­chę ze­stre­so­wana. Nie po­tra­fiła od­na­leźć w so­bie spo­koju. Jako ar­cy­ka­płanka od­po­wia­dała za wszyst­kie za­kupy i pla­no­wa­nie. Ra­gnar, ar­cy­ka­płan Kręgu, był w tej kwe­stii zu­peł­nie bez­u­ży­teczny, ale przy­naj­mniej za­pew­niał im prze­strzeń do od­pra­wia­nia ry­tu­ałów i ce­le­bro­wa­nia świąt wic­cań­skich.

Na li­ście za­ku­pów Luny zna­la­zły się mię­dzy in­nymi ka­dzi­dła i świece oraz sól i woda do oczysz­cze­nia miej­sca i uczest­ni­ków Kręgu, a także wino na im­prezę po za­koń­cze­niu ce­re­mo­nii. Wino wy­da­wało się nie­mal naj­waż­niej­sze, przy­naj­mniej dla nie­któ­rych wic­can. Mu­siała też ku­pić nową tu­nikę, bo te, które miała, były już stare i znisz­czone. Bar­dzo chciała po­wi­tać peł­nię Księ­życa w peł­nej har­mo­nii wy­glądu i du­cha. Spa­ko­wała do ple­caka wszyst­kie ry­tu­alne ak­ce­so­ria: kie­lich, obo­sieczny szty­let i różdżkę. Ra­gnar obie­cał, że na­rą­bie drewna na pa­le­ni­sko w miej­scu ce­re­mo­nii i na całą noc do ko­minka w cha­cie po­zba­wio­nej od­po­wied­niej izo­la­cji. Po za­cho­dzie słońca tem­pe­ra­tura we­wnątrz spa­dała po­ni­żej zera.

Do ich ko­wenu do­łą­czyli nowi człon­ko­wie zwer­bo­wani przez Lunę, dla­tego mu­siała pa­mię­tać o spi­sa­niu prze­biegu ry­tu­ałów i wcze­śniej przed­sta­wić im wła­ściwą ko­lej­ność, żeby no­wi­cju­sze wie­dzieli, co ro­bić i mó­wić w róż­nych mo­men­tach ce­re­mo­nii.

Luna obej­rzała się, wy­cho­dząc z bu­dynku, w któ­rym miesz­kała ze swoją dziew­czyną Sussi. Nie mo­gła po­zbyć się wra­że­nia, że jest ob­ser­wo­wana. W ciągu mi­nio­nego ty­go­dnia wie­lo­krot­nie jej się wy­da­wało, że ktoś ją śle­dzi. Choć było to tylko prze­czu­cie, od na­ra­sta­ją­cego nie­po­koju prze­szły ją ciarki. Omio­tła wzro­kiem ulicę, nie za­uwa­żyła jed­nak nic szcze­gól­nego. Wzdłuż drogi stały sa­mo­chody, ruch uliczny to­czył się w na­tu­ral­nym tem­pie, piesi ku­lili się, chro­niąc przed lo­do­wa­tym wia­trem.

Luna stłu­miła nie­przy­jemne uczu­cie. Na­cią­gnęła czapkę na uszy. Na wie­trze sze­le­ściły ko­lo­rowe wstążki zdo­biące na­gie ga­łę­zie. Zie­mię na­dal po­kry­wała war­stwa śniegu. Cen­trum mia­sta było od­da­lone od miesz­ka­nia Luny rap­tem o kil­ka­set me­trów. We­szła do sklepu Alko i po kilku mi­nu­tach wy­szła z kar­to­nem wina. Prze­cięła Ho­vrät­t­se­spla­na­den i do­szła do rynku, po­środku któ­rego stała ol­brzy­mich roz­mia­rów pi­sanka, umiesz­czona tam naj­wy­raź­niej nie­dawno przez rad­nych mia­sta Va­asa. Kiedy Luna ostat­nio tędy prze­cho­dziła, jesz­cze go tam nie wi­działa. Mi­nęła grupkę dzieci po­dzi­wia­ją­cych tę de­ko­ra­cję. Mi­mo­wol­nie się uśmiech­nęła, sły­sząc, jak dziew­czynka z żół­tymi piór­kami we wło­sach pyta ko­goś, czy to jajko jest z cze­ko­lady.

Na­stęp­nie udała się do ga­le­rii han­dlo­wej Re­well. Za­trzy­mała się przed drzwiami ob­ro­to­wymi. Ro­zej­rzała się po rynku. Po­tarła kark, gła­dząc zje­żone na nim wło­ski. Nikt nie chce mnie skrzyw­dzić, to tylko wy­obraź­nia, prze­ko­ny­wała samą sie­bie i wró­ciła do za­ła­twia­nia swo­ich spraw, a miała ich jesz­cze kilka. Każde wy­ko­nane za­da­nie od­ha­czała z li­sty.

W skle­pach w ga­le­rii han­dlo­wej zna­la­zła wszystko, czego szu­kała. Po­zo­stało jej jesz­cze sporo czasu, żeby do­trzeć na miej­sce, skąd o szes­na­stej miała zo­stać ode­brana.

Ostatni raz się obej­rzała, po czym wy­szła na ry­nek, nio­sąc w obu rę­kach torby z za­ku­pami. Spoj­rzała w niebo. Było bez­chmurne, co do­brze wró­żyło wie­czor­nemu spo­tka­niu. Li­czyła, że uda im się w nocy wy­raź­nie zo­ba­czyć Księ­życ w pełni. Choć miała sporo do nie­sie­nia, po­sta­no­wiła pójść na miej­sce spo­tka­nia pie­szo. Nie miała da­leko. Poza tym spa­cer dałby jej czas na uspo­ko­je­nie i ze­bra­nie my­śli oraz zwi­zu­ali­zo­wa­nie wie­czor­nej ce­re­mo­nii.

Prze­nio­sła się w my­ślach na le­śną po­lanę, gdzie stała wraz z in­nymi człon­kami Kręgu Księ­życa, za­równo sta­rymi, jak i no­wymi. Utwo­rzyli ry­tu­alny krąg i wpa­try­wali się w ma­giczny Księ­życ w pełni na czar­nym noc­nym nie­bie. Po­nad nimi szu­miały ko­rony drzew, a pło­mie­nie świec tań­czyły wśród pni. Ogień w pa­le­ni­sku wy­rzu­cał iskry w po­wie­trze. Luna zwró­ciła się do Bo­gini, dzię­ku­jąc jej za wszystko oraz pro­sząc o bło­go­sła­wień­stwo i ob­da­ro­wa­nie mi­ło­ścią, zdro­wiem, ra­do­ścią i mą­dro­ścią. O ochronę przed wszel­kim złem. Mo­dliła się o po­moc w roz­woju oso­bi­stym i jako wic­canka.

Luna mi­nęła za­cu­mo­wany przy mo­ście sta­tek z re­stau­ra­cją Fa­ros, po czym ru­szyła w kie­runku wy­spy Va­sklot. Szła mo­stem pod wiatr, który z każdą chwilą przy­bie­rał na sile, twarz nie­mal jej drę­twiała.

Miała nie­od­parte wra­że­nie, że ktoś ją śle­dzi, ogar­niało ją co­raz sil­niej­sze prze­czu­cie, że wy­da­rzy się coś strasz­nego. Przy­sta­nęła i się ro­zej­rzała. Poza nią nie było tu in­nych prze­chod­niów. Po chwili wa­ha­nia skrę­ciła w boczną drogę pro­wa­dzącą z mo­stu na wy­spę Sandö. Nie wi­działa żad­nego sa­mo­chodu na du­żym par­kingu przy plaży. Osoba, z którą się umó­wiła, jesz­cze po nią nie przy­je­chała.

La­tem ten po­pu­larny te­ren re­kre­acyjny tęt­nił ży­ciem. Jed­nak o tej po­rze roku wy­spa wy­glą­dała jak wy­marła. Luna się za­sta­na­wiała, dla­czego chciał się z nią spo­tkać wła­śnie tu­taj. Wy­bór tego miej­sca wy­dał jej się dziwny. Spoj­rzała na ze­ga­rek. Po­zo­stało jesz­cze kilka mi­nut. Serce z pod­eks­cy­to­wa­nia biło jej co­raz szyb­ciej, jak zwy­kle, gdy zbli­żała się ce­re­mo­nia. Pra­gnęła jak naj­szyb­ciej znów być ze wspól­notą. Było w tym coś ma­gicz­nego, kiedy wszy­scy ra­zem stali w bla­sku bo­skiego Księ­życa, otwie­rali serca dla Matki Ziemi i czuli jed­ność z na­turą.

Luna do­świad­czyła wielu pełni Księ­życa, i za­wsze tak samo fa­scy­no­wała ją jego moc i ota­cza­jąca to wy­da­rze­nie aura ta­jem­ni­czo­ści. Zgod­nie z wie­rze­niami wic­can Bo­gini ob­ja­wiała się w trzech fa­zach Księ­życa, ko­lejno jako Dzie­wica, Matka i Sta­ru­cha. Luna uwa­żała, że Księ­życ sym­bo­li­zuje do­bro, choć z dru­giej strony miała świa­do­mość, że to ciało nie­bie­skie może rów­nież oży­wić złe moce.

Po­grą­żona w my­ślach nie­mal nie za­uwa­żyła sa­mo­chodu, który za­trzy­mał się obok niej. Ktoś sil­nymi rę­kami chwy­cił ją od tyłu, a do jej twa­rzy przy­ci­snął szmatkę na­są­czoną ja­kimś środ­kiem che­micz­nym. Wszystko wy­da­rzyło się bar­dzo szybko. Nie zdą­żyła za­re­ago­wać i na­gle zro­biło jej się ciemno przed oczami, a świat wo­kół niej znik­nął.

