3
Kim przymyka oczy, ale ledwo może myśleć w otaczającym ją szalonym gwarze. Zamęt, który czuje w środku, w głowie, sercu, brzuchu, też nie ułatwia sprawy. Ma wrażenie, że nawet jej stopy ze sobą gadają, bo nie mogą ustać spokojnie. Przenosi ciężar ciała z jednej nogi na drugą i wbija paznokcie w dłonie. Próbuje myśleć, ale nic z tego nie wychodzi.
Są w domu, w jadalni na parterze, która została przemieniona w kwaterę główną ludzi z Patrolu Obywatelskiego. Kim wolałaby zostać na posterunku. Bardzo chciałaby uczestniczyć w naradzie, poznać decyzje Mony i reszty.
"Przecież to też moje śledztwo".
Była pierwszą osobą, która skojarzyła fakty i stwierdziła, że w December grasuje seryjny morderca, a teraz czuje się wykluczona - teraz, kiedy ma nastąpić kulminacja. Choć w sumie rozumie. Patrol Obywatelski - jak sama nazwa wskazuje - to cywile.
"A do tego się pomylili".
Przy stole stoją Svante i Bettan, kłócąc się zawzięcie jak dwa koty w bębnie suszarki do ubrań. Ktoś przewrócił kubek z kawą, ktoś podarł jakąś kartkę, oboje wyglądają, jakby zupełnie oszaleli.
Svante trzyma wydrukowane zdjęcie czarnego SUV-a Leonarda Ricciego i wygląda, jakby chciał nim zdzielić Bettan, podczas gdy ona ma w każdej ręce po jednym pisaku, jakby to były miecze ninja, a ona zamierzała mu wyciąć serce. Wrzeszczą na siebie i żadne nie słucha.
Jednej z pozostałych dwóch kobiet tu nie ma. Niepokoi to Kim, bo powiedziała im, do czego doszli na posterunku w sprawie Franka. Kiedy opuszczała komisariat, przed wejściem czekały hordy dziennikarzy. Jeśli tej kobiecie przyjdzie do głowy z nimi porozmawiać, opowiedzieć im o tym, co się okazało, kiedy przyjechał technik z Ume? i sparaliżował wszystkich informacją o DNA na rękawiczce, to Frank zapewne się dowie, że już są na jego tropie. Jest przecież policjantem, a chociaż sprawiał wrażenie nieszkodliwego, to przecież była to cały czas starannie otynkowana fasada, kryjąca coś znacznie mroczniejszego. Coś przerażającego i... złego.
"A wtedy John może się znaleźć w niebezpieczeństwie".
Kim zaczyna boleć brzuch, przełyka ślinę i przygląda się drugiej kobiecie z patrolu. Siedzi za stołem w jadalni i wpatruje się w zdjęcia, kartki, papierki i teczki. Czasem kręci głową i mruczy coś do siebie. Widać wyraźnie, że z trudem pojmuje to wszystko, co się stało.
- Proszę - szepcze Kim i czuje nadciągający ból głowy. Ciężki stalowy hełm, który ktoś na nią nałożył, kiedy była zajęta czym innym. Mrówki biegają jej po karku. Zaczyna coraz szybciej oddychać.
"To stres. Muszę się uspokoić. Uspokoić... wszystko".
W końcu to ona jest tutaj psycholożką. Ale krzyki wokół niej nie milkną, a kiedy Kim czuje, że zaraz oszaleje, łapie leżącą najbliżej teczkę, zwija ją w ręce i wali nią w stół, akcentując tym każde słowo:
- Proszę! Zamknijcie się! Zamknijcie się!
Może to nie jest bardzo profesjonalne, ale... przynajmniej skutkuje. Bettan i Svante milkną i patrzą na nią przerażeni.
- Dziękuję - mówi Kim cichszym i przyjaźniejszym tonem. - Sami nie wiecie, o co się kłócicie, tak jakbyście...
