Polowanie - Andrew Fukuda

-
Proszę czekać

COPYRIGHT ? 2012 BY Andrew Fukuda COPYRIGHT ? BY Fabryka Słów sp. z o.o., LUBLIN 2014 COPYRIGHT ? FOR TRANSLATION BY Małgorzata Koczańska, 2014

TYTUŁ ORYGINAŁU: The Hunt

WYDANIE I

ISBN 978-83-7574-914-4

Wszelkie prawa zastrzeżone All rights reserved

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

PROJEKT I ADIUSTACJA AUTORSKA WYDANIA Eryk Górski, Robert Łakuta

PROJEKT OKŁADKI "Grafficon" Konrad Kućmiński

ILUSTRACJA NA OKŁADCE Larry Rostant

REDAKCJA Dorota Pacyńska

KOREKTA Magdalena Byrska

SKŁAD WERSJI ELEKTRONICZNEJ Dariusz Nowakowski

SPRZEDAŻ INTERNETOWA

ZAMÓWIENIA HURTOWEFirma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o. sp.j. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 tel./faks: 22 721 30 00 www.olesiejuk.pl, e-mail: hurt@olesiejuk.pl

WYDAWNICTWOFabryka Słów sp. z o.o. 20-834 Lublin, ul. Irysowa 25a tel.: 81 524 08 88, faks: 81 524 08 91 www.fabrykaslow.com.pl e-mail: biuro@fabrykaslow.com.pl

 

 

Kiedyś było nas więcej. Bez wątpienia. Nie tylu, żeby wypełnić stadion czy salę kinową, ale na pewno więcej niż teraz. Po prawdzie sądzę, że nikt już nie został. Oprócz mnie. Tak to jest z rzadkimi okazami. Są wysoko cenione i pożądane. I dlatego wymierają.

Jedenaście lat temu taki okaz pojawił się w przedszkolu. Dziewczynka. To był jej pierwszy dzień. Została pożarta w okamgnieniu. Co jej strzeliło do głowy? Może do przedszkola przywiodła ją samotność (samotność bywa groźna), smarkula uroiła sobie, że pewnie znajdzie tutaj przyjaciół. Kiedy nauczycielka ogłosiła drzemkę i cała klasa posłusznie skoczyła pod sufit nogami w górę, na podłodze została tylko dziewczynka, ściskająca kurczowo pluszowego misia. I to był jej koniec. Koniec. Równie dobrze mogłaby wyjąć swoje sztuczne kły i położyć się na stole jako danie główne. Uczniowie spod sufitu wytrzeszczyli na nią oczy. Hej, co my tu mamy? Dziewczynka się rozpłakała, jak słyszałem, rozryczała na całego. Nauczycielka dopadła ją pierwsza.

Po przedszkolu drzemki się kończą, zaczyna się szkoła. Co nie znaczy, że zagrożenie mija. Raz trener pływania tak się wściekł na ospałość drużyny, że kazał nam uciąć sobie drzemkę w szatni. Chciał nam dać nauczkę, a ja omal nie przypłaciłem tego życiem. Tak na marginesie - pływanie jest w porządku, ale lepiej nie uprawiać innych sportów. Pot zawsze nas zdradzi. Pocimy się, gdy jest gorąco - krople wody spływają nam po skórze jak ślina po wargach niemowlaka. Wiem, ohyda. Ludzie przecież pozostają chłodni i czyści, skórę mają nieskazitelnie suchą. A ja? Ze mnie cieknie jak z kranu. Więc lepiej zapomnieć o biegach przełajowych, o tenisie, nawet o rozgrywkach w szachy. Ale z pływaniem nie ma problemu, woda ukrywa pot.

To tylko jedna z zasad. Istnieje o wiele więcej - ojciec wbijał mi je do głowy chyba od dnia moich narodzin. Nigdy nie wolno się śmiać, uśmiechać czy choćby chichotać, nie wolno płakać, ani nawet łzawić. Zawsze należy zachować pusty, spokojny wyraz twarzy - ponieważ u ludzi jedyne okazywane emocje to głód krwi albo romantyczne pożądanie, co mnie oczywiście nie powinno dotyczyć. Zawsze należy pamiętać, żeby przed wyjściem na słońce posmarować się grubo masłem. W tym świecie trudno wytłumaczyć się z opalenizny, nawet lekkiej. Zasad było tak wiele, że mogłyby wypełnić gruby zeszyt. Nie żeby mnie ciągnęło do ich spisania. Nie pożyłbym długo, gdybym został przyłapany z taką ściągą.