GI­SELA

Gi­sela gwał­tow­nym ru­chem od­pę­dziła ko­mara, który siadł na koł­nie­rzyku jej ko­szuli. Na­gra­nie wresz­cie do­bie­gło końca. Po­sta­no­wiła, że wię­cej nie wy­stąpi w do­ku­men­cie true crime. Nie­ważne, jak silną pre­sję wy­wrą na nią prze­ło­żeni, będą mu­sieli zna­leźć ko­goś in­nego, kto ze­chce udzie­lić wy­wiadu. Na przy­kład mo­gliby po­pro­sić Tu­ulę. W prze­ci­wień­stwie do Gi­seli uwiel­biała być w cen­trum uwagi. Zbrod­nie, do któ­rych do­szło ze­szłej je­sieni w okre­sie hal­lo­we­eno­wym, miały w so­bie wszyst­kie ele­menty, by przy­cią­gnąć żąd­nych sen­sa­cji wi­dzów, a ko­men­dant po­li­cji na­le­gał, żeby to wła­śnie Gi­sela, jako osoba od­po­wie­dzialna za śledz­two, wy­po­wie­działa się w tej spra­wie.

Pro­du­cent uniósł pa­lec wska­zu­jący i za­kre­ślił nim w po­wie­trzu małe kółko.

- Mamy to!

Roz­le­gły się po­je­dyn­cze, nie­mrawe okla­ski ekipy fil­mo­wej, które szybko uci­chły.

Pro­wa­dzący pro­gram wstał z tur­ku­so­wego ak­sa­mit­nego fo­tela i uści­snął dłoń Gi­seli.

- Dzię­ku­jemy, że ze­chciała pani po raz ko­lejny uczest­ni­czyć w na­szym pro­gra­mie. Otrzy­ma­li­śmy bar­dzo po­zy­tywny od­zew na te­mat pani wy­stą­pie­nia w fil­mie do­ku­men­tal­nym o mor­der­stwach bo­żo­na­ro­dze­nio­wych. Wi­dzo­wie po­strze­gają pa­nią jako sym­pa­tyczną i szczerą osobę. Uwa­żają rów­nież, że pani skań­ski dia­lekt jest cza­ru­jący. Miejmy na­dzieję, że czeka nas wię­cej in­te­re­su­ją­cych śledztw w spra­wie mor­derstw - rzekł, ob­da­rza­jąc ją olśnie­wa­ją­cym uśmie­chem pre­zen­tera.

Gi­sela jed­nak nie od­wza­jem­niła uśmie­chu. Uwa­żała bo­wiem za nie­smaczne wy­ko­rzy­sty­wa­nie ludz­kiego cier­pie­nia na po­trzeby roz­rywki i ża­ło­wała, że wzięła w tym udział.

Do po­miesz­cze­nia wszedł sta­ży­sta, pcha­jąc przed sobą wó­zek z tra­dy­cyj­nym szwedz­kim wiel­ka­noc­nym na­po­jem p?sk­must w pla­sti­ko­wych kub­kach oraz mi­ską ob­la­nych cze­ko­ladą pia­nek w kształ­cie kur­czacz­ków.

- O, jak miło, tro­chę słod­ko­ści, żeby uczcić ko­lejną udaną pro­duk­cję. - Pro­du­cent roz­po­starł ręce z en­tu­zja­zmem god­nym dy­rek­tora cyrku, pre­zen­tu­ją­cego bra­wu­rowe akro­ba­cje na tra­pe­zie.

Z uwagi na suk­ces pierw­szej se­rii do­ku­men­tów pro­du­cenci mo­gli się bar­dziej po­sta­rać i po­czę­sto­wać go­ści czymś lep­szym niż na­pój bez­al­ko­ho­lowy i pianki, po­my­ślała Gi­sela. Mimo to nie od­mó­wiła. Po­sta­no­wiła chwilę zo­stać i po­roz­ma­wiać z po­zo­sta­łymi człon­kami ekipy fil­mo­wej. Na­stęp­nie prze­pro­siła wszyst­kich, tłu­ma­cząc, że musi iść, gdyż czeka na nią praw­dziwa praca w ko­mi­sa­ria­cie.

Kwa­drans póź­niej Gi­sela była z po­wro­tem w wy­dziale kry­mi­nal­nym. Czuła się lekko zdez­o­rien­to­wana, ile­kroć prze­kra­czała próg jed­nostki. Zimą bu­dy­nek po­li­cji prze­szedł grun­towny re­mont, mię­dzy in­nymi za­in­sta­lo­wano now­sze kom­pu­tery i wpro­wa­dzono otwartą prze­strzeń. Temu dru­giemu Gi­sela sprze­ci­wiała się od sa­mego po­czątku. Nikt jed­nak się tym nie prze­jął i nie słu­chał jej po­stu­la­tów w kwe­stii pry­wat­no­ści i spo­koju w pracy. Zda­niem firmy kon­sul­tin­go­wej, za­trud­nio­nej do opra­co­wa­nia kon­cep­cji, nowa aran­ża­cja prze­strzeni sprzy­jała ko­mu­ni­ka­cji mię­dzy ze­spo­łami i uła­twiała prze­pływ in­for­ma­cji.

Gi­sela prze­my­kała zyg­za­kiem mię­dzy biur­kami, co chwilę się za­trzy­mu­jąc, by od­po­wie­dzieć na py­ta­nia do­ty­czące na­gra­nia i wy­słu­chać ko­men­ta­rzy na te­mat swo­jego wy­glądu. Na­dal miała na twa­rzy pełny te­le­wi­zyjny ma­ki­jaż, a jej włosy ukła­dały się w de­li­katne fale, w ni­czym nie­przy­po­mi­na­jące pta­siego gniazda, z ja­kim zwy­kle cho­dziła. Wresz­cie do­tarła do swo­jego miej­sca pracy, gdzie znaj­do­wało się jej biurko, które od­gro­dziła od po­zo­sta­łych ru­cho­mymi ścian­kami dzia­ło­wymi, usi­łu­jąc za­pew­nić so­bie w tym ką­cie wię­cej pry­wat­no­ści. Była ona jed­nak tylko po­zorna. Je­śli na­prawdę chciało się pra­co­wać w spo­koju, na­le­żało za­ło­żyć słu­chawki z re­duk­cją szu­mów. Żeby zaś omó­wić po­ufne in­for­ma­cje, trzeba było za­re­zer­wo­wać znaj­du­jące się po­środku biura, oszklone dźwię­kosz­czelne po­miesz­cze­nie, albo ka­binę, jak je wszy­scy na­zy­wali.

Gi­sela gło­śno wes­tchnęła, czy­ta­jąc pod­su­mo­wa­nie ich naj­now­szej sprawy. Grupa mło­dych męż­czyzn - po zde­cy­do­wa­nie zbyt wielu drin­kach wy­pi­tych pod­czas wie­czoru ka­wa­ler­skiego - uznała, że do­brym po­my­słem bę­dzie zor­ga­ni­zo­wa­nie praw­dzi­wego po­lo­wa­nia na wiel­ka­nocne za­jące. Pa­no­wie za­brali ze sobą strzelby i udali się do lasu strze­lać do nie­win­nych zwie­rząt. Praw­dzi­wych, ta­kich, które można było po­dać na wiel­ka­nocny obiad. Nie dość, że se­zon po­lo­wań na sza­raki w tym roku już się skoń­czył, to na do­da­tek je­den z męż­czyzn przy­pad­kowo po­strze­lił przy­szłego pana mło­dego. Wódka, broń i fa­ceci bu­zu­jący te­sto­ste­ro­nem rzadko two­rzyli udane po­łą­cze­nie. Gi­sela przy­dzie­liła sprawę Li­nu­sowi.

Wyj­rzała przez ścianki dzia­łowe, by za­py­tać Li­nusa o ak­tu­alne in­for­ma­cje na te­mat stanu ran­nego męż­czy­zny. Kiedy ostat­nio roz­ma­wiali o tej spra­wie, po­szko­do­wany prze­by­wał na od­dziale in­ten­syw­nej te­ra­pii. Oba­wiała się, że wy­pa­dek trzeba bę­dzie po­trak­to­wać jako sprawę o za­bój­stwo lub nie­umyślne spo­wo­do­wa­nie śmierci. Krze­sło Li­nusa stało pu­ste. Gi­sela przy­po­mniała so­bie, że wy­szedł wcze­śniej, by ode­brać bliź­nia­ków z przed­szkola, mimo że w tym ty­go­dniu dzieci były pod opieką Jo­se­fin.

LI­NUS

Kiedy Li­nus wszedł do przed­szkola, przy­ję­cie wiel­ka­nocne w gru­pie Bie­dro­nek trwało w naj­lep­sze. Cze­kał w szatni wraz z dwoj­giem in­nych ro­dzi­ców wpa­trzo­nych w ko­mórki. Ze świe­tlicy do­cho­dziły ra­do­sne głosy dzieci. Bliź­niacy przez cały po­przedni ty­dzień bez prze­rwy roz­ma­wiali o tym dniu. Naj­pierw mieli ma­lo­wać pi­sanki, po­tem zjeść wiel­ka­nocne cia­sto upie­czone przez przed­szko­laki. Zgod­nie z tra­dy­cją uro­czy­stość za­koń­czyła się tań­cem wo­kół wiel­ka­noc­nych ga­łą­zek, które dzieci ze­brały na przed­szkol­nym po­dwórku i ozdo­biły wła­sno­ręcz­nie wy­ko­na­nymi de­ko­ra­cjami. Malte i Max cho­dzili w kółko, śpie­wa­jąc różne pio­senki z wy­my­ślo­nymi tek­stami zwią­za­nymi z Wiel­ka­nocą do me­lo­dii po­pu­lar­nych dzie­cię­cych utwo­rów. Wy­cho­wawcy byli na­prawdę kre­atywni. Li­nu­sowi tak te wiel­ka­nocne przy­śpiewki utkwiły w gło­wie, że zła­pał się w pracy na tym, jak je nuci.