- Ona była absolutnie pewna, że... - przerywa Svante, wskazując na Bettan, ale znów milknie, kiedy Kim rzuca zwiniętą teczką przez stół jak włócznią i trafia go w twarz. Svante łapie się za policzek z szeroko otwartymi oczami.
- Zamknijcie się wszyscy, dobrze? Jesteście w moim domu i obowiązują tu moje zasady. - Psycholożka sili się na spokojny ton, a kobieta przy stole chichocze.
Kim rzuca jej mordercze spojrzenie, uciszając również ją. Bettan stoi bez ruchu i nic nie mówi. Macha na Kim, żeby mówiła dalej.
- Bardzo ładnie. Ty - Kim wskazuje chichoczącą kobietę - idź do kuchni i zrób duży dzbanek mocnej kawy. Potem ją tu przynieś razem z kubkami i mlekiem. Dzięki.
Czeka chwilę. Gdy kobieta nie rusza się przez pół minuty, Kim wzdycha.
- W tej chwili, dobrze?
Kobieta wstaje z wyrazem irytacji na twarzy i odchodzi. Kim odwraca się do Svantego i Bettan.
- No więc możecie się pokłócić później. Teraz musimy robić dalej to, czym zajmowaliśmy się przed wynikami DNA.
Bettan wciąż milczy, Svante rozdziawia usta.
- Dlaczego? - pyta Svante. - Ślady DNA nie kłamią. Przecież to jasne, że to ten policjant Frank...
Kim podnosi rękę, a Bettan daje Svantemu kuksańca w bok. Ten odpowiada jej niezadowolonym spojrzeniem, ale przynajmniej milknie. Na policzku, w miejscu, w które trafiła teczka, pojawia się czerwony ślad.
- Bo... - ciągnie Kim. - Nie wiemy, czy Frank nie współpracował z Leonardem Riccim. Wydaje się to nawet prawdopodobne. SUV Leonarda rzeczywiście był widziany w pobliżu miejsc zbrodni w dni, gdy zginęły wszystkie ofiary. A jeśli bieżnik będzie się zgadzał ze śladami znalezionymi przed domem Lotty From, Leonardo na pewno jest w to zamieszany. To właśnie musimy potwierdzić albo obalić. Dajcie spokój, sami do tego dojdziecie, jeśli chwilę się nad tym zastanowicie.
"Poza tym John wydawał się mocno wątpić w to, czy szukamy rzeczywiście Franka" - dodaje w myślach, ale zachowuje to dla siebie.
- Więc mamy...? - pyta Bettan i siada przy stole.
- Musimy wrócić i wszystko jeszcze raz sprawdzić.
Svante chichocze.
- Jakby tylko tego nam brakowało.
Kim podnosi zdjęcie asystenta patologa, Harry'ego, i trzyma je wysoko nad głową.
- Tak sądzisz? Bo jeszcze kilka dni temu myśleliśmy, że sprawcą jest Harry, a to oczywiście nieprawda, więc... I teraz jesteś równie pewny, że wszystko inne, co znaleźliśmy, trzyma się kupy? Bo ja nie. No i, jak mówiłam: mój dom, moje zasady. Teraz musimy pomagać policji, jak tylko potrafimy. Wrócimy, jeszcze raz sprawdzimy wszystko, co mamy o Leonardzie Riccim, i spróbujemy dokopać się do każdej rzeczy, która go dotyczy. I popatrzymy na niego z innej strony, jeśli uda nam się znaleźć wspólny mianownik między nim - wskazuje nazwisko Leonarda na tablicy - a Frankiem.
- Naprawdę uważasz, że mogli... współpracować? - pyta Bettan, gdy druga kobieta schodzi z piętra, informując, że kawa się robi.
- Chore to wszystko - szepcze Svante, który wydaje się dopiero teraz uspokajać.
- Boję się w cokolwiek uwierzyć - dodaje Bettan. - Wiem tylko, że tym razem musimy być pewni na sto procent.