Zresztą ojciec przypominał mi o zasadach bez ustanku. Powtarzał po kilka o zachodzie słońca, przy śniadaniu. Na przykład: nie próbuj się z nikim zaprzyjaźnić; nie zaśnij przypadkiem w klasie (nudne lekcje i długie przejazdy autobusem są wyjątkowo niebezpieczne); nie chrząkaj; nie zdawaj za dobrze sprawdzianów, nawet jeżeli poziom pytań obraża twoją inteligencję; nie pysznij się własną urodą - nawet gdyby dziewczyny się o ciebie biły, nigdy nie ulegaj pokusie. Musisz pamiętać, że twój wygląd to przekleństwo, nie dar. Nigdy nie wolno ci o tym zapomnieć. Powtarzał mi to, a potem szybko sprawdzał, czy nie mam połamanych paznokci. Zasady stały się dla mnie równie oczywiste i niepodważalne jak prawa fizyki. I nigdy mnie nie kusiło, żeby którąś złamać.

Poza jedną. Kiedy zacząłem jeździć do szkoły konnym autobusem, ojciec zabronił mi oglądać się i machać mu na pożegnanie. Ludzie nigdy tego nie robią. Początkowo przychodziło mi to z trudem. Przez parę pierwszych nocy po wejściu do autobusu starałem się ze wszystkich sił tylko znieruchomieć. Pragnienie, żeby się pożegnać, to przecież odruch, jak kaszel, którego nie można powstrzymać. A że byłem wtedy jeszcze dzieckiem, znosiłem to o wiele gorzej.

Złamałem tę zasadę tylko raz, siedem lat temu. Tamtej nocy ojciec zatoczył się w progu, ubranie miał podarte jak po bijatyce, a na szyi ślady ukłuć. Chwila nieuwagi, drobna pomyłka i został ukąszony. Pot spływał mu po twarzy, przesiąkał koszulę. Ojciec wiedział, co się stanie. Rozejrzał się nerwowo, potem objął mnie mocno. Czułem jego pulsujący strach.

- Zostałeś sam, synu - wydusił przez zaciśnięte zęby. Pierś mu drżała. Potem gdy zaczął się trząść, a twarz zrobiła mu się lodowata, cofnął się. Wybiegł z domu prosto w promienie wschodzącego słońca.

Zamknąłem drzwi, jak mi nakazał, i ukryłem się w pokoju. Przycisnąłem twarz do poduszki, a potem krzyczałem i krzyczałem. Wiedziałem, co robi ojciec - ucieka jak najdalej ode mnie, zanim dopadnie go przemiana, a światło słoneczne jak żrący kwas przepali mu włosy, skórę, mięśnie, kości, nerki, płuca i serce.

Złamałem zasadę następnej nocy. Szkolny autobus ruszył spod domu, para buchała z końskich chrapów, rozdętych i wilgotnych. Nie mogłem się powstrzymać, po prostu się odwróciłem i popatrzyłem. Ale wtedy nie miało to już znaczenia. W zapadającym zmierzchu podjazd wydawał się pusty. Nie zobaczyłem tam ojca i wiedziałem, że już nigdy nie zobaczę.

Miał rację. Zostałem sam. Kiedyś nasza rodzina liczyła cztery osoby, ale to było dawno. Potem zostaliśmy tylko my dwaj, ojciec i ja. Tęskniłem za matką i siostrą, ale nie zdążyłem się do nich tak naprawdę przywiązać, byłem za mały. Pamiętałem je mgliście. Czasami jednak, nawet teraz, słyszę śpiew kobiety. Zawsze mnie to dopada znienacka. Myślę sobie wtedy: Mama miała naprawdę ładny głos. Lecz ojciec... Ojciec bardzo tęsknił. Nigdy nie widziałem, żeby płakał, nawet gdy musieliśmy spalić wszystkie zdjęcia i albumy. Czasem jednak, gdy budziłem się w ciągu dnia, widziałem, jak patrzy w okno. Okiennice były przymknięte, promień słońca oświetlał jego kamienną twarz, a szerokie ramiona drżały.

Ojciec przygotował mnie do życia w pojedynkę. Wiedział, że ten dzień nadejdzie, chociaż w głębi duszy chyba liczył, że to nie ja, lecz on będzie ostatni. Latami wbijał mi do głowy zasady, znam je lepiej niż własne myśli. Nawet teraz, gdy o zachodzie słońca przygotowuję się do szkoły, gdy się dokładnie myję, piłuję paznokcie, golę ręce i nogi, a od niedawna również tors, wcieram maść, żeby zamaskować zapach, oraz poleruję sztuczne kły, z pamięci wraca jego głos powtarzający raz po raz zasady.