W sali dzieci śpie­wały na całe gar­dło za­baw­nie zmie­nioną wer­sję zna­nej ko­lędy. Kiedy uci­chły ostat­nie dźwięki, tłum wy­buch­nął okla­skami i okrzy­kami ra­do­ści.

Jedna z opie­ku­nek gło­śno za­gwiz­dała, by prze­bić się przez gwar i po­now­nie przy­cią­gnąć uwagę przed­szko­la­ków.

- Dzieci, które nie idą do domu po przy­ję­ciu wiel­ka­noc­nym, mogą wyjść na dwór się po­ba­wić i tam po­cze­kać na ro­dzi­ców.

Po chwili do szatni wbie­gło kil­ka­na­ścioro pod­eks­cy­to­wa­nych ma­lu­chów i za­częło za­kła­dać kurtki i spodnie prze­ciw­desz­czowe. Malte i Max ze śla­dami po far­bach na rę­kach, ubra­niach i twa­rzach jed­no­cze­śnie rzu­cili się na Li­nusa z taką siłą, że o mało go nie prze­wró­cili.

- Do­brze się ba­wi­li­ście? - spy­tał.

- Ta­aak! - krzyk­nęli chó­rem bliź­niacy i kil­koro in­nych dzieci.

Wy­cho­waw­czyni prze­brana za kur­czaka za­raz do­łą­czyła do przed­szko­la­ków, by po­móc naj­młod­szym się ubrać.

- Je­dziemy do domu - rzekł Li­nus.

- Czy to ty­dzień z mamą czy z tobą? - za­sta­na­wiał się Malte.

- Z mamą. Od­wiozę was do domu. Mama już tam na was czeka.

Dwa­dzie­ścia mi­nut póź­niej Li­nus za­trzy­mał się w dziel­nicy Gamla Vasa przed czer­wo­nym drew­nia­nym do­mem, który ku­pił wraz z Jo­se­fin, gdy się do­wie­dzieli, że jest w ciąży z La­ilą, naj­star­szą z ich czworga dzieci. Bliź­niacy ra­do­śnie wy­sko­czyli z sa­mo­chodu i po­bie­gli do drzwi wej­ścio­wych, gdzie cze­kała na nich mama z wy­cią­gnię­tymi ra­mio­nami. Uści­skała syn­ków, po czym chłopcy prędko wśli­zgnęli się do środka.

- Cześć - przy­wi­tał się Li­nus.

- Cześć - od­parła Jo­se­fin.

- Czy La­ila i Harri są w domu?

Kiedy nie był z dziećmi, tę­sk­nił za nimi tak bar­dzo, że pę­kało mu serce.

- Nie, nie­stety. Harri jest u ko­legi, a La­ila pro­sto po szkole miała iść na tre­ning pły­wacki. Nie­długo po nią po­je­dziemy - wy­ja­śniła Jo­se­fin, spo­glą­da­jąc na ze­ga­rek.

- Może chcesz, że­bym ode­brał La­ilę i od­wiózł ją do domu? W ten spo­sób nie bę­dziesz mu­siała za­bie­rać ze sobą Mal­tego i Maxa.

- Dzię­kuję, to miło z two­jej strony, ale już ode­bra­łeś bliź­nia­ków z przed­szkola, mimo że to mój ty­dzień z dziećmi.

- To ża­den kło­pot. To są też moje dzieci. Lu­bię spę­dzać z nimi czas.

Jo­se­fin skrzy­żo­wała ręce na piersi.

- Na­prawdę? Ina­czej to wy­glą­dało, kiedy miesz­ka­li­śmy ra­zem. Wo­la­łeś pra­co­wać, niż spę­dzać czas z ro­dziną.

Li­nus ugryzł się w ję­zyk.

- Pro­szę, Jo­se­fin, nie kłóćmy się te­raz o to. Wiem, że nie by­łem naj­lep­szym oj­cem, ale ko­cham na­sze dzieci... I ko­cham cie­bie.

Wstrzy­mał od­dech, cze­ka­jąc na od­po­wiedź Jo­se­fin, która w tym mo­men­cie luźno opu­ściła ręce wzdłuż ciała.

- Nie za­czy­naj znowu. Po­trze­buję wię­cej czasu.

Li­nus chciał za­py­tać, ile do­kład­nie czasu jej po­trzeba, ale wie­dział, że le­piej tego nie ro­bić.

- Spo­koj­nie, po­cze­kam - od­parł, usi­łu­jąc nie oka­zać fru­stra­cji.

Se­pa­ra­cja była po­my­słem Jo­se­fin. Li­nus nie miał nic do po­wie­dze­nia. Choć miało to być tylko tym­cza­sowe roz­wią­za­nie, z każ­dym dniem ro­sły w nim obawy, że prze­ro­dzi się to w coś trwa­łego.

Twarz Jo­se­fin zła­god­niała.

- Po­my­śla­łam, że w so­botę mo­gli­by­śmy po­je­chać ra­zem, całą ro­dziną, na ogni­sko wiel­ka­nocne do Kr?klundy. O ile nie masz in­nych pla­nów, oczy­wi­ście.

- Bar­dzo chęt­nie - ucie­szył się Li­nus, czu­jąc, że na­dzieja, którą utra­cił, ożyła w nim na nowo.

Uczu­cie to to­wa­rzy­szyło mu przez całą drogę po­wrotną, lecz znik­nęło, gdy tylko prze­kro­czył próg nie­wiel­kiego miesz­ka­nia w po­łu­dnio­wej czę­ści Va­asy, w któ­rym miesz­kał na zmianę z Jo­se­fin. Co drugi ty­dzień, kiedy Jo­se­fin opie­ko­wała się dziećmi w domu w Gamla Vasa, Li­nus wpro­wa­dzał się tu­taj. Na­stęp­nie prze­no­sił się do ich willi. Ce­lem ta­kiego układu było po­zo­sta­wie­nie dzieci w ich do­tych­cza­so­wym domu. To rów­nież wy­my­śliła Jo­se­fin. Sły­szała, że nowy trend w roz­wo­dach, zwany pie­czą gniaz­dową czy z an­giel­skiego bird­ne­sting, sta­no­wił do­bre roz­wią­za­nie na pro­ces przej­ściowy - z my­ślą o po­trze­bach dzieci.

Li­nus za­sta­na­wiał się, do czego ma pro­wa­dzić ten pro­ces przej­ściowy. Gdyby to on de­cy­do­wał, wszy­scy miesz­ka­liby cały czas ra­zem w jed­nym domu.

LUNA

Czuła każdy mię­sień, głowa tęt­niła bó­lem. Ręce miała zwią­zane za ple­cami. Sznur wbi­jał się w nad­garstki. Ko­pała i rzu­cała się w każdą stronę, usi­łu­jąc się uwol­nić. Jed­nak trzy­ma­jący ją roz­wście­czeni męż­czyźni oka­zali się zbyt silni. Za­kryli jej głowę, przez co nic nie wi­działa i od­dy­chała z tru­dem. Nie miała po­ję­cia, gdzie jest ani do­kąd ją za­bie­rają. Wie­działa tylko, że nie wyj­dzie z tego żywa.

Na­gle po­ry­wa­cze ją pu­ścili, a wtedy nogi się pod nią ugięły i za­częła się chwiać na boki, le­dwo utrzy­mu­jąc rów­no­wagę.

- Cza­row­nica musi umrzeć - wy­sy­czał jej wtem do ucha oprawca wście­kłym gło­sem.

Ktoś mocno po­pchnął ją w plecy i prze­wró­ciła się na zie­mię.

Wpa­dła w bez­denną ot­chłań. Spa­da­jące ciało wy­da­wało się nie­waż­kie. Ból ustą­pił. My­śli ode­rwały się od rze­czy­wi­sto­ści. Cze­kała, aż ude­rzy o zie­mię, ale upa­dek nie na­stą­pił.

Luna usia­dła, ciężko dy­sząc. Znów miała kosz­mar. Sny o jej przod­kini Vil­hel­mi­nie M?ns­son stały się w ostat­nich dniach in­ten­syw­niej­sze. Ko­bieta zo­stała stra­cona na Häxber­get, Gó­rze Cza­row­nic, w pro­win­cji ?n­ger­man­land dwu­dzie­stego marca ty­siąc sześć­set sie­dem­dzie­sią­tego szó­stego roku, w naj­święt­szy dzień w roku, kiedy na­stę­puje rów­no­waga mię­dzy ciem­no­ścią a świa­tłem. We­dług ro­dzin­nej le­gendy Vil­hel­mi­nie za­rzu­cono za­bra­nie dzieci i wnu­ków na sa­bat cza­row­nic do Bl?kulli, gdzie mieli uczest­ni­czyć w dia­bel­skiej uczcie. Jej są­sia­dów i ro­dzinę zo­stali zmu­szeni, by ze­zna­wać prze­ciwko niej pod groźbą tor­tur. Je­den za­wistny krewny oskar­żył Vil­hel­minę o czary. Przod­kini Luny była wdową, a krewny chciał prze­jąć go­spo­dar­stwo, które odzie­dzi­czyła po mężu. W tam­tych cza­sach czary uzna­wano za naj­gor­sze prze­stęp­stwo, ja­kiego mo­gła się do­pu­ścić ko­bieta, a oskar­żoną nie­mal za­wsze pa­lono na sto­sie. Vil­hel­mina za­prze­czyła za­rzu­tom o prak­ty­ko­wa­nie cza­rów i spół­ko­wa­nie z dia­błem. Wtedy pod­dano ją pró­bie wody. Mó­wiono, że cza­row­nice nie toną, po­nie­waż wy­rze­kły się chrztu. Łowca cza­row­nic i jego po­moc­nicy zwią­zali Vil­hel­mi­nie ręce za ple­cami i wrzu­cili ją do rzeki. Ko­bieta prze­żyła próbę, jed­nak wów­czas spa­lono ją na sto­sie po uprzed­nim ścię­ciu głowy.