Podobnie jak dzisiaj. Właśnie kiedy zakładam skarpetki, rozlegają się słowa ojca. Te same przestrogi co zazwyczaj: Nie przysypiaj, nie nuć ani nie pogwizduj. Ale potem słyszę zasadę, którą powtarzał tylko raz lub dwa razy do roku. Wspominał o niej tak rzadko, że może to nie była zasada, lecz coś innego - życiowe motto? Nigdy nie zapominaj, kim jesteś. Nie mam pojęcia, po co ojciec to mówił. To tak, jakby powtarzał, że woda jest mokra, słońce jasne, a śnieg biały. Jak mógłbym kiedykolwiek zapomnieć, kim jestem? Przypomina mi o tym każda chwila codzienności. Gdy golę nogi lub wstrzymuję kichnięcie, opanowuję śmiech lub udaję, że krzywię się na światło. Właśnie to nie pozwala mi zapomnieć, kim naprawdę jestem.

I kim nie jestem.

 

Narodowa loteria

Ponieważ w tym roku skończyłem siedemnaście lat, nie obowiązuje mnie już jeżdżenie do szkoły autobusem. Z przyjemnością chodzę pieszo. Konie - ciemne, gigantyczne bestie, dawnej cenione za przydatność w łowach, lecz dziś zdegradowane do ciągnięcia powozów i autobusów - mogły wyczuć mój wyjątkowy zapach. Niejeden raz odwracały do mnie łby i węszyły, rozszerzając chrapy w wilgotnym, milczącym krzyku. Wolę samotne przechadzki pod ciemniejącym niebem.

Co noc wychodzę wcześnie. Gdy docieram do frontowych drzwi, uczniowie i nauczyciele strumieniem wjeżdżają konno lub w powozach do szkoły - szare cienie w mroku nocy.

Dziś jest pochmurno i wyjątkowo ciemno. "Ciemno" to określenie, jakiego ojciec używał do opisu pory, kiedy wszystko spowija czerń. Ciemność sprawia, że mrużę oczy, dlatego stanowi takie zagrożenie. Wszyscy inni mrużą oczy tylko wtedy, gdy zjedzą coś kwaśnego lub poczują zapach zgnilizny. Nikt nie mruży oczu tylko z powodu ciemności - to podejrzane. Nie wolno mi nawet lekko zmarszczyć brwi. Na każdej lekcji siadam przy lampie jarzeniowej, która daje ledwie złudzenie światła (większość ludzi woli szarawą ciemność zamiast całkowitego mroku). To zmniejsza ryzyko, że odruchowo zmrużę oczy. Ludzie nie znoszą siedzieć blisko lamp - za jasno - więc tam bez trudu znajduję sobie miejsce.

Nie lubię, gdy jestem odpytywany. Moje przeżycie zależy od tego, jak dobrze wmieszam się w tłum. A gdy nauczyciel wywołuje mnie do odpowiedzi, uwaga wszystkich skupia się właśnie na mnie. Dziś chciał mnie odpytać nauczyciel trygonometrii. Robi to częściej od innych belfrów, dlatego go nie cierpię. Na dodatek bazgrze jak kura pazurem, jego niedbałe pismo ledwie widać na tablicy w półmroku.

- No, H6? Jak myślisz?

H6 to mój numer. Siedzę w rzędzie H na szóstym miejscu. Numer zmienia się w zależności od miejsca. Na przykład podczas zajęć z wychowania obywatelskiego mówi się do mnie D4.

- A mógłbym nie odpowiadać? - pytam.

Nauczyciel spogląda na mnie beznamiętnie.

- Nie. Słyszę to od ciebie już drugi raz w tym tygodniu.

Patrzę na tablicę.

- Mam chyba zaćmienie. - Nawet nie próbuję przeczytać liczb na tablicy w obawie, że odruchowo zmarszczyłbym brwi.

Nauczyciel przymyka oczy.

- Tylko bez wymówek. Wiem, że potrafisz. Zawsze dobrze wypadasz na sprawdzianach. Mógłbyś rozwiązać to równanie nawet przez sen.

Uczniowie na mnie patrzą. Tylko paru, ale i tak zaczynam się denerwować. Zwłaszcza że jedną z nich jest Ashley June. W tej klasie ma numer G6, ale dla mnie zawsze to Ashley June. Od pierwszego naszego spotkania przed laty.

Zwraca na mnie błyszczące jasnozielone oczy. Wydaje się wszystko rozumieć. Jakby wiedziała, że często z tylnej ławki przyglądam się jej długim kasztanowym włosom (co za wspaniały, oszałamiający kolor!) i wspominam tęsknie, jak wiele księżyców temu udało mi się ich dotknąć - były jak jedwab. Ashley June wytrzymuje moje spojrzenie. W jej oczach błyska zdumienie, gdy nie odwracam wzroku. Zwykle umykam spojrzeniem - odkąd wyczułem jej zainteresowanie, odkąd poczułem, że do niej serce mi się rwie.

- H6? - Nauczyciel zaczyna stukać kredą w tablicę. - Przynajmniej spróbuj, co ci szkodzi?

- Naprawdę nie wiem.

- Co się z tobą dzieje? Przecież to dla ciebie łatwizna. - Wbija we mnie wzrok. Wie, że jestem jednym z lepszych uczniów. Szczerze powiedziawszy, mógłbym bez trudu znaleźć się wśród najlepszych, gdybym chciał (dostaję dobre oceny, choć prawie się nie uczę), ale celowo zaniżam swój poziom. Najlepsi uczniowie przyciągają zbyt wiele uwagi. - Przyjrzyj się. Spróbujmy rozwiązać to razem. Najpierw przeczytaj zadanie.

Sytuacja się pogarsza, ale nie ma co panikować. Jeszcze nie.

- Chyba mózg mi się jeszcze nie obudził.

- Więc tylko przeczytaj zadanie - w głosie nauczyciela pojawia się surowość.

Przestaje mi się to podobać. Belfer zaczyna się w to za bardzo angażować. Wbija się we mnie coraz więcej oczu.

Ze zdenerwowania omal nie odchrząknąłem. Opanowałem się w ostatniej chwili. Ludzie nigdy nie chrząkają. Biorę głęboki oddech, żeby zwolnić zbyt szybkie bicie serca. Powstrzymuję odruch, żeby wytrzeć górną wargę, gdzie jak podejrzewam, zaczynają się zbierać maleńkie krople potu.

- Ile razy mam cię prosić?

Ashley June wpatruje się we mnie uważniej. Zastanawiam się, czy przygląda się mojej górnej wardze. Widać tam już lekkie lśnienie potu? A może nie ogoliłem się dokładnie? I wtedy dziewczyna podnosi rękę - smukłe, blade ramię jak szyja łabędzia nad taflą jeziora.

- Chyba wiem, jak to zrobić - oznajmia i wstaje z ławki. Bierze kredę od nauczyciela, nieco oburzonego taką śmiałością. Uczniowie zwykle nie zbliżają się do tablicy, o ile nie zostaną wywołani do odpowiedzi. Ale to Ashley June, której niemal wszystko uchodzi płazem. Przygląda się równaniu, a potem pisze płynnie i czytelnie rozwiązanie. Na zakończenie dodaje "ptaszka" i dopisuje sobie ocenę: 6+, po czym wraca na miejsce, otrzepując ręce z kredy. Paru uczniów zaczyna drapać się w nadgarstek, podobnie jak nauczyciel.

- Zabawne - stwierdza. - Podoba mi się.

Drapie się w nadgarstek bardziej demonstracyjnie i coraz więcej uczniów się do niego przyłącza. Słyszę skrobanie paznokci po skórze.

Sam również się przyłączam, drapię nadgarstek długimi paznokciami. Nienawidzę tego. Moje nadgarstki mają defekt. Nie swędzą, gdy coś mnie rozbawi. Naturalnym dla mnie odruchem jest uśmiech - rozciągnięcie warg i wyszczerzenie zębów - a nie drapanie się w nadgarstki. Mam tam wrażliwe połączenia nerwowe, a nie poczucie humoru.

Z radiowęzła rozlega się zapowiedź. Wszyscy natychmiast przestają się drapać i siadają. Głos jest automatyczny, ani męski, ani żeński, autorytarny.

- Uwaga, ważny komunikat - huczy z głośników. - Dzisiejszej nocy, za trzy godziny, czyli o drugiej nad ranem, w całym kraju zostanie nadane Obwieszczenie Władcy. Wszyscy obywatele mają obowiązek go wysłuchać. W związku z tym zajęcia odbywające się o tej porze zostają odwołane. Uczniowie, nauczyciele oraz reszta personelu mają się zebrać w audytorium, aby obejrzeć transmisję Obwieszczenia naszego ukochanego Władcy na żywo.

I tyle. Po dżinglu kończącym komunikat nikt się nie odzywa. Zbyt nas to zaskoczyło. Władca nie pokazywał się publicznie przez dekady i niemal nigdy nie występował w telewizji. Zwykle pozostawiał ogłoszenia pałacowe oraz administracyjne swoim czterem ministrom (techniki, edukacji, żywności, prawa) lub podległym im piętnastu dyrektorom (gospodarki konnej, infrastruktury miejskiej, badań nad heperami i podobnym).

Nikt nie pozostaje obojętny na wieść, że Władca wygłosi Obwieszczenie. Wszyscy zaczynają się zastanawiać, czego będzie dotyczyć przemówienie. Odezwy narodowe wygłaszane są niezwykle rzadko. Przez ostatnie piętnaście lat zdarzyło się to tylko dwa razy - gdy Władca się ożenił i gdy zapowiedział Wielkie Łowy. Ta druga odezwa o wiele lepiej wryła się w pamięć ogółu.