Luna, wciąż oszo­ło­miona po kosz­mar­nym śnie, prze­su­nęła dło­nią po karku, jakby chciała się upew­nić, że głowa na­dal trzyma się szyi. Na dru­giej ręce miała kaj­danki przy­pięte krót­kim łań­cu­chem do wez­gło­wia łóżka. Luna bez prze­ko­na­nia po­cią­gnęła za łań­cuch.

Naj­pierw pró­bo­wała się uwol­nić. Szar­pała za łań­cuch, ko­pała w łóżko i dra­pała ścianę, aż po­ła­mała wszyst­kie pa­znok­cie, a palce po­kryły się krwią. Te­raz stra­ciła już wolę walki.

Po­miesz­cze­nie, w któ­rym się znaj­do­wała, było małe i bez okien. Le­żała na dol­nej pry­czy pię­tro­wego łóżka z me­ta­lową ramą przy­krę­coną do ściany. Z su­fitu zwi­sała goła ża­rówka da­jąca słabe świa­tło. Łań­cuch był na tyle długi, że Luna mo­gła do­się­gnąć dru­giej ściany w tym wą­skim po­koju, nie da­wała jed­nak rady dojść do drzwi. W ką­cie stało wia­dro, gdzie mo­gła za­ła­twiać swoje po­trzeby, a na pod­ło­dze ktoś zo­sta­wił bu­telkę wody. Się­gnęła po nią i choć mę­czyło ją pra­gnie­nie, wzięła tylko kilka ły­ków. Bała się, że jak woda się skoń­czy, nikt wię­cej nie do­nie­sie. Opa­dła z po­wro­tem na łóżko. Po­czuła ogromne osła­bie­nie. Po­nie­waż nie było okien, nie miała po­ję­cia, która jest go­dzina, czy jest dzień, czy noc.

Po­now­nie za­mknęła oczy i od­mó­wiła po ci­chu mo­dli­twę do Bo­gini. Pró­bo­wała się od­prę­żyć i oczy­ścić umysł ze wszyst­kich zmar­twień. Wy­obra­ziła so­bie Księ­życ w pełni, świe­cący ja­sno na czar­nym nie­bie. Sku­piła się na od­de­chu, mimo że nie była w sta­nie go kon­tro­lo­wać. Kurz i pleśń w celi utrud­niały od­dy­cha­nie. Łóżko aż się za­trzę­sło, kiedy do­stała ostrego ataku kaszlu. Pra­gnęła po­czuć, jak ener­gia prze­pływa przez jej ciało, lecz miała wręcz wra­że­nie, że we­wnętrzna moc po­woli ją opusz­cza. Otwo­rzyła oczy i ro­zej­rzała się po ciem­nej prze­strzeni, gdzie cie­nie tań­czyły na ścia­nach w mi­go­czą­cym świe­tle ża­rówki. Peł­nia Księ­życa sym­bo­li­zuje śmierć, po­my­ślała po­nuro.

Nie wie­rzyła, że uda jej się wyjść stąd cało.

Wielki Czwar­tek, 28 marca 2024 roku

MI­KA­ELA

Mały ró­żowy ple­cak le­żał już spa­ko­wany. Saga była ubrana i go­towa do wyj­ścia do przed­szkola. Mi­ka­ela po raz ostatni spraw­dziła, czy za­brała wszyst­kie rze­czy po­trzebne na za­ję­cia pla­styczne w przed­szkolu, na które za­pro­szono ro­dzi­ców: rolkę pa­pieru to­a­le­to­wego, pa­tyczki do lo­dów, kłę­bek sta­rej zie­lo­nej włóczki i słoik. Chciała uczest­ni­czyć w warsz­ta­tach, ale tym ra­zem nie mo­gła się ze­rwać z pracy. Po po­łu­dniu w bi­blio­tece za­pla­no­wano spo­tka­nie au­tor­skie, a ona miała je mo­de­ro­wać.

Zo­sta­wiła Sagę w rę­kach kom­pe­tent­nych wy­cho­waw­ców i udała się do bi­blio­teki miej­skiej, gdzie od po­nad dzie­się­ciu lat pra­co­wała jako bi­blio­te­karka. Zwy­kle zo­sta­wiała sa­mo­chód obok przed­szkola córki, by nie tra­cić czasu na szu­ka­nie miej­sca par­kin­go­wego w cen­trum mia­sta, i szła pie­szo do pracy. Nie miała da­leko.

Chod­nik był śli­ski. Mu­siała ostroż­nie sta­wiać kroki w wy­so­kich ob­ca­sach, żeby się nie prze­wró­cić. Choć dni były co­raz dłuż­sze, wio­sna wy­da­wała się od­le­gła. Mi­ka­ela jesz­cze raz owi­nęła się sza­li­kiem wo­kół szyi i wy­jęła rę­ka­wiczki z kie­szeni. Za­nim je wło­żyła, upu­ściła jedną z nich na zie­mię. Kiedy się schy­liła, by ją pod­nieść, do­strze­gła sa­mo­chód ja­dący tuż za nią - ten sam, który rano stał przed jej do­mem. Po­ru­szał się po­woli, mimo że droga była nie­mal pu­sta. W ciągu ostat­nich dni wi­działa to auto kil­ka­krot­nie, nie miała co do tego wąt­pli­wo­ści. Znów ogar­nęło ją nie­przy­jemne uczu­cie.

Ro­zej­rzała się. Poza star­szą pa­nią z psem, która wła­śnie skrę­cała za róg, w po­bliżu nie było ży­wej du­szy.

Mi­ka­ela przy­spie­szyła kroku. Sa­mo­chód rów­nież zwięk­szył pręd­kość. Od­wró­ciła lekko głowę, pró­bu­jąc do­strzec ta­blicę re­je­stra­cyjną. Ostat­nim ra­zem za­pa­mię­tała cy­fry i li­tery. Było to rze­czy­wi­ście to samo auto.

Już pra­wie ją do­go­niło. Je­chało tak bli­sko, że przez lekko przy­ciem­niane szyby wi­działa syl­wetkę kie­rowcy. Opu­ścił szybę. To, co zo­ba­czyła, zmro­ziło jej krew w ży­łach. Męż­czy­zna miał ko­mi­niarkę za­kry­wa­jącą nie­mal całą twarz, a na rę­kach czarne rę­ka­wiczki.

Serce po­de­szło jej do gar­dła.

Nie mo­gła po­zwo­lić, by ogar­nęła ją pa­nika. Praw­do­po­dob­nie prze­sa­dzała. Na­oglą­dała się w te­le­wi­zji za dużo fil­mów z ga­tunku true crime. Va­asa było ma­łym mia­stem. Czę­sto wpa­dało się na zna­jo­mych. Wi­dy­wało się te same sa­mo­chody.

Być może kie­rowca chciał tylko za­py­tać ją o drogę? Wo­lała jed­nak nie ry­zy­ko­wać.

Szybko skrę­ciła w jed­no­kie­run­kową ulicę, dzięki czemu czarny sa­mo­chód nie mógł za nią po­je­chać. Pra­wie bie­gła. Z tru­dem ła­pała od­dech i co chwilę zer­kała za sie­bie. Bu­dynki sta­wały się co­raz mniej wy­raźne, drzewa i krzewy zle­wały się ze sobą.

Wy­grze­bała z to­rebki te­le­fon, by mieć go pod ręką na wy­pa­dek, gdyby mu­siała we­zwać po­moc.

Kiedy do­tarła do skrzy­żo­wa­nia na końcu ulicy, sta­nęła jak wryta.

Czarne auto cze­kało na nią na rogu.

Od­wró­ciła się i pu­ściła bie­giem w prze­ciw­nym kie­runku.

SUSSI

Stu­kot jej ob­ca­sów po błysz­czą­cej pod­ło­dze roz­brzmie­wał w hali od­lo­tów lot­ni­ska Ar­landa. Ro­sły męż­czy­zna w ko­szulce pił­kar­skiej wszedł pro­sto na nią. Upu­ściła te­le­fon, który po­to­czył się kilka me­trów po po­sadzce. Fa­cet na­wet nie przy­sta­nął, żeby prze­pro­sić, tylko szedł da­lej w kie­runku wyj­ścia, cią­gnąc za sobą dużą wa­lizkę na kół­kach. Sussi ode­tchnęła z ulgą, wi­dząc, że urzą­dze­nie się nie ze­psuło. Znowu wy­brała nu­mer Luny, chyba po raz setny od po­nie­działku, ale te­raz dziew­czyna także nie ode­brała.

Sussi spę­dziła cały ty­dzień w biu­rze w Sztok­hol­mie, pra­cu­jąc nad wspól­nym pla­nem ko­mu­ni­ka­cji dla no­wego pro­jektu, który firma miała je­sie­nią wpro­wa­dzić w kra­jach nor­dyc­kich. Oprócz niej byli tam rów­nież spe­cja­li­ści do spraw ko­mu­ni­ka­cji z Oslo, Malmö, Rey­kja­viku i Ko­pen­hagi. Ze­spół pra­co­wał ca­łymi dniami, a wie­czo­rami od­by­wały się ko­la­cje i inne wy­da­rze­nia fir­mowe, w któ­rych Sussi mu­siała uczest­ni­czyć. Do­piero te­raz mo­gła wy­je­chać ze Sztok­holmu. Wła­ści­wie tego wie­czoru też miała pójść na ko­la­cję zor­ga­ni­zo­waną przez firmę z oka­zji świąt wiel­ka­noc­nych. By­łaby to do­bra oka­zja do omó­wie­nia stra­te­gii pro­duk­to­wej z pre­ze­sem. Sussi jed­nak zre­zy­gno­wała, tłu­ma­cząc, że musi wcze­śniej wró­cić do domu ze wzglę­dów ro­dzin­nych.

Miała na­dzieję, że Lu­nie nic się nie stało.

Ko­lejka do kon­troli bez­pie­czeń­stwa wiła się bez końca i po­su­wała bar­dzo wolno. Wielu lu­dzi wy­bie­rało się na Wiel­ka­noc do swo­ich bli­skich. Sussi prze­kli­nała w du­chu, gdy utknęła za dużą ro­dziną ob­ła­do­waną ba­ga­żami. Miała wra­że­nie, że mi­nęły całe wieki, za­nim wszyst­kie wa­lizki dzieci od­je­chały na ta­śmo­ciągu i wresz­cie mo­gła po­ło­żyć na nim swój lap­top i torbę po­dróżną. Już wcze­śniej przy­go­to­wała się do kon­troli, zdjęła kurtkę i wy­jęła pla­sti­kową to­rebkę z ko­sme­ty­kami. Gdy tylko zgar­nęła swoje rze­czy z ta­śmy, po­now­nie za­dzwo­niła do Luny.

Tym ra­zem też ode­zwała się poczta gło­sowa. Sussi po­czuła na­ra­sta­jący nie­po­kój. Choć Luna czę­sto cho­dziła z głową w chmu­rach, za­zwy­czaj można się było z nią bez trudu skon­tak­to­wać. Mi­nęło już kilka dni, od kiedy ostat­nio roz­ma­wiały. Obawy Sussi przy­brały na sile.

Cho­dziła tam i z po­wro­tem przy bramce, cze­ka­jąc na wej­ście na po­kład sa­mo­lotu, i omal nie stra­ciła pa­no­wa­nia nad sobą, gdy się oka­zało, że lot jest opóź­niony z po­wodu pro­ble­mów tech­nicz­nych.

Przez całą po­dróż do Va­asy my­ślała tylko o Lu­nie. I o tym, że pew­nie coś jej się stało.

LI­NUS

W dro­dze na ko­mi­sa­riat Li­nus za­je­chał do szpi­tala cen­tral­nego w Va­asie, by za­mie­nić kilka słów z po­strze­lo­nym pa­nem mło­dym, za­nim po­szko­do­wany do­sta­nie wy­pis. Kiedy wszedł do sali, młody męż­czy­zna sie­dział na łóżku. Był pół­nagi i miał duży opa­tru­nek na klatce pier­sio­wej. Za­schnięta krew za­bar­wiła ban­daż na rdza­wo­brą­zowy ko­lor.

- Jak się pan czuje? - spy­tał Li­nus.

- Ja świet­nie, moja na­rze­czona ma się go­rzej. Jest wście­kła na mo­ich kum­pli. Uważa, że to ich wina, że mu­sie­li­śmy prze­ło­żyć ślub - wy­tłu­ma­czył przy­szły pan młody.

- W su­mie ma ra­cję - stwier­dził po­li­cjant, który wy­obra­ził so­bie, jak Jo­se­fin za­re­ago­wa­łaby w po­dob­nej sy­tu­acji. - Wy­bra­li­ście już nową datę?

- Ślub od­bę­dzie się je­sie­nią.

- Może na­stęp­nym ra­zem niech pan so­bie od­pu­ści wie­czór ka­wa­ler­ski - za­su­ge­ro­wał Li­nus.

Męż­czy­zna się za­śmiał, ale za­raz prze­rwał, gdy ból w klatce pier­sio­wej dał o so­bie znać. Skrzy­wił się i zmru­żył oczy.

- Pew­nie tak bę­dzie naj­le­piej - zgo­dził się. - My­ślę, że moja na­rze­czona sama wy­cią­gnę­łaby strzelbę, gdy­bym znowu wpadł na ten po­mysł.

Li­nus się uśmiech­nął.

- Przy­je­cha­łem tu­taj, żeby za­py­tać, czy chciałby pan wnieść oskar­że­nie prze­ciwko oso­bie, która pana po­strze­liła.

- Nie. To był wy­pa­dek. Praw­do­po­dob­nie sam je­stem so­bie wi­nien. To ja chcia­łem po­lo­wać na praw­dzi­wego za­jąca.

- Do­brze, wo­bec tego za­mkniemy do­cho­dze­nie.

Przy­szły żon­koś ski­nął głową.

- W ta­kim ra­zie ży­czę szyb­kiego po­wrotu do zdro­wia. I na­stęp­nym ra­zem pro­szę ostroż­niej ob­cho­dzić się z bro­nią - rzekł Li­nus i wy­szedł na ko­ry­tarz.

Jedna z pie­lę­gnia­rek pchała wó­zek in­wa­lidzki z wą­tłym sta­rusz­kiem. Le­karz po­cie­szał młodą ko­bietę, naj­wy­raź­niej tuż po prze­ka­za­niu jej złych wie­ści. Li­nus szybko się stam­tąd od­da­lił. Nie lu­bił szpi­tali. Po­nie­waż miał czworo dzieci, które z róż­nych po­wo­dów cią­gle tra­fiały na po­go­to­wie, po­byt w szpi­talu ko­ja­rzył mu się z po­czu­ciem sil­nego lęku i bez­rad­no­ści.

Na par­te­rze pra­wie wpadł na Ste­fana, no­wego chło­paka Gi­seli. Choć chyba już nie tak no­wego. Ste­fan i Gi­sela spo­ty­kali się od prze­szło pół roku i, z tego, co Li­nus się orien­to­wał, ich zwią­zek sta­wał się co­raz po­waż­niej­szy. Mar­tin, mąż Gi­seli, kilka lat wcze­śniej zmarł na raka. Li­nus go nie po­znał, jed­nak wi­dział, że bar­dzo prze­żyła jego śmierć. Tu­ula opo­wia­dała, że kiedy Mar­tin żył, Gi­sela była zu­peł­nie inną osobą, i od­kąd po­ja­wił się Ste­fan, ta dawna Gi­sela po­woli wra­cała.

- Cześć, Ste­fan - przy­wi­tał się Li­nus.

Pie­lę­gniarz aż pod­sko­czył, spo­glą­da­jąc na Li­nusa w taki spo­sób, jakby nie miał po­ję­cia, kim on jest, mimo że już wie­lo­krot­nie się spo­tkali.

- Ach, Li­nus! - ode­zwał się w końcu. - Nie po­zna­łem cię! Ni­gdy nie wi­dzia­łem cię w mun­du­rze. Wy­bacz mi.

- Wszystko w po­rządku?

Ste­fan spra­wiał wra­że­nie bar­dzo za­bie­ga­nego.

- Tak, tak. Po pro­stu mamy lek­kie urwa­nie głowy. Nie­stety nie mam czasu, żeby po­ga­dać. Mu­szę le­cieć - od­parł, po czym szybko się od­da­lił.

Nie skrę­cił jed­nak w stronę od­działu ra­tun­ko­wego, gdzie pra­co­wał, tylko prze­szedł przez hol i wy­szedł na par­king.

Li­nus uniósł brwi w zdzi­wie­niu, ale nie za­sta­na­wiał się dłu­żej nad dziw­nym za­cho­wa­niem Ste­fana.

MI­KA­ELA

W pracy Mi­ka­ela ochło­nęła i nie czuła już pa­niki. Co­raz bar­dziej była prze­ko­nana, że po pro­stu uro­iła so­bie po­ranne wy­da­rze­nia. Od­bie­ra­nie ksią­żek i po­ga­wędki z in­nymi pra­cow­ni­kami bi­blio­teki po­zwo­liły jej nie­mal za­po­mnieć o tym strasz­nym do­świad­cze­niu. Rano przy­szła tu cała klasa, by wy­brać książki do czy­ta­nia na lek­cji ję­zyka szwedz­kiego. Mi­ka­ela py­tała dzieci o ich za­in­te­re­so­wa­nia i o to, co lu­bią ro­bić w wol­nym cza­sie, żeby po­le­cić im lek­tury, które jej zda­niem mo­głyby im się spodo­bać. Po po­łu­dniu za­brała się za przy­go­to­wa­nia do wi­zyty pi­sa­rza. Sala nie była uży­wana od czasu, gdy lo­kalny we­te­ry­narz od­wie­dził bi­blio­tekę, by po­roz­ma­wiać o tym, jak naj­le­piej dbać o czwo­ro­noż­nych człon­ków ro­dziny. Wy­rzu­ciła stos ulo­tek po tym spo­tka­niu i wy­ło­żyła nowe z in­for­ma­cjami o dzi­siej­szym go­ściu. Po­po­łu­dnie mi­nęło szybko i za­nim się spo­strze­gła, ści­skała dłoń za­pro­szo­nego au­tora, bro­da­tego pana w twe­edo­wej ma­ry­narce. Po­dob­nie jak w po­przed­nich książ­kach, ak­cja jego naj­now­szej po­wie­ści hi­sto­rycz­nej roz­gry­wała się pod­czas fiń­skiej wojny do­mo­wej. Wojna, zwana rów­nież wojną o wol­ność, roz­po­częła się pięt­na­stego maja ty­siąc dzie­więć­set osiem­na­stego roku i to­czyła po­mię­dzy si­łami "czer­wo­nych", so­cja­li­stów, i "bia­łych", kon­ser­wa­tyw­nych ugru­po­wań wspie­ra­ją­cych rzą­dzący se­nat.