Chociaż łowy odbyły się dziesięć lat temu, ludzie nie przestali o nich mówić. Opinię publiczną zaskoczyła wieść, że w murach Pałacu trzymano heperów. Osiem żywych, pełnokrwistych okazów. Dla podniesienia podupadającego po kryzysie ekonomicznym morale społeczeństwa Władca postanowił wypuścić swoje okazy. Więzieni przez lata heperzy byli tłuści i powolni, bezradni i przerażeni. Wyprowadzono ich jak jagnięta na rzeź, nie mieli najmniejszych szans. Dano im dwanaście godzin na ucieczkę. A potem grupa szczęściarzy, która wygrała na loterii, ruszyła w pościg. Łowy zakończyły się w dwie godziny. Wydarzenie podniosło znacząco popularność Władcy.

W drodze na stołówkę słyszę szum podnieconych głosów. Wiele osób liczy na ogłoszenie kolejnego polowania. Znowu się mówi o loterii dla obywateli. Niektórzy jednak mają wątpliwości - przecież heperzy wymarli. Ale nawet sceptykom ślina cieknie z ust i po brodzie. Od dawna nikt nie pił krwi hepera, nie kosztował jego mięsa. Możliwość, że rząd więzi jeszcze paru heperów, a każdy obywatel ma szansę na wygraną w loterii i wzięcie udziału w polowaniu... W szkole robi się gorąco od przypuszczeń.

Pamiętam polowanie sprzed dziesięciu lat. Potem przez wiele miesięcy bałem się zasnąć z powodu koszmarów - wynaturzonych obrazów pełnych przemocy i krwi. Wśród nocnej ciszy niosły się mrożące krew w żyłach wrzaski przerażenia, jęki rozdzieranych żywcem ofiar i trzask łamanych kości. Budziłem się z krzykiem i nie mogłem się uspokoić nawet w silnych, bezpiecznych ramionach ojca. Powtarzał, że wszystko w porządku, że to tylko sen, że to nie działo się naprawdę, ale nie wiedział, że w uszach nadal dźwięczy mi echo rozdzierającego krzyku matki i siostry. Ich przeciągłe jęki przesączały się z koszmarów w ciemność mojego aż nazbyt realnego świata.

W zatłoczonej stołówce panuje gwar. Nawet personel kuchni dyskutuje o Obwieszczeniu podczas nakładania na talerze jedzenia - syntetycznego mięsa. Lunch zawsze stanowił dla mnie wyzwanie, ponieważ nie mam przyjaciół. Ze względów bezpieczeństwa jestem samotnikiem - im mniej kontaktów z ludźmi, tym mniejsze szanse, że zostanę zdemaskowany. Na dodatek możliwość pożarcia żywcem przez tak zwanych przyjaciół odbiera mi chęć do jakichkolwiek zbliżeń. Pewnie jestem wybredny, ale perspektywa nieuchronnej śmierci z rąk (albo raczej kłów) przyjaciela, który wyssałby mnie do ostatniej kropli krwi... Cóż, to nieco utrudnia zawieranie bliskich znajomości.

Dlatego zazwyczaj jadam sam. Ale dzisiaj, gdy już dopchałem się do kasy i zapłaciłem za lunch, nie znalazłem prawie żadnych wolnych miejsc. Wypatrzyłem jednak siedzących razem F5 i F19 z matematyki i przyłączyłem się do nich. Obaj to kretyni, ale F19 bardziej. W duchu nazywam ich Głup i Głąb.

- Hej, chłopaki - rzucam na powitanie.

- Hej. - Głupowi nie chce się nawet podnieść oczu znad talerza.

- Wszyscy gadają o Obwieszczeniu - zagajam.

- No... - mruczy Głąb z pełnymi ustami.

Przez chwilę jemy w milczeniu. Tak to jest z Głupem i Głąbem, to maniacy, którzy tkwią przy komputerach do świtu. Kiedy z nimi siedzę na stołówce - nie częściej niż raz na tydzień - prawie wcale nie rozmawiamy. Czasami mam wrażenie, że jest między nami jakaś więź.

- Zauważyłem coś - rzuca Głąb.

Zerkam na niego.

- Co takiego?

- Ktoś chyba ma na ciebie oko. - Odgryza kawałek mięsa, krople krwi spływają mu po podbródku do miski.

- Chodzi o belfra od matmy? Racja. Facet zwyczajnie się na mnie uwziął z tą trygonometrią...

- Nie. Chodziło mi o dziewczynę.

Tym razem nie tylko ja wbijam w niego wzrok, Głup też.

- Serio? - pyta.

Głąb kiwa głową.

- Przygląda ci się od paru minut.

- Nie mnie. - Unoszę kubek do ust. - Pewnie patrzy na jednego z was.

Głup i Głąb wymieniają spojrzenia. Głup drapie się w nadgarstek.