Na sali sie­działo kilku eme­ry­to­wa­nych woj­sko­wych i dzien­ni­ka­rzy kul­tu­ral­nych, a także przy­ja­ciele i ro­dzina pi­sa­rza. Roz­mowa z au­to­rem była in­te­re­su­jąca, a pu­blicz­ność za­da­wała wiele py­tań.

Kiedy ostat­nia książka zo­stała pod­pi­sana, Mi­ka­ela za­częła sprzą­tać krze­sła. Jedna z bi­blio­te­ka­rek za­ofe­ro­wała, że po­może.

- Udało się? - spy­tała.

- Tak, zde­cy­do­wa­nie. Sala była pra­wie pełna. My­ślę, że za­pro­szę go rów­nież je­sie­nią.

- Czyli po­wta­rzamy całą ak­cję? - do­py­ty­wała ko­le­żanka.

- Ko­niecz­nie.

- To dzi­siaj idziesz na tę randkę?

- Tak, spo­ty­kam się z nim za­raz po pracy.

- Su­per. Nie mogę się do­cze­kać, jak mi ju­tro o wszyst­kim opo­wiesz.

- Dziw­nie uma­wiać się z kimś, kogo się ni­gdy nie wi­działo - stwier­dziła Mi­ka­ela.

- E tam, wszy­scy tak ro­bią w dzi­siej­szych cza­sach, poza tym prze­cież pi­sze­cie ze sobą od ja­kie­goś czasu, prawda?

- Tak, od kilku ty­go­dni. Wy­daje się bar­dzo miły, ale oczy­wi­ście ni­gdy nic nie wia­domo. Po­przedni fa­cet, z któ­rym się uma­wia­łam, też na po­czątku wy­da­wał się sym­pa­tyczny, a po­tem oka­zał się wy­jąt­kowo od­py­cha­jący.

- Tam­tego też po­zna­łaś przez in­ter­net?

- Nie, w knaj­pie - od­parła Mi­ka­ela.

- Bę­dzie su­per, zo­ba­czysz. Je­śli ten ko­leś okaże się słaby, to prze­cież masz całą masę in­nych fa­ce­tów do wy­boru - prze­ko­ny­wała ko­le­żanka, która była na tyle młoda, że bez pro­blemu na­wią­zy­wała nowe zna­jo­mo­ści za po­śred­nic­twem róż­nych apli­ka­cji.

Mi­ka­ela na­gle po­czuła się po­twor­nie stara. Ostatni raz była sin­gielką, kiedy miała ja­kieś dwa­dzie­ścia lat. Ste­fana, swoją pierw­szą wielką mi­łość, po­znała już na stu­diach. Byli ze sobą pięt­na­ście lat. Nie­mal za­raz po roz­sta­niu za­częła się spo­ty­kać z in­nym męż­czy­zną, który po­tem zo­stał jej mę­żem. Od roz­wodu z Jo­ha­nem mi­nęło rap­tem sześć mie­sięcy. Dla świeżo roz­wie­dzio­nej sa­mot­nej matki po­szu­ki­wa­nie mi­ło­ści sta­no­wiło nie lada wy­zwa­nie. Już pra­wie za­po­mniała, jak to jest cho­dzić na randki, i była tak samo zde­ner­wo­wana jak wtedy, gdy Ste­fan po raz pierw­szy za­pro­sił ją na ko­la­cję.

Cały dzień biła się z my­ślami, czy nie od­wo­łać tego spo­tka­nia. Do­szła jed­nak do wnio­sku, że pój­dzie, skoro za­ła­twiła już opie­kunkę do dzieci.

Wło­żyła kurtkę i ra­zem z ko­le­żanką wy­szły z bi­blio­teki.

- W którą stronę idziesz? - spy­tała Mi­ka­ela.

- Jadę au­to­bu­sem z Ban­ga­tan.

- Ja idę w drugą stronę. Do zo­ba­cze­nia ju­tro.

Ko­le­żanka ją uści­skała.

- Baw się do­brze dziś wie­czo­rem - rzu­ciła i po­spie­szyła w kie­runku przy­stanku, przy któ­rym wła­śnie za­trzy­my­wał się au­to­bus.

Mi­ka­ela już wcze­śniej po­sta­no­wiła zo­sta­wić sa­mo­chód na par­kingu przed przed­szko­lem, wie­działa bo­wiem, że na pewno skusi się na lampkę wina lub dwie. Do domu mo­gła wró­cić tak­sówką. A je­śli randka się uda, kto wie, może na­wet pój­dzie do niego do domu. Saga miała no­co­wać u jej sio­stry, więc nie mu­siała się spie­szyć.

Je­śli nie wróci wie­czo­rem do domu, nikt nie bę­dzie jej szu­kał.

LUNA

Zimna woda wdarła się do gar­dła. Wy­peł­niła płuca aż po brzegi. Wo­do­ro­sty oplo­tły jej stopy, usi­łu­jąc wcią­gnąć ją w głę­binę. Sól draż­niła nos, pa­liła w prze­łyku.

Luna obu­dziła się, nie mo­gąc zła­pać tchu. Usia­dła na brud­nym ma­te­racu. Prze­ście­ra­dło było prze­siąk­nięte po­tem. Wzięła kilka głę­bo­kich wde­chów, wcią­ga­jąc za­tę­chłe po­wie­trze, cuch­nące stra­chem i od­cho­dami.

We śnie o mały włos nie uto­nęła. Te­raz była w pełni przy­tomna, jed­nak czuła się nie­mal tak źle jak pod­czas snu. Od­dy­cha­nie sta­wało się co­raz trud­niej­sze. Oczy ją swę­działy, jej cia­łem szar­pał upo­rczywy ka­szel. Gdyby tylko miała leki na aler­gię...

Spoj­rzała w ciem­ność, mru­żąc po­wieki. Czuła cię­żar kaj­da­nek na nad­garstku. Z każ­dym dniem jej zmy­sły co­raz bar­dziej się wy­ostrzały i zdała so­bie sprawę, że znaj­duje się pod zie­mią. Naj­do­tkli­wiej od­czu­wała przy­tła­cza­jącą, gę­stą ci­szę. Brak od­gło­sów, wil­goć, za­pach gleby. Ile­kroć otwie­rały się drzwi do jej pod­ziem­nego wię­zie­nia, do środka do­cie­rały dźwięki z ze­wnątrz. Szum drzew na wie­trze, ćwier­ka­nie pta­ków. Raz usły­szała na­wet szcze­ka­nie psów w od­dali.

Luna wo­łała o po­moc. Krzy­czała tak, że aż bo­lały ją płuca. Jed­nak nikt nie przy­cho­dził jej na ra­tu­nek. Na próżno pró­bo­wała stłu­mić pa­nikę i pod­trzy­my­wać na­dzieję. Nie­ustan­nie czuła strach. Stop­niowo tra­ciła wiarę w to, że wszystko do­brze się skoń­czy, ale jesz­cze nie mo­gła się pod­dać.

Sussi pew­nie już za nią tę­sk­niła i mu­siała zgło­sić jej za­gi­nię­cie. Po­li­cja z pew­no­ścią za­częła jej szu­kać. Mo­gła tylko mieć na­dzieję, że ją znajdą, za­nim bę­dzie za późno.

Wzdry­gnęła się, sły­sząc do­cho­dzący z ze­wnątrz od­głos. Cięż­kie drzwi się otwo­rzyły. Kroki od­bi­jały się echem od be­to­no­wej pod­łogi. To męż­czy­zna, który ją po­rwał. Luna roz­po­znała go po tym, jak sta­wiał stopy. Ubrany na czarno, za­ma­sko­wany, przy­cho­dził raz dzien­nie, by opróż­nić wia­dro i dać jej je­dze­nie i wodę. W ten spo­sób mie­rzyła czas. Oprawca był u niej już trzy­krot­nie. Za­wsze, gdy się zja­wiał, bła­gała go, by ją wy­pu­ścił albo przy­naj­mniej dał jej ta­bletki na aler­gię, które miała w ple­caku. On jed­nak na­wet na nią nie pa­trzył. Bez słowa wy­ko­ny­wał swoje za­da­nia.

Do jej uszu do­tarł tu­pot jego cięż­kich bu­tów. Ku swemu prze­ra­że­niu usły­szała też coś jesz­cze. Zbli­ża­jący się w mroku ci­chy jęk. Jakby męż­czy­zna coś lub ko­goś cią­gnął.

Drzwi obok jej celi otwo­rzyły się z gło­śnym skrzyp­nię­ciem. Roz­legł się głu­chy ło­mot, gdy coś cięż­kiego - być może ludz­kie ciało - upa­dło na be­ton.

Luna wstrzy­mała od­dech. Cze­kała na swoją ko­lej. Kilka mi­nut póź­niej klucz w zamku się prze­krę­cił i ktoś na­ci­snął klamkę. Drzwi po­woli się uchy­liły i do po­koju wszedł ro­sły męż­czy­zna.

- Kogo tam za­mkną­łeś? Po­rwa­łeś ko­lejną ko­bietę? - spy­tała ła­mią­cym się gło­sem.

Kiedy ją zi­gno­ro­wał, rzu­ciła się w jego stronę, ale nie mo­gła go do­się­gnąć, bo łań­cuch był zbyt krótki. Za­wyła z bólu, gdy kaj­danki wbiły się jej w nad­gar­stek.

- Co za­mie­rzasz ze mną zro­bić?! - krzyk­nęła.