- Zabawne - stwierdza Głąb. - Mógłbym przysiąc, że od dawna ma na ciebie oko. Już parę tygodni temu zauważyłem, że na ciebie patrzy w przerwie na lunch.

- Skoro tak twierdzisz. - Udaję obojętność.

- Teraz też. No popatrz. Za tobą, stolik przy oknie.

Głup się odwraca, żeby spojrzeć. A potem zaczyna drapać się w nadgarstek, coraz szybciej i mocniej.

- Coś cię tak bawi? - Biorę łyk i opanowuję ciekawość, która każe mi się odwrócić. Głup tylko szybciej drapie się po nadgarstku.

- Powinieneś popatrzeć. On nie żartuje.

Obracam się powoli i zerkam. Przy oknie znajduje się tylko jeden stolik. Siedzi tam grupka dziewczyn. Pieszczoszki - tak się je nazywa. A stolik należy tylko do nich i na mocy niepisanego prawa wszyscy go omijają. To królestwo Pieszczoszek, popularnych dziewczyn, które chodzą z przystojnymi chłopakami i noszą markowe ciuchy. Nie można się tam przysiąść bez pozwolenia, nawet chłopakom Pieszczoszek. Nieraz widziałem, jak grzecznie czekali w pobliżu, aż któraś z dziewczyn ich przywoła.

Żadna nie patrzy na mnie. Rozmawiają, pokazują sobie błyskotki i ogólnie nie zwracają uwagi na świat poza ich małym kręgiem. Ale potem jedna rzuca mi powłóczyste spojrzenie i nasze oczy się spotykają. Ashley June. Patrzy na mnie z utęsknieniem i zrozumieniem. Pamiętam, że podobnie patrzyła wiele razy przez minione parę lat.

Odwracam się szybko. Głup i Głąb szaleńczo drapią się po nadgarstkach. Czuję, że na policzki wypływa mi zdradziecki rumieniec, ale na szczęście ci dwaj są zbyt zajęci drapaniem, żeby to zauważyć. Opuszczam głowę i biorę parę głębokich oddechów, dopóki gorąco z twarzy nie ustąpi.

- A tak w ogóle - rzuca Głup - ta dziewczyna chyba już wcześniej się tobą interesowała? Od paru lat, jak mi się zdaje.

- I nadal jej się podobasz - rzuca złośliwie Głąb, po czym zaczynają z Głupem jak szaleni drapać się nawzajem po nadgarstkach.

Trening pływacki po lunchu - tak, trener to maniak - niemal został odwołany. Nikt z drużyny nie potrafi się skoncentrować. Szatnia huczy od najnowszych plotek o Obwieszczeniu. Czekam, aż zostanę sam, żeby się przebrać. Właśnie rozpinam ubranie, gdy wchodzi Pozer.

- Jo.

Pozer, kapitan drużyny, zrzuca ciuchy i szybko zakłada obcisły strój pływacki. Potem opada na podłogę, żeby zrobić parę pompek na rozgrzewkę. W szafce trzyma hantle i pewnie też ich użyje. Jego Pozerska Mość zawsze ćwiczy dodatkowo, chce wykorzystać trening na maksa, wyrzeźbić sobie klatę i bicepsy. Pozer ma nawet fanklub, głównie wśród dziewczyn z pierwszej i drugiej klasy. Widziałem, jak pozwalał im dotykać swoich muskułów. Tamte dziewczyny gapiły się też na mnie, a bardziej śmiałe próbowały nawet zagadywać po treningach, dopóki nie dałem im do zrozumienia, żeby zostawiły mnie w spokoju. Na szczęście Pozer odciągnął ode mnie ich uwagę.

Teraz zrobił dziesięć szybkich pompek i zatrzymał się w pół ruchu.

- Na pewno chodziło o Wielkie Łowy - stwierdza. - Szkoda tylko, że znowu zacznie się to zamieszanie z loterią. Do polowania powinno się wybierać najsilniejszych. Czyli - dokończył pompkę - mnie.

- Niewątpliwie - przyznaję. - Łowy to zawsze siła nad rozumem. Przeżywają najsprawniejsi...

- ...a zwycięzca bierze wszystko - kończy Pozer, po czym robi jeszcze dziesięć pompek, ostatnie trzy na jednej ręce. - Życie sprowadzone do surowej esencji. Uwielbiam to. Przeważa brutalna siła. Zawsze tak było i zawsze tak będzie.

Z satysfakcją przesuwa dłonią po bicepsie, po czym wychodzi. Dopiero wtedy kończę się przebierać.

Wskakuję do basenu. Trener warczy na nas za brak skupienia, gdy przepływamy kolejne długości toru. Woda, zawsze dla mnie za zimna, dzisiaj jest lodowata. Paru zawodników nawet narzeka, choć prawie nigdy tego nie robią. Na mnie tak zimna woda działa inaczej niż na resztę. Trzęsę się, dostaję - jak określał to ojciec - gęsiej skórki. To tylko jedna z wielu różnic między mną i pozostałymi. Chociaż wyglądam prawie tak samo, pod tym kruchym i zwodniczym podobieństwem kryją się diametralne rozbieżności.

Dziś wszyscy są powolni. Niewątpliwie roztargnieni. A mnie potrzeba więcej ruchu, więcej wysiłku. Nawet gdy temperatura nie jest tak niska, a wszyscy mącą wodę, i tak musi minąć dobre dwadzieścia minut, zanim się rozgrzeję. Dzisiaj jednak wcale nie robi mi się cieplej, wręcz przeciwnie, coraz bardziej marznę. Muszę pływać szybciej.

Po rozgrzewce, gdy odpoczywamy na płyciźnie, ogarnia mnie nieprzeparta ochota, żeby odbić się od bandy i popłynąć pod powierzchnią.

To zakazane. Tylko mój ojciec widział, jak to robię - podczas jednej z naszych wycieczek nad staw za dnia. Bez powodu zanurzyłem się wtedy z głową. A kiedy nos i uszy znajdą się pod powierzchnią, jest to pierwszy symptom tonięcia. Ratowników szkoli się, żeby wypatrywali właśnie takich oznak. Gdy tylko dostrzegają na wpół zanurzoną głowę, bez namysłu zaczynają gwizdać i ruszają do akcji. I dlatego właśnie woda nawet w najgłębszym miejscu basenu sięga nam najwyżej do piersi. Głębia to dla ludzi śmiertelne zagrożenie, sprawia, że stają się całkowicie bezradni. Kiedy nie mogą dotknąć stopami dna, a woda sięga im podbródka, wpadają w panikę. To instynktowny odruch. Zamierają, topią się i toną. Dlatego pływanie uważa się za sport dla uzależnionych od adrenaliny idiotów, którzy lubią igrać ze śmiercią, choć to nieprawda. Na basenie przy najmniejszych oznakach problemów wystarczy po prostu stanąć - woda jest tak płytka, że nawet pępek nikomu nie utonie.

Jednak tamtego dnia na wycieczce... Nie wiem, co mnie opętało. Po prostu zanurzyłem głowę i zrobiłem coś z oddechem. Nie wiem, jak to określić lepiej - wstrzymałem go. Uwięziłem w płucach i za zamkniętymi ustami. I przez parę sekund, więcej niż dziesięć, wszystko było dobrze. Dziesięć sekund, głowa pod wodą, i wcale nie tonąłem.

Nawet się nie bałem. Otworzyłem oczy. Zobaczyłem swoje ręce, blade i rozmazane. Usłyszałem krzyki ojca i plusk wody w pobliżu. Powiedziałem, że nic mi nie jest, a potem pokazałem ojcu, jak to robić. Początkowo nie wierzył, ciągle pytał, czy dobrze się czuję. W końcu jednak odważył się i zrobił to samo co ja. I wcale mu się nie spodobało, ani trochę.

Jednak kiedy poszliśmy pływać parę dni potem, znowu się zanurzyłem. I nie tylko. Tym razem, gdy głowę miałem pod wodą, wyciągnąłem ramiona, a potem odgarnąłem nimi wodę. Kopnąłem nogami i zacząłem płynąć. Pod powierzchnią. To było niesamowite. A potem musiałem się wynurzyć, bo zadławiłem się wodą. Musiałem ją wykasłać. Zmartwiony ojciec brnął do mnie, ale zanurzyłem się jeszcze raz, machnąłem ramionami i nogami, przepchnąłem wodę pod sobą i oddaliłem się. Czułem, jakbym latał.

Kiedy jednak wróciłem, ojciec kręcił głową - z gniewem i ze strachem. Nie musiał nic mówić (chociaż mówił, i to bez przerwy), wiedziałem, o co chodzi. Ojciec powiedział, że to zakazane nurkowanie. Nie chciał, żebym tak pływał. Więc nigdy więcej tego nie zrobiłem.

Ale dzisiaj zamarzam. Inni zawodnicy pływają jak zwykle - utrzymują głowy nad powierzchnią wody, trochę nawet rozmawiają i uśmiechają się podczas machania zanurzonymi kończynami. Wyglądają jak kaczki w stawie. A ja chcę zagarniać mocno wodę, kopać ją, rozgrzać się.

I wtedy to czuję. Dreszcz, który targa moim ciałem.

Unoszę prawą rękę. Jest pokryta gęsią skórką jak u oskubanego kurczaka. Macham szybciej nogami i rękami, nabieram szybkości. Za bardzo. Wpadam głową na nogi pływaka przede mną. Kiedy to się powtarza, zawodnik rzuca mi groźne spojrzenie przez ramię.