Po­ry­wacz za­stygł w pół ru­chu. Luna miała wra­że­nie, że uśmie­cha się pod ma­ską. Przez chwilę stał nie­ru­chomo. Po­tem się za­mach­nął i kop­nął ją w brzuch. Ko­bieta z ję­kiem opa­dła z po­wro­tem na łóżko.

Męż­czy­zna ni­skim gło­sem ka­zał jej się od­wró­cić. Miała pa­trzeć w ścianę, gdzie krwawe ślady od dra­pa­nia pa­znok­ciami two­rzyły prze­ra­ża­jący wzór. Wy­ko­nała jego po­le­ce­nie, ale nie mo­gła się oprzeć i dys­kret­nie się obej­rzała. Oprawca stał przy drzwiach jej celi, od­wró­cony do niej ple­cami, i maj­stro­wał przy czymś na su­fi­cie. Luna nie wi­działa, co robi.

Mu­siał wy­czuć, że go ob­ser­wuje. Nie od­wra­ca­jąc się, ryk­nął:

- Oczy w ścianę, suko!

Prze­ra­żona od­wró­ciła spoj­rze­nie. Po­chy­liła brodę ku piersi, ob­jęła nogi rę­kami i zwi­nęła się w kulkę. Od­dech świsz­czał i rzę­ził jej w płu­cach. Sie­działa tak, do­póki męż­czy­zna nie wy­szedł. Do­piero wtedy od­wa­żyła się od­wró­cić, by zo­ba­czyć, czym się zaj­mo­wał.

Świa­tło ża­rówki sła­bło z każ­dym dniem. Kiedy jed­nak Luna wy­tę­żyła wzrok, do­strze­gła małą czer­woną lampkę mi­ga­jącą wy­soko pod su­fi­tem. Po­ry­wacz za­in­sta­lo­wał ka­merę.

Gdzieś tam na ze­wnątrz ktoś ją ob­ser­wo­wał.

Zimny dreszcz prze­biegł jej po ple­cach i za­drżała na ca­łym ciele.

Sku­liła się jesz­cze bar­dziej.

Nie miała gdzie się ukryć.

TU­ULA

- Długo jesz­cze? - spy­tała ze­stre­so­wana Han­nele.

Tu­ula i Han­nele stały obok sie­bie przed lu­strem w ła­zience.

- Daj mi pięć mi­nut - po­pro­siła Tu­ula.

Tego wie­czoru w skle­pie Han­nele z ar­ty­ku­łami wy­po­sa­że­nia wnętrz od­by­wał się wer­ni­saż wy­stawy fo­to­gra­ficz­nej, bę­dą­cej czę­ścią cy­klu wy­da­rzeń ar­ty­stycz­nych w Ostro­botni. Fo­to­grafka dzwo­niła już trzy razy z py­ta­niem, czy już wy­je­chały z domu.

Dzwo­nek te­le­fonu Han­nele roz­brzmiał po­now­nie. Prze­wró­ciła oczami i po­szła do kuchni ode­brać po­łą­cze­nie.

- Le­piej bądź go­towa, kiedy ja po raz ko­lejny skoń­czę uspo­ka­jać fo­to­grafkę. W prze­ciw­nym ra­zie nie rę­czę za to, co ona ci zrobi - rzu­ciła Han­nele przez ra­mię, wy­cho­dząc z ła­zienki.

Roz­mowa trwała dość długo, więc Tu­ula się do­my­śliła, że jej dziew­czyna nie roz­ma­wia z fo­to­grafką. Nie do­cie­rały do niej słowa, lecz wy­raź­nie sły­szała po­ważny ton głosu. Kiedy Han­nele wró­ciła do ła­zienki, Tu­ula się prze­su­nęła, by zro­bić jej miej­sce przed lu­strem. W od­bi­ciu zo­ba­czyła zmar­twione spoj­rze­nie swo­jej part­nerki.

- Kto dzwo­nił? - spy­tała.

- Sussi. Po­dobno Luna znik­nęła i mar­twi się, że coś jej się stało.

Han­nele daw­niej spo­ty­kała się z Sussi, a po roz­sta­niu na­dal utrzy­my­wały kon­takt. Tu­ula raz po­szła na­wet ra­zem z Han­nele, Sussi i jej nową dziew­czyną Luną na piwo. Nie mo­gła po­jąć, jak te dwie ko­biety na sie­bie tra­fiły. Sussi pra­co­wała jako spe­cja­listka do spraw ko­mu­ni­ka­cji w du­żej kor­po­ra­cji, z ko­lei Luna była hi­pi­ską bez nor­mal­nej pracy. Zaj­mo­wała się wszyst­kim, co wią­zało się z me­dy­cyną al­ter­na­tywną i in­nymi pseu­do­nau­kami. Tu­ula nie da­rzyła sym­pa­tią tego typu lu­dzi i z tru­dem przy­cho­dziło jej pro­wa­dze­nie rze­czo­wej roz­mowy z Luną.

- Od kiedy nie ma kon­taktu z Luną? - do­cie­kała Tu­ula.

- Od po­nie­działku. Nie od­po­wiada ani na ma­ile, ani na te­le­fony od Sussi. Po­łą­cze­nia są prze­kie­ro­wy­wane pro­sto na pocztę gło­sową. Sussi ob­dzwo­niła wszyst­kich zna­jo­mych Luny, ale nikt, z kim do tej pory roz­ma­wiała, nic nie wie.

- Po­kłó­ciły się? - spy­tała, od­krę­ca­jąc na­krętkę pod­kładu na­le­żą­cego do Han­nele.

Tu­ula rzadko się ma­lo­wała na co dzień, a kiedy raz na ja­kiś czas się na to de­cy­do­wała, po­ży­czała ko­sme­tyki od Han­nele, która ku­po­wała naj­lep­sze marki i naj­now­sze pro­dukty.

- Sussi twier­dzi, że nie. Wy­je­chała służ­bowo. Dzi­siaj wró­ciła do domu i spo­dzie­wała się, że Luna tam bę­dzie. Ostatni raz roz­ma­wiała z nią w po­nie­dzia­łek. Wtedy Luna wy­bie­rała się do mia­sta na za­kupy przed ry­tu­ałem księ­ży­co­wym.

- Ja­kim ry­tu­ałem? - zdzi­wiła się Tu­ula.

- Księ­ży­co­wym - po­wtó­rzyła Han­nele, ma­cha­jąc ręką, i wy­ja­śniała da­lej: - Ma to coś wspól­nego z tym, że Bo­gini zstę­puje na zie­mię w cza­sie pełni Księ­życa czy ja­koś tak. Nie wiem do­kład­nie. Nie­ważne. Sussi nie zmar­twiła się spe­cjal­nie, kiedy Luna nie od­bie­rała we wto­rek. Ry­tu­ały księ­ży­cowe czę­sto trwają całą noc, więc po­my­ślała, że jej dziew­czyna pew­nie śpi i ma wy­łą­czony te­le­fon. Jed­nak wczo­raj przez cały dzień też nie mo­gła się z nią skon­tak­to­wać, dla­tego po­sta­no­wiła wró­cić wcze­śniej. Wła­śnie przy­je­chała z lot­ni­ska. Wy­daje jej się, że Luny nie było w domu przez cały ty­dzień. Te­raz Sussi na­prawdę za­częła się mar­twić.

- Czy zgło­siła za­gi­nię­cie Luny na po­li­cję? - chciała wie­dzieć Tu­ula.

- Jesz­cze nie. Chyba chciała naj­pierw spraw­dzić jesz­cze w kilku miej­scach.

- Czy Luna nie jest przy­pad­kiem cza­row­nicą? Może po­je­chała na zlot cza­row­nic do Bl?kulli? - za­żar­to­wała Tu­ula.

Han­nele szturch­nęła ją w bok.

- Jest wic­canką, to nie to samo. Cho­ciaż może tak, nie wiem.

- Ale wic­ca­nie chyba też ob­cho­dzą Wiel­ka­noc, prawda?

- Świę­tują rów­no­noc wio­senną, która czę­sto przy­pada w okre­sie Wiel­ka­nocy. Więk­szość wic­can ob­cho­dzi ten dzień po Wiel­ka­nocy, żeby spę­dzić święta z ro­dziną.

- Matko, ile ty o tym wiesz.

Han­nele spoj­rzała na nią z ukosa.

- Luna prze­cież tłu­ma­czyła nam to już tyle razy. Nie słu­chasz, jak ktoś o czymś opo­wiada?

- Prze­pra­szam, skar­bie, to wszystko jest dla mnie zbyt od­je­chane. Jed­nym uchem wpada, dru­gim wy­pada - pod­su­mo­wała Tu­ula i odło­żyła pę­dzel do ma­ki­jażu. - Skoń­czy­łam. Idziemy?

Han­nele stała, wpa­tru­jąc się w lu­stro.

- To do Luny nie­po­dobne, żeby tak znik­nąć, nie in­for­mu­jąc o tym Sussi - stwier­dziła zmar­twiona.

Tu­ula zmarsz­czyła czoło.

- To rze­czy­wi­ście nie­po­ko­jące. Za­dzwoń do Sussi i po­wiedz jej, żeby ju­tro skon­tak­to­wała się z po­li­cją i zgło­siła za­gi­nię­cie, je­śli na­dal nie uda jej się skon­tak­to­wać z Luną.

GI­SELA

Gi­sela od­wró­ciła się, sły­sząc zbli­ża­jące się szyb­kie kroki. To Ste­fan pró­bo­wał ją do­go­nić.

- Prze­pra­szam za spóź­nie­nie - po­wie­dział zdy­szany od szyb­kiego mar­szu, kiedy był już przy niej.

Wy­da­wał się dziw­nie czymś po­ru­szony. Ucie­kał wzro­kiem na boki, uni­ka­jąc jej spoj­rze­nia.

- Czy coś się stało? - spy­tała Gi­sela.