Zwalniam.

Zimno przenika mnie do szpiku kości. Wiem, co powinienem zrobić. Jak najszybciej wyjść z basenu i uciec do szatni, dopóki jeszcze mogę opanować drżenie. Unoszę ręce pokryte gęsią skórką, obrzydliwą jak wysypka, pewnie każdy może ją zauważyć. Z moją szczęką też dzieje się coś dziwnego. Zaczyna się poruszać, wibrować tak, że górne i dolne zęby zaczynają o siebie uderzać. Zaciskam mocno usta.

Kiedy drużyna kończy okrążenie, odpoczywamy, zanim zaczniemy następne. Narzuciliśmy sobie za szybkie tempo, więc mamy dwanaście sekund, zanim zaczniemy kolejną rundę. To będzie chyba najdłuższe dwanaście sekund w moim życiu.

- Zapomnieli włączyć ogrzewanie - narzeka jeden z zawodników. - Woda jest za zimna.

- Pewnie obsługa techniczna zajęta była gadaniem o Obwieszczeniu.

Woda sięga nam do pasa, ale kucam, żeby ciało mieć pod wodą. Przesuwam palcami po skórze. Wszędzie małe krostki. Zerkam na zegar. Jeszcze dziesięć sekund. Dziesięć sekund, po których nikt na mnie nie spojrzy i chyba uda się...

- Co z tobą? - Pozer przygląda mi się uważnie. - Źle wyglądasz.

Reszta drużyny też zwraca na mnie wzrok.

- N-nic - szczękam zębami. - Nic.

- Na pewno? - powtarza Pozer.

Kiwam głową, bo nie ufam głosowi. Zerkam szybko na zegar. Jeszcze dziewięć sekund. Mam wrażenie, że wskazówki utknęły w miejscu, jak posmarowane Super Glue.

- Trenerze?! - woła Pozer, machając prawą ręką. - Coś z nim nie tak.

Trener odwraca się błyskawicznie, czujnie. Jego pomocnik już idzie w naszą stronę.

Wyciągam ręce spod wody, tylko do nadgarstków.

- Nic mi nie jest - zapewniam, choć głos mi drży. - Czuję się dobrze. Płyńmy.

Dziewczyna obok mnie przygląda mi się bacznie.

- Dlaczego jego głos jest taki dziwny? Czemu się trzęsie?

Po plecach przebiega mi lodowaty dreszcz. Mam wrażenie, że coś mi się w brzuchu przelewa, jakby wykręcił mi się żołądek.

Rób wszystko, co pozwoli ci przeżyć - doradziłby mi ojciec, głaszcząc mnie po włosach. Wszystko.

I właśnie wtedy, gdy trener już się zbliża, a cała drużyna się na mnie gapi, znajduję sposób na przeżycie. Wymiotuję do basenu. Żółto-zielonkawa breja zmieszana z kleistą mazią i śliną ląduje w wodzie. Nie ma tego dużo, większość od razu rozpływa się na powierzchni jak plama oleju. Parę bezbarwnych kawałków jedzenia spada na dno.

- To obrzydliwe! - piszczy dziewczyna. Pryska, żeby odepchnąć moje wymiociny, po czym odskakuje. Inni pływacy też się cofają, rozpryskując wodę. Zielonkawe pasmo kołysze się i zawraca do mnie.

- Wyłaź z wody! Ale już! - wrzeszczy trener.

Wykonuję rozkaz bez wahania. Większość jest zbyt zajęta wymiocinami, więc nie zauważa, że mam gęsią skórkę. I że się trzęsę. Trener i jego pomocnik ruszają w moją stronę. Unoszę rękę, udając, że znowu mnie mdli. Zatrzymują się.

Przygarbiony gnam do szatni. W środku wydaję odgłosy, jakbym znowu wymiotował, a tymczasem szybko się wycieram i ubieram. Zostało mi najwyżej kilkanaście sekund, zanim przyjdzie reszta. Pomimo ubrania nadal się trzęsę. Słyszę, że pływacy z drużyny podchodzą. Rzucam się na podłogę i zaczynam robić pompki. Byle tylko się rozgrzać.

Ale to na nic. Wciąż się trzęsę.

Więc kiedy słyszę pierwsze czujne głosy z szatni, chwytam swoją torbę i ruszam do wyjścia.

- Nie czuję się najlepiej - rzucam na odchodnym do zawodników. Odraza sprawia, że odwracają głowy i odstępują na krok, ale to dobrze. Przywykłem do tego. I do grymasów obrzydzenia.

Nie przywykłem jedynie do grymasu, jaki zobaczę w lustrze, gdy już znajdę się sam w domu.

Zbyt długie udawanie wywołuje nienawiść. Nienawiść do tego, kim się jest naprawdę.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.