Ste­fan ra­czej ni­gdy się nie spóź­niał. Zwy­kle to Gi­sela przy­cho­dziła zzia­jana lub od­wo­ły­wała spo­tka­nie. Tym ra­zem jed­nak to ona na niego cze­kała. Przez po­nad kwa­drans stała przed wielką pi­sanką na rynku, trzę­sąc się z zimna. Nie od­bie­rał te­le­fonu, dla­tego po­sta­no­wiła pójść do re­stau­ra­cji bez niego.

- To tylko praca. Nic się nie martw - rzekł Ste­fan i po­ca­ło­wał ją w czu­bek nosa, a nie w usta, jak to zwy­kle ro­bił.

Gi­sela uważ­nie mu się przyj­rzała. Oso­bli­wie się za­cho­wy­wał. Wy­glą­dał na wy­jąt­kowo spię­tego. Może po pro­stu było mu zimno?

- Chodźmy - za­rzą­dził Ste­fan - że­by­śmy nie spóź­nili się jesz­cze bar­dziej i nie za­mar­zli na śmierć.

Mo­nica i jej naj­now­sza sym­pa­tia cze­kali w ustron­nym miej­scu przy sto­liku we fran­cu­skim bi­stro. Kiedy Gi­sela i Ste­fan we­szli do re­stau­ra­cji, Mo­nica ra­do­śnie do nich po­ma­chała, a męż­czy­zna sie­dzący obok niej wstał, by uści­snąć im dło­nie.

- Cześć, je­stem Tor­björn. Cie­szę się, że w końcu mogę po­znać przy­ja­ciół Mo­niki - rzekł, od­su­wa­jąc krze­sło dla Gi­seli.

Tor­björn był po pięć­dzie­siątce, miał za­dbaną brodę i naj­błę­kit­niej­sze oczy, ja­kie Gi­sela w ży­ciu wi­działa, oraz ciemne włosy przy­pró­szone si­wi­zną na skro­niach. In­nymi słowy, przy­stojny męż­czy­zna, który do­dat­kowo spra­wiał wra­że­nie praw­dzi­wego dżen­tel­mena.

Ste­fan i Tor­björn od razu wdali się w dys­ku­sję o piłce noż­nej, a Mo­nica sko­rzy­stała z oka­zji i zwró­ciła się do Gi­seli:

- No i co o nim my­ślisz?

- Wy­daje się miły. Jak długo się zna­cie?

- Pra­wie dwa mie­siące.

- Dwa mie­siące?! Jak to moż­liwe, że o nim nie sły­sza­łam?

Mo­nica się za­ru­mie­niła.

- Na­prawdę go lu­bię. Nie chcia­łam nic mó­wić, bo nie mia­łam pew­no­ści, czy on czuje to samo do mnie. Wiesz prze­cież, jak było w przy­padku Mat­tiasa...

Ostatni raz, kiedy Mo­nica za­ko­chała się w męż­czyź­nie, skoń­czyło się to tra­gicz­nie. Mat­tias był jedną z ofiar gło­śnych mor­derstw bo­żo­na­ro­dze­nio­wych.

Gi­sela ści­snęła dłoń przy­ja­ciółki.

- Po­dzi­wiam cię. Nie prze­sta­łaś wie­rzyć, że znaj­dziesz mi­łość.

- Tor­björn przed­sta­wił mnie na­wet swoim dzie­ciom.

- Brzmi obie­cu­jąco. Ile mają lat?

- Och, są do­ro­śli i już dawno wy­pro­wa­dzili się z domu. Jego córka ma na­wet wła­sne dzieci.

- To zna­czy, że Tor­björn jest dziad­kiem? - spy­tała Gi­sela z uśmie­chem.

- Czy to dziwne, że wy­daje mi się to sek­sowne?

- Ależ skąd. Ty mnie już chyba ni­czym nie za­sko­czysz.

Dys­ku­sja o piłce noż­nej uci­chła.

- O czym roz­ma­wia­cie? - za­gaił Ste­fan.

- O ni­czym - od­parła enig­ma­tycz­nie Mo­nica. - Za­ma­wiamy?

Tor­björn za­trzy­mał kel­nera. Po­pro­sili o ze­staw dań dla czte­rech osób z oferty wiel­ka­noc­nej. W menu naj­pierw był ta­tar z ło­so­sia, na­stęp­nie po­lę­dwiczka ja­gnięca w so­sie roz­ma­ry­no­wym i pie­czo­nymi ziem­nia­kami. Na ko­niec - fon­dant cze­ko­la­dowy, ulu­biony de­ser Gi­seli. Cie­szyła się, że w tej re­stau­ra­cji nie ser­wo­wano no­wo­cze­snej wer­sji tra­dy­cyj­nego fiń­skiego de­seru wiel­ka­noc­nego, mämmi, przy­rzą­dza­nego z mąki żyt­niej i po­da­wa­nego z cu­krem i nie­ubitą śmie­taną. Mimo wielu lat spę­dzo­nych w Va­asie na­dal nie do­ce­niała tego uko­cha­nego przy­smaku Fi­nów.

Kiedy kel­ner się od­da­lił, Mo­nica na­gle za­kryła usta dło­nią.

- Ach! Zu­peł­nie za­po­mnia­łam za­py­tać, jak po­szło z tym pro­gra­mem do­ku­men­tal­nym.

Gi­sela od­chrząk­nęła.

- Ostatni dzień zdję­ciowy był w po­nie­dzia­łek. Na­resz­cie ko­niec.

- Kiedy pre­miera?

- Chyba ja­koś w maju.

- Nie mo­żemy tego prze­ga­pić. Mu­sisz zro­bić im­prezę, jak wy­emi­tują pierw­szy od­ci­nek! - wy­krzyk­nęła en­tu­zja­stycz­nie Mo­nica.

Gi­sela nie za­pro­te­sto­wała, choć zde­cy­do­wa­nie nie pla­no­wała za­pra­szać do domu ani ko­le­gów z pracy, ani in­nych zna­jo­mych, żeby oglą­dali przy niej, jak robi z sie­bie idiotkę w te­le­wi­zji.

Po­dano przy­stawkę i przy stole za­pa­dła ci­sza. Wszy­scy de­lek­to­wali się ta­ta­rem z ło­so­sia, per­fek­cyj­nie zba­lan­so­wa­nym pod wzglę­dem smaku - kwa­sko­wa­tym, a jed­no­cze­śnie de­li­kat­nie tłu­stym.

Na­gle Tor­björn po­chy­lił się nad ta­le­rzem i wska­zał głową w stronę Ste­fana.

- Już wiem, gdzie cię wi­dzia­łem! - wy­krzyk­nął.

- Nie są­dzę, że­by­śmy się spo­tkali, chyba że kie­dyś tra­fi­łeś na SOR. Tylu lu­dzi się prze­wija przez szpi­tal, że rzadko ich pa­mię­tam po wy­pi­sie.

- Nie, nie, po­zna­li­śmy się na jed­nej im­pre­zie. Wie­dzia­łem, że cię skądś znam, jak tylko cię zo­ba­czy­łem, ale chwilę mi za­jęło, za­nim so­bie przy­po­mnia­łem skąd.

- Gdzie to było? - spy­tał Ste­fan z nie­pewną miną.

- Na grillu w Väste­rvik, strasz­nie dawno temu, ale za­pa­mię­ta­łem cię, bo opo­wia­da­łeś hi­sto­rię o za­baw­nym zda­rze­niu na SOR-ze. Cho­dziło o fa­ceta, który zgło­sił się z pę­che­rzami na sto­pach. Le­karz za­le­cił mu no­sze­nie san­da­łów, do­póki pę­che­rze się nie za­goją, po­wie­dział mu, żeby w dro­dze do domu za­szedł do sklepu obuw­ni­czego. By­łem wtedy z Lindą.

- Lindą Va­inio? Ku­zynką Mi­ka­eli? - spy­tał Ste­fan.

- Zga­dza się - od­parł trium­fal­nie Tor­björn, uno­sząc wi­de­lec.

Ste­fan nie­spo­koj­nie wier­cił się na krze­śle, zer­ka­jąc na Gi­selę. Nie lu­bił roz­ma­wiać przy niej o Mi­ka­eli, która wcze­śniej była mi­ło­ścią jego ży­cia. Po­cząt­kowo oboje byli bar­dzo otwarci w kwe­stii swo­ich po­przed­nich związ­ków, ale kiedy za­częli my­śleć o so­bie po­waż­nie, za­warli ci­che po­ro­zu­mie­nie, żeby nie wspo­mi­nać o Mi­ka­eli i Mar­ti­nie czę­ściej, niż to ab­so­lut­nie ko­nieczne.

- Kiedy ze­rwa­li­ście z Mi­ka­elą? My­śla­łem, że chcie­li­ście się po­brać.

- Nie wi­dzia­łem jej od lat. Te­raz je­stem z Gi­selą - rzekł Ste­fan prze­sad­nie ostrym to­nem.

Po­ło­żył rękę na opar­ciu jej krze­sła, jakby na po­twier­dze­nie swo­ich słów.

Uśmiech znik­nął z twa­rzy Tor­björna, a przy stole dało się wy­czuć lek­kie na­pię­cie. Przez dłuż­szą chwilę nikt się nie od­zy­wał.

- O, niosą główne da­nie! - wy­krzyk­nął Ste­fan, wy­raź­nie ode­tchnąw­szy z ulgą, że w końcu może prze­rwać krę­pu­jącą ci­szę.

Reszta ko­la­cji prze­bie­gła spo­koj­nie, a roz­mowy ogra­ni­czały się do bez­piecz­nych te­ma­tów: pla­nów na Wiel­ka­noc i se­riali na Net­flik­sie.